poniedziałek, 11 grudnia 2017

Książki na adwent czyli zdążyć duchowo na święta

z cyklu Książki z duszą


Rozpoczął się drugi tydzień adwentu. Przed nami święta, ale też duchowa praca, dlatego proponuję kilka tytułów, które poruszają i dają do myślenia. 


"Bóg w wielkim mieście" Katarzyny Olubińskiej to pozycja, która sprawia, że przestajemy postrzegać chrześcijan jako cichych, nieciekawych i niezaradnych ludzi. Człowiek wierzący to ktoś, kto potrafi cieszyć się małymi rzeczami, ale i odnosić sukcesy, spełniać swoje marzenia i radzić sobie nawet w wielkim mieście, w którym nieraz wiele odrywa od Boga. Mądra, interesująca i udowadniająca, że Bóg jest dla wszystkich. 



Abp Grzegorz Ryś "Moc wiary" i "Moc Słowa". To dwie pozycje, które można podczytywać rano i wieczorem, ponieważ składają się z krótkich rozważań. Pozwalają znaleźć temat do rozmyślań przy niewielkiej ilości czasu. Do tego niezwykła wrażliwość, inteligencja i umiejętność głoszenia autora, sprawiają, że to idealne pozycje do codziennej lektury. 



Tomasz Gaj Op, Magdalena Pajkowska "Sankofa. Nie zmarnuj życia". Wciągająca rozmowa o życiu, reagowaniu, ujarzmianiu własnych emocji, uczuć, reakcji. Świetna lekcja o tym, jak postępować, radzić sobie z codziennymi problemami, wychowywać dzieci i zmieniać siebie. Do wielokrotnego czytania i powtarzania. 

S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka "Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego". Dosadny wykład o tym, czym jest życie chrześcijanina, jak powinno przebiegać i jak działać mądrze oraz sprawiać, by ludzie nie byli marginalizowani. Rewolucja miłości w praktyce. 



Adam Szustak OP "Plaster miodu" czyli rekolekcje adwentowe, do przeczytania, przećwiczenia, z miejscem na notatki. Mobilizuje do rozwinięcia więzi z Bogiem i znalezienia większej ilości czasu na modlitwę. 

Tomasz Nowak OP, Tomasz Gaj OP "Mirra i pomarańcze" to kolejne rekolekcje, ale tym razem w formie audiobooka, czyli nie ma, że nie masz czasu na czytanie, bo możesz ich spokojnie posłuchać podczas jazdy samochodem, biegania, gotowania czy sprzątania. Rzecz o Bogu, który kocha i czeka. 



Na koniec proponuję jeszcze "Kato-botoks" Szymona Hołowni, który mam w formie MP3. Publicysta w swoim niepowtarzalnym stylu o filarach chrześcijaństwa czyli poście, jałmużnie i modlitwie. Dosadnie, ciekawie i twardo. 

A na koniec taka refleksja. Słuchałam wspomnianych audiobooków już ze trzy razy i myślę, że muszę to zrobić jeszcze kilka, by o nich Wam opowiedzieć, ale naprawdę warto się zapoznać z przedstawionymi tu tekstami. 

A co Wy zaproponowalibyście na półmetku adwentu?

sobota, 9 grudnia 2017

Coraz bliżej święta, czyli co wartościowego warto kupić na prezent :)




Święta zbliżają się wielkimi krokami. Mikołajki za nami. Trochę pomysłów na pewno już się wyczerpało, więc polecam małe co nieco, które nie powinno zawieść nawet najbardziej wymagających czytelników. 

1. Literatura polska z najwyższej półki. 


Tu dwie propozycje. 

"Krwawe morze" Marii Paszyńskiej czyli powiew orientu, z pięknym językiem, mądrym przesłaniem i dopieszczonymi szczegółami. Lektura do rozgrzania się w chłodne dni, nie tylko intrygami, ale pierwszą porywającą miłością :) 

"Rdza" Jakuba Małeckiego jako powieść dla lubiących nieszablonowe fabuły, literacki język z wysokiej półki i niepowtarzalny klimat. Powieść o obserwowaniu świata oczami dziecka i staruszki, o odchodzeniu i dojrzewaniu do życia. 

Śmiało polecam również inne książki wspomnianych autorów, ponieważ nie zawiedziecie się, to Literatura z najwyższej półki w najlepszym wydaniu :)

2. Literatura zagraniczna



Graham Moore "Ostatnie dni mroku. Spór, który zelektryzował świat" czyli geniusze, wyścig o patenty i elektryfikację Ameryki i porywająca akcja. Książka, która nie pozwoli wam się oderwać od lektury.

Amor Towles "Dżentelmen w Moskwie" - powieść o budowaniu dobrego świata nawet w najcięższych okolicznościach, świetle, które tkwi w człowieku a wszystko to na tle Rosji, kraju kontrastów i niezapomnianych artystów.



Dmitry Glukhovsky "Tekst". Historia ciemna, duszna, przygnębiająca, a jednocześnie szalenie wciągająca i nieraz prawdziwsza niż rzeczywistość, w której żyjemy. Rzecz o tym, ile jest nas samych w urządzeniach i o życiu krzywdą bliźniego. 

3. Literatura faktu



Marta i Adam Biernat "Rekin i baran". Pozycja obowiązkowa dla miłośników Islandii. Rzecz o urzekającej i fascynującej wielu wyspie i jej tajemnicach. Klimatyczna, pięknie wydana ze świetnymi fotografiami. 

Jonathan Green "Morderstwo w Himalajach". Góry to nie tylko kolejne szczyty do zdobycia, to również ludzie, których spotykamy. Często dobre i pełne radości wspomnienia, ale również ciężkie doświadczenia i tragiczne sytuacje. A pomiędzy tym walka o wolność na tle malowniczych szczytów. 

4. Literatura religijna



S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka "Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego". Genialna książka do przemyślenia. Krótka, treściwa i szalenie mądra rozmowa o tym, czym są filary chrześcijaństwa i jak pomagać. 

Abp Grzegorz Ryś "Moc wiary" czyli 111 krótkich rozważań, które trafiają do serca, każą zatrzymać się i zastanowić nad sobą, wiarą, zbawieniem. Jak zawsze świetny język i poruszające refleksje. 



"Boże Narodzenie z s. Anastazją i s. Salomeą. Tradycyjne zwyczaje, świąteczne przepisy". Pełna ciekawych receptur dla tych umiejących lepiej i gorzej gotować pozycja ze świetnymi zdjęciami i oznaczonym poziomem trudności wykonania dania. Idealna dla każdego, kto lubi kucharzyć :). 

Tomasz Gaj Op, Magdalena Pajkowska "Sankofa. Nie zmarnuj życia". Książka, która trafiła do mnie, dlatego, że po prostu poszłam na Mszę, a zarazem jedna z najważniejszych, jakie czytałam. Interesująca rozmowa o tym, co w życiu najważniejsze, a właściwie o tym, jak żyć. Obowiązkowa dla dorastającej młodzieży i dorosłych, bo nieraz nie widzimy, ile jeszcze trzeba zmienić w życiu. 

5. Kalendarze i plannery



"Bullet Book. Bądź pięknie zorganizowana". Mały planner pełen rysunków, które można śmiało pokolorować ;) odstresowując się. Miesięczne plany, strony z wdzięcznością, zadaniami. Dobre narzędzie do spędzenia roku kreatywnie i z głową.

Adrian Wawrzyczek "Ogarniacz. Opanuj swoją codzienność". Świetny jest już sam tytuł :). "Ogarniacz" to planner z duszą. Zorganizowany wokół 12 tematów ważnych w życiu. Posiada sporo miejsca na notatki, miesięczny plan, tracker nawyków. Na kartach znajdziecie miernik samopoczucia, ćwiczenia na odprężenie, kontrolowanie ilości wypitej wody, świetne cytaty do przemyślenia oraz naukę wdzięczności za codzienne zdarzenia. Idealny do planowania życia i rozwoju duchowego

"Bóg w wielkim mieście 2018". Pięknie wydany, różowy, cienki i co najlepsze mieszczący się w damskiej torebce  ;) kalendarz. A w środku miejsce na planowanie spotkań, notatki, inspirujące cytaty i krótkie wprowadzenia w pory roku.

Bonus, czyli książki, których obecnie nie mam przy sobie ;)

Magdalena Tulli, Justyna Dąbrowska "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską", Robert Seethaler "Całe życie", Charles Martin "Pomiędzy nami góry". 

Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie i swoich bliskich :). 




czwartek, 7 grudnia 2017

Do roboty! - S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka "Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego"

z cyklu Książki z duszą



"(...) kiedy dajesz jałmużnę, spójrz na człowieka, któremu dajesz, jak na brata, a nie jak na intruza. Jan Paweł II też o tym mówił. Jeśli traktujemy ubogich jako natrętów, którzy nam przeszkadzają w życiu, i żeby zamknąć im gębę, wrzucamy im kilka złotych, to nie jest jałmużna. Musimy spojrzeć na drugiego człowieka jak na brata, w którym cierpi Chrystus. To jedno spojrzenie może przemienić nas, a czasem może również przemienić tego drugiego człowieka. Nawet jeśli on jest agresywny, wulgarny, podpity i zaczepia nas na ulicy, to nie jest menel, to nie jest śmieć, to nie jest karaluch. To jest człowiek, mój brat, w którym cierpi Chrystus. Bóg stworzył go do miłości, do godnego życia. I Bóg cierpi, że on nie żyje w tej chwili pełnią życia." - s. 94

Czytasz tę książkę na własną odpowiedzialność. To nie jest zwykła lektura, którą połyka się w kilka wieczorów, odkłada i wraca do swojego mniej czy bardziej wygodnego życia. To naprawdę mocny i inteligentny głos w dyskusji o tym, czy pomagać i jak pomagać, a może lepiej byłoby napisać, jak być prawdziwym chrześcijaninem. 

Książka w dużej mierze skupia się na trzech filarach życia wierzących, jakimi są modlitwa, post i jałmużna. Siostra Małgorzata Chmielewska opowiada szczerze i otwarcie o tym, że bez rozmowy z Bogiem wiara nie istnieje. I nie chodzi tu o pokorne odklepywanie formułek, ale o prawdziwą relację z Osobowym Bogiem, Który mnie kocha. Żadna więź nie przetrwa, jeśli nie jest pielęgnowana, podobnie jest z wiarą. Trzeba znaleźć czas, by porozmawiać i wcale nie musi to być wielomówstwo, właściwie nie powinno być. Kochać to usiąść przed Najświętszym Sakramentem i pozwolić sobie trwać we wpatrywaniu się w siebie nawzajem. Jak słusznie zauważa zakonnica, pierwsze pół godziny to próba uspokojenia się, pozwolenie na to, by w końcu przeminął we mnie natłok myśli i doznań. Dopiero potem można zacząć się wsłuchiwać. Co mnie zafascynowało to fakt, że czasem wystarczy kilka słów, albo gest, bo modlitwą może być całe życie, jeśli jest tylko przepełnione miłością. A jednak adoracja jest bardzo potrzebna, jak i różaniec, który choć wielu wydaje się nudny, uczy skupienia, wycisza, daje siłę. Można modlić się swoimi słowami, prosić nawet o więcej niż marzymy, bo przecież Bóg jest hojny, nie odmawia. Ale mieć też świadomość, że moja logika nie jest Bożą, więc nie zawsze dostanę to, co wydaje mi się potrzebne. I warto mieć, jak wspomina bohaterka rozmowy obrazy, figury, to ułatwia człowiekowi modlitwę, jest przypomnieniem w dzisiejszym świecie, że jest coś ważniejszego niż codzienne harowanie na nowe dobra. 

Post i tu coś, czego się nie spodziewałam. Otóż nie mówienie o umartwieniu, co o uporządkowaniu siebie, przywróceniu odpowiedniej hierarchii wartości w życiu, w końcu praktyka pozwalająca pozostać wolnym w świecie rzeczy. Nie jakieś dodawanie intencji do diety, bo schudnę a przy okazji jeszcze coś dobrego zrobię. To nie jest post. To nawet nie ryba w piątek. To ofiara z tego, z czego nie muszę rezygnować, a co zabiera mi wolność, staje się niebezpiecznie ważne, zawłaszcza jakąś część tego, co powinno należeć do Boga, co mnie usidla. Rezygnacja z facebooka, z ulubionego zajęcia, odmówienie sobie czegoś, co nie jest mi konieczne, to właśnie post. Ale warto pamiętać o tym, że nie może on powodować frustracji, bo zatraci się wówczas jego ideę. Owszem nie będzie początkowo łatwo, ale warto, by poczuć się sobą, nieskrępowanym żadnymi dobrami, zachciankami, nadmiarem. W końcu jałmużna i tu zaczynają się schody, bo temat traktowany jest bez ogródek. To nie wrzucenie na odczepne kilku złotych, ale dzielenie się tym, co mam. Nie tym, co mi zbywa, bo czasami trzeba oddać więcej, ryzykując, że może samemu zabraknąć. To nie bezmyślna rozrzutność, ale świadomość tego, że pomaganie zaczyna się od podstaw, bo jak mówić głodnemu o ideałach, zmianie życia, gdy burczy mu w brzuchu? Zobacz w drugim człowieku swojego brata i samego Boga, mówi siostra Chmielewska. Nie bój się, że ktoś cię naciągnie, czasem tak jest, ale też nie działaj głupio. Trzeba odróżnić wspieranie niezaradności od realnej i mądrej pomocy. Jałmużna to spłacanie pewnego długu, wyrównywanie szans, budowanie jedności na świecie. Nie ma od niej zwolnienia. To, że dane mi było urodzić się w miejscu, w którym miałam lepszy start niż inni obliguje mnie do tego, by tym z gorszym początkiem pomóc. Tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że zaraz podniosą się głosy, że dlaczego mam dawać to, co sam z trudem zdobywam, bo inni są mniej zaradni czy wręcz niezaradni. Są. Taka prawda. Świat stał się krwiożerczym miejscem, a w tym zahukaniu dobrami materialnymi, pogonią za bogactwem i dostatkiem obowiązkiem chrześcijanina jest pomagać. Tworzyć wspólnotę, w której brat troszczy się o brata, a nie tylko o siebie i swoją rodzinę. Trudna do przyjęcia prawda. 

Budowanie wspólnoty to wyjście poza siebie. Przełamanie lęków, oporów, niechęci. To nie sielanka, ale praca, głównie nad sobą. Dostrzeganie człowieka, który jest obok. Słuchanie, próba zrozumienia, bycie wytrwałym, nawet jeśli to, co robię nie przynosi efektów, bo jak udowadnia Siostra Małgorzata, czasami owoce przychodzą po latach i nie jest dane nam ich oglądać. Bądź jak drzewo, wyznaje, miej głowę w niebie, korzenie w ziemi. Pozwalaj kształtować się Bogu i nie bój otwarcia na bliźnich. Przewartościuj swój świat. Miej nadzieję i dawaj ją innym. Czyń dobrze. Nie bój się, że ktoś weźmie cię za frajera, bo świat myśli inaczej niż Bóg a Jezusowy Vip to nie ten, który wyciąga nogi i czeka na sługi, ale ten kto zakasa rękawy i bierze się do roboty. 

"Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego" to powiedziałabym pozycja rewolucyjna. Nie ogłasza niczego nowego, jedynie porządkuje to, co zdało się zatracić w dzisiejszej zwariowanej rzeczywistości. To rozmowa o tym, jak żyć, jak nie stać się niewolnikiem pracy, majątku, zdobyczy techniki. Poradnik o stawaniu się człowiekiem przez duże "C". Rozróżnianiu dobra od zła, mądrym pomaganiu, nierozmienianiu się na drobne, ale dawaniu siebie w wielorakim aspekcie. Siostra Chmielewska nie boi się mocnych słów. Prosto i dosadnie mówi, masz pomagać! To nie twój dobry gest, ale obowiązek! Rozmowa z Błażejem Strzelczykiem i Piotrem Żyłką to przewartościowanie tego, co na co dzień słyszy się w mediach, co próbuje nam wpoić nowoczesny lifestyle. Jest wezwaniem do chrześcijańskiego życia w sposób, w jaki funkcjonowało ono od początku, inteligentnie, czule i opiekuńczo. To walka z marginalizacją coraz większych części społeczeństwa, nauka dostrzegania człowieka w kimś, kto stoi naprzeciw. Mądra, niezwykle wartościowa, mobilizująca, do tego, by przemyśleć, wziąć sobie te słowa do serca i iść czynić dobrze. Świetnie napisana, klarowna, do powolnego czytania, by wyłuskać z niej jak najwięcej i do wielokrotnego powracania, bo o najważniejszym trzeba stale przypominać. Jedna z najważniejszych pozycji w mojej biblioteczce. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

S. Małgorzata Chmielewska, Błażej Strzelczyk, Piotr Żyłka, Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego, wyd. WAM, Kraków 2017. 

wtorek, 5 grudnia 2017

Gniew Natury - Melissa Darwood "Luonto"



"To jest ostrzeżenie. Natura nie daje sobie z wami rady. Jesteście za ekspansywni, za chciwi i nienasyceni. Udajecie, że dostrzegacie problem, że robicie coś, by naprawić całe zło, które wyrządzacie. Ogłaszacie akcje typu dzień bez samochodu - prychnął. - Jeden dzień? Serio? Uspokajacie swoje sumienia działaniami, które nie są nawet ułamkiem jednego procenta tego, co powinniście zrobić, by życie na Ziemi przetrwało." - s. 29

Swego czasu o "Luonto" mówiło tak wiele osób, że nie sposób było nie wiedzieć o istnieniu tej książki. Co jednak charakterystyczne wszyscy bardzo oszczędnie opisywali fabułę i niezmiennie podkreślali, że w pewnym momencie było wielkie pufff! Nie wiem, czy twist fabularny to dobre określenie, bo emocje recenzentów był naprawdę duże. Zacznijmy jednak od początku.

Spragniona uwagi rodziców i uczuć nastolatka imieniem Chloris zostaje wyekspediowana do ciotki, która mieszka poza miastem, czyli patrząc na to oczami młodzieży, zesłana poza granice cywilizacji, bez dostępu do internetu i z ograniczonym zasięgiem komórkowym. Nagle jednak dochodzi do bardzo dziwnego zdarzenia, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że jesteśmy w Polsce. Pod nogami dziewczyny zaczyna trząść się ziemia, a następnie po prostu się rozstępuje. Kadr jak z katastroficznego filmu, w którym bohaterka kurczowo trzyma się ziemi, urywa się wraz z pojawieniem chłopaka, pragnącego jej pomóc. Akcja ratunkowa nie jest jednak łatwa ponieważ nastolatka jest uparta, przerażona i żeby tego było mało ma astmę. W końcu jednak młodzieniec odpuszcza i pozwala Chloris opaść w czeluście ziemi. Gdy siedemnastolatka myśli, że to koniec i za chwilę zderzy się z ziemią na zawsze żegnając z życiem, łapie ją olbrzymi ptak. To jednak dopiero początek dziwnych wydarzeń. Orzeł przeradza się bowiem z powrotem w chłopaka a następnie zabiera ją do swojego świata.

Luonto, ponieważ tak nazywa się zamieszkiwana przez homanile (pół ludzi pół zwierzęta) kraina to całkowite zaprzeczenie świata, który zna Chloris. Wszyscy żyją tu w idealnej harmonii ze zwierzętami i przyrodą. Nie ma nowoczesnych zdobyczy techniki, nie zabija się dla sportu, nie marnotrawi darów natury. Mieszkańcy ciężko pracują, wszystko wytarzają sami, nie są chciwi i wydają się szczęśliwi w pięknym i nieskażonym świecie. Każdy z nich odgórnie dobierany jest w parę z kimś ze swojego gatunku, tak by ten nie uległ wymarciu. To pierwsza skaza w tym idealnym miejscu. Mimo niemal sielankowej atmosfery i prostych oraz wyczerpujących zajęć, ogromnej bliskości z naturą, którą można poczuć całym sobą Chloris zauważa, że o sprawach najważniejszych decyduje zgromadzenie, które pozbawia członków wspólnoty prawa do miłości. Pojawiają się pierwsze pytania, jednak najważniejsze z nich brzmi, dlaczego się tu znalazła i jaką rolę przyjdzie jej odegrać. Jej wybawiciel Gratus utrzymuje bowiem, że sama Matka Natura kazała mu ją ocalić, mimo iż szykuje na Ziemi apokalipsę. Co może zrobić zbuntowana, myśląca jedynie o sobie, zagubiona i chora nastolatka? Czy Ziemi uda się ocaleć?

Najpierw pomyślałam sobie zwykła młodzieżówka. Ok, mamy całkiem zaniedbaną, łaknącą uczucia i uwagi nastolatkę, której rodzice pogrążyli się w pracy i którą traktują jak zbędny ciężar. Ta zatem stara się wszelkimi sposobami zwrócić ich uwagę. Pojawiają się przygodny seks, pozbawione sensu związki, alkohol, narkotyki, problemy ze szkołą i z prawem. To jednak tylko zaognia sytuację i nie zmienia położenia Chloris. Z drugiej strony jest Gratus, dwudziestolatek, który potrafi przemienić się w orła. Chłopak z przeszłością. Czuły, troskliwy, pełen gniewu wobec tego, co robią ludzie i buntu wobec wielu praw panujących w Luonto. Jak można się domyślić tę dwójkę połączy uczucie. Mamy zatem młodzieńczy romans osadzony w fantastycznym świecie i jest całkiem przyjemnie, choć jednak dobranie do tego polskiej rzeczywistości, gdzieś mi zgrzyta (ale może mamy ten kompleks, który każe nam wierzyć, że wszelkie nieszablonowe pomysły powinny być osadzone w realiach zagranicznych). Czemu piszę o nieszablonowości? Bo nagle faktycznie dzieje się wielki wybuch (nie w sensie dosłownym). Bohaterka zmaga się z decyzją o opuszczeniu lub pozostaniu w Luonto, do tego dochodzą problemy z ukochanym. Poznaje jego świat coraz lepiej. Zaczyna też rozumieć, jak dewastujący wpływ na naturę ma człowiek i za to wielki plus dla autorki. Problemy ekologiczne zawarte w młodzieżówce, uwrażliwiające na to, co robimy i jak sami siebie niszczymy, to naprawdę dobry pomysł, bo książkę czyta się dobrze, a te treści pozostają w czytelniku i domagają się rozważenia. Dochodzi jednak do pewnego zdarzenia, po którym człowiek zostaje z sieczką w głowie i jednym wielkim CO??? Nagle szablonowa fabuła urywa się. Przyzwyczajony do schematów czytelnik zbiera szczękę z podłogi, jego oczy stają się wielkie jak spodki, a przez głowę przelatuje milion myśli. Nie tego spodziewał się po rozwoju akcji. 

Właśnie to zaskoczenie sprawia, że "Luonto" warto przeczytać. Bo ze znanej kliszy fabularnej nagle przeistacza się w całkiem zaskakującą książkę, może w pewnym sensie nawet w petardę. Wytrąca czytelnika z bezpiecznej pozycji, sieje zamęt, zdumiewa. O samym zakończeniu nie mogę nic napisać, ale mnie zaskoczyło. Nie sądziłam, że autorka tak zamknie tę historię. Bohaterowie są dość wyraziści, ale nie można o nich zbyt wiele powiedzieć. To młodzi ludzie z trudną przeszłością, problemami, pozbawieni miłości i czułości, zbuntowani. Osoby, które lgną do lepszego świata, choć wcześniej muszą wyładować całą swoją agresję. W głębi duszy zagubieni, samotni, spragnieni uwagi i uczucia. Nie poznajemy ich jednak zbyt dobrze. Autorka skupia się raczej na wydarzeniach i zarysowaniu tego, co doprowadziło ich do tego, kim są. Dzięki temu pozwala młodym czytelnikom samym formułować najważniejsze wnioski. I akurat w tym wypadku wydaje mi się to dobrym pomysłem. Nie można w końcu wszystkiego dopowiadać. Literatura młodzieżowa powinna też uczyć myślenia, nie tylko być rozrywką. 

"Luonto" to ciekawa książka, która udowadnia, że nawet ze schematu można zrobić coś naprawdę porywającego. Wciągająca, niebanalna, z przesłaniem. Pomysłowo ukazująca ważne treści, pisana młodzieżowym językiem, kontrastująca ze sobą dwa całkiem różne światy. Melissa Darwood pozostawia czytelnika w osłupieniu, które mimo wszystko zmusza do wyciągnięcia wniosków z lektury. Do przeczytania w jesienny wieczór przy herbacie i ciepłym kocu. Udowadnia, że nie tylko zagranicznych autorów stać na oryginalne fabuły i zaskakujące zwroty akcji i całkiem zgrabne młodzieżówki. 

Melissa Darwood, Luonto, wyd. Filia, Poznań 2017.


czwartek, 30 listopada 2017

Opowieść Nowicjuszki - Maria Turtschaninoff "Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru"




"Zauważyłam, że futryna jest poczerniała od starości, błyszczała tylko powierzchnia samych drzwi. Dostrzegłam klamkę w kształcie węża o onyksowych oczach. Drzwi był mi aż nadto znajome. Nie chciałam ich widzieć, nie chciałam wiedzieć, że tutaj są, lecz moje oczy odmawiały współpracy i patrzyły, moje nogi mnie nie słuchały. Powiało przez szparę pod drzwiami, poczułam to na moich łydkach. Cierpki oddech Haggi. Połączył się z metaliczną wonią krwi na mojej skórze. Zapach śmierci, który nie opuszczał mnie przez wiele lat od czasu zimy głodu. Po tym, jak Hagga zabrała Anner." - s. 114

Wyobraźcie sobie świat, w którym istnieje tylko jedno miejsce, gdzie kobiety mogą się kształcić i być wolne. Każdy skrawek ziemi poza tajemniczą wyspą Menos to rzeczywistość niewolnicza. Rolą kobiety jest prowadzić dom, być uległą, niepiśmienną, całkiem podporządkowaną mężczyznom. To nie jest świat, w jakim którakolwiek dziewczynka chciałaby dorastać. Kobiety jednak podczas nieobecności mężczyzn szepczą lub śpiewają o Czerwonym Klasztorze, prawdziwym raju dla kobiet. Droga do niego jest jednak nieraz usiana niebezpieczeństwami. 

Do tego niezwykłego miejsca trafiają dziewczęta, które mają być wydane za mąż, by w ten sposób podnieść swoją wartość, dzięki edukacji, te których nie są w stanie wyżywić rodziny, panny z domów, gdzie rodzice pragną, by ich dzieci się kształciły lub uciekinierki marzące o wolności i lepszym świecie. Ile osób, tyle różnych motywacji. Nie wszystkie wracają do swoich domów, część z nowicjuszek zostaje w Czerwonym Klasztorze i pędzi życie Sióstr przekazując kolejnym pokoleniom dziewcząt wiedzę o historii, tajemnicach Pramatki, ziołolecznictwie i innych ważnych dziedzinach. Robią to, by uczynić świat lepszym miejscem, by ich wychowanki wracając w rodzinne strony, mogły nieść kaganek oświaty innym. Wyspa Menos to miejsce jedynie dla kobiet. Mężczyźni nie mogą schodzić na ląd, nie są intruzami, ale uświęcona przez pierwsze Siostry ziemia to oaza dla niewiast, która ma dawać im poczucie bezpieczeństwa. W starych pismach zawarte są legendy o magicznej mocy, jaka chroni mieszkanki przez intruzami i niebezpieczeństwami. Spokojne życie zostaje pewnego dnia zakłócone przez przybycie kolejnej dziewczyny. Jai jest inna, zalękniona, małomówna, zamknięta w sobie. Jakie tajemnice skrywa nowa mieszkanka Czerwonego Klasztoru? Czy koszmary, które miewa okażą się prawdziwe a do Menos zbliża się niebezpieczeństwo?

Tytułowa bohaterka i zarazem narratorka powieści to jedna z najstarszych nowicjuszek na wyspie. Mimo długiego pobytu nie została jeszcze przydzielona do żadnej z sióstr. Maresi to szczera, prostolinijna, lubiąca jedzenie i kochająca wiedzę dziewczyna. W toku powieści obserwujemy jak dojrzewa, zmienia się z podlotka, który nie znał języka i lizał drzwi w młodą kobietę, która mimo lęku podejmuje naprawdę trudną decyzję. Bohaterka ma sekret. Czasami widzi drzwi bogini Haggi, od której stara się uciec. Czy jej się to uda? Czy śmierć podąża za nią, gdziekolwiek by się nie udała? Jej przeciwnością jest Jai. Nie zaznała ona tyle szczęścia co przyjaciółka. Na ciepło i troskę mogła liczyć tylko od siostry i matki. Ojciec kojarzył się jej jedynie z karami, bólem, rygorem, niestabilnością psychiczną i strachem. Dziewczyna wiele przeszła i są rzeczy, których nie chce pamiętać, choć nawiedzają ją w koszmarach. To przeciwieństwo pogodnej, otwartej Maresi, aczkolwiek obie dziewczynki łączy zamiłowanie do ksiąg. O pozostałych bohaterkach nie wiadomo zbyt wiele, narratorka portretuje je dość oszczędnie zachowując nimb tajemnicy, jaka unosi się nad wyspą i jej mieszkankami. Postaci zostają zarysowane delikatnie i intrygująco, tak by wzbudzić ciekawość, ale nie zdradzić za wiele. 

"Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru" to specyficzna opowieść. Gdy ją czytałam od razu skojarzyła mi się z "Opowieścią podręcznej", podświadomie przez czerwony kolor, świadomie ponieważ klasztor stanowi jedyną oazę, jaką bohaterki powieści Margaret Atwood mogłyby mieć w świecie zdominowanym przez mężczyzn i im podporządkowanym. A jednak w książce Marii Turtschaninoff jest więcej swobody, bo przecież można dostać się na wyspę całkiem legalnie, bez ucieczki, jeśli tylko zezwalają na to rodzice lub skłania do tego sytuacja. Mieszkanki nie są niewolnicami, każda może opuścić klasztor kiedy tylko zechce. Nowicjuszki i siostry tworzą żeńską wspólnotę, która uczy troszczyć się o drugiego człowieka, pozwala na zdobycie przydatnej w życiu wiedzy i rozwijanie swoich talentów. Jeśli dodać do tego swoistą magię miejsca, wyłania się nieco oniryczny, nawet sielankowy świat, który nie jest jednak wolny od zagrożeń, co doskonale ujawnia się na kartach. Książka napisana jest przystępnie i prosto. Styl dostosowany jest do narratorki, która przecież jest nastoletnią dziewczyną, zatem nie brakuje tu zachwytu nad światem, zdziwienia i nieraz dość zabawnych, może dziecięcych spostrzeżeń. Czytelnik jednak obserwuje jak zmienia się bohaterka, jak dojrzewa, przyjmuje kolejne lekcje życia. Świat stworzony jest ciekawy, czuć w nim powiew świeżości. Pomysł na fabułę przypadł mi do gustu, choć pewnie ze względu na mój wiek nie jestem aż tak zachwycona jak wielu recenzentów. "Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru" to dobra powieść, emanująca licznymi emocjami, ale nieprzesadnie. Dla mnie jest bardziej stonowana, podobnie jak bohaterka, typowa intelektualistka, choć o gołębim sercu. To historia nostalgiczna, może nieco moja, właśnie przez tytułową nowicjuszkę i jej zamiłowania. Co mi się podoba, nie ma tu przesadnej przemocy, a całość nastawiona jest na refleksję nad tym, że świat należy czynić lepszym miejscem, że jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. Czasem trzeba podjąć, choćby najtrudniejszą decyzję, zaryzykować, wyjść ze sfery komfortu, by szukać lepszego, rozwijać się, czynić dobro. Za to przesłanie i oryginalny świat "Maresi" ma u mnie wielki plus, bo dla mnie to nie powieść przygodowa, delikatna odmiana dystopii czy młodzieżówki. To powieść o tym, że "Człowiek człowiekowi bliźnim/ Z bliźnim się możesz zabliźnić" jak pisał Edward Stachura. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuje wydawnictwu Debit/ Młody Book

Maria Turtschaninoff, Maresi. Kroniki Czerwonego Klasztoru, przeł. Patrycja Włóczyk, wyd. Młody Book, Katowice 2017.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Trzeźwo o świecie - Szymon Hołownia "Instrukcja obsługi solniczki"

z cyklu Książki z duszą


"Odcinać się od współczesnej rzeczywistości, być raczej solą o wyrazistym smaku. Kocham, uwielbiam wręcz tę wizję: Kościół jako wielka, dumna solniczka. Oto stoi na upaćkanym stole, ludzie przy nim gadają, memłają, tańczą, robią akrobacje i balety. Solniczka jest ponad to. Zna swoją wartość i oni też ją znają. Ale boją się jej, bo lubi podnosić raban. Że gdzie z solą do mięsa czy zupy, przecież ona się w nich rozpuści! A musi zachować słoność niepokalaną aż po życie wieczne! Owszem, gdyby ktoś chciał - solniczka ma ofertę: śmiało, zapraszamy, ludzie - jedzcie sól! Sól sama w sobie jest wszak tak cudownie wyrazista, po co brukać ją jakimś łososiem z grilla albo ziemniaczkami?" - s. 102-103

Felietony są dobre z kilku prostych powodów. Po pierwsze można je sobie poczytać przy porannej kawie, ponieważ nie są za długie. Po drugie uczą zwięzłego wyrażania swoich myśli, a zatem nie uskuteczniają wodolejstwa. Po trzecie jeśli felietonista jest dobry aż miło czyta się inteligentne teksty, które warte są przemyślenia. 

Szymon Hołownia pisze o wielu ważnych tematach. Wspomina o Ekumenizmie, który nadal straszy niektórych, jakby był jakimś wyrzeczeniem się wiary, upiorem czy czymś złym. Uwypukla podziały, które przecież nie powinny mieć znaczenia, bo Bóg jest jeden i wszyscy jesteśmy przecież braćmi w wierze. Pisze o tym, że papież Franciszek jest często krytykowany, bo bardziej patrzy na człowieka i kieruje się miłością do niego niż przywiązuje się do przepisów. Pokazuje rozdwojenie świata, gdzie społeczeństwa europejskie i amerykańskie posiadają tak wiele, że trzeba budzić w nich wrażliwość, którą zatraciły gdzieś po drodze do sukcesu. Akcja, w której bogaci wychodzą na ulice, by pomagać to dobry pomysł, ale przykre jest to, że tak mało w nas troski i czułości, że musimy uczyć się wszystkiego od podstaw. Że tak mocno zamykamy się w sobie i boimy oszustów, że często przestajemy pomagać, dzielić się tym, co podarował nam w swej hojności Bóg. A jednocześnie autor zwraca uwagę na prosty fakt, kreatywność, z którą Afrykańczycy potrafią zrobić coś z niczego, podczas gdy my umieramy z nudy i brak nam weny. Ich radość, która tak mocno kontrastuje z naszym narodowym sportem, jakim jest narzekanie, to następna konstatacja. Dużo tu mowy o różnego rodzaju podziałach, czy to na bogatych i biednych, czy na katolików i prawosławnych, lepszych i gorszych. Zdumiał mnie felieton o osiedlu "Dudziarska", które jest ogromnym niezrozumieniem problemów społecznych. Miejscem będącym gettem, które jedynie pogłębia fatalną sytuację mieszkańców, zamiast starać się ciągnąć ich w górę. Bezduszność wypływająca z bezradności i braku pomysłów jest naprawdę zatrważająca. Co jednak niepokoi to również epizodyczne działania, które kończą się samozadowoleniem organizatorów, a nie zmieniają naprawdę niczego. 

Nie brak tu również współczesnych gorących tematów, które poruszały społeczeństwo przez dłuższy czas. Kwestia nie tyle przyznawania się celebrytów do wiary, co wynoszenia ich na świecznik z tego powodu, niejako reklamowania Pana Boga przez człowieka. Jesteśmy w dziwnym miejscu, co zdaje się potwierdzać Szymon Hołownia, pytając co będzie, gdy znani i lubiani przeminą? Bóg razem z nimi stanie się Kimś, kto przejdzie do historii w życiu obecnie zafascynowanych znanymi i lubianymi? Nie na tym ma opierać się wiara. Na kartach "Instrukcji obsługi solniczki" mowa o akcji "przekażmy sobie znak pokoju", która wywołała nie tyle gorącą dyskusję, co niemal wojnę, bo obie strony barykady uparcie trwają przy swoich wnioskach, zapominając jak pisze dziennikarz, że uznanie w drugiej osobie brata, człowieka, nie oznacza zgody na jego poglądy. Podejście do kogoś z szacunkiem i życzliwością nie jest równoznaczne z usprawiedliwianiem go. Podobne reakcje wywołała ustawa antyaborcyjna, w której nie tyle przerzucano się argumentami, co manipulowano faktami, oceniano wszystko na tyle surowo, że zapomniano niemal o człowieku. Restrykcje, które proponowano doprowadziłyby do chorej wręcz sytuacji, w której i lekarze i matka czuliby się zaszczuci. Polska to jednak nie tylko kraj konfliktów, ale gorących serc, które są skore do pomocy, bo jak niewielu umiemy w szybkim czasie zorganizować zryw i załatwić niemal wszystko. Brakuje nam jednak systematyczności, pisze dziennikarz. Umiejętności udzielania pomocy nie doraźnej, ale długofalowej, jak choćby ta która prowadzona jest przez jego fundacje. A pomagać warto, bo to nie tylko dobry uczynek, ale sposób na rozwój. Trudno w tym kontekście pominąć Jurka Owsiaka, któremu od dłuższego czasu wylewa się na głowę pomyje, a który robi naprawdę wiele dobrego (proponuję również zapoznać się z tym, co w kontekście WOŚP-u mówił ks. Kaczkowski). Autor pisze o niezwykłych wynalazkach, kreatywnych jednostkach, które wydaje się, mają nieograniczoną wyobraźnię, pożytkowaną w niezwykle dobrym celu. Naucz się w drugim człowieku dostrzegać bliźniego, podchodzić do niego z szacunkiem, życzliwością, to przede wszystkim przesłanie tej publikacji, mądre, którego musimy się stale uczyć od nowa. 

Książka Szymona Hołowni jest zbiorem felietonów, które ukazywały się na łamach "Tygodnika Powszechnego". To zapis obserwacji, refleksji, trzeźwego myślenia nad zjawiskami społecznymi, wiarą, człowieczeństwem. Świetnie pisane teksty, nierzadko z lekką nutką ironii, co ogromnie lubię u autora, celnymi spostrzeżeniami, nieprzegadane, stawiające ważne pytania, pozwalają przystanąć i zastanowić się nad sobą i otaczającą nas rzeczywistością. "Instrukcja obsługi solniczki" skłania do wyrobienia sobie własnego zdania poprzez zgłębianie zawartych na jej kartach tematów. Rzuca światło na ważkie problemy i otwiera na drugiego człowieka. W końcu mówi, Kościół to nie dumna solniczka, której wszyscy mają się podporządkować, która alienuje się od brudnego świata, to wspólnota, która wychodzi do ubogich, pogubionych i otwiera się na nich. Otwarta na zranienia, pobrudzenie sobie rąk, bo w drodze do drugiego człowieka trzeba zakasać rękawy i być gotowym na wiele. Idealna do lektury przy kawie i codziennego przemyślenia jednego tematu. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Przeczytaj fragment TU

Szymon Hołownia, Instrukcja obsługi solniczki, wyd. WAM, Kraków 2017. 

środa, 22 listopada 2017

Samotność pachnąca pomarańczą - Ann Patchett "Dziedzictwo"




"Wszystkie historie odchodzą razem z tobą - pomyślała Franny, zamykając oczy. - Wszystko, czego nie słuchałam, nie zapamiętałam, nie zrozumiałam, wszystko, co mnie ominęło. Wszystkie drogi do Torrance". - s. 286

Z "Dziedzictwem" chodziłam w głowie naprawdę długo. Samo czytanie zajęło mi sporo czasu, bo książka, choć napisana naprawdę dobrze nie należy do gatunku tych, które pochłania się łapczywie w kilka wieczorów. Nie, z nią obchodzi się jak z klasykami. Czyta się powoli, dokładnie, mając wrażenie, że mimo uważnej lektury i tak coś może umknąć. 

Przyjęcie z okazji chrzcin, dużo ludzi, alkohol, upał, pomarańcze. Ukradkowe spojrzenia, wzajemna fascynacja, poddanie się żywiołowi. Nie do końca wiadomo, co zachodzi w ten uroczysty wieczór, a jednak jego finałem jest zdarzenie, które sprawia, że dochodzi do rozbicia rodzin. Jeden pocałunek i decyzje, których nie da się już później odwrócić. Następne wydarzenia to karuzela niechęci wobec siebie, planów co do przyszłości dzieci, obcości, niezrozumienia, pretensji. Wakacji podczas których dochodzi do tragedii, starań o lepszą przyszłość, w końcu dorosłego życia, w którym okazuje się, że nie wszystko wyszło tak jak powinno. Rzeczywistości chropowatej, trudnej, odległej od dziecięcych złudzeń. Pełnej przypadkowych wyborów, stawania przed faktem dokonanym, żegnania się z młodzieńczą naiwnością. Szarzyzna życia, radzenie sobie z obowiązkami, dziwne dzieje osób, które z bliskich stają się sobie niemal obce. Rodzina Keatingów oraz Cousinsów przeżyją istne trzęsienie ziemi, po którym trzeba zbudować świat na nowo, poukładać wszystko na właściwym miejscu, w którym dorośli radzą sobie całkiem nieźle, dzieci zaś trwają w zawieszeniu między jednym domem a drugim. Bunt, złość, niezrozumienie, gniew. A potem rekonstrukcja tych wszystkich lat, które upłynęły, zdarzeń które miały miejsce, wątpliwości czy można było uniknąć błędów. 

Na plan pierwszy wysuwa się Franny, która dryfuje całkiem innym torem niż chciała. Rzucone studia, problem ze spłaceniem kredytu, osobliwa relacja z przyjacielem. Wszystko to kończy się, gdy poznaje Leo Posena, pisarza, który jest dla niej kimś wyjątkowym. Jak dla mnie bardziej wydaje się zakochana w nim jako w osobie tworzącej wspaniałe dzieła niż w prawdziwym człowieku, ale różne bywają dzieje miłości i jej początki. Brakuje jej uczucia, poczucia bezpieczeństwa, zatrzymania się gdzieś po latach tułaczki między różnymi miejscami zamieszkania. Tęskni za stabilizacją, a jednak zdaje się jej obawiać. Druga niezwykle osobliwa postać to Albie. Mały, wyjątkowo irytujący chłopiec, który potrafi zachowywać się jak zacinający się gramofon, utrapienie rodzeństwa, które chętnie się go pozbywa ze swojego grona na przeróżne sposoby. Nastolatek pełen buntu, głupich pomysłów. W końcu dorosły, który szuka swojego miejsca, ale nigdzie nie może go zagrzać. Tajemniczy, małomówny, skryty, nieodgadniony. 

"Dziedzictwo" to bardzo specyficzna książka. Składająca się z zapisu pewnych chwil życia dwóch rodzin. Swoisty łańcuszek, który pokazuje jak zadziałała jedna decyzja pewnej pary. Jedno zdarzenie tworzy falę następnych, burzy spokojny świat, sprawia, że nic nie będzie już takie samo. Czytelnik zbiera kolejne fragmenty układanki i układa je we właściwych miejscach. Podąża za bohaterami, którzy zdają się maleć, zderzać brutalnie z życiem, doznawać rozczarowań, nawet mimo pewnych sukcesów. Ann Patchett pisze w swojej książce o samotności nawet w grupie, o obcości wśród bliskich, dorastaniu, które odziera ze złudzeń. Jej powieść to dla mnie refleksja nad tym, jak wygląda dzisiejszy świat ludzi niedbających o podstawowe wartości. Rzucających wszystko dla przelotnej chwili, bez zastanowienia, jak wpłynie to na innych, bez refleksji nad konsekwencjami. To historia o oddalaniu się od siebie i powolnym stawaniu się obcym, by pod koniec zaskakująco odkryć, że mimo milczenia, rozłąki, braku kontaktu nie da się zerwać pewnych więzi, bo gdy przychodzą ważne momenty człowiek skupia się na tym, co najważniejsze, czego nie zauważa na co dzień. To książka trudna, pisana literackim językiem, a jednak taka, z którą czytelnik się zmaga, do której odkrycia potrzeba wysiłku. To nie opowiastka do połknięcia w kilka godzin, ale opowieść, którą nawija się na nić jak kolejne paciorki korali. Rzecz początkowo słodka jak pomarańcze, która szybko staje się gorzka niczym grejpfrut i jątrzy. Osobliwa, pociągająca, ale wymagająca czasu, taka z przebłyskami lekkiej słodyczy, ale jedynie przebłyskami. Książka w książce, gdyż przecież dostajemy niemal tę samą historię opowiedzianą dwa razy. W końcu zaś mimo oryginalnego tytułu, który powinien brzmieć "wspólnota" mimo właśnie owej komitywy bohaterów w dzieciństwie, bliskości w zmaganiu się z codziennością i jej rozczarowaniami, to nadal dla mnie opowieść o głębokiej samotności i wyobcowaniu każdego człowieka w świecie, mimo więzi rodzinnych, miłosnych czy przyjacielskich. A jednak poczucie bycia rodziną w kryzysowych sytuacjach daje o sobie znać, mimo że w codzienności niemal nie istnieje. Lektura mocna, trudna, niespokojna.  




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova. 

Ann Patchett, Dziedzictwo, tłum. Anna Gralak, wyd. Znak litera nova, Kraków 2107.

sobota, 18 listopada 2017

W świecie intryg - Maria Paszyńska "Krwawe morze"



"Pamiętaj jednak, że choć z pozoru wszyscy jesteśmy różni, w głębi duszy jesteśmy bardzo podobni. Tak naprawdę tylko sytuacje, w których się znajdujemy, okoliczności, które nas kształtują, są odmienne, lecz każde człowiecze serce pragnie miłości, a gdy jej nie otrzyma lub ktoś mu ją odbierze, musi zaspokoić się władzą. Te dwie namiętności rządzą światem ludzi: są w stanie wywyższyć chłopa i zrzucić na dno jego pana. Pozycja człowieka nie ma tu znaczenia. Ktokolwiek zaś pozwoli, by go prowadziły, będzie kradł, zabijał, kłamał, zdradzał, pewny, że postępuje dobrze, bo wszystkie te zbrodnie służą jego sprawie." - s. 241

Minęły lata odkąd Mehmed Pasza Sokollu zostawił małą Jelenę w rękach Nurbanu. Przez ten czas dziewczyna zasmakował ogromnej samotności, odrębności od pozostałych dziewcząt, które były w tej samej sytuacji, co ona, lęku, koszmarów a także ogromnego przywiązania do sułtanki. Otoczona pięknem i przepychem wschodniego dworu, opieką władczyni, zauroczona nowym miejscem zdawała się chwilami zapominać o swojej niedoli i pragnieniu zemsty za doznane krzywdy. Kształciła się, jako jedyna przebywała sam na sam ze swoją panią i była nie tylko jej ulubienicą, ale nawet kimś na kształt przybranego dziecka. Mimo rad, jakich udzieliła jej niegdyś Nurbanu, że w świecie władzy każdy używa każdego do osiągnięcia swojego celu, a nic nie jest za darmo, Birgül zdawała się przy niej rozluźniać. Zmęczona codziennymi niesnaskami, wszechobecnymi oczami i szpiegami śledzącymi wszystkich dziewczyna pozwalała sobie na uśpienie naprężonej czujności. Wierzyła, że może czuć się bezpieczna. Mijał czas a ona poznała pierwszy i szaleńczo silny poryw serca. Zatracona w upajającym uczuciu nie dostrzegła zbliżającego się niebezpieczeństwa i rozgrywki, w której stanie się pionkiem. Tymczasem Sokollu zmagał się z wypełnieniem obietnicy, jaką złożył zmarłemu władcy. Wszelkimi siłami starał się utrzymać świetność Imperium Osmańskiego rządzonego przez słabego, podatnego na wpływy i rozkochanego w hulaszczym trybie życia sułtana Selima. Przypadkowy pożar, który strawił wielką część miasta, zbliżająca się wojna ze Świętą Ligą, oblężenie Famagusty. Ktoś inteligentnie pociąga za sznurki, dbając o swoje interesy tak przebiegle, że nawet przenikliwemu wezyrowi umykają pewne rzeczy. Kto pragnie zagłady jednego z największych państw ówczesnego świata? Jak uniknąć zagrożenia, uspokoić wzburzone wojsko i niepokój narastający w społeczeństwie? Sokollu stanie przed nie lada trudnym wyzwaniem. Dwie potęgi staną naprzeciwko siebie, by walczyć nie tylko o władzę, ale i wpływy. A losy świata spoczną w rękach jednego człowieka.

Nowa książka Marii Paszyńskiej przeniosła mnie do świata blichtru, przepychu, wschodniej rozrzutności. Ukołysała egzotycznym klimatem, feerią barw bajecznych komnat, grą światła i cienia, by potem wrzucić w kolejne potyczki o władzę. Autorka zabiera bowiem czytelnika z chylącej się ku upadkowi Famagusty, wypełnionej śmiertelnie zmęczonymi, brudnymi, głodnymi obrońcami, którzy mimo braku jakichkolwiek środków nadal nie poddają twierdzy, do bezpiecznych komnat sułtańskiego pałacu, w którym władca oddaje się rozrywkom. Prowadzi go za rękę ulicami Stambułu do tajemniczego mężczyzny, pragnącego zrealizować swój szaleńczy plan i kształtować historię, by następnie podążyć do pewnej jaskini, w której rodzi się pierwsza miłość dwójki czystych, młodych osób. Pokazuje dualny świat, w którym bieda ściera się z niezmiernym bogactwem, siłą ze słabością, mądrość z gnuśnością i słabością charakteru, przebiegłość i szaleństwo z oddaniem sprawie, miłość z zazdrością i chłodną kalkulacją, odwaga z brawurą. Pisarka pięknym językiem kreśli świat pełen intryg i to na przeróżnych szczeblach. Pokazuje piękną, złotą klatkę, w której poczucie wolności to jedynie ułuda. Sułtański dwór, przepełniony szpiegami oraz usłużnymi donosicielami. Nawet dobroć i łaska władczyni zdają się jedynie mirażem, a słowa, że nic nie jest za darmo wybrzmiewają gorzkim i niezmiernie prawdziwym tonem. Uczucia przywiązania, tkliwości, sympatii, łaski wydają się iluzją. Istnieją, by potem rozbić boleśnie wszelkie wyobrażenia, których nabierają mieszkanki haremu. Z kart książki bije smutna refleksja o wspaniałym, kolorowym, bajkowym świecie, w którym nie ma prawdziwej wolności i więzi a ludzie to jedynie narzędzia do osiągnięcia danego celu. Boleśnie przekonuje się o tym Birgül. To walka o władzę oraz pragnienie zemsty stanowi główną siłę napędową dostojników Stambułu. Mimo przywiązania i pewnej dozy czułości, brak tu prawdziwych uczuć. Sułtanka czuje sympatię i żal do swojego władcy, który podziela tę tkliwość, a jednak niesiony wzburzeniem odsłania gorzką prawdę, że jego wybranka, jest nie tyle człowiekiem, co własnością,  rzeczą, która miała być mu posłuszna.



Mimo pesymistycznej konstatacji nad złotą klatką, w której za każdy okruch dobra prędzej czy później przyjdzie bohaterom zapłacić, w którym żadna chwila ani relacja nie jest pewna, gdyż wszystko zależy od chwiejnej woli władcy i jego usłużnych donosicieli, w którym ciężko nieraz odróżnić prawdę od fałszu, pojawiają się tu promienie światła. Jest miłość, która zakwita w jednej chwili i czyni świat pięknym, ale jednocześnie usypia czujność i ostrożność. Uczucie, pozwalające oddychać pełną piersią, dające namiastkę wolności w niewolniczym świecie. Nie tylko Nurbanu czy Jelena są tu czyjąś własnością, ukochany dziewczyny również nie może decydować o własnym losie. Właściwie można by rzec, że niemal całe imperium to jeden wielki plac niewolników, w którym człowiek znaczy tyle co nic, a może inaczej, jego wartość określana jest miarą przydatności. W którym o twoim losie decydują inni, nawet bliscy. Gdzie marzenia i pragnienia nie liczą się, bo wola rodziców i władców jest ważniejsza. Wydawać by się mogło, że w rzeczywistości przepełnionej podstępami, walką o zaszczyty, niesnaskami, utrzymywaniem się na pozycji, nie ma altruistycznych zachowań, nie ma prawdziwych uczuć i relacji. A jednak człowiek jest istotą przeznaczoną do miłości, która znajdzie go w każdych warunkach. Pytanie tylko, co z nią zrobi. Czy pozostanie niespełniona jak u Nurbanu, czy podejmie próbę zawalczenia o nią. Jak słusznie zauważa Birgül bez miłości wolność nie istnieje, tylko ona czyni człowieka wolnym nawet wśród niedoli. Szczególnie w świecie politycznych gier, w którym króluje podmiotowość i wieczny strach.

Tytuły i bogactwa nie czynią nikogo szczęśliwym, zdaje się mówić Maria Paszyńska. Pozwalają ukryć się za wygodnym życiem, założyć jedną z całej gamy masek i trwać w czujności, bo nigdy nie wiadomo, z której strony nadejdzie zagrożenie. Czynią człowieka gniewnym, zagubionym, niespełnionym, jeśli nie ma predyspozycji i ambicji do władania krajem. Sprawiają, że zapomina, kim naprawdę jest. A jednak okoliczności sprawiają, że syn staje się pionkiem w grze matki lub ojca, władca w rękach doradców. Karuzela chciwości i pożądliwości nakręca się i krzywdzi kolejnych ludzi, a wszystko to na tle wspaniałych pokojów, cudownych zapachów, wśród przepięknych kobiet,  w sercu szeroko pojętej wojny. Kosztem pozbycia się marzeń, wolności, radości. Nawet sułtan staje się zakładnikiem pozbawionym prawa do decydowania o sobie, uzależnionym od innych. Ale w tym dziwnym orszaku nieszczęśników nie brak i ludzi szlachetnych, oddanych mądrości, sprawie, wyższym ideom. To oni błyszczą na firmamencie tej historii. Nieustępliwi, odważni, porywczy, ale dobrzy i prawdziwi.

Maria Paszyńska stworzyła czarującą historię o smaku orientu. Przysiada z czytelnikiem, by snuć opowieść o nieszczęśliwych władcach, zakładnikach ambicji innych oraz niewolnikach, którzy mimo swojej sytuacji pozostali wolni w przekonaniach i porywach serca. Uwodzi zwiewną zmysłowością, pierwszym uczuciem, bajecznymi wnętrzami, psychologią niektórych postaci, by potem zrzucić czytelnika w rzeczywistość krwawych zdarzeń, okrutnych tortur, szaleńczych podstępów. Dopracowanym i literackim językiem opowiada o historycznych wydarzeniach z wielką dokładnością i urokiem. Jak zwykle w jej powieściach zdumiewa dbałość o szczegóły, dopieszczenie książki i łatwość z jaką płynie się przez tekst. Dziś to cecha zaledwie kilku pisarzy, z czego tylko jeszcze jednego twórcy w podobnym do autorki wieku. "Krwawe morze" to książka z jednej strony brutalna i smutna, dość pesymistyczna nawet. Z drugiej zaś nie brak tu światła i siły, bo w każdym miejscu i położeniu można pozostać sobą, walczyć, starać się. I nie zwycięstwo jest tu najważniejsze, co sama walka. Akt woli, który nie pozwala na upodmiotowienie. Czy warto dać się porwać powieści? Zdecydowanie tak. Ale nie liczcie na łatwą lekturę. Jest piękna, mądra, ale to nie czytadło. "Krwawe morze" zostawi was z licznymi pytaniami i refleksjami, bo taka właśnie jest istota dobrej literatury, tej przez wielkie "L". Zostaje w człowieku i mówi. A o czym? Przekonajcie się sami.




Maria Paszyńska, Krwawe morze, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.  

czwartek, 16 listopada 2017

Biografia Trójcy Świętej - Maria Miduch





Pamiętam, jak dostałam "Biografię Boga Ojca" to było już jakiś czas temu, a jednak ta książka pozostała dla mnie najważniejszą z wszystkich napisanych przez Marię Miduch. To było trochę jakby ktoś nauczył mnie głębiej oddychać, jakby pokazał mi światło. Na jej kartach poznałam Boga, który mimo wszelkich moich religijnych lektur, udziału w spotkaniach był dla mnie kimś zupełnie nowym. A może powinnam inaczej napisać, w końcu dotarło do mnie, jaki Pan jest naprawdę. Słowa stały się żywe i realne. Ta książka została ze mną na dłużej, kazała mi myśleć o Nim więcej, szukać, zagłębiać się we wiarę. Konfrontować własne przekonania, to z czym miałam do czynienia z prostym przekazem autorki. Co mnie również urzekło to fakt, że została napisana z autentyczną fascynacją i uczuciem. 

Ogromnie cenię te pozycje za to, że wyjaśniają świat judaizmu, który dla większości jest zagadką. Dzięki temu łatwiej zrozumieć to, co pojawia się na kartach Pisma Świętego. Osoby Trójcy Świętej stają się bliższe, mniej tajemnicze, bardziej zrozumiałe i co najważniejsze widać, że Maria Miduch jest prawdziwie zakochana w Bogu, że szukała Go i poznała, by dzielić się tym z innymi. "Biografia Ducha Świętego" zaskoczyła mnie ogromem treści, których szczerze mówiąc się nie spodziewałam, bo zazwyczaj nawet kapłani mają problem, co o Nim powiedzieć. A jednak powstała książka, mądra, ciepła, intrygująca. Na koniec Syn Boży, ten Który stał się człowiekiem, by nie tyle poznać ludzką dolę, co móc być przy bliźnich w najbardziej prosty i najpiękniejszy sposób. 

Dla kogo są książki, o których wspominam? Dla wszystkich, tych głęboko zakochanych w Bogu, by budowali na tej miłości, dla poszukujących, bo naprawdę dzięki nim można odnaleźć Dobrego Pasterza i Pana oraz dla tych, którzy po prostu chcą poznać Stwórcę i istotę Trójcy Świętej. To publikacje, z którymi powinien zapoznać się każdy, które są ogromnie wartościowe, napisane prosto, inteligentnie, ciekawie, z czułością i wnikliwością. Jeśli chcielibyście przeczytać więcej, zapraszam Was do moich recenzji:




Biografia Boga Ojca


Maria Miduch napisała książkę, o której trudno mówić. Ją trzeba po prostu przeczytać. A po lekturze inaczej zobaczy się Boga Ojca. Na nowo odczyta się znane historie, z wielką nadzieją popatrzy na życie. Bo to nie Sędzia, ale kochający Tata, który czeka cierpliwie, stale obecny, dzielący z nami wszystko, nawet jeśli się tego nie zauważa. „Biografia Boga Ojca” uderza mocno w serce, w codzienną samotność, zagubienie, w ludzką tendencję do oceniania siebie i innych. Uświadamia, że tak wiele czeka a tak rzadko się o tym myśli. Wzrusza, całkowicie przestawia myślenie, wyjaśnia wiele kwestii, prostuje błędne przekonania i otwiera na wielkie bogactwo, które czeka na człowieka. Dla mnie była niczym powiew świeżego powietrza, letni deszcz, uśmiech dziecka, jak słońce wyglądające zza chmur. Poruszyła serce, wycisnęła łzę i została na dłużej. To kolejna książka, która przybliża do Stwórcy, napawa nadzieją i pięknie wpisuje się w Rok Miłosierdzia. Jeśli zatem sprawy wiary nie są Ci obce, sięgnij, przeczytaj, przeżyj i zacznij żyć na nowo.





Biografia Syna Bożego


"Biografia Syna Bożego" to książka z której wyłania się zachwyt nad Bogiem, który stał się człowiekiem, postacią tajemniczą, ale tak przepełnioną miłością i światłem, że nie sposób nie czytać dalej. To jak zwykle w przypadku autorki świetne połączenie wiedzy, z wyjaśnieniem kultury żydowskiej i własnymi refleksjami (szczególnie podobały mi się te związane z młodością Marii Miduch i jej poszukiwaniami odpowiedzi na pytania o wiarę). Nazwałabym ją spotkaniem ze Stwórcą, który uniżył się, by maksymalnie zbliżyć się do stworzenia, Który kocha, usprawiedliwia i JEST. Piękna, mądra, skłaniająca do pogłębiania wiary i rozważań na tematy zawarte na kartach. Ma niestety jeden minus, jest stanowczo za krótka.





Biografia Ducha Świętego


Biografia Ducha Świętego” pozwala lepiej poznać Miłość, która rozlewa się w sercach. Która trwa przy człowieku, w nim samym, która stoi w opozycji do oskarżyciela i nie zna granic. Bo dla Boga nie ma nic niemożliwego, kości mogą znów ożyć, człowiek dostąpić oczyszczenia a poganin prorokować. Maria Miduch wskazuje na wiele aspektów, które często pozostają niejasne, nieporuszone. Odnosi się do kultury żydowskiej, dzięki czemu łatwiej zrozumieć wiele staro i nowotestamentowych wydarzeń i pojąć choć odrobinę, kim jest Duch Święty. Wszystko to prostym, zwięzłym językiem, choć przyznam, że książkę trzeba czytać etapami. Dużo w niej informacji, spraw wymagających przemyślenia, odniesienia się jeszcze raz do słów Pisma, więc warto i trzeba dawkować sobie jej lekturę. A jednak wnika w czytelnika, zachęca do poznawania, pozwala ujrzeć chrześcijaństwo w innym, być może nieznanym dotąd świetle.

niedziela, 12 listopada 2017

Rozmowy o życiu - Magdalena Tulli, Justyna Dąbrowska "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską"




"Widzimy rzeczy, których może tam wcale nie być. Widzimy to, za czym tęsknimy najbardziej.
Wchodzi się w tę iluzję jak w coś wspaniałego. Wcale nie musi być wspaniałe, musi nam się wydawać wspaniałe. Inaczej nie byłoby chętnych. Obawiam się, że wspaniałe nie może być. Na coś naprawdę wspaniałego, takiego na poziomie naszych oczekiwań, nie ma na tym świecie materiału, bo cały ten świat jest zrobiony nie z tego, na co wygląda." - s. 234
Najpierw zobaczyłam piękną i tajemniczą okładkę. Potem przeczytałam informację i czekałam na tę książkę z zapartym tchem. Jeździłam z nią autobusem i skończyłam czytać stanowczo za szybko, choć wywołała we mnie sprzeczne emocje. Ale została na dłużej, wymościła sobie miejsce w mojej pamięci, odzywała się co jakiś czas i nadal coś mówi.

Wolność, to słowo wysuwa się na pierwszy plan, gdy myślę o rozmowie Justyny Dąbrowskiej z Magdaleną Tulli. Prawo do wybierania tego, co jest dla bohaterki ważniejsze, do uczenia się wszystkiego w swoim czasie, wychowywania dzieci, tak jak ma na to ochotę, w końcu wolność człowieka do bycia sobą. Autorka "Szumu" opowiada o szpitalach, które źle się jej kojarzą i sprawiają, że człowiek zamknięty jest w niemym podporządkowaniu się regulaminowi. Wspomina domowe porody, które uchroniły ją przed stresem przebywania na porodówce. Mówi o dość smutnym, surowym i samotnym dzieciństwie. O nieobecnej matce, która nie udźwignęła macierzyństwa i była naznaczona wojennymi doświadczeniami. Samotności wśród domowych sprzętów, niezrozumiałych zadań, różnych od niej ludzi. Pokazuje znudzenie szkołą, problemy z czytaniem, zaadaptowaniem się do życia, znalezieniem swojego miejsca w świecie. To rzecz o wychowywaniu dzieci, dorastaniu do istnienia. odkrywaniu tożsamości, które wcale nie jest łatwe. Z kart wyłania się kobieta, która szukała siebie, dojrzewała do prostych czynności, by potem robić zaskakujące rzeczy i nie czuć się niczym ograniczoną. W końcu to historia o tym, czym jest miłość, dlaczego boimy się obcych, jak rodzi się przemoc. 

Bohaterka mówi otwarcie, choć oczywiście są tematy, które wolałaby pominać. Porusza ważne kwestie, o których już niejednokrotnie wspominała. Prawda jest jednak taka, że boimy się inności. To, co nieznane wywołuje w nas lęk. Pisarka kreśli trafny obraz tego, że jest w nas przerażenie, iż ktoś zajmie nasze miejsce. Jesteśmy zestresowani, mamy za sobą trudną historię. Pamięć o drugiej wojnie światowej wciąż zdaje się żywa, potem kolejki, podporządkowanie systemowi. Gdy wydaje się, że jakoś znaleźliśmy sobie miejsce, pojawiają się uciekający z zagrożonego miejsca ludzie - uchodźcy i nie wiadomo, co z nimi zrobić. Są inni, często wzburzeni. Widzimy obrazy w telewizji i jak wspomina Magdalena Tulli, po prostu rośnie w nas strach. Znajdujemy się na etapie, który pojawił się już nieraz na kartach historii. Wystarczy wspomnieć o przedwojennej rzeczywistości. To czasy, w których do władzy dochodzili ludzie głoszący nienawiść, uprzedzenia, którzy podsycali niepokój i na tym budowali chore wizje. Mowa też o dzisiejszej sytuacji, choćby tej związanej z sądami. Podkreślane jest powoływanie się na artykuły, ale bez podawania konkretów, przerzucanie się prawem, bez jakiejkolwiek refleksji nad nim. Puste słowa, które nijak mają się do znaczeń. Dużo tu mowy o uczuciach, tych najważniejszych, towarzyszących człowiekowi codziennie. Emocjach, z którymi każdy się zmaga lub które przyjmuje z otwartymi rękami. W końcu jeden z moich ulubionych tematów, książki. Ogromnie podobało mi się, że pojawia się wiele tytułów, z których można naprawdę wiele wynieść. Króciutkie spostrzeżenia autorki "Włoskich szpilek" są cenne dla wszystkich, którzy czytają. Pozwalają na porównanie swojego zdania z tym, co pisarka widzi w lekturach, ukazują całkiem zaskakujące wnioski, interpretacje o których bym nie pomyślała. Są także zaproszeniem do sięgnięcia po klasykę czy inne pozycje.

"Wyczuwałam smutek w tej historii. Życie zaczyna się w niej od nienaprawialnego defektu i jest rozpaczliwym błądzeniem po manowcach, które prowadzi do tego, że uczucia i nadzieje miłej wróżki ulokowane w głównej postaci muszą zostać po raz kolejny podeptane. Happy end mnie nie przekonywał, dziś tym bardziej nie. Został doklejony, żeby uczynić zadość konwencji. Podczas gdy wszystko oprócz happy endu należy potraktować serio. " - s. 129-130

"Jaka piękna iluzja" to książka mądra, wymagająca, zmuszająca do myślenia, ale także smutna. To refleksja zdobywczyni Nike na temat swojego życia, ale także zjawisk społecznych. Mimo dość sceptycznego podejścia do miłości, którą w pewnym sensie pisarka uważa za iluzję, przynajmniej w takim sensie, w jakim ją pojmujemy, książka porusza. Nie brak tu trudnych tematów, które najlepiej byłby omijać, bo działają na większość jak płachta na byka czy po prostu wolelibyśmy o nich zapomnieć. Tymczasem przecież warto mówić o wojnie, by nie zapomnieć o tym, ile zła wyrządziła i ile ofiarności wydobyła na światło dzienne, by nie dopuścić do tego, by populistyczne czy nacjonalistyczne podejście znów zatriumfowało. Przede wszystkim to jednak lektura, zmuszająca do samodzielnego myślenia, wyciągania wniosków, szukania, a nie przyjmowania wszystkiego na wiarę, w takiej formie, w jakiej się podaje informacje. To rzecz o tym, by umieć dostrzec prawdę w ważnych kwestiach, by nie dać się omamić. W końcu zaś to opowieść o sile ludzkiego ducha. Bo nigdy nie jest za późno, by się czegoś nowego nauczyć, a trudny start nie oznacza, że człowiek ma podporządkować się ograniczeniom. Nie, te są po to, by je łamać, szczególnie ciężką pracą. Magdalena Tulli udowadnia, że mimo początkowych niepowodzeń i licznych przeszkód można wiele osiągnąć, nawet jeśli inni twierdzą, że będzie inaczej. To jedna w największych wartości tej książki dla mnie, ukazanie, że wszystko ma swój czas i że człowiek może nauczyć się różnych rzeczy mimo wielu przeciwności.

Ciekawa, dająca szerokie pole do dyskusji i rozważań. Napisana naprawdę dobrym językiem, wywołująca liczne, często nawet skrajne emocje, pięknie wydana. "Jaka piękna iluzja" podzielona jest na 12 rozdziałów, które dotyczą innego tematu. Warto wspomnieć jeszcze o szacie graficznej książki. Jak już pisałam urzekła mnie delikatna, nieco oniryczna okładka. Na uwagę zasługują również ciekawe fotografie Mikołaja Grynberga, które rozpoczynają każdy rozdział książki oraz wyklejka z rybami. Wszystkim, którzy lubią zostające na dłużej, wymagające i mądre lektury, serdecznie polecam, nie zawiedziecie się.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

Magdalena Tulli, Justyna Dąbrowska, Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską, wyd. Znak Literanova, Kraków 2017.  


poniedziałek, 6 listopada 2017

Zakochana Miłość - Maria Miduch "Biografia Syna Bożego"

z cyklu Książki z duszą



"Doświadczenie odrzucenia dotyczy też Boga. Decyduje się On na to, że ci, których kocha, uznają Go za godnego wzgardy, pożałowania. Boża miłość jest szalona! Z miłości do człowieka podjął ryzyko bycia nierozpoznanym jako dostojny, pełen majestatu Bóg. Sama idea głosząca, że Najwyższy może stać się człowiekiem, jest dla wielu śmieszna i niedorzeczna. Bo niby jak? Po co? Patrząc na Jezusa, pokiwają z politowaniem głową i mówią: "Ale jaki Bóg? No, coś ty?". Dla wielu jest On tylko nawiedzonym szaleńcem, z którym nie chcą mieć nic wspólnego. (...) Tylko część dostrzega w Nim zakochanego do szaleństwa Boga." - s. 68-69

Uwielbiam książki Marii Miduch z prostej przyczyny, o Bogu pisze z fascynacją, prostotą, miłością i ogromnie ciekawie. Czekałam zatem niecierpliwie na ostatnią część biografii Trójcy Świętej. Tym mocniej, że przecież dotyczy ona Jezusa, a nie ukrywam, że odnoszę wrażenie iż najbliżej nam do Niego. 

Bóg, który z ogromnej miłości stał się człowiekiem. Ciężko zrozumieć ten niezwykły cud narodzin w ubogiej stajni, wśród ludzi, którzy przecież byli gdzieś na marginesie, bo pasterze czy królowie, których bardziej powinniśmy nazywać magami nie byli elitą społeczeństwa. Unikano ich, nie kojarzyli się z niczym dobrym, a to od nich swoje ziemskie spotkania zaczyna Pan. Jakoś nie mieści mi się to w głowie, że można być w pełni i człowiekiem i Bogiem. A jednak to jedna z najpiękniejszych tajemnic, jakie mamy. Autorka wspomina o zapowiedziach Mesjasza, na którego czekano. Również tych, które nasuwają się od razu, czyli o księdze Izajasza. Podkreśla jednak, że przecież Bóg przychodził już wcześniej. Anioł Pana, który pojawia się niejednokrotnie na kartach Starego Testamentu to przecież posłaniec Jahwe, to już powinno dać nam do myślenia. Maria Miduch zwraca uwagę na rodowód Jezusa, który wcale nie jest wypełniony świętymi, ale ludźmi grzesznymi, błądzącymi, słabymi. On nie wstydzi się tego, nie odtrąca nikogo, nie odwraca się od rodziny, od przodków takich jak król Dawid, Tamar, Rut, Roboam, Manasses. Ludzi z wadami i grzechami, ale jednocześnie dziećmi Boga. Podkreśla to, co powtarzamy w wyznaniu wiary, że Jezus jest "zrodzony", że przeszedł przez wszystko, co dostępne człowiekowi. Był zmęczony, głodny, ciekawy, towarzyszyła mu radość, smutek, żal, gniew. Na pewno miał marzenia, przyjaciół, ludzi których podziwiał. Jest luka, której nie zapełnią nawet ckliwe apokryfy opowiadające o ożywianiu glinianych ptaszków czy karaniu dzieci, które były niemiłe dla Pana. To czas dzieciństwa i młodości, który na zawsze pozostanie dla nas tajemnicą. A jednocześnie okazją do wgłębiania się we wiarę, bo tyle jeszcze do odkrycia.

"Biografia Syna Bożego" wyraźnie podkreśla to, co pisał św. Paweł w listach, że my również jesteśmy ciałem Chrystusa. Bóg mimo naszych niedoskonałości uświęca nas. Czyni braćmi swojego Syna. On przez narodzenie staje się jednym z nas, staje się naszą rodziną. Jest bliski jak nigdy, na wyciągnięcie ręki. Nie unika grzeszników, celników, upadłych kobiet. Przychodzi do każdego, tak blisko, że można Go przytulić, dotknąć, usiąść z nim, porozmawiać. Jak szalona to miłość, by uniżyć się, by być bliżej człowieka. Stale wychodzić do niego, szukać jak zagubionej owcy. Bo pielgrzymowanie to nieodłączna część życia Jezusa. Ciągle w drodze, głosząc Ojca, idąc do człowieka, za którym tęskni i którego kocha Jego boskie Serce. 



Głoszenie Królestwa, które prowadzi na Krzyż to kolejna część rozważań w tej książce. Maria Miduch pisze o wielkim niezrozumieniu tajemnicy cierpienia i zmartwychwstania, gdy dyrektor przedszkola zabrania jej mówić o tym, co przeszedł Jezus za nasze grzechy, bo to zbyt drastyczne dla delikatnych dzieci, za to pozwala opowiadać o baranku, przecież to miłe stworzonko. Echem tu przecież odzywają się słowa Pisma o "baranku prowadzonym na rzeź", ofierze, która jest konieczna, by pojednać niebo z ziemią. Co mnie najbardziej poruszyło w całej książce, to porównanie ran Chrystusa zmartwychwstałego do zdjęcia ukochanej osoby, które nosimy w portfelu. Wyraźnego znaku naszej miłości do tej osoby, czegoś co pragniemy mieć blisko nas. To trudne, ponieważ uświadamia dosadniej, ile Bóg wycierpiał dla człowieka. Podkreśla winę i fakt że to nie Jezus, ale ja powinnam znaleźć się na tym krzyżu. Jednocześnie rany są zapisem mojego imienia na rękach i nogach Tego, który kocha najbardziej. 

Nie sposób myśleć o Jezusie bez wspominania miłosierdzia. A ono wymaga odwagi, gdyż wiąże się z możliwością odrzucenia. Bóg jest otwarty nie tylko przez darowaną człowiekowi wolną wolę, On doskonale zdaje sobie sprawę, że zdradzamy raz za razem, a jednak przebacza. Szuka, przygarnia, pozwala wrócić. Staje się bratem w pełnym tego słowa znaczeniu. Kimś, kto trwa przy człowieku mimo wszelkich popełnianych głupot. Kto potrafi usprawiedliwiać, choć nam wydaje się to trudne. Warto jeszcze wspomnieć refleksję na temat ciała. Wierzymy w zmartwychwstanie duszy i ciała, ale to drugie jakoś wymyka się w wizji nieba. Chowamy je do grobu i tyle. Tymczasem Jezus będąc człowiekiem wyrwał ze szponów śmierci nie tylko nasze dusze, ale i ziemską powłokę i to z nią staniemy kiedyś przed obliczem Boga, choć o tym zapominamy. 

"Biografia Syna Bożego" to książka z której wyłania się zachwyt nad Bogiem, który stał się człowiekiem, postacią tajemniczą, ale tak przepełnioną miłością i światłem, że nie sposób nie czytać dalej. To jak zwykle w przypadku autorki świetne połączenie wiedzy, z wyjaśnieniem kultury żydowskiej i własnymi refleksjami (szczególnie podobały mi się te związane z młodością Marii Miduch i jej poszukiwaniami odpowiedzi na pytania o wiarę). Nazwałabym ją spotkaniem ze Stwórcą, który uniżył się, by maksymalnie zbliżyć się do stworzenia, Który kocha, usprawiedliwia i JEST. Piękna, mądra, skłaniająca do pogłębiania wiary i rozważań na tematy zawarte na kartach. Ma niestety jeden minus, jest stanowczo za krótka.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Przeczytajcie fragment TU

Maria Miduch, Biografia Syna Bożego, wyd. WAM, Kraków 2017. 






piosenki pochodzą z YT.


poniedziałek, 30 października 2017

Nienasycony - Michał Larek "Furia"



"Zanim zrozumiał, że jest ścigany, poczuł najpierw potężne zdziwienie. Do tej pory przez myśl mu nie przeszło, że ktoś zajmuje się kobietami, które zabił. Było, minęło. Wkurwiły go, więc je zamknął. O co im chodzi? Nie mają ważniejszych rzeczy do roboty? To były tylko jakieś głupie dziwki.
(...)
- Zabójca trzech kobiet! - Usłyszał w głowie. - Zabójca trzech kobiet!
To był dla niego szok. Nigdy tak o sobie nie myślał. Zabójca? On? Zaczęło dochodzić do niego, że cały jego dotychczasowy świat właśnie wywraca się do góry nogami. Że już nie może wrócić do domu, do Ireny. Że znalazł się w pułapce! Że musi gdzieś uciec, skryć się i coś wykombinować." - s. 251-252

Emocje bywają bardzo silnymi bodźcami. Czasami wręcz przesłaniają człowiekowi jasność widzenia. Podobnie jest z popędem. Istnieje odłamek ludzi, który nie potrafi nad nim zapanować ani w żaden sposób go kontrolować. Problemy, stres, ciemna strona człowieka i może dojść do tragedii.  

Miłe spotkanie, czułe słówka, dobra rozmowa, zaspokojenie. Udana randka, która nie ma prawa zakończyć się tragicznie. Mimo tego pewnego dnia ktoś odkrywa zwłoki atrakcyjnej, wystrojonej kobiety. Co zaszło między nią a zabójcą? Policjanci z Wojewódzkiej komendy policji w Poznaniu rozpoczynają śledztwo. Wkrótce pojawia się kolejna ofiara. Sytuacja się zaognia. Pewne tropy się powtarzają, śniady, przystojny mężczyzna, niebieski żuk. Kto i dlaczego morduje kobiety? 

Michał Larek zabiera tym razem czytelników do świata, który podporządkowany jest żądzom i chaosowi. Jeden nieostrożny ruch i kochanek zmienia się w psychopatę i mordercę. Uwaga na temat jego postępowania, sprawności, lekka ironia i pojawiają się demony. Wszystko może wywołać katastrofalną reakcję. A przecież on jest taki pociągający, wspaniały, choć daleko mu do kochanka idealnego. Mimo wielu zalet i silnie pociągającej aparycji oraz ciągłego apetytu na seks, ma swoje wady. Umie czarować, ale do pewnego momentu. Gdy tylko pojawią się negatywne emocje, lepiej być daleko. Poznań, lata 90-te XX wieku. Komenda z dobrymi i złymi policjantami, taśmy magnetofonowe z zagraniczną muzyką, ogromne zafascynowanie amerykańską kulturą, pragnienie bycia twardym gliniarzem no i pączki, taki świat kreśli autor. Zacznijmy od komisarza Harrego, który od razu nasuwa skojarzenia z brudnym Harrym i tak, jest to strzał w dziesiątkę, ponieważ bohater posługuje się przemocą, by wydobywać z zatrzymanych zeznania i znany jest ze stosowania niekonwencjonalnych metod działania. Cała komenda przymyka jednak na to oczy, nawet poważa kolegę. Za cichym przyzwoleniem przełożonych, sprzątających po skutecznym policjancie, bohater ma szerokie pole manewru w nakłanianiu podejrzanych do mówienia. Harry nie tylko umie wydobywać informacje i skutecznie prowadzić śledztwa. Ma duży apetyt na seks, wydaje się dobrym kolegą w pracy i człowiekiem skłonnym do refleksji. Nie można jednak o nim zbyt wiele powiedzieć, ponieważ pojawia się do pewnego momentu powieści, a szkoda, gdyż wydaje się interesującą postacią, która wzbudza sympatię. Jego miejsce zajmuje Katia, nowy nabytek poznańskiego komisariatu. Kobieta zdecydowana, odważna, twarda. Nie chce forów, nie daje sobie dmuchać w kaszę, jest w pewien sposób specyficzna, ale na pewno skuteczna. Kolejną postacią jest Ostrowski zakochany w Ameryce mężczyzna, policjant z aspiracjami, któremu coraz bardziej zaczyna się podobać nowa koleżanka. W zasadzie te postaci wybijają się w książce i przyciągają uwagę czytelnika oczywiście poza sprawcą całego zamieszania.

"Furia" to opowieść o nienasyceniu, zwierzęcej żądzy zbliżenia i zaspokojenia. To nie książka o seksie, nie wiem nawet czy słuszne byłoby powiedzieć, że o seksoholiku, gdyż Grzegorz choć jest spętany własnym popędem, sprawia wrażenie nieracjonalnego. Historia przeraża. Wyłania się z niej ktoś podobny do głodnego zwierzęcia, które łapczywie chce się nasycić i zrobi wszystko, by mu się udało. Ktoś, kogo łatwo rozjuszyć, doprowadzając do ataku i niepohamowanej agresji. Bohater to całkiem nieobliczalny typ. Niby kulturalny, potrafiący zagadać, a z drugiej strony myślący całkiem innymi kategoriami. Brak mu umiejętności panowania nad własnym ciałem i jego zachciankami, bardziej jednak brak mu opanowania i refleksji nad sobą. Błyskawicznie ulega on emocjom w tak silny sposób, że zdaje się wręcz pozbywać wszelkich barier, zatraca się we własnym gniewie, a właściwiej byłoby powiedzieć w furii, która nim rządzi. Nie jest żadnym inteligentnym i przebiegłym seryjnym mordercą. To prosty, wręcz prostacki typ, który nie widzi absolutnie problemu w tym, co robi. Kobiety to dla niego jedynie miłe narzędzie do odczuwania przyjemności. Co najbardziej zdumiewa w książce? Z jednej strony podejście bohatera. Z drugiej zaś to, że powieść naprawdę mocno wciąga. Czyta się ją z ciekawością, mimo, że to trochę dziwne, śledzić z zapartym tchem losy takiego człowieka, chcieć dociec, co siedzi mu w głowie.

Autor kreśli w powieści bardzo ponury obraz świata, który podporządkowany jest pierwotnym instynktom. Nikt nie jest od nich wolny, nieważne czy jest przestępcą czy przedstawicielem prawa. Rożnica polega na tym, jak ulega się tym siłom. Michał Larek zdaje się mówić, o tym, kim jesteś, świadczy to, jak radzisz sobie z tym, co w tobie, a szczególnie z najsilniejszymi namiętnościami i żądzami. Bo możesz być człowiekiem, a możesz zatrzymać się na etapie zwierzęcego zaspokajania popędów. Autor świetnie przyciąga uwagę czytelnika i utrzymuje ją od pierwszych stron do końca. Prowadzi go między światem Grzegorza a rzeczywistością poznańskich policjantów, bo trzeba wyraźnie zaznaczyć, to dwa odrębne byty. Kontrastuje ze sobą Grzegorza i Harrego. Ci dwaj mężczyźni mają silne libido, ale każdy z nich zachowuje się inaczej. Policjant zdaje sobie sprawę z tego, że czasami ciało panuje nad nim, ale do pewnego momentu. Nie krzywdzi on nikogo, jest zdolny do wartościowania i oceny swojego postępowania. Tymczasem Kremer potrafi zaspokoić się wymuszając stosunki, zadaje ból i nie widzi nic złego w tym, że morduje. Co więcej, jest zdziwiony tym, że ktoś może interesować się zabitymi kobietami. Przecież one nie są warte uwagi. Zaskakuje sposób myślenia i wypaczenia tego człowieka. Choć chciałoby się powiedzieć, nie, czegoś brakuje, autor skrył coś przed czytelnikiem, bo nikt nie może być tak płaski, bezrefleksyjny, prostacki. Może tego mi właśnie zabrakło w "Furii" głębszego wnikania w motywacje i psychikę bohaterów.

Jeśli lubicie dobrą akcję, silne kobiety, klimat lat 90-tych i policyjne śledztwa to pozycja dla was. Absorbująca, wywołująca emocje, ukazująca ciemne strony człowieka, pełna cielesnego głodu i napięcia. Autor wciąga czytelnika w grę z bohaterami, umiejętnie rozplanowując akcję tak, by nie można było oderwać się od czytania. Pomimo ciężkiego tematu, "Furię" czyta się naprawdę dobrze, w każdych warunkach (sprawdzone nawet w komunikacji miejskiej ;) przy dużym hałasie). Ja niecierpliwie czekam na kolejny tom.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona

Michał Larek, Furia, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.