sobota, 21 września 2019

Krótka refleksja o relacjach z frontu czyli co przeczytałam w 772 numerze Miesięcznika "Znak"




"Pojechałem na wojnę wiedziony prostackim, choć poważnym przekonaniem, że trzeba umieć patrzeć na wszystko. Poważnym, bo wprowadziłem je w czyn, a prostackim, bo nie wiedziałem - dopiero wojna mnie tego nauczyła - że jesteś tak samo odpowiedzialny za to, na co patrzysz, jak za to, co robisz." - s. 5

Jest w nas jakiś głód informacji. Zawsze chcemy wiedzieć, co dzieje się na świecie. Ludzkość od zarania dziejów jest ciekawa tego, co jątrzy daną społeczność, co słychać się w najbliższej okolicy, jak wygląda życie w odległych krajach. Słuchamy o rozwoju kultury, literatury, muzyki, filozofii, śledzimy odkrycia i działania zbrojne. Trzymamy rękę na pulsie, by nic nie uciekło naszej uwadze. Obecnie mamy znacznie łatwiejszy dostęp do informacji niż kiedyś. Nie oznacza to jednak, że wiemy wszystko. Wydaje się, że właśnie teraz musimy być bardziej czujni niż dawniej. Natłok informacji, odmienne narracje, sprzeczne doniesienia, fake newsy, to wszystko sprawia, że łatwo się pogubić.  Trudno nam stwierdzić, co jest prawdą a co kłamstwem. Coraz więcej osób potrzebuje szkolenia z tego, jak ocenić czy informacja jest wiarygodna. Mnogość mediów daje nam niemal nieograniczoną szansę bycia tu i teraz. Znalezienia się niemal w samym oku cyklonu historii, która dzieje się na naszych oczach. W zalewie doniesień możemy jednak czuć się nieco zagubieni. Wtedy zawsze warto kierować się ku sprawdzonym źródłom.

Żyją na walizkach, w ciągłych rozjazdach. Ich nieodłącznymi towarzyszami są adrenalina, dyktafon lub notatnik, aparat oraz żyłka hazardzistów a może lepiej byłoby powiedzieć, potrzeba szukania prawdy i dzielenia się nią z innymi. Przemierzają tysiące kilometrów, poświęcają godziny a nawet tygodnie na budowanie zaufania. Docierają tam, gdzie inni nigdy by nie zaglądnęli. Nie straszne im okopy, świszczące kule, wstawanie przed świtem, podróże z wojskiem, świadomość tego, że mogą stracić życie. Czasami paradoksalnie pomaga im skromny budżet czy pochodzenie z tej "gorszej" części Europy, innym razem płeć. Pracują samotnie lub podróżują w grupach. Wielu z nich zna się i lubi. Weryfikują każdą przekazywaną informację, by nie wprowadzać nikogo w błąd. Bywali cenzurowani, uciszani, piętnowani. Przekraczali granice zarówno strachu, jak i poprawności politycznej. Wielu z nich łamało tabu, kształtowało nowe spojrzenie na świat. Swoją pracą wołało o zmiany, przebudzenie. Dziś, pomimo tylu udogodnień technicznych ich praca jest dużo trudniejsza. To właśnie postęp zabiera im możliwość wyjazdów, które niegdyś były sponsorowane przez redakcje. Środki masowego przekazu, w szczególności internet i chęć do bycia "sławnym" sprawiają, że korespondentom wojennym jest coraz trudniej. Zdarza się, że sami sponsorują swoje wyprawy biorąc kredyt. Częściej niż prasowe relacje piszą długie reportaże wydawane w formie książki. Bywa, że chce się ich zastąpić żądnymi przygód i tańszymi twórcami internetowymi.

Tymczasem praca korespondenta wymaga przygotowania, znajomości historii, polityki, świadomości tego, że bierzemy odpowiedzialność za przekaz, który wysyłamy w świat. Etyka dziennikarska i dobre pióro, tym powinni kierować się piszący. Ich teksty na przestrzeni wieków zmieniały świat. Kształtowały opinię publiczną, wpływały na decyzje podejmowane przez rządy. Nie sposób przecenić ludzi, którzy byli i wierzę, że nadal są naszym oknem na świat i jego problemy. O tym, czym jest codzienność korespondenta wojennego przeczytacie we wrześniowym numerze Miesięcznika Znak. Dowiecie się, dlaczego Wojciech Jagielski uważa, że jest to praca dla samotnych, choć to właśnie najbliżsi pomagają przetrwać trudne chwile. Przekonacie się, co Winston Churchill przeżył podczas wojny burskiej i jak zmieniała się rola korespondentów.



Jednak nie tylko słowa oddziałują na ludzi. Często jeden obraz potrafi przekazać więcej niż tysiące najmądrzejszych zdań. Każda dziedzina ma swój język, którym oddaje informacje oraz emocje. O tym, że fotografia ma wielkie znaczenie nie trzeba nikogo przekonywać. Wystarczy odwołać się do najsłynniejszych zdjęć, które zmieniły świat. Często to właśnie one były bodźcem do publicznej debaty dotyczącej palących problemów. To fotografie dawały prawdziwy obraz tego, czego społeczeństwo nie mogło zobaczyć na własne oczy. Fotoreporterzy podobnie jak korespondenci noszą na swoich barkach ogromny ciężar odpowiedzialności. Nieraz ryzykują życiem, spędzają godziny w okropnych warunkach, znajdują się w samym centrum wydarzeń, by uchwycić "ten" jeden konkretny moment, który zapisze się na kartach historii. Czasami za niezapomniane kadry przychodzi im płacić najwyższą cenę, innym razem przeżycia kładą się cieniem na ich przyszłości. Zdarza się i tak, że wyłamują się z kodeksu i naginają rzeczywistość do swoich potrzeb. I tu pojawia się najważniejsze pytanie, gdzie leży granica, której nie wolno przekroczyć. Kiedy mówimy o fotorelacji czy migawkach o charakterze reportażowym, a kiedy o fotografii, stylizowanej przez autora. O kilku ważnych zdjęciach i losach ich twórców poczytacie na kartach Znaku.

W miesięczniku znajdziecie także kilka tekstów o kondycji Kościoła katolickiego w Polsce. Papież Franciszek stale nawołuje do zmiany oblicza Kościoła. Kraje coraz bardziej się laicyzują, a my tkwimy w nieco dziwnym przekonaniu, że wspólnota wiernych, a w zasadzie jej hierarchowie i struktury są w Polsce atakowane. Przespaliśmy moment zmian, transformacja ustrojowa pozwoliła na odetchnięcie, że oto wygraliśmy z komuną i wszystko już jest dobrze. Tymczasem reportaż Tomasza Sekielskiego zatrząsł ugruntowaną opinią i wywołał lawinę komentarzy. Przy okazji problemu pedofilii wypłynęły również inne słabości strukturalne. Mnogość uczelni, które nie zawsze zachowują wysoki poziom nauczania, przekazywanie wiary jako elementu spuścizny kulturowej niezrozumiałe dla młodych, brak osobistych świadectw, nostalgia za prawdziwymi dysputami akademickimi, pomijanie przez niektórych zaleceń episkopatu. To tylko część z opisywanych zjawisk i nietrudno nie zgodzić się z ks. Grzegorzem Strzelczykiem, że wkurzamy się a część kapłanów robi to razem z nami. Bo trzeba reform pewnych sfer, większej otwartości i docierania do młodych.  Prawdy i wymagań. Mówienia przede wszystkim o Ewangelii, jasnego wykładania podstawowych prawd wiary. Pokazywania piękna Dobrej Nowiny, a nie ucinania pytań odwiecznym "Tak ma być" czy zbywania problemów orzeczeniem o "ataku nieprzychylnych środowisk".


Dalej przeczytacie o tym, co gra w bułgarskiej duszy i może łatwiej będzie wówczas zrozumieć przesyconą nostalgią powieść "Fizyka smutku", w której Geogri Gospodinow czaruje słowem. To dobry początek do zgłębienia tego, co obecnie dzieje się w kraju, który był niegdyś wakacyjnym rajem. Może i Was podobnie jak mnie zaskoczy historia o Baj Ganjo, swoistym homo balcanicus, który niczym nasz rodzimy Nikodem Dyzma nadal wspina się po szczeblach kariery, skupiony jedynie na sobie i własnej grze. Z Bułgarii przenosimy się do Ukrainy, bohaterki powieści "Internat" Serhija Żadana. Państwa, w którym nadal tli się konflikt, gdzie mieszają się interesy państw, polityczne podchody. To tu pojawiają się nieznani żołnierze, których nie można zidentyfikować  i przymuszani do działań zbrojnych młodzi poborowi. I ciągle w głowie odzywa mi się zdanie "Józef Stalin tak żonglował narodowościami i w taki sposób osiedlał różne grupy etniczne, by w odpowiednim momencie możliwe było wywołanie konfliktu. (s.50)". Właśnie o tym echu przeszłości i jego wpływie na życie prostych ludzi opowiada Małgorzata Nocuń.

Miłośnicy twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego również  znajdą coś dla siebie. Czytając tekst Jana Tokarskiego przypomniało mi się opowiadanie "Wieża", w którym mowa o walce nadziei z rezygnacją, by nie rzec z beznadzieją. To niemal filozoficzne spojrzenie na to, czy własne pragnienia można realizować kosztem drugiego człowieka, rzecz o dorastaniu do brania odpowiedzialności za swoje czyny i pogodzeniu z losem. W końcu zaś to historia o wierze, relacji człowieka chorego, którego pod pewnymi względami można porównywać z osamotnionym Chrystusem na krzyżu. Jeśli maci dalszy apetyt na kulturę zachęcam do lektury tekstu o Czapskim. Koniecznie zaś zapoznajcie się z "Instrukcją obsługi ciszy nocnej". Myślę, że pozwoli ona nieco inaczej spojrzeć na otaczający nas świat i to, jak sami żyjemy, często może nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że wpływamy na otoczenie bliźnich. Na sam koniec przewrotny tekst Filipa Springera o tym, jak krótkowzroczność wpływa na teraźniejsze życie i przyszłość naszych bliskich. Wtuleni w doczesność nie zadajemy głośno pytań o los potomków, nie zwracamy należytej uwagi na efekty prowadzonych działań, brak nam zdolności przewidywania, a może po prostu nie chcemy słyszeć, że należy się zatrzymać i zacząć zmieniać świat od siebie. Nie godzimy się na wyrzeczenia i rezygnację z wygodnego stylu życia, w końcu jesteśmy tu jedynie kilkadziesiąt lat, a co będzie później? Czy to nasz problem?



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Redakcji Miesięcznika "Znak".

sobota, 7 września 2019

Katarzyna Olubińska "Puste miejsca"




" (...) o. Krzysztof Pałys OP zaskoczył mnie odkrywczą myślą, że nawet w dniu, w którym wydaje się, że nie mamy czasu, możemy ten czas dla Boga "wyszarpnąć". Sposób? Są to - jak nazwał je ojciec Krzysztof - te wszystkie na pozór "puste momenty". Czyli takie chwile w ciągu dnia, kiedy patrzysz, jak gotuje się woda na kawę, idziesz na tramwaj, biegniesz na metro, stoisz w korku, jedziesz windą lub czekasz na poczcie. To również te momenty, w których przeżywasz spontaniczną radość albo ukrywasz się w czterech ścianach i walczysz ze swoją samotnością i smutkiem. Kiedy pozornie nic się nie dzieje. Kiedy nie dopuszczasz myśli, że w takiej zwyczajności możesz myśleć o Bogu. A On z tobą jest. Cały czas. I bardzo czeka na twoje choćby jedno słowo."  - s. 8-9

Zabiegana codzienność, gdy minuty nieubłaganie pędzą na złamanie karku, gdy nie wiadomo kiedy mija dzień, słońce chyli się ku ziemi, a my ze zdziwieniem stwierdzamy, że nastał wieczór. Poranny bieg do autobusu czy metra. Przyspieszam, bo wszyscy wokół poruszają się w zaawansowanym tempie. Szybko wypita kawa, potem praca. Godziny, które często sama nie wiem, kiedy mijają, innym razem zdają się stać. Powrót w korkach, zakupy, lektura w autobusie, obiad, prasowanie, obowiązki domowe i już minął dzień. Jestem zmęczona, opadają ze mnie całodzienne emocje, wszystkie sytuacje, które nadszarpnęły moje nerwy, stres, że tyle jeszcze do zrobienia a przecież już tak późno. Kolejne sprawy pozostały nietknięte. Jak w tym wszystkim znaleźć czas dla Boga?

To samo pytanie zadaje sobie Katarzyna Olubińska. Dziennikarka doskonale zna tryb życia wielkiego miasta, które pożera mieszkańców i nie zostawia im wiele czasu na życie. Jak sama zauważa, myślimy, że czas na modlitwę w ciągłej gonitwie, to luksus dla wybranych. A jednak daje nadzieję. Analizuje pewne sytuacje, pisze o tych momentach, które dosłownie każdy ma w swojej codzienności. Pozwala odnaleźć chwile, o których nawet byśmy nie pomyśleli lub myślimy rzadko. A przecież można je przeznaczyć na modlitwę. 

Mocnym punktem "Pustych miejsc" jest to, że króciutkie teksty Katarzyny Olubińskiej są jak przebłyski. Pstryk! I pokazuję ci, że możesz porozmawiać z Bogiem, nawet jeśli ta modlitwa jest bardzo krótka. Doskonałym punktem wyjścia jest wpuszczanie Boga do spraw codziennych, włączanie Go w nasze życie, a nie izolowanie. Bóg, o którym mówimy, to Bóg spraw codziennych, tych trudniejszych i bardzo poważnych, ale i tych małych i na pozór błahych. To Ktoś czekający na rozmowę, a przecież z przyjacielem można rozmawiać o wszystkim. Czytając tę publikację uśmiecham się. Widzę w niej trochę poradnik o tym jak zacząć się modlić i budować relację z Panem. Od najprostszych króciutkich westchnień i angażowania Boga w codzienność zaczyna się prawdziwa modlitwa, która urasta potem do dłuższych medytacji, pracy z Pismem Świętym i zrozumienia, że Bóg jest we wszystkim, co dzieje się w naszym życiu. 

Puste miejsca to momenty czekania na spotkanie, środek komunikacji miejskiej, skasowanie zakupów, przyjazd windy. To mikromomenty, które towarzyszą każdemu. To wezwania, gdy coś idzie nie tak, gdy przeżywamy smutek i zmartwienia i pragniemy je komuś powierzyć. Czas, w którym jest trudno i często płynął łzy, to także Boży czas. Pana odnajdujemy w niczym niezmąconej ciszy. Momentach, gdy do głosu wyraźnie i głośno dochodzi nasze sumienie. Kiedy można spokojnie odetchnąć, otworzyć szeroko ramiona, poczuć się wolnym, całkowicie bezpiecznym. Są nimi chwile, przyjmowania i dzielenia się uśmiechem, rozdawania dookoła pięknej radości. W końcu to czas wolny, poświęcony na odpoczynek, celebrowanie więzi z bliskimi, robienie rzeczy, które sprawiają nam przyjemność.



Gdy myślimy o pustych miejscach, zazwyczaj odczuwamy niepokój. Kojarzymy je z pustką, którą momentalnie, niemal newralgicznie trzeba zapełnić, jakby była czarną dziurą gotową pochłonąć wszystko. Tymczasem autorka "Boga w wielkim mieście" wydaje się mówić, że to nasza przestrzeń, którą należy zacząć dostrzegać, doceniać i dobrze zagospodarować. To nie płaszczyzna świadcząca o jakimś braku, ale pole do budowania relacji z Bogiem, włączania Go w swoje życie w najprostszy i  najpiękniejszy sposób. W Kościele praktykujemy akty strzeliste. Puste miejsca nadają się do nich idealnie, ale dziennikarka idzie o krok dalej. Zachęca do stawiania pytań o wiarę, rozmawiania z Bogiem jak z przyjacielem. Nie ma już wymówek. Zawsze masz czas na to, by porozmawiać ze Stwórcą, nawet jeśli wydaje ci się, że jest całkiem inaczej. 

Nowa książka Katarzyny Olubińskiej jest swego rodzaju dziennikiem duchowym. Poza tekstami autorki, które krótko i często poetycko opisują zdarzenia rozjaśniające codzienność i pozwalające w niej odnaleźć Pana, jest tu w większości miejsce na własne notatki i przemyślenia. To właśnie odnalezienie i wypełnienie tych pustych miejsc jest najważniejszym przesłaniem książki. I nie chodzi o zwyczajne zapełnienie stron, ale takie, które oddaje ducha posiadacza publikacji. Nie ma bowiem jednej instrukcji na to, jak prowadzić swój dziennik korzystania z pustych miejsc. Można odnosić się do wybranych fragmentów Pisma Świętego, opisywać zdarzenia, notować cytaty czy spisywać wydarzenia, które nas poruszyły, rysować, wklejać fotografie, obrazki, robić kolaże, co tylko dusza zapragnie. Każdy jest inny, zatem strony mają szansę wypełnić się czymś niepowtarzalnym. Bo przecież Bóg jest wszędzie i działa na wszystkie możliwe sposoby. Jeśli często wydaje się Wam, że nie macie czasu na modlitwę, nie wiecie jak zacząć rozmawiać z Bogiem, jak sprawić, by zagościł w Waszym życiu, to zdecydowanie publikacja dla Was. Tekstu nie ma wiele, ale jest głęboki i daje mocno do myślenia, a potem już tylko pióra w dłoń i do pracy. 



Katarzyna Olubińska, Puste miejsca, wyd. WAM, Kraków 2019.

sobota, 31 sierpnia 2019

Spacerowe rozkminy #17




Zbliża się ten czas, który lubię najbardziej. Gdy poranki są orzeźwiająco chłodne, ale słoneczne. Gdy na spacer można założyć cienką sukienkę i długi sweter. Kiedy świat przybiera tak cudowne kolory, że nie mogę oderwać od niego wzroku. Znów będę pakować do torby wodę z cytryną, książkę i wyruszę na poznawanie warszawskich parków. Będę długo spacerować, robić tuziny zdjęć, a potem czytać i nie będę się nigdzie spieszyć. Już nie mogę doczekać się tych niespiesznych jesiennych sobót, kiedy odetchnę, zatrzymam się i będę kontemplować piękno przyrody oraz literaturę, tę smutną, poważną, idealną na wrześniowe i październikowe wieczory.



Potrzebuję oddechu. Tego jesiennego zwolnienia obrotów. Lekkiej nostalgii, którą smakuje się niczym dobre lody. Nie mogę doczekać się dłuższych wieczorów, przy kawie i lekturze oraz długich popołudniowych i weekendowych wędrówek. Po lekturze wakacyjnego numeru "Znaku" mam ogromną ochotę na mikrowyprawy. Poznawanie bliższego i dalszego otoczenia. Przewietrzenia głowy, bo wiele się ostatnio zmieniło i u mnie i we mnie. I chcę się tym spokojnie i długo cieszyć i zastanawiać się nad wszystkim.



Wraz z łagodniejszym słońcem przychodzi refleksja, że nadal zbyt łatwo jest formułować sądy. Wszystko wygląda prosto w teorii, ale życie bardzo często weryfikuje nasze poglądy. Jeśli nie przerobiliśmy na własnej skórze pewnych sytuacji nie jest trudno o ostracyzm. Czasami wydaje się, że wiemy coś najlepiej, a potem dzień za dniem weryfikuje, że wcale nie jesteśmy tacy nieomylni, jak się wydawało. Życie uczy pokory i to jest piękne. Zaskakuje czasami bardzo pozytywnie, innym razem mniej, ale warto być otwartym i nie zamykać się w stereotypach, o których ostatnio dużo mówi się w mediach społecznościowych.



Czytam niespiesznie różną literaturę. Czeską, polską, amerykańską, angielską. Ciągnie mnie coraz bardziej do lektur, które nie są na pierwszych miejscach list bestsellerów, które wnikną w moje wnętrze i będą je kształtować. Po których będę musiała zastanawiać się, co dalej, jakie zdanie powinnam mieć na dany temat. Ostatnie tchnienia lata, sprawiają, że mam ochotę sięgnąć po coś z filozofii. Zmierzyć się z trudniejszymi tekstami. Wieczorami zatapiam się w pięknie przyrody. Odrywam od lektury i kontempluję niebo. Powoli przesuwające się po nim chmury, majestatycznie rozciągające się barwy. Kolory delikatnie przechodzące z jednego w drugi. Czuję się spokojna. Nie muszę się spieszyć. Jest inaczej niż w ciągu dnia, gdy ciągle jakieś zajęcia, czytana w komunikacji miejskiej lektura, niezmienny wyścig z nieubłaganie biegnącymi minutami. Stres i wszechobecna bieganina.



Warszawa ma swój rytm. Często chaotyczny, pospieszny i bardzo szybki. Nie pasuję do niego, choć często zdarza mi się nawet nieświadomie wejść w ten niekończący się wyścig. Ale wieczory są inne. Nieco bajkowe, gdy wtulona w bliską osobę, mogę czasami zapomnieć o całym świecie i poczuć się na miejscu, szczęśliwą. Nie zawsze tak jest, dlatego tym bardziej cenię sobie te szczególne momenty. Czas, gdy mogę usiąść przy kawie, porozmawiać, uśmiechnąć się, pobyć ze świadomością, że mam godzinę, czasami trochę więcej, by po prostu cieszyć się życiem. Bo nie chodzi o to, by było idealnie. Nigdy nie będzie. Najważniejsze to chyba nawet w czasie największej zawieruchy życiowej mieć swój bezpieczny port. Nie stracić z oczu tego, co najważniejsze, co pozwoli przetrwać w każdych trudnościach.



Są we mnie puste miejsca, jak w każdym. Pisała o tym Katarzyna Olubińska. Odnajduję je powoli. Czasami to one dają o sobie znać. Przyglądam się im uważnie. Nie przerażają mnie tak jak kiedyś. Zaczynam rozumieć, że wbrew wszystkim ludziom mającym idealne recepty na moje życie, próbującym sprzedać mi najlepsze treningi i inne warsztaty, to ja decyduję o tym, co najważniejsze i o kształcie mojej drogi. Wbrew temu, co mówi się coraz częściej, nie muszę w tempie ekspresowym uczyć się nowych rzeczy, każdy ma swój czas na rozwój. Wkładanie wszystkich w ten sam schemat to nic dobrego. Nie muszę umieć wszystkiego. Zawsze będą rzeczy, w których będę lepsza i te, w których będę gorsza. Nie czyni mnie to mniej wartościowych człowiekiem. Nie ma przymusu, bym nauczyła się robić coś w miesiąc i zamartwiała się, że potrzebuję dłużej ćwiczyć. Grunt to wiedzieć, że chcę się rozwijać, że pewne rzeczy krystalizują się wolniej, czasami bardzo długo. Nie ma pośpiechu, prawda? Świat zwariował, ale ja nie muszę. Chcę być sobą, bo jak słusznie ktoś zauważył, kopii innych nie trzeba.



Zatrzymuję się i zastanawiam nad tym, czego tak naprawdę pragnę. Jak mogę ulepszyć to, co już jest. I robię to po kawałku. Wieczorami, porankami, pomiędzy życiową bieganiną, której nie uniknę, ale której nie dam zawładnąć całego mojego życia. Przystaję, pewnie w charakterystyczny dla siebie sposób i tego chcę i Wam życzyć. Waszego tempa, Waszych planów i marzeń i spokoju w odkrywaniu własnych zalet i niedociągnięć. Patrzenia na siebie z wyrozumiałością i miłością. Bo od tego chyba trzeba zacząć, prawda? Budować na czymś dobrym. Nie uciekajcie od pustych miejsc czy własnych braków. One mówią o tym, kim jesteście, a nie o tym, czego się Wam nie udało dokonać. Nie przekreślają niczego. Może czasem warto popatrzeć na siebie przez pryzmat tego, co jest słabsze? Czy nie jest wówczas łatwiej dostrzec piękno i siłę, które też w nas drzemią?




Gdy kończę ten wpis jest Dzień blogów. Mija 5 lat odkąd zaczęłam spacerować z Wami tutaj. Raz pojawiam się częściej, innym razem nie ma mnie przez jakiś czas. Zdarzało mi się robić sobie z tego powodu wyrzuty, że nie wrzucam wpisów jak w zegarku. Że czasami potrzebuję po prostu odpocząć, jestem zapracowana, przeprowadzam się, zajmuję sprawami osobistymi, czy po prostu wyjeżdżam na urlop. Ale gdy tak myślę o tym, że im jestem starsza, tym więcej spraw jest do załatwienia, że czasami trzeba coś dokończyć, czy wraca się później, to jakoś irytacja i zdenerwowanie odchodzi. Jestem tu tak często jak mogę. Czasami czytam dużo a potem piszę kilka recenzji. Innym razem po lekturze nie czekam z tekstem. Najbardziej mnie jednak cieszy, że jestem tu prawdziwa. Niczego nie udaję. Że potrafię odpuścić, a innym razem zebrać wszystkie siły i mimo zmęczenia przelać na wirtualny papier słowa, które w sobie noszę. Dziś moje i nie tylko moje święto. Blogowanie, choć wygląda nieco inaczej niż 5 lat temu, daje mi radość, uczy wielu rzeczy i nie zamierzam z niego rezygnować. Może raz będę częściej, innym razem rzadziej, ale będę. Spacerowała spokojnie, niespiesznie, otwarta na kontakt z Wami i nowe literackie doznania. 



sobota, 17 sierpnia 2019

O mikrowyprawach słów kilka "Znak" nr 770-771




"Bezinteresowna działalność, jaką bez wątpienia jest wędrowanie, włóczenie się czy - po prostu - chodzenie, zostaje od razu umiejscowiona po stronie elitarnych fanaberii dostępnych tym, którym się powodzi i którzy mają dużo wolnego czasu. Albo tym, co odmawiają radzenia sobie w trybach gospodarki rynkowej." - s. 9

W czasach, gdy każda minuta zdaje się na wagę złota. Gdy nasze życie jest już zaplanowane od najmłodszych lat a harmonogram napina się do granic możliwości, wolność zdaje się luksusem jedynie dla wybranych. Nie błądzimy bez celu. Nie słyszy się często o ludziach pokroju Edwarda Stachury, którzy wybrali tułaczy tryb życia. Nie wędrujemy dla samych siebie w romantycznym stylu, często bez określonego celu. Zawsze musimy mieć obrany kierunek i czas przeznaczony na wędrówkę. Chodzimy z mapami, aplikacjami, skrupulatnie liczymy kroki i kalorie. Stajemy się nieraz niewolnikami poszczególnych trendów, mód, tendencji.

Staramy się trwać w ruchu niczym bohaterowie książki Olgi Tokarczuk "Bieguni". Tkwi w nas jakiś podskórny lęk, że zatrzymanie się na chwilę wyrzuci nas z obiegu życia. Próbujemy dogonić innych, świat, otoczenie, ludzi na których opinii nam zależy. Latamy na drugi koniec świata, planujemy pieczołowicie wycieczki, starannie układając grafik zwiedzania. Biegamy na określone dystanse, chodzimy na spacery krajoznawcze czy historyczne. I choć ruch jest zbawienny dla zdrowia a sama idea spacerów i wędrowania ulega przeobrażeniom od wieków, to brak nam coraz bardziej luzu. Cierpimy na niedobór spontaniczności. Coraz rzadziej ruszamy po prostu przed siebie, ot tak bez określonego celu. Wymyka się to bowiem naszej wizji świata, filozofii życia, trybowi, w którego ramy sami siebie wkładamy.



Wraz z rozwojem cywilizacji słodkie włóczęgi, które wielu z nas pamięta z dzieciństwa, wypady do lasu, by po prostu pobyć na łonie natury, przestają pasować do poukładanego stylu życia i harmonogramu dnia codziennego. Jak to bez planu, miejsca destynacji? I warto byłoby powiedzieć sobie - tak. Po prostu wstać pewnej soboty i wyruszyć na wędrówkę. Zapakować do plecaka kanapki, wodę, zabrać ze sobą dobry humor. Zostawić wszystkie gadżety. Znów jak za czasów dzieciństwa wyruszyć na przygodę całkowicie naturalnie. 

Wakacyjny numer miesięcznika "Znak" oferuje bardzo ciekawe artykuły o tym jak zmieniały się poglądy na wędrówkę. Krótki przegląd idei wycieczek od starożytności aż po czasy współczesne, pozwala zapoznać się z tym, jak ewoluowała filozofia i podejście do wielu spraw. Bohaterowie tekstów wspominają, jak ważny był i nadal jest dla nich kontakt z naturą. Możliwość opuszczenia murów miasta i pooddychania świeżym powietrzem, wolnością. Obcowanie z przyrodą uczy pokory, ale daje również szansę na odpoczynek, którego nie zaznamy w mieście. Ruch, dotlenienie się, napawanie pięknem, odcięcie się od wszechobecnej techniki. To wszystko zyskuje całkiem nowy smak.



Kolejnym zagadnieniem jest rosnąca w siłę idea mikropodróży czyli wypraw, które można zorganizować w wolnym dniu, w weekend czy choćby w piątkowe popołudnie po pracy. Wycieczka do lasu, spacer po najbliższej okolicy, poznawanie otoczenia za miastem, korzystanie z parków oraz rezerwatów. Wykorzystywanie tego, co ma się pod nosem. Zwolennicy mikrowypraw często podkreślają, że mieszkamy w jednym miejscu przez wiele lat, tak naprawdę go nie znając. Zachęcają do rozglądnięcia się wokoło. Zauważenia architektury, osobliwości sąsiedztwa, roślinności. To początek do tego, by wyruszyć dalej. Nie oznacza to jednak wielodniowych wypraw. Wystarczy kilka godzin, by znaleźć się w zupełnie innym świecie, który urzeka, zachwyca, zniewala. Nieważne, gdzie się jest, w wielkiej metropolii, miasteczku czy małej wiosce, piękno i miejsca godne uwagi kryją się wszędzie. Warto je odkrywać.





"Znak" porusza również temat turystyki zaangażowanej, która rozwija się w Tybecie. Mechanizmy marketingowe połączone z poruszaniem emocji oraz dawką wykładów z zakresu historii i polityki, sprawiają, że ludzie nie wracają z Tybetu obojętni. Kupują gadżety, promujące walkę o niepodległość odwiedzanego miejsca, angażują się w działalność na rzecz obrony praw Tybetańczyków, zakładają koła na uczelniach, starają się dotrzeć z przekazem, który poznali jak najdalej. Czy można mówić o połączeniu metod perswazyjno-manipulacyjnych z świetnie zaplanowaną akcją marketingową? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ważne, że wszystkie przedsięwzięcia są niezwykle skuteczne. 

Poza mniejszymi i większymi zagadnieniami turystycznymi miesięcznik porusza niezmiennie tematy kulturalne. Mnie najbardziej ujęła rozmowa z filozofem Leszkiem Kołakowskim, która pokazała go jako człowieka niezwykle ciekawego i ambitnego. Młodzieńcze zainteresowania, doskonałą znajomość łaciny, kształtowanie się młodego umysłu podczas historycznej zawieruchy, to wszystko znajdziecie na stronach nowego "Znaku".



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Redakcji Miesięcznika "Znak".


sobota, 10 sierpnia 2019

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Powroty"



"Widzieli zapadający nad światem zmierzch, wyczuwali czające się już zupełnie blisko zło, a mimo to na przekór wszystkim i wszystkiemu chcieli wierzyć, że miłość ich ocali, że uda im się zachować samych siebie oraz to uczucie, które ich połączyło. Jak bardzo byli naiwni! Jak łatwowierni, sądząc, że przejdą przez otchłanie piekielne nieskalani, że nic nie zdoła złamać im ducha." - s. 174

Są książki, które wyjaśniają świat i człowieka. Pozwalają lepiej zrozumieć siebie. Wchodzą w głąb serca. Dają odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie wypowiedziało się głośno z różnych powodów. Pokazują, że inni snują podobne, jeśli nie takie same refleksje jak my. Całkowicie zagarniają człowieka, przenoszą go do innego świata i nie wypuszczają, aż wybrzmi ostatnie zdanie. Nie czuje się przy nich, że to literatura. Są dialogiem w najczystszej postaci, nie wiem tylko czy z mentorem, siłą wyższą czy w końcu ze sobą, poszukującym prawdy o świecie.  

Lot samolotem. Zmęczenie, opadające emocje. Trzymane na wodzach nerwy w końcu puszczają. Pozostaje ulga i potworne zmęczenie. A potem lądowanie. Tłumaczenie, co się dzieje, wszak Anna nie rozumie zaistniałej sytuacji. Potem już tylko telefon, który kosztuje wszystkie siły. Spotkanie z siostrą i budowanie życia od nowa. Nie ma już pięknych mozaik, owoców granatu, pysznych ciasteczek, pieszczącego skórę słońca. Chłód Paryża jest przejmujący, a zasnute chmurami niebo tylko wzmaga tęsknotę za ciepłym i pełnym kolorów Iranem. Świat nie jest już jednak taki jak był. Radość i spokój odchodzą. Rzeczywistość znów rzuca siostry w życie pełne wyzwań. 

Nie jest łatwo po raz kolejny zmierzyć się z przeciwnościami losu. Tłumaczyć córce, dlaczego nie może wrócić do domu, cierpliwie odpowiadać na pytania o ojca. Elżbieta stara się jak może, choć sama jest zagubiona. W tym trudnym czasie pomaga jej siostra. Stefania zdaje się znajdywać wspólny język z Anną, która nie może przywyknąć do Europy. Oczekiwanie na wieści o Mehrdadzie Elżbieta próbuje zagłuszyć pracą. Piękna stolica Paryża i otwierające się przed kobietą możliwości nie dają jej jednak poczucia bycia w domu. Co rusz powraca tęsknota za słonecznym Iranem, który po piekle, z którego przybyła zaoferował jej wszystko. Coraz częściej pojawiają się myśli o Polsce, z której brutalnie wyrwano siostry. Czy jednak sielskie, dziecięce wspomnienia, mają cokolwiek wspólnego z krajem, w którym panuje ustrój wprowadzony przez następców ludzi, którzy zniszczyli im życie? Czy choćby cień tego, co zostało z dawnych lat jest możliwy do odnalezienia? 



Biorąc do ręki ostatni tom serii "Owoc granatu" miałam nadzieję na dobrą lekturę i satysfakcjonujące zakończenie historii sióstr Łukowskich. Chciałam znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, przekonać się, czy miałam rację w swoich podejrzeniach. Wiedziałam, że Maria Paszyńska mnie nie zawiedzie. Nie miałam jednak pojęcia, że to co dostanę, przerośnie moje najśmielsze oczekiwania. Przede wszystkim jest to opowieść o traumie, która towarzyszy sybirakom całe życie. Dotyczy jednak nie tylko ich. Dotyka całe środowisko, najbliższych. Jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, jakby do organizmu dostało się coś, co zmodyfikowało zapis genetyczny człowieka już na zawsze. Słyszałam już o tym, że spuścizna obozów koncentracyjnych przechodzi na kolejne pokolenia. Że ten swoisty niepokój o swoje bezpieczeństwo, ciągłe napięcie, podskórna obawa i charakterystyczny smutek towarzyszą nie tylko dzieciom, ale i wnukom ocalonych. Pomimo wiedzy psychologicznej, pomocy terapeutów, zrozumienia, że po piekle, które przeszli po prostu nie da się wrócić do tego, co było przedtem, nadal zdumiewa zasięg następstw zła drugiej wojny światowej. Tadeusz Różewicz w wierszu "Ocalony" pisał: 

"Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności".
 Tego zdają się szukać również bohaterki powieści Marii Paszyńskiej. Walczą o codzienność, zmagając się z demonami przeszłości, które nie odeszły. Co więcej, które wracają w najmniej spodziewanych momentach i są boleśnie realne mimo upływu lat. Trauma nie zamiera, jest świeża, bliska jak w czasie pobytu na Syberii. Dokładają się do niej rodzące się w głowie pytania, codzienne problemy, próba życia w społeczeństwie, wśród ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli tego, co kresowe dziewczęta. Nie są one jednak jedynymi, które dotyka przeszłość. Jędrzej również zmaga się z ciemnością i wyborami, których dokonał i dokonuje każdego dnia. Przeszłość ma także wpływ na życie męża i córki Elżbiety, w większym stopniu niż bohaterka mogłaby przypuszczać. 

Łatwo oceniać z perspektywy czytelnika, na czym łapałam się podczas lektury. Zastanawiać się, dlaczego nie wybrzmiewają pewne słowa, czemu nie wraca się do konkretnych kwestii, nie szuka ulgi i pocieszenia w wyrzuceniu z siebie tego, co niszczy duszę. Łatwo mówić, gdy nie zna się smaku paraliżującego strachu, wstydu, ciemności, walki o przetrwanie za wszelką cenę, próby znalezienia jakiejkolwiek ulgi bez wystawiania na światło dzienne tego, co na zawsze powinno zostać ukryte. I nie jest to związane z brakiem zaufania do drugiego człowieka. Czasem słowa wydają się zbyt bolesne, niemożliwe do przejścia przez gardło. To zdaje się mówić autorka. Nie oceniaj pochopnie postaci, które stworzyłam. Postaraj się spojrzeć na wszystko szerzej, spróbuj znaleźć jak najlepszą perspektywę, która nie pozwoli ci rzucać pochopnych wyroków. Da za to szansę na zrozumienie, a jeśli nie, to uszanowanie tego, co jest w człowieku, jego wyborów, niedoskonałości, bólu. I bywało mi głupio, gdy okazywało się, że uparcie czułam niechęć do pewnych zachowań. Brakowało mi empatii, wyrozumiałości. 

To właśnie obnaża w czytelnikach pisarka. Pokazuje, szczególnie na przykładzie Stefanii, jak łatwo szafować wyrokami, dać się ponieść niechęci. Psychologia postaci i lekcja człowieczeństwa jest najmocniejszą stroną książki. Autorka odwraca nieco role. Pokazuje, że człowiek nie jest tylko jednowymiarowy, że zawsze nosi w sobie cierpienie, pustkę, niepewność, które niezaleczone zmieniają całe życie. A jednak da się mimo wszelkich braków stanąć na wyżynach swojego człowieczeństwa. Znaleźć siłę, której wydawało się nie mieć. Można poświęcić się dla dobra drugiego człowieka, odkupić swoje winy. Wypowiedzieć słowa prawdy, które powinny wybrzmieć dawno temu. Da się znaleźć w sobie światło, bo każdy poza wadami, ma także zalety.



"Owoc granatu. Powroty" to w równej mierze powieść o straconych szansach. Życiu obok siebie, skrywaniu się za własnymi bólami, problemami. Szukaniu ulgi w obowiązkach. Powierzchownej egzystencji, dającej złudne poczucie bezpieczeństwa. To historia o zdawkowych rozmowach, milczącej wspólnocie. Nieodżałowanych wyznaniach, których nigdy nie poczyniono. Trudno powstrzymać łzy podczas lektury, bo Maria Paszyńska przeprowadza operację na otwartym sercu czytelnika. Wyciąga na światło dzienne wszelkie lęki, które zdają się towarzyszyć człowiekowi, bez względu na to, czy przeżył traumę czy nie. Obnaża słabości, przywary, egoizm. Pokazuje naturę ludzką w najczystszej postaci, bez upiększania, gładkich słówek. Dogłębnie, boleśnie. Drąży mocno, ale nie poprzestaje na tym. Człowiek to bowiem nie tylko istota niedoskonała. To również, ktoś kto potrafi wyjść poza swoje ograniczenia. Dawać dobro, miłość, ciepło, zapomnieć o sobie, by pomóc drugiemu. Trzeba tylko dobrej woli, by dostrzec to, że w każdym tli się i światło i zalega cień. I to właśnie pokazuje autorka w pięknie literacki sposób. 

Zatrzymywałam się kilka razy w czasie lektury. Odkładałam książkę ze zdławionym gardłem, które mam i teraz, pisząc te słowa. Musiałam zastanowić się, przemyśleć pewne kwestie, bo przecież to, że mamy do czynienia z fikcyjną historią, nie oznacza, że nie opisuje ona prawdziwych kwestii. Bo nagle coś mocno i boleśnie dotyka cię swoim wydźwiękiem. Nagle zaczynasz inaczej patrzeć na pewne sytuacje z przeszłości. I rodzą się pytania, a jednocześnie otwiera się gdzieś w środku rana i stajesz przed pytaniem, co z tym zrobię. Czy postaram się uporać z tajoną i schowaną głęboko zadrą, niezrozumieniem, cierpieniem? Czy po prostu zapomnę o tym za kilka dni? Przerażająca jest siła literatury, prawda? Zastanawiam się, czy wolno mi wysunąć daleko idący wniosek, że wszyscy jesteśmy naznaczeni wydarzeniami II wojny światowej. Bardziej czy mniej musimy zmagać się z konsekwencjami tego, co uczyniono bliskim czy nieznanym nam ludziom. Wydaje mi się jednak, że tkwi w nas jakaś obawa, niepokój, smutek. I musimy się z nim uporać. Być może odzywa się jedynie w trudnych chwilach, może towarzyszy nam na co dzień. Każdy jest inny, przeżywa to i doświadcza na swój sposób. Trzeba nam jednak siły, empatii, wyrozumiałości i umiejętności cieszenia się małymi rzeczami. Ot, taka dygresja ode mnie.




Wracając jednak do powieści. Jeśli "Kraina snów" była dla mnie książką, która zdawała mi się dialogiem z nurtującymi mnie zagadnieniami, to z perspektywy czasu okazała się jedynie preludium do tego, co mnie czekało. "Powroty" kolokwialnie rzecz ujmując, rozłożyły mnie na łopatki. Gigantyczna wręcz dawka emocji, głębokie i piękne przemyślenia, cudowna polszczyzna, świetnie nakreślona akcja, żywe, rozbudowane psychologicznie postacie i ogromna odwaga autorki w poruszaniu tematów najtrudniejszych. Dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że jest to nie tylko godne i doskonałe zakończenie serii, ale najlepsza książka, którą do tej pory napisała Maria Paszyńska. Pewne rzeczy pozostały tu osnute mgłą tajemnicy, bo pisarka nie kładzie wszelkich rozwiązań łopatologicznie. Ufa wrażliwości, intuicji i inteligencji czytelnia. Daje mu swobodę interpretacyjną, choć czasem chciałoby się zapytać, ale jak to było. Mówi tyle, ile trzeba. Dobra literatura bowiem to nie tylko spektakularne plot twisty, suspensy, ale i te wolniejsze historie skupione na najważniejszych zagadnieniach. "Powroty" to literatura wyższa, która sprawia, że rozumiemy siebie i drugiego człowieka. Po której zostaje pytanie, co teraz zrobię.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Książnica. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu. Powroty, wyd. Książnica, Poznań 2019.


poniedziałek, 15 lipca 2019

Spacerowe rozkminy #15




Długo nie pisałam, choć paradoksalnie miałam urlop. Nie jestem jednak przystosowana do upałów, które naprawdę źle znoszę. Dlatego mimo wolnego czasu, czytałam mniej i praktycznie nie pisałam, ale teraz nadrabiam.

Mniej mnie w mediach społecznościowych. Na facebooku cisza, na Instagramie także. Pracy po urlopie było dużo, był Big Book festival, o którym Wam niedługo opowiem. Były pokaźne zadania, na które przeznaczyłam sporo mojego czasu, nawet wolnego, było przeziębienie, które mnie na tyle rozłożyło, że po prostu musiałam się porządnie wygrzać i wyspać. Ale miałam też czas pomyśleć o tym, co usłyszałam i co z tym dalej zrobić. 

Zacznę więc od tego, co sprawiło, że jest mnie mniej, co nie znaczy, że nic się nie dzieje. Owszem, dzieje się naprawdę dużo. Jamie Bartlett autor książki "Ludzie przeciw technologii. Jak Internet zabija demokrację (i jak możemy ją ocalić)" był gościem tegorocznej edycji Big Booka. Wstąpiłam na spotkanie dosłownie na chwilę, bo niestety brak powietrza i temperatura w sali nie pozwoliły mi zostać, ale to wystarczyło. Po pierwsze informacja o ludziach, którzy za zadanie mają jedynie dostosowywanie mediów społecznościowych do tego, by jak najbardziej przyciągały naszą uwagę, powodowały, że spędzamy w nich większość wolnego czasu, a przede wszystkim uzależniały, trochę mnie zelektryzowała. Ale to nie nowość. Wiem o tym, po prostu inaczej się odbiera fakt, gdy słyszy się go z ust drugiego człowieka. Wybrzmiewa wtedy mocniej, dużo mocniej. Tym, co mnie jednak najbardziej poruszyło było pytanie, czy uczestnicy spotkania nie czują, że ich zdolność skupiania się i koncentracji jest dużo mniejsza niż kiedyś. Prawie wszyscy odpowiedzieli, że tak. I faktycznie. Odrywamy się od lektury, by powiadomić świat o tym, co znaleźliśmy. Czujemy potrzebę sprawdzenia, czy ktoś nie wrzucił czegoś nowego, chcemy chwili przerwy, podczas której wchodzimy do wirtualnego świata. Nawet najbardziej angażujące zajęcie nie sprawia, że cały świat przestaje istnieć, najbardziej wciągająca fabuła rzadko powoduje, że wyłączamy się na długie godziny. Przyrastamy do telefonów, a nasz mózg nie jest już taki sprawny jak kiedyś. Jeśli chcecie posłuchać, o tym, co Jamie Bartlett mówił na spotkaniu, poniżej wklejam link do zapisu wykładu.




I choć nie mam jakiegoś większego problemu z tym, żeby nie scrollować facebooka czy odpuścić Instagrama, to faktycznie kiedyś działałam sprawniej, nie miałam problemów ze skupieniem się. Postanowiłam zatem poza przeczytaniem książki wspomnianego autora ograniczyć social media do minimum. Tyle, by prowadzić bloga i wywiązywać się z powierzonych mi obowiązków. Ciekawi mnie, czy dzięki temu i pewnym ćwiczeniom umysłu moja koncentracja się poprawi. Poza tym świat realny jest dużo fajniejszy :).



Postanowiłam zainwestować w siebie. Korzystać z prelekcji o literaturze czy nauce, które się odbywają. Częściej pojawiać się na spotkaniach autorskich. Trochę pomógł tu Big Book, bo udało mi się być na kilku naprawdę wspaniałych rozmowach. Ostatnio wybrałam się na premierę książki Anny Kamińskiej "Halina. Dziś już nie ma takich kobiet. Opowieść o himalaistce Halinie Krüger-Syrokomskiej". Pani Ania jak zwykle wspaniale opowiadała o kolejnej niezwykłej kobiecie, którą opisała na kartach biografii. W spotkaniu uczestniczyła również córka himalaistki, która opowiedziała nieco o mamie, pokazała ją z nieco innej, bardziej prywatnej strony. Początkiem lipca wybrałam się na spotkanie z Marią Paszyńską, które odbyło się dzień przed premierą ostatniego tomu tetralogii "Owoc granatu". Przyznam, że poruszył mnie temat dziedziczenia traumy. Tego jak wydarzenia, których nie byliśmy ani uczestnikami ani nawet świadkami mogą wpływać na nasze życie. Do myślenia dał mi również temat relacji przedstawiony w powieści. A także fragment, który wklejam poniżej.

"Teraz zrozumiał. Intelektualiści byli śmiertelnym zagrożeniem nie dlatego, że głosili płomienne mowy, pracowali z młodzieżą i jako nauczyciele mieli na nią ogromny wpływ, nie dlatego, że występowali w mediach, pisali artykuły, udzielali wywiadów, przygotowywali audycje radiowe, których słuchały miliony ludzi zgromadzonych przy odbiornikach. Muzycy, pisarze, naukowcy, akademicy byli śmiertelni groźni, ponieważ wzbudzali emocje, przyciągali uwagę, by następnie formułować pytania, z którymi każdy musiał się zmierzyć. Nie proponowali lekarstwa, zasiewali wątpliwość, której ziarno stanowiło wystarczające niebezpieczeństwo dla reżimu." - s. 61



To właśnie te słowa genialnie połączyły mi się z wypowiedzią, która pojawiła się w dyskusji "Nie ma czasu na czytanie" o rywalizacji o czas, jaką toczą książki z kulturą wirtualną. Wnioski okazały się całkiem ciekawe, bo to nie media społecznościowe, ale platformy typu Netflix czy HBO zabierają większość naszego wolnego czasu. Doskonale zrealizowane seriale są niczym najlepszy film, tylko wieloodcinkowy, a co tym idzie wielogodzinny. I nie sposób się z tym nie zgodzić. Bo to naprawdę w większości świetne, hipnotyzujące produkcje. A jednak coś ciągnie ludzi do literatury. Do dowiadywania się więcej o innych i sobie. Wgłębiania się w świat emocji, psychologii, odczuć, ludzkiej duszy. Człowiek zawsze był ciekawy drugiego człowieka, nie zmienia się to od lat. Coraz trudniej jednak wywalczyć czas na lekturę. Odłożyć wciągający serial, nie zaglądać do mediów społecznościowych, po prostu zanurzyć się w historii zapisanej na kartach książki. Wracając jednak do wniosków, o których chciałam napisać. Dwa z nich utkwiły mi najbardziej. Pierwszy to ten, że choć grupa badawcza na spotkaniu była w pewien sposób tendencyjna, bo nieczytający na festiwale literackie raczej nie chodzą, to ludzie czytający, czytają coraz więcej. I to ogromnie cieszy. A wniosek, który najbardziej zapadł mi w serce, to by czytać w trudnych momentach. Im więcej mamy problemów, tym więcej czytać, zanurzać się w coraz więcej lektur. Wcale nie jest to odłożeniem problemu czy wręcz uciekaniem od niego.


Po pierwsze literatura pozwala nabrać dystansu do tego, co nieraz nas przerasta. Daje czas, by uspokoić emocje, ochłonąć, oderwać się na chwilę od stresu. Po drugie w książkach znajduje się cały dorobek ludzkości. Ponoć wszystko już było. Przerabiamy te same problemy, zagadnienia, zmagamy się z trudnościami, które już kiedyś w mniej czy bardziej podobnej formie kogoś dotknęły. Uczymy się empatii, sposobów logicznego rozumowania, szukania rozwiązań, wybierania tych najlepszych. Książki podnoszą oczywiście poziom naszego rozeznania w świecie, usprawniają umysł, sprawiają, że w naszej głowie rodzą się różne pomysły. Dla mnie bywają również swego rodzaju katharsis. Dają szansę na to, by wypełniać się tym, co dobre. I tak, zgadzam się, by czytać jak najwięcej w ogóle. A gdy życie bywa trudniejsze, tym bardziej, choć zdaję sobie sprawę, że często nie ma się do tego głowy i serca. Jeszcze jeden aspekt mnie zastanowił, mianowicie opór przed wprowadzeniem lekcji filozofii do szkoły. Dlaczego? Czyżby chodziło o to, że dzieci będą przeciążone, kolejny przedmiot do zaliczenia, a do tego jakiś przedwojenny. No właśnie, przecież nasi dziadkowie w przedwojennej szkole uczyli się filozofii. I nagle jedna wypowiedź, jak nóż, kij wbity w mrowisko. Filozofia uczy myślenia, wyciągania wniosków, samodzielności umysłowej, resztę proszę dopowiedzieć sobie samemu. Tak, przyznaję otwarcie, jest we mnie nostalgia za dawnym systemem szkolnictwa. Prawdziwymi wymaganiami, nauką właśnie myślenia(!), rozbudzaniem ciekawości poznawczej. Nowy system ma zalety, ale nie uważam, że znajomość kanonu, który owszem jest obcy i nie ciekawi młodych, jest zła. Podstawy trzeba znać, być może wystarczy dobrać inne metody. Ale trzeba uczyć przede wszystkim myślenia, nie ślepego wbijania się w klucz, dopasowywania do schematu. 



Stąd zatem pewien zwrot u mnie, który pojawia się od początku tego roku. Mniej literatury obyczajowej, kobiecej. Więcej pozycji trudniejszych, bardziej klasycznych, poruszających ważne dylematy. Stąd poznawanie nowych autorów, zatrzymywanie się przy tych, którzy piszą przepiękną polszczyzną. Dlatego ucieczka od mediów społecznościowych, uczestnictwo w spotkaniach, zaznajamianie się z literaturą popularnonaukową, słuchanie wykładów TED, stąd przekopywanie się przez różne imprezy w stolicy i konferencje. By się rozwijać, kształcić i nie tym osławionym wychodzeniem ze sfery komfortu czy niemal newralgicznym dążeniem do nieludzkiej wręcz doskonałości. To, co mną kieruje to raczej praca nad sobą, wyrastająca z głodu poznawczego i pragnienia karmienia się dobrymi, ale też trudnymi rzeczami. Nie robię tego na zasadzie snobizmu, lekceważącego podejścia do literatury rozrywkowej i popkulturowej, ale z prostej przyczyny, mam swoje lata, mój gust jest w miarę ukształtowany i otwarty, ale idzie w konkretnym kierunku i z racji wykształcenia i upodobania. Po prostu. Każdy człowiek jest inny. Nie zamykam się na przyjemne, lekkie lektury, ale w większości skupiam na tym, czego mi teraz potrzeba.

Być może to się Wam spodoba. Może będziecie zaglądać tu od czasu do czasu, gdy znajdziecie coś dla siebie, a może zostaniecie ze mną i razem wyruszymy na spacer po świecie literatury i kultury. Nie wiem, ale chcę by to miejsce było najbardziej moje a jednocześnie przytulne dla Was.