poniedziałek, 18 marca 2019

Maria Paszyńska "Instytut Piękności"




"Pamięć to przedziwna rzecz. Tak wiele przeżyłam dni, a z większości nie pamiętam nic. Z reszty także pozostały tylko wycinki, strzępki, urywki, przebłyski. Chwile, które tak bardzo chciałam zatrzymać, gdy trwały, rozpłynęły się we mgle, te zaś, które pragnęłabym na zawsze wymazać z pamięci, nie tracąc barw, są wciąż żywe." - s. 216

Zbieram myśli. Wiem, że każde słowo, jakie napiszę, będzie otwierać mnie coraz bardziej. Czuję nieprzepartą chęć opowiedzenia o tej historii, a jednak tli się we mnie jakaś potrzeba nabożnej ciszy, zadumania się nad tym, co przeczytałam, co przeżyłam z tą opowieścią. Jestem trochę jak dziecko, które pragnie mówić, ale i zatrzymać w sekrecie to, co przeżyło.

To zaskakujące jak ludzie, którzy ryzykowali życie dla innych podchodzą do swoich czynów. Najczęściej spotykam się ze stwierdzeniem, że to przecież nie było nic wielkiego, że każdy porządny człowiek zrobiły to samo na ich miejscu. To było naturalne, jasne, oczywiste - mimo lęku, konspiracji, narażania się. Bo człowiek człowiekowi bliźnim. A jednak to nie była żadna zwykła postawa. Heroizm powinien zostać nazwany po imieniu, bo nie każdego było stać na poświęcenie. Więcej nawet, niektórzy po prostu wyłamali się z szeregu, działając na szkodę. "Kto ratuje życie, ratuje cały świat" i to chyba najwłaściwsze słowa, jakie powinny padać, gdy mowa o tych, którzy okazali się bohaterami.

Okupowana Warszawa a w niej Instytut Piękności. Pod samym nosem Niemców. Zakład prowadzony przez Madę Walter słynną w całej stolicy. Kobietę na wskroś nowoczesną, kruchą a jednak z gigantycznym hartem ducha. To właśnie tu pod przykrywką dbałości o piękno kobiet ratuje się życie. Uczy tuszowania swojego pochodzenia, wtapiania się w tłum, kuchni i katechizmu. Nie wszyscy to rozumieją, ale to realna pomoc. Główna bohaterka robi co może, by ocalić jak najwięcej ludzkich istnień, bo każde jest na wagę złota. 

Sara, Zoja. Dalila, Lea. Każda z nich jest inna. Ma swoją niepowtarzalną historię, okupioną cierpieniem. Ich szczęście i marzenia należą do przeszłości, a jednak jest w tych kobietach ogromna siła, samozaparcie. Choć ich przeszłość wydaje się zaledwie pięknym snem, teraźniejszość to strach i trud, a przyszłość nawet nie pojawia się w snach, nie przeszkadza to bohaterkom pomagać innym. Artystka, przykładna żona i matka, utalentowana tłumaczka, młodziutka dziewczyna rozdzielona z matką. Każda z nich ma za sobą bolesne doświadczenia. Łączy je jedno - los zgotowany przez Niemców, który zburzył ich świat. 



Maria Paszyńska kreśli przejmujący obraz Warszawy targanej wojną. Odmalowuje ludzkie dramaty i  cierpienie tak dosadnie, że nie sposób nie współodczuwać z podopiecznymi Mady Walter. Czytelnik zostaje lekko wprowadzony w historię przez zapoznanie się z tą niezwykłą kobietą. Zaczyna od końca, prawie teraźniejszości, by następnie przenieść się do okupowanej stolicy. Tu poznaje historie Żydówek, które zagościły w życiu założycielki Instytutu Piękności. Nie są to łatwe losy, historie, wobec których można przejść obojętnie. Każda z nich ukazana jest z perspektywy opowiadającej ją bohaterki. Zróżnicowana narracja oddaje charakter kobiet, pozwala je lepiej zrozumieć, wczuć się w to, co przeżywają. Wiele jednak dzieje się między słowami i bez problemu da się to wyczuć. Rodząca się przyjaźń często rozwija się właśnie pod płaszczykiem milczenia, niedopowiedzeń, otwartości na to, że czasami trzeba pozwolić komuś przeżyć coś w pojedynkę. Mada Walter zdaje się doskonale rozumieć, że wszystko ma swój czas i to właśnie taka postawa jest najlepszą drogą do drugiego człowieka. 

Spokojne, charyzmatyczne, porywcze, skryte, żywiołowe, takie są bohaterki "Instytutu Piękności". To nie żadne salonowe mimozy, tylko kobiety z krwi i kości, które mimo swoich ran i lęków nie boją się stawiać czoła przerażającej wojennej codzienności. Nie brak w książce pogodnych fragmentów, nawet lekkiego humoru, a jednak czuje się powagę tej historii. Unoszący się nad nią smutek i melancholię. Nowa powieść Marii Paszyńskiej porusza. Wgryza się powoli w duszę czytelnika, nie pozwala pozostać mu obojętnym. Na kartach książki zło przeplata się z dobrem, nadzieja z rezygnacją, szczęście z nieszczęściem. To na wskroś życiowy obraz tamtych czasów, choć przecież jest w tej historii wiele fikcji. Mam jednak świadomość, że przecież Instytut istniał, Mada robiła co mogła, kobiety walczyły, bliźni pomagali sobie, inni robili wszystko wyłącznie z myślą o własnej osobie. Lęk unosił się nad dachami Warszawy, przeplatając się z ulotnymi chwilami szczęścia i nadzieją na lepsze jutro. Gdy myślę o tamtych czasach, mam nieodparte wrażenie, że ludzie, którzy przeżyli wojnę są tak różni od nas. Silniejsi, bardziej zaradni, uświadomieni lepiej niż ktokolwiek w kwestii dobra i zła, niezwykli. 



"Instytut Piękności" wyróżnia się spośród poprzednich książek autorki, dzięki narracji prowadzonej z perspektywy bohaterek. To mocna, dosadna, ale momentami poetycka opowieść o losie kobiet, które walczyły o przetrwanie swoje i drugiego człowieka. Rzecz o bólu, stracie, heroizmie, bezinteresowności, pamięci, która zachowuje to, co wolelibyśmy utracić i traci to, co pragnie się zachować. Bezpośredniość, postępowość i wielkie serce głównej bohaterki dodaje powieści kolorytu. Nie odbiera jednak nic ze wzruszeń, które towarzyszą lekturze. Maria Paszyńska nadal bezbłędnie gra na strunach duszy czytelników, by pod koniec książki doprowadzić ich do łez. Nie oszczędza czytelnika, bo najważniejsza jest prawda, nawet ta po płaszczykiem wymyślonej częściowo historii, bo przecież to, co spotkało fikcyjne bohaterki, było udziałem wielu mieszkających w Warszawie kobiet. Trwam w ciszy i zadumie nad tym, co wywołała we mnie ta powieść. Tak po prostu na wskroś ludzka, trudna, niepozbawiona piękna w ogromie zła. Świadcząca najlepiej o tym, co znaczy być człowiekiem. I z tym Was zostawiam, bo to książka, którą trzeba przeżyć bardziej niż przeczytać. Myślę, że kto sięgnie po nią, zrozumie co mam na myśli. Przecież czasami milczenie mówi więcej niż słowa. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Pascal. 

Maria Paszyńska, Instytut Piękności, wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2019.

niedziela, 3 marca 2019

Robert Seethaler "Trafikant"




"Ale w zasadzie naszym przeznaczeniem jest raczej nie wiedzieć dokąd idziemy. Naszym przeznaczeniem jest raczej n i e wiedzieć o tym. Nie przychodzimy na świat po to, by znaleźć odpowiedzi, lecz by stawiać pytania. Można by rzec, że na ślepo wymacujemy drogę w wiecznych ciemnościach i tylko czasem, przy mnóstwie szczęścia, widzimy błysk światełka. I tylko dzięki mnóstwu odwagi lub uporu, lub też głupoty, lub najlepiej dzięki temu wszystkiemu naraz udaje się czasami tu i ówdzie zatknąć własny drogowskaz!" - s. 256

Są książki, na które czeka się naprawdę niecierpliwie. Tak też było i tym razem. Po lekturze "Całego życia" chciałam więcej, pragnęłam znów zanurzyć się w pozbawioną zbędnych słów, esencjonalną, filozoficzno-poetycką prozę Roberta Seethalera. Chciałam chłonąć ją całą sobą.

Kolorowa okładka z dachami kamienic przypomniała mi widok z okna mieszkania mojej koleżanki. Skojarzyła się z Warszawą oglądaną z wieżowca na Pradze, w którym zjawiałam się co roku, by wziąć udział w Warszawskich Targach Książki. Obiecywała klimatyczną i dobrą lekturę. Wyruszyłam zatem najpierw na prowincję, gdzie poznałam głównego bohatera i jego matkę. A potem podążyłam z nim do Wiednia, w którym zaczął nowe życie. Jak dobrze rozumiałam uczucia towarzyszące mu podczas pierwszych kroków na nieznanej ziemi, w wielkim mieście, obcym i nie do końca zrozumiałym.

Poznawałam uroki oraz problemy życia trafikanta. Dowiedziałam się, że znajomość towaru, umiejętność prowadzenia konwersacji, odpowiednie powitanie gości, dobra pamięć i świadomość tego, co dzieje się w świecie, to konieczne minimum, by utrzymać się w pracy. Choć zasadniej byłoby powiedzieć, że to nie zajęcie, ale wręcz powołanie. A gdzie, jeśli nie w Wiedniu najlepiej żyć? To tu można pewnego dnia spotkać słynnego profesora, pomagającego innym. Człowieka znanego i poważanego, nie do końca rozumiejącego własny sukces. Tego, który wnika w głąb człowieka, posyła go na nieznane ścieżki, choć sam uważa, że życie do jedna wielka niewiadoma. Tylko w tym klimatycznym miejscu zwykły, prosty człowiek jakimś zrządzeniem okoliczności może prowadzić rozmowy ze światowej klasy specjalistą prosto i tak, jak nie rozmawia się z pacjentami. 

Próbuję określić temat przewodni nowej książki Seethalera. Z jednej strony to opowieść o relacji ludzi z całkiem różnych środowisk. Wzajemnym porozumieniu i rodzącej się więzi zarówno z właścicielem trafiki, jak i Zygmuntem Freudem. Z drugiej historia o uczuciu, które rodzi się w człowieku, zawłaszcza go, popycha do działania. W końcu zaś to rzecz o narodzinach zła. Tym jak ludzie dają się ponieść okrutnej ideologii, jak człowiek, którego spotyka się przez lata jako sąsiada, staje się wilkiem. Autor z wnikliwością i w oszczędny sposób opisuje spustoszenie, jakie nazizm czynił w ludziach. Jest to tym mocniejsze, że dzieje się jakby mimochodem. To często wspomnienia w stosunku do głównej historii, ale tak silne, że nie sposób nie czuć niepokoju. Atmosfera napięcia narasta, ludzie zmieniają się i nie wiadomo już, co jest maską a co prawdziwym obliczem. 


"Trafikant" rezonuje we mnie. Zatrzymuję się nad pewnymi fragmentami. Wczytuję w nie po raz kolejny. Razem z Franzem wędruję uliczkami Wiednia, ale to w pewnym sensie smutne spacery. Bo jak uśmiechać się w obliczu nadciągającej katastrofy? I przyznam, że mam lekki żal do autora. Nie potrafię się zaciągnąć tą historią, jak pisze Zośka Papużanka. Staram się, ale pomimo świetnego stylu autora, ciekawej i niebanalnej historii, czegoś mi brakuje. Nie rekompensują tego nawet poetycko-filozoficzne fragmenty. "Trafikant" nie sprzedał mi przyjemności i pożądania. Zapewnił za to głęboką, osadzoną w ciszy refleksję nad człowieczeństwem. Kazał przystanąć nad decyzjami i drogami, które wybiera się w codzienności. Pochylić się nad tym, do czego popycha mnie społeczeństwo a tym, co powinnam wybrać w zgodzie ze swoim sumieniem. Szepnął mi kilka gorzkich słów o pewnym rodzaju miłości i konieczności wybierania trudniejszych dróg. I za to ogromnie cenię tę książkę. A jednak, mając w pamięci "Całe życie" tęsknię boleśnie za liryczną historią, w której odnajduję się od początku do końca. Tym swoistym traktacie o życiu. 

Zadowolenie miesza się we mnie z niedosytem. Nowa powieść Seethalera jest dobra, warta przeczytania, ciekawa i filozoficzna. A jednak wiem, że autora stać na więcej, to więcej którego tak głęboko pragnę i potrzebuję. Ale może taki był zamysł tej książki? Pozwolić zatęsknić? Chcieć więcej? 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Oli z bloga Parapet Literacki i Wydawnictwu Otwarte. 

Robert Seethaler, Trafikant, tłum. Ewa Kochanowska, wyd. Otwarte, Kraków 2019. 

niedziela, 10 lutego 2019

Spacerowe rozkminy #13




Staram się, by weekendy były dla mnie. To czas na regenerację, czytanie, spacery, spotkania i to, co zostaje gdzieś zepchnięte na bok w czasie tygodnia. W zasadzie zasypiając w piątek, mogłabym nucić "I do południa budzikom śmierć...". Nie nastawiam alarmu, zwalniam, mam czas się wyspać. W tym tygodniu jednak jakoś nie bardzo to wysypianie mi się udaje. Budzę się po szóstej i ze spania nici. Jestem jakaś zabiegana, zmęczona. Nie czytam tego, co chcę, bo całość czasu zajmuje mi przygotowanie się do spotkania, które prowadzę, obowiązki. 

A jednak dziś rano nie czułam się zmęczona. Przypomniałam sobie, jak dobrze jest wstać wcześniej, wyjść na Mszę. Iść ulicami Warszawy, gdy ruch nie jest jeszcze taki duży (część mieszkańców nie wróciła jeszcze z ferii), a spotkanie kogoś na ulicy to nadal wyczyn ;-). Zrobić sobie spacer w drodze do i z Kościoła. Posłuchać dobrego kazania i pięknego śpiewu braci. Wystawić twarz do słońca i nawdychać się zapachu nadchodzącej wiosny. 

Po raz pierwszy od dawna poczułam się po prostu spokojna i szczęśliwa. Mam dużo do zrobienia dzisiaj, a jednak nie martwię się. Może przez nadciągającą wiosnę, może przez świadomość, że pomimo wcześniejszej niż zwykle pory mam już pewne rzeczy ogarnięte. A może przestałam wariować, że wszystko muszę.



Tęsknie patrzę na stosiki poezji, które zalegają na oknie i na książkę, z którą powinnam się już zapoznać dawno temu, choć ciągle brakuje mi czasu. "Nie musisz niczego udowadniać", no właśnie. Czekam na wolną chwilę, by zabrać się za lekturę, bo uczę się mądrego podejścia do życia. Warszawa ma swoje tempo, wymagania. Cała współczesna kultura narzuca pewne schematy i wymogi. A ja widzę, że coraz bardziej wariujemy. Mamy być najlepsi, niezmordowani, szybcy, prawie nieludzcy. A przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto na studiach będzie miał wyższą średnią, kto ma szybciej pracuje, ma większą odporność, ładniejszą figurę, lepszy gust, wyższe IQ. I co z tego? Mam się załamywać z tego powodu? Zapisywać się na lekcje stylu, szybsze czytanie, pochłaniać stosy literatury o tym, jak skuteczniej, szybciej, efektywniej myśleć i robić wszystko? Nie jestem maszyną. Mam zalety i wady. Jestem sobą i z tym mam być szczęśliwa. Jasne, że warto się dokształcać, ćwiczyć, rozwijać, ale bez przesady. Trzeba żyć.

Uczę się dbania o siebie. Ucinania tego, co mi nie służy. Jestem trochę z tego pokolenia, które uczono być dobrym, ale w dziwnych granicach. Ze zbyt dużą wyrozumiałością dla tego, co nie powinno być akceptowalne. Tłumaczeniem a bo ktoś miał zły dzień, zły okres, wybuchowy charakter. I tak, jak komuś puszczą nerwy i będzie musiał się wywrzeszczeć lub po doznanej krzywdzie sam nie do końca będzie panował nad tym co mówi, to jestem to w stanie zrozumieć. Ale to są normalne ludzkie sytuacje, gdy człowiek staje na skraju jakiegoś nieszczęścia, bólu, gdy przepełniła się przysłowiowa czara goryczy i potrzebne mu katharsis. Nie godzę się jednak na ciągłe tłumaczenie typu ktoś miał ciężkie życie. Tak, ale to nie daje mu prawa krzywdzenia drugiego człowieka. Znalazłam ostatnio bardzo dobrą myśl: "Unikanie toksycznych osób nie jest aktem okrucieństwa, tylko wyrazem troski o siebie". Uczę się zatem reagować i jasno mówić, że coś mi się nie podoba, bez wyrzutów sumienia, że może nie miałam cierpliwości, zbyt pochopnie zareagowałam, że może ktoś był w trudnej sytuacji a ja ucięłam rozmowę. Bo pozwalanie na wszystko, ponieważ ktoś ma trudno, dawanie przyzwolenia na wchodzenie sobie na głowę, wcale nie jest dobre, ani dla tej osoby, ani dla nas samych. Czasem bywa to ogromnie trudne, zwłaszcza gdy relacja trwa długo, ale myślę, że pewnego dnia trzeba po prostu wstać i zacząć troszczyć się o siebie. Nie dawać się zwariować, bo inaczej cały nasz świat stanie na głowie. 



poniedziałek, 4 lutego 2019

Georgi Gospodinow "Fizyka smutku"




„Historia, w której czasy się doganiają i przeplatają. Niektóre wydarzenia dzielą się teraz, inne w dalekiej i zapomnianej przeszłości. Przestrzenie także się mieszają, pałace z piwnicami, kreteńscy władcy z tutejszymi pasterzami budują labirynt historii o chłopcu-Minotaurze, póki się w niej nie pogubisz. Opowieść wije się niczym labirynt, więc nie jestem w stanie wrócić po jej śladach, niestety. Historia głuchych korytarzy, nici, które się rwą, ślepych zakamarków i oczywistych niedopasowań. Im bardziej nieprawdopodobna ci się wydaje, tym bardziej jej wierzysz. Blada i prosta linia, tylko tak mogę ją teraz przekazać, bez magii tamtej opowieści, głosi mniej więcej, co następuje.” – s. 14


Wszyscy jesteśmy Minotaurami zagubionymi w labiryncie życia. Błądzimy nie wiedząc, dlaczego świat nas nie akceptuje, czemu natura, którą przyjęliśmy nie spotyka się ze zrozumieniem. Zamknięci uciekamy przez nieznanym. Pragniemy wydostać się na wolność, znaleźć swoje miejsce, zakotwiczyć się gdzieś. Z czasem możemy stać się Tezeuszem, który wyłania się z kolejnego skrzyżowania korytarzy. Tropi potwora, napawającego świat lękiem. Zna go jedynie z legend, ale nie przeszkadza mu to kroczyć na rzeź, której istoty nie rozumie. Nie docieka prawdy, po prostu ma spełnić swoje zadanie. Po lekturze powieści Georgi'ego Gospodinowa zadaję sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje? 

Można istnieć raz w wielu życiach. Można również przeżyć jedno w wielu istnieniach. Bohater książki potrafi znaleźć się w ciele każdego. Nie tylko człowieka, ale wręcz każdej istoty czy rzeczy. Poznaje wspomnienia, odczuwa wszystko, co osoba, w której wnętrzu przebywa. Wędruje nie tylko przez historię i świat, ale przede wszystkim przez skomplikowane ludzkie emocje i doznania. Posiada magiczną zdolność, nieskończoną empatię, pozwalającą lepiej zrozumieć rzeczywistość, poznać jej tajemnice. Czysty i nieskażony jako dziecko, przeskakuje z ciała do ciała, z istoty do istoty. Rzeczywistość wchłania go, zatrzymuje przy sobie, prosząc, poznaj mnie. Przystań, poczuj, zrozum. 

Autor pięknie i pomysłowo przedstawia empatię, obrazowaną jako głębokie zjednoczenie ze światem. Otwartość na poznawanie i rozumienie, świeżość spojrzenia i umysłu. Życie jednak płynie a zdolność przyjmowania świata i ludzi, takimi jakimi są, zaczyna się kurczyć. Naleciałości społeczne, doświadczenia, pierwsze rany, wszystko to sprawia, że coraz trudniej wejść w cudzą skórę. Człowiek staje się istotą coraz bardziej odległą i obcą. Już nie jest bezpieczną i upragnioną przystanią, podświadomość robi swoje. Zdolność zanika. Przychodzi coraz rzadziej, trudniej. Gubi się, jak Minotaur w labiryncie. 

Czytelnik wędruje w czasie i przestrzeni. Zatrzymuje się w różnych miejscach, by poznać wycinki rzeczywistości. Przystaje niczym przed fotografią, by skonfrontować swoje odczucia z tym, co podaje mu narrator. Błąka się w meandrach historii, jej zawiłościach. Wydaje się, że postawiony przed różnymi doświadczeniami ma szansę odkryć o sobie prawdę. Wyciągnąć na światło dzienne tęsknoty, pragnienia, myśli i uczucia, które chowają się pod maską codzienności. O których nie myśli się i nie analizuje, bo zwyczajnie nie ma na to czasu. Poznawanie siebie to luksus, poznawanie innych, sztuka, którą opanowali jedynie nieliczni.


Podróż przez strony "Fizyki smutku" to bardziej wędrówka po własnej duszy. Konfrontacja z myślami, na które często sobie nie pozwalamy z wielu względów. Prozaiczność przysłania melancholijne westchnienia, idealizm, ułudy, za którymi się tęskni. Dziecięcą naiwność, szczerość i otwartość w rozumieniu innej istoty. Im więcej lat mija, tym większe zagubienie. Coraz częściej zdarza się wchodzić w ślepy zaułek labiryntu. Pojawiają się nierozumienie, próba obrony przed systemem, niezgoda na pewien stan rzeczy, bunt, gorzka refleksja nad światem. Baśniowość miesza się z prozą życia. Mądrość z egoizmem. Tkliwość ze zdziwaczeniem i strachem. A jednak przemierzam ten świat, niejednorodny, nierówny, fragmentaryczny, wyrwany z kontekstu. Idę przez niego z zadziwieniem, poczuciem bliskości, nostalgią, niepokojem. Schodzę coraz niżej rozumiejąc, że tym co spaja fabułę jest samotność, smutek, zagubienie, odmienność. Że ludzie czujący więcej, nawet po stracie większości swojej empatii, nadal pozostają inni, bardziej podatni na zranienie, wyobcowanie. Są jak Minotaur - obcy, stwarzający zagrożenie, choć nikt w rzeczywistości nie sprawdza, jaka jest prawda. 

"Fizyka smutku" wywołuje we mnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony jest liryczna, cudownie poetycka, z drugiej są w niej i fragmenty, które mi się dłużyły. Styl wydawał się nierówny, odmienny w niektórych rozdziałach. Tematyka wymagała pewnego wysiłku, przestawienia się na wędrówkę po wielu zagadnieniach. Samo podejście do odczuwania ulegało zmianie. Było czymś dobrym, ale jednocześnie wyobcowywało, doprowadzało niemal na skraj dziwactwa. A jednak nie czułam, że autor chce powiedzieć, dostosuj się, bądź jak każdy. Powieść Gospodinowa jest nostalgiczna, przesycona delikatnym smutkiem, zadziwieniem nad zjawiskami. Domaga się reinterpretacji mitu i wpojonych prawd społecznych. Oscyluje na granicy liryzmu i prozy, oniryzmu i codzienności. Urzeka emocjonalnym podejściem do spraw przedstawionych a jednocześnie momentami bywa wręcz oschła. Niejednoznaczna, niejednorodna, nie pozwalająca o sobie zapomnieć. To książka, którą się docenia i jednocześnie czuje lekki zawód. Momentami się ją pochłania, innym razem czyta nieco opornie, a jednak zostaje w głowie. Nie daje o sobie zapomnieć. Drąży w swojej inności, szczerości, oryginalności. Nie udaje niczego, co już było. Po prostu jest do głębi boleśnie prawdziwa, odmienna. 


Georgi Gospodinow, Fizyka smutku, przeł. Magdalena Pytlak, wyd. Literackie, Kraków 2018


czwartek, 31 stycznia 2019

Rebecca Fleet "Zamiana"




"Przez jakiś czas dokarmiam swój gniew, aż zaczyna grozić eksplozją. Gdy dochodzi do tego punktu, znów sięgam po długie, ostre kuchenne nożyce i idę na korytarz. Zdejmuję ze ściany jedną fotografię po drugiej, odchylam haczyki z tyłu i podnoszę szybki. Trzęsą mi się ręce, a moje zadanie wymaga precyzji, więc siadam i czekam na powrót chłodnej koncentracji. Zawężam pole widzenia do zdjęć ułożonych w równych rządkach na dywanie. Podnoszę każde po kolei i nacinam je starannie, wbijam czubki nożyc w jej twarz i zataczam kręgi, aż zupełnie znikną z fotografii." - s. 179-180

Kilka wolnych dni w nowym miejscu, swoboda, odpoczynek, inne środowisko. To miał być naprawdę udany czas. Planów nie brakowało, wyjazd był też swoistym remedium na ostatnie problemy bohaterów, szansą na umocnienie więzi. Dom, choć pustawy i wyglądający na niezamieszkany, prezentował się całkiem dobrze, choć brak osobistych rzeczy wywoływał lekki chłód. Na pozór sterylne i bezosobowe miejsce, kryło jednak pewną tajemnicę. Poukrywane drobiazgi, których postronni by nie zauważyli, były ważnym komunikatem dla Caroline. Przeszłość wróciła z całą siłą, ale kobieta nie wiedziała dokładnie, dlaczego? 

Ciężko zapomnieć o chwilach, które pozwalały oddychać w trudnym czasie. Nadawały koloru dniom pokrytym szarzyzną i bolesnym doświadczeniom. Im większe problemy, tym głębsza otucha, gdy nagle pojawia się ktoś, na kim można polegać i przy kim zapomina się o kłopotach. Wspólne porozumienie ma nieocenione znaczenie. A jednak można mijać się w słowach i w lot chwytać myśli. Milczeć na pewne tematy, żyć chwilą, zatracać się w cieple i nadawaniu na tej samej fali, wzajemnej fascynacji. Szukać tego życia, którego nie ma, a za którym tak bardzo się tęskni. Czuć, że wybrało się złą opcję w nieodpowiednim czasie. 

Wszystko zaczyna się niewinnie. Czytelnik zostaje wrzucony w napiętą sytuację, w której musi się dopiero rozeznać. Coś jest na rzeczy. Wydaje się, że to zwykłe życiowe problemy, nic nowego. Powoli jednak staje się jasne, że pod tymi znanymi z literatury i filmów dylematami kryje się coś więcej. Akcja płynie wolno, dyskomfort jednak narasta. Oblepia czytelnika, zakrada się do zakamarków jego ciała i umysłu. Jest w tej książce coś dusznego. Osaczającego wręcz. Czuje się to dziwne zamknięcie - nie w sensie dosłownym, ale właśnie podświadomym. Kolejne elementy układanki wskakują na właściwe miejsca, sytuacja rozjaśnia się, ale w momencie, gdy wydaje się, że przecież wszystko jest jasne, gdy jest się niemal pewnym, że sedno sprawy zostało odkryte, wszystko okazuje się złudą. W głowie powstają pytania, na które szuka się odpowiedzi. I mimo, że pojawiają się one dość szybko, to napięcie stale jest obecne. Nie opada, trzyma czytelnika w uścisku, bo nie sposób odetchnąć głębiej w tej historii przepełnionej wieloma bardzo zagmatwanymi relacjami i sprzecznymi emocjami. 

Książka Rebeccy Fleet to dla mnie bardziej wycieczka w głąb ludzkiej psychiki postawionej w obliczu naprawdę niełatwego wyzwania. Przeplatające się ze sobą relacje Caroline i Francisa pokazują niby jeden świat, ale z dwóch tak skrajnych perspektyw, że trudno tu o mówieniu o sympatiach i antypatiach. Każdy z bohaterów znajduje się w nieciekawym stanie. Żadnemu z nich nie jest łatwo. Ich losy plączą się podobnie jak słowa i gesty. Reakcje wymykają się spod kontroli, bywają nieadekwatne, są krzykiem rozpaczy, błaganiem o zmianę, próbą zrozumienia tego, co się wydarzyło. Co najbardziej przejmujące, to fakt, że to może zdarzyć się każdemu. Gniew, rozgoryczenie, żal, bezsilność, otępienie, wściekłość, strach, obojętność, smutek są nieodłącznymi towarzyszami bohaterów. Czytelnik odnajdzie jednak nieco pozytywnych wrażeń, ale tych jest zdecydowanie mniej i zawsze są okupione czyimś nieszczęściem. 

W równej mierze to historia o tym, jak życie rozprawia się z mitami tworzonymi we własnej głowie. Tym co z czasem może urastać do rangi arkadii czy piekła. Pisarka konfrontuje bohaterów z przeszłością, która spowita jest idealizowaniem tego co dobre, deprecjonowaniem niektórych sytuacji czy w końcu próbą ich lekceważenia. Pewne pytania pozostają boleśnie otwarte, choć wyborów już dokonano. Zarówno Caroline jak i Francis stale tkwią w przeszłości, choć mężczyzna zdaje się powoli od niej uwalniać. Czytając odnosi się wrażenie dualizmu świata przedstawionego. Wprowadza go nie tylko podział rozdziałów na te z 2013 i 2015 roku, ale przede wszystkim mentalne wycieczki do czasu minionego. Natarczywe nasuwanie się wspomnień, które może wywołać najdrobniejszy nawet gest czy niewinne słowo. Sama postawa bohaterów.


"Zamiana" nie jest ogromnie zaskakującą książką. Wiele rzeczy jest tu bardzo przewidywalnych. Jej urok tkwi jednak w klimacie, jaki zbudowała autorka. Klaustrofobicznym, lepkim, ciężkim, przesyconym jakąś dozą fatum. To nostalgia za tym co minione i niemożliwe połączona z nadzieją na lepsze jutro. Plus należy się również za kreację bohaterów - ludzi kruchych, podatnych na wiele czynników, posiadających słabości, zagubionych, niepewnych świata i siebie. To właśnie dzięki nim i nastrojowi tej lektury, mogę śmiało powiedzieć, że to dobra książka na zimowe popołudnie. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy. 

Rebecca Fleet, Zamiana, przeł. Aga Zano, wyd. Marginesy, Warszawa 2019.


piątek, 18 stycznia 2019

o. Adam Szustak "Targ zamknięty. Lekcje Hioba. Droga do zbawienia"

książki z duszą



"Ojcze, jakby ludzie żyli według tego, co ojciec mówi, że Pan Bóg każdy grzech przebacza i strasznie kocha grzesznika, to wszyscy zaczęliby grzeszyć na potęgę. Bo ojciec przecież twierdzi, że nieważne, jak się żyje, nieważne, czy jest się dobrym czy złym i tak Bóg nas wszystkich przyjmie. Tak, tak właśnie głoszę (...)" - s. 91

O Hiobie słyszał chyba każdy, nawet niewierzący. Jego historię przerabia się w szkołach, wierszach, dramatach, dziełach sztuki. Interpretacji jest naprawdę wiele, niektóre moim zdaniem sobie przeczą, być może idą w niewłaściwą stronę, czasem pozostawiają niesmak. Gdy dziś patrzę na tę opowieść, mam wrażenie, że umyka w niej coś, co powinien zrozumieć każdy. Zakryty zostaje najważniejszy sens, podczas gdy na pierwszy plan wysuwają się mniej istotne rzeczy. 

Hiob - człowiek, który posiadał wszystko. Bogactwo i to niezrównane, wielką rodzinę, wspaniałą żonę, domy, stada, czystą duszę i ogromną wiarę, choć jak podkreśla o. Adam, nie należał do narodu wybranego. Słowem chodzący ideał. I nagle jeden jak to się często mówi "zakład" zmienia całe jego życie. Bohater traci wszystko, łącznie ze zdrowiem. Pozostaje mu jedynie rozpacz, a żeby było "przyjemniej" dobijają go żona i przyjaciele. Nikt nie chciałby się znaleźć w skórze tego człowieka. Wszyscy naokoło próbują mu udowodnić, że przecież musiał coś zrobić, skoro spotkało go tyle nieszczęścia. Przecież inaczej by się tak nie stało. 

I tu zaczyna się historia nieporozumień, błędów i dywagacji czysto ludzkich. Rozpoczyna się opowieść o targu z Kimś, Kto kocha. Że zło i cierpienie jest karą za grzechy - wiemy, że Hiob przecież zaczyna złorzeczyć i wątpić w dobro Boga - też, że jego sytuacja wynika z własnego zapatrzenia w siebie - również. Błąd! Jest takie piękne zdanie w Ewangelii "... On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych" (Mt 5,45). Ktoś by pewnie powiedział, że dobrze, ale widać miarka się przebrała i w końcu dopadła go zasłużona kara. Jednak to tak nie działa, jak przekonuje autor. 

"Ja jestem z Tobą za darmo. Niczego od siebie nie oczekujemy, bo się chcemy kochać, a w miłości nie ma handlu." - s. 160.

Księga Hioba to historia o człowieku, który genialnie, podskórnie czuje, jaki jest Bóg. Kto zdaje się go niemal znać, znacznie wcześniej nim przyjdzie Chrystus i opowie o tym ludziom. Co więcej księga ta obala te wszystkie mity, że za dobry uczynek czeka nagroda na ziemi w postaci dobrobytu a za zły spadną choroby, cierpienia i inne rzeczy. To nie obraz Boga, który siedzi przed tablicą z zasługami i grzechami i oddaje jeden do jednego. Nawet nie jest to obraz Kogoś, Kogo przekupimy ofiarami, modlitwami i ładnymi słówkami. Koniec targu, mówi o. Szustak, nie w tym rzecz. Przed czytającym otwiera się bowiem opowieść o Bogu, pragnącym dobra każdego. Wyprzedzającym nas ze Swoją łaską.


"Targ zamknięty" to książka o człowieku i jego pojmowaniu Stwórcy. Polemika z uprawianą na szeroką skalę wymianą religijną, ja Tobie różaniec, Ty mi błogosławieństwo. Na przykładzie Hioba dominikanin ukazuje, że Bóg jest hojny i nie można Go przekupić, zaskarbić sobie łaski. On daje za darmo, nie ma potrzeby ani sensu targować się z Kimś, Kto kocha, a wobec tego błogosławi. Kto stale jest blisko, choć nie zawsze da się to odczuć i Którego drogi są często niezrozumiałe dla człowieka, ale niezmiennie dobre. To również wgląd w ludzką duszę. Opowieść o tym, jak mało wiemy i ufamy. Szafujemy niczym przyjaciele Hioba wyrokami, mówimy bez sensu, przekonani o własnej nieomylności, nie bacząc na to, że egoizmem krzywdzimy drugiego człowieka. 

Nie ma w tej publikacji zbyt dużo humoru, to prawda. Jest nieco inna od poprzednich. Nawet zabrakło mi w niej czegoś więcej, bo czuję niedosyt. Czekałam na większą objętość, szersze rozwinięcie, choć przecież najważniejsze jest. Wnika ona jednak w te rejony historii Hioba, które pozostawały dla mnie odczytane zupełnie inaczej. Zatrzymuje się nad aspektami, pozwalającymi na wszystko spojrzeć z nowej, a może, lepszej i właściwszej perspektywy. I nie chodzi mi tylko o odczytanie księgi, ale o to, jak sama widzę pewne rzeczy. To zachęta do pełnej ufności Temu, Który kocha do szaleństwa i ma nieograniczoną wyobraźnię w tworzeniu dobra. Temu, o Którym napisano: "On nie pozwoli się zachwiać twej nodze, ani się nie zdrzemnie Ten, który Cię strzeże." (Ps 121,3). Słowem - prosto, ciekawie, z przepięknymi grafikami Jacka Hajnosa (zatrzymajcie się nad nimi, bo są fenomenalne i skłaniają do refleksji nad tekstem, ale również nad samym sobą, drugim człowiekiem) o tym, co najważniejsze w wierze. 

Adam Szustak, Targ zamknięty. Lekcje Hioba. Droga do zbawienia, wyd. RTCK, Nowy Sącz 2018. 

Książka jest wygraną w konkursie wydawnictwa RTCK, za co serdecznie dziękuję :-)

Na zakończenie coś do przemyślenia, myślę dobrze współgrające z książką 




wtorek, 8 stycznia 2019

Jakub Małecki "Nikt nie idzie"




"Nie wiedziała, jakim cudem - inni nie zauważali. Podchodził wtedy i opierał jej twarz na tym miękkim, wrażliwym kawałku ciała pomiędzy szyją a mostkiem. Ręce trzymał przy bokach. Miała wtedy ochotę płakać do końca świata. Opierał się o nią jak kłoda, nie człowiek - jak jeden z tych zwyczajnych przedmiotów, które tak lubił." - s. 116

Wszystko zaczęło się od pewnego chłopca-mężczyzny podróżującego komunikacją miejską z balonami. To on nie dał autorowi spokoju. Zadomowił się na dobre w jego umyśle, by pozostać zapamiętanym jako bohater książki. Czy kiedykolwiek dowie się o tym, że był swoistym natchnieniem? Tego nie wiem, być może nie. 

To wokół niego jednak skupia się akcja powieści, choć w zasadzie sam siebie nie charakteryzuje. Jest go wiele, a jednocześnie boleśnie mało. Klemensa obserwujemy oczami innych - rodziców, którzy muszą poradzić sobie z niepełnosprawnością syna czy niespodziewanie wkraczającej w jego życie Olgi. On sam pozostaje jakby na uboczu, świadomy tego, co rozgrywa się dookoła, milczący. 

Najnowsza powieść Jakuba Małeckiego traktuje o kilku ważnych rzeczach. Wartościach, brakach i pragnieniach przeplatających się między sobą, tworzących mozaikę codziennego życia. Tym razem bowiem autor odszedł od realizmu magicznego, przesądów, niesamowitości na rzecz najzwyklejszej prozy życia, z którą styka się każdy z nas. Jestem pod wrażeniem tego, jak udało mu się stworzyć historię, która zaciekawia i wciąga, mimo że nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Jest za to dużo życiowej prawdy i emocji, tak doskonale znanych każdemu. 

Samotność ta przeżywana, gdy ktoś niespodziewanie odchodzi i zostaje się samemu z całym trudnym światem, dzieckiem, koniecznością utrzymania się, tysiącem problemów. Ta, która zagląda przez okno, gdy zmęczona Marzena nie wie, co zrobić ze swoim życiem, gdy alienuje się od innych, bo przecież tak dziwnie patrzą na jej syna, a on jest po prostu nieco odmienny. Inna, kiedy nagle potrzeba rozmowy z drugim człowiekiem, kontaktu cielesnego i duchowego, przybiera namacalne wymiary i gdy pragnienie współdzielenia z bliźnim radości i smutków po prostu wypływa z człowieka. Ta, gdy traci się kogoś, nie do końca wiedząc dlaczego. Gdy ścieżki życia przecinają się wielokrotnie, by następnie rozejść się w swoje strony. Kolejna mająca twarz pustki, która czai się za dobrymi związkami z niewłaściwymi ludźmi i niezdecydowaniem, znana Oldze i Igorowi W końcu to wgryzające się w człowieka uczucie, towarzyszące mu podczas wędrówek ulicami szarej i wiecznie zagonionej Warszawy. 



Jakub Małecki pokazuje jak trudno budować relacje i doceniać kogoś, kto jest obok. Przyzwyczajenie, niezdecydowanie, niewiedza, czego tak naprawdę chcemy w życiu, to wszystko przeplata się na kartach powieści. Jeden błąd może rzucić się cieniem na całe życie. Nigdy jednak nie jest za późno, by zacząć od nowa. Spojrzeć na świat inaczej, stanąć przed sobą w prawdzie, zanurzyć się we własny wewnętrzny świat i przekonać, co tak naprawdę daje mi szczęście, kto sprawia, że świat jest lepszym miejscem, a dzień wydaje się piękniejszy. W równej mierze to historia o codziennych, zwykłych relacjach, które czasami męczą, nieraz są dobre, choć nie ma w nich fajerwerków. To apoteoza szarej codzienności, uczącej doceniać zwykły uśmiech, kubek herbaty, obecność, pomoc. Tych chwil, które niezauważenie przemijają każdego dnia, choć mamy ich tysiące. Pięknych, choć umykających w ferworze dnia.

"Od młodości słuchał aranżacji wirtuozów i tropił w nich drobne potknięcia, ledwie słyszalne odchylenia od tempa. Z upływem lat granie na głos coraz bardziej wydawało mu się graniem ułomnym, a on nie znosił ułomnego grania. Podejmując tamtą niezrozumiałą dla innych decyzję, nie wyobrażał sobie innej możliwości. Chciał być najlepszy, a jedyna droga do doskonałości wiodła właśnie tędy." - s. 194

To również rzecz o porzuconych i zagubionych marzeniach. Pragnieniu doskonałości tak wielkim, że obezwładniającym. I do dziś zastanawiam się, czy mogłabym także zaryzykować stwierdzenie, że odbierającym radość z pasji. Bo rodzą się we mnie pytania, czy chęć osiągnięcia mistrzostwa w jakiejś dziedzinie, tak wielka, że prowadząca do absurdalnych wniosków, może pozostawić zadowolenie, wiązać się z dalszym zamiłowaniem. Nie mówimy bowiem o chęci wybicia się ponad własne ograniczenia, ale zamknięciu się we własnym świecie, dążeniu w dość rygorystyczną i niezrozumiałą dla mnie stronę. 

W końcu powieść ta nieodmiennie łączy się z lataniem. Tym dosłownym, gdy człowiek odrywa się od ziemi i czuje się wolny i tym metaforycznym, które dla każdego wiąże się z czymś innym. Zbudowaniem życia od nowa, realizacją marzeń, spełnieniem artystycznym, znalezieniem swojego miejsca. Bohaterowie Małeckiego są nieco jak liście na wietrze, unoszące się i targane porywami wiatru, którym bywa los, a czasami ich własne decyzje. 




Gdy myślę o "Nikt nie idzie" kotłuje się we mnie wręcz cała gama emocji. Jestem urzeczona, spokojna, to znów szybko chcę zasiąść do ponownej lektury, by zanurzyć się w smutku tej powieści. Jest w niej coś uzależniającego. Przyznam się, że bardziej podobała mi się "Rdza", a jednak mam ochotę wrócić do najnowszego tekstu autora "Dygotu". Chcę rozsiąść się w znajomych zagadnieniach, bo któż nie zna trudu życia i samotności. Chwil we własnym świecie, z którego wyrywamy się do rzeczywistości, a może tak naprawdę ona wkracza w nasze wnętrze. Tego roztargnionego przemierzania ulic wielkich miast, szarych, zabieganych, nieraz męczących i stanowiących jedynie tło w codzienności. Wędrówek znanymi trasami w towarzystwie smutku, rozczarowania, strachu, bezpieczeństwa, spokoju, podekscytowania, radości. Dobrych i złych wyborów, schodzenia się i rozchodzenia z ludźmi. Szukania tego właściwego człowieka. Choć zakończenie wydaje mi się bardziej urwane niż otwarte i słabsze od poprzednich w innych książkach, to śmiało mogę napisać, że Jakub Małecki porwał mnie niezwykłą zwyczajnością dnia. Gdybym miała opisać "Nikt nie idzie" w jednym zdaniu, powiedziałabym, że jest to dobrze napisana powieść o poezji i prozie codziennego życia zwykłego człowieka. Nic dodać, nic ująć. 

Jakub Małecki, Nikt nie idzie, wyd. SQN, Kraków 2018.