wtorek, 31 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień trzydziesty pierwszy




Zaczęłam urlop. Nie ma to jak kilka dni na odpoczynek, dłuższe spanie, czytanie do późna, załatwianie tego, czego nie zdążyłam, ale przede wszystkim jak poczucie, że mam czas a nie zegarek. Są plany, ale życie jak zwykle je zweryfikuje. 

Człowiek, którego Jezus uzdrowił z trądu zapewnił mu sławę wśród okolicznej ludności. Ludzie licznie schodzili się, by słuchać nauki i dostąpić łaski. Ich liczba była tak wielka, że nawet przed drzwiami domu w Kafarnaum nie było miejsca. Chrystus już wcześniej czynił tam cuda, potem wyruszył w drogę. Myślę, że tłumy przybywały z każdej miejscowości, do której przyszedł i do której dotarła wieść o nim. Pojawiali się głodni lepszego życia, uzdrowienia, oczyszczenia, wiary, miłości, nadziei. Każdemu chyba czegoś brakowało. 



Długa droga, upał, brak miejsca, to nie przeszkadzało zgromadzonym, by słuchać Mistrza. Na pewno nie były to cudowne warunki, ale nie stały się również przeszkodą nie do pokonania. Ludzie byli gotowi ponieść trudy, by spotkać się z tak niezwykłą osobą, posłuchać tego, co mówi, ujrzeć na własne oczy cud. Musieli wysilić się, wyjść, potem zmierzyć się ze słowami, które przecież wymagały zmiany życia, wysiłku. Wykonali pierwszy krok, ale potrzeba także następnych. 

Jak pisze Dariusz Piórkowski prawdziwe bariery w kontakcie z Bogiem zaczynają się w nas. Nie są nimi czynniki zewnętrzne, znacznie bardziej ograniczamy samych siebie. Strach przed tym, co nowe, co stawia wymagania, lenistwo, krótkowzroczność, egoizm, złość. To wszystko sprawia, że nie jest łatwo znaleźć się blisko Boga, a przecież On uzdalnia nas do tak wielu wspaniałych rzeczy. Wystarczy usiąść, posłuchać, wziąć sobie to do serca i starać się wypełniać. Ale ten akt woli trzeba powtarzać codziennie, mimo zmęczenia, niechęci, problemów. Panie, daj mi siłę, bym przychodziła i uczyła się od Ciebie. 



poniedziałek, 30 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień dwudziesty ósmy, dwudziesty dziewiąty i trzydziesty




W końcu mam trochę czasu na to, by zasiąść i spisać swoje przemyślenia :). Lód, przejmujący mróz i radość, że jestem w ciepłym domu, choć za chwilę trzeba będzie wyjść ;). Lubię zimę, ale nie jak jest bardzo niska temperatura. Ale ciepły koc i gorąca herbata rekompensują wszystko :D

Prośba trędowatego zostaje wysłuchana. Jezus chce go oczyścić, ale robi to w sposób dla siebie wyjątkowy. Nie ogranicza się jedynie do słów, ale wyciąga rękę i dotyka chorego. A przecież wszyscy bali się trędowatych, unikali ich jak ognia, wyrzucali poza bramy miasta, poza nawias życia społecznego. Byli oni niewidzialni, niechciani, zapomniani. A Pan pochyla się nad tym człowiekiem, nie z odrazą, nie z potęgą, on z miłością dotyka człowieka, który był wyrzutkiem. Słowa to za mało, pragnie, by ten gest, był początkiem nowego, by dał nadzieję. Jeśli ktoś widział to zdarzenie musiał być przejęty trwogą i odrazą. A przecież to piękny obraz. 

Od razu przypomina mi się św. Franciszek i to, jak musiał ze sobą walczyć, by pocałować trędowatego. Chciał w nim ujrzeć Jezusa, ale nadal tliło się w jego sercu umiłowanie piękna i niechęć do wszystkiego, co wykraczało poza kanony urody i budziło lęk. Czy bał się że zachoruje? Pewnie po ludzku tak. Nie wierzę, że łatwo było mu się przemóc, zachwycić się Bogiem w człowieku, który by zdeformowany przez chorobę. Ta próba jednak zakończyła się pomyślnie, a bogaty młodzieniec, który oddał Panu wszystko przystanął do chorych. Nie obawiał się nimi opiekować, jak wiele wieków później Matka Teresa z Kalkuty, zmienił widzenie. Nie patrzył ludzkim wzrokiem, ale Mistrz odsłonił mu choć rąbek tajemnicy, tego jak On widzi swoje dzieci, nawet te dotknięte chorobą.



Pod nieatrakcyjną powłoką, może kryć się wiele piękna. Rzeczy oceniane z pozoru tracą w naszych oczach, a tak być nie powinno. Wygląd to tylko jedno ogniwo. Nieraz bywa złudny i prowadzi do złej oceny człowieka. Mówi się potocznie o kimś, że jest trędowaty, czyli odsunięty z jakichś powodów przez otoczenie i wcale nie chodzi tu o chorobę. Głównym powodem jest zawsze lęk przed tym, co niepokoi. Wygodniej ominąć kogoś, niż dostrzec prawdę, niż postarać się coś zmienić. Bóg przyjmuje wiarę chorego i pomaga mu, obym i ja potrafiła dotknąć mimo strachu i barier. 



Bóg objawił swą łaskę. Okazał miłosierdzie. Teraz kieruje oczyszczonego do kapłana, by się mu pokazał i złożył ofiarę. Podziękował za uzdrowienie. Przykazuje mu również milczenie o tym, co się wydarzyło. Na pierwszym miejscu wdzięczność. Dziś powiedzielibyśmy, że Chrystus zastosował całkiem dobry zabieg marketingowy, przykazał milczenie, wiedząc, że zaraz rozniesie się wieść o tym, że mężczyzna został uleczony. Nawet przez jakiś czas tak myślałam. Ale gdy się tak zastanowić, to ten nakaz mógł wziąć się właśnie z tego, że wpierw powinno zostać stwierdzone uzdrowienie a następnie dopiero rozniesiona wieść. Bóg uleczył, ale by chory mógł wrócić na łono społeczeństwa, kapłan musiał to potwierdzić, ogłosić, że dana osoba jest czysta i może przebywać z innymi.

Wydarzył się cud. Chory wrócił do zdrowia. Najpierw ma jednak wypełnić obowiązek, pokazać się kapłanowi, złożyć ofiarę, która równała się z podziękowaniem za otrzymaną łaskę. Potem należało odbudować wszystko, co przekreśliła choroba. Można było wrócić do rodziny, jeśli chory ja miał, znaleźć pracę, zawierać nowe znajomości. Niby wszystko stanęło na powrót otworem przed tym człowiekiem, ale i tu zastanawiam się, jak inni to przyjęli. Czy nie bali się po pierwsze, że choroba wróci, że jego nieszczęście może przejść na nich? Po drugie w czym upatrywali nagłego cudu? Wiele wydarzeń przecież przypisywano złym mocom. Na pewno wokół pojawiły się przeróżne pogłoski. Nie wiem, jak reagował na nie były trędowaty, ale chcę myśleć, że był szczęśliwy.

I tu pojawia się refleksja nad ludzką naturą. Jak podchodzimy do tego, kto dostąpił łaski? Czy pojawia się zazdrość, podejrzliwość, niechęć? Daj Boże, byśmy umieli się cieszyć cudzym szczęściem, bo to piękna umiejętność. Warto doceniać dobro, które dzieje się innym, radować się łaską, która kogoś spotyka. To rozwija i nas. Wyświadczone dobro wraca, czasem w najmniej spodziewanym momencie. Zadanie na najbliższy tydzień, cieszyć się tym, co Bóg daje nie tylko bliskim, ale w ogóle wszystkim w moim otoczeniu.



Uzdrowiony nie przestrzega nakazu Jezusa. Nie potrafi utrzymać języka za zębami i głośno i otwarcie mówi o tym, co mu się przydarzyło. Przed oczami mam roześmianego, biegającego od osoby do osoby człowieka, który aż promienieje radością i mówi o swoim uzdrowieniu. Przerysowany obraz? Nie sądzę. Jeśli ktoś, kto był na tyle pokorny, że sformułował prośbę o uzdrowienie w taki sposób jak ten człowiek, nie umie wypełnić nakazu danego przez Chrystusa, to musiała go wręcz aż rozsadzać radość. Inaczej przecież w akcie zwykłej wdzięczności, od razu bez zwłoki poszedłby do kapłana, złożył ofiarę i wówczas mógłby mówić o cudzie. On jednak chyba czuł przynaglenie do tego, by całemu światu ogłosić, jak wielka łaska go spotkała i nie ma się co dziwić!

Radość potrafi być tak ogromna, że jedynym wyjściem jest po prostu wykrzyczenie jej wszystkim, podzielenie się nią z innymi, by i oni mogli jej doświadczyć. Mówi się, że śmiech jest zaraźliwy i faktycznie jest. Podobnie z radością. Jak musiał czuć się ktoś, kto nagle został wyzwolony spod takiego jarzma jak trąd? Kto poczuł, że znów żyje. To niepojęte, mierzyć się ze smutną codziennością przepełnioną bólem i nieodległym widmem śmierci i nagle mieć na powrót dawne życie. Być może trędowaty zapomniał już jak to jest być wolnym od cierpienia psychicznego i fizycznego. Fala ulgi i spokoju, która go wręcz zalała, musiała wywołać prawdziwy wstrząs.

Czy nie jest tak, że o dobrych rzeczach powinno się mówić głośno i często? Nawet o takich najzwyklejszych, drobnych miłych odruchach, by po prostu rozświetlić ten świat. Przekazywać sobie dobre wieści, pozwalać, by inni też byli uczestnikami tych uczuć. Piękno i radość, jeśli się ich nie dzieli z innymi nie są pełne. Dopiero dopuszczając do nich bliźniego, sprawiamy, że zyskują na sile. Rosną niemal w oczach. Jak dobrze jest przekazywać piękne wieści :). Spróbujcie sami.

A na koniec, link do historii zamieszczonej na stronie Deon.pl, przeczytajcie, naprawdę warto :)



Dlaczego RTCK?




Lubię piękne rzeczy, staram się czytać motywacyjne i rozwojowe książki, otaczać się pozytywnymi przesłaniami. Wiecie, że często recenzuję religijne książki i Bóg jest ważny w moim życiu. Kiedyś natrafiłam na pewną stronę, która ma bardzo fajną nazwę Rób to, co kochasz. Zajrzałam zaciekawiona i zostałam :)


Czemu o tym piszę? Bo jestem przekonana, że warto wspierać i wspominać o dobrych inicjatywach :) a tu jest jej bardzo dużo. Przede wszystkim podoba mi się przesłanie już w samej nazwie. Po drugie audiobooki, z którymi miałam szansę się zapoznać, są naprawdę fajne i ciekawie zrobione :) a Ojciec Adam Szustak definitywnie rozwala system ;). Teraz mam zamiar posłuchać ostatnio zamówionego "Rób to, co kochasz". Generalnie to konferencje, które dają dużo do myślenia i opierają się na tym, co warto przepracować, by nasze życie było lepsze :). Poza tym, co na zdjęciu, mam jeszcze dwa audiobooki w formie MP3 "Zamknij oczy" i "Wielką rybę". Właśnie dziś słuchałam sobie ostatniego podczas sprzątania, spokojnie się da i już wiem, że muszę pewne rzeczy przeanalizować :).



Jestem ogromną fanką notatników i kubków. Dinozaur ze mnie taki, że wolę zapisywać sobie coś, co mam przyswoić na kartkach albo właśnie w zeszytach. Poza tym wychodzę z założenia, że trzeba i warto pisać odręcznie a nie tylko klikać na komputerze. A przy nauce języka obcego zawsze zapisuję słówka i później robię sobie listy tego, co umiem a co nie. Notuję też cytaty z książek, które mnie poruszyły. Zatem już wiadomo, że jak znajdę jakiś piękny notatnik, to wyciągam po niego łapki. A kubki, cóż..., jestem przywiązana do mojej "nadętej purchawki", którą widać nieraz na zdjęciach, a że lubię bardzo hasła, które pojawiają się na produktach z RTCK, więc pojawił się następny kubeczek ;). 



Na koniec opaski na rękę, które noszę jako przypomnienie, że w życiu warto walczyć o marzenia, nawet gdy się nie udaje. To swoiste motywatory do tego, by ruszyć się ze sfery tego, co znane. Nie odkładać niczego w nieskończoność, nie tłumaczyć, że jutro zacznę, bo dzisiaj nie mam sił, boli mnie głowa, jestem zmęczona, czy cokolwiek innego. Noszę je różnie, czasem w zależności od humoru, czasem dopasowując do stroju, ale są trochę jak głosik z tyłu głowy, który o czymś przypomina. 


Od razu, by nie było nieporozumień, wyjaśniam, to nie jest wpis sponsorowany ;) nie jest na niczyją prośbę. Po prostu dzielę się tym, bo sama często szukam inspirujących, ciekawych, pięknych rzeczy i wiem, że warto zaglądnąć na stronę, zobaczyć. Sympatycznych Panów z RTCK poznałam na Targach Książki w Krakowie i powiem, że widać w nich pogodę ducha i pasje i to, co się pojawia na produktach to odzwierciedlenie tego, że faktycznie robią to, co kochają :). Poza tym, widać w poście są też inne rzeczy, torby, koszulki, szalik, poduszki, plakaty motywacyjne, książki, płyty. Do wyboru do koloru. Organizowane są także fajne konferencje, na które można zaglądnąć. 

A dla mnie? Hmm... poza tym, że te wszystkie gadżety są wykonane bardzo estetycznie, fajnie prezentują się na zdjęciach, motywują mnie i mi się podobają, przede wszystkim niosą dobre przesłanie, stąd ten wpis :). Skradli mi serce. Chyba każdy ma jakieś rzeczy, marki, które po prostu są trochę "jego", więc tak jest w moim przypadku. Jeśli ktoś chciałby zajrzeć i zobaczyć z czym to wszystko się je, zamieszczam link poniżej. I tak, cudownie byłoby robić to, co się kocha :)



piątek, 27 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień dwudziesty szósty i dwudziesty siódmy




Dzisiejszy dzień dał mi do myślenia. Najpierw spotkanie, w którym była mowa o upływającym czasie, o Bogu, który został obecny w zapomnianych miejscach, o pasjach, które nadają życiu barw. Potem czekał na mnie w domu list, z przepięknymi słowami, których bardzo potrzebowałam. Jeszcze chwila i będę układać sobie to wszystko w sercu i głowie, jest o czym myśleć.

Jezus wstaje wcześniej niż inni i udaje się na pustynię, by się modlić. Po nauczaniu i uzdrawianiu w Kafarnaum, potrzebuje samotności, ciszy i rozmowy z Ojcem. Gdy uczniowie w końcu Go odnajdują, nie wraca do miasta, w którym czeka na niego tłum. Wyrusza dalej, by nauczać i działać cuda w kolejnych miejscach. Nikt nie na monopolu na działanie Boga. On jest niekończony, jest z każdym, stale w drodze, podobnie jak my. Nie zatrzymuje się, nie ogranicza do konkretnego człowieka.



Zastanawiam się, co bardziej poruszyło ludzi. Nauka, którą głosił Chrystus czy uzdrowienia i wyzwolenia? Czy chcieli nadal słuchać i uczyć się żyć? A może wygodnie było mieć przy sobie kogoś, kto uzdrowi, uleczy, pomoże. Co kierowało tymi, którzy przychodzili do Niego? Ilu ludzi, tyle serc. Morze trosk, ran, niespełnionych nadziei. Czy zobaczyli w Nim szansę na coś lepszego? A może po prostu Jezus ich zachwycił. Przecież porywał tłumy. Czym innym jest jednak pragnienie bycia przy nauczycielu i naśladowania go, czym innym próba zniewolenia, by mieć go tylko dla siebie.

Zachwyca nas piękno, dobro. Zdumiewa to, czego nie możemy wyjaśnić. Jezus jest dla nas zagadką, ale również przepustką do lepszej przyszłości. Trzeba jednak włożyć trud, by osiągnąć życie wieczne. Zastanowić się, czy Bóg jest dla mnie mistrzem, od Którego się uczę, czy złotą rybką, spełniającą moje pragnienia. Nie każdy doświadczy ogromnego cudu, ale przeżyje te pomniejsze, często niezauważane. Trzeba mieć szeroko otwarte oczy, by je dostrzec. Kim jestem? Pragnącym jedynie uzdrowienia chorym, czy człowiekiem realnie zafascynowanym Bogiem?



Wolny dzień przed weekendem w pracy. Piękne słońce za oknem, choć zimno. W głowie masa myśli, wiele do przeanalizowania, poukładania, podjęcia pewnych kroków. Powoli coś się rodzi. Modlę się o to, by mądrze wybrać.

Wędrówka Mistrza trwa nadal. Przemierza Galileę i naucza w synagogach. Jak podkreśla ewangelista "ich" synagogach. Zarysowuje tutaj podział, nie między Jezusem a ludźmi, ale wydaje mi się, że bardziej wyłącza Go spośród uczonych w piśmie. Zwraca uwagę na to, że jego Pan żyje głoszoną przez siebie nauką, nie narzuca zaś na ludność niemożliwych do wypełnienia obowiązków, których sam nie wykonuje. Największym wzruszeniem napawa jednak scena, w której pojawia się trędowaty. Upada na kolana i mówi "Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić". Nie, jeśli możesz, bo on wie, że to żaden problem dla Jezusa, choć przecież nie było i nie ma lekarstwa na trąd. Ten odrzucony przez wszystkich człowiek, prosi jedynie o to, by Jezus chciał mu pomóc. Nie wątpi w Jego moc. Może widział lub słyszał o uzdrowionych w Kafarnaum, ale wolę myśleć, że jego wiara była po prostu tak wielka. 

Ciekawe, co pomyślał Jezus? Uśmiechnął się, popatrzył z miłością. Pochwalił w sobie odwagę człowieka, który przecież miał trzymać się z dala od innych, a złamał wszelkie tabu i podszedł do nauczyciela. Wokół musiało panować przerażenie, przecież chory zarażał. Dla niego jednak najważniejsza była wola Chrystusa. Czasem zastanawiam się nad moją odwagą wobec innych. Dziwne spojrzenia, gdy przechodząc czy jadąc autobusem obok Kościoła żegnam się. Pewnie niektórzy też zastanawiają się, co na literackim blogu robią te wpisy. A przecież Biblia to nieskończone źródło inspiracji. Czy czasem brakuje mi odwagi do pewnych rzeczy? Tak, zdarza się, jak każdemu. Nie chodzi tu o wstydzenie się Boga, ale czasem o mocniejszy nacisk na pewne sprawy, rozpoczęcie czegoś nowego, wyrwanie się ze schematów życiowych. Patrzę na trędowatego i marzy mi się taka determinacja, wiara w słuszność podejmowanych działań. 

Wsłuchuję się w irlandzką muzykę i myślę o tym człowieku, jako o pewnym wzorze do naśladowania. "Jeśli chcesz", zawierzyć bezgranicznie, choć często się nie udaje, choć droga bywa niepewna i wielu burzy się dookoła. I zgoda na to, co się wydarzy w związku z prośbą. 

Boże, daj mi pogodę ducha, abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę, odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę i mądrość, abym zawsze potrafił odróżnić jedno od drugiego.

To słowa Marka Aureliusza, a ja dodam nadzieję i wiarę trędowatego z Ewangelii.


 

czwartek, 26 stycznia 2017

W sieci kłamstw - S.J. Kincaid "Diabolika"


PRZEDPREMIEROWO
"Oczywiście, wyglądaliśmy jak ludzie. Mieliśmy ludzkie DNA, ale byliśmy czymś innym: sztucznie zaprogramowanymi istotami zdolnymi do bezgranicznego okrucieństwa i pełnej lojalności wobec jednego człowieka. Mogliśmy dla niego zabić bez zastanowienia - i tylko dla niego. To właśnie sprawiało,że byliśmy rozchwytywani przez najznamienitsze rodziny imperium, pragnące, żebyśmy służyli dozgonnie jako ochroniarze ich i ich dzieci, żebyśmy byli zmorą ich wrogów". - s.19



Świat, w którym żyje Nemezis jest specyficzny. To jedno wielkie galaktyczne imperium, którym rządzi cesarz Randewald von Domitrian. Ludność już dawno zapomniała o życiu na Ziemi i albo zamieszkuje przeróżne planety, jako biedniejsza część społeczeństwa albo posiada swoje własne statki-domy. Elita, która współrządzi imperium jest rozsiana po najróżniejszych częściach galaktyki i zna się połowicznie. Młodzi spotykają się ze sobą na forach, na których reprezentują ich awatary. Nieliczni przebywają na dworze. Świat podporządkowany jest kaprysom cesarza, który sam jest prawem i stoi ponad nim oraz religii helionickiej. Żywy Kosmos i jego błogosławieństwo, to elementy doktryny, której ulegają mieszkańcy. Między najważniejszymi jak zwykle dochodzi do walki o wpływy i władzę, dlatego arystokraci korzystają z usług diabolików - istot, które przypominają człowieka, ale są o wiele silniejsze i dozgonnie przywiązane do właścicieli. Ich największą zaletą jest to, że nie cofną się przed niczym, by obronić swojego człowieka. Jedną z nich jest tytułowa bohaterka, należąca do Sydonii von Impirian, córki senatora. Kiedy władca wydaje dekret delegalizujący diaboliki, będący z nim w sporze senator, ani myśli wykonać jego wolę. Ucieka się do podstępu, który zaowocuje później nieoczekiwanymi rezultatami. W wyniku dążeń ojca Sydonii, który pragnie edukować i przesyła zbędnikom dane, jego córka zostaje zmuszona do przyjazdu na dwór cesarski jako zakładniczka. Matka dziewczyny jednak nie godzi się na taki stan rzeczy. Korzystając z tego, że nikt nie wie, jak jej córka naprawdę wygląda, postanawia że do Chryzantemum uda się właśnie Nemezis. Dzięki licznym zabiegom fortel się udaje. To jednak dopiero początek zdarzeń. Czy diabolice uda się oszukać cesarza oraz jego świtę i przywrócić przyjaciółce dobre imię? Co czeka ją na dworze i jaki los zaplanował dla Sydonii władca? 

Gdy dostałam propozycję zrecenzowania "Diaboliki" z chęcią ją przyjęłam. Byłam ciekawa historii o tak niebezpiecznych istotach, która obiecywała naprawdę silne emocje. Do tego, jak już nieraz wspominałam, lubię młodzieżówki, Tym razem przyznaję, że książka zdumiała mnie totalnie i przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Spodziewałam się całkiem nowej, świeżej historii, która przyciągnie mnie akcją i umili czas. Dostałam jednak w swoje ręce powieść, po którą śmiało mogą sięgnąć i starsi czytelnicy, gdyż pod napisaną bardzo przystępnym i dobrym językiem opowieścią, kryje się naprawdę wiele spraw wartych przemyślenia. Zacznijmy może od początku. 

Autorka stworzyła osobliwy świat, w którym dla ludzi przebywanie na Ziemi to zamierzchła historia. Człowiek posunął się o całe lata świetlne w technologii, podbił kosmos, zasiedlił inne układy, stworzył całkiem nowy rozdział. Współcześni Nemezis ludzie żyją długo, mogą dowolnie modyfikować swój wygląd i w zasadzie istnieje mało ograniczeń, które mogłyby ich dotykać. Co charakterystyczne mimo takiego obrotu spraw, nastąpił także zastój. Ludzkość nie rozwija się, dzieci nie chodzą do szkół (na co pewnie niektórzy przystanęliby z zadowoleniem ☺), jakakolwiek forma kształcenia jest wręcz zabroniona i karana jako występek. Nauka to wykroczenie przeciwko religii helionickiej, zbędna herezja, która nikomu nie jest potrzebna. I dziwi tutaj przekonanie, że świat jest samowystarczalny a krótkowzroczność panujących tak wielka. Jednak na dworze, na którym panuje przepych, rozrywkowy tryb życia i korzystanie z wszelkiej maści substancji odurzających, nie nie dostrzega się problemu. Autorka cichym głosem podpowiada, że przecież skupionymi na zabawie i niewykształconymi ludźmi o niebo łatwiej rządzić, niż tymi, którzy znają wagę nauki i myślą samodzielnie. A co będzie po naszej śmierci, to już problem kogoś innego.

Kolejnym ciekawym akcentem jest podział społeczeństwa na arystokrację, zbędników (i tu ogromnie podoba mi się rola języka w powieści) mieszkających na planetach i istoty sztucznie tworzone jak diaboliki, harmonidy i serwitorzy. Opinie, jakie panują o określonych klasach i gatunkach, inteligentnie pokazują społeczeństwo i rządzące nim uprzedzenia. Ujawniają lęki i pragnienia ludzi, którzy chcą czuć się panami świata. Tu warto byłoby przejść do bohaterów powieści. Pierwsza z nich Sydonia von Impirian, czuła, buńczuczna, porywcza, nierozważna dziewczyna, która ma dobre serce i nie widzi w swojej diabolice jedynie modyfikowanego stworzenia, ale istotę, która ma uczucia, wolę i którą darzy przyjaźnią. W porównaniu z główną bohaterką jest nieco bladą postacią, ale któż nie wypadłby tak przy diabolice? Zarówno cesarz Randewald, jak i jego matka Cygna to dwie podstępne, rządne władzy, czarne charaktery, które na kartach poznaje się coraz lepiej, niestety nigdy z żadnej pozytywnej strony. Neveni córka namiestniczki Luminy przypomina mi nieco skrzyżowanie głównej bohaterki i jej pani. To z jednej strony umiejąca zachować pozory i ostrożna dziewczyna z otwartym sercem, z drugiej twarda osoba, która potrafi zawalczyć o swoje. W końcu Nemezis, ta postać całkowicie zawładnęła tą powieścią. Co ogromnie przypadło mi w niej do gustu, to fakt, że to najbardziej pogłębiona psychologicznie postać książki. Czytelnik poznaje ją jako istotę okrutną, potrafiącą bez żadnego problemu rozszarpać człowieka czy zwierzę, dopiero uczącą się rozumienia ludzkich słów i świata. Silną, ale i przepełnioną strachem a niekiedy paraliżującym lękiem. Ze zmodyfikowanej i zaprogramowanej maszyny do zabijania wyłania się jednak ktoś ludzki. To nie tylko siejąca grozę, niezwykle silna i zwinna postać, ale osoba, która ma uczucia. Choć nie jest przez Sydonię traktowana jako rzecz, osobisty ochroniarz, stale broni się przed słowami, które wypowiada córka senatora. Nauczona, że jest jedynie "istotą" a nie człowiekiem, z uporem powtarza, że nie potrafi kochać, nie rozumie wielu rzeczy w ludzkim świecie, nie ma duszy. Tymczasem okazuje się, że w dworskim gnieździe żmij, nosi w sobie więcej człowieczeństwa niż większa część arystokracji. Bohaterka zmienia się podczas powieści, dojrzewa, zaskakują ją własne reakcje, odczucia, przemyślenia. Ściera się z utartymi przekonaniami na temat diabolików, które jej wpojono, a tym co rodzi się wewnątrz jej serca. Właśnie to zestawienie przeżyć wewnętrznych z obiegową opinią było dla mnie niesamowicie pouczające. Drugą postacią, która budzi wielkie zaskoczenie jest Tyrus von Domitrian, pierwszy następca tronu a przy tym szaleniec, zapewniający arystokracji to rozrywkę, to powód do plotek czy zgorszenia. Człowiek o przebłyskach zdrowego rozsądku, który kryje w sobie wielką tajemnicę.



S.J. Kincade stworzyła porywającą powieść pełną zwrotów akcji, w której nic nie jest czarno-białe. Dobro miesza się ze złem, szaleństwo z mądrością, ludzie zniżają się do poziomu zwierząt a rzeczone zwierzęta okazują się mieć więcej człowieczeństwa niż oni. Na przykładzie istoty, która została stworzona w jednym celu, ukazuje przemianę, której może doświadczyć każdy. Patrząc oczami diaboliki, która prowadzi narrację, co wzmacnia emocjonalny przekaz, wytyka liczne błędy ludzkości, jak odejście od nauki i pogrążenie się w stagnacji i rozpasaniu. Potwierdza prawdę, że dla władzy niektórzy są w stanie zrobić wszystko. W książce na próżno szukać łatwych rozwiązań i krystalicznie czystych postaci, wszystko aż kipi od życia i emocji. Co mnie zaskoczyło to fakt, że czytając, tak często pojawiały się tematy i problemy do przemyślenia, że trudno było mi uwierzyć, że to jedynie powieść dla młodzieży. Ogromnie jednak cieszy, że pod świetną, przykuwającą do fotela fabułą, od której nie mogłam się od niej oderwać, zarywając noce, kryje się tyle ważnych kwestii.

"Diabolika" zostawia szerokie pole do popisu dla czytelnika, pozwala mu snuć podejrzenia, często wodząc go za nos, gdyż do końca nie wiadomo, kto w tym świecie jest przyjacielem, a kto wrogiem. Prawda miesza się tu z kłamstwem, naturalność z podstępami, litość z bezwzględnością. Bohaterowie zakładają liczne maski, by przetrwać, a przebiegłość niektórych jest godna najwyższego podziwu. W takim świecie, trudno wybrać sojuszników i wierzyć w ich niezmienne oddanie. Pałacowe intrygi przypominają spacer po polu minowym, na którym nie wiadomo, kiedy spotka was coś złego, choć pewne jest, że to nastąpi. Sojusze się zmieniają, a najbardziej wpływowi pociągają za sznurki. Rodzi się jednak pytanie, kto jest władcą a kto marionetką. Sytuacja zmienia się tak szybko, że nuda zupełnie nie grozi, wręcz biegniemy za bohaterami, przed którymi piętrzą się problemy czy to związane z wydarzeniami czy z własnymi uczuciami. Nie zabrakło również wątku miłosnego i tu kolejny ukłon w stronę autorki, gdyż poza pewną dozą naiwności i odurzenia pierwszym zakochaniem, jest tu także obraz dojrzalszej miłości. "Diabolika" to bez wątpienia elektryzująca, zaskakująca, niepozwalająca się oderwać lektura z ciekawie nakreślonymi postaciami, nieprzewidywalnymi zwrotami akcji, dużą dozą głębokości, dylematami moralnymi, pisana naprawdę dobrym stylem. To festiwal walki o władzę, przetrwanie i wpływy. Jeśli macie ochotę na kosmiczną historię, która zawiera wiele prawd o człowieku, zmusza do myślenia, uczy a jednocześnie, którą czyta się bez żadnych problemów, musicie sięgnąć po "Diabolikę". Rzadko mogę powiedzieć, że spotykam książkę, którą mogę polecić każdemu, ale tutaj tak jest. Bo to nie tylko młodzieżówka, to coś więcej. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte


S.J. Kincade, Diabolika, tłum. Anna Gralak, wyd. Otwarte, Kraków 2017. 


środa, 25 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień dwudziesty piąty




Dziś od rana ćwiczenia w cierpliwości. Wolne, a sąsiedzi za ścianą wiercą od ósmej w najlepsze. Cóż nie należę do fanów wiertarek, więc średnio jestem zadowolona z "muzyki" ;) którą słyszę. Kawa już jest i pachnie cynamonem :). Zaczynamy.

Całe miasto przychodzi do Jezusa. Przed drzwiami domu zebrał się tłum chorych. Przynoszono również opętanych. Jezus cierpliwie pochylał się nad kolejnymi osobami, uzdrawiał i egzorcyzmował. Nie pozwalał jednak, by złe duchy mówiły prawdę o Nim. Nakazywał milczenie, wiedząc, że w innym czasie ludzie powinni poznać prawdę o Jego osobie. To musiała być naprawdę długa i męcząca praca. Tak wiele osób z różnymi problemami. Każde uzdrowienie było inne. Lubię myśleć, że Chrystus choć kilka słów zamieniał z tymi ludźmi, poświęcał każdemu krótką chwilę, by nie tylko ciało, ale i dusza była uzdrowiona, by ten niezwykły moment na zawsze zapadł w pamięć uzdrowionego i uwolnionego. 



Uzdrowienia bywają różne. Choroba nie jest miła, a są takie, które mocno ograniczają wolność człowieka. Do innych mówiąc potocznie, idzie się przyzwyczaić, choć każdy chce być zdrowy jak ryba. Istnieją jednak także choroby duszy, te wydaje mi się, są uciążliwe i ciężkie do wyleczenia. Zranienia, fałszywe przekonania, wpojone poczucie niższej wartości, depresja. Nie jest łatwo żyć z czymś takim. Mówi się, że trudniej wybaczyć sobie niż innym, ale trudniej także uwierzyć, że to co słyszymy na swój temat wiele razy, nie jest prawdą. Niedawno wspominałam o opowiadaniu, które usłyszałam na kazaniu. Dziś myślami jestem przy Marii Magdalenie. Łatwo było ją osądzić. Wystarczyło rzucić kamień i po sprawie. Czy spodziewała się, że Jezus ją obroni? Że wybaczy? Nie wiem, ale na pewno słyszała o Nauczycielu. Dochodziły do niej pogłoski, że przebywa z grzesznikami i wcale nimi nie gardzi. Myślę, że na dnie serca palił się w niej płomyk nadziei, że i jej nie odepchnie. Wielka jest siła nadziei, ale i strach bywa równie potężny. Pytanie tylko, czemu da się wiarę. 

Czasem trzeba poczekać na właściwy moment. Chciałoby się teraz, zaraz, natychmiast, ale nie zawsze to, co szybko osiągnięte czy wyjawione, jest dobre. Bywam niecierpliwa, ale życie nauczyło mnie, że ważne słowa i wartościowe rzeczy wymagają czasu. Nieraz trzeba dojrzeć do wysnucia konkretnych wniosków, do wypowiedzenia tego, co najważniejsze. Cały czas chodzi o to, by nie rzucać słów na wiatr, by być odpowiedzialnym za to, co się mówi i robi. Podobnie trzeba dojrzeć do walki z kłamstwem na swój temat, na wiele tematów. Czasami gryziemy się z wielu powodów, wracamy do starych spraw i grzechów. A Bóg się już tym wszystkim zajął. Nie chodzi o to, by zapomnieć, zostawić to samemu sobie. Nie, uznaję swój błąd, staram się go naprawić, a potem idę do spowiedzi i nie rozpamiętuję. Ufam, że już nie popełnię tego drugi raz. "Idź i nie grzesz więcej". Staraj się, by było dobrze. Owszem, jesteśmy tylko ludźmi, ale to nie znaczy, że mamy się niezdrowo zamęczać, a bywa, że mimo przebaczenia Boga, sami nie potrafimy wybaczyć sobie. Nikt nie zrobi tego za nas. Trzeba wiele wysiłku, by się ogarnąć, by stanąć na nogi. Ale przecież On uzdrawia i daje siłę. 



wtorek, 24 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień dwudziesty czwarty




Senny dzień. Czas płynie wolno. Zakupy zrobione, za chwilę będę mogła spokojnie usiąść z lekturą i zagłębić się w świat powieści. Robi się coraz ciemniej. Przyda się jeszcze gorąca herbata i zapachowa świeczka. Cisza spokojnie przepływa przez pokój, słychać tylko moje stukanie na klawiaturze. Jest dobrze. 

Jezus bierze teściową Szymona za rękę i podnosi. Kobiecie wraca zdrowie i pierwsze co robi, to zaczyna Mu usługiwać. Rodzi się we mnie pytanie, czy to był zwykły odruch, wyćwiczony przez tyle lat, związany z rolą kobiety w domu czy chęć okazania wdzięczności, Chrystusowi. A może lepiej pomyśleć, że nic nie jest czarno-białe i stwierdzić, że te dwie rzeczy były ze sobą połączone? Kobieta zobaczywszy gościa, chciała Mu usłużyć, a w całą swoją pracę włożyła serce, by podziękować za wrócone zdrowie? Może uśmiechała się nieśmiało i rzucała ukradkowe spojrzenia, chcą lepiej zrozumieć, Kim jest ten niezwykły człowiek. Przeżyła coś niezwykłego, niełatwo wytłumaczyć sobie coś takiego. Na pewno czuła się inaczej i zdecydowanie musiał intrygować ją Gość. 



Czasem znane czynności pomagają zebrać myśli. Coś w tym jest. Lubię zastanawiać się nad wieloma sprawami sprzątając. To pozwala mi się wyciszyć, nabrać dystansu, rozważyć pewne kwestie. Może tak było z bohaterką tego fragmentu? Jezuita Grzegorz Kramer pisze, że Bóg nie ograniczył się do aktu stwórczego. Jest z człowiekiem i troszczy się o niego przez całe życie. Każdy jest bliski Jego sercu. Chciałabym, żeby częściej ta bliskość była odczuwalna bardziej po ludzku. Tak po prostu. 

Ostatnio dużo myślę o tym, jak powinno wyglądać życie. Jesteśmy wtłaczani w pewne schematy, wchodzimy do określonych grup, mamy narzucane obowiązki. Zastanawiam się, ile osób powiedziałoby, że jest szczęśliwych. Czy spełniamy swoje marzenia? Robimy to, co kochamy? Szukanie własnego miejsca na świecie i swojego powołania, to istota tego, co powinniśmy robić. Można przeżyć życie, nie wiedząc, kim się jest, ale cóż wtedy? Wszyscy, którzy spotkali Jezusa, wiedzieli kim są, co powinni robić, choć to przychodziło pewnie nieraz z czasem. A my tak często szukamy. To trudne, rozpocząć na nowo, iść, choć nie wiadomo, co przed nami i czy się uda. A jednak, czy może pójść źle coś, co przecież jest dane człowiekowi? Wiele trudu i wysiłku trzeba włożyć, by się realizować, ale głęboko wierzę, że to, co osiągnęliśmy z trudem, doceniamy najmocniej, to świadczy o nas i naszej sile. To pozwala nam rozkwitać. Czy Bóg nie będzie sprzyjać temu, co dla nas zaplanował? Naszemu szczęściu? Najtrudniej zrobić pierwszy krok. Odważyć się, wiedzieć jak zacząć. Potem trzeba tylko siły i konsekwencji.



poniedziałek, 23 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień dwudziesty trzeci




Dzisiaj pewien przesympatyczny Pan sprawił, że naprawdę szeroko się uśmiechnęłam :D. Przyszedł już od razu na dzień dobry z dobrym humorem i mnie nim zaraził. Chciałabym, żeby tak więcej osób potrafiło do kogoś obcego zażartować, roztopić lód, przewiać smutki. Ja za tego Pana jestem dziś wdzięczna, bo fajnie spotkać kogoś tak pozytywnego :)

Jezus, gdy tylko usłyszał w domu Szymona, że jego teściowa jest chora, postanowił jej pomóc. Nie zostawił bezradnej, złożonej gorączką kobiety. Nie wiem, czy Pan uzdrowił za pomocą słowa, czy też usiadł na brzegu łóżka chorej i dotknął jej czoła. A może pomodlił się nad nią i ozdrowiała? Niestety o tym Ewangelia nie wspomina, a wiele piękna przecież w tej sytuacji. Bóg przychodzi do człowieka, który jest chory, całkiem bezbronny. Pochyla się nad nim i przywraca mu zdrowie. To wielka radość widzieć, jak ktoś wraca do pełni sił, jak znów może prowadzić normalne życie. 



Bóg nie zostawia nigdy żadnego chorego. Czytając Ewangelię ciągle słyszymy o uzdrowieniach zarówno cielesnych jak i duchowych. Jezus bywa zmęczony nie tylko przemawianiem do tłumów, ale i ciągłym działaniem. Wokół niego jest wielu chorych, niektórzy sami przychodzą, próbują Go dotknąć jak kobieta cierpiąca na upływ krwi, innych przynoszą przyjaciele. Wiedzą, że jeśli tylko dotrą do Mistrza, Ten nie odmówi pomocy. Ich ufność i wiara jest naprawdę godna podziwu.

Dziś również Bóg uzdrawia. Tak jak za czasów apostołów. Przychodzi do człowieka, pomaga. Ktoś zapyta, czemu nie uzdrowi wszystkich? Nie wiem, nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie zrobił tego za ziemskiego życia, więc tak pewnie miało być. Ale wiem, że zawsze jest z chorymi. Miłość cierpi, gdy Jego dziecko cierpi. Nie widzę szerszej perspektywy, nie znam całego kontekstu, ale wkurzam się, gdy słyszę, że Bóg zsyła na kogoś chorobę. Przecież to miłujący Ojciec, On nie robi krzywdy swoim dzieciom. Jest z nimi w dobrym i gorszym czasie i zależy Mu na tym, by każdego dziecko było szczęśliwe. Bóg uzdrawia na wiele sposobów i przejmuje się losem wszystkich. Działa, choć nie zawsze to widzimy i rozumiemy. 




niedziela, 22 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień dwudziesty drugi




Niedziela - dzień odpoczynku, więc siedzę sobie z herbatą i rozważam. Potem lektura i nie mam zamiaru przejmować się dzisiaj żadnymi głupstwami. Niech będzie tak, jak powinno być, spokojnie, bezstresowo, przyjemnie. 

Ludzie reagują na czyn Jezusa zdumieniem. Zastanawiają się, kim jest i co głosi, skoro może wyrzucać złe duchy. Nauka z mocą, tak określają to, co zrobił. Nie dostrzegają, że głosi On przesłanie zapisane w Pismach. Jego słowom towarzyszą czyny, by inni mogli uwierzyć. Wskazuje, co trzeba robić, by osiągnąć życie wieczne. 



O. Tomasz Nowak pisze, że trzeba prostować się, patrząc na Boga. Starać się narodzić w Duchu na nowo. Wówczas człowiek ma szansę stać się sobą w pełnym wymiarze. Czasem ciężko jest stanąć prosto przed Panem. Codzienność, problemy, rany, które zadają inni, przygniatają. Garbimy się, jakby nie było Jego, Który pomoże nam to wszystko nieść. Nie mówię, że to źle, że łatwo jest zawierzyć i iść z radosną miną do przodu. Nieraz mam przeczucie, że może trzeba odczuć ciężar życia, by zwrócić się do Boga, zamiast pokornie klepać formułki, będąc od Niego tak naprawdę daleko. Takie prostowanie się to długi proces, czasem się uda, czasem nie. Paradoksalnie porażka jednak może umocnić, zamiast osłabić. Tak się zdarza. Lubię w wolnej chwili westchnąć o tym, co mnie trapi. Powiedzieć prosto z mostu, jak się czuję, że zdarza mi się nie wiedzieć, jak mam postąpić, że miewam dość. To normalne i ludzkie, ale jakoś jesteśmy uczeni, że nie, tak nie można. Trzeba iść i milczeć o tym, co mnie boli, denerwuje, męczy. To nie jest prawdziwa relacja, jakiej pragnie Bóg. Wiara nie polega na tym, że przyjdę uśmiechnę się, pomodlę i będę udawała, że wszystko w porządku, choć wewnątrz cierpię i mam wrażenie, że za chwilę zawali się cały świat i ja sama. 

Bóg pragnie prawdziwej relacji z człowiekiem. Takiej szczerej do bólu. Pamiętam jak słuchałam kiedyś rekolekcji i usłyszałam "wygarnij Panu Bogu". Szok! Jak wygarnij? Wyrzuć to z siebie, wykrzycz. Nie bądź ulizanym chrześcijaninem. Bóg chce Twojej miłości, Ciebie, a nie szopki i przedstawienia. Zresztą, jaki sens twierdzić, że jest dobrze, skoro nie jest. Przecież On zna moje serce. Nie chodzi o to, żeby wyżyć się. Można wszystko wykrzyczeć całkiem kulturalnie (żeby nie było, że rzucanie mięsem jest ok). Taka szczera rozmowa pomaga. Owszem, odpowiedź nieraz przyjdzie późno, pewnie niekoniecznie wtedy, gdy chcę, ale przyjdzie. Co najważniejsze, przecież Bóg, który kocha bezgranicznie, nie obrazi się za to, że powiem, jak się czuję, czy co mi leży na sercu. 

A na koniec, jeśli już jesteśmy w temacie słów, dzielę się opowiadaniem, które dzisiaj słyszałam na kazaniu. Pewien chłopiec, który bardzo często wchodził w konflikty z innymi, dostał od ojca worek gwoździ. Za każdym razem, gdy powiedział coś złego w rozmowie z drugim człowiekiem, miał wbić w płot gwoździa. Początkowo miał się czym zajmować, bo gwoździ dziennie było kilkadziesiąt. Z czasem jednak ich liczba się zmniejszała a dziecko nauczyło się panować nad swoim charakterem i słowami, które wypowiada. Gdy nadszedł dzień bez kłotni, uradowany chłopiec poszedł do ojca. Ten go pochwalił i kazał każdego dnia bez złego słowa wyciągać jeden gwóźdź. Po wielu dniach w płocie zostały same dziury. Wówczas mężczyzna zaprowadził syna przed podziurawione ogrodzenie i powiedział, że ono już zostanie takie. Nigdy nie będzie całe, jak dawniej. Podobnie jest z sercem człowieka, jeśli go zranimy słowem, ta rana pozostanie, nawet gdy padną słowa przepraszam. Zatem w ten wolny czas, jakim jest niedziela, chyba warto na chwilę pomyśleć o tym, co mówimy. Nie ranić, bo słowa mogą być równie ostre jak nóż. I nie krzyczeć od razu, nawet gdy puszczają nerwy. Tak, wiem jakie to nieraz trudne. Ale niech dzisiaj będzie pierwszy dzień pracy nad sobą i nad tym, co mówimy. Bo można wylać przed kimś serce, nie robiąc przy tym krzywdy.



sobota, 21 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień dwudziesty pierwszy




Wszystko już załatwione, wizyta złożona, farba na włosach :) w kuchni parzy się mandarynkowa herbata z imbirem, a mnie za chwilę czeka spokojny wieczór z lekturą i ćwiczenie kreatywności. Lubię wolne weekendy, ten brak pośpiechu, spokój, poczucie, że mam czas a nie zegarek. 

Jezus nakazuje milczenie złemu duchowi na swój temat. Jeszcze nie nadeszła pora. Wyrzuca go z człowieka. Zło istnieje, choć nieraz rozmywa się je do granic niemożliwości. Jest silne, to nie diabełki z kreskówek, ale realne zagrożenie. Bóg jest jednak silniejszy. On pokonał śmierć, zło, szatana. Nie znaczy to jednak, że człowiek nie jest podatny na grzech. Walka między dobrem a złem stale się toczy. Jesteśmy bliżej jednej lub drugiej strony. 



Im bardziej staramy się robić coś dobrego, tym nieraz bywa trudniej. Piętrzą się przeciwności, pojawiają kolejne problemy. Warto wtedy zaufać, zawierzyć Bogu. Św. Brat Albert miał wielką ufność. Pan to załatwi. Przychodził i mówił, czego mu potrzeba. I dostawał to, czasem nawet przez ciekawskie bogate damy, ale jemu to nie przeszkadzało. Biedacy znów mieli ciepły posiłek i to było ważne. S. Małgorzata Chmielewska w "Sposobie na (cholernie) #szczęśliwe życie" wspomina, że nieraz mówi do Boga, żeby coś załatwił, bo nie wszystko ona może. Tak jest w życiu, im bliżej Boga jesteśmy, tym więcej kłód pod nogami, ale jednocześnie więcej pomocy Pana, czasem całkiem szalonej. 

Trzeba ufności, odwagi i wytrwałości. Św. Paweł pisze "Zło dobrem zwyciężaj". Nie poddawaj się, nawet jak będzie trudno. Bóg zawsze przyjdzie z pomocą. W jednej z przychodni w moim mieście, w rejestracji wisi kartka z napisem "sprawy trudne i bardzo trudne załatwiamy od ręki, na cuda trzeba chwilę poczekać :)". Zawsze się uśmiecham widząc ten napis, ale może podobnie jest w życiu? Bywa, że trzeba uzbroić się w cierpliwość i nie poddawać, nawet jak coś idzie nie tak. Cud przyjdzie, może nie taki, jakiego oczekujemy, ale taki jakiego potrzebujemy. 



piątek, 20 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień dwudziesty




Marzy mi się łóżko i długi sen ;). Tak, to efekt całego dnia w pracy i jakiejś niespecjalnej aury. Za oknem mokro i zimno, więc pogoda typowa pod psem, a za mną cały dzień chodzi sen, mimo wypitej kawy ;). 

Jezus wygania złe duchy. One nie tylko potwierdzają Jego tożsamość, ale boją się. Nie ma żadnej płaszczyzny życia, w której nie ma Boga. On jest obecny i wszechmocny wszędzie. Za swoimi ukochanymi dziećmi schodzi do najciemniejszych zakamarków. Nie brzydzi się nędzy, brudu, brzydoty, niedoskonałości, upadku. Jest zawsze z człowiekiem i nigdy nie zostawia go samego. Jeśli ktoś lęka się, że coś niedobrego się dzieje, to nie musi się trwożyć. Bóg swoją mocą dosięgnie wszystkiego. W Biblii słowo "nie bój się" pada 365 razy, tak codziennie, by pamiętać o opiece Boga. Uwielbiam sobie to powtarzać :).



Bóg wyzwala nie tylko od zła. Uwalnia od nałogów, beznadziei, samotności, znużenia. Przychodzi i jak kiedyś wlewa w człowieka Ducha. Ożywia, bo czasami można jedynie trwać, a nie żyć. Takie wegetowanie, to często efekt podszeptów złego, który stale próbuje udowodnić, że człowiek jest inny niż w rzeczywistości. Nikt nie jest mały, bezsilny, do niczego. Bóg stworzył nas na Swoje podobieństwo i obraz. Jesteśmy niezwykli, możemy tak wiele. Trzeba tylko słuchać właściwego głosu i nie oddawać miejsca w życiu temu, co nas niszczy. Bóg uzdrawia, ożywia, oczyszcza, wyzwala, gdyż wszystko jest Jego. 

Lubię cytaty z Pisma Świętego. Uczę się je przekładać na życie, budować z nich swoje drogowskazy, coś co pomoże mi w trudnych chwilach, co da siłę, ukoi smutek, ból, wleje nadzieję, wywoła uśmiech. Tego trzeba szukać, bo każdy inaczej odbiera słowa. Wczytywać się i odnajdywać na kartach Pisma. Szukać nie tylko odpowiedzi, ale i tego, co mnie porusza. Zapamiętywać, wypisywać, wracać do tych wersów, bo to dobre i piękne. Od takiej prostej rzeczy można zacząć się zmieniać :).



czwartek, 19 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień dziewiętnasty




Dziś wolny ranek, więc piszę o innej niż zwykle godzinie. Obok kończy się już kawa ;) a za oknem nadal biało i zimno. Lubię zimę, świat wydaje się wtedy taki magiczny, czysty, otulony białym puchem, sprawia wrażenie całkiem innego niż ponurą końcówką jesieni. Czasem mam wrażenie, że odbicie tego, jak wygląda świat w konkretnych porach roku, można w jakimś stopniu odnaleźć w ludzkiej duszy. To bardzo uproszczony obraz, ale chyba sugestywny. Jest zimowa biel czystości, jest wiosenny rozwój, letnia dojrzałość i jesienne przekwitanie, gdy pojawia się grzech. Ot, tak mnie dziś naszło na obrazowy styl ;).

Jezus naucza w synagodze. Co najbardziej zaskakuje? Przecież to syn cieśli, prosty, niewykształcony człowiek, a naucza nie tylko jak uczeni w piśmie, on głosi z mocą. Ciekawe, co bardziej denerwowało uczonych, to że Jezus odważył się nauczać czy to, że robił to skuteczniej niż oni, nie skończywszy żadnej szkoły? Łatwo mówić piękne, wyuczone słowa, odwoływać się do przeczytanych mądrości, ale trzeba mieć coś jeszcze, charyzmę. Jeśli człowiek nie potrafi porwać innych, kiepski z niego mówca, jeśli nie żyje tym, co głosi, żaden nauczyciel wiary. Tymczasem przecież w świątyni działo się dużo rzeczy odbiegających od przykazań, często nakładano na ludzi kolejne obowiązki, samemu ich nie wypełniając. A tu przychodzi młody człowiek, który ma wielką odwagę mówić jak jest, nauczać o Bogu i nie ma żadnych kompleksów. Co więcej, nie ma mu czego zarzucić, bo żyje tym, co głosi. 



Wolność, którą otrzymaliśmy od Boga to wielki dar, ale zdecydowanie nie jest łatwy. Mamy sumienie, 10 przykazań, Pismo Święte, ale równocześnie jesteśmy podatni na grzech, często wiemy lepiej, a czasami po prostu buntujemy się przeciw zakazom. Podobno z psychologicznego punktu widzenia działamy przekornie do wszystkiego zaczynającego się od "nie". Jeśli sparzymy się, nauczeni własnym doświadczeniem, nie popełnimy tego błędu kolejny raz. Ale są sytuacje, które mogą się powtarzać. Nikt chyba nie lubi, gdy mu się czegoś zabrania. Dlatego lubię myśleć o przykazaniach na zasadzie zaproszenia do czegoś. Nie pamiętam już kto tak właśnie je zaprezentował, ale chwała mu za to :). Wolność - mogę wszystko, bo nie jestem marionetką. Sama wybieram to, co robię, nawet jeśli nie podoba się to Stwórcy. Na tym polega też miłość, na pozwoleniu kochanej osobie błądzić. Nie chodzi o to, że Boga to nie obchodzi, nie boli, ale kochając, nie zmusza nikogo do niczego. Mam wybór, mogę postąpić dobrze, a mogę źle. Mam narzędzia, które pozwolą mi ocenić mój czyn i jego skutki, choć te często nas zaskakują. Bóg przyjął wszystko, co niesie ze sobą nasza wolność, dlaczego sami nieraz ją ograniczamy? Może to taka ludzka natura, a może trzeba jeszcze wiele wysiłku, by nauczyć się odróżniać piękne wizje od podstępów? Swoją drogą, jak silna musi być miłość, która wszystko znosi i jedynie sugeruje delikatnie, co powinniśmy robić.

Każdy dzień to zaproszenie do wolności i miłości. Całe 24 godziny, podczas których można zrobić coś dobrego i mądrego. Same słowa nie wystarczą, one mają nas pobudzać do czynów. Zatem owocnego dnia moi Drodzy, wsłuchujcie się w Dobrego Nauczyciela i czyńcie dobro. 




środa, 18 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień osiemnasty




Zostawiam tu kawałek swojego serca, kawałek siebie. Rozwój duchowy opiera się na prawdzie i do tego przecież prowadzą rozważania. Zmarły 11 lat temu ks. Jan Twardowski pisał, że w życiu muszą być i lepsze i gorsze dni, bo jak jest tylko dobrze, to niedobrze ;). Smutno mi, najnormalniej w świecie, po ludzku, gryzie mnie smutek. I chyba tym się dzisiaj najmocniej dzielę z Bogiem. 

Jezus powołuje kolejnych uczniów, Jakuba i Jana. Ci zaś zostawiają ojca i idą za Panem. Czy towarzyszyły temu jakieś słowa? Ojcze to ten niezwykły nauczyciel, On nas wzywa. Czy po prostu w milczeniu odeszli, pozostawiając całkiem osłupiałego ze zdumienia rodzica? Abraham również kiedyś wszystko zostawił. Swoją ziemię, rodzinę i wyruszył w nieznane. Zaufał Bogu, który obiecał mu ogromnie wiele. Do tego jednak trzeba było przejść przez próby. A jednak ten człowiek spakował, co miał i poszedł, co pewnie niektórzy poczytali za szaleństwo. Jakub i Jan też zaczęli nowe życie. Zostawili za sobą przeszłość i postanowili przyjąć zaproszenie, do bycia rybakami ludzi. Może zbędne było wyjaśnianie, dlaczego nagle porzucają sieci, gdyż milczenie i płonące spojrzenia powiedziały więcej. Ewangelia milczy na ten temat, pozostawiając pole to snucia refleksji. 



Można zostać najpiękniejszą wersją samego siebie. Pozwolić się kształtować, wsłuchiwać się w głos Boga. Wybierać codziennie od nowa, wgłębiać się w Słowo. Przebywać w ciszy, bo tylko w niej słyszy się cichy głos dobra. Nauczycieli jest wielu. Jeśli komuś nierealne wydaje się takie porzucenie czegokolwiek, wystarczy prześledzić historię. Nie będę tu mówić o moim ukochanym św. Franciszku z Asyżu czy Bracie Albercie. Współczesność ma swoich Bożych szaleńców - Matkę Teresę z Kalkuty, S. Małgorzatę Chmielewską, S. Jolantę Glapkę i wielu innych. Każda z tych osób mogła robić coś innego, budować swoją karierę, starać się o bycie wielkim w oczach ludzi. Ale patrząc obiektywnie, oni są wielcy, wielcy sercem a to stokrotnie lepsze :). To nie tak, że Bóg każe porzucić wszystko i niczego w zamian nie daje. On daje, o wiele więcej niż sami byśmy poprosili i doskonale rozumie potrzeby serca.

Wpatruję się dzisiaj w Jakuba, Jana i przede wszystkim w Abrahama. Ludzi, którzy w sercu na pewno nosili wiele pytań do Boga, którzy mieli trudniejsze momenty. Pewnie czasami towarzyszył im strach, zmęczenie, zwątpienie. To ludzkie. A jednak szli, bo wiara w Tego, który ich prowadził, była większa. Gdy jest trudno, gdy "życie nie całe" stukam w krzyż z pytaniami, a Ty otworzysz, by słuchać. A dalej już pójdzie, prawda?

A na koniec do posłuchania :)


Historia żądzy - Madeline Sheehan „Niepokorna”


„Jesteś lepszy niż ci się wydaje – wyszeptałam – Gdy byłam mała, nie zdawałam sobie sprawy – nie rozumiałam twego spojrzenia, nie rozumiałam, dlaczego jesteś smutny – ale teraz już wiem. Ktoś w ciebie wniknął i wszystko ci pomieszał, wywrócił do góry nogami, zamienił prawą stronę z lewą. Dlatego teraz wydaje ci się, że nie jesteś nic warty. A to nieprawda. Więc musisz mnie słuchać, gdy ci mówię, że jesteś lepszy niż myślisz. Powiem więcej, dla mnie jesteś najlepszy.” – s. 70



Ciągle zastanawiam się, czy można napisać naprawdę dobry literacko erotyk. Taki, który pod względem zarówno fabuły jak i języka będzie na wysokim poziomie, który przykuje czytelnika i nie będzie kolejną kiepską wersją przygryzania warg i rozpadania się na kawałki, ale historią nową, ciekawą. Pewnie dlatego, gdy książka z tego gatunku trafia w moje ręce, sprawdzam czy da się to zrobić...

Klub Motocyklowy Silver Demons to miejsce dla twardych mężczyzn, gdzie nie stroni się od ciemnych interesów, bijatyk, rywalizacji, wolności pod każdym względem i ogólnie pojętego życia motocyklisty. W tym zmaskulinizowanym świecie dorasta Eva Fox, córka prezesa wspomnianego klubu. Dziewczyna ma swój styl, potrafi głośno śpiewać przy innych, kompletnie się nie przejmując tym, że fałszuje niemiłosiernie i od małego jest zakochana w przywódcy innego klubu. Starszy od niej o kilkanaście lat Cole West, zwany Deuce’m kieruje grupą Hell’s Horsemen i podziela fascynację córką rywala. Cała historia opiera się na zetknięciach się, począwszy od wizyty w więzieniu, podczas której bohaterowie się poznali i wzajemnie ujęli, po planowane lub przypadkowe spotkania. Jednym słowem Eva i Deuce widzą się co kilka lat. Podczas tych chwil rośnie między nimi wzajemne pożądanie, uczucia, przekonanie, że nie mogą być razem i że sytuacja nie skończy się dobrze, a jednak bez siebie nie potrafią egzystować. Wzajemnie się przyciągają i odpychają, by rozstać na długi czas. To także opowieść o niezdrowym przywiązaniu do drugiego człowieka, szaleństwie, które niekontrolowane narasta do tego stopnia, że zagraża wszystkim, o podporządkowaniu się określonej wizji świata i z góry ustalonym sytuacjom oraz życiu w twardym świecie klubów motocyklowych i wpływowej elity. Wydaje się, że każdy z bohaterów szuka szczęścia, czy jednak uda im się je odnaleźć? Jak potoczą się losy dwójki ludzi, którzy nie powinni ze sobą być? Ludzi naprawdę różnych od siebie.

Niepokorna” ma być odskocznią od tzw. Love story. Żadnych ckliwych, romantycznych uniesień, wzdychania do księżyca, dylematów nad komórką czy dzwonić czy nie. Nie natkniecie się tu na listy miłosne, szumne wyznania czy randki. Są za to wypełnione seksem, przelotne spotkania, wzajemna fascynacja, nienasycenie i spierające się ze sobą charaktery. Wszystko zazwyczaj kończy się ucieczką aż do następnego razu, który zwykle ma miejsce po kilku latach. Fabuła jest prosta, urzeczeni sobą bohaterowie, łamią zasady, nie zważając na to, że nie powinni się spotykać i próbują nasycić się sobą. Każde z nich doskonale zdaje sobie sprawę, że to tylko chwilowa jedność, jednak godzą się na to.

Eva już od dziecka wie, że to właśnie Deuce jest mężczyzną jej życia, on podskórnie czuje niezwykłość dziewczynki a potem kobiety, stale nie rozumiejąc, dlaczego ma ona o nim tak dobre zdanie. Dziewczyna wychowana w klubie w zasadzie jest wyzwoloną osobą. Doskonale wie, że członkowie, którzy traktują ją jak maskotkę i kochają jak własną córkę, mają taki a nie inny tryb życia. Alkohol, imprezy, ryzykowny biznes, bijatyki i rozwiązłość. Niby bohaterce nie podoba się to, że poza żonami mają liczne kochanki, ale jakoś nawet o tym specjalnie nie napomyka. Traktuje to jako coś normalnego, nieodłączną część życia, choć sama chce być jedyna. Co mnie zdziwiło to fakt, że dziewczyna daje się praktycznie bez protestu krzywdzić i jakoś mało przekonuje mnie argument o przywiązaniu i miłości do Frankie’go. Jej charakter jest zbyt silny, by pasowało do niej podporządkowywanie się i branie jej szantażem emocjonalnym. Skoro potrafi posłać w diabły człowieka, którego szaleńczo kocha i pożąda, tym bardziej powinna poradzić sobie z facetem, który bezsprzecznie wymaga konkretnej pomocy. Deuce to typowy przywódca, który lubi stawiać na swoim. Z jednej strony wie, że związek z Evą ściągnie na niego kłopoty, z drugiej jest ona dla niego jak narkotyk. Śmiało mogę zaryzykować stwierdzenie, że tylko ona daje mu szczęście, choć nie zawsze potrafi o nie zadbać. Jak cień prześladuje go przekonanie, że jest nikim i nie zasługuje na nic dobrego. I faktycznie chwilami widać, że wyłazi z niego kawał drania. To jednak dość niespójna postać. Rozumiem środowisko motocyklowe i specyficzny język, którego się tam używa, ale mówienie o kobietach per „suka” a przy tym uczenie młodzików szacunku do płci pięknej totalnie mi się gryzie. O Frankie’m i Kamie niewiele można powiedzieć. Przyszywany brat Evy jest całkowitym szaleńcem, który uzależnił się od niej na tyle, że jest mu ona bardziej niezbędna do życia niż tlen. Mężczyzna jest fanatycznie zazdrosny, całkowicie nieobliczalny a do tego niezwykle gwałtowny i brutalny a jednak nikt nie robi nic, by jakoś mu pomóc, czy ochronić przed nimi innych. Kami zaś stanowi osobliwy przypadek zbuntowanej, rozwiązłej i całkiem niezaspokojonej osoby. Zmuszona do małżeństwa, wcześniej zaś rekompensująca sobie seksem wszystko, czego jej brakuje, umie jednak być dobrą przyjaciółką.

Rozumiem, że świat, w którym egzystują bohaterowie ma swoje prawa, że to rzeczywistość walki o wpływy, brudnych interesów zakrapianych alkoholem i narkotykami imprez i seksu, ale to dość prosta opowieść, a szczerze mówiąc po zapowiedzi oczekiwałam czegoś więcej. Książka miała mnie zniewolić, a jednak nie przykuła za bardzo do fotela. Ok, nie spodziewałam się drugiego dna po historii romansu między bohaterami, to nie ten typ literatury. Zabrakło jednak czegoś. Wszystko można streścić w kilku zdaniach, język jak już wspominałam jest specyficzny a bohaterowie wydali mi się dość płascy. Mało co o nich wiadomo, a złe chwile również te, które zachodzą między nimi po prostu określają „gównem” i po sprawie. Wszystko przyjęte po prostu i poddane falom życia. Myślę, że dość specyficzną relację między Evą a Duece'm można było poprowadzić naprawdę ciekawie i nadal bez romantyzmu. Wszystkie postaci, gdyby je rozwinąć, na pewno wzbogaciłyby fabułę. Porównując ten tytuł do serii Dark duetNiepokorna” wypada bardzo przeciętnie. Książka jak przystało na swój gatunek obfituje w sceny erotyczne, pokazuje dodatkowo życie klubu, ale wszystko to wydało mi się dość powierzchowne. Surowa i szorstka literatura obiecywała wiele, jednak jest po prostu przeciętnie. „Niepokorna” nie wzbudziła we mnie niestety większych emocji, czytając miałam przekonanie, że historia mogła być dużo lepsza, bo pomysł był. Plusem jest to, że czyta się ją dość szybko. Jeśli lubicie ten typ literatury książka Madeline Sheehan może przypaść wam do gustu.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.


Madeline Sheehan, Niepokorna, przeł. Jan Stecki, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016. 

wtorek, 17 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień siedemnasty




Ranek przywitał mnie mgłą i dość ponurą aurą, ale kawa wystarczyła, by zrobiło się lepiej. Ciągle po głowie chodzi mi odejście ks. Mieczysława Malińskiego. Jego książki czytałam jeszcze w podstawówce i gimnazjum. Dały mi wiele do myślenia i zaszczepiły sympatię do króciutkich rozważań, które poruszają serca i pozwalają wzrastać. W jakiś sposób na pewno ukształtowały mnie jego słowa i dziś chciałabym podziękować za to. A Wam serdecznie polecam np. Elementarz ks. Malińskiego czy inne jego dzieła. 

Apostołowie zostawili wszystko i poszli za Jezusem. Stale zdumiewa mnie ten czyn. Ujrzeć kogoś i po prostu rzucić to, co dotychczas było moim życiem i moim światem i iść za tą osobą. Jak wielkiego zaufania i zafascynowania trzeba doświadczyć, by oderwać się od tego, co nam bliskie i stałe i wyruszyć w nieznane? Co musi zrodzić się w sercu człowieka, żeby opuścić rodzinę, pracę, nie martwić się zupełnie niczym i po prostu iść. Nie wiem, czy choć na chwilkę apostołowie odczuli niepewność, jakiś cień zawahania. Na pewno taki czyn wymagał odwagi, przekonania, że to właśnie droga, która jest moja, to ten czas i to miejsce. "Pójdź za mną" wypowiedziane z mocą, której nie można było się oprzeć. Z mocą miłości.



Znacie ten stan, gdy ogarnia was przekonanie, że to właśnie "ta" osoba? Gdy wydaje się, że znacie kogoś całe wieki, że na niego czekaliście? Czasami jak to się mówi między ludźmi od razu zaskakuje. Tworzy się tak mocna nić porozumienia, że słowa bywają zbędne. Relacje międzyludzkie są przeróżne, ale właśnie taka nić musiała powstać między Jezusem a jego uczniami. To olśnienie, że tak, to człowiek, na którego czekałem, za którym chcę podążać. Lloyd Cassel Douglas napisał przepiękną książkę "Szata" (pewnie niektórzy znają ten tytuł z filmu). Pewien bohater w niej, stale czegoś wypatruje. Zatrzymuje się, rozgląda, rzuca tęskne a zarazem przepełnione nadzieją spojrzenia. Zapytany, czego właściwie szuka, odpowiada, że czeka na moment aż znów ujrzy Jezusa, bo On na pewno wróci. Scena naprawdę wzruszająca i świadcząca o sile uczuć i zaufaniu do Pana. 

Nie musimy być ideałem, by iść za Jezusem. Konieczne natomiast jest przebaczenie sobie i innym. Zgoda na to, jacy jesteśmy, która pozwoli nam zacząć budować od nowa. Wraz ze zrozumieniem dwóch rzeczy, można spokojnie ruszyć w drogę. Po pierwsze trzeba stanąć w prawdzie o sobie, a to bywa i trudne i bolesne, bo nie ujrzymy jedynie miłych rzeczy. Po drugie musimy uwierzyć, że mimo wszystko, jesteśmy kochani i tę miłość przyjąć. Wtedy nie zostanie się nad sieciami, gdy On będzie przechodził obok i wzywał do wspólnej wędrówki. A jak będzie dalej? Myślę, że przemierzymy ciekawą i wymagającą drogę, na której poznamy i Jego i samych siebie. Więc chyba pozostaje mi dzisiaj życzyć Wam tego przepełnionego nadzieją i miłością wzroku i tej tęsknoty serca za Bogiem, bo z niej rodzą się fantastyczne rzeczy :). Spokojnej nocy dla Was :).



poniedziałek, 16 stycznia 2017

Złap się za Słowo - dzień szesnasty




Dzień minął szybko, choć wydawało mi się, że tak nie będzie. Poranek zachwycił mnie pięknym słońcem, mimo że widziałam je krótko. Potem praca i teraz powrót do domu. Trochę śmiechu, trochę nadziei i planów na nieco dłuższy odpoczynek. Ale to dopiero przede mną. Wyciszyłam się nieco ostatnio. Coś się zmienia :).

Jezus proponuje uczniom coś większego niż dotychczas. Będą rybakami, ale nie takimi zwykłymi, od dziś będą łowić ludzi. Oj trzeba się przy tym napracować pewnie jeszcze więcej, bo ryby nie są tak przekorne ;) i nie mają tak dużo do powiedzenia na temat swojej racji. A poważniej, to również ogromny obowiązek, odpowiedzialność za człowieka, którego się pociąga. To sztuka zyskać czyjeś zaufanie. Można zainteresować, zatrzymać na chwilę, ale skłonić do zmiany życia, do postępowania drogą, która wcale nie jest łatwa, wymaga wyrzeczeń, pracy nad sobą. A jednak ci prości ludzie to potrafili. Dlaczego? Myślę, że to wypływało z ich miłości do Jezusa. Nią zarażali i to ona zjednywała im ludzi. 



Siostra Chmielewska pisze, że ci którzy pobłądzili mogą być bliżej Boga, gdyż jest w nich pokora, skrucha, prawda i pragnienie miłości. Może to wynika z oczyszczenia, które przychodzi czasem przez ból. Jest źle, boli i jakoś tak łatwiej uświadomić sobie pewne rzeczy, zrozumieć cierpienie innych ludzi. Łatwiej doświadczyć Bożej miłości, która przychodzi najmocniej, gdy człowiek chciałby się schować w ciemny kąt. Co mną zawsze wstrząsa? Że gdy mi "smutno, duszno i ciemno", gdy coś sknociłam i faktycznie przemykam gdzieś pod ścianami i chowam się po kątach, gdy mi najnormalniej w świecie wstyd, On potrafi pokazać mi ogrom Swojej miłości. I to jest jak kubeł zimnej wody, otrzeźwienie, to rozbraja człowieka doszczętnie. Ja cię kocham, mimo, że zrobiłaś świństwo, mimo, że znów zawaliłaś. Kocham cię i nic tego nie zmieni! I jak tu pozostać obojętnym???

Zmarły ks. Maliński pisał kiedyś, że może będzie taki czas, że nie będziemy mogli popatrzeć na siebie w lustrze, bo zrobimy coś, co by nam zupełnie przez myśl nie przeszło. I takie sytuacje się zdarzają. A Bóg nie odwraca się wtedy do nikogo plecami. Zarzuca wędkę i przyciąga, żeby przytulić. Nie porzuca. Owszem, wszystko ma swoje konsekwencje, ale może czasem faktycznie trzeba palnąć głupotę, żeby namacalnie doświadczyć przebaczenia i miłości? Żeby stać się człowiekiem, tak naprawdę, a nie na papierze czy w swoim mniemaniu. Cierpienie uszlachetnia, a ja powiem, że uczy, otwiera, oczyszcza. Daj się więc złapać na wędkę odpowiedniemu rybakowi, a zobaczysz, będzie pięknie, trudno, ale pięknie :).