sobota, 30 grudnia 2017

Spacer po roku 2017 i grudniowe książki :)




Sama nie wiem, kiedy minął ten rok. Były duże zmiany, wielkie plany, sukcesy i porażki. Obserwowałam to, co dzieje się zarówno na blogu jak i w moim życiu. Dobre chwile przeplatały się ze słabszymi, po prostu życie. 

Od dawna marzyła mi się praca związana z moją pasją i udało się. Zagrzałam miejsce w mieście, o którym nigdy nie myślałam, że mogłabym w nim mieszkać, pracuję w bibliotece, w której jest cała masa świetnych książek i jeszcze wspanialsi ludzie. Chodziłam ulicami Warszawy i poznawałam nowy świat.

Czas na zmiany - Krystyna Mirek "Światło w Cichą Noc"



"Pogasiła światła w domu i zostawiła tylko lampki choinkowe. Zrobiło się nastrojowo i przytulnie. Jako dziecko lubiła tak siedzieć całymi godzinami i patrzeć na błyszczące, kolorowe światełka. Było cicho. (...) siedzieli blisko siebie. Dotykali się ramionami, wyczuwając wzajemne ciepło. Było trochę jak w opowieści babci Kaliny." - s. 349

Święta nie dla wszystkich są takie wspaniałe jakby się mogło wydawać. Samotność i złe wspomnienia sprawiają, że niektórzy wolą unikać Bożego Narodzenia. Nie pomagają piękne świąteczne ozdoby, delikatne i melodyjne kolędy, zapach pomarańczy, pierników i żywej choinki. To, co jest radością dla jednych, innym kojarzy się z bólem i dojmującym poczuciem osamotnienia. Magda, Michał i Bartek rok w rok udają się w tym czasie na egzotyczne wakacje. Nie chodzi o nowoczesność czy niechęć do zimna. Prawdziwą przyczyną jest kładące się na ich dorosłym życiu wspomnienie wigilijnego wieczoru, w którym dzieci czekające pod choinką na powrót rodziców dowiadują się najgorszego. Jedna wiadomość powoduje, że już nic nie jest takie samo. W każde święta krakowski dom świeci pustkami a rodzeństwo ucieka przed bolesnymi wspomnieniami. Również Kalina nie cieszy się w pełni pięknym czasem Narodzenia Pana. Rodzinny dramat trwa a kobieta nie wie, co zrobić, by wszyscy znów byli razem. Coś jednak zaczyna się zmieniać. W domu babci niespodziewanie pojawia się wnuk, którego staruszka stara się skłonić do odkrycia rodzinnej tajemnicy. Magda zakochuje się w koledze z pracy, który jest idealną partią. Jego dom to wzorcowe ognisko domowe podtrzymywane przez niezwykłą matkę. Czy kobiecie uda się sprostać wyzwaniu i przygotować święta, jakich oczekują przyszli teściowie i mąż? Czy bracia są gotowi, by znów zacząć żyć i zapomnieć o dawnej tragedii? Jak potoczą się losy Kaliny i jej rodziny?

czwartek, 28 grudnia 2017

Świątecznie - Gabriela Gargaś "Wieczór taki jak ten"




"Miłość to radość ze zwyczajnych dni. Kiedy siedzicie przy kominku okryci kraciastym kocem i jego dłoń dotyka z czułością twojej, to jest to wasze szczęście. I kiedy nie ciąży wam wspólne milczenie, bo w tym czułym dotyku, we wzajemnej obecności jest radość bycia przy drugim człowieku. I kiedy słyszysz jego kroki na schodach i już wiesz, że będzie głodny. Nalewasz na talerz pomidorową, bo to jego ulubiona zupa. I kiedy on całuje cię w policzek. I to nic, że całował cię już przedtem setki razy, i może ten kolejny pocałunek wydaje ci się taki zwyczajny. Ale jest, bo ty jesteś obok niego, a on obok ciebie. I czasami masz go dość, a on ciebie, i krzyczycie na siebie i rzucacie talerzami, co najmniej jak włoska rodzina. I lecą przekleństwa. A potem on przychodzi do ciebie albo ty do niego i mówicie: "I po co to wszystko?". I macie tyle wspólnych pięknych chwil za sobą. Dużo radości z bycia razem." - s. 244

Malownicze, urzekające miasteczko, w którym mieszkańcy są jak jedna wielka rodzina, klimat zbliżających się świąt, kolędy, zapach pierników oraz ludzie, którzy szukają swojego miejsca na ziemi. Michalina, by podreperować domowy budżet decyduje się wynająć pokoje w domu. Przygotowuje pomieszczenia, kupuje meble, dopieszcza szczegóły własnoręcznie wykonanymi ozdobami i czeka na gości, którzy pojawiają się niemal natychmiast. Artur, zgorzkniały rozwodnik, który szczerze nie znosi świąt pojawia się w Złotkowie, by odpocząć od zgiełku i wszechogarniającej ludzi bożonarodzeniowej gorączki. Trafia jednak kulą w płot, gdyż mieszkańcy wprost lubują się w nadchodzących wydarzeniach. Wiktoria postanawia odwiedzić górską miejscowość, nim choroba na dobre uniemożliwi jej życie. Lena wraz z Kają pragną odbudować świąteczną tradycję na nowo. Śmierć męża, która mocno wstrząsnęła kobietą i jej córką, nadal budzi silne emocje, ale trzeba żyć dalej, a święta to dobry okres na rozpoczęcie pięknej przyszłości. Losy tych wszystkich bohaterów splatają się ze sobą w tym niezwykłym czasie i zakątku Polski. Mała miejscowość oraz właścicielka pensjonatu odegrają ważną rolę w ich życiu. Bo magia świąt polega na zdarzeniach, których się kompletnie nie spodziewamy i cieple, które nieodwracalnie zmienia nasze losy.

wtorek, 19 grudnia 2017

O tym, co ważne - Erling Kagge "Cisza"



"Twierdził, że w zapale do korzystania z nowoczesnej techniki poświęcimy naszą wolność. Z ludzi wolnych przeobrazimy się w zasoby materiału ludzkiego. Ta myśl jest celniejsza dzisiaj niż była wtedy, gdy ją formułował. Niestety, nie jesteśmy zasobami dla siebie nawzajem, tylko czymś znacznie mniej przyjemnym. Zasobami dla formacji takich jak: Apple, Facebook, Instagram, Google, Snapchat czy państwo, które z naszą dobrowolną pomocą potrafią dowiedzieć się o nas przeróżnych rzeczy, następnie informacje te sprzedać lub samemu je wykorzystać. Przypomina to wyzysk." - s. 69-70

Przyznam, że mam kłopot z tą książką. Ma niezwykle piękną, magiczną okładkę, którą chce się postawić na honorowym miejscu na półce, ale książki nie ocenia się po okładce. Tutaj jest to aż nader mądre postępowanie. Sięgnęłam po "Ciszę" ponieważ zaciekawiło mnie, co można powiedzieć o rzeczy, której każdy potrzebuje, a której dzisiaj tak bardzo brakuje. Przyznam, że liczyłam na jakiś niemal filozoficzny esej, zwłaszcza że autora nazywa się filozofem.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Książki na adwent czyli zdążyć duchowo na święta

z cyklu Książki z duszą


Rozpoczął się drugi tydzień adwentu. Przed nami święta, ale też duchowa praca, dlatego proponuję kilka tytułów, które poruszają i dają do myślenia. 


"Bóg w wielkim mieście" Katarzyny Olubińskiej to pozycja, która sprawia, że przestajemy postrzegać chrześcijan jako cichych, nieciekawych i niezaradnych ludzi. Człowiek wierzący to ktoś, kto potrafi cieszyć się małymi rzeczami, ale i odnosić sukcesy, spełniać swoje marzenia i radzić sobie nawet w wielkim mieście, w którym nieraz wiele odrywa od Boga. Mądra, interesująca i udowadniająca, że Bóg jest dla wszystkich.

sobota, 9 grudnia 2017

Coraz bliżej święta, czyli co wartościowego warto kupić na prezent :)




Święta zbliżają się wielkimi krokami. Mikołajki za nami. Trochę pomysłów na pewno już się wyczerpało, więc polecam małe co nieco, które nie powinno zawieść nawet najbardziej wymagających czytelników.

czwartek, 7 grudnia 2017

Do roboty! - S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka "Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego"

z cyklu Książki z duszą



"(...) kiedy dajesz jałmużnę, spójrz na człowieka, któremu dajesz, jak na brata, a nie jak na intruza. Jan Paweł II też o tym mówił. Jeśli traktujemy ubogich jako natrętów, którzy nam przeszkadzają w życiu, i żeby zamknąć im gębę, wrzucamy im kilka złotych, to nie jest jałmużna. Musimy spojrzeć na drugiego człowieka jak na brata, w którym cierpi Chrystus. To jedno spojrzenie może przemienić nas, a czasem może również przemienić tego drugiego człowieka. Nawet jeśli on jest agresywny, wulgarny, podpity i zaczepia nas na ulicy, to nie jest menel, to nie jest śmieć, to nie jest karaluch. To jest człowiek, mój brat, w którym cierpi Chrystus. Bóg stworzył go do miłości, do godnego życia. I Bóg cierpi, że on nie żyje w tej chwili pełnią życia." - s. 94

Czytasz tę książkę na własną odpowiedzialność. To nie jest zwykła lektura, którą połyka się w kilka wieczorów, odkłada i wraca do swojego mniej czy bardziej wygodnego życia. To naprawdę mocny i inteligentny głos w dyskusji o tym, czy pomagać i jak pomagać, a może lepiej byłoby napisać, jak być prawdziwym chrześcijaninem.

wtorek, 5 grudnia 2017

Gniew Natury - Melissa Darwood "Luonto"



"To jest ostrzeżenie. Natura nie daje sobie z wami rady. Jesteście za ekspansywni, za chciwi i nienasyceni. Udajecie, że dostrzegacie problem, że robicie coś, by naprawić całe zło, które wyrządzacie. Ogłaszacie akcje typu dzień bez samochodu - prychnął. - Jeden dzień? Serio? Uspokajacie swoje sumienia działaniami, które nie są nawet ułamkiem jednego procenta tego, co powinniście zrobić, by życie na Ziemi przetrwało." - s. 29

Swego czasu o "Luonto" mówiło tak wiele osób, że nie sposób było nie wiedzieć o istnieniu tej książki. Co jednak charakterystyczne wszyscy bardzo oszczędnie opisywali fabułę i niezmiennie podkreślali, że w pewnym momencie było wielkie pufff! Nie wiem, czy twist fabularny to dobre określenie, bo emocje recenzentów był naprawdę duże. Zacznijmy jednak od początku.

czwartek, 30 listopada 2017

Opowieść Nowicjuszki - Maria Turtschaninoff "Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru"




"Zauważyłam, że futryna jest poczerniała od starości, błyszczała tylko powierzchnia samych drzwi. Dostrzegłam klamkę w kształcie węża o onyksowych oczach. Drzwi był mi aż nadto znajome. Nie chciałam ich widzieć, nie chciałam wiedzieć, że tutaj są, lecz moje oczy odmawiały współpracy i patrzyły, moje nogi mnie nie słuchały. Powiało przez szparę pod drzwiami, poczułam to na moich łydkach. Cierpki oddech Haggi. Połączył się z metaliczną wonią krwi na mojej skórze. Zapach śmierci, który nie opuszczał mnie przez wiele lat od czasu zimy głodu. Po tym, jak Hagga zabrała Anner." - s. 114

Wyobraźcie sobie świat, w którym istnieje tylko jedno miejsce, gdzie kobiety mogą się kształcić i być wolne. Każdy skrawek ziemi poza tajemniczą wyspą Menos to rzeczywistość niewolnicza. Rolą kobiety jest prowadzić dom, być uległą, niepiśmienną, całkiem podporządkowaną mężczyznom. To nie jest świat, w jakim którakolwiek dziewczynka chciałaby dorastać. Kobiety jednak podczas nieobecności mężczyzn szepczą lub śpiewają o Czerwonym Klasztorze, prawdziwym raju dla kobiet. Droga do niego jest jednak nieraz usiana niebezpieczeństwami.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Trzeźwo o świecie - Szymon Hołownia "Instrukcja obsługi solniczki"

z cyklu Książki z duszą


"Odcinać się od współczesnej rzeczywistości, być raczej solą o wyrazistym smaku. Kocham, uwielbiam wręcz tę wizję: Kościół jako wielka, dumna solniczka. Oto stoi na upaćkanym stole, ludzie przy nim gadają, memłają, tańczą, robią akrobacje i balety. Solniczka jest ponad to. Zna swoją wartość i oni też ją znają. Ale boją się jej, bo lubi podnosić raban. Że gdzie z solą do mięsa czy zupy, przecież ona się w nich rozpuści! A musi zachować słoność niepokalaną aż po życie wieczne! Owszem, gdyby ktoś chciał - solniczka ma ofertę: śmiało, zapraszamy, ludzie - jedzcie sól! Sól sama w sobie jest wszak tak cudownie wyrazista, po co brukać ją jakimś łososiem z grilla albo ziemniaczkami?" - s. 102-103

Felietony są dobre z kilku prostych powodów. Po pierwsze można je sobie poczytać przy porannej kawie, ponieważ nie są za długie. Po drugie uczą zwięzłego wyrażania swoich myśli, a zatem nie uskuteczniają wodolejstwa. Po trzecie jeśli felietonista jest dobry aż miło czyta się inteligentne teksty, które warte są przemyślenia.

środa, 22 listopada 2017

Samotność pachnąca pomarańczą - Ann Patchett "Dziedzictwo"




"Wszystkie historie odchodzą razem z tobą - pomyślała Franny, zamykając oczy. - Wszystko, czego nie słuchałam, nie zapamiętałam, nie zrozumiałam, wszystko, co mnie ominęło. Wszystkie drogi do Torrance". - s. 286

Z "Dziedzictwem" chodziłam w głowie naprawdę długo. Samo czytanie zajęło mi sporo czasu, bo książka, choć napisana naprawdę dobrze nie należy do gatunku tych, które pochłania się łapczywie w kilka wieczorów. Nie, z nią obchodzi się jak z klasykami. Czyta się powoli, dokładnie, mając wrażenie, że mimo uważnej lektury i tak coś może umknąć.

sobota, 18 listopada 2017

W świecie intryg - Maria Paszyńska "Krwawe morze"



"Pamiętaj jednak, że choć z pozoru wszyscy jesteśmy różni, w głębi duszy jesteśmy bardzo podobni. Tak naprawdę tylko sytuacje, w których się znajdujemy, okoliczności, które nas kształtują, są odmienne, lecz każde człowiecze serce pragnie miłości, a gdy jej nie otrzyma lub ktoś mu ją odbierze, musi zaspokoić się władzą. Te dwie namiętności rządzą światem ludzi: są w stanie wywyższyć chłopa i zrzucić na dno jego pana. Pozycja człowieka nie ma tu znaczenia. Ktokolwiek zaś pozwoli, by go prowadziły, będzie kradł, zabijał, kłamał, zdradzał, pewny, że postępuje dobrze, bo wszystkie te zbrodnie służą jego sprawie." - s. 241

czwartek, 16 listopada 2017

Biografia Trójcy Świętej - Maria Miduch





Pamiętam, jak dostałam "Biografię Boga Ojca" to było już jakiś czas temu, a jednak ta książka pozostała dla mnie najważniejszą z wszystkich napisanych przez Marię Miduch. To było trochę jakby ktoś nauczył mnie głębiej oddychać, jakby pokazał mi światło. Na jej kartach poznałam Boga, który mimo wszelkich moich religijnych lektur, udziału w spotkaniach był dla mnie kimś zupełnie nowym. A może powinnam inaczej napisać, w końcu dotarło do mnie, jaki Pan jest naprawdę. Słowa stały się żywe i realne. Ta książka została ze mną na dłużej, kazała mi myśleć o Nim więcej, szukać, zagłębiać się we wiarę. Konfrontować własne przekonania, to z czym miałam do czynienia z prostym przekazem autorki. Co mnie również urzekło to fakt, że została napisana z autentyczną fascynacją i uczuciem.

niedziela, 12 listopada 2017

Rozmowy o życiu - Magdalena Tulli, Justyna Dąbrowska "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską"




"Widzimy rzeczy, których może tam wcale nie być. Widzimy to, za czym tęsknimy najbardziej.
Wchodzi się w tę iluzję jak w coś wspaniałego. Wcale nie musi być wspaniałe, musi nam się wydawać wspaniałe. Inaczej nie byłoby chętnych. Obawiam się, że wspaniałe nie może być. Na coś naprawdę wspaniałego, takiego na poziomie naszych oczekiwań, nie ma na tym świecie materiału, bo cały ten świat jest zrobiony nie z tego, na co wygląda." - s. 234
Najpierw zobaczyłam piękną i tajemniczą okładkę. Potem przeczytałam informację i czekałam na tę książkę z zapartym tchem. Jeździłam z nią autobusem i skończyłam czytać stanowczo za szybko, choć wywołała we mnie sprzeczne emocje. Ale została na dłużej, wymościła sobie miejsce w mojej pamięci, odzywała się co jakiś czas i nadal coś mówi.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Zakochana Miłość - Maria Miduch "Biografia Syna Bożego"

z cyklu Książki z duszą



"Doświadczenie odrzucenia dotyczy też Boga. Decyduje się On na to, że ci, których kocha, uznają Go za godnego wzgardy, pożałowania. Boża miłość jest szalona! Z miłości do człowieka podjął ryzyko bycia nierozpoznanym jako dostojny, pełen majestatu Bóg. Sama idea głosząca, że Najwyższy może stać się człowiekiem, jest dla wielu śmieszna i niedorzeczna. Bo niby jak? Po co? Patrząc na Jezusa, pokiwają z politowaniem głową i mówią: "Ale jaki Bóg? No, coś ty?". Dla wielu jest On tylko nawiedzonym szaleńcem, z którym nie chcą mieć nic wspólnego. (...) Tylko część dostrzega w Nim zakochanego do szaleństwa Boga." - s. 68-69

Uwielbiam książki Marii Miduch z prostej przyczyny, o Bogu pisze z fascynacją, prostotą, miłością i ogromnie ciekawie. Czekałam zatem niecierpliwie na ostatnią część biografii Trójcy Świętej. Tym mocniej, że przecież dotyczy ona Jezusa, a nie ukrywam, że odnoszę wrażenie iż najbliżej nam do Niego.

poniedziałek, 30 października 2017

Nienasycony - Michał Larek "Furia"



"Zanim zrozumiał, że jest ścigany, poczuł najpierw potężne zdziwienie. Do tej pory przez myśl mu nie przeszło, że ktoś zajmuje się kobietami, które zabił. Było, minęło. Wkurwiły go, więc je zamknął. O co im chodzi? Nie mają ważniejszych rzeczy do roboty? To były tylko jakieś głupie dziwki.
(...)
- Zabójca trzech kobiet! - Usłyszał w głowie. - Zabójca trzech kobiet!
To był dla niego szok. Nigdy tak o sobie nie myślał. Zabójca? On? Zaczęło dochodzić do niego, że cały jego dotychczasowy świat właśnie wywraca się do góry nogami. Że już nie może wrócić do domu, do Ireny. Że znalazł się w pułapce! Że musi gdzieś uciec, skryć się i coś wykombinować." - s. 251-252

Emocje bywają bardzo silnymi bodźcami. Czasami wręcz przesłaniają człowiekowi jasność widzenia. Podobnie jest z popędem. Istnieje odłamek ludzi, który nie potrafi nad nim zapanować ani w żaden sposób go kontrolować. Problemy, stres, ciemna strona człowieka i może dojść do tragedii.

środa, 11 października 2017

Trudna spuścizna - Wiktor Krajewski "Pocztówki z powstania"



"Że choć od dramatycznych wydarzeń minęły już siedemdziesiąt trzy lata, przeżywają je nie tylko uczestnicy, ale także potomkowie. Trauma wojny jest niczym choroba genetyczna, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. I ja jestem nią obciążony, choć bardzo bym nie chciał. Wiem natomiast, że nie jestem z tym wszystkim sam." - s. 17-18

Nie jestem historykiem, nie do mnie należy oceniać, czy wybuch Powstania Warszawskiego był właściwą decyzją. Potrafię zrozumieć, że ludzie, którzy żyli w wolnym kraju, którzy nagle zostali pozbawieni praw, musieli patrzeć na bestialstwo zabijania, wywożenia, torturowania bliźnich, nie mogli już wytrzymać i musieli coś zrobić. Pokolenie Kolumbów, jak wielu twierdzi, było od początku stracone. Nie jestem, co do tego przekonana, ponieważ liczni udowodnili, że mimo traumy wojennej, mimo ogromu zła, jakiego doświadczyli, wyrośli na naprawdę wspaniałych ludzi.

piątek, 6 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień siódmy




Wisława Szymborska napisała bardzo mądre słowa o przemijalności, niepowtarzalności i niezwykłości czasu oraz życia ludzkiego. 


Nic dwa razy się nie zdarza 
i nie zdarzy. Z tej przyczyny 
zrodziliśmy się bez wprawy 
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli 
najtępszymi w szkole świata, 
nie będziemy repetować 
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy, 
nie ma dwóch podobnych nocy, 
dwóch tych samych pocałunków, 
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

środa, 4 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień szósty




Mówi się, że ludzie w Afryce mają czas, a my mamy zegarki. Niestety w tym stwierdzeniu kryje się prawda. Gonimy ciągle za czymś, a nawet jak jest chwila, by zatrzymać się, to potem mnoży się cała masa spraw. Mam być wielozadaniowa, ale czy coś takiego naprawdę istnieje? Ok, rozumiem że chodzi o to, by być w stanie wykonywać różne zadania, ale jednocześnie? Da się, ale nigdy nie będzie to praca, w którą wkłada się serce, którą wykonuje się najlepiej jak to możliwe. Poza tym, że ostatnio chronicznie brakuje mi czasu (nie wiem, czy to syndrom życia w wielkim mieście czy po prostu na nieswoim ciężej się ogarnąć), mam tendencję do życia poza chwilą obecną. Pocieszam się, że występuje ona nie tylko u mnie, bo to ludzkie myśleć o tym, co było. Wracać do dobrych wspomnień, wyobrażać sobie jutro, planować kolejne rzeczy. Czasem jednak to wykracza poza granice zdrowego rozsądku. Gryzę się tym, że mogłam coś zrobić inaczej, owszem mogłam, ale co mi da przerabianie tego na sto sposobów, skoro nie można zmienić przeszłości. Warto wyciągać wnioski, ale nie tkwić w tym, co jest już zamkniętym etapem, wyrzucać sobie, że jakiś pomysł przeszedł za późno. Myślenie o przyszłości też może być zgubne. Odziera mnie trochę z ufności do Boga. To nie chodzi o to, by stwierdzić, jasne, nie będę się przygotowywać, niech wszystko mi spadnie z nieba, ale wymyślanie 100 planów też nie jest dobrym pomysłem. Czasami nie wiem, kiedy minął mi dzień. Droga do i z pracy, obowiązki, zakupy, wszystkie te codzienne czynności, rozmyślanie o tym, co zrobiłam i co zrobię i jakoś teraźniejszość ucieka. Owszem mam zdolność do zachwytów nam perełkami codzienności, ale miewam często wrażenie, że chwila obecna przecieka mi przez palce, niby jestem obecna, ale tylko ciałem, a przecież chcę żyć. Nie jest łatwo być tu i teraz. Ciągle uczę się tego od nowa.

wtorek, 3 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień piąty




Czasem ciężko jest zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w naszym wnętrzu. Niby wiem, czego mi brakuje, co chciałabym zmienić, ale prawda jest taka, że wiele kwestii pozostaje ukrytych, nieuświadomionych lub zwyczajnie pomijanych. Nie zawsze mam ochotę dopuszczać do siebie pewne rzeczy. Czasami wręcz boję się otwierać pewne rewiry, bo nie są związane z łatwymi sprawami. Trzeba jednak stanąć w prawdzie wobec siebie i przepracować to, co pozostaje trudne i domaga się podjęcia pewnych kroków. Psychika ma swoje bariery, stwarza mury, odgradza od tego, co niewygodne. Stara się chronić człowieka, ale trzeba stanąć oko w oko z tym, co spychamy na samo dno.

poniedziałek, 2 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień czwarty




Relacje są niezwykle ważne. Mamy ludzi, którzy odgrywają w naszym życiu szczególną rolę. Są jak słońce w pochmurny dzień, światło w ciemności, woda na pustyni. Sprawiają, że nasze serce przepełnia się miłością i radością. Wystarczy uśmiech bliskiej osoby, by dzień od razu stał się lepszy. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

niedziela, 1 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień trzeci




Dzień kończę refleksją dotyczącą łaski. Ignacy Loyola uważał, że potrzebna jest świadomość tego, jakiego daru od Boga pragnę. Co jest mi potrzebne, by lepiej żyć, myśleć i działać w sposób dobry.

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Jestem wdzięczna za pomoc, którą otrzymałam od wielu ludzi. Za to, że mogłam na nich liczyć w lepszych i gorszych chwilach. Za wielkie serce, które mi okazali, dobroć, ciepło. Za to, że niejednokrotnie byli, gdy ich potrzebowałam, że wiele się od nich nauczyłam. Cieszę się, że potrafię mówić im, jak ważni są dla mnie, jak wiele im zawdzięczam.

sobota, 30 września 2017

Spacerowe rozkminy #5



Wielkie miasto, jak pisała Katarzyna Olubińska ciągle gdzieś gna. Ma to do siebie, że człowiek mimo, że otaczają do ludzie, pozostaje anonimowy. Czasem mimo ogromu miejsca, trudno znaleźć coś swojego. Podczas pierwszych dni pobytu w stolicy wybrałam się na Mszę do Dominikanów na Służew i poczułam, że jakoś mi tam lepiej. Znalazłam przyjazny kąt, choćby nie wiem, co się działo.

środa, 27 września 2017

Moje sam na sam z Bogiem - dzień drugi




Wolność to trudne pojęcie, a jednocześnie podstawa wiary, bo przecież mam wolną wolę. Sama wybieram to jak postępuje, czy idę dobrą ścieżką czy złą. Mark E. Thibodeaux uważa brak równowagi duchowej i uleganie pokusom za objawy duchowego zniewolenia. Gdy się tak głębiej nad tym zastanowić to prawda. Wszystko, co bierze nade mną górę, w pewien sposób wyklucza moją wolność, ogranicza mnie. 


"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

wtorek, 26 września 2017

Moje sam na sam z Bogiem - dzień pierwszy




Chyba dawno nie miałam tak dobrego dnia. A jeszcze kilka dni temu wydawało mi się, że jakoś wszystko idzie na opak. Niby dobrze, ale jak po grudzie. A tu od niedzieli jakoś tak zaczęło się układać. Czasem wystarczy zmienić punkt widzenia, wziąć sobie do serca jakieś słowa. A wtedy życie zaczyna nabierać wiatru w żagle. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

poniedziałek, 25 września 2017

Być bliżej - Mark E. Thibodeaux SJ "Bóg i Ty. 34 drogi do lepszego życia"

z cyklu książki z duszą 



W lewo, prosto, dobrze. Uda się! Nie, znów ślepa uliczka. Ale spokojnie, będzie dobrze, dotrę. Pamiętaj zawsze, żeby wrócić do punktu wyjścia. Nie poddawaj się. Przecież to dla mojego dobra. Uff, udało się. Pora ruszyć dalej. Tak, teraz w prawo, jeszcze raz w prawo i znów..., nie, nie, tylko nie ślepa uliczka! To męczące... Odpocznę, przecież nie mogę tak bez sensu biegać. Trzeba znaleźć jakieś wskazówki, przecież zawsze jakieś są... "Nie ma na ziemi sytuacji bez wyjścia", ks. Twardowski na pewno się nie mylił.

piątek, 22 września 2017

Nieprzerwana wędrówka - Anna Kamińska "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz"



"Wanda nie była nigdy ani zalotna, ani wesoła, ani trzpiotowata jak inne dziewczyny, a tym bardziej nigdy niczego nie manifestowała. Była zamknięta w sobie, sztywniejsza niż inne koleżanki i nawet zwracała uwagę wewnętrzną odrębnością, samostanowieniem i dystansem. W Anglii mówi się na to notting english, czyli żeby być bardziej roztropnym, to się robi przerwy hm... hm... hm... i to daje wyraz dystansu do tego, co się mówi. U Wandy też był lekki dystans, mimo że nie było notting english. Była taka zwarta,  spokojna i poukładana, dlatego zdziwiły mnie wtedy te jej pończochy, które były spójne ze zmianą polityczną". - s. 78

Nie muszę chyba pisać, że kocham góry, uwielbiam o nich czytać, że kręcą mnie wszelkie książki o himalaizmie, alpinizmie. Ogromnym szacunkiem darzę wspinaczy, ich odwagę, siłę, hart ducha, marzenia i niezłomność. Tacy ludzie dają do myślenia, sprawiają, że człowiek ma nadzieję, że dociera do niego, ile można zrobić w każdej materii, bo bariery i ograniczenia są po to, by je przełamywać.

wtorek, 12 września 2017

Po pierwsze kochaj - Bp Grzegorz Ryś "Skandal miłosierdzia"



"Miłosierdzie jest miłością bez wzajemności, która realizuje się nie tam, gdzie trwa pokój, ale tam, gdzie toczy się wojna, nie między przyjaciółmi, ale pomiędzy śmiertelnymi wrogami. Chrystus kocha nas jako swoich wrogów. Nie przez to, ale pomimo tego, że uporczywie brniemy w śmierć, padając ofiarami naszych osobistych zabójców. Jezus wkroczył w świat nie przez nasz grzech, ale dla nas - nie ze względu na grzech, lecz pomimo niego." - s. 36

Przeczytałam tę książkę w dwa dni. Nie mogłam się oderwać. Pochłonęła mnie bez reszty, została we mnie. Jest, działa, skłania do refleksji. I tylko pytam siebie, dlaczego tak późno po nią sięgnęłam a jednocześnie wiem, że to był dobry czas, gdy wiele w moim życiu uległo zmianie, gdy szukałam odpowiedzi i bliskości Boga. 

niedziela, 3 września 2017

Piękno codzienności - Robert Seethaler "Całe życie"




"Jego życie nieustannie dyndało na włosku między niebem a ziemią, a w ciągu ostatnich lat jako przewodnik dowiedział się o ludziach więcej, niż był w stanie pojąć. Wedle jego rozeznania nie ciążyła na nim  żadna poważna wina i nigdy nie uległ pokusom tego świata, pijaństwu, rozpuście ni obżarstwu. Zbudował dom, spał w niezliczonych łóżkach, w oborach, na rampach ładunkowych, a kilka nocy nawet w rosyjskiej drewnianej skrzyni. Kochał. I zaznał przedsmaku tego, dokąd ta miłość mogła zaprowadzić. Widział, jak kilku mężczyzn spacerowało po Księżycu. Nigdy nie zwątpił w Boga i nie bał się śmierci. Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i jednym wielkim zdumieniem." - s. 150

Każdy człowiek chce przeżyć życie jak najlepiej. Każdy także inaczej to "najlepiej" rozumie. Jedyni pragną zrobić karierę, inni zarobić jak najwięcej pieniędzy, jeszcze inni szukają przede wszystkim miłości, spełnienia, przygód a może po prostu spokoju. Myślę jednak, że czegokolwiek by człowiek nie pragnął, chce być po prostu szczęśliwy, powiedzieć, że miał dobre życie, że nie żałuje swoich decyzji.

środa, 16 sierpnia 2017

Spacerowe rozkminy #4




Jestem po pracy totalnie nieprzyzwyczajona do tego, że o godzinie 19 (prawie) mam już zrobione zakupy, ugotowany skromny obiad, zmyte gary ;) i mam czas na to by sobie poszperać w internecie, za chwilę siądę z książką, potem zabiorę się za pracę duchową i jak będę miała ochotę oglądnę coś. Moje życie jest teraz inne, zupełnie inne niż to, które zostawiłam w moim domu. Zastanawiam się, czy można powiedzieć, że któreś jest lepsze? Chyba nie.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Łańcuch kłamstw - Delia Ephron "Siracusa"






"To tak jakbyśmy byli pisklętami: wydziobujemy sobie drogę ze skorupki na zewnątrz, wyrastamy na wielkie ptaki o pięknym upierzeniu, a potem kawałek po kawałku zaczynamy składać skorupkę jaja i na powrót się w niej zamykać, pozostawiając może maleńki otwór do podglądania - minimalny kontakt ze światem. Wydziobawszy sobie drogę na zewnątrz, by żyć, wracamy do środka, by przeżyć. Oczywiście to tylko złudzenie. Skorupki jajek łatwo się tłuką." - s. 108


Nigdy nie jesteśmy w stanie do końca poznać człowieka. Część informacji zdobędziemy słuchając, część obserwując, ale zawsze pozostanie coś, do czego nigdy nie dotrzemy. Ludzie ubierają różne maski, uśmiechają się, robią dobrą minę do złej gry. Im bardziej są zamknięci, tym trudniej ocenić, z kim mamy do czynienia. Prawda jest jednak taka, że nawet myśląc, że kogoś znamy, możemy się całkiem zadziwić.

Urlop w europejskich miastach, zwiedzanie cudownych wiekowych zabytków, upojenie atmosferą starożytności, cudownie grzejącym w ramiona słońcem, zapachami i smakiem pysznego jedzenia, niezwykle melodyjnym językiem włoskim, pięknymi, ponętnymi kobietami i uwodzicielskimi mężczyznami. Słowem idealne miejsce na spędzenie wakacji. Dwa małżeństwa wybierają się w podróż, podczas której dochodzi do pewnego zdarzenia. Świetny wypad psuje się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, aż w końcu nadchodzi katastrofa. Co doprowadziło do tragedii, której nikt się nie spodziewał?

Taylor i Finn nie stanowią dobranego małżeństwa. Ona bogata, zmanierowana, cechująca się wyższością i udawaną grzecznością, nie widzi świata poza córką Snow. To już nawet nie nadopiekuńczość nad przesadnie nieśmiałą dziewczynką, ale chorobliwa i toksyczna relacja. On zbywa milczeniem większość wybryków żony, nie jest żadnym autorytetem ani partnerem w tym związku, co więcej zostaje zepchnięty na plan dalszy. Finn przerzuca więc całą swoją energię na restaurację, którą prowadzi i trudno mu się dziwić, wszak wszystko co robi jest przecież krytykowane przez jego żonę. Snow zaś to swoista mimoza, która nie zrobi nic, na co nie ma ochoty. Wydawałaby się antypatyczna i rozpuszczona jak dziadowski bicz, gdyby nie fakt, że prawie się nie odzywa i pozostaje bardzo bierna. Gdy coś mówi, zazwyczaj czyni to szeptem, innym razem jedyną jej reakcją jest charakterystyczne cmokanie. Osobliwe zachowania dziecka, matka określa syndromem skrajnej nieśmiałości i chroni ją przed całym światem, zamykając przed wszystkimi i wszystkim. To ona decyduje, co córka będzie robić, w co się ubierać, gdzie chodzić. Dodatkowo sytuację komplikuje wygląd Snow, delikatność i powab, które ogromnie zwracają uwagę ludzi. Dziewczynka jest szalenie inteligentna i wydaje się, że doskonale potrafi dyrygować rodzicami. Lizzie to dziennikarka, która stale poszukuje tematów na nowe artykuły. Jako rasowy pismak zapisuje każdy szczegół, z którego może narodzić się tekst. Jest szaleńczo zakochana i zafascynowana swoim mężem Michaelem, który stał się sławny dzięki wydanej w młodości powieści. Śmiało można przyznać, że żona żyje w jego cieniu, choć sama się do tego przyczyniła. Michael jest zadufany w sobie, przesadnie przekonany o własnej wartości, choć stwarza wrażenie człowieka bardzo zdystansowanego. To urodzony gawędziarz, snujący kolejne zmyślone wydarzenia i pragnący sławy człowiek.



Od początku powieści, która przedstawia wydarzenia z Siracusy z późniejszej perspektywy każdego z dorosłych bohaterów widać, że obydwa małżeństwa są fikcją, istnieją na papierze, realnie zaś każdy z partnerów żyje własnym życiem, zajmuje się swoimi sprawami. Michael jest niewierny, Finn sytuuje się gdzieś poza zainteresowaniem Taylor, która bałwochwalczo adoruje córkę, Lizzie marzy o tym, by ożywić swój związek. Oliwy do ognia dolewa fakt, że Finn był kiedyś z Lizzie. Wspólny wyjazd nie wydaje się dobrym pomysłem, a jednak do niego dochodzi. Od początku czytelnik obserwuje grę bohaterów, którzy na zewnątrz są uprzejmi, grzeczni, ułożeni, jednak każdy z nich skrywa to, co naprawdę myśli o pozostałych. Nie wydarzenia w powieści są najważniejsze, w sumie jest ich naprawdę mało. Siłą tej książki jest gra postaci, wnikanie w ich myśli, punkt widzenia. Składanie akcji, a przede wszystkim obrazu relacji na podstawie poszczególnych rozdziałów. Różniące się od siebie spojrzenia, otwarte stwierdzenia, mamy tu wgląd w myśli i emocje, których Finn, Taylor, Michael i Lizzie nie ujawniają względem siebie. Jesteśmy uczestnikami podwójnej gry, tej pierwszej fasadowej, życia na pokaz, tworzenia idealnego obrazu dla innych i drugiej polegającej na odzieraniu mistyfikacji, wnikaniu w prawdę, byciu sobą. Szczerość zdumiewa, pokazuje, co tak naprawdę dzieje się między bohaterami. Im głębiej zanurzamy się w świat nieudanych związków, tym bardziej napięcie rośnie. I to właśnie fascynuje w "Siracusie". Nie czytałam jej, by dowiedzieć się, na czym polegała zapowiedziana tragedia, pochłaniałam kolejne strony zaciekawiona tym, co mówią bohaterowie, ich nieraz grubiańskim, nienawistnym, czasem kpiarskim czy wzgardliwym podejściem. Imponowała mi inteligencja postaci, które jednak zachowywały wszelkie uwagi dla siebie i grały w prowadzoną grę. Spodobał mi się zwięzły język autorki, pozbawiony rozwlekłych dywagacji, metrowych opisów i jej zdolność do zaciekawienia czytelnika poprzez stworzenie naprawdę interesujących postaci. Osób, które konkretnie nazywają rzeczy, trafnie określają sytuację, nie doszukują się usprawiedliwień, ale prosto i krótko, mówią jak jest. Delia Ephron napisała jedną z bardziej intrygujących książek, jakie przeczytałam. Jest ona nieco specyficzna, ale zdecydowanie warta przeczytania. 


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Delia Ephron, Siracusa, przeł. Agnieszka Walulik, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.


poniedziałek, 31 lipca 2017

Nostalgicznie o muzyce - Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj "Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości"



"Czerwone Gitary były zespołem, który od początku miał mnóstwo fanek. Do sopockiej Estrady, której podlegali, przychodziły tysiące listów. Jurek Kossela zaproponował Estradzie stworzenie sekretariatu, który mógłby na nie odpowiadać i przesyłać zdjęcia z autografami. Ale się nie zgodzili, bo to oznaczało dodatkowe wydatki, więc zespół wziął to na siebie. Chłopcy się zrzucili, a odpisywaniem zajęłyśmy się my, ich dziewczyny - Jana i Helena Kras oraz ja. Odpisywałam jako Krzysztof Klenczon albo Seweryn Krajewski, bo on wtedy nie miał dziewczyny. Pamiętam taki list, chyba do Seweryna: "zabrałeś serce, to weź i duszę" z dołączoną... duszą od żelazka." - s. 100



Piosenki Czerwonych Gitar poznałam dzięki mojemu przyjacielowi z dzieciństwa. To był czas, gdy istniały jeszcze kasety magnetofonowe, które się przegrywało a potem słuchało aż do zdarcia. Miał oryginalne wydania, których słuchaliśmy. Kiedy przyniosłam taśmę do domu rodzice się ożywili. To w końcu była muzyka ich młodości. Słuchałam tych przebojów często. Wpadały w ucho i zapadały w pamięć. Potem w zależności od humoru wyszukiwałam ich w internecie. Mimo, że minęło tyle lat, ja dorosłam, od czasu ich powstania upłynęło naprawdę sporo wody w Wiśle, muzyka Czerwonych Gitar i Krzysztofa Klenczona się nie zestarzała. Jest nadal piękna i aktualna. 

Legendarny polski muzyk, nazywany polskim Lennonem nie miał łatwego życia. Początki kariery były trudne, żona wspomina nawet, że z przyjacielem jedli cukier i przesypiali dni, by jakoś przetrwać. Muzyka jednak była najważniejsza, a z nią pragnienie zapisania się w historii. Najpierw był zespół Niebiesko-Czarni, potem Czerwone Gitary, które osiągnęły naprawdę wielki sukces. Liczne koncerty, trasy, rzesze fanów, całkiem niezłe zarobki, popularność. To wszystko wyglądało pięknie, jednak za spektakularnym powodzeniem kryło się wiele niesnasek. Rywalizacja z Sewerynem Krajewskim, umowy z ZAIKS-em, tekściarzami, zmiany menadżerów, w końcu schematyzm, który pozwalał żyć dostatnio, ale nie satysfakcjonował ambitnego muzyka. Te wszystkie czynniki doprowadziły ostatecznie do tego, że mężczyzna odszedł z zespołu. Chciał zabrać ze sobą przyjaciół, jednak nie zgodzili się na zmianę. Po wypełnieniu wszelkich zobowiązań Krzysztof Klenczon założył nową grupę. Tym razem postawił na młodych ludzi, chciał mocniejszego brzmienia, nowości, eksperymentów. Trzy Korony zyskały grono sympatyków i stały się rozpoznawalne, miały swoje szlagiery, które pokochali fani Czerwonych Gitar. Młodzi jednak nie poradzili sobie ze sławą. To nie było to, czego pragnął założyciel.



Po trudnym doświadczeniu tworzenia zespołu z nowymi, młodymi ludźmi, muzyk wyjechał z żoną do Stanów Zjednoczonych i tu po raz kolejny Alicja Klenczon opowiada o występach, zmaganiach, kreowaniu swojej wizji muzycznej, pierwszej płycie, której zabrakło szczęścia i funduszy na promocję. Poza muzycznymi wspominkami żona Krzysztofa przytacza również skomplikowaną historię rodzinną zarówno swoją, jak i męża. Opisuje życie w PRL-u, gdzie wszystko załatwiało się przez znajomości, w którym opuszczenie kraju było naprawdę ciężkie a emigrantów lub uciekinierów nie czekało nic dobrego. Mówi o rozłące z rodzicami, którzy opuścili kraj, ale pozostawili w nim córkę, rodzaj zastawu dla państwa. Pisze o trudnych relacjach męża z rodzicami, ich braku porozumienia, przerzucaniu się winą i goryczy, jaką w większości wylewali na syna, obarczając go odpowiedzialnością za ich los. Rysuje obraz muzyka jako troskliwego ojca, który jednak pierworodną Karolinę wychowywał nieco po chłopięcemu, gdyż bardzo marzył o synu, a na koncertach śpiewał z nią piosenki. 

Jednocześnie z kart książki wyłania się obraz człowieka odpowiedzialnego. Świadomego swojej wartości. Mężczyzny, który imał się przeróżnych zajęć, ale serce poświęcił muzyce. Wykonawcy szukającego swojego stylu, zafascynowanego przebojami Elvisa Presleya, ale niekopiującego bezrefleksyjnie niczego. To człowiek, który cenił ludzi, miał wielu przyjaciół, wymagał od siebie. Lubił imprezować, ale wykazywał się również dojrzałością, zwłaszcza w sprawach dotrzymywania obietnic. Podobnie jawi się Bibi, która nigdy nie narzekała na różne zajęcia, nie czuła się kimś gorszym sprzątając, ani lepszym pracując jako informatyk. Życie na walizkach, podróże, przeprowadzki, szukanie zawodu, książka aż kipi od wydarzeń, które kończą się śmiercią głównego bohatera. Epilogiem zaś są losy Alicji, jej kolejnych małżeństw oraz historia dzieci muzyka. 



Książkę Alicji Klenczon i Tomasza Potkaja czytałam dość długo. Lekka, pisana gawędziarskim stylem, pięknie wydana, z licznymi fotografiami, świetną wyklejką, zawiera jednak szereg informacji, które trzeba przyswajać stopniowo. To zarówno historia Krzysztofa i jego żony, ich rodziny, ale także swego rodzaju dokument o życiu artystów w szarych czasach PRL-u, które jednak były całkiem ciekawe :). Wyczerpująca, bez zbędnego patosu, przegadywania, rzeczowa, interesująca i bardzo konkretna. Niektóre sprawy rozmówczyni Tomasza Potkaja pomija, ale trudno się jej dziwić. Przedstawia jednak męża jako zwykłego człowieka, który nie kreował się na gwiazdę. Wręcz przeciwnie był pokorny, zdystansowany i stanowczy. "Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości" jest jak piosenki Czerwonych Gitar, nostalgiczna, klimatyczna, wciągająca. A przy lekturze w głowie rozbrzmiewają kolejne szlagiery znanej grupy, jak i późniejsze utwory muzyka. Do przeczytania i przesłuchania jednocześnie lub osobno, jak lubicie :). 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Alicja Klenczon, Tomasz potkaj, Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości, wyd. WAM, Kraków 2017.

piątek, 28 lipca 2017

Spacerowe rozkminy #3




Nie było mnie tutaj dość długo. Ponieważ wszystko zamknięte, mogę spokojnie powiedzieć, skąd moje milczenie i dziwna ilość kilometrów, jaką przejechałam od ostatniego tygodnia czerwca. 

Jakiś czas temu stwierdziłam, że pora coś zmienić. Chciałam spełnienia marzeń, o których opowiadałam w wywiadach, pragnęłam rozwoju, czegoś nowego, co będę mogła kochać. Starań było trochę. Czas jednak mijał i nic się nie zmieniało, mimo moich wysiłków. Mój przyjaciel, gdy dopadała mnie chwila zwątpienia, mówił mi, że idzie do mnie wielkie szczęście, a że jest takie duże, to człapie powoli. Czekałam więc, marząc o lepszej przyszłości. Czytałam książki, pisałam Wam o nich i czasami wydawało mi się, że tak, wierzę w to, co jest napisane, ale miewałam poczucie, jakby to dotyczyło faktycznie innych, ale nie mnie. 



Najpierw był audiobook "Rób to, co kochasz". Chciałabym..., wzdychałam sobie. Wiedziałam już do czego mam dryg, co sprawia mi najwięcej przyjemności, co mnie kręci. Wiadomo, zawsze trzeba mieć plan B, ale główne zajęcie marzyło mi się związane z książkami. Potem czytałam wywiad z Markiem Kamińskim "Idź własną drogą" i znów rodziły się we mnie marzenia i smutek, że to jedynie sfera pragnień. Ale nie poddawałam się, choć bywało różnie. Na pewną rzecz cichutko liczyłam, bo wydaje mi się, że zaprezentowałam się dość fajnie. I znów mijał czas. Wpatrywałam się w obrazek, który niedawno kupiłam. Przestań chcieć, wstań i walcz. Tylko jak? Robiłam, co mogłam (choć zawsze pozostaje pojawienie się w wymarzonym miejscu i poproszenie choćby o 5 minut rozmowy, a nie wysyłanie papierów przez internet) i myślałam sobie, kończy mi się czas, który sobie dałam na zmiany. Nie wiem, co będzie dalej. Nie chciałam trwać w jednym miejscu, istnieć jedynie. Pragnęłam czegoś więcej, bo do tego więcej każdy jest stworzony. 

Aż nagle stało się coś, czego naprawdę się nie spodziewałam. Ktoś spełnił moje marzenie, a do tego przewrócił moje życie do góry nogami. Tak, to była szybka odpowiedź, nim pojawią się jakiekolwiek wątpliwości. Nie co do tego, czy to słuszny wybór. Jestem głęboko przekonana, że to jeden z najlepszych, jakich dokonałam. Ale człowiek zastanawia się, czy da radę. Cóż nie mam doświadczenia rzucania się na głęboką wodę, a opuszczanie znanych kątów, jest takim właśnie przeżyciem. Zaczęła się zatem bieganina, załatwianie papierów, szukanie lokum, pakowanie, zakupy, a przy tym normalna praca, którą przecież wykonywałam. Dni wolne spędzałam na jeżdżeniu i chodzeniu, gdzie się da ;), a reszta czasu szła na obowiązki. Książek przeczytałam bardzo mało. Głównie w autobusie, jakby nie było 6 godzin w jednym miejscu to sporo, choć często też zdarzało mi się przysypiać z tego wszystkiego. Powoli jednak wszystko się normuje, choć czy ja wiem?



Gubię się na nieznanych mi ulicach ;). Cieszę jazdą metrem, do którego muszę zacząć zabierać książki, dużo osób tak robi :). Zaznajamiam się z miastem, które odwiedzałam raz do roku. Będę uczyła się nowych rzeczy, czytała i spełniała swoje marzenia. Będę mogła do woli gadać o książkach i cieszyć się rozmową z każdym, kto czyta. Pewnie wszystko będzie szybciej, niż w moim rodzinnym mieście, na pewno będzie inaczej. Ale wierzę, że będzie pięknie. Jedno marzenie się spełniło. Od dziś będę bibliotekarką <3 w wielkim mieście ;). I powiem jedno. Warto marzyć, nawet gdy wszystko dookoła zdaje się mówić, że się nie uda. Uda się, czasami w tym momencie, którego zupełnie byście się nie spodziewali. Trzymajcie za mnie kciuki :*


sobota, 15 lipca 2017

Strach się bać - Remigiusz Mróz "Czarna Madonna"

PRZEDPREMIEROWO



"Przypuszczam, że zdecydowana większość ludzi na świecie wspomina następne dni jak przez mgłę. Nawet abstynenci zdawali się sięgać po mocne alkohole, entuzjaści marihuany niemal zadusili się dymem w swoich mieszkaniach, a ci, którzy przyjmowali środki najbardziej wytrącające z rzeczywistości, byli blisko złotego strzału. Niektórzy nie spali - i tyle wystarczało, by wszystko stało się dla nich abstrakcyjne. Ja należałem do takich osób. Bałem się zapadnięcia w sen i nawet jeśli nachodził mnie w najmniej oczekiwanym momencie i już przymykałem oczy, coś we mnie budziło się i nie pozwalało zasnąć." - s. 278

Remigiusz Mróz przyzwyczaił mnie do tego, że można spodziewać się po nim absolutnie wszystkiego. Akcji, za którą się nie nadąża, zwariowanych twistów fabularnych, historii, której nieraz nie da się ogarnąć, bohaterów zyskujący sympatię lub wręcz odrzucających, ciągle rosnącego napięcia i co najważniejsze, zerowej szansy na zaszufladkowanie. Gatunków, po które sięgnął jest całkiem sporo. Tego się jednak nie spodziewałam. Przyznam, że gdy na targach zobaczyłam okładkę jego nowej powieści, zastanawiałam się, jak to wszystko się skończy. Tajemnica wywoływała sporo kontrowersji i nie wiadomo było, czego tak naprawdę się spodziewać. Akcja promocyjna, podsycała ciekawość i była naprawdę dobrze zaplanowana. Każdy chciał już przekonać się, o czym jest ta powieść.

To miała być podróż przedślubna, która nie udała się z wielu powodów. Filip nazywany przez wszystkich Bergiem, musiał zostać w domu. Kłopoty finansowe byłego duchownego były poważne, a w sytuacji, gdy nie można było poszczycić się doświadczeniem w CV, każda praca była na wagę złota. Ostatecznie do Ziemi Świętej udała się jedynie Aneta, jego narzeczona. Dzwoniący w nocy telefon był początkiem wydarzeń, których nie tylko mężczyzna, ale nikt nie chciałby doświadczyć. Nagłe zniknięcie samolotu początkowo kojarzono z katastrofą lub atakiem terrorystów. Wszystko by na to wskazywało, gdyby nie jeden mały szczegół. Filipowi w końcu udaje się połączyć z narzeczoną. Po drugiej stronie słyszy jednak swój głos wypowiadający niezrozumiałe dla niego słowa. Godziny mijają a spekulacji jest coraz więcej. Od czasu do czasu pojawia się sygnał z transpondera samolotu, co dziwniejsze odległości są zbyt duże, by je przebyć w tak krótkim czasie i nieprzypadkowe. Berg próbuje ustalić, co tak naprawdę się dzieje i co za tajemniczy komunikat usłyszał. Na świecie zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a wszystko to zadaje się stanowić jedynie przedsmak prawdziwej katastrofy. Zło czai się wokół i zaczyna działać coraz prężniej, a sam bohater ma coraz poważniejsze kłopoty. Jaki los spotkał pasażerów Air Hibernia? Czym w istocie są niewytłumaczalne zdarzenia i jaką rolę odegra tytułowa Czarna Madonna?



Nie od dziś wiadomo, że Remigiusz Mróz czyta Kinga i wydaje mi się, że można pokusić się o stwierdzenie, że jest on dla niego inspiracją. Śmiem twierdzić, że tak właśnie było w przypadku "Czarnej Madonny". Autor miał straszyć, przerażać, ale jednocześnie nie wypuszczać czytelnika z rąk. Czy faktycznie tak jest? Trzeba przyznać, że książka wciąga, jak to u Mroza. Zaczyna się złowieszczym wstępem, który nie wróży nic dobrego a potem jest już tylko gorzej. Już od pierwszych stron wiadomo, że zło będzie czaić się wszędzie i rosnąć w siłę. Zagadka zniknięcia samolotu, który przepadł i nagle daje o sobie znać, by zamilknąć na dalsze godziny, to jedynie preludium to całej historii. Berg po kolei zbiera wskazówki, by dojść do złowieszczych wniosków. W śledztwie pomaga mu Kinga, siostra jego zaginionej narzeczonej. Te dwie postaci ciekawie się uzupełniają, choć niewiele o nich wiadomo. Racjonalny, ale i wierzący, choć jego wiara wydaje się letnia Filip, jest zawiedziony życiem.  Tkwi nieco w przeszłości, a jednocześnie próbuje ułożyć sobie wszystko na nowo. Przez większość czasu spokojnie podchodzi do wydarzeń, choć emocje zdają się w nim buzować. Dla mnie stanowił interesujące połączenie wielu sprzeczności, nadziei i rezygnacji, spokoju i wybuchowości, wiary i racjonalizmu. Kinga jest nieco żywszą postacią, emocjonalna, troskliwa, wydaje się słaba, choć to tylko pozory. Trwa przy niedoszłym szwagrze, choć nie zawsze rozumie jego postępowanie i zdaje się mieć inne od niego zdanie. Sam pomysł na fabułę jest całkiem ciekawy, choć przywodzi mi na myśl kilka wytworów kultury. Początkowo skojarzył mi się z "Lost", "Pozostawionymi" (chodzi mi o film) i przede wszystkim z cyklem książek Tim'a LaHaye'a i Jerry'ego B. Jenkins'a. Jednak im więcej stron za mną, tym bardziej skojarzenia były jednoznaczne. 

Groza, czające się wielkie zło, narastający i paraliżujący strach, ciemność, to wszystko osacza czytelnika i wgryza się w niego. Autor gra na pierwotnych lękach człowieka, który boi się tego, co nieznane, co przewyższa jego siły, pochodzi spoza tego świata. Umiejętnie odwołuje się do doskonale znanych tekstów biblijnych, łącząc je z objawieniami i relacjami kapłanów. Wybiera motyw, który inspiruje od wieków. Nadaje swojej fabule kształt realności, czegoś, co częściowo kiedyś się wydarzy, co nie jest jedynie wymysłem pisarza, ale ma prawo przybrać realne kształty. Książka trzyma w napięciu, momentami sprawia, że chce się ją zamknąć, ale gdzieś w środku jest nadzieja, że wszystko skończy się dobrze. Zaskakujących zwrotów akcji może nie ma tak wiele, ale przyznam, że całkiem zdumiały mnie dwie rzeczy i to naprawdę poważnie. "Czarna Madonna" jest bardziej dopracowana niż niektóre z już wydanych powieści autora,  zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym, choć wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi, a wyjaśnienie pewnej tajemnicy nie było dla mnie przekonujące. Bardziej przypominało coś, co mogłoby spokojnie znaleźć się w "Chórze zapomnianych głosów". Może faktycznie było to takie Kingowe zagranie, ale ja odebrałam je jako pewnego rodzaju królika wyciągniętego z kapelusza, coś co pojawiło się w nieuzasadniony i nieprzekonujący mnie sposób i kłóciło mi się z tym, do czego odnosi się autor. Szkoda również, że samego nawiązania do tytułu nie ma zbyt dużo. Podziwiam i jednocześnie współczuję gromadzenia i zaznajamiania się z materiałem do napisania "Czarnej Madonny", ja bym się nie odważyła. 



Gdybym wiedziała, o czym jest ta książka, w życiu bym po nią nie sięgnęła. Ba, pewnie bym próbowała ją odesłać. To literatura, której nie czytam, a wręcz omijam szerokim łukiem. Stało się jednak tak, że wylądowałam z nową powieścią Remigiusza Mroza na 12 godzin w autokarze. Nie czytałam przez cały czas, jednak podczas lektury wierciłam się niemiłosiernie. Wcale nie chodzi o moje przekonania, po prostu nie lubię tej tematyki, nie lubię się bać w tym sensie. Remigiusz Mróz sięgnął po temat, który wielu przeraża właśnie tym, że nie jest wytworem wyobraźni, ale realną rzeczywistością. Lektura wywoływała we mnie przeróżne uczucia, od strachu przez dyskomfort, po zdenerwowanie. I tu przytoczę słowa samego autora "Nigdy więcej!". Jeśli napisze jeszcze coś, o tej samej tematyce, proszę szanownego autora, by dał mi znać, bo nie chce skończyć przedwcześnie żywota, padając na zawał! Jeśli jednak lubicie grozę, powieści przepełnione ciemnością i złem, które staje twarzą w twarz z czytelnikiem, to "Czarna Madonna" jest zdecydowanie dla was. Ściskająca za gardło, napawająca strachem, wciągająca, dobrze zbudowana, momentami zaskakująca. Może to nie krwisty horror, ale na pewno powieść z solidną dawką grozy i strachu. Taka, która pozostawia czytelnika bezradnym, skołowanym, przestraszonym. Wsiadajcie zatem na pokład Air Hibernia, zapnijcie pasy i nie mówcie, że was nie ostrzegałam. Czy przetrwacie lot? Co znajdziecie po tamtej stronie? Przekonajcie się sami. Ja powiem jedno, to dobra powieść, ale nie na moje nerwy ;).




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 

Remigiusz Mróz, Czarna Madonna, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.  



piątek, 30 czerwca 2017

Waleczne serce - Monika Piątkowska "Prus. Śledztwo biograficzne"



"Aby już nic nie wymknęło mu się spod kontroli, Aleksander wdrożył w życie coś, co było swego rodzaju samoobserwacją lub autotresurą. Uznał, że choć wiele jest w nim "niedoskonałości", ma jednak jakiś charakter i może go nawet rozwinąć, byle tylko, jak pisał, "czuwać, ciągle czuwać nad sobą" (ZN). Niczym surowy nauczyciel postanowił sumiennie rozliczać się z wyników: pracował po osiemnaście godzin na dobę, mniej spał, rzucił palenie i ćwiczył pamięć, regularnie czytając notatki. Praca ta była prawdziwie katorżnicza, aby się więc jakoś do niej zmotywować, tłumaczył sobie w zeszycie, że dzięki niej będzie mógł wreszcie "zostać człowiekiem wielkim", o co mu "najwięcej chodziło"." - s. 158

Pamiętam jak będąc w liceum prowadziłam z mamą dysputę o literaturze pozytywistycznej. Mówiłam, że podobała mi się bardzo "Lalka". Stanisław oczarował mnie i wywołał dużo emocji, bo był postacią łączącą wiele sprzeczności, polubiłam poczciwego Rzeckiego i zżymałam się na Izabelę Łęcką, której do dziś szczerze nie cierpię. Mama zaś bardziej darzyła sympatią "Nad Niemnem", w którym mi czegoś jednak brakowało. Uznałam wyższość powieści Prusa i to zdanie się nie zmieniło, ale to sprawa gustu :). 

Gdy zobaczyłam zapowiedź książki Moniki Piątkowskiej stwierdziłam, chcę to przeczytać! Ja, która do niedawna jak ognia unikałam wszelkich biografii, ale człowiek w końcu dojrzewa, prawda? Zasiadłam zatem do lektury i przeniosłam się do całkiem innego świata. Bolesław Prus, pisarz owiany legendą, nieustanny konkurent Henryka Sienkiewicza, człowiek naznaczony cierpieniem fizycznym, ale bardziej psychicznym. Dziecko z opóźnieniem uznane przez ojca i porzucone przez niego. Sierota, która tułała się po rodzinie, wędrując od zgorzkniałej, surowej babki, przez wujostwo, które nie darzyło go uczuciem, choć malec o nim marzył, do osobliwego brata. Zbuntowany chłopiec dokazujący na lekcjach i powtarzający klasę, z czasem wzorowy uczeń, nadal skory do psot, ale obowiązkowy. Patriota, który wyruszył do walki w powstaniu styczniowym. Student, kronikarz, satyryk, inteligent. Mąż, kochanek, ojciec, opiekun. Człowiek całe życie walczący ze światem i z sobą. Udowadniający, że może więcej, ale jednocześnie boleśnie i ciężko znoszący porażki. Drażliwy i wrażliwy. Komentator, pasjonat słowa, dziennikarz, ironista. Z kart książki wyłania się Aleksander Głowacki, który niejedno ma imię. To niewątpliwie ciekawy, choć wzbudzający pewną dozę litości człowiek. Mężczyzna owładnięty całą paletą lęków, które skutecznie utrudniały mu życie i normalne funkcjonowanie. Zapisujący nerwowo całe szeregi określeń, próbujący na papierze uspokoić myśli i ogarnąć świat, pisarz. Społecznik, który upominał się o konkretne czyny, nawet gdy tracił przez to czytelników. Bystry obserwator bezlitośnie piętnujący zło i wszelkie przywary, zwłaszcza własnej rodziny. Samotna osoba, która całe życie poszukiwała uczucia i zdaje się, że go nie odnalazła. W końcu zaś opiekun powielający błędy swojego wujostwa.



Bolesław Prus mimo, że wyglądał niepozornie, okazał się ogromnie ciekawą osobą. Inteligentem, który pragnął być kimś wielkim. Opowieść o jego życiu wciąga, jest tekstem nie tylko o interesujących losach pisarza, ale rzuca światło na życie w tamtej epoce, ukazuje mentalność ludzką. Autorka portretuje człowieka, który całe życie musiał zmagać się z przeciwnościami losu. Pracował wiele godzin, by utrzymać rodzinę. Spędzał czas na zapisywaniu najróżniejszych notatek, obserwacji, z niemal matematyczną precyzją starał się uporządkować rzeczywistość, co dawało mu niejakie poczucie bezpieczeństwa i koiło stale skołatane nerwy. Wymagał ogromnie wiele, choć najsurowszym sędzią był dla siebie. Przyjaciół otaczał troską i ciepłem, wydaje się, że był dla nich lepszy niż dla swojej rodziny. A do tej miał ogromny żal za surowe, zimne dzieciństwo i  wiele rozczarowań. Jego małżeństwo wydało mi się swego rodzaju wykalkulowanym związkiem, który był, co prawda spokojny, ale dość nudnawy, chwilami odnosiłam wrażenie, że wręcz nieudany, mimo anielskiej cierpliwości żony pisarza. Sprawy społeczne zajmowały ważne miejsce w jego sercu i wiele czasu. Uważał, że dziennikarz powinien przykładać wielka wagę do swojego tekstu, skupiać się na najważniejszych rzeczach, jeśli chodzi o sprawy dotyczące społeczeństwa. Z dużą dozą ironii piętnował przywary, obłudę, głupotę. Często wychodził przed szereg i niejednokrotnie był krytykowany za swoje podejście, które wielu się nie podobało. Jako pisarz przez długi czas był niedoceniany, stawiany na drugim miejscu. Pisał jednak dalej, choć wiele zapisanych pomysłów nie ujrzało światła dziennego lub pozostało niedokończonych. Mimo wad i problemów, był wielkim człowiekiem, światłym, inteligentnym, bystrym, miał poczucie humoru, choć często doskwierał mu smutek, strach i żal. 

Monika Piątkowska wykonała iście tytaniczną pracę. Z pasją przedzierała się przez książki, wspomnienia, relacje, artykuły, by przybliżyć czytelnikowi postać autora "Faraona". Nie stroni od przedstawiania trudnych faktów, niewygodnych opinii. Szczerze i ciekawie nakreśla przebieg życia Jana w Oleju. Ukazuje jego zabawny rys, zacięcie humorystyczne, ale równocześnie troskę o najuboższych i wszystkich, którzy potrzebują pomocy. Niezłomność w poglądach, które niejednokrotnie były nierozumiane czy wręcz wyśmiewane. Zmaganie się z lękami, szczególnie tymi, które uniemożliwiały mu podróżowanie, a z czasem nawet zwykłe opuszczanie domu. Zaznacza, że ciężkie dzieciństwo odcisnęło się bolesnym piętnem na jego dalszym życiu, ale nie zapobiegło błędom w wychowaniu Emila Trembińskiego. Wspomina również o rywalizacji z autorem "Trylogii", nieustannie obecnej w życiu Głowackiego. Opowiada o miłosnym życiu pisarza, które zaowocowało spokojnym, nieco nudnym małżeństwem oraz romantycznymi uniesieniami i romansami. Autorka przedstawia portret człowieka ciężko pracującego nad każdym słowem, zmagającego się z trudnymi warunkami życia, wystarczy wspomnieć o licznych pożyczkach, jakie zaciągał dziennikarz, pracowitego, ale i chorowitego. Ograniczonego przez swój stan psychiczny, którego się wstydził. 

Sięgając po "Prus. Śledztwo biograficzne" miałam nadzieję, że tytuł nie okaże się zwodniczy, że będzie to prawdziwe śledztwo w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę był jeden z najznakomitszych polskich pisarzy. Nie zawiodłam się. Książka obfituje w przeróżne fakty z życia autora "Emancypantek", jest niezwykle obszernym i wyczerpującym materiałem. Czasem styl Moniki Piątkowskiej przechodzi w znany mi ze studiów uniwersytecki ton, ale biografię czyta się naprawdę dobrze. Podzielona na rozdziały, okraszona licznymi cytatami, odniesieniami do twórczości, jest naprawdę świetną i interesującą pozycją do dłuższego czytania, ponieważ jest tu naprawdę sporo wiedzy. A co najważniejsze, autorka udowadnia, że to, kim był bohater książki najlepiej odzwierciedla się w jego twórczości, przepełnionej osobistymi dylematami, wspomnieniami, przeżyciami. Gorąco polecam!



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak


Monika Piątkowska, Prus. Śledztwo biograficzne, wyd. Znak, Kraków 2017. 


czwartek, 22 czerwca 2017

Wędrówka w poszukiwaniu sensu - Marek Kamiński "Idź własną drogą"




"Camino skonfrontowało mnie z samym sobą. Zrozumiałem, że spotykając innych ludzi, tak naprawdę spotykam samego siebie. Spotykając cudze problemy, w jakimś sensie spotykam swoje. W związku z tym łatwiejsze było życie w pewnej izolacji od tego." - s. 156

Niezmiennie zachwycają mnie ludzie, którzy przełamują kolejne bariery. Osoby głodne życia, ciekawe świata, inteligentne, poszukujące. Do tego grona niewątpliwie zalicza się Marek Kamiński, podróżnik, zdobywca biegunów, w tym jednego z Jaśkiem Melą, wyznaczający sobie kolejne zadania założyciel fundacji, wędrowiec, do tego głowa rodziny i człowiek naprawdę godny podziwu.

"Każdy musi odkryć w życiu własny biegun. Później wystarczy go zdobyć", mówi bohater rozmowy z Joanną Podsadecką. I wokół tego zdania zdaje się ogniskować nie tylko cała treść książki, ale życia każdego człowieka. Odkrywanie swojego miejsca zdecydowanie nie jest prostym zadaniem, często trwa wiele lat. To trochę taka polska droga, często biegnąca przez prawie niezamieszkane miejsca jak np. w Bieszczadach, pełna dziur, w które się wpada, czasami pnąca się pod górę, innym razem ostro spadająca w dół, kręta, z niemałą liczbą serpentyn, różnie oznakowana, miejscami naprawdę dobra, zawsze jednak prowadząca do celu. Sam podróżnik przyznaje, że poszukiwania nigdy się nie kończą. Zawsze znajdzie się coś, czego jeszcze nie wiemy na swój temat, co nas rozwinie. Osobowość oczywiście kształtuje się od najmłodszych lat, ale w każdym wieku, są doświadczenia, które zmieniają człowieka.

"Odwaga, wbrew pozorom, nie jest brakiem strachu. Nie polega na nieodczuwaniu strachu, ale uznaniu, że jest coś ważniejszego niż lęk. Strach przed nami coś zamyka, a przecież chodzi o to, by otwierać się na nowe możliwości, odsłaniać nieznane lądy. Strach nas więzi, więc to logiczne, by dążyć do uwolnienia." - s. 31



Dzieciństwo Marka Kamińskiego to przede wszystkim samotność przebywania w szpitalach i sanatoriach. Długie godziny spędzane na salach z dala od bliskich, często z personelem, który był bardzo oschły lub wręcz straszył dzieci. To doświadczenie zahartowało chłopca, usamodzielniło go i skłoniło do czytania, bo w lekturach odnajdywał to, czego potrzebował. Dzięki książkom przeżywał przygody, poznawał świat. Z nich wyłonił się apetyt na podróże, które zaczęły się bardzo wcześnie, za zgodą rodziców. Potem był okres studiów i fascynacji filozofią, docierania do sensu istnienia, długich dysput i rozmyślań. W końcu zaś wyjazd do Niemiec. Z czasem pojawiły się kolejne wyprawy w najróżniejsze miejsca świata. Za trudami podróży, zmaganiem się z pogodą, naturą i własnymi ograniczeniami przyszła sława, która jednak nie uderzyła bohaterowi do głowy, w zasadzie nie miał na to czasu. Po jednej ekspedycji przychodziła następna, życie stało otworem a ciekawych miejsc i wyzwań nie brakowało. Zaproszeń na rożne prelekcje pojawiało się coraz więcej. Marek Kamiński starał się je przyjmować, ale miał także świadomość, że nie może wszędzie być. Zakiełkowała w nim myśl, by ukonkretnić bardziej to, czego nauczyły do ekspedycje, by stworzyć program, który pomoże zarówno dzieciom jak i dorosłym. 

"Życie nauczyło mnie, że granice na ogół są sztuczne, że szlabany zbudowane są z obaw albo braku wiedzy. Granice są najczęściej w naszych głowach." - s. 28

Wszystko o czym czytałam na kartach zdaje się potwierdzać tę tezę. Samotne wyprawy jako chłopiec, późniejsze ekspedycje, szczególnie ta z Jaśkiem Melą, ciągłe powracanie do bycia w drodze, to coś charakterystycznego dla Marka Kamińskiego. Nie chodzi jednak tylko o przełamywanie barier, określanie, ile jeszcze jest w stanie znieść ciało, jaką wytrzymałość ma człowiek. To również zgłębianie wiedzy i poszukiwania duchowe. Byłam zdumiona szerokimi horyzontami podróżnika, lekturami, które do łatwych nie należą, wyciąganymi wnioskami, łączeniem życia duchowego z jogą. Zdrowym podejściem do wielu tak różnych od siebie rzeczy, które bardzo często zdaję się sobie przeczyć. Zdobywca biegunów zdecydowanie nie daje się zaszufladkować a do wszelkich nowości podchodzi z otwartością, ale i rozwagą. Przypomina, że największym problemem jest to, co nosimy w sobie. Nasze podejście, lęk, obawa przed reakcją otoczenia, brak wiary we własne możliwości czy w końcu wątpienie w sukces to najczęstsze przyczyny, dla których marzenia pozostają niezrealizowane. On ustosunkowuje się wobec sytuacji inaczej, nie uda się to trudno, ważne, by próbować, dać z siebie wszystko. Powiedziałabym, nieco niewspółczesne podejście w świecie sukcesów i nastawienia na wyniki. A jednocześnie to najbardziej naturalna postawa, starania się, podejmowania wyzwań, poznawania siebie i budowania poczucia własnej wartości. Stawiania czoła rzeczywistości i podchodzenia z pokorą zarówno do sukcesu jak i porażki, które są nieodłączną częścią życia.



Kolejnym ważnym punktem jest dla mnie podkreślenie tego, że istnieje medytacja chrześcijańska, którą można praktykować np. u Ojców Dominikanów i że jest to bardzo pomocna w rozwijaniu wiary praktyka. Jogę bohater traktuje jako formę aktywności fizycznej i nie widzi w niej niczego złego. Skojarzyło mi się to z pewnym artykułem, w który czytałam, że nazbyt rozrosło się przekonywanie, że wszystko jest niebezpieczne, jakbyśmy zwątpili we wszechmoc Boga. Interesująco brzmi wspomnienie o podroży z dziećmi i o tym, że czasami to droga nas prowadzi a nie my podążamy ustaloną trasą. Marek Kamiński nie boi się mówić o tym, że będąc ojcem rodziny potrzebuje też swoich wypraw, jakiejś dozy samotności, czasu na rozmyślanie i bycie ze sobą. Sama wyprawa do Camino przez wielu była uważana za dość specyficzny i nie bardzo "spektakularny" wyczyn, ale podróżnik stwierdził, że robi to dla siebie, to była jego duchowa wędrówka, która miała pogłębić wiarę. Santiago de Compostela dało bohaterowi kolejną życiową lekcję, jak każda wyprawa nauczyło go pokory, ale wydaje się, że nieco innej niż ekspedycja na biegun czy zdobywanie szczytów.  


"A ja wierzę, że "przypadek" to inna nazwa na posunięcia Pana Boga. Że on się objawia właśnie poprzez tak zwane przypadki." - s. 30

Niesamowitych zdarzeń w życiu rozmówcy Joanny Podsadeckiej jest dość dużo. Najbardziej jednak obfituje w nie droga, którą przebył do grobu św. Jakuba. Ten szlak słynie z tego, że udają się nim ludzie pragnący pogłębić swoją wiarę, spotkać Boga, odnaleźć się, podziękować lub prosić o coś. Czytając o tym co dzieje się na owej trasie, budzi się we mnie jakaś tęsknota, coś zdaje się mnie pchać ku temu, by pewnego dnia wyruszyć na pieszą wędrówkę właśnie do Santiago de Compostela. I tu zdaję się doskonale rozumieć Marka Kamińskiego i ten niezgłębiony bodziec, który szepcze, idź tam. A droga jest osobliwa, nagle znajduje się na niej długo poszukiwaną łyżeczkę, spotyka ludzi, którzy noszą w sobie to, co nas najbardziej przeraża, z czym sami się zmagamy lub takich, którzy przepełnią nas zachwytem. Otwartość z jaką pielgrzymi dzielą się swoimi historiami zdumiewa, nie ma tematów tabu. Wydaje się, że nigdzie indziej mówienie o tym, co chowa się przed światem, nie przychodzi tak naturalnie i nie do końca wiem, czy sprzyja temu to, że prawdopodobieństwo spotkania kogoś z tego szlaku jest nikłe czy fakt, że tam nie będzie się ocenianym. Takich przypadków, gdy odkrywamy coś pięknego lub wręcz przerażającego jest w tej rozmowie wiele. Mnie tak zafascynowało to, o czym wspomina bohater, że postanowiłam przeczytać "Trzeci biegun".

Może coś się we mnie zmieniło, że ostatnio czytam dużo biografii, wywiadów i książek trudniejszych, ale pewne jest to, że "Idź własną drogą" mnie oczarowało. Poznałam Marka Kamińskiego nie jako podróżnika, ale filozofa, chrześcijanina i człowieka pełnego głębi, stale poszukującego. Świetna rozmowa z Joanną Podsadecką jest lepsza niż wiele powieści, które przeczytałam. Widać, że rozmówcy dobrze się rozumieją, czytają wymagające lektury, szukają odpowiedzi na fundamentalne pytania i są ciekawi świata. Uderzyła mnie nie tyle szczerość tego wywiadu, co wgłębianie się w psychologię, religię, filozofię, czego absolutnie się nie spodziewałam. Przyznam, że to bardziej motywująca pozycja niż niejedna z książek, które przeczytałam. O czym jest "Idź własną drogą"? O człowieku głodnym życia, ciekawym świata, poszukującym, odważnym. Kimś, kto nie boi się stawiać sobie wyzwań i pytań, przełamywać barier i kto tego samego uczy innych w swojej fundacji. O nauce pokory, mądrości, siły i odwagi. Lekki styl rozmówców, ważne i szalenie wciągające tematy, masa informacji do przemyślenia, piękne zdjęcia, mówią same za siebie. Rozpoczynając lekturę "Idź własną drogą" przepadniecie, a po skończeniu będziecie żałować, że ten wywiad ma tak mało stron. Podsumowując, jedna z najlepszych książek, jakie czytałam.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Marek Kamiński, Joanna Podsadecka, Idź własną drogą, wydawnictwo WAM, Kraków 2017.