sobota, 30 grudnia 2017

Spacer po roku 2017 i grudniowe książki :)




Sama nie wiem, kiedy minął ten rok. Były duże zmiany, wielkie plany, sukcesy i porażki. Obserwowałam to, co dzieje się zarówno na blogu jak i w moim życiu. Dobre chwile przeplatały się ze słabszymi, po prostu życie. 

Od dawna marzyła mi się praca związana z moją pasją i udało się. Zagrzałam miejsce w mieście, o którym nigdy nie myślałam, że mogłabym w nim mieszkać, pracuję w bibliotece, w której jest cała masa świetnych książek i jeszcze wspanialsi ludzie. Chodziłam ulicami Warszawy i poznawałam nowy świat. 

Z czytaniem było różnie. Nauczyłam się przede wszystkim korzystać z czasu, który spędzam w komunikacji miejskiej, bo naprawdę upływa mi tam trochę życia. I faktycznie w przeczytałam w autobusie i metrze sporo rzeczy. 

Chciałam faktycznie sprostać wyzwaniu przeczytania 52 książek, ale stwierdziłam, że nic na siłę. Były dni, w których nie sięgałam po nic, bo po prostu nie miałam ochoty, a wychodzę z założenia, że nie ma sensu się zmuszać do niczego, ponieważ w ten sposób można zatracić radość czytania. Czasami goniłam z lekturą, bo chciałam napisać recenzję, zdarzało się, że czytałam a jakoś nie mogłam zmobilizować się do pisania. Przede wszystkim jednak wyklarowało się we mnie trochę inne podejście do bloga. Staram się robić lepsze zdjęcia, choć udaje się różnie. Ale jestem zadowolona z postępów. Dobieram nie tylko lektury, które są na topie, ale sięgam również po to, co chcę przeczytać i tak zaczynam Nowy Rok. Mam trochę książek do zrecenzowania i poza tym chcę się skupić na klasyce i tym, co niekoniecznie głośne i modne, ale na pewno wartościowe. Pewnie usytuuje się w jakiejś niszy, ale chodzi mi przede wszystkim o dzielenie się z Wami moimi przemyśleniami o książkach, które mnie poruszyły. Nawet takimi, które są według niektórych stare i mogą wydawać się nieciekawe. Mam trochę literatury związanej z rozwojem i motywacją i po to też chciałabym sięgnąć, bo ciekawi mnie ten temat i jak już wszyscy zdążyli się przyzwyczaić będzie literatura religijna. 

W tym roku poza zwykłymi książkami przeczytałam kilka ebooków, wysłuchałam kilku audiobooków, przeczytałam komiks. I myślę, że będę to kontynuować, zwłaszcza że mam jeszcze trochę audiobooków do ponownego przesłuchania i chętnie Wam o nich opowiem. Planuję pewien projekt, ale o nim opowiem z czasem ;). 

A zatem, by nie przedłużać. W tym roku, kiedy to piszę przeczytałam 60 książek i dwie kończę ;) może uda mi się dobrnąć do końca przed Nowym Rokiem. Zaskoczyła mnie ta liczba, ale też cieszy, bo uwielbiam literaturę. 

Były lektury, które zapamiętałam i do których chętnie wrócę oraz takie o których chętnie bym zapomniała. 

Książki, o których wspomnę nie są jakoś poukładane od tej jedynej do niższej. Po prostu piszę o nich, bo są dla mnie ważne i wiele mi dały. Klikając w tytuł przeniesiecie się do recenzji, choć nie o wszystkich pisałam.



1. "Idź własną drogą" Marek Kamiński - Nie wiem, co bardziej zrobiło na mnie wrażenie filozoficzna natura autora, o której nie miałam pojęcia, jego podejście do życia czy mądrość zawarta na kartach. W każdym razie to książka, która zostaje na dłużej, o której się myśli. 

2. "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz" Anna Kamińska - Tutaj trzy rzeczy. Po pierwsze siła i niezłomność kobiety, która warta jest naśladowania, choć na pewno nie należała do łatwych ludzi i nie do końca potrafiła zbudować szczęśliwe życie. Nie chodzi mi najbardziej o sukcesy, ale parcie do przodu mimo wszystko, niepoddawanie się i wspinanie, to zauroczyło mnie w bohaterce. Druga rzecz to sposób, w jaki napisana jest książka, rzeczowy, obiektywny i pokazujący, że autorkę faktycznie postać Wandy interesowała. Po trzecie sama Pani Ania jest po prostu niezwykle uroczą, elokwentną i ciepłą osobą, pod której wrażeniem pozostaję :). 

3. "Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego" S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka - Jak już pisałam w recenzji rewolucja miłosierdzia w najlepszym wydaniu. Siostra Małgorzata nie boi się mówić otwarcie, dosadnie i burzyć schematów. Porywająco o tym, czym są fundamenty wiary i jak żyć. Nic dodać, nic ująć. 

4. "Całe życie" Robert Seethaler - Zaskoczenie, że na tak niewielu stronach można znaleźć tyle mądrości, pokory, refleksji i głębi. Krótka historia udowadniająca, że nie trzeba udziwnień a najprostsze tematy nadal są najpiękniejsze :). Powieść, która zachwyca tematem, językiem, klimatem i zakrada się do serca. 

5. "Skandal miłosierdzia" Grzegorz Ryś - Jeśli ktoś czytał jakieś książki autora chyba nie dziwi się, że znalazł się w tym zestawieniu. Proste słowa, przepełnione wiarą, drążące serce, zachwyt nad tym, jaki jest Pan, ale nie żadne tam bezrefleksyjne uwielbienie. To odkrywanie istoty Boga, na tyle na ile człowiek jest w stanie ją poznać. Piękna książka, źródło nadziei i prawdy o Stwórcy i Jego przymiocie. 

6. "Jaka piękna iluzja" Magdalena Tulli, Justyna Dąbrowska - Rozmowa, która prowokuje do snucia refleksji nad przedstawionymi zagadnieniami, buntowania się przeciw wnioskom lub zgadzania się z nimi. Może i mało optymistyczna, ale wyrywająca czytelnika z marazmu, bo nie sposób przejść obok niej obojętnie. Wywołuje skrajne emocje od zachwytu po odrzucenie wysuwanych w niej tez, ale wartością literatury jest właśnie to, że zmusza do myślenia, kształtowania poglądów, polemizowania. 

7. "Krwawe morze" Maria Paszyńska - Cóż ja mogę powiedzieć. Cokolwiek napisze autorka, ja to kupię, połknę, będę siedzieć smutna, że już skończyłam, po czym czekać na kolejne książki. Moja historia z Marią Paszyńską to pasmo pięknych literackich wspomnień i wielkiej radości, że w dzisiejszym świecie, w którym wszystko musi być szybkie, jeśli nie błyskawiczne, są autorzy którzy dopieszczają każdy szczegół, tworzą literackie perełki, które są jak miód na serce czytelnika zarówno pod względem fabuły, klimatu jak i cudownego wręcz języka. Więcej chyba pisać nie muszę. 

8. "Luonto" Melissa Darwood - Tu wielkie zaskoczenie, jeśli idzie nie tylko o polską młodzieżówkę, ale i o sam wydźwięk książki. Naprawdę przystępnie przekazane treści ekologiczne, twist fabularny, który po prostu zostawia człowieka całkowicie bezradnego i zakończenie, którego również mało kto się spodziewa. Ukłon za udowodnienie, że nawet najwytrawniejsi czytelnicy i tak nie spodziewaliby się czegoś, co zaserwowała autorka. 

9. "Świątynie wygnane" Piotr Durak - Tekstu tu mało, choć podobały mi się malutkie refleksje o kulisach powstawania tego albumu. Sama do końca nie wiem, co najbardziej mnie urzeka w tej publikacji - ciche, osamotnione sacrum, piękny pomysł upamiętnienia świątyń, które odchodzą w zapomnienie i znikają z powierzchni ziemi czy bardzo mi bliski, nostalgiczny klimat przesiąknięty refleksją i ciszą. Dość przyznać, że fotografie wywołują wiele emocji i dla mnie stanowią znacznie więcej niż ważny dokument historyczny. 

10. "Rdza" Jakub Małecki - O tej książce i pozostałych dwóch poniżej nie wspominałam jeszcze. Każde spotkanie z tym autorem pozostawia po sobie mocny ślad. To moja kolejna literacka ostoja, fascynacja i miód na serce czytelnika. Powieść prowadzona z dwóch przeplatających się perspektyw młodości i starości, nienachalne refleksje, szerokie pole do interpretacji, smutno-gorzka historia z klimatem, balansująca na granicy jawy i snu i cudownie literacki i dojrzały język. Kocham takie perełki. 

11. "Tekst" Dmitry Glukhovsky - Pierwsza powieść tego autora, którą skończyłam, choć podczytywałam wcześniej "Metro". Historia ciemna, pozbawiona kolorów, brutalna, a jednocześnie hipnotyzująca, na tyle, że czytelnik traci poczucie rzeczywistości a fabuła wydaje się bardziej realna niż prawdziwe życie. Gorzka prawda o cieniach rosyjskiego życia, technologii i ludzkości, która zdaje się zbytnio ufać urządzeniom. To też swoista refleksja nad kondycją współczesnego człowieka, jego uzależnieniami. Rzecz świetna zarówno pod względem klimatu, fabuły jak i języka. Chapeau bas!

12. "Sankofa. Nie zmarnuj życia" O. Tomasz Gaj, Magdalena Pajkowska - chciałabym zawołać, gdzie była ta książka kilka lat temu? Po głowie kołacze mi się, czy pewne rzeczy mogłyby wówczas pójść inaczej? Spekulacjom może nie być końca. Trafiłam na nią dzięki temu, że przejeżdżam pół Warszawy, by uczestniczyć w Eucharystii u Dominikanów na Służewie. Po ogłoszeniach podeszłam by ją kupić, a koniec końców wylądowałam na wycieczce po stolicy, by móc spokojnie wrócić na wieczorne spotkanie z autorami. I to chyba najlepiej zainwestowane pieniądze w moim życiu. Czytałam ją wszędzie, w pokoju, autobusie, metrze, z książki niemal wysypują się znaczniki, a ja doskonale wiem, że nim o niej napisze czeka mnie powtórna lektura i późniejsza praca z tym, co pojawia się na jej kartach. Czy to przewodnik po życiu? Nie, bo sądzę, że takich nie ma, tak jak nie istnieją proste rozwiązania i odpowiedzi na poważne sprawy. Ale to świetna pozycja, która pozwala poukładać wiele rzeczy, wskazuje problem, podpowiada, a reszta zależy od czytelnika. Mądra i niezwykle wartościowa pozycja dla dorastających, ale i dorosłych, bo zmieniamy się całe życie. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że to jedna z książek, którą każdy powinien przeczytać. 

Tak to wspaniale książkowo upłynął mi rok. A na koniec książki, które pojawiły się u mnie w tym miesiącu :). 



A ile książek Wy przeczytaliście i co Wam zapadło w pamięć? Dajcie znać, właśnie buduję listę pozycji na rok 2018. :) Wszystkiego dobrego dla Was :*.

Czas na zmiany - Krystyna Mirek "Światło w Cichą Noc"



"Pogasiła światła w domu i zostawiła tylko lampki choinkowe. Zrobiło się nastrojowo i przytulnie. Jako dziecko lubiła tak siedzieć całymi godzinami i patrzeć na błyszczące, kolorowe światełka. Było cicho. (...) siedzieli blisko siebie. Dotykali się ramionami, wyczuwając wzajemne ciepło. Było trochę jak w opowieści babci Kaliny." - s. 349

Święta nie dla wszystkich są takie wspaniałe jakby się mogło wydawać. Samotność i złe wspomnienia sprawiają, że niektórzy wolą unikać Bożego Narodzenia. Nie pomagają piękne świąteczne ozdoby, delikatne i melodyjne kolędy, zapach pomarańczy, pierników i żywej choinki. To, co jest radością dla jednych, innym kojarzy się z bólem i dojmującym poczuciem osamotnienia. Magda, Michał i Bartek rok w rok udają się w tym czasie na egzotyczne wakacje. Nie chodzi o nowoczesność czy niechęć do zimna. Prawdziwą przyczyną jest kładące się na ich dorosłym życiu wspomnienie wigilijnego wieczoru, w którym dzieci czekające pod choinką na powrót rodziców dowiadują się najgorszego. Jedna wiadomość powoduje, że już nic nie jest takie samo. W każde święta krakowski dom świeci pustkami a rodzeństwo ucieka przed bolesnymi wspomnieniami. Również Kalina nie cieszy się w pełni pięknym czasem Narodzenia Pana. Rodzinny dramat trwa a kobieta nie wie, co zrobić, by wszyscy znów byli razem. Coś jednak zaczyna się zmieniać. W domu babci niespodziewanie pojawia się wnuk, którego staruszka stara się skłonić do odkrycia rodzinnej tajemnicy. Magda zakochuje się w koledze z pracy, który jest idealną partią. Jego dom to wzorcowe ognisko domowe podtrzymywane przez niezwykłą matkę. Czy kobiecie uda się sprostać wyzwaniu i przygotować święta, jakich oczekują przyszli teściowie i mąż? Czy bracia są gotowi, by znów zacząć żyć i zapomnieć o dawnej tragedii? Jak potoczą się losy Kaliny i jej rodziny?

Nowa powieść Krystyny Mirek to historia ludzi, których nie rozpieszcza życie. Michał jest zmęczony wieczną odpowiedzialnością za siostrę i brata. W zasadzie nie ma życia prywatnego, nie jest w żadnym związku, przeraża go posiadanie dzieci, którymi trzeba się opiekować, gdyż zna to wszystko z autopsji. Wie, jak ciężko jest pracować i trudzić się, by dzieci wyrosły na szczęśliwych dorosłych. Ponieważ zbyt wcześnie musiał stać się głową rodziny i przyjąć na siebie wszystko, co wiązało się z wychowaniem rodzeństwa. W zasadzie można powiedzieć, że mu się udało. Magda dobrze sobie radzi w pracy, a to że nie każdy związek się udaje, jest przecież całkiem normalne. Sprawa komplikuje się, jeśli idzie o Bartka, gdyż jest on wiecznym dzieckiem. Nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca, pracuje tylko tyle, by mieć pieniądze na przeżycie kolejnych tygodni, a następnie porzuca posadę. Ceni nade wszystko luz, a opiekuńczość brata pozwala mu nadal być niebieskim ptakiem. Choć bardzo kochające się i chroniące nawzajem, rodzeństwo rzadko rozmawia na poważne tematy. Dopiero decyzja Magdy o zorganizowaniu świąt powoduje wielkie zmiany i dyskusję nad tym, jak naprawdę wygląda ich życie. Tymczasem Antek ucieka przed problemami, które zrujnowały mu życie. Wizja budowania wszystkiego od nowa przeraża, do tego pozostaje rozliczenie z przeszłością, uporządkowanie bolesnych spaw. Każdy dzień niesie nowe wyzwania. Przyszłość trzeba zacząć budować od uwolnienia się od ciążących spraw, uporania z porażkami, tym co rani, czego się nie rozumie. Konstanty również nie jest wolny od dylematów. Z jednej strony jego poglądy są dość wyrachowane, z drugiej jest niewolnikiem rodzinnej tradycji, człowiekiem niby przebojowym, a jednak słabym. Chce być samodzielny, ale nie stać go na przeciwstawienie się ojcu. Nawet wzorcowy związek jego rodziców pozostawia wiele do życzenia, choć mężczyzna tego nie widzi. 

Autorka nie tworzy postaci idealnych. Każda z nich ma swoje wady, słabości, kryje się za maskami dobrze zorganizowanych profesjonalistów lub lekkoduchów. "Światło w Cichą Noc" to powieść o magii świąt, wracaniu do zarzuconej tradycji, cudach Bożego Narodzenia, które sprawiają, że konflikty zostają zażegnane, przeszłość się prostuje, a trauma powoli odchodzi. Krystyna Mirek mimo iście baśniowych fragmentów, tworzy bohaterów, którzy muszą zmagać się ze sobą. Odkrywają oni swoje talenty, otwierają się, ale droga przed nimi pozostaje długa, bo trzeba walczyć z przyzwyczajeniami, wadami, niedoskonałościami. Czasami wszystko idzie zaskakująco dobrze, nawet zbyt prosto, jednak potem pojawia się jakaś przeszkoda, która drąży w sercu. Może czasami miałam wrażenie, że pewne rzeczy dzieją się za szybko, ale na szczęście nic nie pojawia się znikąd. Co podoba mi się w powieści Krystyny Mirek to fakt, że nie ma tu sielanki, bohaterowie nie są idealni, mają swoją historię, rzeczy do przepracowania. Ich przemiana nie jest natychmiastowa, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Czasem staje wręcz pod znakiem zapytania. Może dlatego tak polubiłam Bartka, bo jest prawdziwy. Uczy się wierzyć w siebie, walczyć z przywarami, podchodzić do życia odpowiedzialnie, choć odzywają się w nim bardzo dziecinne zachowania i lenistwo. Owszem część jego wybryków jest nieco oderwana od rzeczywistości, ale mieści się to w ramach prawdopodobieństwa. Powieść nie ocieka lukrem, nie jest peanem na część świąt, ale pokazuje, że są ludzie, którzy dopiero uczą się, czym są prawdziwe życie, Boże Narodzenie i szczęście. I nie wszystko zawsze wychodzi, ale przecież takie jest życie. Czasem zostawia człowieka z zamkniętymi drzwiami, ale jak mawiał ks. Twardowski, wówczas otwiera okno. Za takie podejście autorka ma u mnie duży plus, bo jest w tej książce kilka rzeczy, które warto przemyśleć, jest i świąteczny klimat, problemy, radości. To naprawdę sympatyczna lektura, która pozwala przedłużyć czas Bożego Narodzenia. 


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Edipresse. 

Krystyna Mirek, Światło w cichą noc, wyd. Edipresse, Warszawa 2017. 


czwartek, 28 grudnia 2017

Świątecznie - Gabriela Gargaś "Wieczór taki jak ten"




"Miłość to radość ze zwyczajnych dni. Kiedy siedzicie przy kominku okryci kraciastym kocem i jego dłoń dotyka z czułością twojej, to jest to wasze szczęście. I kiedy nie ciąży wam wspólne milczenie, bo w tym czułym dotyku, we wzajemnej obecności jest radość bycia przy drugim człowieku. I kiedy słyszysz jego kroki na schodach i już wiesz, że będzie głodny. Nalewasz na talerz pomidorową, bo to jego ulubiona zupa. I kiedy on całuje cię w policzek. I to nic, że całował cię już przedtem setki razy, i może ten kolejny pocałunek wydaje ci się taki zwyczajny. Ale jest, bo ty jesteś obok niego, a on obok ciebie. I czasami masz go dość, a on ciebie, i krzyczycie na siebie i rzucacie talerzami, co najmniej jak włoska rodzina. I lecą przekleństwa. A potem on przychodzi do ciebie albo ty do niego i mówicie: "I po co to wszystko?". I macie tyle wspólnych pięknych chwil za sobą. Dużo radości z bycia razem." - s. 244

Malownicze, urzekające miasteczko, w którym mieszkańcy są jak jedna wielka rodzina, klimat zbliżających się świąt, kolędy, zapach pierników oraz ludzie, którzy szukają swojego miejsca na ziemi. Michalina, by podreperować domowy budżet decyduje się wynająć pokoje w domu. Przygotowuje pomieszczenia, kupuje meble, dopieszcza szczegóły własnoręcznie wykonanymi ozdobami i czeka na gości, którzy pojawiają się niemal natychmiast. Artur, zgorzkniały rozwodnik, który szczerze nie znosi świąt pojawia się w Złotkowie, by odpocząć od zgiełku i wszechogarniającej ludzi bożonarodzeniowej gorączki. Trafia jednak kulą w płot, gdyż mieszkańcy wprost lubują się w nadchodzących wydarzeniach. Wiktoria postanawia odwiedzić górską miejscowość, nim choroba na dobre uniemożliwi jej życie. Lena wraz z Kają pragną odbudować świąteczną tradycję na nowo. Śmierć męża, która mocno wstrząsnęła kobietą i jej córką, nadal budzi silne emocje, ale trzeba żyć dalej, a święta to dobry okres na rozpoczęcie pięknej przyszłości. Losy tych wszystkich bohaterów splatają się ze sobą w tym niezwykłym czasie i zakątku Polski. Mała miejscowość oraz właścicielka pensjonatu odegrają ważną rolę w ich życiu. Bo magia świąt polega na zdarzeniach, których się kompletnie nie spodziewamy i cieple, które nieodwracalnie zmienia nasze losy. 

Gdy wzięłam do ręki "Wieczór taki jak ten" liczyłam, że będzie tak piękny jak okładka. Delikatna, świąteczna, ale bez przepychu, przesady. Ciepła, urocza, ale w sam raz. Apetyt został rozbudzony i to konkretnie. Tymczasem wnętrze mocno mnie zdziwiło. Dostałam do rąk przede wszystkim historię Michaliny, dziewczyny, która mieszka w Złotkowie i mimo młodego wieku jest doświadczona przez los. Jej matka zmarła, a ojciec to niebieski ptak, który dużo obiecuje, co jakiś czas przysyła pieniądze, ale nie ma go przy rodzinie. Bohaterka od klasy maturalnej z pomocą babci zajmuje się bratem, który traktuje ją jak matkę. Mimo trudności udaje się jej wychować Bartka na dobrego chłopca. Michalina jest utalentowana plastycznie, wbrew przeciwnościom losu prze do przodu i odnosiłam wrażenie, że udaje się jej niemal wszystko. Jest pełna ciepła, rozważna, prostolinijna, szczera, często mówi jakby była dużo starsza niż jest i nie potrafi się pogodzić z tym, że ojciec ją opuścił. Jej życiowy optymizm i nadzieja wywierają wpływ na gości, którzy przybywają do miasteczka, by spędzić w nim święta. A jednak coś nie gra w tej postaci.

I tu zaczynają się schody. Michalina może nieco irytować wieczną tęsknotą za ojcem i tym, że wszystko się jej udaje od razu, no może poza związkiem. Najdziwniejsze jest jednak to, że zarówno ona jak i jej babcia to chodzące księgi aforyzmów. Złotkowo jest niemal nierealne. Ludzie gromadzą się, by wspólnie śpiewać na ulicach kolędy, obsługa w sklepie chodzi przebrana za elfy, z każdego kąta wyglądają świąteczne dekoracje. Przyznam, że to bardzo nierealne jak na małe, polskie miasteczko. Autorka stworzyła coś na zasadzie amerykańskiej wioski świątecznej. Owszem taki zabieg tworzy na pewno klimat, ale jak dla mnie było go za dużo. Druga sprawa to wątki przybywających do miasteczka gości, które zostają potraktowane po macoszemu i nie do końca wiem, czemu miały służyć. Historia główna ma sens, ale wtłaczanie opowieści o chorobie i specyficznej sąsiadce jedynie dla podkreślenia świątecznego cudu, jest dla mnie nieco naciągane. Lepiej stworzyć jeden wątek, rozbudować go, dać bohaterom głębię niż zarysowywać szereg postaci, w gąszczu których można się pogubić. W końcu miłość, która rodzi się nagle i niespodziewanie. To kolejna klisza świątecznych opowieści, które chwytają za serce i pokazują błyskawiczną przemianę i ekspresowe uczucie. 

"Wieczór taki jak ten" to niewątpliwie ciepła opowieść o sile i nadziei człowieka. Rzecz o tym, że mimo przeciwności losu warto wierzyć w lepszą przyszłość i być dobrym. To historia przesiąknięta świątecznym klimatem. Za dużo w niej jednak lukru i słodkości a za mało prawdziwego życia. Realność miesza się z bajką i tworzy łatwą w odbiorze lekturę, ja jednak czekam na prawdziwszą historię świąteczną, która nie pozostawi urwanych wątków. Autorka miała pomysł, ale przedobrzyła i to poważnie. Wystarczyłoby bowiem opisać zwyczaje świąteczne, podkreślić klimat małej miejscowości, pozostawić trochę miejsca dla wyobraźni. Tymczasem jest po prostu nadmiar, który nie czyni powieści lepszą, mnie nawet nieco męczył. Więcej nie zawsze oznacza lepiej. Czuję się trochę jak Grinch, pisząc tę recenzję, choć uwielbiam święta, migające lampki, choinkę, ciepło domu, ozdoby. "Wieczór taki jak ten" dawał nadzieję na piękną, bożonarodzeniową i lekką powieść. Mnie mimo kilku zalet przytłoczył nierzeczywistym rozmachem świątecznym i nierealną historią, w której nie ma poważnych przeszkód, bo wszystko się udaje. I nie chodzi o magię świąt, czy ujmujący charakter, ale mocno uproszczoną fabułę. Dla tych, którzy po prostu chcą odpocząć i poczuć świąteczny klimat, może będzie to dobra książka, dla mnie to stanowczo za mało




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Gabriela Gargaś, Wieczór taki jak ten, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.


wtorek, 19 grudnia 2017

O tym, co ważne - Erling Kagge "Cisza"



"Twierdził, że w zapale do korzystania z nowoczesnej techniki poświęcimy naszą wolność. Z ludzi wolnych przeobrazimy się w zasoby materiału ludzkiego. Ta myśl jest celniejsza dzisiaj niż była wtedy, gdy ją formułował. Niestety, nie jesteśmy zasobami dla siebie nawzajem, tylko czymś znacznie mniej przyjemnym. Zasobami dla formacji takich jak: Apple, Facebook, Instagram, Google, Snapchat czy państwo, które z naszą dobrowolną pomocą potrafią dowiedzieć się o nas przeróżnych rzeczy, następnie informacje te sprzedać lub samemu je wykorzystać. Przypomina to wyzysk." - s. 69-70

Przyznam, że mam kłopot z tą książką. Ma niezwykle piękną, magiczną okładkę, którą chce się postawić na honorowym miejscu na półce, ale książki nie ocenia się po okładce. Tutaj jest to aż nader mądre postępowanie. Sięgnęłam po "Ciszę" ponieważ zaciekawiło mnie, co można powiedzieć o rzeczy, której każdy potrzebuje, a której dzisiaj tak bardzo brakuje. Przyznam, że liczyłam na jakiś niemal filozoficzny esej, zwłaszcza że autora nazywa się filozofem.

Cóż... dostałam małą zgrabnie napisaną książeczkę, którą spokojnie można przeczytać w drodze do i z pracy, bo faktycznie przetestowałam i się da ;). Wgłębiałam się w świat kreślony przez Erlinga Kagge, zapowiadało się naprawdę ciekawie. Rozmowa przy obiedzie, potem wykład i w końcu długa refleksja nad tym, czym jest tytułowa cisza. Mam jednak wrażenie, że na tych wielkim oczekiwaniach się skończyło. Książka przyznam, jest całkiem sympatyczna, podobają mi się odniesienia do filozofii i sam fakt, że autor jest osobą oczytaną i myślącą, co bardzo dobrze o nim świadczy. Miło czytało mi się refleksje z wypraw, jakie pojawiały się na kartach, ciekawość świata, inteligentne przyglądanie się swoim emocjom, przeżyciom, otaczającemu światu. Za to wszystko pisarzowi należy się duży plus. Jeśli jednak idzie o temat główny padają tu stwierdzenia, że nie umiemy już przebywać w ciszy. Współczesnego człowieka przeraża sytuacja, gdy musi pozostać sam, a jeszcze gorzej, kiedy zostaje sam na sam ze swoimi myślami. Wystarczy przytoczyć choćby wspomniany przez autora eksperyment, w którym większość badanych wybierała rażenie prądem, niż czas przebywania bez żadnych bodźców. W zwariowanym, przepełnionym hałasem świecie cisza stała się czymś unikatowym, egzotycznym, niejednokrotnie niepożądanym. Z drugiej strony coraz większą popularność zdobywają ośrodki, które ją zapewniają i pomagają obłaskawić. Godzenie się z własnymi myślami, przerażenie natłokiem refleksji, doznań, emocji, jakie skumulowane są w człowieku i które wychodzą na powierzchnię, gdy pozwala sobie w pełni odczuwać i myśleć, to jedno z poruszanych zagadnień. To, co niegdyś wydawało się stałym elementem życia, dziś przybiera formę luksusu, jest nieujarzmionym żywiołem. Tak bardzo zmieniliśmy się przez lata, że nie potrafimy egzystować z czymś, co jest nieodłączną częścią każdego z nas. Właśnie o tym wspomina Kagge, bo przecież cisza to nie tylko zjawisko zewnętrzne, ona istnieje w muzyce, w przyrodzie, w człowieku. Wszechobecny gwar, mnogość bodźców, natłok doznań czyni jednak większość niezdolnymi do korzystania z dobrodziejstw ciszy. Dotyczy to nie tylko człowieka, już nawet przyroda, stara się przebić przez kakofonię dźwięków, które powołaliśmy na świat.



No właśnie, niby mądre wnioski, ale jak dla mnie za mało. Doceniam zmaganie się autora z tematem, jednak oczekiwałam czegoś więcej. Być może dla zabieganych, zapracowanych, przyzwyczajonych do hałasu, ta książka będzie czymś wspaniałym. Przypomnieniem, że powinniśmy wrócić do przebywania w ciszy, choćby przez chwilę dziennie, że trzeba odnaleźć ją w sobie i korzystać. Ja to już wiedziałam, nie potrzebowałam przypomnienia, o czymś w czym naprawdę lubię się zanurzać. Rozumiem jednak, że są ludzie, dla których, to co przekazuje autor będzie przypomnieniem, refleksją, która pozwoli się zatrzymać w codziennej bieganinie. Ja jestem jednak zawiedziona, chciałam więcej, a dostałam znane podstawy, które poza miłą lekturą urozmaicaną opowieściami z życia pisarza i cudowną okładką nie wniosły niczego więcej do mojego życia. Może poza utwierdzeniem się w przekonaniu, że jesteśmy nieświadomymi niewolnikami dóbr, które sami wytworzyliśmy i którym oddajemy naszą wolność, czas, siebie. 


Erling Kagge, Cisza. Opowieść o tym, dlaczego straciliśmy umiejętność przebywania w ciszy i jak ją odzyskać, przeł. Iwona Zimnicka, wyd. Muza, Warszawa 2017.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Książki na adwent czyli zdążyć duchowo na święta

z cyklu Książki z duszą


Rozpoczął się drugi tydzień adwentu. Przed nami święta, ale też duchowa praca, dlatego proponuję kilka tytułów, które poruszają i dają do myślenia. 


"Bóg w wielkim mieście" Katarzyny Olubińskiej to pozycja, która sprawia, że przestajemy postrzegać chrześcijan jako cichych, nieciekawych i niezaradnych ludzi. Człowiek wierzący to ktoś, kto potrafi cieszyć się małymi rzeczami, ale i odnosić sukcesy, spełniać swoje marzenia i radzić sobie nawet w wielkim mieście, w którym nieraz wiele odrywa od Boga. Mądra, interesująca i udowadniająca, że Bóg jest dla wszystkich. 



Abp Grzegorz Ryś "Moc wiary" i "Moc Słowa". To dwie pozycje, które można podczytywać rano i wieczorem, ponieważ składają się z krótkich rozważań. Pozwalają znaleźć temat do rozmyślań przy niewielkiej ilości czasu. Do tego niezwykła wrażliwość, inteligencja i umiejętność głoszenia autora, sprawiają, że to idealne pozycje do codziennej lektury. 



Tomasz Gaj Op, Magdalena Pajkowska "Sankofa. Nie zmarnuj życia". Wciągająca rozmowa o życiu, reagowaniu, ujarzmianiu własnych emocji, uczuć, reakcji. Świetna lekcja o tym, jak postępować, radzić sobie z codziennymi problemami, wychowywać dzieci i zmieniać siebie. Do wielokrotnego czytania i powtarzania. 

S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka "Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego". Dosadny wykład o tym, czym jest życie chrześcijanina, jak powinno przebiegać i jak działać mądrze oraz sprawiać, by ludzie nie byli marginalizowani. Rewolucja miłości w praktyce. 



Adam Szustak OP "Plaster miodu" czyli rekolekcje adwentowe, do przeczytania, przećwiczenia, z miejscem na notatki. Mobilizuje do rozwinięcia więzi z Bogiem i znalezienia większej ilości czasu na modlitwę. 

Tomasz Nowak OP, Tomasz Gaj OP "Mirra i pomarańcze" to kolejne rekolekcje, ale tym razem w formie audiobooka, czyli nie ma, że nie masz czasu na czytanie, bo możesz ich spokojnie posłuchać podczas jazdy samochodem, biegania, gotowania czy sprzątania. Rzecz o Bogu, który kocha i czeka. 



Na koniec proponuję jeszcze "Kato-botoks" Szymona Hołowni, który mam w formie MP3. Publicysta w swoim niepowtarzalnym stylu o filarach chrześcijaństwa czyli poście, jałmużnie i modlitwie. Dosadnie, ciekawie i twardo. 

A na koniec taka refleksja. Słuchałam wspomnianych audiobooków już ze trzy razy i myślę, że muszę to zrobić jeszcze kilka, by o nich Wam opowiedzieć, ale naprawdę warto się zapoznać z przedstawionymi tu tekstami. 

A co Wy zaproponowalibyście na półmetku adwentu?

sobota, 9 grudnia 2017

Coraz bliżej święta, czyli co wartościowego warto kupić na prezent :)




Święta zbliżają się wielkimi krokami. Mikołajki za nami. Trochę pomysłów na pewno już się wyczerpało, więc polecam małe co nieco, które nie powinno zawieść nawet najbardziej wymagających czytelników. 

1. Literatura polska z najwyższej półki. 


Tu dwie propozycje. 

"Krwawe morze" Marii Paszyńskiej czyli powiew orientu, z pięknym językiem, mądrym przesłaniem i dopieszczonymi szczegółami. Lektura do rozgrzania się w chłodne dni, nie tylko intrygami, ale pierwszą porywającą miłością :) 

"Rdza" Jakuba Małeckiego jako powieść dla lubiących nieszablonowe fabuły, literacki język z wysokiej półki i niepowtarzalny klimat. Powieść o obserwowaniu świata oczami dziecka i staruszki, o odchodzeniu i dojrzewaniu do życia. 

Śmiało polecam również inne książki wspomnianych autorów, ponieważ nie zawiedziecie się, to Literatura z najwyższej półki w najlepszym wydaniu :)

2. Literatura zagraniczna



Graham Moore "Ostatnie dni mroku. Spór, który zelektryzował świat" czyli geniusze, wyścig o patenty i elektryfikację Ameryki i porywająca akcja. Książka, która nie pozwoli wam się oderwać od lektury.

Amor Towles "Dżentelmen w Moskwie" - powieść o budowaniu dobrego świata nawet w najcięższych okolicznościach, świetle, które tkwi w człowieku a wszystko to na tle Rosji, kraju kontrastów i niezapomnianych artystów.



Dmitry Glukhovsky "Tekst". Historia ciemna, duszna, przygnębiająca, a jednocześnie szalenie wciągająca i nieraz prawdziwsza niż rzeczywistość, w której żyjemy. Rzecz o tym, ile jest nas samych w urządzeniach i o życiu krzywdą bliźniego. 

3. Literatura faktu



Marta i Adam Biernat "Rekin i baran". Pozycja obowiązkowa dla miłośników Islandii. Rzecz o urzekającej i fascynującej wielu wyspie i jej tajemnicach. Klimatyczna, pięknie wydana ze świetnymi fotografiami. 

Jonathan Green "Morderstwo w Himalajach". Góry to nie tylko kolejne szczyty do zdobycia, to również ludzie, których spotykamy. Często dobre i pełne radości wspomnienia, ale również ciężkie doświadczenia i tragiczne sytuacje. A pomiędzy tym walka o wolność na tle malowniczych szczytów. 

4. Literatura religijna



S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka "Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego". Genialna książka do przemyślenia. Krótka, treściwa i szalenie mądra rozmowa o tym, czym są filary chrześcijaństwa i jak pomagać. 

Abp Grzegorz Ryś "Moc wiary" czyli 111 krótkich rozważań, które trafiają do serca, każą zatrzymać się i zastanowić nad sobą, wiarą, zbawieniem. Jak zawsze świetny język i poruszające refleksje. 



"Boże Narodzenie z s. Anastazją i s. Salomeą. Tradycyjne zwyczaje, świąteczne przepisy". Pełna ciekawych receptur dla tych umiejących lepiej i gorzej gotować pozycja ze świetnymi zdjęciami i oznaczonym poziomem trudności wykonania dania. Idealna dla każdego, kto lubi kucharzyć :). 

Tomasz Gaj Op, Magdalena Pajkowska "Sankofa. Nie zmarnuj życia". Książka, która trafiła do mnie, dlatego, że po prostu poszłam na Mszę, a zarazem jedna z najważniejszych, jakie czytałam. Interesująca rozmowa o tym, co w życiu najważniejsze, a właściwie o tym, jak żyć. Obowiązkowa dla dorastającej młodzieży i dorosłych, bo nieraz nie widzimy, ile jeszcze trzeba zmienić w życiu. 

5. Kalendarze i plannery



"Bullet Book. Bądź pięknie zorganizowana". Mały planner pełen rysunków, które można śmiało pokolorować ;) odstresowując się. Miesięczne plany, strony z wdzięcznością, zadaniami. Dobre narzędzie do spędzenia roku kreatywnie i z głową.

Adrian Wawrzyczek "Ogarniacz. Opanuj swoją codzienność". Świetny jest już sam tytuł :). "Ogarniacz" to planner z duszą. Zorganizowany wokół 12 tematów ważnych w życiu. Posiada sporo miejsca na notatki, miesięczny plan, tracker nawyków. Na kartach znajdziecie miernik samopoczucia, ćwiczenia na odprężenie, kontrolowanie ilości wypitej wody, świetne cytaty do przemyślenia oraz naukę wdzięczności za codzienne zdarzenia. Idealny do planowania życia i rozwoju duchowego

"Bóg w wielkim mieście 2018". Pięknie wydany, różowy, cienki i co najlepsze mieszczący się w damskiej torebce  ;) kalendarz. A w środku miejsce na planowanie spotkań, notatki, inspirujące cytaty i krótkie wprowadzenia w pory roku.

Bonus, czyli książki, których obecnie nie mam przy sobie ;)

Magdalena Tulli, Justyna Dąbrowska "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską", Robert Seethaler "Całe życie", Charles Martin "Pomiędzy nami góry". 

Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie i swoich bliskich :). 




czwartek, 7 grudnia 2017

Do roboty! - S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka "Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego"

z cyklu Książki z duszą



"(...) kiedy dajesz jałmużnę, spójrz na człowieka, któremu dajesz, jak na brata, a nie jak na intruza. Jan Paweł II też o tym mówił. Jeśli traktujemy ubogich jako natrętów, którzy nam przeszkadzają w życiu, i żeby zamknąć im gębę, wrzucamy im kilka złotych, to nie jest jałmużna. Musimy spojrzeć na drugiego człowieka jak na brata, w którym cierpi Chrystus. To jedno spojrzenie może przemienić nas, a czasem może również przemienić tego drugiego człowieka. Nawet jeśli on jest agresywny, wulgarny, podpity i zaczepia nas na ulicy, to nie jest menel, to nie jest śmieć, to nie jest karaluch. To jest człowiek, mój brat, w którym cierpi Chrystus. Bóg stworzył go do miłości, do godnego życia. I Bóg cierpi, że on nie żyje w tej chwili pełnią życia." - s. 94

Czytasz tę książkę na własną odpowiedzialność. To nie jest zwykła lektura, którą połyka się w kilka wieczorów, odkłada i wraca do swojego mniej czy bardziej wygodnego życia. To naprawdę mocny i inteligentny głos w dyskusji o tym, czy pomagać i jak pomagać, a może lepiej byłoby napisać, jak być prawdziwym chrześcijaninem. 

Książka w dużej mierze skupia się na trzech filarach życia wierzących, jakimi są modlitwa, post i jałmużna. Siostra Małgorzata Chmielewska opowiada szczerze i otwarcie o tym, że bez rozmowy z Bogiem wiara nie istnieje. I nie chodzi tu o pokorne odklepywanie formułek, ale o prawdziwą relację z Osobowym Bogiem, Który mnie kocha. Żadna więź nie przetrwa, jeśli nie jest pielęgnowana, podobnie jest z wiarą. Trzeba znaleźć czas, by porozmawiać i wcale nie musi to być wielomówstwo, właściwie nie powinno być. Kochać to usiąść przed Najświętszym Sakramentem i pozwolić sobie trwać we wpatrywaniu się w siebie nawzajem. Jak słusznie zauważa zakonnica, pierwsze pół godziny to próba uspokojenia się, pozwolenie na to, by w końcu przeminął we mnie natłok myśli i doznań. Dopiero potem można zacząć się wsłuchiwać. Co mnie zafascynowało to fakt, że czasem wystarczy kilka słów, albo gest, bo modlitwą może być całe życie, jeśli jest tylko przepełnione miłością. A jednak adoracja jest bardzo potrzebna, jak i różaniec, który choć wielu wydaje się nudny, uczy skupienia, wycisza, daje siłę. Można modlić się swoimi słowami, prosić nawet o więcej niż marzymy, bo przecież Bóg jest hojny, nie odmawia. Ale mieć też świadomość, że moja logika nie jest Bożą, więc nie zawsze dostanę to, co wydaje mi się potrzebne. I warto mieć, jak wspomina bohaterka rozmowy obrazy, figury, to ułatwia człowiekowi modlitwę, jest przypomnieniem w dzisiejszym świecie, że jest coś ważniejszego niż codzienne harowanie na nowe dobra. 

Post i tu coś, czego się nie spodziewałam. Otóż nie mówienie o umartwieniu, co o uporządkowaniu siebie, przywróceniu odpowiedniej hierarchii wartości w życiu, w końcu praktyka pozwalająca pozostać wolnym w świecie rzeczy. Nie jakieś dodawanie intencji do diety, bo schudnę a przy okazji jeszcze coś dobrego zrobię. To nie jest post. To nawet nie ryba w piątek. To ofiara z tego, z czego nie muszę rezygnować, a co zabiera mi wolność, staje się niebezpiecznie ważne, zawłaszcza jakąś część tego, co powinno należeć do Boga, co mnie usidla. Rezygnacja z facebooka, z ulubionego zajęcia, odmówienie sobie czegoś, co nie jest mi konieczne, to właśnie post. Ale warto pamiętać o tym, że nie może on powodować frustracji, bo zatraci się wówczas jego ideę. Owszem nie będzie początkowo łatwo, ale warto, by poczuć się sobą, nieskrępowanym żadnymi dobrami, zachciankami, nadmiarem. W końcu jałmużna i tu zaczynają się schody, bo temat traktowany jest bez ogródek. To nie wrzucenie na odczepne kilku złotych, ale dzielenie się tym, co mam. Nie tym, co mi zbywa, bo czasami trzeba oddać więcej, ryzykując, że może samemu zabraknąć. To nie bezmyślna rozrzutność, ale świadomość tego, że pomaganie zaczyna się od podstaw, bo jak mówić głodnemu o ideałach, zmianie życia, gdy burczy mu w brzuchu? Zobacz w drugim człowieku swojego brata i samego Boga, mówi siostra Chmielewska. Nie bój się, że ktoś cię naciągnie, czasem tak jest, ale też nie działaj głupio. Trzeba odróżnić wspieranie niezaradności od realnej i mądrej pomocy. Jałmużna to spłacanie pewnego długu, wyrównywanie szans, budowanie jedności na świecie. Nie ma od niej zwolnienia. To, że dane mi było urodzić się w miejscu, w którym miałam lepszy start niż inni obliguje mnie do tego, by tym z gorszym początkiem pomóc. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zaraz podniosą się głosy, że dlaczego mam dawać to, co sam z trudem zdobywam, bo inni są mniej zaradni czy wręcz niezaradni. Są. Taka prawda. Świat stał się krwiożerczym miejscem, a w tym zahukaniu dobrami materialnymi, pogonią za bogactwem i dostatkiem obowiązkiem chrześcijanina jest pomagać. Tworzyć wspólnotę, w której brat troszczy się o brata, a nie tylko o siebie i swoją rodzinę. Trudna do przyjęcia prawda. 

Budowanie wspólnoty to wyjście poza siebie. Przełamanie lęków, oporów, niechęci. To nie sielanka, ale praca, głównie nad sobą. Dostrzeganie człowieka, który jest obok. Słuchanie, próba zrozumienia, bycie wytrwałym, nawet jeśli to, co robię nie przynosi efektów, bo jak udowadnia Siostra Małgorzata, czasami owoce przychodzą po latach i nie jest dane nam ich oglądać. Bądź jak drzewo, wyznaje, miej głowę w niebie, korzenie w ziemi. Pozwalaj kształtować się Bogu i nie bój otwarcia na bliźnich. Przewartościuj swój świat. Miej nadzieję i dawaj ją innym. Czyń dobrze. Nie bój się, że ktoś weźmie cię za frajera, bo świat myśli inaczej niż Bóg a Jezusowy Vip to nie ten, który wyciąga nogi i czeka na sługi, ale ten kto zakasa rękawy i bierze się do roboty. 

"Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego" to powiedziałabym pozycja rewolucyjna. Nie ogłasza niczego nowego, jedynie porządkuje to, co zdało się zatracić w dzisiejszej zwariowanej rzeczywistości. To rozmowa o tym, jak żyć, jak nie stać się niewolnikiem pracy, majątku, zdobyczy techniki. Poradnik o stawaniu się człowiekiem przez duże "C". Rozróżnianiu dobra od zła, mądrym pomaganiu, nierozmienianiu się na drobne, ale dawaniu siebie w wielorakim aspekcie. Siostra Chmielewska nie boi się mocnych słów. Prosto i dosadnie mówi, masz pomagać! To nie twój dobry gest, ale obowiązek! Rozmowa z Błażejem Strzelczykiem i Piotrem Żyłką to przewartościowanie tego, co na co dzień słyszy się w mediach, co próbuje nam wpoić nowoczesny lifestyle. Jest wezwaniem do chrześcijańskiego życia w sposób, w jaki funkcjonowało ono od początku, inteligentnie, czule i opiekuńczo. To walka z marginalizacją coraz większych części społeczeństwa, nauka dostrzegania człowieka w kimś, kto stoi naprzeciw. Mądra, niezwykle wartościowa, mobilizująca, do tego, by przemyśleć, wziąć sobie te słowa do serca i iść czynić dobrze. Świetnie napisana, klarowna, do powolnego czytania, by wyłuskać z niej jak najwięcej i do wielokrotnego powracania, bo o najważniejszym trzeba stale przypominać. Jedna z najważniejszych pozycji w mojej biblioteczce. 

Przeczytaj fragment TU

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka, Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego, wyd. WAM, Kraków 2017. 

wtorek, 5 grudnia 2017

Gniew Natury - Melissa Darwood "Luonto"



"To jest ostrzeżenie. Natura nie daje sobie z wami rady. Jesteście za ekspansywni, za chciwi i nienasyceni. Udajecie, że dostrzegacie problem, że robicie coś, by naprawić całe zło, które wyrządzacie. Ogłaszacie akcje typu dzień bez samochodu - prychnął. - Jeden dzień? Serio? Uspokajacie swoje sumienia działaniami, które nie są nawet ułamkiem jednego procenta tego, co powinniście zrobić, by życie na Ziemi przetrwało." - s. 29

Swego czasu o "Luonto" mówiło tak wiele osób, że nie sposób było nie wiedzieć o istnieniu tej książki. Co jednak charakterystyczne wszyscy bardzo oszczędnie opisywali fabułę i niezmiennie podkreślali, że w pewnym momencie było wielkie pufff! Nie wiem, czy twist fabularny to dobre określenie, bo emocje recenzentów był naprawdę duże. Zacznijmy jednak od początku.

Spragniona uwagi rodziców i uczuć nastolatka imieniem Chloris zostaje wyekspediowana do ciotki, która mieszka poza miastem, czyli patrząc na to oczami młodzieży, zesłana poza granice cywilizacji, bez dostępu do internetu i z ograniczonym zasięgiem komórkowym. Nagle jednak dochodzi do bardzo dziwnego zdarzenia, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jesteśmy w Polsce. Pod nogami dziewczyny zaczyna trząść się ziemia, a następnie po prostu się rozstępuje. Kadr jak z katastroficznego filmu, w którym bohaterka kurczowo trzyma się ziemi, urywa się wraz z pojawieniem chłopaka, pragnącego jej pomóc. Akcja ratunkowa nie jest jednak łatwa ponieważ nastolatka jest uparta, przerażona i żeby tego było mało ma astmę. W końcu jednak młodzieniec odpuszcza i pozwala Chloris opaść w czeluście ziemi. Gdy siedemnastolatka myśli, że to koniec i za chwilę zderzy się z ziemią na zawsze żegnając z życiem, łapie ją olbrzymi ptak. To jednak dopiero początek dziwnych wydarzeń. Orzeł przeradza się bowiem z powrotem w chłopaka a następnie zabiera ją do swojego świata.

Luonto, ponieważ tak nazywa się zamieszkiwana przez homanile (pół ludzi pół zwierzęta) kraina to całkowite zaprzeczenie świata, który zna Chloris. Wszyscy żyją tu w idealnej harmonii ze zwierzętami i przyrodą. Nie ma nowoczesnych zdobyczy techniki, nie zabija się dla sportu, nie marnotrawi darów natury. Mieszkańcy ciężko pracują, wszystko wytarzają sami, nie są chciwi i wydają się szczęśliwi w pięknym i nieskażonym świecie. Każdy z nich odgórnie dobierany jest w parę z kimś ze swojego gatunku, tak by ten nie uległ wymarciu. To pierwsza skaza w tym idealnym miejscu. Mimo niemal sielankowej atmosfery i prostych oraz wyczerpujących zajęć, ogromnej bliskości z naturą, którą można poczuć całym sobą Chloris zauważa, że o sprawach najważniejszych decyduje zgromadzenie, które pozbawia członków wspólnoty prawa do miłości. Pojawiają się pierwsze pytania, jednak najważniejsze z nich brzmi, dlaczego się tu znalazła i jaką rolę przyjdzie jej odegrać. Jej wybawiciel Gratus utrzymuje bowiem, że sama Matka Natura kazała mu ją ocalić, mimo iż szykuje na Ziemi apokalipsę. Co może zrobić zbuntowana, myśląca jedynie o sobie, zagubiona i chora nastolatka? Czy Ziemi uda się ocaleć?

Najpierw pomyślałam sobie zwykła młodzieżówka. Ok, mamy całkiem zaniedbaną, łaknącą uczucia i uwagi nastolatkę, której rodzice pogrążyli się w pracy i którą traktują jak zbędny ciężar. Ta zatem stara się wszelkimi sposobami zwrócić ich uwagę. Pojawiają się przygodny seks, pozbawione sensu związki, alkohol, narkotyki, problemy ze szkołą i z prawem. To jednak tylko zaognia sytuację i nie zmienia położenia Chloris. Z drugiej strony jest Gratus, dwudziestolatek, który potrafi przemienić się w orła. Chłopak z przeszłością. Czuły, troskliwy, pełen gniewu wobec tego, co robią ludzie i buntu wobec wielu praw panujących w Luonto. Jak można się domyślić tę dwójkę połączy uczucie. Mamy zatem młodzieńczy romans osadzony w fantastycznym świecie i jest całkiem przyjemnie, choć jednak dobranie do tego polskiej rzeczywistości, gdzieś mi zgrzyta (ale może mamy ten kompleks, który każe nam wierzyć, że wszelkie nieszablonowe pomysły powinny być osadzone w realiach zagranicznych). Czemu piszę o nieszablonowości? Bo nagle faktycznie dzieje się wielki wybuch (nie w sensie dosłownym). Bohaterka zmaga się z decyzją o opuszczeniu lub pozostaniu w Luonto, do tego dochodzą problemy z ukochanym. Poznaje jego świat coraz lepiej. Zaczyna też rozumieć, jak dewastujący wpływ na naturę ma człowiek i za to wielki plus dla autorki. Problemy ekologiczne zawarte w młodzieżówce, uwrażliwiające na to, co robimy i jak sami siebie niszczymy, to naprawdę dobry pomysł, bo książkę czyta się dobrze, a te treści pozostają w czytelniku i domagają się rozważenia. Dochodzi jednak do pewnego zdarzenia, po którym człowiek zostaje z sieczką w głowie i jednym wielkim CO??? Nagle szablonowa fabuła urywa się. Przyzwyczajony do schematów czytelnik zbiera szczękę z podłogi, jego oczy stają się wielkie jak spodki, a przez głowę przelatuje milion myśli. Nie tego spodziewał się po rozwoju akcji. 

Właśnie to zaskoczenie sprawia, że "Luonto" warto przeczytać. Bo ze znanej kliszy fabularnej nagle przeistacza się w całkiem zaskakującą książkę, może w pewnym sensie nawet w petardę. Wytrąca czytelnika z bezpiecznej pozycji, sieje zamęt, zdumiewa. O samym zakończeniu nie mogę nic napisać, ale mnie zaskoczyło. Nie sądziłam, że autorka tak zamknie tę historię. Bohaterowie są dość wyraziści, ale nie można o nich zbyt wiele powiedzieć. To młodzi ludzie z trudną przeszłością, problemami, pozbawieni miłości i czułości, zbuntowani. Osoby, które lgną do lepszego świata, choć wcześniej muszą wyładować całą swoją agresję. W głębi duszy zagubieni, samotni, spragnieni uwagi i uczucia. Nie poznajemy ich jednak zbyt dobrze. Autorka skupia się raczej na wydarzeniach i zarysowaniu tego, co doprowadziło ich do tego, kim są. Dzięki temu pozwala młodym czytelnikom samym formułować najważniejsze wnioski. I akurat w tym wypadku wydaje mi się to dobrym pomysłem. Nie można w końcu wszystkiego dopowiadać. Literatura młodzieżowa powinna też uczyć myślenia, nie tylko być rozrywką. 

"Luonto" to ciekawa książka, która udowadnia, że nawet ze schematu można zrobić coś naprawdę porywającego. Wciągająca, niebanalna, z przesłaniem. Pomysłowo ukazująca ważne treści, pisana młodzieżowym językiem, kontrastująca ze sobą dwa całkiem różne światy. Melissa Darwood pozostawia czytelnika w osłupieniu, które mimo wszystko zmusza do wyciągnięcia wniosków z lektury. Do przeczytania w jesienny wieczór przy herbacie i ciepłym kocu. Udowadnia, że nie tylko zagranicznych autorów stać na oryginalne fabuły i zaskakujące zwroty akcji i całkiem zgrabne młodzieżówki. 

Melissa Darwood, Luonto, wyd. Filia, Poznań 2017.


czwartek, 30 listopada 2017

Opowieść Nowicjuszki - Maria Turtschaninoff "Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru"




"Zauważyłam, że futryna jest poczerniała od starości, błyszczała tylko powierzchnia samych drzwi. Dostrzegłam klamkę w kształcie węża o onyksowych oczach. Drzwi był mi aż nadto znajome. Nie chciałam ich widzieć, nie chciałam wiedzieć, że tutaj są, lecz moje oczy odmawiały współpracy i patrzyły, moje nogi mnie nie słuchały. Powiało przez szparę pod drzwiami, poczułam to na moich łydkach. Cierpki oddech Haggi. Połączył się z metaliczną wonią krwi na mojej skórze. Zapach śmierci, który nie opuszczał mnie przez wiele lat od czasu zimy głodu. Po tym, jak Hagga zabrała Anner." - s. 114

Wyobraźcie sobie świat, w którym istnieje tylko jedno miejsce, gdzie kobiety mogą się kształcić i być wolne. Każdy skrawek ziemi poza tajemniczą wyspą Menos to rzeczywistość niewolnicza. Rolą kobiety jest prowadzić dom, być uległą, niepiśmienną, całkiem podporządkowaną mężczyznom. To nie jest świat, w jakim którakolwiek dziewczynka chciałaby dorastać. Kobiety jednak podczas nieobecności mężczyzn szepczą lub śpiewają o Czerwonym Klasztorze, prawdziwym raju dla kobiet. Droga do niego jest jednak nieraz usiana niebezpieczeństwami. 

Do tego niezwykłego miejsca trafiają dziewczęta, które mają być wydane za mąż, by w ten sposób podnieść swoją wartość, dzięki edukacji, te których nie są w stanie wyżywić rodziny, panny z domów, gdzie rodzice pragną, by ich dzieci się kształciły lub uciekinierki marzące o wolności i lepszym świecie. Ile osób, tyle różnych motywacji. Nie wszystkie wracają do swoich domów, część z nowicjuszek zostaje w Czerwonym Klasztorze i pędzi życie Sióstr przekazując kolejnym pokoleniom dziewcząt wiedzę o historii, tajemnicach Pramatki, ziołolecznictwie i innych ważnych dziedzinach. Robią to, by uczynić świat lepszym miejscem, by ich wychowanki wracając w rodzinne strony, mogły nieść kaganek oświaty innym. Wyspa Menos to miejsce jedynie dla kobiet. Mężczyźni nie mogą schodzić na ląd, nie są intruzami, ale uświęcona przez pierwsze Siostry ziemia to oaza dla niewiast, która ma dawać im poczucie bezpieczeństwa. W starych pismach zawarte są legendy o magicznej mocy, jaka chroni mieszkanki przez intruzami i niebezpieczeństwami. Spokojne życie zostaje pewnego dnia zakłócone przez przybycie kolejnej dziewczyny. Jai jest inna, zalękniona, małomówna, zamknięta w sobie. Jakie tajemnice skrywa nowa mieszkanka Czerwonego Klasztoru? Czy koszmary, które miewa okażą się prawdziwe a do Menos zbliża się niebezpieczeństwo?

Tytułowa bohaterka i zarazem narratorka powieści to jedna z najstarszych nowicjuszek na wyspie. Mimo długiego pobytu nie została jeszcze przydzielona do żadnej z sióstr. Maresi to szczera, prostolinijna, lubiąca jedzenie i kochająca wiedzę dziewczyna. W toku powieści obserwujemy jak dojrzewa, zmienia się z podlotka, który nie znał języka i lizał drzwi w młodą kobietę, która mimo lęku podejmuje naprawdę trudną decyzję. Bohaterka ma sekret. Czasami widzi drzwi bogini Haggi, od której stara się uciec. Czy jej się to uda? Czy śmierć podąża za nią, gdziekolwiek by się nie udała? Jej przeciwnością jest Jai. Nie zaznała ona tyle szczęścia co przyjaciółka. Na ciepło i troskę mogła liczyć tylko od siostry i matki. Ojciec kojarzył się jej jedynie z karami, bólem, rygorem, niestabilnością psychiczną i strachem. Dziewczyna wiele przeszła i są rzeczy, których nie chce pamiętać, choć nawiedzają ją w koszmarach. To przeciwieństwo pogodnej, otwartej Maresi, aczkolwiek obie dziewczynki łączy zamiłowanie do ksiąg. O pozostałych bohaterkach nie wiadomo zbyt wiele, narratorka portretuje je dość oszczędnie zachowując nimb tajemnicy, jaka unosi się nad wyspą i jej mieszkankami. Postaci zostają zarysowane delikatnie i intrygująco, tak by wzbudzić ciekawość, ale nie zdradzić za wiele. 

"Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru" to specyficzna opowieść. Gdy ją czytałam od razu skojarzyła mi się z "Opowieścią podręcznej", podświadomie przez czerwony kolor, świadomie ponieważ klasztor stanowi jedyną oazę, jaką bohaterki powieści Margaret Atwood mogłyby mieć w świecie zdominowanym przez mężczyzn i im podporządkowanym. A jednak w książce Marii Turtschaninoff jest więcej swobody, bo przecież można dostać się na wyspę całkiem legalnie, bez ucieczki, jeśli tylko zezwalają na to rodzice lub skłania do tego sytuacja. Mieszkanki nie są niewolnicami, każda może opuścić klasztor kiedy tylko zechce. Nowicjuszki i siostry tworzą żeńską wspólnotę, która uczy troszczyć się o drugiego człowieka, pozwala na zdobycie przydatnej w życiu wiedzy i rozwijanie swoich talentów. Jeśli dodać do tego swoistą magię miejsca, wyłania się nieco oniryczny, nawet sielankowy świat, który nie jest jednak wolny od zagrożeń, co doskonale ujawnia się na kartach. Książka napisana jest przystępnie i prosto. Styl dostosowany jest do narratorki, która przecież jest nastoletnią dziewczyną, zatem nie brakuje tu zachwytu nad światem, zdziwienia i nieraz dość zabawnych, może dziecięcych spostrzeżeń. Czytelnik jednak obserwuje jak zmienia się bohaterka, jak dojrzewa, przyjmuje kolejne lekcje życia. Świat stworzony jest ciekawy, czuć w nim powiew świeżości. Pomysł na fabułę przypadł mi do gustu, choć pewnie ze względu na mój wiek nie jestem aż tak zachwycona jak wielu recenzentów. "Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru" to dobra powieść, emanująca licznymi emocjami, ale nieprzesadnie. Dla mnie jest bardziej stonowana, podobnie jak bohaterka, typowa intelektualistka, choć o gołębim sercu. To historia nostalgiczna, może nieco moja, właśnie przez tytułową nowicjuszkę i jej zamiłowania. Co mi się podoba, nie ma tu przesadnej przemocy, a całość nastawiona jest na refleksję nad tym, że świat należy czynić lepszym miejscem, że jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. Czasem trzeba podjąć, choćby najtrudniejszą decyzję, zaryzykować, wyjść ze sfery komfortu, by szukać lepszego, rozwijać się, czynić dobro. Za to przesłanie i oryginalny świat "Maresi" ma u mnie wielki plus, bo dla mnie to nie powieść przygodowa, delikatna odmiana dystopii czy młodzieżówki. To powieść o tym, że "Człowiek człowiekowi bliźnim/ Z bliźnim się możesz zabliźnić" jak pisał Edward Stachura. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuje wydawnictwu Debit/ Młody Book

Maria Turtschaninoff, Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru, przeł. Patrycja Włóczyk, wyd. Młody Book, Katowice 2017.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Trzeźwo o świecie - Szymon Hołownia "Instrukcja obsługi solniczki"

z cyklu Książki z duszą


"Odcinać się od współczesnej rzeczywistości, być raczej solą o wyrazistym smaku. Kocham, uwielbiam wręcz tę wizję: Kościół jako wielka, dumna solniczka. Oto stoi na upaćkanym stole, ludzie przy nim gadają, memłają, tańczą, robią akrobacje i balety. Solniczka jest ponad to. Zna swoją wartość i oni też ją znają. Ale boją się jej, bo lubi podnosić raban. Że gdzie z solą do mięsa czy zupy, przecież ona się w nich rozpuści! A musi zachować słoność niepokalaną aż po życie wieczne! Owszem, gdyby ktoś chciał - solniczka ma ofertę: śmiało, zapraszamy, ludzie - jedzcie sól! Sól sama w sobie jest wszak tak cudownie wyrazista, po co brukać ją jakimś łososiem z grilla albo ziemniaczkami?" - s. 102-103

Felietony są dobre z kilku prostych powodów. Po pierwsze można je sobie poczytać przy porannej kawie, ponieważ nie są za długie. Po drugie uczą zwięzłego wyrażania swoich myśli, a zatem nie uskuteczniają wodolejstwa. Po trzecie jeśli felietonista jest dobry aż miło czyta się inteligentne teksty, które warte są przemyślenia. 

Szymon Hołownia pisze o wielu ważnych tematach. Wspomina o Ekumenizmie, który nadal straszy niektórych, jakby był jakimś wyrzeczeniem się wiary, upiorem czy czymś złym. Uwypukla podziały, które przecież nie powinny mieć znaczenia, bo Bóg jest jeden i wszyscy jesteśmy przecież braćmi w wierze. Pisze o tym, że papież Franciszek jest często krytykowany, bo bardziej patrzy na człowieka i kieruje się miłością do niego niż przywiązuje się do przepisów. Pokazuje rozdwojenie świata, gdzie społeczeństwa europejskie i amerykańskie posiadają tak wiele, że trzeba budzić w nich wrażliwość, którą zatraciły gdzieś po drodze do sukcesu. Akcja, w której bogaci wychodzą na ulice, by pomagać to dobry pomysł, ale przykre jest to, że tak mało w nas troski i czułości, że musimy uczyć się wszystkiego od podstaw. Że tak mocno zamykamy się w sobie i boimy oszustów, że często przestajemy pomagać, dzielić się tym, co podarował nam w swej hojności Bóg. A jednocześnie autor zwraca uwagę na prosty fakt, kreatywność, z którą Afrykańczycy potrafią zrobić coś z niczego, podczas gdy my umieramy z nudy i brak nam weny. Ich radość, która tak mocno kontrastuje z naszym narodowym sportem, jakim jest narzekanie, to następna konstatacja. Dużo tu mowy o różnego rodzaju podziałach, czy to na bogatych i biednych, czy na katolików i prawosławnych, lepszych i gorszych. Zdumiał mnie felieton o osiedlu "Dudziarska", które jest ogromnym niezrozumieniem problemów społecznych. Miejscem będącym gettem, które jedynie pogłębia fatalną sytuację mieszkańców, zamiast starać się ciągnąć ich w górę. Bezduszność wypływająca z bezradności i braku pomysłów jest naprawdę zatrważająca. Co jednak niepokoi to również epizodyczne działania, które kończą się samozadowoleniem organizatorów, a nie zmieniają naprawdę niczego. 

Nie brak tu również współczesnych gorących tematów, które poruszały społeczeństwo przez dłuższy czas. Kwestia nie tyle przyznawania się celebrytów do wiary, co wynoszenia ich na świecznik z tego powodu, niejako reklamowania Pana Boga przez człowieka. Jesteśmy w dziwnym miejscu, co zdaje się potwierdzać Szymon Hołownia, pytając co będzie, gdy znani i lubiani przeminą? Bóg razem z nimi stanie się Kimś, kto przejdzie do historii w życiu obecnie zafascynowanych znanymi i lubianymi? Nie na tym ma opierać się wiara. Na kartach "Instrukcji obsługi solniczki" mowa o akcji "przekażmy sobie znak pokoju", która wywołała nie tyle gorącą dyskusję, co niemal wojnę, bo obie strony barykady uparcie trwają przy swoich wnioskach, zapominając jak pisze dziennikarz, że uznanie w drugiej osobie brata, człowieka, nie oznacza zgody na jego poglądy. Podejście do kogoś z szacunkiem i życzliwością nie jest równoznaczne z usprawiedliwianiem go. Podobne reakcje wywołała ustawa antyaborcyjna, w której nie tyle przerzucano się argumentami, co manipulowano faktami, oceniano wszystko na tyle surowo, że zapomniano niemal o człowieku. Restrykcje, które proponowano doprowadziłyby do chorej wręcz sytuacji, w której i lekarze i matka czuliby się zaszczuci. Polska to jednak nie tylko kraj konfliktów, ale gorących serc, które są skore do pomocy, bo jak niewielu umiemy w szybkim czasie zorganizować zryw i załatwić niemal wszystko. Brakuje nam jednak systematyczności, pisze dziennikarz. Umiejętności udzielania pomocy nie doraźnej, ale długofalowej, jak choćby ta która prowadzona jest przez jego fundacje. A pomagać warto, bo to nie tylko dobry uczynek, ale sposób na rozwój. Trudno w tym kontekście pominąć Jurka Owsiaka, któremu od dłuższego czasu wylewa się na głowę pomyje, a który robi naprawdę wiele dobrego (proponuję również zapoznać się z tym, co w kontekście WOŚP-u mówił ks. Kaczkowski). Autor pisze o niezwykłych wynalazkach, kreatywnych jednostkach, które wydaje się, mają nieograniczoną wyobraźnię, pożytkowaną w niezwykle dobrym celu. Naucz się w drugim człowieku dostrzegać bliźniego, podchodzić do niego z szacunkiem, życzliwością, to przede wszystkim przesłanie tej publikacji, mądre, którego musimy się stale uczyć od nowa. 

Książka Szymona Hołowni jest zbiorem felietonów, które ukazywały się na łamach "Tygodnika Powszechnego". To zapis obserwacji, refleksji, trzeźwego myślenia nad zjawiskami społecznymi, wiarą, człowieczeństwem. Świetnie pisane teksty, nierzadko z lekką nutką ironii, co ogromnie lubię u autora, celnymi spostrzeżeniami, nieprzegadane, stawiające ważne pytania, pozwalają przystanąć i zastanowić się nad sobą i otaczającą nas rzeczywistością. "Instrukcja obsługi solniczki" skłania do wyrobienia sobie własnego zdania poprzez zgłębianie zawartych na jej kartach tematów. Rzuca światło na ważkie problemy i otwiera na drugiego człowieka. W końcu mówi, Kościół to nie dumna solniczka, której wszyscy mają się podporządkować, która alienuje się od brudnego świata, to wspólnota, która wychodzi do ubogich, pogubionych i otwiera się na nich. Otwarta na zranienia, pobrudzenie sobie rąk, bo w drodze do drugiego człowieka trzeba zakasać rękawy i być gotowym na wiele. Idealna do lektury przy kawie i codziennego przemyślenia jednego tematu. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Przeczytaj fragment TU

Szymon Hołownia, Instrukcja obsługi solniczki, wyd. WAM, Kraków 2017. 

środa, 22 listopada 2017

Samotność pachnąca pomarańczą - Ann Patchett "Dziedzictwo"




"Wszystkie historie odchodzą razem z tobą - pomyślała Franny, zamykając oczy. - Wszystko, czego nie słuchałam, nie zapamiętałam, nie zrozumiałam, wszystko, co mnie ominęło. Wszystkie drogi do Torrance". - s. 286

Z "Dziedzictwem" chodziłam w głowie naprawdę długo. Samo czytanie zajęło mi sporo czasu, bo książka, choć napisana naprawdę dobrze nie należy do gatunku tych, które pochłania się łapczywie w kilka wieczorów. Nie, z nią obchodzi się jak z klasykami. Czyta się powoli, dokładnie, mając wrażenie, że mimo uważnej lektury i tak coś może umknąć. 

Przyjęcie z okazji chrzcin, dużo ludzi, alkohol, upał, pomarańcze. Ukradkowe spojrzenia, wzajemna fascynacja, poddanie się żywiołowi. Nie do końca wiadomo, co zachodzi w ten uroczysty wieczór, a jednak jego finałem jest zdarzenie, które sprawia, że dochodzi do rozbicia rodzin. Jeden pocałunek i decyzje, których nie da się już później odwrócić. Następne wydarzenia to karuzela niechęci wobec siebie, planów co do przyszłości dzieci, obcości, niezrozumienia, pretensji. Wakacji podczas których dochodzi do tragedii, starań o lepszą przyszłość, w końcu dorosłego życia, w którym okazuje się, że nie wszystko wyszło tak jak powinno. Rzeczywistości chropowatej, trudnej, odległej od dziecięcych złudzeń. Pełnej przypadkowych wyborów, stawania przed faktem dokonanym, żegnania się z młodzieńczą naiwnością. Szarzyzna życia, radzenie sobie z obowiązkami, dziwne dzieje osób, które z bliskich stają się sobie niemal obce. Rodzina Keatingów oraz Cousinsów przeżyją istne trzęsienie ziemi, po którym trzeba zbudować świat na nowo, poukładać wszystko na właściwym miejscu, w którym dorośli radzą sobie całkiem nieźle, dzieci zaś trwają w zawieszeniu między jednym domem a drugim. Bunt, złość, niezrozumienie, gniew. A potem rekonstrukcja tych wszystkich lat, które upłynęły, zdarzeń które miały miejsce, wątpliwości czy można było uniknąć błędów. 

Na plan pierwszy wysuwa się Franny, która dryfuje całkiem innym torem niż chciała. Rzucone studia, problem ze spłaceniem kredytu, osobliwa relacja z przyjacielem. Wszystko to kończy się, gdy poznaje Leo Posena, pisarza, który jest dla niej kimś wyjątkowym. Jak dla mnie bardziej wydaje się zakochana w nim jako w osobie tworzącej wspaniałe dzieła niż w prawdziwym człowieku, ale różne bywają dzieje miłości i jej początki. Brakuje jej uczucia, poczucia bezpieczeństwa, zatrzymania się gdzieś po latach tułaczki między różnymi miejscami zamieszkania. Tęskni za stabilizacją, a jednak zdaje się jej obawiać. Druga niezwykle osobliwa postać to Albie. Mały, wyjątkowo irytujący chłopiec, który potrafi zachowywać się jak zacinający się gramofon, utrapienie rodzeństwa, które chętnie się go pozbywa ze swojego grona na przeróżne sposoby. Nastolatek pełen buntu, głupich pomysłów. W końcu dorosły, który szuka swojego miejsca, ale nigdzie nie może go zagrzać. Tajemniczy, małomówny, skryty, nieodgadniony. 

"Dziedzictwo" to bardzo specyficzna książka. Składająca się z zapisu pewnych chwil życia dwóch rodzin. Swoisty łańcuszek, który pokazuje jak zadziałała jedna decyzja pewnej pary. Jedno zdarzenie tworzy falę następnych, burzy spokojny świat, sprawia, że nic nie będzie już takie samo. Czytelnik zbiera kolejne fragmenty układanki i układa je we właściwych miejscach. Podąża za bohaterami, którzy zdają się maleć, zderzać brutalnie z życiem, doznawać rozczarowań, nawet mimo pewnych sukcesów. Ann Patchett pisze w swojej książce o samotności nawet w grupie, o obcości wśród bliskich, dorastaniu, które odziera ze złudzeń. Jej powieść to dla mnie refleksja nad tym, jak wygląda dzisiejszy świat ludzi niedbających o podstawowe wartości. Rzucających wszystko dla przelotnej chwili, bez zastanowienia, jak wpłynie to na innych, bez refleksji nad konsekwencjami. To historia o oddalaniu się od siebie i powolnym stawaniu się obcym, by pod koniec zaskakująco odkryć, że mimo milczenia, rozłąki, braku kontaktu nie da się zerwać pewnych więzi, bo gdy przychodzą ważne momenty człowiek skupia się na tym, co najważniejsze, czego nie zauważa na co dzień. To książka trudna, pisana literackim językiem, a jednak taka, z którą czytelnik się zmaga, do której odkrycia potrzeba wysiłku. To nie opowiastka do połknięcia w kilka godzin, ale opowieść, którą nawija się na nić jak kolejne paciorki korali. Rzecz początkowo słodka jak pomarańcze, która szybko staje się gorzka niczym grejpfrut i jątrzy. Osobliwa, pociągająca, ale wymagająca czasu, taka z przebłyskami lekkiej słodyczy, ale jedynie przebłyskami. Książka w książce, gdyż przecież dostajemy niemal tę samą historię opowiedzianą dwa razy. W końcu zaś mimo oryginalnego tytułu, który powinien brzmieć "wspólnota" mimo właśnie owej komitywy bohaterów w dzieciństwie, bliskości w zmaganiu się z codziennością i jej rozczarowaniami, to nadal dla mnie opowieść o głębokiej samotności i wyobcowaniu każdego człowieka w świecie, mimo więzi rodzinnych, miłosnych czy przyjacielskich. A jednak poczucie bycia rodziną w kryzysowych sytuacjach daje o sobie znać, mimo że w codzienności niemal nie istnieje. Lektura mocna, trudna, niespokojna.  




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova. 

Ann Patchett, Dziedzictwo, tłum. Anna Gralak, wyd. Znak litera nova, Kraków 2107.

sobota, 18 listopada 2017

W świecie intryg - Maria Paszyńska "Krwawe morze"



"Pamiętaj jednak, że choć z pozoru wszyscy jesteśmy różni, w głębi duszy jesteśmy bardzo podobni. Tak naprawdę tylko sytuacje, w których się znajdujemy, okoliczności, które nas kształtują, są odmienne, lecz każde człowiecze serce pragnie miłości, a gdy jej nie otrzyma lub ktoś mu ją odbierze, musi zaspokoić się władzą. Te dwie namiętności rządzą światem ludzi: są w stanie wywyższyć chłopa i zrzucić na dno jego pana. Pozycja człowieka nie ma tu znaczenia. Ktokolwiek zaś pozwoli, by go prowadziły, będzie kradł, zabijał, kłamał, zdradzał, pewny, że postępuje dobrze, bo wszystkie te zbrodnie służą jego sprawie." - s. 241

Minęły lata odkąd Mehmed Pasza Sokollu zostawił małą Jelenę w rękach Nurbanu. Przez ten czas dziewczyna zasmakował ogromnej samotności, odrębności od pozostałych dziewcząt, które były w tej samej sytuacji, co ona, lęku, koszmarów a także ogromnego przywiązania do sułtanki. Otoczona pięknem i przepychem wschodniego dworu, opieką władczyni, zauroczona nowym miejscem zdawała się chwilami zapominać o swojej niedoli i pragnieniu zemsty za doznane krzywdy. Kształciła się, jako jedyna przebywała sam na sam ze swoją panią i była nie tylko jej ulubienicą, ale nawet kimś na kształt przybranego dziecka. Mimo rad, jakich udzieliła jej niegdyś Nurbanu, że w świecie władzy każdy używa każdego do osiągnięcia swojego celu, a nic nie jest za darmo, Birgül zdawała się przy niej rozluźniać. Zmęczona codziennymi niesnaskami, wszechobecnymi oczami i szpiegami śledzącymi wszystkich dziewczyna pozwalała sobie na uśpienie naprężonej czujności. Wierzyła, że może czuć się bezpieczna. Mijał czas a ona poznała pierwszy i szaleńczo silny poryw serca. Zatracona w upajającym uczuciu nie dostrzegła zbliżającego się niebezpieczeństwa i rozgrywki, w której stanie się pionkiem. Tymczasem Sokollu zmagał się z wypełnieniem obietnicy, jaką złożył zmarłemu władcy. Wszelkimi siłami starał się utrzymać świetność Imperium Osmańskiego rządzonego przez słabego, podatnego na wpływy i rozkochanego w hulaszczym trybie życia sułtana Selima. Przypadkowy pożar, który strawił wielką część miasta, zbliżająca się wojna ze Świętą Ligą, oblężenie Famagusty. Ktoś inteligentnie pociąga za sznurki, dbając o swoje interesy tak przebiegle, że nawet przenikliwemu wezyrowi umykają pewne rzeczy. Kto pragnie zagłady jednego z największych państw ówczesnego świata? Jak uniknąć zagrożenia, uspokoić wzburzone wojsko i niepokój narastający w społeczeństwie? Sokollu stanie przed nie lada trudnym wyzwaniem. Dwie potęgi staną naprzeciwko siebie, by walczyć nie tylko o władzę, ale i wpływy. A losy świata spoczną w rękach jednego człowieka.

Nowa książka Marii Paszyńskiej przeniosła mnie do świata blichtru, przepychu, wschodniej rozrzutności. Ukołysała egzotycznym klimatem, feerią barw bajecznych komnat, grą światła i cienia, by potem wrzucić w kolejne potyczki o władzę. Autorka zabiera bowiem czytelnika z chylącej się ku upadkowi Famagusty, wypełnionej śmiertelnie zmęczonymi, brudnymi, głodnymi obrońcami, którzy mimo braku jakichkolwiek środków nadal nie poddają twierdzy, do bezpiecznych komnat sułtańskiego pałacu, w którym władca oddaje się rozrywkom. Prowadzi go za rękę ulicami Stambułu do tajemniczego mężczyzny, pragnącego zrealizować swój szaleńczy plan i kształtować historię, by następnie podążyć do pewnej jaskini, w której rodzi się pierwsza miłość dwójki czystych, młodych osób. Pokazuje dualny świat, w którym bieda ściera się z niezmiernym bogactwem, siłą ze słabością, mądrość z gnuśnością i słabością charakteru, przebiegłość i szaleństwo z oddaniem sprawie, miłość z zazdrością i chłodną kalkulacją, odwaga z brawurą. Pisarka pięknym językiem kreśli świat pełen intryg i to na przeróżnych szczeblach. Pokazuje piękną, złotą klatkę, w której poczucie wolności to jedynie ułuda. Sułtański dwór, przepełniony szpiegami oraz usłużnymi donosicielami. Nawet dobroć i łaska władczyni zdają się jedynie mirażem, a słowa, że nic nie jest za darmo wybrzmiewają gorzkim i niezmiernie prawdziwym tonem. Uczucia przywiązania, tkliwości, sympatii, łaski wydają się iluzją. Istnieją, by potem rozbić boleśnie wszelkie wyobrażenia, których nabierają mieszkanki haremu. Z kart książki bije smutna refleksja o wspaniałym, kolorowym, bajkowym świecie, w którym nie ma prawdziwej wolności i więzi a ludzie to jedynie narzędzia do osiągnięcia danego celu. Boleśnie przekonuje się o tym Birgül. To walka o władzę oraz pragnienie zemsty stanowi główną siłę napędową dostojników Stambułu. Mimo przywiązania i pewnej dozy czułości, brak tu prawdziwych uczuć. Sułtanka czuje sympatię i żal do swojego władcy, który podziela tę tkliwość, a jednak niesiony wzburzeniem odsłania gorzką prawdę, że jego wybranka, jest nie tyle człowiekiem, co własnością,  rzeczą, która miała być mu posłuszna.



Mimo pesymistycznej konstatacji nad złotą klatką, w której za każdy okruch dobra prędzej czy później przyjdzie bohaterom zapłacić, w którym żadna chwila ani relacja nie jest pewna, gdyż wszystko zależy od chwiejnej woli władcy i jego usłużnych donosicieli, w którym ciężko nieraz odróżnić prawdę od fałszu, pojawiają się tu promienie światła. Jest miłość, która zakwita w jednej chwili i czyni świat pięknym, ale jednocześnie usypia czujność i ostrożność. Uczucie, pozwalające oddychać pełną piersią, dające namiastkę wolności w niewolniczym świecie. Nie tylko Nurbanu czy Jelena są tu czyjąś własnością, ukochany dziewczyny również nie może decydować o własnym losie. Właściwie można by rzec, że niemal całe imperium to jeden wielki plac niewolników, w którym człowiek znaczy tyle co nic, a może inaczej, jego wartość określana jest miarą przydatności. W którym o twoim losie decydują inni, nawet bliscy. Gdzie marzenia i pragnienia nie liczą się, bo wola rodziców i władców jest ważniejsza. Wydawać by się mogło, że w rzeczywistości przepełnionej podstępami, walką o zaszczyty, niesnaskami, utrzymywaniem się na pozycji, nie ma altruistycznych zachowań, nie ma prawdziwych uczuć i relacji. A jednak człowiek jest istotą przeznaczoną do miłości, która znajdzie go w każdych warunkach. Pytanie tylko, co z nią zrobi. Czy pozostanie niespełniona jak u Nurbanu, czy podejmie próbę zawalczenia o nią. Jak słusznie zauważa Birgül bez miłości wolność nie istnieje, tylko ona czyni człowieka wolnym nawet wśród niedoli. Szczególnie w świecie politycznych gier, w którym króluje podmiotowość i wieczny strach.

Tytuły i bogactwa nie czynią nikogo szczęśliwym, zdaje się mówić Maria Paszyńska. Pozwalają ukryć się za wygodnym życiem, założyć jedną z całej gamy masek i trwać w czujności, bo nigdy nie wiadomo, z której strony nadejdzie zagrożenie. Czynią człowieka gniewnym, zagubionym, niespełnionym, jeśli nie ma predyspozycji i ambicji do władania krajem. Sprawiają, że zapomina, kim naprawdę jest. A jednak okoliczności sprawiają, że syn staje się pionkiem w grze matki lub ojca, władca w rękach doradców. Karuzela chciwości i pożądliwości nakręca się i krzywdzi kolejnych ludzi, a wszystko to na tle wspaniałych pokojów, cudownych zapachów, wśród przepięknych kobiet,  w sercu szeroko pojętej wojny. Kosztem pozbycia się marzeń, wolności, radości. Nawet sułtan staje się zakładnikiem pozbawionym prawa do decydowania o sobie, uzależnionym od innych. Ale w tym dziwnym orszaku nieszczęśników nie brak i ludzi szlachetnych, oddanych mądrości, sprawie, wyższym ideom. To oni błyszczą na firmamencie tej historii. Nieustępliwi, odważni, porywczy, ale dobrzy i prawdziwi.

Maria Paszyńska stworzyła czarującą historię o smaku orientu. Przysiada z czytelnikiem, by snuć opowieść o nieszczęśliwych władcach, zakładnikach ambicji innych oraz niewolnikach, którzy mimo swojej sytuacji pozostali wolni w przekonaniach i porywach serca. Uwodzi zwiewną zmysłowością, pierwszym uczuciem, bajecznymi wnętrzami, psychologią niektórych postaci, by potem zrzucić czytelnika w rzeczywistość krwawych zdarzeń, okrutnych tortur, szaleńczych podstępów. Dopracowanym i literackim językiem opowiada o historycznych wydarzeniach z wielką dokładnością i urokiem. Jak zwykle w jej powieściach zdumiewa dbałość o szczegóły, dopieszczenie książki i łatwość z jaką płynie się przez tekst. Dziś to cecha zaledwie kilku pisarzy, z czego tylko jeszcze jednego twórcy w podobnym do autorki wieku. "Krwawe morze" to książka z jednej strony brutalna i smutna, dość pesymistyczna nawet. Z drugiej zaś nie brak tu światła i siły, bo w każdym miejscu i położeniu można pozostać sobą, walczyć, starać się. I nie zwycięstwo jest tu najważniejsze, co sama walka. Akt woli, który nie pozwala na upodmiotowienie. Czy warto dać się porwać powieści? Zdecydowanie tak. Ale nie liczcie na łatwą lekturę. Jest piękna, mądra, ale to nie czytadło. "Krwawe morze" zostawi was z licznymi pytaniami i refleksjami, bo taka właśnie jest istota dobrej literatury, tej przez wielkie "L". Zostaje w człowieku i mówi. A o czym? Przekonajcie się sami.




Maria Paszyńska, Krwawe morze, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.