sobota, 27 grudnia 2014

Zanurzeni w ciemności – Iza Korsaj „Kostka”




       Czy człowiek może być z natury zły? Czy po prostu takim się staje? Co tak naprawdę czyni kogoś niezdolnym do odczuwania czegokolwiek, pustym, wyzbytym najprostszych ludzkich odruchów? Czy pogmatwane ścieżki umysłu psychopatów są niekończącą się otchłanią ciemności? Kiedy czytałam książkę Izy Korsaj do głowy cisnęło mi się wiele myśli. Teraz jeśli miałabym porównać głównego bohatera do kogokolwiek, to przypomina mi się tytułowa postać z serialu „Dexter”. Człowiek, który swoje mroczne żądze ukierunkował na uśmiercanie przestępców, a przynajmniej tak tłumaczył rozładowywanie potrzeby zabijania. W książce polskiej autorki też mamy do czynienia z szukaniem ujścia dla nieokiełznanych namiętności, bohater jest jednak nieco inny.
     „Kostka” to wciągająca opowieść o znakomitym transplantologu doktorze Marvin’ie Cross’ie, który z jednej strony jest wysokiej klasy specjalistą, ratującym innym życie, z drugiej cóż tu dużo mówić – psychopatą. Jego dochodowy interes, który nierzadko wspierany jest przez podziemie, bo przecież zawsze znajdą się potrzebne do przeszczepu organy, zapewnia mu byt na wysokim poziomie oraz możliwość wykonywania zabiegów specjalnych, które bezpowrotnie zmieniają życie pacjentów i ich bliskich. Niech nikt jednak nie myśli, że doktor robi to po prostu z dobrego serca, nic bardziej mylnego…
     Marvin nie jest bowiem dobrodusznym doktorem, który z troską pochyla się nad pacjentem i ludzkim życiem. To zimny fachowiec, który swoją przyjemną, jakby nie było pracę wykorzystuje do zdobywania pieniędzy oraz zaspokajania swoich głębszych potrzeb. Jest jak sam siebie określa Inżynierem Naprawy i to słowo będzie przewijało się przez całą książkę. Czym ona jest? Otóż o tym każdy będzie musiał przekonać się sam.
     Akcja książki rozpoczyna się od porwania i pobicia Jerry’ego Savage’a. Następnie mężczyzna zostaje zmuszony do ucieczki, którą kończy spotkanie z Cross’em. Uradowany opcją ratunku Jerry nawet nie podejrzewa, że wpadł wprost w sidła swojego oprawcy, a jego kłopoty dopiero się zaczną…
    Byłam ogromnie ciekawa „Kostki”. Obietnica wglądu w psychikę człowieka całkowicie pozbawionego uczuć i owładniętego ideą Naprawy niezmiernie mnie zaintrygowała. I nie zawiodłam się. Czytając nie mieściło mi się w głowie, jak może istnieć ktoś, kto nie czuje absolutnie niczego, nie zna podstawowych emocji ani uczuć, niezdolny jest do empatii, miłości, troski o współczuciu nie wspominając. Autorka dogłębnie odmalowała portret człowieka pełnego sprzeczności, gdyż z jednej strony ratującego życie innych, a z drugiej potrafiącego bez skrupułów pozbawiać go innych. Kogoś takiego jak Marvin Cross nie można podejrzewać o powołanie. Jego marzenie i dążenie do Naprawy napawały mnie lękiem, bo jaki może stać się człowiek po czymś takim? Jak ktoś, kto traktuje bliźniego jak zwierzynę, bo tak przecież określa swojego „pacjenta”, może stworzyć coś dobrego? Zresztą czytając o tym jak Marvin szedł po trupach do celu, czyli w jaki sposób znalazł Jerry’ego i tym co działo się później, nie mogę mieć o nim innego zdania jak bezduszny (ale to z samej definicji) psychopata.
     Za kreację głównego bohatera należy się autorce duży plus i to naprawdę przekonało mnie do „Kostki”. Historia wciągająca, choć nie nowa, gdyż znajdziemy inne książki o ideach stworzenia nowego człowieka. Czytałam ją jednak bez większych uniesień i szczerze, spodziewałam się jednak czegoś innego. Miałam apetyt na nieco bardziej rozbudowany scenariusz tej historii. Kiedy bowiem wszystko zaczęło się rozkręcać i z napiętymi mięśniami czekałam na rozwój wydarzeń okazało się, że już po krzyku. W szybkim tempie akcja została rozwiązana. Nie musiałam snuć domysłów, nie byłam wodzona za nos. Po prostu zadałam sobie pytanie, co się stało? To już? Tak szybko? Ok., ja rozumiem, że czasowo wszystko musiało to się zgadzać, ale miałam nadzieję na bardziej dogłębny opis wydarzeń. Tymczasem poczułam się trochę oszukana, wszystko stało się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pocieszam się jednak, że wynika to z faktu, że jest to pierwszy tom o doktorze Cross’ie, preludium do tego, co czeka czytelników w kolejnych częściach. Przyznam, że samo zakończenie jednak mnie zaskoczyło. Nie tego się spodziewałam.
Ogólnie rzecz biorąc, dla tych którzy lubią historie o psychopatach i chcą zanurkować w ich umysł „Kostka” będzie ciekawą lekturą.



Iza Korsaj, Kostka, wyd. Nova Res, wyd. I, Gdynia 2013. 

piątek, 26 grudnia 2014

Książkowe święta :D

No i się stało. Jaką radość może mieć mól książkowy? Kiedy jego choinka jest mniejsza od stosu książek, które pojawiły się pod nią :D 
A jak!!!




A więc czas na przegląd tego, co nowego pojawiło się na moich półkach :D 
Ponieważ nie czytałam moich nowych nabytków, podaję informacje z okładek, gdyby ktoś chciał wiedzieć o czym jest dana książka. :-)

1. Cecelia Ahern "PS Kocham Cię"

"Holly i Gerry od dzieciństwa stanowią nierozłączną parę. Rozumieją się wpół słowa, śmieją się nawet wtedy, kiedy się kłócą, nikt - a szczególnie oni - nie potrafi sobie wyobrazić, że mogliby się rozstać. A jednak... Śmierć Gerry'ego wstrząsnęła kobietą do głębi. Holly jest przekonana, że już nigdy nie zazna szczęścia. W dniu jej trzydziestych urodzin spotyka ją jednak coś, czego nie potrafi wytłumaczyć: otrzymuje list od nieżyjącego Garry'ego. Po pierwszym liście przychodzą kolejne, a każdy kończy się takim samym dopiskiem: PS Kocham Cię. Na przekór wszystkiemu w sercu kobiety rozkwita nadzieja, bo miłość okazuje się silniejsza od śmierci".


2. Lois Lowry "Skrawki Błękitu" t. 2 "Dawcy"

"Kiedy Kira, utalentowana dziewczyna z okaleczoną nogą, zostaje sierotą, musi walczyć o przetrwanie w brutalnej, prymitywnej społeczności zaślepionej uprzedzeniami. Według mieszkańców wioski jest leniwa i bezużyteczna - najlepiej byłoby, jak wcześniej innych, porzucić ją na żer dzikich bestii...
Ocalona od pewnej śmierci przez Radę Opiekunów, która pragnie wykorzystać jej talent, Kira zaczyna dostrzegać, że ratunek ma swoją cenę i wiąże się z ogromną odpowiedzialnością. Gdy powoli odkrywa mroczne sekrety swojego świata, zaczyna pojmować, że duma z przeżytego bólu nie wystarczy - teraz Kira musi odnaleźć w sobie siłę, by zakwestionować fundamenty całej społeczności i po raz pierwszy stawić czoło prawdzie". 


3. Lois Lowry "Dawca" t. 1 "Dawcy"

"W społeczności, w której żyje Jonasz, wszystko jest idealne. Specjalnie dobrane kobiety rodzą dzieci, które trafiają potem do odpowiednich jednostek zwanych komórkami rodzinnymi. Każdy ma przypisanych rodziców i pracę. Nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, by zadawać pytania. Wszyscy są posłuszni. Nie ma konfliktów, nierówności, rozwodów, bezrobocia, niesprawiedliwości... ani możliwości wyboru.
Wszyscy są tacy sami.
Z wyjątkiem Jonasza.
Podczas ceremonii dwunastolatków dzieci z dumą przyjmują przydzielone im życiowe role. Ale dla Jonasza wybrano coś specjalnego. Ma rozpocząć szkolenie u tajemniczego starca zwanego Dawcą. Jonasz stopniowo uczy się, że moc tkwi w uczuciach. Ale kiedy jego własna siła zostaje wystawiona na próbę - kiedy musi uratować kogoś, kogo kocha - może nie być gotowy. Czy jest za wcześnie? Czy za późno?"


4. Remigiusz Mróz "Chór zapomnianych głosów"

"Okręt badawczy "Accipiter" przemierza bezkres kosmicznej próżni, a jego załoga pogrążona jest w głębokiej kriostazie. Nieliczni świadomi są dramatu, który rozgrywa się na pokładzie.
Astrochemik Håkon Lindberg budzi się przedwcześnie z kriogenicznego snu i widzi, jak ginie jeden z ostatnich członków załogi.
Prócz niego rzeź przetrwał tylko nawigator, Dija Udin Alhassan. Czy to on jest odpowiedzialny za fiasko misji? A może stoi za tym jakaś niewypowiedziana siła? Obca cywilizacja? Nieokreślony byt? Ludzkość podróżuje między gwiazdami, odkrywa miriady światów, ale nigdy nie napotkała żadnych oznak życia".


5. Emily Brontë "Wichrowe wzgórza"

"W czasach, w których żyła autorka, książka nie spotkała się z uznaniem, jej treść uważano za zbyt brutalną i niezgodną z obowiązującymi normami. Po latach doceniono jej wartość artystyczną i dzisiaj należy do klasyki literatury światowej. To niezwykła opowieść o miłości, namiętności, nienawiści i zemście. Jej bohaterami są członkowie rodzin Earnshawów i Lintonów. Kluczową rolę w tej historii odgrywa tajemniczy Heathcliff". 



6. David Nicholls "Jeden dzień"

"Emma i Dexter spotykają się w noc po ceremonii zakończenia studiów. Jutro każde pójdzie własną drogą. Gdzie będą za rok? Za dwa lata? I każdego następnego roku?"










7. John Ronald Reuel Tolkien "Silmarillion"

"Silmarillion to zbiór opowieści o Dawnych Dniach, czyli o Pierwszej Erze Świata, poprzedzającej epokę, w której rozgrywa się akcja Władcy Pierścieni. Legendy i mity sięgają zamierzchłych czasów, gdy pierwszy Władca Ciemności, Morgoth, przebywał w Śródziemiu, a elfy Wysokiego Rodu toczył z nim wojnę, by odzyskać Silmarile, trzy "świetliste klejnoty", w których przetrwało światło Dwóch Drzew Valinoru. Oprócz historii Silmarilów książkę wypełniają legendy o Ainurach, Valarach, upadku Númenoru i Pierścieniu Władzy. Razem składają się na niepowtarzalny obraz dziejów - od Muzyki Ainurów, z której zrodził się świat, aż do końca Trzeciej Ery, gdy powiernicy Pierścienia odpłynęli z Szarej Przystani..."


8. Cecelia Ahern "Love, Rosie"

"Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex odważą się ją wykorzystać?"



9. Charles Martin "Pomiędzy nami góry"

Co prawda czytałam już tę książkę, ale to jedna z tych powieści, które po przeczytaniu chcesz mieć na półce :-).
"Nad lotnisko w Salt Lake City nadciąga śnieżyca. Dwoje pasażerów musi jak najszybciej dostać się na wschodnie wybrzeże. Ashley, felietonistka, spieszy się na własny ślub. Ben, chirurg, następnego dnia ma stanąć przy stole operacyjnym. Jednak ich rejs zostaje odwołany. W desperacji wynajmują awionetkę. Mają pecha. Ich samolot rozbija się na pustkowiu. Rozpoczyna się walka o przetrwanie. Czy pośród bólu, głodu i lęku rozbitkowie pokonają góry odcinające ich od cywilizacji i te, które wyrastają pomiędzy nimi?"


10. Ransom Riggs "Osobliwy dom Pani Peregrine"

"Życie Jacoba nie zapowiadało się ekscytująco. Pogodził się z myślą, że nigdy nie zostanie odkrywcą i nigdy nie będzie miał wielu przyjaciół. Ważne miejsce w jego życiu zajmował dziadek. To on najbardziej mu imponował i to on opowiadał mu najlepsze historie na dobranoc o pogodnym sierocińcu na walijskiej wysepce, ukrytym przed złem, wojną i potworami... Aż pewnego dnia dziadek Portman umarł w niejasnych okolicznościach.
I wtedy wszystko się zaczęło...
Jacob wyrusza na odciętą od świata wyspę, by zgłębić jej tajemnice. Czy zmierzy się z potworami ze swoich snów? Czy osobliwe dzieci ze starych fotografii naprawdę istniały? Co jest bajką, a co prawdą? Co jest faktem, a co urojeniem?"


11. Eleanor Catton "Wszystko, co lśni"

"Lata 60. XX wieku, Nowa Zelandia. Trwa gorączka złota. Pewnej burzliwej nocy na wyspę przybywa Walter Moody, który marzy o tym, aby dorobić się fortuny na tym cennym kruszcu. Tuż po zameldowaniu się w hotelu jest świadkiem dziwnego zgromadzenia: dwunastu mężczyzn spotyka się w palarni, by przedyskutować serię niewyjaśnionych zdarzeń - okazuje się, że miasto Hokitika skrywa wiele tajemnic.
Wkrótce okaże się, że losy wszystkich mężczyzn biorących udział w tajnej naradzie są ze sobą powiązane. Każdy z nich ma swoje sekrety i grzechy na sumieniu. Każdy z nich przybył do Nowej Zelandii z innego zakątka globu, aby zdobyć fortunę. Złoto jednak ma to do siebie, że choć lśni kuszącym blaskiem, zawsze jest go za mało..."


12. Jaume Cabré "Wyznaję"

"To trzymające w napięciu do ostatniej strony wyznanie miłosne i spowiedź człowieka starającego się przeniknąć istotę zła - w świecie i sobie samym. Historia chłopca dorastającego samotnie wśród książek, który musi zmierzyć się z rodzinnymi tajemnicami. Za sprawą osiemnastowiecznych skrzypiec zagłębia się w mroki dziejów hiszpańskiej inkwizycji i piekła dwudziestowiecznej Europy". 




Na koniec bonus, który wygrałam w konkursie Anity z Book Reviews by Anita :*

13. Gillian Flynn "Zaginiona dziewczyna" 

"Jest upalny letni poranek, a Nick i Amy Dunne obchodzą właśnie piątą rocznicę ślubu. Jednak nim zdążą ją uczcić, mądra i piękna Amy znika z ich wielkiego domu nad rzeką. Podejrzenia padają na męża. Nick coraz więcej kłamie i szokuje niewłaściwym zachowaniem. Najwyraźniej coś ukrywa i bez wątpienia daleko mu do wymarzonego ideału - ale czy rzeczywiście jest zabójcą? Z siostrą Margo u boku próbuje udowodnić swoją niewinność. Jednak jeśli Nick nie popełnił zbrodni, co się stało z jego żoną?"


A co Wy dostaliście pod choinkę??? Piszcie!

Zimowe książki

Ponieważ za oknem mamy niemal wiosnę, postanowiłam nieco oziębić klimat. Oto kilka pozycji mroźno-zimowych, w których albo wszystko zaczyna się od zimy albo jest ona tłem akcji. Jest ich oczywiście więcej, ja wybrałam poniższe :-)

1. Mark Helprin "Zimowa opowieść" 

Peter Lake podczas rabunku nie spodziewa się, że spotka kobietę, która odmieni jego życie. Krótka chwila wystarczy, by Beverly Penn stała się najskuteczniejszym złodziejem, jakiego znał, złodziejem jego serca. Powieść Helprina to współczesna baśń o tym, co drzemie w ludziach, o ścierających się ze sobą siłach dobra i zła oraz o miłości, która potrafi czynić cuda :-).




2. Charles Martin "Pomiędzy nami góry" 

Dwójka ludzi, którzy pragną wygrać wyścig z czasem. Ona musi zdążyć na swój ślub, on dotrzeć na czas do szpitala, by przeprowadzić operację. Nie znają się, nic o sobie nie wiedza, ale ważne wydarzenia łączą ich i czynią pasażerami tej samej awionetki. Niestety los bywa przewrotny i dochodzi do wypadku. Gdy Ashley i Ben budzą się, zostają postawieni przed trudnym faktem - wśród ośnieżonych gór przyjdzie im zawalczyć o swoje życie.


3. Kate Atkinson "Jej wszystkie życia"

Jeden dzień, wielka zamieć śnieżna, narodziny, śmierć i powtórne narodziny. Bohaterka, która jak w "Dniu świstaka" ma możliwość przeżywania chwil od nowa. Czy jest to dobre dla człowieka? Czy można chcieć żyć kilka razy i w końcu ułożyć sobie przyszłość tak, jak się tego pragnie? A może zamiast błogosławieństwem, taka możliwość staje się przekleństwem?




4. Richard Paul Evans "Szukając Noel"

Czasami życie zdaje się nas przerastać. Kiedy wszystko się nie udaje, człowiekowi zaczyna brakować nadziei. W takim stanie znajduje się Mark Smart. Po śmierci matki i wielu niepowodzeniach życiowych, dochodzi do tego punktu, w którym nie chce już dalej egzystować. Na swojej drodze spotyka jednak Macy, która udowadnia, że można żyć nawet po bardzo trudnych przejściach. Dziewczyna opowiada mu o przeszłości naznaczonej przerzucaniem z jednej rodziny zastępczej do drugiej oraz rozłąką z siostrą. Pomiędzy tą dwójką zranionych ludzi zaczyna rodzić się uczucie, a to dopiero początek wydarzeń...

5. Charles Dickens "Opowieść wigilijna" 

Któż nie zna tej książki i jej wersji filmowych, a nawet kreskówkowych? Ebenezer Scrooge to synonim skąpstwa, nieczułości, egoizmu, małostkowości i wszystkiego, co złe. A jednak mocno potrząśnięty przez duchy nagle wraca do życia. Piękna opowieść o tym, że każdy powinien zatrzymać się od czasu do czasu i zweryfikować swoje zachowanie, zastanowić się nad tym, jakie wywiera ono skutki dla otoczenia. Autor jednak daje nadzieję, mocno podkreśla, że każdy bez wyjątku może się zmienić, czasami trzeba tylko mocnego bodźca.

6. Clive Staples Lewis "Opowieści z Narnii. Lew czarownica i stara szafa" t. 1

Przybywając do starego domu rodzeństwo Pevensie nie spodziewa się, że znajdzie w nim magiczną szafę, która jest bramą do niezwykłej krainy zwanej Narnią. Świata pełnego czarów, baśniowych stworzeń oraz mrozu i śniegu. By odnaleźć Edmunda porwanego przez złą Białą Czarownicę Łucja, Piotr i Zuzanna wyruszają na pełne przygód spotkanie z Aslanem, władcą Narnii. 




7. Markus Zusak "Złodziejka książek"

Wszystko zaczyna się od podróży pociągiem przez zaśnieżoną okolicę. Narrator spotyka w nim dziewczynkę, która mocno przykuwa jego uwagę. Będzie on jej towarzyszył jeszcze nieraz podczas życiowej drogi i obserwował jak Liesel Meminger uczy się czytać ze skradzionego "Podręcznika grabarza" a następnie zanurza się w świat słów z kolejnych skradzionych książek, jak zawiązuje przyjaźnie, przywiązuje się do nowej rodziny i stara się być dobrym człowiekiem w przesiąkniętych nazistowską ideologią hitlerowskich Niemczech. 

8. Gayle Forman "Zostań, jeśli kochasz"

Jeden wolny dzień, trochę śniegu i podróż do dziadków wystarczy, by życie Mii uległo całkowitemu rozpadowi. Chwila, w której dziewczyna traci niemal wszystko wywraca jej świat do góry nogami. Pomiędzy wydarzeniami po wypadku poznajemy historię głównej bohaterki, jej relacje z bratem i rodzicami, przyjaciółmi, chłopakiem oraz miłość do muzyki. Opowieść o tym, jak trudno poradzić sobie ze stratą oraz tym, co daje nam siłę do życia i chęć do zmagania się z bolesną codziennością. 

9. Eovyn Ivey "Dziecko śniegu"

Książka, która była nominowana do nagrody Pulitzera. Oparta na starej rosyjskiej baśni o Śnieżynce, pełna magii oraz emocji opowieść o tym, jak bardzo pragniemy miłości i obecności drugiego człowieka. 









10. George Raymond Richard Martin "Gra o tron" t. 1 "Pieśń lodu i ognia"

Kolejna książka o której nie trzeba mówić, ale jeśli ma być zimowo to musiała się tutaj pojawić!!! Nadciąga zima, a mimo to możni walczą o tron, który musi być koszmarni niewygodny (wystarczy na niego popatrzeć) ;-). Spiski, intrygi, fałsz, podchody, donosicielstwo, aż strach pomyśleć, że można żyć w świecie, który nie daje żadnego oparcia, gdyż wszędzie roi się od ludzi, którym stanowczo nie można ufać i gdzie ściany mają uszy. Między bohaterami toczy się walka o władzę która tak ich absorbuje, że nie zauważają prawdziwego zagrożenia, które nadciąga zza muru, lodowej i nieprzyjaznej człowiekowi krainy, w której żyją i gotują się do ataku Inni nazywani również Białymi wędrowcami. 

Na koniec wisienka na torcie :D wszystkie książki Remigiusza Mroza, w końcu miało być mroźnie ;-)







czwartek, 25 grudnia 2014

W tę świętą Noc

    Ten najpiękniejszy w roku dzień, kiedy serca przepełnia radość, ciepło, miłość, wiara, nadzieja. Ten magiczny czas, gdy wszystko wydaje się piękniejsze i prostsze, gdy więcej w nas dobroci, zrozumienia, a czasami zabiegania. To chwile, które spędzamy w gronie rodzinnym, gdy możemy odpocząć, poczuć się jak wówczas, gdy byliśmy dzieckiem i świat był ogromny, ciekawy, pełen niespodzianek :-) i wierzcie mi, nadal taki jest. 

W te święta Bożego Narodzenia pragnę życzyć każdemu zdrowia, radości, ciepła, miłości, wiary i nadziei. Niezapomnianych chwil przy rodzinnym stole, pokoju, spełnienia wszystkich marzeń oraz błogosławieństwa dzisiejszego Solenizanta. Wspaniałych prezentów pod choinką, szczególnie tych książkowych i pięknych, wciągających historii w tym wolnym czasie. 
Ewelina



    A ponieważ to literacki blog, to zakończę wierszem ks. Jana Twardowskiego "Pomódlmy się w Noc Betlejemską".

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,
w Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
by wszystko się nam rozplatało,
węzły, konflikty, powikłania.

Oby się wszystkie trudne sprawy
porozkręcały jak supełki,
własne ambicje i urazy
zaczęły śmieszyć jak kukiełki.

Oby w nas paskudne jędze
pozamieniały się w owieczki,
a w oczach mądre łzy stanęły
jak na choince barwnej świeczki.

Niech anioł podrze każdy dramat
aż do rozdziału ostatniego,
i niech nastraszy każdy smutek,
tak jak goryla niemądrego.

Aby się wszystko uprościło -
było zwyczajne - proste sobie -
by szpak pstrokaty, zagrypiony,
fikał koziołki nam na grobie.

Aby wątpiący się rozpłakał
na cud czekając w swej kolejce,
a Matka Boska - cichych, ufnych -
na zawsze wzięła w swoje ręce.


Za oknem ciepło jak na wiosnę, a pod choinką Mróz :D

poniedziałek, 22 grudnia 2014

O świątecznych prezentach i motywatorach czytelniczych :-)

     Święta tuż tuż. Choinka ubrana, mieszkanie ogarnięte. Jeszcze tylko trochę czasu spędzonego w kuchni i będzie można spokojnie zasiąść do Wigilii. Spędzić czas w rodzinnym gronie, a wieczorami oddać się czytelnictwu :-).
     Moje prezenty jeszcze w drodze. Liczę jednak na to, że dotrą nim zaświeci pierwsza, najbardziej magiczna w całym roku gwiazdka i znajdą się na moich półkach w te święta. 
     Plany czytelnicze, jakie miałam uległy trochę zmianie a to przez pewną ogromnie sympatyczną osobę imieniem Anita, której kanał na youtube gorąco polecam :-). Książka, którą wygrałam w konkursie dotarła do mnie w tempie ekspresowym, a dedykacja sprawiła, że "Zaginiona dziewczyna" zdeklasowała wszelkie inne zaplanowane przeze mnie na okres świąteczny lektury :-). Anita, jeszcze raz ogromnie dziękuję za książkę i dedykację :*.


 














     Święta zapowiadają się ciepło, rodzinnie i książkowo. Czegóż chcieć więcej? Co na mnie czeka? Na pewno wspomniana wyżej pozycja oraz "Jej wszystkie życia" Kate Atkinson. Jeśli czasu starczy to również "Zimowa opowieść" Marka Helprin'a, "Wieża milczenia" Remigiusza Mroza a pod koniec roku "Chór zapomnianych głosów" tegoż autora i "Pan Mercedes" Stephena King'a. 
     A na koniec zimowy motywator czytelniczy z przymrużeniem oka ;-). Bo czytać naprawdę warto, to nie tylko umila czas, ale rozwija nas, kształci, zmienia.



środa, 17 grudnia 2014

Dylematy mola książkowego

     


     Święta tuż tuż..., w pracy szaleństwo, w domu szaleństwo, a człowiek chciałby się wyspać i poczytać ;-). 
     Czekają nie tylko obowiązki codzienne, ale i świąteczne przygotowania. Co prawda chciałam zrobić sobie alternatywną wersję choinki z książek, ale przecież i tę tradycyjną trzeba ubrać, a dodać należy, że lubię tę magiczną atmosferę świąt :-).
     Tylko kiedy w tym wszystkim znaleźć czas na lekturę? Brnę codzienni choćby po kilka stron nim ze zmęczenia opadnie mi głowa i zasnę nad lekturą. Pocieszam się jednak kilkoma wolnymi dniami, podczas których będę miała wieczór na spotkanie z historiami, które zawsze mnie pochłaniają. A że grudzień to czas zimy nie zabraknie kryminałów i oczywiście Mroza!!! Jak zima to i Mróz musi być :-)!!!
     I tak się zastanawiam patrząc na te wszystkie promocje..., skąd wziąć na to kasę ;-) i czy mi kiedyś będzie dość książek? Cóż... pytanie retoryczne. Książkoholizm jest nieuleczalny, a zresztą po co go leczyć? Dzięki Bogu za biblioteki, bo musiałabym chyba jeść moje książki ;-).
     A więc wracając do obowiązków dnia wolnego i mając nadzieję na wieczór z książką, życzę wszystkim dobrego dnia i choćby kilku stron magicznej opowieści, która sprawi, że będzie on jeszcze lepszy :*

środa, 10 grudnia 2014

Zabawa w kotka i myszkę – Simon Beckett „Chemia śmierci”



„Znaliśmy również bestię, która je zabiła.

     Świadomość ta powoli zapuszczała korzenie, gdy wyruszaliśmy na poszukiwania. I chociaż jeszcze nie rozkwitła, puszczała już pierwsze pędy. Widać to było choćby po tym, jak ludzie na siebie patrzyli. Wszyscy słyszeli o mordercach, którzy uczestniczyli w poszukiwaniach. O tym, że publicznie wyrażali odrazę i współczucie, że wylewali krokodyle łzy, mając na rękach ledwie zaschniętą krew ofiary i serce ropiejące od jej ostatnich krzyków i błagań. Dlatego chociaż rozgarniając trawę i zaglądając pod każdy krzak, mieszkańcy Manham okazywali wielką solidarność, zaczynała lęgnąć się wśród nich podejrzliwość”. 



   Doktor David Hunter to tajemnicza postać. Ten wybitny specjalista w dziedzinie antropologii sądowej pewnego dnia przybywa do Manham, małego miasteczka, by zostać lekarzem. Jego decyzja podyktowana jest chęcią ucieczki od bliżej nieznanej czytelnikowi przeszłości. Postanawia on zatem zacząć nowe życie w nudnej, spokojnej i oddalonej od zgiełku cywilizacji mieścinie. Nie podejrzewa jednak, że i takie miejsca kryją w sobie mroczne sekrety.
       Wszystko zaczyna się od znalezienia rozkładających się zwłok. Następnie pojawiają się martwe zwierzęta. Zostaje porwana jedna z mieszkanek Manham, a to dopiero początek. Z upływem czasu sytuacja tylko się zaognia. Pomimo trwającego śledztwa niewiele wiadomo. Czas ucieka, a ofiar przybywa. Jak poradzi sobie z tym wszystkim detektyw Mackenzie i David Hunter? Czy odnajdą sprawcę i zdołają zatrzymać rozkręconą spiralę makabrycznych wydarzeń? 
       Książka Simona Becketa wciągnęła mnie na kilka wieczornych chwil. Czytało się ją zachłannie, pragnąc poznać odpowiedź na pytanie, które zadaje sobie każdy czytelnik, czy dobrze wytypowałem mordercę J. Powiem szczerze, że choć dość wcześnie właściwa osoba pojawiła się w kręgu moich podejrzeń, to do samego końca autor zwodził mnie i wodził za nos, tak prowadząc akcję, by poddawać w wątpliwość mój wybór i o to chodzi w kryminałach i thrillerach. Przeskakiwałam więc między bohaterami z domysłami, a może to jednak ten, a może tamten, choć nieźle byłoby gdybym trafiła ;-). Okazało się, że miałam rację, choć pewność uzyskałam dopiero na końcu, który był jednak dla mnie zaskoczeniem. 
    „Chemia śmierci” już na samej okładce miała napis, który gwarantował mi niezapomniany czas spędzony z ciarkami na plecach. "Już po trzydziestu sekundach przechodzi cię dreszcz. Po minucie masz serce w gardle. A kiedy kończysz czytać, dziękujesz Bogu, że to tylko powieść". Tak się zastanawiam czy jestem już przez te lata, które spędziłam na tej ziemi tak uodporniona, że faktycznie moja wytrzymałość na makabryczne rzeczy jest zwiększona czy po prostu jednak powieść Beckett’a nie jest aż tak krwawa i straszna. Oczywiście mamy psychopatę i jego pokręcony umysł, ból i znęcanie się zarówno psychiczne jak i fizyczne nad kobietami oraz mordowanie zwierząt, ale to jednak nie to, co obiecują wspomniane wyżej słowa. Jest źle, ale spodziewałam się czegoś o wiele gorszego. Myślałam, że będę ze zdenerwowania niemal gryźć poduszkę albo zakładkę do książki ;-), że historia wbije mnie w fotel i nie pozwoli od siebie odejść. A jednak nie…
    Dostałam wciągającą powieść, w której autor bardzo dobrze manipuluje różnymi wskazówkami, rzuca cień podejrzenia to na jedną, to na drugą osobę, gdyż podobnie jak narrator powieści, doktor David Hunter czytelnik stopniowo odkrywa prawdę. Podobało mi się ukazanie małomiasteczkowej atmosfery zamkniętej społeczności, która za swoich uważa jedynie tych, którzy od urodzenia byli w ramach jej struktur. Pozostali, choćby mieszkali w Manham od wielu lat, nadal pozostawali obcymi. Szczególnie uwidaczniało się to w perspektywie zagrożenia, kiedy każdy był potencjalnym podejrzanym, nawet dobrze znany sąsiad, a co dopiero przybysz z zewnątrz. Budzące się w mieszkańcach wątpliwości, zagrożenie, strach a potem nieufność, dodają całej powieści smaczku. Zabrakło mi nieco wniknięcia w psychikę agresora oraz lepszego ukształtowania pewnych bohaterów, ale autor stworzył ciekawe postaci. Przyznam szczerze, że chciałabym nieco lepiej poznać pastora Scarsdale’a i detektywa Mackenziego, gdyż wydali mi się interesującymi osobami. Szczególnie zaś zaintrygowało mnie to, jakimi wartościami kierował się tak naprawdę duchowny i do jakiego celu dążył.
    Pomimo zbyt przesadzonej reklamy zawartej na okładce i retardacji, jaką zastosował autor, wplatając w wydarzenia wątek miłosny, z całą pewnością mogę powiedzieć, że „Chemia śmierci” to książka godna uwagi. Wciągająca, pełna napięcia i z zaskakującym zakończeniem, bo nie da się go do końca przewidzieć J, jest naprawdę rozgrzewającą lekturą na zimowe wieczory. 


Simon Beckett, Chemia śmierci, przeł. Jan Kraśko, wyd. Amber, Warszawa 2006.

wtorek, 2 grudnia 2014

Miłość ponad śmierć – John Green „Gwiazd naszych wina”


„Ale nawet wówczas bolało. Ból był ciągle obecny, wciągał mnie do wewnątrz, domagając się, bym go czuła. Miałam wrażenie, że budzę się z tego bólu tylko wtedy, gdy coś w świecie zewnętrznym nagle wymaga mojej uwagi lub komentarza.”




   Choroba potrafi pozbawić człowieka wszystkiego – siły fizycznej, duchowej, marzeń, perspektyw na coś dobrego w życiu, bo jest swoistym wyścigiem z czasem. Każdy autor podejmujący temat, przedstawia walkę bohaterów z dolegliwościami nieco inaczej, ale pewne elementy pozostają wspólne. Bez względu na to, jaki silny i wspaniały nie byłby bohater, nigdy nie uniknie on cierpienia, samotności, nieraz bezsilności, buntu i pragnienia posiadania jeszcze odrobiny czasu na spełnienie marzeń.
    Ciężko pisać o tej książce nie popadając w banały, nie powtarzając kolejnych recenzji, których jest mnóstwo, bo kto nie zna „Gwiazdy naszych wina”? Ale staję do walki ;-).
   Hazel Grace jest inteligentną, oczytaną, ale przede wszystkim bardzo ironiczną osobą, która uważa, że większość zachowań i odczuć jest efektem ubocznym umierania, a nie raka na którego choruje. Cóż trzeba przyznać, że umieranie jest efektem końcowym tego wrednego paskudztwa, które tak skutecznie zaatakowało jej płuca, że nie może poruszać się bez butli tlenowej ani spać bez podłączenia do specjalnej aparatury. Poza chodzeniem do college’u oraz uczęszczaniem na spotkania grupy wsparcia, które raczej nastrajają ją pesymistycznie bohaterka całe dnie spędza w domu na czytaniu książek i oglądaniu telewizji. Dziewczyna wydaje się zrezygnowana, nie czeka na nic dobrego, unika spotkań z rówieśnikami, od których oddaliła się przez chorobę. Izolowanie się sprawia, że nie potrafi ona podtrzymać relacji, które poluzowały się przez lata i są podszyte niezręcznością ze względu na jej raka. Hazen raz po raz czyta „Cios udręki” niejakiego Petera van Houtena, człowieka który zdaje się rozumieć ją jak nikt inny. 
     Wszystko zmienia się jednak w dniu, w którym poznaje Augustusa Watersa, przystojnego, dobrze zbudowanego byłego koszykarza, który wywinął się chorobie, choć ta odebrała mu nogę. Pomimo ironicznego podejścia do życia bohaterka zyskuje sympatię chłopaka, z którym zaczyna ją łączyć nie tylko fascynacja „Ciosem losu”, ale również głębsze uczucie. Dodajmy do tego przyjaciela Augustusa, Isaaca który musi się zmagać z postępującą chorobą i swoją dziewczyną i mamy świat, w którym problemy wyglądają nieco inaczej niż zazwyczaj. 
  Zaskoczyli mnie bohaterowie książki Johna Green’a. Dobrze skontrastowany z Hazel Augustus, chłopak pełen optymizmu, spokoju, zapału i pragnienia życia. Inteligentny, uwielbiający metafory i świat, tworzy z nią ciekawą parę i ożywia ten związek. To właśnie kogoś takiego potrzebuje bohaterka, by wyjść ze swojej skorupy i przestać lękać się, że zrani ludzi dookoła. Spodobała mi się również kreacja Isaaca, który choć odgrywa pośrednią rolę, ze swoimi wzlotami i upadkami jest bardzo realną postacią. 
    „Gwiazd naszych wina” jest książką przyjemną w czytaniu. Język nie jest trudny, a górnolotnych przemyśleń nie ma tak wiele. Kiedy pojawiają się w formie myśli i tekstów autora „Ciosu udręki” wszystko jest w porządku, kiedy jednak czytam niepasujące do tak młodych bohaterów wypowiedzi, jestem nieco zbita z tropu. Rozumiem, że chore dzieci i nastolatki szybciej dojrzewają, ale albo Hazel i Augustus są bardzo wyjątkowymi postaciami, albo autor jednak trochę przesadził, choć biorąc pod uwagę fakt, że dziewczyna tyle razy czytała dzieło van Houtena, że przesiąkła jego klimatem to może jenak bez problemu wypowiadała się w podobnym stylu. Czegoś mi jednak zabrakło w książce. Niby mamy w niej miłość (i tu nawet nie chodzi o to, że autorzy przyzwyczaili nas do fajerwerków) ale żyje ona nieco poza bohaterami. Mało o niej wiemy i to właśnie słaby punkt lektury. Obserwujemy losy bohaterów, ale wszystko dzieje się bardzo schematycznie i ascetycznie, choć pewne wydarzenia bardzo mi się podobały, jak choćby wiele mówiąca scena niszczenia pucharów.
   Myślę, że choć ostrożnie je zarysowując, autor poruszył ważne kwestie. Pokazał czego może bać się chora osoba i dlaczego nieraz z własnej woli rezygnuje z prawdziwego życia. Związek między dwojgiem chorych jest z jednej strony łatwiejszy, z drugiej strony trudniejszy niż relacja zdrowy-chory. Ciężko odmalować lęki, wątpliwości, sprzeczności, jakie targają osobą obarczoną takim bagażem, jakim jest nieuleczalna choroba, ale na przykładzie Hazel John Green pokazuje, że zawsze warto kochać, próbować i nie rezygnować z niczego, bo nie wiadomo jak potoczy się nasze życie. 
    „Gwiazd naszych wina” to ciepła książka o relacji, która zrodziła się niespodziewanie i wywróciła do góry nogami poukładane życie Hazel i pozwoliła Augustusowi na przeżycie wielkiego uczucia. To w końcu książka o tym, czym choroba jest dla chorych, ich rodzin i przyjaciół. 


John Green, Gwiazd naszych wina, przeł. Magda Białoń-Chalecka, wyd. Bukowy las, Wrocław 2013.

Otuleni poezją





       Warto wyrwać się z zagonionego świata i przenieść do całkowicie innej rzeczywistości. Dzisiaj miałam okazję być otulona tajemniczą mgłą poezji. Wieczór, za oknami ciemność i chłód, a ja siedziałam w ciepłej bibliotece i przy zapalonych świecach i akompaniamencie pięknej muzyki słuchałam utworów Adama Opałki, dopiero wschodzącej gwiazdy na poetyckim niebie. 
          Powiem szczerze, że nie wiedziałam, czego się spodziewać. Nie słyszałam o autorze wcześniej, ale lubię poznawać nowych, ciekawych ludzi, a już szczególnie jeśli są twórcami. Zastanawiałam się, co przedstawi poeta i nie zawiodłam się.



    Wraz z innymi uczestnikami spotkania zostałam wprowadzona w świat delikatnych, a jednocześnie mocno wybrzmiewających słów. Światów baśni, radości, smutków, melancholii, marzeń i tęsknot. Najbardziej urzekł mnie wiersz o psie, który odchodząc opowiada o tym, czym była jego relacja z panem, jak widział świat i swojego właściciela. Spodobał mi się zabieg uczynienia go podmiotem lirycznym, ukazania świata z jego perspektywy. Trochę przypomniał mi się kot w pustym mieszkaniu, z tą różnicą, że tym razem odchodził pies a człowiek pozostawał. 
         Poza piękną muzyką mogłam również usłyszeć jak wiersze deklamuje nie tylko autor, ale i jego żona, autorka ilustracji do prezentowanego tomiku "Opowieści liryczne". Ostatnią niespodzianką był króciutki film, opowiadający historię pewnego zdarzenia. Urzekła mnie atmosfera ciepła i melancholii spotkania. Wiersze autora, które nazywa opowieściami lirycznymi ze względu na zawarte w nich historie i długość, są warte uwagi i głębszego zapoznania się z nimi. Przenoszą czytelnika do innej rzeczywistości, wywołują wiele emocji i skłaniają do zastanowienia się nad wieloma sprawami. 



Książkoholizm nieuleczalny ;-)

     

    
     Kolejne pozycje, które chciałabym przeczytać dopisane do niekończącej się listy... Zastanawiam się, czy starczy mi życia na przeczytanie tego wszystkiego ;-) Jak to jest, że zbitki liter zaklęte w słowa tak zajmują moją uwagę? Gdyby przecież nie ludzka inwencja to wszystko byłoby martwe. Nie byłoby języka, nie byłoby książek. Ale są..., a ja razem z nimi. Są opowieści, które sprawiają, że staram się dociec, co innym siedzi w sercu i głowie. I przypominają mi się godziny spędzone na kanapie czy w łóżku, podczas których zagłębiałam się w historie...
     Zawsze byłam spragniona opowieści. Począwszy od wsłuchiwania się w czytane mi baśnie, po zachłanne połykanie kolejnych pozycji, gdy mogłam to już robić sama. Wszystko zmieniało się jak w kalejdoskopie. Najpierw baśnie, potem troszkę książek przygodowych i lektur dziecięcych. Gdy byłam podlotkiem dosłownie pożeranie wszelkiej maści opowieści o miłości i różne serie, które dzisiaj byłyby zaliczone do fantastyki albo science-fiction. Potem liceum, okres odrzucenia od wszystkiego, co nierealne. Zaczytywanie się w powieściach i książkach o wojnie i historiach opartych na faktach. Studia..., magiczny czas, kiedy to zaznajamiałam się z kolejnymi epokami literackimi i czytałam coś jeszcze dla siebie. Duuża dawka literatury religijnej. No i czas po studiach. Czytanie wszystkiego i powrót w ostatnich latach do świata magii - C.S. Lewis, Tolkien. No i to, co polubiłam ogromnie - wszelkiej maści dystopie, książki o systemach totalitarnych i kryminały, od których zawsze stroniłam (nie bijcie nie czytałam niczego Agathy Christie, ale nadrobię!). Jeden wielki chaos czytelniczy ;-)
     Kolejny stosik książek pojawi się u mnie w grudniu. To akurat dobry miesiąc dla uzależnionych od czytania. Można wysępić od rodziny książkę pod choinkę i zawsze ma się tę nadzieję, że pojawi się jakaś promocja, dzięki której kupowanie książek jakoś mniej zaboli moją kieszeń. I pojawia się problem, niedługo nie będę miała, gdzie tego trzymać ;-). Ale cóż poradzę..., uzależniłam się ;-). Dzięki Bogu za biblioteki, ratują trochę moją kieszeń i powierzchnię życiową mojego pokoju ;-). 
     A dzisiaj spotkanie w poetą..., głos ma bardzo miły, posłuchajcie jeśli chcecie. 

piątek, 28 listopada 2014

O tęsknocie do świata baśni




     Patrzę sobie na niedawno kupiony egzemplarz "Władcy Pierścieni" i myślę nad tym, w czym tkwi fenomen takich opowieści. Nie chodzi mi o świetnie wykreowanych bohaterów, zapierającą dech w piersiach fabułę czy znakomity język tej książki. W zasadzie nie myślę jedynie o Tolkienie, ale o wielu innych książkach, które porywają rzesze czytelników.
     Od dziecka gościmy w świecie baśni, bo cóż innego czyta się dzieciom do snu. Poznajemy Kota w butach, Królewnę Śnieżkę, Czerwonego Kapturka, Królową Śniegu, Dziewczynkę z zapałkami i wiele innych postaci. Mieszkamy z zamkach, udajemy się w dalekie podróże, przeżywamy przygody. Potem dorastamy i zmieniamy lektury. Pewnie niektórzy nadal goszczą w magicznych krainach, inni może nie. Ale jakoś tęsknimy do miejsc, w których wszystko jest możliwe. Gdzie możemy być do bólu prawdziwi. Im bardziej świat jest brutalny, im bardziej sprowadza nas na ziemię, tym jakoś bardziej rodzi się tęsknota za miejscami, gdzie dobro zwycięża, gdzie można sobie potańczyć z Hobbitami, pogadać z Aslanem czy powędrować z Wiedźminem. I to są chwile wytchnienia, małe kryjówki, które warto mieć, żeby znaleźć odtrutkę na wiele wydarzeń, które naprawdę ciężko przetrawić...

W pogoni za Kosogłosem

   

 Czekałam na ten film z mieszanymi uczuciami. Przez książkę trudno było mi przebrnąć. Jakoś brakowało mi werwy bohaterki, choć nie powinno nikogo dziwić, że zachowywała się i miała tak a nie inaczej. Po tym, co przeszła i tak świetnie, że nie sfiksowała i kompletnie nie odpłynęła w szaleństwie. Czytelnik mógł jednak mieć pewien niedosyt, bo przyzwyczajony do twardego charakteru Katniss nagle spotkał się z kimś całkiem innym. Nie było to może kompletne zaskoczenie, bo już druga część zapowiadała zmiany w psychice bohaterki, ale jednak... Autorka postawiła wszystkich przed czymś, co zaskoczyło, a przynajmniej nieco zbiło z tropu odbiorców przyzwyczajonych, że nieważne ile razy bohater oberwał, otrzepywał się i szedł dalej, coś jak w książce, którą czytała Hazel z "Gwiazd naszych wina". To oczywiście pół żartem, pół serio, ale jakaś prawda tkwi w tym, że wielu bohaterów pozostaje w pewien sposób niewzruszonych, niezłomnych, czy inaczej mówiąc, przeżywają wszystko dopiero po zakończeniu akcji. Miałam więc nadzieję, że film będzie dla mnie milszy w odbiorze i nie zawiodłam się. Pozwolił mi on łaskawiej spojrzeć na książkę i lepiej ją zrozumieć.
      Może zacznę od muzyki, która bardzo mi się podobała. Przyznam, że nie jest jej dużo, przynajmniej jak na mój gust, ale powiem szczerze, że począwszy od "Igrzysk Śmierci" podoba mi się, to co tworzy tło, klimat i cały muzyczny świat ekranizacji. Po głowie ciągle mi chodzi "Drzewo wisielców" i melodia kosogłosa. Wszystko przemyślane i świetnie wkomponowane w wydarzenia.
      Myślę, że o aktorach nie muszę mówić. Kto oglądał wcześniejsze części, już wyrobił sobie zdanie. Napomknę, że podoba mi się, iż Jennifer Lawrence, która jest naprawdę piękną kobietą w filmie przypomina Katniss, jest po prostu zwykłą dziewczyną, nie olśniewająco piękną, ale taką zwykłą z Dystryktu 12. O prezydencie Snow i Haymitch'u nie muszę wspominać, bo ci aktorzy są genialnie dobrani do swoich ról. Pozwolę sobie zwrócić uwagę na nową postać, mianowicie prezydent Coin, którą gra Julianne Moore. Myślę, że bardzo dobrze wcieliła się w swoją rolę, surowej i oszczędnej w słowach bohaterki, która powiem szczerze nie budzi sympatii. Co ciekawe, oglądając film ciężko było mi uwierzyć, że prezydent ma pasemka, a przynajmniej tak odbieram te jaśniejsze pasma przy twarzy. W końcu to niemal szaleństwo w takim miejscu jak Dystrykt 13, w którym reżim wojskowy i jednolitość to chleb powszedni. 
      No i tu dochodzimy do świata stworzonego przez filmowców. Bardzo ciekawie wyglądająca 13, choć powiem, że podczas czytania jakoś bardziej wyobrażałam ją sobie jako część podziemnych grot i skał, a tutaj znalazłam świat pod ziemią (nie wiem, może za dużo "Hobbita" się naoglądałam ;-) albo moja imaginacja poszła w inną stronę), który jest całkowicie zbudowany od a do z. Skojarzyło mi się to w budynkami DRESZCZ-u z "Więźnia labiryntu". Powiem jednak, że kontrast pomiędzy światem zewnętrznym a 13 jest ogromny i dało się to odczuć. Jedną z najmocniejszych scen, były dla mnie odwiedziny Katniss w jej rodzinnym dystrykcie i to, co tam zastała...
     Powiem szczerze, że na ekranie łatwiej było mi odbierać budzące się powstanie. Patrząc na ludzi, którzy szli na pewną śmierć w imię wolności i zmiany przyszłości swoich dzieci oraz tych, którzy zdołają przetrwać chyba głębiej zrozumiałam przesłanie "Kosogłosa". Myślę, że czytając go teraz, całkiem inaczej odbiorę tę książkę. Z jednej strony dlatego, że sporo czasu minęło od jej lektury, z drugiej dlatego, że łatwiej pewne rzeczy pojąć, jeśli się je widzi. A niezłomność mieszkańców dystryktów, ich pragnienie wyrwania się spod niewoli Kapitolu były mocno podkreślone, choć powiem szczerze, że sam wątek buntów można było jeszcze bardziej rozbudować, co moim zdaniem wzbogaciłoby film. Ważną rzeczą jest także to, jak reżyser ukazał sposób, w jaki Coin i Plutarch manipulowali główną bohaterką, by zrealizować swoje cele, nawet jeśli były one usprawiedliwione i słuszne.
       Moja VIP-owska wizyta w kinie (bo miałam całą salę tylko dla siebie :D) była bardzo udana i żal było wychodzić ze świadomością, że na ostatnią część trzeba będzie czekać rok... "Kosogłosa" mogę śmiało polecić każdemu. To bardzo dobry film, który wzbudza emocje. 
Na koniec ciekawostka. Panem nie odpuściło nawet kotu Katniss i go przefarbowało, ich macki są wszędzie a bezwzględność nie zna granic ;-). Tak swoją drogą, ciekawe, kto odpowiada za wtopę z kotem ;-) no chyba, że bomby z Panem są jakoś tak zmodyfikowane, że kotu zmienił kod genetyczny ;-).

wtorek, 25 listopada 2014

Kraina bezduszności - Allan Philips, John Lathusky „Porzucony. Droga z koszmarnego rosyjskiego domu dziecka do nowego życia w Ameryce”



„Anioł Stróż nie pojawił się ani tej nocy, ani następnego dnia, ani w kolejnym tygodniu. Było tak, jakby Wania znalazł się poza zasięgiem aniołów, w najniższym kręgu piekła, w którym stopniowo pozbawiano go człowieczeństwa. Najpierw zgolono mu głowę, zaczął więc przypominać więźnia. Nie miał z kim rozmawiać, więc jego umiejętność mowy zaczęła się cofać, a jego głos został zredukowany do szeptu, gdy leżał pośród najbardziej odrażających aktów przemocy i zaniedbania, zaczął tracić pewność siebie i opanowanie. W końcu jego rączki zaczęły drżeć niekontrolowanie od leków, które mu podawano, by go otumanić. Spadł w największą otchłań, w której człowiek przestawał być członkiem rasy ludzkiej i sięgał punktu, z jakiego nie było już powrotu”.




     O tej książce powiedziała mi znajoma. Kiedy pokazała mi ją i przeczytałam informację z okładki, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Spodziewałam się trudnej historii, ale to, z czym się spotkałam po prostu mnie poraziło…
     Zawsze istniały dzieci niechciane lub takie, które do sierocińca trafiły nie ze względu na śmierć rodziców, ale ponieważ nie umieli oni sobie z nimi radzić, czy to przez własną bezsilność, alkoholizm, nędzę czy z innego powodu. Dom dziecka, nawet mimo starań personelu nie zastąpi nigdy prawdziwego domu, nie jest miejscem, w którym spragnione uwagi dzieci zaspokoją swoje potrzeby, poczują się wyjątkowe, przynależące do danej rodziny, osoby. Nie może on jednak być instytucją, która niewoli, unieszczęśliwia, pozbawia jakichkolwiek praw.
  Wania, główny bohater „Porzuconego” to mały chłopiec zamieszkujący jeden z domów dziecka w Moskwie. Ze względu na swój stan, zakwalifikowany zostaje jako oligofrenik, czyli ktoś o obniżonych zdolnościach adaptacyjnych i poziomie intelektualnym i trafia do grupy dzieci, które są pozostawione sobie. Spragniony miłości, bystry, niezwykle inteligentny, pokorny chłopiec, wyczekuje codziennie „dnia Walentyny”, czyli dyżuru swojej ulubionej opiekunki, kobiety która czasami przynosi mu coś do zjedzenia z domu czy okazuje sympatię. 
     Dom Dziecka, w którym mieszka to instytucja, którą ciężko nazwać dobrą. Personel nie przejmuje się wychowankami, dzieci karmione są jak tuczne zwierzęta, byle szybciej, ogromnie rzadko do bawienia się dostają stare, zniszczone zabawki. Wszystkie nowe, które trafiają do placówki dzięki pomocy, najczęściej zagranicznych gości, są im zabierane. Podopieczni instytucji chodzą w niedopasowanych, starych ubraniach. Nikt nie troszczy się również o ich rozwój fizyczny. Dzieci są przywiązywane do chodzików czy sadzane na krzesełkach na wiele godzin a potem zmuszane do długich drzemek. Nie potrafią chodzić. Jeśli same tak jak Wania nie nauczą się mówić, nie mają szans na porozumiewanie się z otoczeniem. Praktycznie nikt się nimi nie przejmuje. W wieku czterech lub sześciu lat przechodzą test, który pozwala im albo udać się do zakładu, w którym będą mogły podjąć naukę albo zostają zesłane do szpitali psychiatrycznych, gdzie umierają powolną, straszną śmiercią. Co ciekawe w ośrodku nie brakuje personelu, są sale rehabilitacyjne, ale wszystko jest jedną wielką fikcją, gdyż pracownicy nie kwapią się do wykonywania swoich obowiązków, a pomieszczenia są zamknięte na klucz. Nie słychać tu nie tylko śmiechu, ale nawet głosów dzieci. Panuje dziwna cisza. Sierociniec bardziej przypomina więzienie, gdyż wychowankowie nie wychodzą na zewnątrz, nie znają świata spoza murów, w których spędzili całe życie. Zachwycają się najmniejszymi rzeczami, jak np. możliwością wyłączania samodzielnie lampki w przyszłości. W marzeniach mają dom, w którym można zjeść tyle chleba, ile tylko się zapragnie.
      Jeszcze gorsze warunki panują w szpitalach psychiatrycznych. Dziećmi zajmują się starsi pacjenci. Odurzone lekami całymi dniami leżą nagie we własnych odchodach na materacach z syntetycznych tkanin. Doświadczają również przemocy, nie tylko ze strony współmieszkańców ale i personelu. 
     W takim świecie przychodzi żyć Wani. Chłopiec jest jednak nieprzeciętny, dzięki niezwykłej inteligencji, ciekawości świata, ujmującemu sposobowi bycia i pewności siebie zyskuje sympatię, najpierw Wiki, kobiety która odwiedza sierociniec, potem Sary żony angielskiego korespondenta, a następnie szeregu innych osób. Dzięki tym ludziom wyrywa się z rosyjskiego piekła państwowej opieki. Nim jednak do tego dojdzie Wania będzie musiał przejść przez niewyobrażalne cierpienie. 
     Książka Allan'a Philips’a i Jona’a Lathusky’ego po prostu rozłożyła mnie na łopatki. Poraziła, rozwaliła, poczułam się jakbym dostała obuchem w łeb. A myślę, że i takie stwierdzenia to za mało. Ciężko mi pisać i myśleć o niej jako o powieści, bo jest przecież relacją prawdziwych zdarzeń w formie powieści. Nie mogę napisać o Wani, dzisiejszym Johnie jako o postaci literackiej. Mogę jednak powiedzieć, że chylę czoła przed hartem ducha tego człowieka, który od dziecka się nie poddawał. Który znalazł w sobie siłę, by przetrwać najgorsze, pobyt w szpitalu, w którym zmarznięty leżał we własnych fekaliach, gdzie zaatakował go inny chłopiec. Gdzie w końcu był więźniem, któremu zgolono głowę i czekano na jego śmierć, która miała być tylko kwestią czasu. Chylę czoła przed wielkim sercem i człowieczeństwem bohatera, bo które dziecko bez wychowania wykształca w sobie taką empatię, by nawet w najtrudniejszych momentach życia myśleć o innych, które uczy przyjaciela mówić, prosi by zabrano z nim także koleżankę, która nie może sama wychodzić. Wania jest fenomenem nie tylko jako samouk i człowiek niezwykle wrażliwy, ale jako ktoś kto ma odwagę walczyć o swoje – o czym świadczy jego zachowanie w szpitalu, uporczywe ćwiczenie chodzenia po operacji czy robienie wszystkiego, by znaleźć rodzinę. Jego wielka potrzeba miłości i przyjmowanie jej od każdego, tęsknota za domem i niemal natychmiastowe przyjmowanie ludzi ogromnie mnie ujęły. Czytając o tym samotnym, pełnym ciepła chłopcu, który nigdy się nie poddał, nie mogłam uwierzyć, że miał tylko kilka lat. Zrozumienie dla niepowodzeń w życiu, brak obarczania winą innych, znoszenie bolesnego i samotnego pobytu w szpitalu oraz wielka dojrzałość ciągle mnie zaskakiwały u Iwana.
     Powiem szczerze, że przez całą lekturę włos jeżył mi się na głowie. Pytałam siebie, gdzie są organizacje broniące praw człowieka? Gdzie jest najzwyklejsza w świecie ludzka dobroć i troska o drugiego człowieka, a jeśli nie to, to chociaż odrobina przyzwoitości? Jak można wiązać i zamykać dzieci? Bić je, odurzać lekami, skazywać na tzw. reżim łóżeczkowy? Jak to możliwe, że maluchom, które w innych krajach spokojnie uczą się w szkołach zabierane jest całe życie? Że umierają w ośrodkach, zaniedbane, zapomniane, niekochane i nikomu niepotrzebne? Jakim cudem w kobietach nie ma nawet krzty instynktu, by mieć choćby odrobinę ciepła do podopiecznych? Przed moimi oczami przewinęła się zastraszająca wizja państwa, w którym człowiek nic nie znaczy. W którym wszystko jest na pokaz, a dobro dziecka nie ma żadnego znaczenia. Który przepełniony jest paradoksami i lękiem przed zwierzchnikami. Bo weźmy choćby przykład Adeli, dyrektorki domu dziecka, która bała się oddać wychowanków do zagranicznej adopcji, by nie zostali sprzedani na organy, a pozwalała im umierać w warunkach gorszych niż zwierzęta. Jak wytłumaczyć przesiąknięty korupcją system adopcyjny, który nie ma pojęcia czym jest dobro dziecka? Łapówki, wojny z tymi, którzy starają się coś zrobić dla maluchów, którzy jawnie protestują przeciw korupcji, sabotowanie wniosków adopcyjnych i zastraszanie to obraz Rosji, w której nie ma miejsca na dobro dzieci. Z drugiej strony osoby takie jak Walentyna, Wika, Maria, którym leży na sercu los sierot.
      Prawdziwa historia z happy endem można powiedzieć, a jednak czuję, że to smutna i przerażająca opowieść o tym, jak w cywilizowanym świecie nadal panuje bezduszność tłumaczona niskimi zarobkami czy zmęczeniem, jak niewiele znaczą w niektórych miejscach dzieci. Jedna diagnoza może przekreślić wszystko, zamienić życie dziecka w piekło. „Porzucony” rani serce, bo gdy czyta się o Wani, o tym co przeszedł, nie sposób nie protestować, nie myśleć „co z tym światem, co z tymi ludźmi”?!? Książkę, choć nie jest to lekka lektura, polecam każdemu, bo czasami trzeba nam przypominać, że nie wszędzie dzieje się dobrze, że trzeba coś z tym zrobić!!!

Allan Philips, John Lathusky, Porzucony. Droga z koszmarnego rosyjskiego domu dziecka do nowego życia w Ameryce, tłum. Agnieszka Myśliwy, wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2012.

sobota, 22 listopada 2014

THE HUNGER GAMES TAG






1. Która z książek jest twoją ulubioną z całej trylogii?


Najbardziej lubię „Igrzyska śmierci” ponieważ to początek wciągającej historii, która mnie urzekła. Wszystko dzieje się szybko, bohaterowie są zaskakiwani nie tylko rozwojem zdarzeń, ale również swoimi reakcjami. Poza tym czytelnik poznaje całkiem nowy, oryginalny świat. 


2. Jak długo wytrwałabyś w Głodowych Igrzyskach?


Pewnie zginęłabym jako jedna z pierwszych. Za szybko nie biegam, więc chyba nie dałabym rady uciec. Przede wszystkim jednak nie byłabym w stanie nikogo skrzywdzić, więc pewnie popełniłabym falstart i BUM!!!

Ale gdyby ktoś chciał się sprawdzić, czy przetrwałby w Igrzyskach Śmierci, podaję linka do gry :-)
THE HUNGER GAMES GAME


3. Jaka najdziwniejsza rzecz znalazła się w książkach? 


Zdziwiły mnie cztery rzeczy. Przede wszystkim to, jak ciężko takiej osobie jak Katniss przychodziło uzewnętrznianie i rozumienie swoich uczuć, jak introwertyczną osobą była, co wydaje mi się utrudniało jej życie. Drugim zdziwieniem była wizyta prezydenta Snow’a w domu Katniss, bo przecież skoro była takim zagrożeniem przecież mógł ją zabrać do Kapitolu i stale mieć pod okiem lub zmienić ją w kogoś posłusznego Panem. Trzecią natomiast pomysł Peety, że Katniss jest z nim w ciąży. Kiedy o tym przeczytałam opadła mi szczęka, ale kiedy to się stało? Ostatnie zaskoczenie związane było z Haymitch’em, tym jak się otworzył i jak zmienił, gdy doszło do 75 Igrzysk. Powiem szczerze, nie podejrzewałam, że ma w sobie jeszcze tyle siły.


4. Jak dowiedziałaś się o książkach?


Po książki sięgnęłam po drugim filmie, gdyż byłam ciekawa jak potoczy się historia i nie zamierzałam czekać na „Kosogłosa”, który jest przecież rozbity na dwa filmy. Wypożyczyłam więc trylogię z biblioteki i zanurzyłam się w świat „Igrzysk Śmierci”. Ponieważ pierwszą część oglądałam kilka razy, pamiętałam ją dobrze i mogłam wychwytywać różnice między książką a filmem, co bardzo lubię robić J.


5. Twoja ulubiona postać z książek?


Jest ich kilka. Po pierwsze Effie, bo zmieniała się na moich oczach. Z zainteresowanej wypromowaniem siebie opiekunki trybutów stała się kimś bliskim bohaterom. Przeżywała smutek, gdy ponownie trafili na arenę, starała się być częścią ich zespołu, kimś przyjaznym dla trybutów, a nie tylko marionetką systemu panującego w Panem. Z jednej strony ekscytowała się Igrzyskami jak wszyscy Kapitolińczycy, ale pojęła też czym tak naprawdę jest ta gra. Była barwna (podobały mi się jej kolorowe stroje J), ale i refleksyjna. Drugą postacią jest Finnick, gdyż był postacią złożoną. Z jednej strony grał Casanovę, który rozkochiwał w sobie kobiety w Kapitolu i zdobywał ich zaufanie, co przydało mu się i było mądrym posunięciem, z drugiej miał drugie, pełne ciepła i miłości oblicze. I był słodki J. Polubiłam Rue za jej wielkie serce i opiekuńczość, Cinnę za mądrość, dalekowzroczność i wielki talent oraz Haymitch’a za jego nieobliczalność.


6. Ulubiony moment, który zdarzył się w Igrzyskach?


To moment, gdy Katniss wspominała swoją przeszłość i śpiewała „Drzewo wisielców”.


7. W jakim dystrykcie byś żyła?


Gdybym musiała, to w Kapitolu, bo tam jest najłatwiej, ale jeśli miałabym wybrać dystrykt to pewnie w Jedenastce, bo uwielbiam przyrodę lub w czwórce ze względu na wodę J.


8. Najbardziej emocjonalny moment w książkach?


Oczywiście śmierć Rue i to jak Katniss przyozdobiła jej ciało kwiatami. Wzruszyła mnie również opowieść o miłości Finnick’a do Annie, śmierć Prim i Finnick’a oraz scena, w której Katniss śpiewa drzewo wisielców.


9. Jaką jedną rzecz zabrałabyś gdybyś szła na arenę?


Sama nie wiem… jedyną rzeczą, z którą się nie rozstaję jest mój krzyżyk.


10. Jaki najgorszy plan ktoś wymyślił w książkach?


Najgorszym planem dla mnie było zorganizowanie Igrzysk Śmierci w ogóle, a szczególnie dla dzieciaków z Kapitolu.


11. Ulubiony czarny charakter tej książki


Myślę, że Prezydent Snow, bo miał charakter, widział reakcje dystryktów, umiał działać, przeiwdywać i miał piękne róże. Był połączeniem bezwzględnego dyktatora z człowiekiem, który kocha swoją rodzinę i przyrodę. 


12. Czego najbardziej nie możesz doczekać się w filmie?


Najbardziej ciekawi mnie jak reżyser przedstawi przeprawę bohaterów przez Kapitol i samo zakończenie książki.