czwartek, 28 stycznia 2016

W klatce autodestrukcji - Agnieszka Lis "Pozytywka"




„Monika nie będzie już potulna. Jej też będę musiał coś udowadniać – jak w pracy. Nie mam ochoty już więcej nic nikomu udowadniać! Chcę, żeby ktoś mnie bezwarunkowo podziwiał, tylko za to, że jestem. Był mi oddany i już. Dlatego wziąłem sobie tę wiochę! – Uderzył w umywalkę kantem dłoni, syknął z bólu. – Nie, nie dlatego ją sobie wziąłem – oddychał głęboko. – Pokochałem ją, chciałem być z nią zwyczajnie szczęśliwy. I wszystko się pokomplikowało”. – s. 43
           
Ślub miał być bajkowy, a wyszedł przytłaczający. Ogromna suknia, naręcza kwiatów, czerwony dywan. Koszty znacznie przekroczyły możliwości rodziców, ale czego się nie robi dla jedynej córki. Ceremonia, która nawiązywała do zaręczyn księżnej Diany, była wstępem do cudownej przyszłości, wszak Monika wychodziła za bogatego mężczyznę z dobrej rodziny. Gdy emocje opadły i zaczęło się codzienne życie, okazało się, że dziewczyna nie odnajduje się w nowej rzeczywistości. Robert był jej miłością, ale czuła się obco w wielkim domu. Namiętnie sprzątała, unikała towarzystwa teściów, którym nie chciała przeszkadzać, a którzy odbierali ją jako dziką wiochę, która nie potrafi się zachować. Z czasem Teresa zaczęła nawiązywać nić porozumienia z synową, której przecież miała nigdy nie polubić za zabranie jej ukochanego syna. Wszystko zaczynało się układać. Pojawiły się nowe możliwości, pomysły, na które dziewczyna sama by się nie zdecydowała, w końcu ujawniły talenty, których istnienia nawet nie podejrzewała. Wszystko to w cieniu cierpienia. Smutek splatał się z dobrymi wieściami, perspektywy rozwoju z pragnieniem rzucenia się w wir pracy, pozwalający zapomnieć o wszystkim.

Bohaterka to zakompleksiona dziewczyna, która miała dbać o dom i rodzić dzieci. A te jak na nieszczęście nie chciały się pojawić. Za namową Teresy, która całe życie żałowała, że nie stała się kimś, podjęła pracę w biurze znajomego teściów, a następnie rozpoczęła studia. Po początkowych trudnościach, zaczynała radzić sobie z wszystkim. Zdawała egzaminy, coraz lepiej rozumiała zagadnienia i czuła się dobrze. W końcu udało się jej także zajść w ciążę. Monika parła do przodu niczym burza, choć sama dziwiła się, że potrafi studiować, pracować i znosić częstą nieobecność męża. Czekała na dziecko, które miało niedługo pojawić się na świecie. Życie potoczyło się jednak inaczej niż planowała. Nieoczekiwana tragedia na zawsze zmieniła pokorną i niepewną siebie dziewczynę i wytyczyła drogę, o której nawet nie śniła... Czy będzie to jednak szczęśliwa ścieżka?

Powieść Agnieszki Lis uderzyła mnie swoim gorzkim tonem. Zaczyna się jak w bajce, choć czytelnik od razu widzi, że to tylko pozory. Jednak bohaterka kocha swojego wybranka, który niby się stara, pragnie być dobrym mężem i zależy mu na niej, ale coś podpowiada odbiorcy, że jest też druga strona medalu. Robert jest w zasadzie dużym dzieckiem. Żona ma go wielbić, zachwycać się nim, spędzać z nim upojne noce i dać mu swobodę robienia tego, na co ma ochotę. A on cóż..., lubi wyjazdy integracyjne, niezobowiązujący seks i absolutnie nie może znieść tego, że małżonka ma aspiracje i może okazać się inteligentną i kreatywną dziewczyną, a nie wiochą, za jaką mają ją teściowie i mąż. To lekkoduch, który nie dorósł do dojrzałego związku i nie potrafi odnaleźć się w roli męża i ojca. Tymczasem Monika to jego zupełne przeciwieństwo. Z osoby, która miała być sprzątaczką i matką i która z trudem przedarła się przez pierwszą książkę, wyrasta na studentkę, sekretarkę, potem jednego z najlepszych pracowników, jakiego przełożony może sobie zażyczyć. Pracoholizm, będący wynikiem przebytej tragedii czyni z niej świetną specjalistkę. Co prawda gubi siebie po drodze, ale nie można zarzucić jej braku skuteczności i stawania na wysokości powierzanych jej zadań. Skwapliwie korzysta z rad modowych udzielonych jej przez teściową.  Umie świetnie wykorzystać wszystko, czego się nauczyła. Podczas trwania akcji obserwujemy ogromną przemianę, którą przechodzi bohaterka. Autorka na jej przykładzie udowadnia, że ciężką pracą można osiągnąć sukces, że nie ma rzeczy niemożliwych, choć czasami zdobycie wysokiej pozycji sporo kosztuje. Teresa, chyba najbardziej niejednoznaczna dla mnie postać tej powieści, bo w zasadzie trudno mi stwierdzić, jaka naprawdę jest. Niby lubi synową, ale nie przestaje myśleć o niej per „wiocha”. Stara się uczyć ją życia na własnych błędach i to właśnie dzięki niej dziewczyna staje się całkiem inną osobą, choć stale obecne kompleksy i niepewność siebie musi maskować profesjonalizmem, pracowitością i szorstkim charakterem, ale w głębi duszy nadal nie ma o niej zbyt dobrego zdania. W końcu Damian, kolega ze studiów. Chłopak, który moim zdaniem bardzo pasuje do Moniki. Żałuję, że nie poznałam go bardziej i że jest to postać raczej epizodyczna niż główna, gdyż chętnie przeczytałabym coś więcej o relacji bohaterki z tym mężczyzną.

Pozytywka” to opowieść o złudzeniach szczęścia, utracie, przemianie, dojrzewaniu, nieumiejętności budowania trwałych i głębokich więzi, ale także o nienawiści i zagubieniu. Autorka świetnie pokazuje mechanizmy obronne człowieka, jego przemianę, na którą mają wpływ czynniki wewnętrzne i zewnętrzne. Ciekawie przedstawia proces adaptowania się do nowej sytuacji i przemiany kary w styl życia, pogrążania się w obowiązkach, które z czasem stają się całą rzeczywistością. Uwidacznia, jak pod maską perfekcjonizmu, ogromnej gorliwości i pomysłowości kryją się ból, strach, autodestrukcja i odraza względem siebie. Jak brak więzi domowych rodzi problemy z budowaniem własnego rodzinnego gniazda. Agnieszka Lis prowadzi czytelnika przez zmagania głównej bohaterki z żalem, samotnością i rosnącym poczuciem winy oraz autoagresją. Wprowadza w świat pozbawiony ciepła, troski, miłości, pozytywnych uczuć. Rzeczywistość, w której szuka się ucieczki od wszechobecnej samotności, niezrozumienia, w której bliźni jest obcy, a relacje z bliskimi płytkie i powierzchowne. Poznajemy zatem realia wielkiej korporacji, w której człowiek jest tylko trybikiem, nawet jeśli okazuje się złotym dzieckiem. Wart jest tyle, ile można na nim zarobić i dopóki można to zrobić. W powieści brak nadziei. Wszystko toczy się ustalonym torem w myśl zasady czas leczy rany, choć jest to proces długi i wypełniony żmudną i trwającą niemal całą dobę pracą. Obserwujemy jak zmienia się człowiek pozbawiony oparcia i choćby jednej życzliwej osoby, kogoś, kto rozświetli jego świat. Obcość, samotność, gorycz i smutek to uczucia, które wysuwają się na plan pierwszy w powieści. Nawet samo zakończenie nie jest dla mnie takie optymistyczne jakby mogło się wydawać, jest po prostu na wskroś życiowe. A jednak nie sposób oderwać się od tej książki. Czaruje, zniewala, porywa, właśnie dlatego, że jest szczera do bólu.

Jeśli lubicie prawdziwe historie, które nie stronią od trudnych tematów i pokazują siłę ludzkiej woli „Pozytywka” jest zdecydowanie dla Was. To mądra powieść, która porusza warte przedstawienia, niełatwe zagadnienia. Wnika w kobietę pozostawioną samej sobie i skazaną na łatkę „wiochy”. Kobietę, która musi od podstaw zbudować swój świat. Pokazuje również jak bardzo nasze mniemanie o sobie odbija się na innych i jak mimo sukcesów można stracić wiele lat życia. Nie jest to książka lekka, ale wciągająca i niepozwalająca oderwać się od lektury. I choć mam mieszane uczucia, co do finału historii, to ogromnie cieszę się, że ją przeczytałam, gdyż dała mi ona do myślenia, a na takie właśnie książki czeka się najbardziej. Ze swojej strony serdecznie polecam.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.


Agnieszka Lis, Pozytywka, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016.

sobota, 23 stycznia 2016

Remigiusz Mróz, Przewieszenie - Recenzja

         


Szaleńczy wyścig z czasem pośród górskich szczytów. Bestia z Giewontu powraca, a Zakopane pogrąża się w coraz większym mroku. Oliwy do ognia dolewa fakt, że pościg za złoczyńcą staje się sprawą osobistą. Włóżcie zatem wygodne buty i biegniemy!

środa, 13 stycznia 2016

Długa droga ku jasności - Agnieszka Olejnik "A potem przyszła wiosna"


„Mówiłam o tym, jak poszliśmy wieczorem na piwo, jak kochaliśmy się zawzięcie jakby to był pierwszy raz w życiu. I jak się do mnie wprowadził. O tym, że skończyły się moje pieniądze, a pracy nie było i bywaliśmy głodni, a wtedy rysowaliśmy sobie na skrawkach papieru, co zjemy, gdy już zarobimy parę groszy – bo kupowaliśmy tylko chleb i najtańszą pasztetową. (…)
Paliliśmy jednego papierosa na spółkę, piliśmy wspólną kawę, bo nie było nas stać na dwie. Ćwiczyliśmy razem role, kiedy już była praca, natrząsaliśmy się z siebie, przedrzeźnialiśmy, ale poszlibyśmy za sobą do piekła, gdyby było trzeba. Jego niepowodzenia były moimi, jego sukces uskrzydlał mnie jak własny – i wiedziałam, że tak samo było z nim. Po prostu byłam tego pewna, czułam jego wsparcie i ono dawało mi siłę”. – s. 222-223.


Świat z okładek kolorowych czasopism porywa wielu. Niektórym wydaje się, że życie celebryty jest wspaniałe. Nawet jeśli goni cię grupa wścibskich fotografów czyhających jedynie na każde, nawet najdrobniejsze potknięcie. Rozmazany makijaż, upadek, niedobrane ciuchy, rozwichrzona fryzura, łzy, problemy, wszystko to pada łupem głodnych plotek ludzi. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że znajdą się i tacy, którzy z uwypuklania niedoskonałości czy ludzkich nieszczęść się cieszą. Bo nagle okazuje się, że gwiazdy wcale nie mają tak dobrze, że ich świat to nie tylko splendor i błysk fleszy, pieniądze i same przyjemności. A czasami to takie małe ukłucie zadowolenia, że w końcu ktoś demaskuje jakąś stronę pustki tego świata. Pola Gajda jest właśnie jedną ze ściganych wszędzie celebrytek. Występuje w popularnym serialu, ma doskonałą figurę, jest w związku ze znanym aktorem i wydawać by się mogło, że żyje jak w bajce, ale to tylko pozory. Cena za to wszystko jest naprawdę wygórowana...

Kiedy w Internecie pojawią się zdjęcia, dokumentujące zdradę Grzegorza, z którym aktorka jest związana, wszystko runie jak domek z kart. Z fasady baśniowego świata zaczyna odpadać farba, ukazując prawdziwe oblicze pustki i cierpienia, jakie towarzyszą bohaterce. Zdrada przechyla czarę goryczy i sprawia, że Pola postanawia się zabić. Upija się i kładzie na torach, czekając na jak najszybsze i bezbolesne opuszczenie padołu łez i bólu. Od śmierci ratuje ją jednak paparazzo, który zrobił zdjęcia jej ukochanego z kochanką. Zabiera on pijaną dziewczynę do siebie. Kiedy aktorka trzeźwieje, opuszcza tajemnicze mieszkanie. Przez jakiś czas dochodzi do siebie, by nabrać sił do podjęcia kolejnej próby samobójczej, która również nie udaje się przez wspomnianego fotografa. Konrad powodowany nie tyle ciekawością, co wyrzutami sumienia, po raz kolejny udaremnia wysiłki Poli i w wyniku impulsu zabiera ją do swojego rodzinnego domu. Wierzy, że jeśli coś może jej pomóc to tylko pobyt w miejscu, gdzie on zawsze odnajduje spokój i jest w stanie nabrać dystansu do świata. Bohaterka trafia zatem w ręce pana Stefana, który stara się jej pomóc stanąć na nogi pełnym ciepła, troski i wyrozumiałości milczeniem. Pobyt w szpitalu, problemy z jedzeniem, dnie spędzane na spaniu i odseparowaniu od świata, brak kontaktu z kimkolwiek to początkowo cały świat Kasi, bo tak naprawdę ma na imię celebrytka. Potem jedno zdarzenie, zmienia uśpioną i przepełnioną bólem, lękiem i marazmem rzeczywistość bohaterki. Wraca mowa i pojawiają się myśli o tym, co dalej. A wszystko za sprawą psa i gojącego rany czasu. Przez śnieg zaczynają przebijać się pierwsze oznaki wiosny. Nie tylko świat zdaje się budzić do życia. Powrót jednak nie jest tak prosty jakby się wydawało. Miesiące spędzone w małym wiejskim domku wywarły zbawienny wpływ na życie Kasi, która skrywa w sobie mroczny sekret, ledwo wyglądający zza jej wierszy. Tymczasem Konrad próbuje poskładać swoje życie i znaleźć odpowiedzi na rodzące się w nim pytania. Czy jego związek z Anetą ma szansę przetrwać? Czy miłość może być oparta o seks i przywiązanie z dawnych lat, marzenie o nieistniejącej już dziewczynie? Jaki sekret skrywa owiana tajemnicą przeszłość Katarzyny? Czy wraz z wiosną można zacząć nowe życie?

Agnieszka Olejnik odziera z blichtru świat, o którym marzą nastolatki. Ukazuje powierzchowność relacji, zmieniające się upodobania i dojrzewanie bohaterów. Czytając „A potem przyszła wiosna” zastanawiałam się, co działo się w życiu bohaterki, że podjęła tak desperacji krok? Jakie tragedie czaiły się w przeszłości? Niczym Mikołaj Rej autorka zwraca uwagę, że na wsi, w miejscu, gdzie świat nie pędzi na złamanie karku, można leczyć wszelkie rany. Proste życie bez zbędnych wygód, biegających dziennikarzy, szaleńczego tempa stanowi nie tylko receptę na ukojenie nerwów, ale jest lekarstwem na zranioną duszę. „Wsi spokojna” powtarzałam za Janem Kochanowskim śledząc losy bohaterów. A właściwie wchodząc w ich historię, bo książka Agnieszki Olejnik to opowieść bardziej o tym, co dzieje się w duszy człowieka niż historia z wartką akcją. Wkraczamy w świat zmagania się z przeszłością, bardzo głębokimi ranami psychicznymi. Bohaterowie nie są mocarzami. To zwykli ludzie, którzy przeżyli mniejsze lub większe tragedie i są żywymi przykładami, że można żyć dalej na wiele sposobów. Mamy zatem ucieczkę w marzenia, a może mrzonki, podążanie za miłością, przemilczane i wyklęte tajemnice, załamania psychiczne, szukanie swojego miejsca na ziemi, wracanie do życia i walkę ze światem. Spodobało mi się skontrastowanie postaci Kasi i Urszuli. Z jednej strony bohaterki wiele łączyło, z drugiej były inne, jednak różnorodność ta wynikała z podejścia do życia. Urszula jako kobieta po przejściach znała to, z czym bohaterka dopiero się zmagała, zatem co naturalne stała się mentorką Katarzyny. Jej pogodne podejście i mądrość, które wyrosły na bazie tragicznych i przerażających doświadczeń sprawiają, że nie da się jej nie lubić. Kolejna postać, która budzi sympatię to Konrad. Mało w literaturze spotkałam mężczyzn, którzy lubią czytać książki o miłości, bardziej przejmują się innymi niż sobą i mają wysoko rozwiniętą wrażliwość. Paparazzo to mężczyzna silny, ale i czuły, inteligentny i gotowy poświęcić wszystko dla ukochanej osoby. Jednak nie może uwierzyć w przemianę, jaką przeszła Aneta. Z jednej strony widzi jej nowe oblicze, z drugiej ciągle ma w głowie obraz dziewczyny, którą pokochał, a której jak dobitnie widać, już nie ma. W końcu pan Stefan – człowiek milczenia, oaza spokoju i cierpliwości i osoba, która zdaje się znać prawdy życia. Nie odzywa się często, ale sama jego obecność jest wystarczająca. To ona zdaje się mówić, czas leczy rany, a ja czekam z pomocą. Jeśli tylko zechcesz, możesz do mnie przyjść.

Skomplikowane i naznaczone nieszczęściem życie. Wpływ jednej osoby na inne. Uczucia skrywane głęboko na dnie duszy, duszące i obezwładniające. Złe milczenie, które niszczy rodzinę i przyszłość jej członków. Tragedia odbierająca radość życia. Ponowne uczenie się oddychania i egzystowania w świecie. Zmaganie się ze sobą i pokonywanie koszmarów przeszłości. Galopada uczuć od przerażenia, przez miłość, nienawiść, obojętność po nadzieję i radość. Wszystko to odnajdziecie na kartach „A potem przyszła wiosna”. Tutaj akcja dzieje się w człowieku, którego poznajemy, z którym zżywamy się i podążamy, nie wiedząc co przyniesie przyszłość. Mnie klimat książki Agnieszki Olejnik ogromnie przypadł do gustu. Autorka zaserwowała mi to, co lubię najbardziej w literaturze, możliwość wniknięcia w uczucia drugiego człowieka. Zapoznania się z nim i nawiązania więzi. A o takich książkach się nie zapomina. Z nich uczy się zrozumienia bliźniego, cierpliwości, postępowania. Z mojej strony, serdecznie polecam!!!


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.



Agnieszka Olejnik, A potem przyszła wiosna, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

niedziela, 10 stycznia 2016

Nie trać czasu, działaj! - Austin Kleon "Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności"



„Praca, którą wykonujesz, kiedy się obijasz, prawdopodobnie jest pracą, którą powinieneś się zajmować przez resztę swojego życia”. (Jessica Hische) – s. 64

"Nihil sub sole novum" – nic nowego pod słońcem, rzecze autor natchniony w księdze Koheleta i warto zastanowić się nad tymi słowami. Od wieków ludzie sięgają po różne motywy, tropy, tematy. Niby nic się nie zmienia, bo dzieła cały czas mówią o tym, co w naszym życiu najważniejsze, ale za każdym razem w inny sposób. Co jakiś czas pojawia się pytanie o oryginalność. Dzieła, które noszą w sobie powiew świeżości, oddech nowego. Tymczasem czy faktycznie jesteśmy w stanie stworzyć coś czego jeszcze nie było? Czy w ogóle jest taka potrzeba? Jak tworzyć i być kreatywnym? Jak korzystać z kopalni cudowności, którą dają nam wieki kultury? Na te oraz inne pytania odpowiada w książce „Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności” Austin Kleon.

Burzy on powszechne podejście do kradzieży, wypowiadając najprostszą prawdę, każdy ma jakieś inspiracje, zaczyna od zera, uczy się, ma swoich mistrzów i nim stanie się samodzielnym twórcą, właśnie na nich się wzoruje. Wskazuje na to, że sięganie do nieograniczonego dorobku wieków to nic złego. Dzieła istnieją po to, by z nich korzystać. To one nas rozwijają, kształtują, sprawiają, że stajemy się tym, kim jesteśmy. Ważne, by z głową karmić się tym, co najlepsze i brać pełnymi garściami, to co oferuje nam przeszłość i teraźniejszość. Możliwości mamy wiele, w dzisiejszym świecie są one tym większe, że niemal nieograniczone. Co prawda lepiej zobaczyć na żywo monumentalne zabytki w Rzymie, ale jeśli nie stać nas na luksus wyprawy do Włoch, zawsze pozostają książki i Internet. Świat jest w zasięgu ręki. Możemy znacznie więcej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Pora zatem rozwinąć kreatywność i twórczość w nas drzemiącą…




Autor w krótkich ilustrowanych rysunkami, diagramami czy zawierających cytaty rozdziałach daje proste i przejrzyste rady jak wykorzystać śpiący w nas potencjał i stworzyć coś swojego. Przyznam, że z chęcią i uśmiechem czytałam tę książkę, pieczołowicie notując kolejne punkty, które sprawiły, że inaczej popatrzyłam na proces twórczy. Austin Kleon zdecydowanie zmienia nasze spojrzenie na inspirację i twórczość i choćby dlatego warto sięgnąć po tę pozycję a potem skraść nieco rad i wcielić je w życie.



Austin Kleon, Twórcza kradzież. 10 przykazań kreatywności, tłum. Maksymilian Gutowski, wyd. Helion, Gliwice 2013.