środa, 11 października 2017

Trudna spuścizna - Wiktor Krajewski "Pocztówki z powstania"



"Że choć od dramatycznych wydarzeń minęły już siedemdziesiąt trzy lata, przeżywają je nie tylko uczestnicy, ale także potomkowie. Trauma wojny jest niczym choroba genetyczna, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. I ja jestem nią obciążony, choć bardzo bym nie chciał. Wiem natomiast, że nie jestem z tym wszystkim sam." - s. 17-18

Nie jestem historykiem, nie do mnie należy oceniać, czy wybuch Powstania Warszawskiego był właściwą decyzją. Potrafię zrozumieć, że ludzie, którzy żyli w wolnym kraju, którzy nagle zostali pozbawieni praw, musieli patrzeć na bestialstwo zabijania, wywożenia, torturowania bliźnich, nie mogli już wytrzymać i musieli coś zrobić. Pokolenie Kolumbów, jak wielu twierdzi, było od początku stracone. Nie jestem, co do tego przekonana, ponieważ liczni udowodnili, że mimo traumy wojennej, mimo ogromu zła, jakiego doświadczyli, wyrośli na naprawdę wspaniałych ludzi. 

Marek Krajewski przedstawia wojenne opowieści ośmiu osób, ludzi znanych, którzy osiągnęli sukces mimo koszmarnych doświadczeń. To również rzecz o tym, jakie było życie wojenne, jak zło przeplatało się z dobrem. Szybkie dorastanie, stykanie się ze śmiercią niemal na co dzień. Dbałość o najważniejsze wartości. Czytając ma się wrażenie, że nie doceniamy tego, co dziś mamy bez problemu. Odchodzi w zapomnienie wartość wolności, prawa do nauki. Skarżymy się, zapominamy, często bagatelizujemy historię nie tylko kraju, ale poświęcenia drugiego człowieka. Autor w krótkiej książce zawarł naprawdę fascynujące historie, jak choćby opowieść o mamie Cezarego Harasimowicza, która kilka razy cudem uniknęła śmierci a dzięki miłości pewnego odważnego człowieka wydostała się z piekła. Hanna Rechowicz wspomina, że ludzie byli naprawdę źli na powstańców. Obwiniali ich o swój los, rozwścieczenie Niemców, działania odwetowe. Sami Powstańcy nie byli w stanie często przekazywać wiadomości poszczególnym oddziałom, łączność była naprawdę ogromnie utrudniona. Tadeusz Rolke opowiada o absurdach pewnych rozkazów, które mogły narażać na niebezpieczeństwo naprawdę wiele osób. Polecenie pobicia niemieckich chłopców wydało mu się pozbawione sensu i wręcz niebezpieczne. Nie tylko nie miało wpływu na dalsze losy wojny, nie zmieniało ówczesnego stanu rzeczy, ale mogło powodować dotkliwe represje dla polskiej ludności. Uczestniczył on jednak w wielu zadaniach, które jego zdaniem miały rację bytu. Leszek Fidusiewicz mówi o piętnie życia bez ojca, pragnieniu poznania go, posiadania choćby kilku zdjęć. Nie może zrozumieć, jak bohaterowie wojenni działający podczas wojny w AK mogli być torturowani i niszczeni przez władzę Polski Ludowej. Przytacza nawet sposoby na krzywdzenie dzielnych mężczyzn, którzy nie ugięli się przed wrogiem. Wojna to także wywózki na wschód, której doświadczył Longin Bielak. Katorżnicza praca w kołchozach, codzienna walka o przetrwanie, zmaganie się z głodem, zimnem, nieludzkimi warunkami. W końcu wyjazd jako wojskowy, który miał być przepustką do Polski i możliwością służenia ojczyźnie. Rosjanie i Ukraińcy wyłaniający się z kart książki napawają lękiem. Pijani, gwałcący kobiety, nieobliczalni, ale często na szczęście też leniwi, co niejednokrotnie sprzyjało przeżyciu Polaków. 

"Mimo poczucia bezpieczeństwa, wojenne obrazy wracały czasem w koszmarnych snach. Niektóre sceny do dziś mam przed oczami. W dniu, kiedy zaczynało się Powstanie, byłam rozpieszczonym nieznośnym dzieckiem. Z Powstania wyszłam jako dojrzała, ukształtowana oraz potrafiąca rozróżnić, czym jest zło, a czym dobro osoba." - s. 209

Bohaterowie wyznają, że wojna nie była czasem, w którym wszystko było czarno-białe. Zdarzali się miłosierni Niemcy i Rosjanie, którzy przymykali oczy na pewne sytuacje lub po prostu darowywali Polakom życie. I w drugą stronę, byli Polacy, którzy wydawali innych Niemcom lub pragnąc ocalić skórę mówili, że są folksdojczami. Bohaterska walka przeplata się tu z obrazami nędzy ludzkiej, śmiałe czyny ze skrajnym wyczerpaniem, dzieciństwo z błyskawicznym wkraczaniem w dorosłość. To nie pozycja o chwale i bohaterach pisana z patosem, ale szczere opowieści, które pokazywały często cienie tamtego czasu, brak organizacji, działanie pod wpływem chwili, trudne decyzje. Co mnie najbardziej poruszyło to stwierdzenie, że dramat, który się rozegrał nie zakończył się z chwilą upadku powstania czy ustania działań wojennych. Nie zamknął się nawet w obrębie życia ludzi, którzy doświadczyli okrucieństwa wojny. On trwa nadal, przekazywany z pokolenia na pokolenie, jakby faktycznie podskórnie, w genach przekazywano niepokój i traumę tamtych dni, jakby nieodwracalnie zapisało się to w historii ludzkości i nieprzerwanie trwało od tylu lat. Zostaliśmy czegoś pozbawieni i naznaczeni czymś, z czym nie potrafimy się do końca uporać. To nas stwarza, kształtuje, rzutuje na nasze życie. Tylko od nas zależy, jak pokierujemy spadkiem, który dostaliśmy od przodków. Jak wykorzystamy doświadczenie, które na nas spadło.



"Pocztówki z powstania" to ciekawa lektura, nieprzesłodzona, niepatetyczna. Szczera w swoim ukazywaniu tego, czym naprawdę był wojenny czas. Pisana naprawdę przystępnym językiem. Można by rzec, krótko, zwięźle i na temat, choć nie wszystkim może przypaść do gustu właśnie przez stawianie sprawy otwarcie, bez budowania legendy, choć powstało już wiele książek, które nie ukazują patetycznego obrazu, ale szukają prawdy z blaskami i cieniami działań przeciw najeźdźcom. Całości dopełniają ciekawe fotografie, które sprawiają, że lepiej można wczuć się w tamte czasy. Jak dla mnie to książka warta przemyślenia, którą dobrze było przeczytać.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Edipresse. 

Wiktor Krajewski, Pocztówki z powstania, wyd. Edipresse, Warszawa 2017.

piątek, 6 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień siódmy




Wisława Szymborska napisała bardzo mądre słowa o przemijalności, niepowtarzalności i niezwykłości czasu oraz życia ludzkiego. 

Nic dwa razy się nie zdarza 
i nie zdarzy. Z tej przyczyny 
zrodziliśmy się bez wprawy 
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli 
najtępszymi w szkole świata, 
nie będziemy repetować 
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy, 
nie ma dwóch podobnych nocy, 
dwóch tych samych pocałunków, 
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Przychodzimy na świat i uczymy się wszystkiego. Możemy powtarzać pewne czynności, nawet błędy, ale nigdy nic nie będzie tak samo. Zawsze towarzyszą nam inne okoliczności, my też się zmieniamy. Nie ma prób. Życie jest jedno. Staram się pamiętać, że czas jest dany do wykorzystania tylko raz. Nie cofnę go, nie poszerzę. Warto dobrze przeżyć swoje życie, czynić dobro i postępować tak, by być szczęśliwym i dumnym z siebie. Fakt, nie unikniemy rozczarowań, trudności, wpadek, ale ważne, by umieć doceniać dobro, łaski, by starać się przeżyć dzień najlepiej jak się potrafi. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)


Dziękuję dziś za moją pracę, którą bardzo lubię. Za to, że jest ciekawa, pozwala mi na kontakt z naprawdę świetnymi ludźmi. Za masę książek, która mnie otacza, interesujące wydarzenia kulturalne. Maluchy ciekawe świata, które zachwycają się pięknymi obrazkami, za wymiany zdań, miłe uśmiechy, życzliwe słowa. Dziękuję za dobro, które mnie spotyka, za to wielkie i małe, które nie tylko daje mi szczęście, ale też wiele mnie uczy. 

W moim życiu było wiele zmian, ale ostatnio czuję, że mogę sobie pozwolić na rozwinięcie skrzydeł, że coraz śmielej myślę o marzeniach, które leżały gdzieś zakopane, zakurzone, opatrzone tabliczką, nie teraz. Myślę o nich coraz częściej i pozwalam sobie snuć plany na przyszłość, co więcej powoli zaczynam je realizować. Krok po kroku, wyłania się coś dobrego :). Wielkie miasto to wielki pośpiech. Mało czasu. Kiedyś wszystko było bardziej poukładane, można było spokojnie wszystko załatwić, każda rzecz miała swój czas i miejsce. Teraz miewam wrażenie, że żyję w innej czasoprzestrzeni i ciężko mi tak uporządkować swój dzień, jak bywało kiedyś. Trudno mi wygospodarować dłuższą chwilę na pewne rzeczy, które chciałam wprowadzić i wiem, że muszę przewartościować swoje spędzanie wolnego czasu, by wykorzystywać go w mądry i wartościowy sposób.

Dziękuję Ci Panie, za moje marzenia. Za pragnienia, które rodzą się w moim sercu i za odwagę do stawiania pierwszych kroków, ku ich realizacji. Proszę o łaskę wytrwałości oraz o mądrość, bym umiała swój czas wykorzystywać owocnie, bym nie traciła go na głupoty i nie dała się porwać zwariowanej pogodni za codziennością. Wskaż mi drogę, którą mam podążać i bądź przy mnie.

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;

radość, tam gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

środa, 4 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień szósty




Mówi się, że ludzie w Afryce mają czas, a my mamy zegarki. Niestety w tym stwierdzeniu kryje się prawda. Gonimy ciągle za czymś, a nawet jak jest chwila, by zatrzymać się, to potem mnoży się cała masa spraw. Mam być wielozadaniowa, ale czy coś takiego naprawdę istnieje? Ok, rozumiem że chodzi o to, by być w stanie wykonywać różne zadania, ale jednocześnie? Da się, ale nigdy nie będzie to praca, w którą wkłada się serce, którą wykonuje się najlepiej jak to możliwe. Poza tym, że ostatnio chronicznie brakuje mi czasu (nie wiem, czy to syndrom życia w wielkim mieście czy po prostu na nieswoim ciężej się ogarnąć), mam tendencję do życia poza chwilą obecną. Pocieszam się, że występuje ona nie tylko u mnie, bo to ludzkie myśleć o tym, co było. Wracać do dobrych wspomnień, wyobrażać sobie jutro, planować kolejne rzeczy. Czasem jednak to wykracza poza granice zdrowego rozsądku. Gryzę się tym, że mogłam coś zrobić inaczej, owszem mogłam, ale co mi da przerabianie tego na sto sposobów, skoro nie można zmienić przeszłości. Warto wyciągać wnioski, ale nie tkwić w tym, co jest już zamkniętym etapem, wyrzucać sobie, że jakiś pomysł przeszedł za późno. Myślenie o przyszłości też może być zgubne. Odziera mnie trochę z ufności do Boga. To nie chodzi o to, by stwierdzić, jasne, nie będę się przygotowywać, niech wszystko mi spadnie z nieba, ale wymyślanie 100 planów też nie jest dobrym pomysłem. Czasami nie wiem, kiedy minął mi dzień. Droga do i z pracy, obowiązki, zakupy, wszystkie te codzienne czynności, rozmyślanie o tym, co zrobiłam i co zrobię i jakoś teraźniejszość ucieka. Owszem mam zdolność do zachwytów nam perełkami codzienności, ale miewam często wrażenie, że chwila obecna przecieka mi przez palce, niby jestem obecna, ale tylko ciałem, a przecież chcę żyć. Nie jest łatwo być tu i teraz. Ciągle uczę się tego od nowa.


"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Dziś dziękuję za taką prostą przyjemność, jaką jest dobra kawa, która zdecydowanie pozwala na lepszy start w nowy dzień. Daje energię do tego, by odgonić resztki snu i nieprzytomności ;). Może Bóg też lubi kawę? ;) Jestem wdzięczna również za rozmowy, które prowadziłam. Za to, że uczą mnie nowych rzeczy, dają szerszy kontekst, sprawiają, że się rozwijam. Są bodźcem do refleksji na wiele tematów, tych bardzo ważnych, ale i prostszych. A w końcu są kontaktem z drugim człowiekiem, płaszczyzną porozumienia, nauką bycia z bliźnim, dostrzegania jego punktu widzenia. To dobre chwile, gdy wychodzimy poza samych siebie. 

Mając kilka rzeczy do zrobienia, ciężko skupić całą swoją uwagę na czymś konkretnym. Staram się być obecną, ale często uciekało mi dzisiaj 100% bycie tu i teraz. Robiłam jedną rzecz, odrywałam się od niej, szłam do drugiej, albo robiłam kilka jednocześnie ( da się rozmawiać, popijając kawę, przeglądając internet i wcinając ciastko). Niby nic, ale jakoś myślami byłam momentami gdzie indziej, a nie powinno tak być. Może wówczas rozmowa byłaby głębsza? Trzeba ustalić priorytety i skupić się na najważniejszym. 

Panie, naucz mnie być całkiem oddana temu, co robię. Wykonywać to z sercem i czerpać z tego radość, naukę, poczucie bycia właśnie w tym miejscu i czasie. Nie chcę uciekać myślami do przeszłości, której nie jestem w stanie zmienić ani błądzić nieustannie po przyszłości, która dopiero nadejdzie, a którą powinnam powierzyć Tobie. Proszę, by moje działanie było skierowane ku dobru bliźnich, by widzieli w mojej pracy Twoją obecność. I przede wszystkim, naucz mnie skupiać się na Tobie w modlitwie, nie ulegać rozproszeniom. Po prostu spędzać z Tobą czas. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;

radość, tam gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

wtorek, 3 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień piąty




Czasem ciężko jest zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w naszym wnętrzu. Niby wiem, czego mi brakuje, co chciałabym zmienić, ale prawda jest taka, że wiele kwestii pozostaje ukrytych, nieuświadomionych lub zwyczajnie pomijanych. Nie zawsze mam ochotę dopuszczać do siebie pewne rzeczy. Czasami wręcz boję się otwierać pewne rewiry, bo nie są związane z łatwymi sprawami. Trzeba jednak stanąć w prawdzie wobec siebie i przepracować to, co pozostaje trudne i domaga się podjęcia pewnych kroków. Psychika ma swoje bariery, stwarza mury, odgradza od tego, co niewygodne. Stara się chronić człowieka, ale trzeba stanąć oko w oko z tym, co spychamy na samo dno.

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Dziękuję Ci Boże za niedzielną Eucharystię. Za słowa, które pozostają do przemyślenia. Do człowieka dochodzi się różnymi drogami, czasem wręcz poprzez własną słabość i bezsilność. Jestem wdzięczna za wszystkie uczucia, które mi towarzyszyły, za ciekawość, radość, otwieranie się na Ciebie. Panie dziękuję Ci za piękny dzień, w który mogłam odpocząć. Za dłuższy sen, przyjemny spacer w słońcu, za brak pośpiechu w wiecznie pędzącym gdzieś mieście. Także za umiejętność cieszenia się tym wyjątkowym dniem, w który i Ty odpoczywałeś. 

Każdy dzień życia to kolejne wybory. Czasami dokonuje się ich dobrze, innym razem delikatnie rzecz ujmując, nie są one trafione. Ostatnio dochodzi do mnie świadomość, że ominęły mnie niektóre rzeczy. Nie żebym o tym, nie wiedziała, ale wiąże się z tym jakiś rodzaj smutku, może nostalgia za tym, co było i co mogło być. Nie żałuję drogi, którą obrałam. Ważnych rzeczy, które ukierunkowały moje życie. Mam jednak wrażenie, że mogłam bardziej się postarać, ułożyć wszytko ściślej, poszukać czasu między zajęciami, rozegrać pewne sprawy inaczej. Czasem jestem zła na samą siebie za niewykorzystane szansy. Czasem pytam Boga, dlaczego akurat tak musiało być. Nie znam odpowiedzi. 

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że życie szykuje nieraz więcej trudności, niż by się mi kiedykolwiek wydawało. Czasami widzę ogromną rozbieżność między tym, czego bym chciała, a tym, co faktycznie się dzieje i nie zawsze potrafię się na to zgodzić. Czasem wydaje mi się, że czas biegnie zbyt szybko, a ja stoję w miejscu, że tyle rzeczy pragnę zrobić, ale się nie da. Mam swój plan i choć wiem, że Bóg chce dla mnie lepiej, bywa, że ogromnie trudno zgodzić się na to, że muszę weryfikować swoje marzenia. Często dobro, które wypłynęło z sytuacji zauważam dopiero długo po fakcie. Niby wiem, że moje modlitwy są wysłuchane w sposób, który jest najlepszy, ale ciężko odpuścić swoją wizję. Zgodzić się z tym, że coś się nie udało. Nie tyle zrozumieć, co przyjąć to, że Bóg dał mi coś piękniejszego niż o to prosiłam, bo w momencie rozczarowania jest złość, poczucie klęski, czasem bunt, niekiedy rozgoryczenie. Wówczas ta świadomość pozostaje jedynie słowami, a nie żywym przekonaniem. Ale jestem tylko człowiekiem z emocjami. Staram się nad sobą pracować, ale gorzkie doświadczenia trudno przełknąć. 

Panie, przyznaję, że często nie rozumiem Twojego postępowania. Nieraz mam wrażenie, że jesteś daleko, jakbyś o mnie zapomniał. To trudne chwile, bo choć wiem, że jest inaczej, moje serce robi swoje. Jest w nim lęk, że pewne rzeczy nigdy nie nadejdą. Jest smutek, bo to naturalna reakcja, gdy czegoś brakuje. Czasem złość, bo inni mają, a mnie różnie się układa. Nie jestem aniołem. Wiele razy sama komplikuje sobie życie, sama rzucam sobie kłody pod nogi, ale bywam zła, że nie przychodzisz. A to wszystko z powodu kilku uczuć, które rządzą sercem człowieka. "Nie jest dobrze, by człowiek był sam". Tak, potrzebuje Ciebie, Twojej łaski, bliskości i potrzebuję drugiego człowieka, który rozświetli mrok. Potrzebuję wielu rzeczy. 

Starasz się nauczyć mnie ufności, przekonania, że zadbasz o mnie na każdej płaszczyźnie, ale jestem trochę jak uparty osioł. Opieram się, uciekam, staję okoniem. A potem pytam, dlaczego tak? Mimo wszelkich przeciwności, będę się starała pamiętać, że jestem dużo ważniejsza niż wiele wróbli. Że mnie kochasz i zatroszczysz się o mnie we wszystkich sprawach hojniej, niż mogłabym przypuszczać. Błogosław, bym codziennie wzrastała w ufności do Ciebie, Panie. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

poniedziałek, 2 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień czwarty




Relacje są niezwykle ważne. Mamy ludzi, którzy odgrywają w naszym życiu szczególną rolę. Są jak słońce w pochmurny dzień, światło w ciemności, woda na pustyni. Sprawiają, że nasze serce przepełnia się miłością i radością. Wystarczy uśmiech bliskiej osoby, by dzień od razu stał się lepszy. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Boże dziękuję Ci za piękno przyrody, które skłania mnie do zachwytu. Za to, że potrafi rozproszyć smutek i trudności dnia codziennego. A gdy wpatruję się w świat dookoła, widzę Twoje nieskończone dobro, wszechmoc, miłość. Dziękuję za to, że im bliżej natury, tym łatwiej mi myśleć o Tobie, o tym, jaki Jesteś niesamowity. Dziękuję za to, że dzielisz się z ludźmi pięknem, które jest w Tobie. "Bóg jest radością, dlatego przed swój dom wystawił słońce", mawiał św. Franciszek z Asyżu. Ale sam świat jest po prostu cudowny i trzeba go doceniać. Ilekroć znajdę skrawek przyrody czuję się szczęśliwa, wolna i napawam się jej pięknem. A teraz pojawiają się kolorowe liście, słońce cudownie ogrzewa w chłodne dni, wiatr cicho szumi, gdzieś obok czerwieni się jarzębina, jest wspaniale. Dziękuję za dzień spędzony u Dominikanów. Za ciekawe zajęcia i niezwykłe przeżycie bliskości i świadomości, że to moje miejsce, w którym dobrze się czuję i chcę przebywać jak najczęściej. Poczułam, że to mój dom, w którym jestem mile widziana i wolna i jestem za to głęboko wdzięczna. 

Dziś myślę o mojej mamie. Przypominam sobie jej cudowny uśmiech. Dobro, ciepło i mądrość, jakimi emanowała. Wspominam, że zawsze, gdy miałam kłopot, mogłam do niej przyjść, porozmawiać, poradzić się. Była osobą niezwykłą, silną, wspaniałą i bardzo mi jej brak. Czasami zastanawiam się, co by powiedziała teraz, gdy jestem dorosłą osobą i sama dokonuję wyborów. Czy byłaby ze mnie dumna, jakie dałaby mi rady. A przede wszystkim czuję ogromną miłość, która przecież stale trwa i tęsknotę.

Moja mama nauczyła mnie pięknej miłości. Tę miłość noszę w sobie. Staram się nią obdarowywać innych. Chcę zbudować dom, w którym będzie ona kwitnąć. Pragnę być czyimś szczęściem i odnaleźć swoje szczęście w kimś przeznaczonym dla mnie. Naucz mnie Boże otwierać serce przed drugim człowiekiem, bo do tego nas stworzyłeś, do miłości szczerej, wielkiej i prawdziwej. Wiem, jednak że jeszcze wiele nauki przede mną. Kochać nie zawsze jest łatwo. Jesteśmy tylko ludźmi, mamy wady i zalety. Musimy się docierać, wykazywać się zrozumieniem, cierpliwością, pokorą. Miłość rozwija nas, ale też ogromnie wiele uczy. Jest wymagająca i cudowna. Naucz mnie Panie kochać najpiękniej. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;

wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;

jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

niedziela, 1 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień trzeci




Dzień kończę refleksją dotyczącą łaski. Ignacy Loyola uważał, że potrzebna jest świadomość tego, jakiego daru od Boga pragnę. Co jest mi potrzebne, by lepiej żyć, myśleć i działać w sposób dobry.

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Jestem wdzięczna za pomoc, którą otrzymałam od wielu ludzi. Za to, że mogłam na nich liczyć w lepszych i gorszych chwilach. Za wielkie serce, które mi okazali, dobroć, ciepło. Za to, że niejednokrotnie byli, gdy ich potrzebowałam, że wiele się od nich nauczyłam. Cieszę się, że potrafię mówić im, jak ważni są dla mnie, jak wiele im zawdzięczam. 

Wielkie miasto to zawirowania. Pozostaje kilka rzeczy do ułożenia i stoję przed pewnymi wyborami. Brak mi ufności. Chcę wszystko zrobić sama, choć nie jestem przekonana, które wyjście jest najlepsze. Niby ufam, ale co chwila staram się wykombinować kolejne zabezpieczenia, szukam, drążę. Nie pozwalam sobie na "Boże, Ty się tym zajmij", choć bardzo bym chciała. To zdanie pozostaje puste, bo choć tak mówię, to robię maksymalnie wszystko, by załatwić sprawę. Jezus mówił:

Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo <Boga> i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy. ( całość - Mt 6, 25-34)

Ja jednak boję się, ciągle rozpatruje pewne sprawy, myślę o nich, przerabiam je na tysiące sposobów, mimo, że przecież jestem ważniejsza niż wiele wróbli. Zajmują mnie codzienne zmartwienia, a przecież nieraz było tak, że coś zaczynało się układać, że nim wypowiedziałam prośbę Bóg już zareagował i zesłał mi rozwiązanie. A jednak każdego dnia  muszę uczyć się zawierzenia od nowa. 

Naucz mnie Panie ufności. Pozwól mi odczuć, że jestem ważniejsza niż wróble, że nie muszę się bać. Pragnę głęboko wierzyć, że zatroszczysz się o mnie, nawet jeśli to, co się dzieje mówi mi co innego. Bo nie zawsze rozumiem Twoją odpowiedź na moje modlitwy. A przecież odpowiadasz. Niekoniecznie tak, jakbym chciała, ale najlepiej dla mnie. Naucz mnie zatem ufności w to, że wybierasz dla mnie najpiękniejszy scenariusz z możliwych. Że nie muszę się lękać, bo jestem w Twoich rękach, ważniejsza niż ptaki, lilie, kochana. 


O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. 
 Amen.


sobota, 30 września 2017

Spacerowe rozkminy #5



Wielkie miasto, jak pisała Katarzyna Olubińska ciągle gdzieś gna. Ma to do siebie, że człowiek mimo, że otaczają do ludzie, pozostaje anonimowy. Czasem mimo ogromu miejsca, trudno znaleźć coś swojego. Podczas pierwszych dni pobytu w stolicy wybrałam się na Mszę do Dominikanów na Służew i poczułam, że jakoś mi tam lepiej. Znalazłam przyjazny kąt, choćby nie wiem, co się działo. 



Zaczęłam dziś zajęcia na Studium Dominicanum. Pobudka po piątej, żeby wszystko ogarnąć i dojechać. Ale dzień piękny, mimo że ranek nieco mnie zmroził. Słońce przedzierało się przez żółtawe już liście drzew. Dzień zapowiadał się emocjonująco. Zaczęło się od królowej nauk. Dłuuugi wykład z filozofii, ale bardzo ciekawy, okraszony humorem. Znów poczułam się jak studentka. Zrozumiałam jak bardzo brakowało mi chodzenia na zajęcia, uczenia się w takim systemie. Słuchałam, notowałam, przetrawiałam wszystko. I po raz kolejny przyszła refleksja nad tym, że nie doceniamy możliwości kształcenia się, a w Afryce edukacja to skarb. U nas jest narzekanie, że trzeba do szkoły. 



Na długiej przerwie pogrzałam się w słońcu, czytając "Głód Boga". Jestem głodna. Nie tylko Boga, brakowało mi kilku rzeczy. I chyba podskórnie czułam, że te zajęcia miały trochę zaspokoić te braki. Usłyszałam skrzypce, bo akurat był ślub, popatrzyłam jak kursanci siedzieli na trawie i jedli obiad, grzali się, czytali, odpoczywali. Chodzili sobie alejkami i wszystko było ok. Nikt nie mówił, nie rób tego, tak nie wolno. Pomyślałam, że jest trochę jak w domu. Jest się mile widzianym, swobodnym. I ta myśl przeszła w piękne poczucie, tu jest mój dom, gdzie Bóg-Miłość. Przypomniał mi się fragment z 1 Listu do Koryntian "Przeto czy jecie czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie." (1 Kor 10,31). Poczułam się wolna, na właściwym miejscu. W przestrzeni, w której nikt nigdzie nie gonił. Gdzie po zamknięciu oczu czuło się na twarzy słońce, lekki wiatr, gdzie szumiały drzewa, grały skrzypce. A wokół przyroda. Nie chciałam wracać, choć już czułam, że Bóg jest obok. 

Wykład z teologii był absorbujący. A mnie nadal nie opuszczało poczucie, że to miejsce stało się w jakiś sposób moje, że chcę tu być często, że to azyl w wielkim mieście. Tak czysto po ludzku, trzeba mieć miejsce, w którym jest człowiekowi dobrze. Gdzie schroni się, gdy wszystko idzie nie tak, gdzie będzie mógł odpocząć, uporządkować myśli. Gdzie po prostu będzie mu dobrze. Ale trzeba powiedzieć, że to nie budynek tworzy nasz dom, tylko atmosfera, ludzie, wszystko co co sprawia, że czujemy się szczęśliwi, choć dobra przestrzeń jest niezwykle ważna. 



Dziś mimo zmęczenia doświadczyłam wielkiego dobra. Piękna przyrody, jesiennego dnia pełnego zachwytów, dobra, ciepła, mądrości, refleksji i Boga, Który zaprasza do Swojego domu i Który jest z przy nas cały czas :) 

środa, 27 września 2017

Moje sam na sam z Bogiem - dzień drugi




Wolność to trudne pojęcie, a jednocześnie podstawa wiary, bo przecież mam wolną wolę. Sama wybieram to jak postępuje, czy idę dobrą ścieżką czy złą. Mark E. Thibodeaux uważa brak równowagi duchowej i uleganie pokusom za objawy duchowego zniewolenia. Gdy się tak głębiej nad tym zastanowić to prawda. Wszystko, co bierze nade mną górę, w pewien sposób wyklucza moją wolność, ogranicza mnie. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Dziękuję za umiejętność cieszenia się małymi rzeczami. Doświadczanie radości z powodu całkiem prozaicznych i nieistotnych dla wielu rzeczy. Drobiazgów, które jedynie na pozór nie mają znaczenia, a są wspaniałe, piękne, wartościowe. Malowniczy wschód słońca, uśmiech drugiego człowieka, dobre słowo, piękno kwiatu, ciepły jesienny dzień. Te wszystkie rzeczy są za darmo, a tak mało się je docenia. Dziękuję za to, że moja mama nauczyła mnie cieszyć się małymi rzeczami. 

Wolność łatwo stracić. Stale uczę się ufać, ale często przychodzi mi to z trudem. Zamartwiam się o wiele rzeczy. Są sprawy, które muszę załatwić i ułożyć. Chciałabym powiedzieć "Panie, Ty się tym zajmij", ale często nie potrafię pozwolić Bogu na działanie. Pod tym względem, bywam Zosią Samosią, a przecież "Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy"(Mt 6,34). Skoro jestem ważniejsza niż wiele wróbli, nie powinnam się zamartwiać. Bóg zatroszczy się o mnie.

Kiedy tak naprawdę jestem wolna? Gdy otwieram się przed drugim człowiekiem. Mówię mu szczerze, że jest ważny, gdy bez ogródek opowiadam, o tym co ważne, co gra mi w duszy. Wolność to także robienie czegoś z sercem. Wkładając całą siebie w pracę, wiem, że wszystko jest tak jak powinno być. Wolna czuję się, gdy dzielę się przemyśleniami na różne tematy czy to pisząc na blogu czy rozmawiając. 

Naucz mnie większej ufności, o to proszę. Bym każdy następny dzień rozpoczynała ze spokojem i przekonaniem, że nie muszę się lękać, że postępując właściwie wszystko będzie dobrze, a Ty w swojej hojności Panie, obdarujesz mnie tym, czego mi trzeba. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.  

wtorek, 26 września 2017

Moje sam na sam z Bogiem - dzień pierwszy




Chyba dawno nie miałam tak dobrego dnia. A jeszcze kilka dni temu wydawało mi się, że jakoś wszystko idzie na opak. Niby dobrze, ale jak po grudzie. A tu od niedzieli jakoś tak zaczęło się układać. Czasem wystarczy zmienić punkt widzenia, wziąć sobie do serca jakieś słowa. A wtedy życie zaczyna nabierać wiatru w żagle. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Za wiele rzeczy pragnę dziękować, ale dziś skupiam się głównie na jednym skarbie, jakim są przyjaciele. Myślę o tym, że radość i sukcesy dzielone z innymi, stają się większe, lepiej smakują, rozrastają się. Tak jakby dzieląc się nimi z innymi nagle z całą mocą docierało do nas to jak są wielkie, jak ważne, wspaniałe. Smutek czy porażka przegadana z przyjacielem nie jest taka dotkliwa. Jakoś łatwiej znieść to, co nie wyszło, odbić się od dna, przetrwać ciężki czas. Dziękuję za to, że będąc z ludźmi uczę się otwierać swoje serce, że niezmiennie zachwyca mnie to, że czasami przekazując komuś proste słowa, dzieje się coś pięknego. Stwarza się płaszczyzna, na której buduje się głębszą relację, wpuszcza się kogoś do swojego świata. 

Nie jestem ideałem i nigdy nie będę. Nie rozumiem tak wielu rzeczy, ale to nie ma znaczenia. Sama z siebie nie mogę niczego, "wszystko mogę w Tym, Który mnie umacnia". Chcę jeszcze raz przejść przez dzisiejszy dzień. "Przyjdź Duchu Święty, ja pragnę. Oto dziś błagam Cię. Przyjdź w swojej mocy i sile". 

Tak łatwo jest oceniać. Wystarczy jedno spojrzenie i już wszystko wiem, prawda? Ludzka zdolność do wyrabiania sobie opinii jest wprost zdumiewająca. Bez trudu można ulec pierwszemu wrażeniu, rzucić na kogoś okiem i stwierdzić, jaką jest osobą. Chyba wszyscy tego doświadczają. A tymczasem po jednej wrednej myśli na temat spódniczki mini mini, przypomniało mi się coś, co wyczytałam u ks. Twardowskiego. Opowiadał jak to panie chciały przegonić prostytutkę, która weszła do Kościoła. Ks. Jan wziął ją w obronę, zaprowadził do zakrystii. A ona szczerze wyznała, że chciała się wyspowiadać. Zobaczyła śnieg i przypomniała się jej sukienka, którą miała na Pierwszej Komunii. Drogi do serca bywają różne, tak łatwo kogoś skreślić, źle ocenić. Sama nie chcę, by ktoś mnie traktował protekcjonalnie, by wyrabiał sobie fałszywe przekonanie o mojej osobie, na podstawie jednej rzeczy lub złudnego wrażenia, bo to, że nie zawsze się uśmiecham, nie znaczy że jestem gburem, to że mam gorszy dzień, nie czyni ze mnie kogoś słabego. Naucz mnie Panie roztropności w podejściu do bliźniego. 

Jutro będzie nowy dzień, zacznę wszystko od początku. Zacznę od uśmiechu i wyrozumiałości dla drugiego człowieka, ale do tego potrzebuje łaski, siły i mądrości. Jestem tylko człowiekiem, bez Ciebie nie dam rady. W ciszy i w rozgardiaszu jutra chcę wsłuchiwać się w Twój głos. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

poniedziałek, 25 września 2017

Być bliżej - Mark E. Thibodeaux SJ "Bóg i Ty. 34 drogi do lepszego życia"

z cyklu książki z duszą 



W lewo, prosto, dobrze. Uda się! Nie, znów ślepa uliczka. Ale spokojnie, będzie dobrze, dotrę. Pamiętaj zawsze, żeby wrócić do punktu wyjścia. Nie poddawaj się. Przecież to dla mojego dobra. Uff, udało się. Pora ruszyć dalej. Tak, teraz w prawo, jeszcze raz w prawo i znów..., nie, nie, tylko nie ślepa uliczka! To męczące... Odpocznę, przecież nie mogę tak bez sensu biegać. Trzeba znaleźć jakieś wskazówki, przecież zawsze jakieś są... "Nie ma na ziemi sytuacji bez wyjścia", ks. Twardowski na pewno się nie mylił.

Życie przypomina czasami jeden wielki labirynt. Idziemy, przekonani o tym, że obrana droga jest dobra, a tu nagle ślepy zaułek. Szumne plany upadają jak niezdobyty mur z "Gry o tron", a człowiek zastanawia się, co dalej i czemu tak się stało. Jak już kiedyś pisałam, jest powiedzenie "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach". Nie chodzi o to, że Pan nie przejmuje się naszymi marzeniami. On je przecież stwarza w nas. Ale czasami jesteśmy uparci jak osły i zamiast większego dobra, wolimy iść sobie, przycupnąć przy jakimś małym ciepłym miejscu i żyć minimalizmem. A Bóg jest hojny. Więc, co robić? Przede wszystkim wsłuchiwać się w Boga, który mówi. Przez Pismo Święte, kapłanów, sytuacje życiowe. Ignacy Loyola proponował codzienny rachunek sumienia, by być bliżej Boga, bo im jesteśmy bliżej, tym łatwiej nam słyszeć Jego głos. 

Rachunek sumienia, już widzę jak niektórym cierpnie skóra, bo przecież raz na miesiąc to wystarczy, ciężko. Nikt nie lubi uświadamiać sobie swoich błędów, niedociągnięć, słabości. Nie chodzi tu jednak o wytykanie sobie nieudolności, ale pracę nad sobą i doskonalenie się. To sposób na zbliżenie się do Boga. Jak zatem odprawiać rachunek sumienia? Można go praktykować dwa razy dziennie, podczas przerwy obiadowej oraz wieczorem. Ja wybrałam opcję wieczorną, ponieważ w ciągu dnia jestem w pracy. Ignacy Loyola drogę doskonalenia duchowego poprzez rachunek sumienia podzielił na 5 kroków. 

Pierwszy: dziękczynienie za rzeczy wielkie, ale i za te małe, codzienne drobnostki, które uczą wdzięczności. 

Drugi: prośba o Ducha, podobnie jak do modlitwy tak i do wykonania owocnego rachunku sumienia potrzebna jest łaska Ducha Świętego, potrzebna jest w ogóle do życia, dlatego ten krok jest tak ważny. 

Trzeci: przegląd i uznanie win, czyli rzecz najtrudniejsza, bo przyglądam się temu, co nie wyszło. To ma mnie nauczyć niepopełniania tego samego błędu.

Czwarty: prośba o przebaczenie i uzdrowienie. Bez przebaczenia nie ma życia, za to, co było nie tak trzeba przeprosić i znów iść właściwą ścieżką. Naprawić zło, które się wyrządziło. Prosić Boga o pomoc, by zacząć od nowa i umiejętnie radzić sobie na przyszłość. Być trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza, uczyć się na błędach.

Piąty: modlitwa na następny dzień. To prośba o to, by jutro było lepsze. Wyobrażenie sobie, przyszłych wydarzeń i zaproszenie Boga do wejścia w ten nadchodzący czas, by był jak najlepszy. 

Autor nie każe trzymać się sztywno podanych rachunków sumienia. Zaznacza, że często pewne rzeczy nie będą się nas tyczyły akurat w danym momencie. Lepiej skupić się na czymś, co faktycznie pomoże, niż męczyć się robiąc wszystko od deski do deski. Nic na siłę. Nie ma tu żelaznych reguł, ponieważ ta praktyka ma zbliżać do Boga, a nie odstraszać. Mark E. Thibodeaux zaznacza również, że całość ćwiczenia ma trwać nie dłużej niż 15 minut dziennie. Proponuje zapisanie słowa, zdanie, akapitu po rachunku sumienia, gdyż pozwala to ograniczyć rozproszenia i wziąć sobie do serca, to nad czym trzeba popracować. Nie można zapomnieć, że rachunek sumienia ma być przede wszystkim modlitwą. To nie grzech, ale Bóg ma być w centrum zainteresowania i z jego perspektywy powinno być wszystko rozpatrywane. To ogromnie ważne, by o tym nie zapomnieć, nie zagubić się w tym, co ma być jedynie punktem wyjścia do głębszej relacji z Panem. Autor pisze, że najlepiej wypracować rytuał rozpoczęcia i zakończenia rachunku sumienia, by można było wejść modlitewną rzeczywistość. A potem jest już coraz lepiej. Człowiek uświadamia sobie, że nie chodzi o to, by miał świadomość jaki mały i ograniczony jest, ale ile dobra może zrobić, jak hojny jest Stwórca, jak przebaczający i dobry. Z perspektywy czasu, rachunek sumienia staje się modlitwą pełną wdzięczności, zachwytów, ale i realnego podejścia do tego, że każdego dnia czeka na człowieka ogrom pracy nad sobą, że jeśli się skupić, można uniknąć wielu potknięć. To początkowo jest trudne, ale daje owoce. 

W ten sposób zaczynam pracę nad swoją bliskością z Bogiem. I Was zapraszam do niej :) 

piątek, 22 września 2017

Nieprzerwana wędrówka - Anna Kamińska "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz"



"Wanda nie była nigdy ani zalotna, ani wesoła, ani trzpiotowata jak inne dziewczyny, a tym bardziej nigdy niczego nie manifestowała. Była zamknięta w sobie, sztywniejsza niż inne koleżanki i nawet zwracała uwagę wewnętrzną odrębnością, samostanowieniem i dystansem. W Anglii mówi się na to notting english, czyli żeby być bardziej roztropnym, to się robi przerwy hm... hm... hm... i to daje wyraz dystansu do tego, co się mówi. U Wandy też był lekki dystans, mimo że nie było notting english. Była taka zwarta,  spokojna i poukładana, dlatego zdziwiły mnie wtedy te jej pończochy, które były spójne ze zmianą polityczną". - s. 78

Nie muszę chyba pisać, że kocham góry, uwielbiam o nich czytać, że kręcą mnie wszelkie książki o himalaizmie, alpinizmie. Ogromnym szacunkiem darzę wspinaczy, ich odwagę, siłę, hart ducha, marzenia i niezłomność. Tacy ludzie dają do myślenia, sprawiają, że człowiek ma nadzieję, że dociera do niego, ile można zrobić w każdej materii, bo bariery i ograniczenia są po to, by je przełamywać. 

Wandy Rutkiewicz chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Kobieta legenda. Pierwsza Polka i Europejka, która weszła na Mont Everest, pierwsza kobieta na K2, człowiek gór. Osoba, która mimo ciężkiego dzieciństwa, niezbyt komfortowej sytuacji w domu, nigdy się nie poddała. Przeżyła śmierć brata, opiekowała się młodszym rodzeństwem, patrzyła na rozpad małżeństwa rodziców, radziła sobie z brakiem pieniędzy oraz życiem w domu, który bezzwłocznie wymagał remontu. Te wszystkie przeciwności nie załamały jej, wręcz przeciwnie. Wanda zahartowała się, była prymuską, świetnie sprawdzała się w sporcie. Lubiła być pierwszą i to pozostało jej do końca życia. Wydaje się, że nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Kolejne wyzwania pokonywała z większym lub mniejszym wysiłkiem. W górach zakochała się podczas studiów. To było jak uderzenie pioruna. Nagle znalazła coś, co zawładnęło nią bezpowrotnie. 

Bohaterka książki Anny Kamińskiej była niezwykłą osobą. Miała nieodparty urok, dzięki któremu potrafiła zdobyć naprawdę wszystko, nawet od obcych osób. Nie kokietowała, nie używała sztuczek. Jej uśmiech był jednak kluczem do życzliwości drugiego człowieka. Zdumiewała swoją nieugiętością, siłą, niezłomnością. Nie dla niej było rezygnowanie ze zdobycia szczytu. Jeśli wycofywała się to tylko w ostateczności. Chciała być najlepszą, pierwszą, zapisać się w historii. Z mężczyznami nie rywalizowała, gdyż twierdziła, że to niemożliwe. Głosiła ideę kobiecego alpinizmu, choć często mówiono, że w kobiecych grupach to ona musiała być pierwsza. Niektórzy twierdzili, że nie była dobrym liderem wypraw, choć nie można jej zarzucić braku przygotowania i przemyślanych działań. Cechowała się introwertyzmem i stale goniła za swoimi marzeniami. Jej apetyt rósł w miarę jedzenia. Im więcej szczytów miała na swoim koncie, tym więcej pragnęła. Często mówiła, że jedzie na ostatnią wyprawę, po czym okazywało się, że góry wezwały ją po raz kolejny. Prawdą wydaje się, że na wysokości czuła się jak u siebie. Tam skupiała się na tym, by wejść na górę, pokonać swoje ograniczenia. To było najważniejsze. 

Na nizinach była człowiekiem o dość skomplikowanym charakterze. Nosiła w sobie wiele ciepła i życzliwości, nie obgadywała, nie zajmowała się plotkami. Być może z powodu ciężkiego dzieciństwa nie potrafiła stworzyć rodziny. Jej związki i małżeństwa były nieudane. Zakochiwała się często i nie bardzo wiedziała, co z tym zrobić. Nie umiała kokietować, ale nie było jej to potrzebne. Wymarzony partner miał być wysoki, sprawny, i bardzo dobrze się wspinać. A ponieważ w środowisku alpinistów i himalaistów kochało się w niej większość mężczyzn, nie zabiegała o niczyje uczucie. Jej emocjonalność pozostaje zagadką. Nie była wylewna. Większość rzeczy przeżywała w sobie, nie afiszowała się z niczym. Inteligentna, poukładana, zawsze gdzieś na uboczu. Wanda żyła samotnie nawet wśród ludzi. Wydawało się, że nie potrzebuje kontaktu z innymi, nie szukała rozmów, a jednak potrzebowała przyjaciół. Miała trudny charakter, była twarda, uparta, miała swoje zdanie i umiała je głośno wypowiedzieć. Jej odwaga często zdawała się graniczyć z brawurą. Niektórzy twierdzili, że podczas wypraw najbardziej liczył się dla niej szczyt. 

"(...) Wanda siedziała najczęściej sama w pokoju - opowiada Hudowski - a kiedy przebywała przez chwilę z nami, cały czas mówiła, że ma do zrobienia Koronę. Nie śmiała się z dowcipów, nie było w niej radości ze wspólnego bycia razem, była taka poprawna i z nikim nie trzymała się blisko. Widziałem w niej wtedy smutek. W górach, gdzie jest męcząca biel, nie ma kolorów, brakuje zieleni, na której można zrelaksować wzrok, wszyscy chodzą poirytowani, rozdrażnieni i mają wahania nastroju, jest ważne, by przynajmniej być blisko. Ludzie, ich opowieści i rozmowy, dzielenie się historiami jest w takimi miejscu potrzebne. Z relacji kolegów wiem, że Wanda nie miała takiej potrzeby, była zamknięta w sobie. Czasem ma się potrzebę pokłócić, otworzyć, Wanda dusiła coś w środku i to się wielu ludziom nie podobało. Jeśli chodzi o organizację wyprawy, wydawało się, że w postępowaniu Wandy dominuje chaos. Była chwiejna, nie czuła się pewnie, zmieniała decyzje. Na pierwszy rzut oka miało się wrażenie, że jest chaotyczna, ale to było złudzenie bo kiedy zaczynała przedstawiać plan, wszystko miała przemyślane." - s. 394-395

O Wandzie każdy ma nieco inne zdanie. Jedni zapamiętali ją jako wspaniałą osobę, inni jako człowieka wyjątkowo trudnego. Nikt jednak nie odmawia jej wytrwałości w dążeniu do celu, ogromnej wręcz ambicji, niezrażania się przeciwnościami. Potrafiła wybrać się na wyprawę idąc o kulach, czym zdobyła nawet uznanie szerpów. Alpinistka miała ogromne plany. Im starsza, tym bardziej starała się zaskakiwać. Idea "Karawany marzeń" była niezwykle wymagająca nawet dla himalaistów w sile wieku. Tymczasem bohaterka miała już swoje lata. Jej siły nie były niewyczerpane, a mimo tego jechała z jednego szczytu na drugi. Pragnęła korzystając ze zdobytej aklimatyzacji zdobyć Koronę Himalajów. Wielu miało ten pomysł za szaleństwo, które nie może się dobrze skończyć. Co było głównym motywem do rozpoczęcia tak szeroko zakrojonej serii wypraw? Czy himalaistkę poniosła ambicja? Czy było to związane ze śmiercią Jerzego Kukuczki, którą ogromnie przeżyła? A może istniał jakiś inny powód? Tego się nie dowiemy. Ciała Wandy nigdy nie odnaleziono. Oficjalnie uznano, że zmarła 13 maja 1992 roku niedaleko szczytu Kanczendzongi. Jej matka twierdziła, że córka nie zginęła, ale przebywa w klasztorze w Tybecie, chyba nigdy nie uwierzyła w tragiczne zakończenie wyprawy. 



Życie tej niezwykłej kobiety naznaczone było tragizmem, śmiercią brata i ojca, samotnością. Wanda wydawała się szukać swojego miejsca na ziemi, rodziny, której właściwie nie miała. Chciała się realizować, być najlepszą. Twardy charakter, wielka siła, ogromny głód sukcesów w górach, dawania z siebie coraz więcej, wchodzenia coraz wyżej, przeplatał się w niej z ciepłem, otwartością na ludzi, dobrem i kobiecością. Lubiła i potrafiła się dobrze ubrać. Zawsze dbała o strój, potrafiła wziąć w góry koronkową bieliznę, a nawet perfumy. Szanowała przyrodę i zwracała uwagę na konieczność sprzątania w Himalajach. Była nietuzinkowa. Wyprzedzała swoje czasy, zapisała się w historii.

Anna Kamińska z wielkim zainteresowaniem i taktem pisze o ikonie himalaizmu. Doszukuje się prawdy, przedstawia różne opinie, nie tylko pozytywne, ale i te surowo traktujące alpinistkę. Z kart książki wyłania się osoba, która niezmordowanie parła do przodu, szła coraz wyżej, zdobywała coraz więcej. Pisana świetnym językiem "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz" otwiera przed czytelnikiem nie świat wchodzenia na największe szczyty ziemi, ale życie niezapomnianej himalaistki, jej smutki, radości, problemy, sukcesy. Autorka oddaje głos znajomym Wandy, przywołuje wspomnienia, a całość dopełnia fotografiami. Co mnie ujęło, to sposób pisania Anny Kamińskiej, jej obiektywizm, pasja i ogrom wysiłku, jaki włożyła w przygotowanie publikacji. Dla wszystkich miłośników gór pozycja obowiązkowa, a dla wszystkich innych naprawdę wspaniała lektura :). 

Anna Kamińska, Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiwicz, wyd. Literackie, Kraków 2017. 

Świetnie "Wandę" zrecenzowała Diana z Bardziej lubię książki niż ludzi :) zapraszam do niej :) link tutaj

wtorek, 12 września 2017

Po pierwsze kochaj - Bp Grzegorz Ryś "Skandal miłosierdzia"



"Miłosierdzie jest miłością bez wzajemności, która realizuje się nie tam, gdzie trwa pokój, ale tam, gdzie toczy się wojna, nie między przyjaciółmi, ale pomiędzy śmiertelnymi wrogami. Chrystus kocha nas jako swoich wrogów. Nie przez to, ale pomimo tego, że uporczywie brniemy w śmierć, padając ofiarami naszych osobistych zabójców. Jezus wkroczył w świat nie przez nasz grzech, ale dla nas - nie ze względu na grzech, lecz pomimo niego." - s. 36

Przeczytałam tę książkę w dwa dni. Nie mogłam się oderwać. Pochłonęła mnie bez reszty, została we mnie. Jest, działa, skłania do refleksji. I tylko pytam siebie, dlaczego tak późno po nią sięgnęłam a jednocześnie wiem, że to był dobry czas, gdy wiele w moim życiu uległo zmianie, gdy szukałam odpowiedzi i bliskości Boga. 

Miłosierdzie jest dla mnie niepojęte, nie będę udawać, że rozumiem jak można kochać pomimo wszystkiego, jak można wybaczać już nawet nie siedemdziesiąt siedem razy, ale siedemset siedemdziesiąt siedem. Jak można oddać życie za ludzi, którzy cię odtrącili. To niezwykłe, niezrozumiałe. Jest to jednak coś, czego potrzebujemy bardziej niż wody, powietrza, czegokolwiek. Człowiek bez miłosierdzia byłby skazany na piekło. Czym tak naprawdę jest ten przymiot Boga wyjaśnia bp Grzegorz Ryś i czyni to w naprawdę jasny, zrozumiały i ciekawy sposób. 

Kapłan odwołuje się do znanych przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, Synu marnotrawnym. Wspomina o ofierze Abrahama, o Kainie i przy okazji tych przykładów podaje informacje, z którymi dotychczas się nie spotkałam. Wyraźnie akcentuje nienawiść jaka panowała między Żydami i Samarytanami, wyjaśniając że Jezus mówi o ludziach, którzy udawali się do świątyni i minęli potrzebującego człowieka i o wrogu narodu wybranego, który tą świątynią jest, bo mieszka w nim Bóg. Pisze o hesed - miłości, która opiera się o przymierze z Bogiem i rahamim - czyli matczynym uczuciu. Te dwie wspaniałe miłości łączy w sobie ojciec przygarniający zagubionego syna. W tym kontekście innego znaczenia nabiera również obraz Rembrandta. Izaaka ukazuje nie jako małego chłopca, ale dorosłego, silnego mężczyznę, który przecież nie miałby problemu z ucieczką, ale sam zgadza się być ofiarą. Do czego te wszystkie przypowieści prowadzą? Do wolności, gdyż tylko w niej możliwa jest miłość, a idąc dalej miłosierdzie. Dostrzeżenie drugiego człowieka, bliźniego w potrzebie, tym bardziej, gdy jest on kimś mi niemiłym, to właśnie miłosierdzie. 



Miłosierdzie nie dzieli ludzi na dobrych i złych, wierzących i pogan. Jonasz przymuszony przez Boga idzie ratować lud, którego klęski pragnął. Bóg jednak widzi inaczej. Broni Kaina, bo jego miłość jest większa niż sprawiedliwość, a może warto powiedzieć inaczej, z miłości dopiero rodzi się sprawiedliwość. Najmocniejsze wrażenie jednak wywołały na mnie słowa, że w ranach Jezusa zapisane jest imię każdego człowieka, zapisane krwią przy użyciu gwoździ i nic tego nie zmaże. 

"Ludziom z łatwością bowiem przychodzą dobre intencje, ale z trudem podążają za nimi dobre uczynki. Sami nie dorastamy do siebie. Pękamy. Bo jest w nas pycha, chciwość, zawiść, bo w każdym z nas jest nieczystość. Te głębokie rany, jakie w efekcie mamy, w języku religijnym nazywane są zarzewiem grzechu. To żar, który się w nas tli, a który wystarczy podsycić lekkim podmuchem, by wybuchł ogień. Lekceważymy pokorę i dmuchamy w pychę - rana się otwiera, pęknięcie pogłębia." - s. 30

Człowiek jest podatny na grzech, ale właśnie w miłosierdziu powinien upatrywać swojej siły, w Bogu mieć nadzieję i oparcie mówi autor. "Skandal miłosierdzia" zabiera czytelnika na duchową wędrówkę. Ukazuje całkiem inne spojrzenie. Tłumaczy to, co niejasne, wciąga, fascynuje. Nie jest to łatwa książka w tym sensie, że miejscami boli. Boleśnie uświadamia, jaka jest natura ludzka, jakie są konsekwencje grzechu, jednocześnie również ukazuje niezmierzoną miłość Boga, który stale przychodzi do człowieka, pochyla się nad nim i jest tym miłosiernym Samarytaninem, który opatruje swojego wroga, bo widzi w nim bliźniego, kogoś kogo trzeba kochać. "Skandal miłosierdzia" nie pozwala oderwać się od lektury. Skłania do refleksji, każe przemyśleć swoje postępowanie. Daje nadzieję i siłę do czynienia dobra. To nie jest lektura którą odkłada się po przeczytaniu. To książka, która zapada w czytelnika, domaga się powrotów, stałej pracy, która towarzyszy w duchowym wzrastaniu. Świetna dla wszystkich poszukujących, zagubionych i tych bardziej wtajemniczonych. 

Mnie całkowicie porwała i na pewno wrócę do niej przy okazji następnej wizyty w domu. 

Bp Grzegorz Ryś, Skandal miłosierdzia, wyd. II, wyd. WAM, Kraków 2016. 

niedziela, 3 września 2017

Piękno codzienności - Robert Seethaler "Całe życie"




"Jego życie nieustannie dyndało na włosku między niebem a ziemią, a w ciągu ostatnich lat jako przewodnik dowiedział się o ludziach więcej, niż był w stanie pojąć. Wedle jego rozeznania nie ciążyła na nim  żadna poważna wina i nigdy nie uległ pokusom tego świata, pijaństwu, rozpuście ni obżarstwu. Zbudował dom, spał w niezliczonych łóżkach, w oborach, na rampach ładunkowych, a kilka nocy nawet w rosyjskiej drewnianej skrzyni. Kochał. I zaznał przedsmaku tego, dokąd ta miłość mogła zaprowadzić. Widział, jak kilku mężczyzn spacerowało po Księżycu. Nigdy nie zwątpił w Boga i nie bał się śmierci. Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i jednym wielkim zdumieniem." - s. 150

Każdy człowiek chce przeżyć życie jak najlepiej. Każdy także inaczej to "najlepiej" rozumie. Jedyni pragną zrobić karierę, inni zarobić jak najwięcej pieniędzy, jeszcze inni szukają przede wszystkim miłości, spełnienia, przygód a może po prostu spokoju. Myślę jednak, że czegokolwiek by człowiek nie pragnął, chce być po prostu szczęśliwy, powiedzieć, że miał dobre życie, że nie żałuje swoich decyzji.

Człowiek, który nie miał łatwego dzieciństwa, okaleczony, ale niezwykle silny jak na swój młodzieńczy wiek. Pewnego dnia Andreas Egger nie wytrzymuje i przeciwstawia się przemocy w domu. Nigdy więcej bicia. To ostatni dzień jaki spędza w miejscu, które stanowiło cały jego świat. Zahartowany w pracy fizycznej w końcu kupuje malutki kawałek ziemi i buduje na nim domek. Poznaje kobietę, zakochuje się. Zatrudnia się w firmie Bitterman i synowie, pracuje przy najróżniejszych fuchach. Mężczyzna zakłada rodzinę. Wszystko idzie nad wyraz dobrze. Życie to jednak nie tylko pasmo sukcesów, nawet tych najmniejszych, niedostrzegalnych. Nadchodzi ciężka próba.

Do dziś, mimo że minął już miesiąc od przeczytania "Całego życia" podchodzę do tej lektury z wielką pokorą. Poza walorem literackim, bo trzeba przyznać, że powieść napisana jest naprawdę świetnym językiem i doskonałym stylem, jest tak niesamowicie skondensowana, że mogę jedynie chylić czoła przed autorem. Odnoszę wrażenie, że nie pada tu ani jedno zbędne słowo. Cała fabuła jest gruntownie przemyślana, głęboka a zarazem bardzo prosta, taka jak główny bohater. Co jeszcze zachwyca w książce Roberta Seethaler'a to fakt, że nosi w sobie jakiś stoicki spokój. Egger przyjmuje wszystko z wielką pokorą. Gdy dzieje się coś dobrego, cieszy się tym, ale nie czyni tego w jakiś przesadny sposób. Czuje, że jest tak jak powinno być i delektuje się tą chwilą. Wie, że jest dobrze i to rodzi w nim wdzięczność. Gdy coś się psuje, gdy zbierają się nad nim ciemne chmury, podnosi się i idzie dalej. Nie rozpamiętuje, nie pyta dlaczego, nie wygraża Bogu czy światu. Jakby wiedział, że tak po prostu miało się stać. Nie oznacza to, że nie ma w nim uczuć. Andreas jest na wskroś prostym człowiekiem, nie ma nałogów, nie szuka podniet, nowości, żyje skromnie, prosto, naturalnie. Wychowany w sercu Alp dziwi się nad nowinkami, ale nie uważa ich ani za coś złego, ani za coś, co musi posiadać.



"Całe życie" jest swego rodzaju esencją istnienia. Opowieścią nieskomplikowaną, wręcz uderzająco prostą. Opisem życia sprzed ery komputerów, technologii. To afirmacja egzystencji w najprostszej postaci, w zgodzie z naturą, poprzez ciężką pracę fizyczną, brak narzekania, zmaganie się z trudnościami. Egger mało mówi, ale jest swego rodzaju myślicielem. Zamyka w sobie wiele emocji, przemyśleń. Nie buntuje się przeciwko niczemu, co jest poza nim. Wie, na co ma wpływ a co jest niezależne od niego. W tym zdumionym i pokornym człowieku, żyjącym nieco na uboczu, w pewnej odległości od innych ludzi objawia się swego rodzaju mądrość. "Całe życie" budzi w czytelniku tęsknotę za czasem, gdy bytowanie było łatwiejsze, gdy kontakt z przyrodą i ciężka praca były na porządku dziennym, a człowiek hartował się od dziecka. To opowieść o czasach, kiedy nie brakowało rzeczy do poznania, doświadczenia, odkrycia, gdy czuło się wagę informacji a ludzie byli prości i bardziej zdecydowani. Z kart wyłania się pewna nostalgia za minionymi latami. Światem jeszcze nie skomercjalizowanym, nieroszczącym sobie prawa do wszystkiego. To nadal rzeczywistość, w której górę zdobywa się wysiłkiem fizycznym, a nie wagonikiem, gdy młodzieńcy są dojrzalsi i podejmują decyzję świadomie i odpowiedzialnie. W końcu jest w tej lekturze coś uspokajającego, urzekającego. Nosi w sobie jakąś dawkę magii nie tylko słownej. Autor gra na strunach duszy czytelnika. Przedstawia życie pełne trudu i wysiłku, ale tak, że podświadomie tęskni się za nim. Pokazuje coś całkiem odmiennego od znanego dzisiaj świata i mówi "spójrz, to piękne".

Zagadką pozostaje dla mnie to, jak można opisać wszystko tak zwięźle, w tak niewielu słowach, a jednocześnie na tyle obszernie, by zmieściła się historia całego życia człowieka. Jak można przekazać tyle emocji za sprawą bohatera, który mało mówi, ukrywa wiele myśli, jest skryty. Z głębokim szacunkiem podchodzę do "Całego życia", które stało się dla mnie książką, do której warto wrócić, szczególnie, gdy rodzi się w człowieku pragnienie posiadania "więcej", narzekania, niezadowolenia. Proste życie to najpiękniejsze życie, zdaje się mówić autor. Czyń tak, byś nie musiał wstydzić się swoich czynów, byś nie krzywdził innych. Szczęście jest na wyciągnięcie ręki. 

Robert Seethaler, Całe życie, tłum. Ewa Kochanowska, wyd. Otwarte, Kraków 2017.

środa, 16 sierpnia 2017

Spacerowe rozkminy #4




Jestem po pracy totalnie nieprzyzwyczajona do tego, że o godzinie 19 (prawie) mam już zrobione zakupy, ugotowany skromny obiad, zmyte gary ;) i mam czas na to by sobie poszperać w internecie, za chwilę siądę z książką, potem zabiorę się za pracę duchową i jak będę miała ochotę oglądnę coś. Moje życie jest teraz inne, zupełnie inne niż to, które zostawiłam w moim domu. Zastanawiam się, czy można powiedzieć, że któreś jest lepsze? Chyba nie. 

Każda chwila, każde miejsce, wszystko co robimy ma jakiś cel. Mam teraz znacznie lepsze zajęcie. Związane z moimi zainteresowaniami i wykształceniem. A jednocześnie tęsknię za domem, gdzie wszystko było znajome, gdzie moje ręce wielokrotnie dotykały konkretnych sprzętów, gdzie w zasadzie mogłam spokojnie poruszać się myśląc o niebieskich migdałach, bo wiedziałam, gdzie czego szukać. Życie jednak jest dane po to, by się rozwijać, odkrywać nowe talenty, poszerzać wiedzę, nabywać nowe umiejętności. Czasem zasiedzenie się w jednym miejscu jest szkodliwe. A nieraz po prostu trzeba wyjechać, by docenić co się miało. Prawda jest jednak taka, że każda szansa powinna być przyjmowana z radością i wykorzystywana. Każdy dzień czegoś nas uczy.

Nie wiem dokąd zaprowadzi mnie moja droga. Nie mam pojęcia. Uczę się ufności, doceniania dnia codziennego, bez wiecznej obawy o to, co będzie jutro, jak dam radę, a co jeśli... Nie, staram się tego nie robić, choć czasami to karkołomne zadanie. Długi weekend, który spędziłam w domu, dał mi do myślenia. Był wypełniony swojskością, radością, spokojem i pewną nostalgią. Ale dobrze wiedzieć, że wróciłam do nowych rzeczy. 



W domu czytałam "Skandal miłosierdzia" bp Grzegorza Rysia. Piękna książka, jedna z tych, które powinni przeczytać wszyscy, myślę że niejeden raz. Inaczej ukazała mi znane przypowieści, poczułam się jakby nagle ktoś powiedział mi coś po raz pierwszy, coś o czym przecież wiedziałam. Tym razem jednak wybrzmiało to z całą mocą. Nagle skojarzyłam fakty, zrozumiałam troszkę. To piękne doświadczenie. Miłosierdzie jest trudne, to chyba najlepsze stwierdzenie. Z jednej strony chcemy go, ale stosunku do bliźnich jakoś naturalnie człowiek najpierw odnosi się do sprawiedliwości, bo jak to tak? Tymczasem Bóg jest inny, On przebacza, rozumie, nie odpycha. 

Myślę o życiu, takim prostym w sensie franciszkańskim. Braku przywiązania do rzeczy materialnych, radości z tego, co się ma. Staram się nie zwariować w rzeczywistości, która z każdej strony bombarduje mnie coraz to nowymi gadżetami, kosmetykami, ciuchami i innymi rzeczami. Przypominam sobie o bohaterze "Całego życia", o którym Wam niedługo opowiem, choć zapewne większość z Was już czytała tę książkę. I tak sobie myślę, że Egger jest wart naśladowania w tej swojej radości i prostocie. Zadowalał się tym, na co zapracował. Nie nosił w sobie chęci posiadania, nie gonił za pieniędzmi i dobrami. Doceniał proste słowa, gesty, proste życie, w którym posiadał tyle, ile potrzebował. Żadnego zbytku. Podchodził spokojnie do wszystkiego, nosząc w sobie jakieś wrodzone, naturalne przekonanie, że to co się dzieje, jest potrzebne, właściwe. Czy da się czegoś takiego nauczyć? Nie wiem, ale pracuję nad tym, by mieć to, co niezbędne, wracam do franciszkanizmu, który zawsze mi się marzył. Takiego prostego, pięknego. Nie chodzi o to, by wyzbyć się wszystkiego, ale by żyć tak, że gdy czegoś zabraknie, nie będę z tego powodu nieszczęśliwa. 

Jakoś samoistnie nasuwa mi się fragment wiersza "Przedśpiew" Leopolda Staffa: 

I uczę miłowania, radości w uśmiechu,W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu,I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu,Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu.


Odnaleźć radość w ferworze dnia, czasem nawet w uśmiechu, radość prawdziwą, a nie śmiech. Docenić to, że czasem płacze się z tego powodu, że mamy uczucia, że serce człowieka jest tkliwe. Zrozumieć, że zło rodzi się z krzywdy i cierpienia i ten, kto rani nie zawsze jest zły. Nie zgadzać się oczywiście na to zło, ale nie przekreślać człowieka. W końcu wstać z uśmiechem i podziękować za każdy dzień. Starać się, by był naprawdę cudowny :).





poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Łańcuch kłamstw - Delia Ephron "Siracusa"






"To tak jakbyśmy byli pisklętami: wydziobujemy sobie drogę ze skorupki na zewnątrz, wyrastamy na wielkie ptaki o pięknym upierzeniu, a potem kawałek po kawałku zaczynamy składać skorupkę jaja i na powrót się w niej zamykać, pozostawiając może maleńki otwór do podglądania - minimalny kontakt ze światem. Wydziobawszy sobie drogę na zewnątrz, by żyć, wracamy do środka, by przeżyć. Oczywiście to tylko złudzenie. Skorupki jajek łatwo się tłuką." - s. 108


Nigdy nie jesteśmy w stanie do końca poznać człowieka. Część informacji zdobędziemy słuchając, część obserwując, ale zawsze pozostanie coś, do czego nigdy nie dotrzemy. Ludzie ubierają różne maski, uśmiechają się, robią dobrą minę do złej gry. Im bardziej są zamknięci, tym trudniej ocenić, z kim mamy do czynienia. Prawda jest jednak taka, że nawet myśląc, że kogoś znamy, możemy się całkiem zadziwić.

Urlop w europejskich miastach, zwiedzanie cudownych wiekowych zabytków, upojenie atmosferą starożytności, cudownie grzejącym w ramiona słońcem, zapachami i smakiem pysznego jedzenia, niezwykle melodyjnym językiem włoskim, pięknymi, ponętnymi kobietami i uwodzicielskimi mężczyznami. Słowem idealne miejsce na spędzenie wakacji. Dwa małżeństwa wybierają się w podróż, podczas której dochodzi do pewnego zdarzenia. Świetny wypad psuje się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, aż w końcu nadchodzi katastrofa. Co doprowadziło do tragedii, której nikt się nie spodziewał?

Taylor i Finn nie stanowią dobranego małżeństwa. Ona bogata, zmanierowana, cechująca się wyższością i udawaną grzecznością, nie widzi świata poza córką Snow. To już nawet nie nadopiekuńczość nad przesadnie nieśmiałą dziewczynką, ale chorobliwa i toksyczna relacja. On zbywa milczeniem większość wybryków żony, nie jest żadnym autorytetem ani partnerem w tym związku, co więcej zostaje zepchnięty na plan dalszy. Finn przerzuca więc całą swoją energię na restaurację, którą prowadzi i trudno mu się dziwić, wszak wszystko co robi jest przecież krytykowane przez jego żonę. Snow zaś to swoista mimoza, która nie zrobi nic, na co nie ma ochoty. Wydawałaby się antypatyczna i rozpuszczona jak dziadowski bicz, gdyby nie fakt, że prawie się nie odzywa i pozostaje bardzo bierna. Gdy coś mówi, zazwyczaj czyni to szeptem, innym razem jedyną jej reakcją jest charakterystyczne cmokanie. Osobliwe zachowania dziecka, matka określa syndromem skrajnej nieśmiałości i chroni ją przed całym światem, zamykając przed wszystkimi i wszystkim. To ona decyduje, co córka będzie robić, w co się ubierać, gdzie chodzić. Dodatkowo sytuację komplikuje wygląd Snow, delikatność i powab, które ogromnie zwracają uwagę ludzi. Dziewczynka jest szalenie inteligentna i wydaje się, że doskonale potrafi dyrygować rodzicami. Lizzie to dziennikarka, która stale poszukuje tematów na nowe artykuły. Jako rasowy pismak zapisuje każdy szczegół, z którego może narodzić się tekst. Jest szaleńczo zakochana i zafascynowana swoim mężem Michaelem, który stał się sławny dzięki wydanej w młodości powieści. Śmiało można przyznać, że żona żyje w jego cieniu, choć sama się do tego przyczyniła. Michael jest zadufany w sobie, przesadnie przekonany o własnej wartości, choć stwarza wrażenie człowieka bardzo zdystansowanego. To urodzony gawędziarz, snujący kolejne zmyślone wydarzenia i pragnący sławy człowiek.



Od początku powieści, która przedstawia wydarzenia z Siracusy z późniejszej perspektywy każdego z dorosłych bohaterów widać, że obydwa małżeństwa są fikcją, istnieją na papierze, realnie zaś każdy z partnerów żyje własnym życiem, zajmuje się swoimi sprawami. Michael jest niewierny, Finn sytuuje się gdzieś poza zainteresowaniem Taylor, która bałwochwalczo adoruje córkę, Lizzie marzy o tym, by ożywić swój związek. Oliwy do ognia dolewa fakt, że Finn był kiedyś z Lizzie. Wspólny wyjazd nie wydaje się dobrym pomysłem, a jednak do niego dochodzi. Od początku czytelnik obserwuje grę bohaterów, którzy na zewnątrz są uprzejmi, grzeczni, ułożeni, jednak każdy z nich skrywa to, co naprawdę myśli o pozostałych. Nie wydarzenia w powieści są najważniejsze, w sumie jest ich naprawdę mało. Siłą tej książki jest gra postaci, wnikanie w ich myśli, punkt widzenia. Składanie akcji, a przede wszystkim obrazu relacji na podstawie poszczególnych rozdziałów. Różniące się od siebie spojrzenia, otwarte stwierdzenia, mamy tu wgląd w myśli i emocje, których Finn, Taylor, Michael i Lizzie nie ujawniają względem siebie. Jesteśmy uczestnikami podwójnej gry, tej pierwszej fasadowej, życia na pokaz, tworzenia idealnego obrazu dla innych i drugiej polegającej na odzieraniu mistyfikacji, wnikaniu w prawdę, byciu sobą. Szczerość zdumiewa, pokazuje, co tak naprawdę dzieje się między bohaterami. Im głębiej zanurzamy się w świat nieudanych związków, tym bardziej napięcie rośnie. I to właśnie fascynuje w "Siracusie". Nie czytałam jej, by dowiedzieć się, na czym polegała zapowiedziana tragedia, pochłaniałam kolejne strony zaciekawiona tym, co mówią bohaterowie, ich nieraz grubiańskim, nienawistnym, czasem kpiarskim czy wzgardliwym podejściem. Imponowała mi inteligencja postaci, które jednak zachowywały wszelkie uwagi dla siebie i grały w prowadzoną grę. Spodobał mi się zwięzły język autorki, pozbawiony rozwlekłych dywagacji, metrowych opisów i jej zdolność do zaciekawienia czytelnika poprzez stworzenie naprawdę interesujących postaci. Osób, które konkretnie nazywają rzeczy, trafnie określają sytuację, nie doszukują się usprawiedliwień, ale prosto i krótko, mówią jak jest. Delia Ephron napisała jedną z bardziej intrygujących książek, jakie przeczytałam. Jest ona nieco specyficzna, ale zdecydowanie warta przeczytania. 


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Delia Ephron, Siracusa, przeł. Agnieszka Walulik, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.