środa, 19 czerwca 2019

Filip Zawada "Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek"



"Nie rozumiem na czym polega problem w znalezieniu odpowiedzi. Życie ma sens, kiedy uważnie poruszamy się między przedmiotami i potrzebami. Kiedy się to zrozumie, zadawanie takiego pytania wydaje się zupełnie nie na miejscu, a podobno to są takie rzeczy, które się nawet filozofom nie śnią. Wniosek jest więc prosty: większość filozofów to tępe kołki i nie mają się co równać z prawdziwymi bękartami, które tak naprawdę są siłą napędową wszechświata, i nie tylko." - s. 173

Nikt tak jak dzieci nie odbiera świata. Nie ma podobnych pomysłów, nie widzi spraw tak prosto i jednoznacznie. Wiara w ludzi i ufność zmienia się z wiekiem. Czasem jednak nie trzeba lat, by wnioski o rzeczywistości i ludziach były głębokie i niezwykle trafne. Widać to u dzieci, które nie mają łatwego i radosnego dzieciństwa. Z jednej strony nie rozumieją pewnych mechanizmów rządzących światem, nie zawsze potrafią sobie wytłumaczyć, czemu ich codzienność jest inna, z drugiej wykazują się niezwykłą dojrzałością jak na swój wiek. Zdają się wiedzieć to, do czego my dochodzimy latami.

Polska prowincja, pewnie lata 90-te i sierociniec prowadzony przez siostry zakonne. Sklepik, z którego podkrada się lizaki, zabawy z kolegami z domu dziecka, trudne wyprawy do wiejskiej szkoły i odkrywanie świata. Franciszek mówi o sobie, że jest znajdą i bękartem. Nie ma łatwego życia. Nudzi go religia, nie potrafi zrozumieć, po co ma siedzieć w kościele, skoro jako dziecko ma tyle interesujących spraw. Świat sióstr, które go wychowują i wprowadzanych przez nie zakazów i nakazów również nie jest dla niego jasny. Wie, że nie można się wyrażać, ale przecież czasami inaczej się nie da. Bywa, że słowa same cisną się na usta, a on w nich nie przebiera. W końcu zawsze można przecież powiedzieć, co się myśli, choć nie zawsze to dobry pomysł.

Generalnie nie trzeba oczekiwać za wiele od życia. Najczęściej nie dostaje się tego, czego się pragnie, chyba, że ma się albo dużo szczęścia albo sprytu. Wszystko trzeba wywalczyć, być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Umieć zachowywać się stosownie do sytuacji, wykorzystywać swoją przewagę. Życie nie rozpieszcza, chyba, że ma się najlepszą pracę pod słońcem - jest się kierowcą cysterny. Wówczas wszystko jest inaczej. W każdym innym przypadku trzeba żyć ze świadomością, że codzienność to nie raj, zwłaszcza jeśli jest się sierotą. Choć i im zdarzają się lepsze chwile, gdy czarny kot może zostać, gdy nauczyciele puszczają płazem pewne rzeczy, bo nie sposób odpowiedzieć na pewne słowa i zachowania. Zdarza się, że życie potrafi być znośne mimo wszelkich niedogodności.

"Poczekalnia to dziwne miejsce. Trochę nie rozumiałem sensu jej istnienia, ale fascynowało mnie to czekanie na nadzieję. Bo w poczekalni nie czeka się na zmiany, tylko na nadzieję."  - s. 163

"Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek" to krótka opowieść o emocjach kotłujących się w małym bohaterze z dość niewyparzonym językiem. Akcja jest tylko tłem, które pozwala na wypowiedzenie sądów o rzeczywistości. Franciszek to stary-malutki jak to się mawia w moich stronach. Dziecko z przemyśleniami człowieka głęboko doświadczonego życiem, kogoś kto jadł chleb z niejednego pieca. Jego refleksje nie napawają optymizmem. Są często pełne goryczy, bywa że i zrezygnowania, pogodzenia się z zaistniałym porządkiem rzeczy. Cała opowieść to próba zrozumienia świata, dorosłych, mechanizmów społecznych, które pełne są absurdów, skrótów, niedorzeczności. Konfrontacja z wydarzeniami rodzi smutne wnioski, nie tak powinien wyglądać świat, ale nic na to nie poradzimy. Czy jednak nowa książka Filipa Zawady jest przygnębiająca? Otóż absolutnie nie.

Charakter głównego bohatera i jego cudownie celne i dojrzałe przemyślenia przeplatają się z dziecinnym zachowaniem, tworząc wybuchową mieszankę. Z jednej strony, śmiejemy się, choć bywa to często bardzo gorzki śmiech, nieraz przez łzy, innym razem z pobłażaniem kiwamy głową, uśmiechamy się pod nosem lub zatrzymujemy nad konkretnymi fragmentami. Tytułowy kot Szatan to jedynie postać epizodyczna, nadająca książce kolorytu. To kolejny pretekst do przedstawienia spostrzeżeń o świecie, rówieśnikach, prawach, otaczającej bohatera rzeczywistości, prowincji, siostrach, wierze, samotności, braku dzieciństwa.




Dostałam tę książkę jako niespodziankę do zamawianego przeze mnie tytułu. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, choć docierały do mnie słuchy, że jest zabawna. Mnie mocno zaskoczyła i zdumiała. Słowami pełnymi niezgody, goryczy, ironii, humoru, ogromnej inteligencji i wrażliwości skrytej za wulgarną momentami formą. Wypowiedziami, które zdawały się niemal włożone w usta dziecka, a jednocześnie mocno do niego przystającymi. Franciszek stał się bardzo realną postacią z całym bogactwem swojego wnętrza i niespotykaną niezwykłością. Przeprowadził mnie przez tajemnice małej wioski, w której przychodzi mu spędzić dzieciństwo bez rodziny, wśród zakonnic i dzieci, które bywają okrutne. Czasami naprawdę ciężko zareagować na jego zachowania i spostrzeżenia. Wywołują mocny ucisk w sercu, bywa że i ból. Zmieszane z ironią, sarkazmem, czasem obrazoburczymi stwierdzeniami (to może stanowić dla niektórych czytelników pewien problem, nawet przy założeniu, że to jednak dziecko i inaczej pojmuje świat) tworzą ciekawą i wciągającą całość. To nie tyle powieść, co pisana krótkimi rozdziałami powiastka filozoficzno-humorystyczna o świecie widzianym z perspektywy przedwcześnie i nad wyraz dojrzałego chłopca. Rzecz może nie dla każdego, ale zdecydowanie godna uwagi.

"Ludzie boją się inteligentnych nauczycieli i dlatego najczęściej uczą się od głupców." - s. 174

Czuję się trochę rozdeptana jak tytułowy kot, niby tak przez przypadek, jakby zdarzyło się to przy okazji. A jednak mam wrażenie, że był to celowy zabieg autora. Przemaglować czytelnika pod płaszczykiem żartobliwej i lekkiej formy, która przyswaja się szybko a potem drąży. Zatrzymywać go po okraszonych ironią i humorem fragmentach na treściach, które boleśnie domagają się przemyślenia. Wręcz siłą zatrzymują, by je rozważyć. Bo tak tu się dzieje. Płynie się gładko przez rozdziały, w lekkim uśmieszkiem na twarzy, by nagle zatrzymać się na murze. Być strąconym z wygodnego czytelniczego piedestału. Czuć jakby dostało się obuchem w głowę, bo przecież staje się twarzą w twarz z gorzką i niewygodną prawdą. I to ogromna siła tej publikacji. Niewiele jest książek, które wprawiają czytelnika w komfort, by następnie go z niego wyrzucić. A tu dzieje się tak wielokrotnie. Za to, za styl i język, niezwykłego bohatera i zaskoczenie, jakie wzbudza to pozycja ogromny plus dla autora.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak.





Filip Zawada, Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek, wyd. Znak, Kraków 2019.


piątek, 24 maja 2019

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Świat w płomieniach"



"- Akurat o naszych losach zadecydowano za nas... - wymamrotała niechętnie.
- Nie - odparła stanowczo Szirin. - Zadecydowano o miejscu, w którym przyjdzie wam żyć, i okolicznościach waszego funkcjonowania, lecz nikt nie może za was podjąć najważniejszej decyzji: w jaki sposób przeżyjecie to życie, jakkolwiek trudne by było." - s. 120

Są książki, które na zawsze pozostają w nas. Możemy nie pamiętać dokładnie całej fabuły. Potrafić nakreślić jedynie jej zarys, ale nie sposób zapomnieć emocji, które w nas wzbudziła. To właśnie fakt, że zapadła głęboko w serce, zapisała się emocjami w duszy, świadczy o jej sile i niezwykłości. Bo doskonale przecież wiemy, że takie niezatarte wrażenie, którym chcemy dzielić się z innymi, pozostawiają jedynie wyjątkowe historie. 

Może minąć wiele lat nim człowiek zda sobie sprawę z tego, jak ułożył sobie życie. Gdy z perspektywy dojrzałej już osoby zacznie rozumieć dokonane wybory i ich konsekwencje. Elżbieta i Stefania są już w kwiecie wieku. Każda z nich obrała swoją drogę i starała się zbudować najlepsze życie, jak tylko mogła. I choć ich uroda nie straciła nic ze swojej niezwykłości, więcej nawet, wydają się piękniejsze niż kiedykolwiek, wewnętrznie nadal zmagają się z demonami przeszłości. Wydarzenia, które naznaczyły w ich duszach swoje piętno, dają o sobie znać. Wracają w najmniej spodziewanych momentach. Burzą kruchą stabilizację. Walka z doznaną traumą to jednak tylko jeden problem. Świat znów staje w płomieniach. Odzyskany spokój jest jedynie iluzją w perspektywie nadciągającej rewolucji. Dążenia niepodległościowe Irańczyków przywołują wspomnienia i koszmary młodości, o których chciałoby się zapomnieć. Historia zatacza koło, a w duszach bohaterów znów budzi się ciemność i lęk.

Pragnienia serca potrafią być przeróżne. Czasami to, czego chce się najbardziej, wcale nie jest gwarantem szczęścia. Jakby na przekór namiętnościom i żądzom życie daje zupełnie coś innego, niż można by oczekiwać. Przewrotność losu jest trudna do zrozumienia. Doskonale widać to na przykładzie losów bohaterów trzeciego tomu serii "Owoc granatu". Tym razem autorka skupia się na psychologii postaci. Pozwala zrozumieć ich motywacje, pragnienia, kompleksy. Opowiada o niezagojonych ranach, dręczących koszmarach i zwykłej szarej, ale dobrej codzienności, w której przychodzi im zmagać się z doznanymi krzywdami i traumami. Maria Paszyńska niezwykle dokładnie i poetycko zagłębia się w duszę swoich bohaterów, pozwalając czytelnikom zrozumieć podjęte decyzje, odnajdywać źródło ich niedoskonałości, lęków, emocji. Kreśli obraz miłości niespełnionej i nieszczęśliwej. Tej, która szuka zapomnienia lub choćby namiastki wypełnienia zrodzonej pustki i straty. Opisuje także najpiękniejsze, wyzbyte egoizmu, czyste i szczere uczucie. Relację niemal nieistniejącą, opartą na poświęceniu i dobru ukochanej osoby.



Zaprasza czytelnika do pachnącego przyprawami, dobrym jedzeniem i przepełnionego ciepłem domowego ogniska Iranu. Miasta, w którym można odnieść sukces, ale i być kimś obcym mimo spędzonych w nim lat. Słonecznej krainy, gdzie zdarzają się historie jest jak z bajki, ale i kraju, w którym przemoc wobec kobiet to nic niezwykłego. Więcej nawet, w którym o złych rzeczach uparcie się milczy i tai się je przed rodziną.

"Na zgliszczach wielkich marzeń zwykle jako ostatnie tlą się rozpacz i złość. Pytanie, czy obie zgasną, czy iskra z któregoś zaprószy kolejny pożar (...)." - s. 292

Razem z bohaterami zmienia się także świat. Wędruję po historii Iranu lekko dotykając najważniejszych wydarzeń, mających miejsce w latach 60-tych i 70-tych XX wieku. Poprzez rozmowy Elżbiety z Mehrdadem wnikam w dwa odmienne sposoby patrzenia na rzeczywistość. Widzę ją oczami Europejki i Irańczyka. Ta bardziej polityczno-historyczna część powieści, jest jednocześnie swoistą przypowieścią o człowieku, jego dążeniach, namiętnościach, planach. Iskrach, które padłszy na podatny grunt, zajmują ogniem ogromny obszar. Pisarka tworzy uniwersalny obraz ludzkich poczynań i reakcji. Szerzącego się łańcucha zła, zawłaszczającego po cichu całe społeczeństwo. Jestem świadkiem rodzącego się niebezpieczeństwa, obracania się ideałów w perzynę. Wykorzystywania szlachetnych zamysłów do złych celów. Nachodzą mnie gorzkie myśli.


"Owoc granatu. Świat w płomieniach" to podróż w głąb serc i dusz bohaterów. Powolne analizowanie tego, co zrodziło się w i między postaciami. To opowieść o spełnionych marzeniach, które rozbijają się o fale rzeczywistości, zaskoczeniu dobrem drugiego człowieka. Miłości tak silnej, że godzącej się na wszystko w imię dobra drugiej osoby. Złych decyzjach podjętych pod wpływem chwili a właściwiej byłoby rzec, rekompensujących poniesione straty. To przepięknie napisana przypowieść o człowieku, jego, wątpliwościach, marzeniach, pragnieniach i tragających nim sprzecznych uczuciach. Nowa książka Marii Paszyńskiej stanowi także pełną mądrości opowieść o budzącej się sile i dobrych ideach, które obracają się przeciwko głoszącym je wizjonerom. W końcu zaś to rzecz o ciemności, zamykającej się w słowie rewolucja, budzących się demonach i ludziach z przeszłością. Pisana poetyckim, pełnym ciepła a gdy trzeba dosadności językiem książka pełna jest fragmentów, nad którymi trzeba się zatrzymać. Kontemplować, zdumiewać się nad trafnością spostrzeżeń. Maria Paszyńska snuje opowieść o splątanych ze sobą ludzkich losach. Z wnikliwością najlepszego obserwatora prezentuje poczynania postaci, nie poprzestając jednak na tym. Skupia się na złożonych  mechanizmach historycznych i szuka odpowiedzi, skąd rodzi się w nas dobro i zło.

Z książkami Marii Paszyńskiej jest tak, że od pierwszej strony czuję jakbym siedziała obok najlepszego gawędziarza. Mistrza snucia opowieści. Tego, wokół którego niegdyś gromadziły się tłumy. Towarzyszy mi wewnętrzne ciepło, spowija nieco senna baśniowa atmosfera, jakbym znów miała kilka lat a ktoś bliski opowiadał mi niezwykle porywającą i przejmującą historię. Otwierał przede mną kolejne, nieznane mi rzeczywistości z wrodzoną gracją, taktem, poetycko i niezwykle emocjonalnie. Płynę przez kolejne strony, urzeczona pięknym, plastycznym stylem i językiem, polszczyzną, za którą tęsknią poloniści, cudowną głębią postaci. Spaceruję po mocno wewnętrznej historii i nie chcę kończyć. Ociągam się z czytaniem jak mogę . Dozuję sobie po kilka stron, czasami tylko patrzę na książkę. Nie mam potrzeby natychmiastowego skończenia powieści. Chcę przeżywać ją w pełni, roztrząsać, rozsmakowywać się, rozumieć. Być może dojrzałam? Wiem jedno. Nie chcę opuszczać tego świata. Mimo trudnych doświadczeń i momentami mało optymistycznej akcji, czuję się tu dobrze. Chcę jak najdłużej smakować język, poznawać zakamarki duszy bohaterów, być zaskakiwana. Najbardziej jednak pragnę zachować odczucie, że autorka kreśli swoisty poemat o człowieku. Taki dzięki któremu wiem, że jestem rozumiana, że ktoś czyta w moim sercu, zadaje sobie podobne pytania, szuka bliskich mi ideałów i wartości. Że po drugiej stronie tekstu jest ktoś, kto pozwala mi spojrzeć szerzej i głębiej - zarówno na sam aspekt języka i historii jak i na sferę idei. Czasami mam wrażenie, że wyczerpałam już wszystkie stwierdzenia, którymi mogłabym opisać prozę Marii Paszyńskiej. Powtarzam się z moimi zachwytami, ale nikt z pisarzy nie jest mi obecnie tak bliski jak autorka serii "Owoc granatu". Jestem w mojej literackiej przystani, moim domu. Nie trzeba niczego więcej.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Książnica. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu. Świat w płomieniach, wyd. Książnica, Poznań 2019. 

środa, 15 maja 2019

Ursula Dubosarsky "Kuba i Kanga"



"Nigdy przedtem tak się nie czuła. Szczęście. Siła. Wolność. Pędziła dalej w głąb buszu, mijając drzewa i skały. Nie bała się niczego, nawet psów dingo, teraz nic jej nie zrobią. Nie była jeszcze w pełni dorosłym kangurem, ale wiedziała, że jest szybka.


Dingo jej nie dogoni. Nocą busz kipiał różnymi odgłosami. Wyczuwała, że obserwują ją setki par oczu, słyszała bicie tysiąca serc i oddechy wielu istot." - s. 93

Parne, gorące dni. Przepełniony życiem busz. Zieleń wśród której rozbrzmiewa śpiew ptaków, odgłosy zwierząt, szum rzeki. Niemal idylliczny krajobraz Australii, w której ze swoim ojcem mieszka Kuba. Chłopiec prowadzi spokojne, czasem można by rzec, nudnawe życie. Jak sam przyznaje, nie ma nadziei na to, że w okolicy stanie się coś ciekawego. Dni są do siebie podobne, spokojne, nieco senne. Czas umilają mu jego zwierzęcy przyjaciele - pies Bobik, kura Petronela, kot Rik. Są oni świadkami życia bohatera oraz kompanami jego codzienności. 

Pewnego dnia zdarza się jednak coś, co zmienia monotonne życie chłopca. Za sprawą kłusowników staje się on opiekunem małego kangurka. Kanga, gdyż takie imię otrzymuje nowa znajoma Kuby, godzi się z zaistniałą, trudną dla siebie sytuacją i zżywa się ze swoim wybawicielem. Zyskuje nowy dom, kogoś, kto ją kocha. Jest jednak dzikim zwierzęciem, które czuje w sobie zew wolności. Różni się od domowych pupili, co często podkreśla. Jest inna, akcentuje swoją wyższość, choć przywiązuje się do swojego przyjaciela. 



Krótka i prosta książka dla dzieci, tak mogłoby się wydawać. Im więcej jednak o niej myślałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że to tylko pozory, gdyż nawet dorośli znajdą w niej coś dla siebie. Autorka kreśli historię samotnego i dojrzałego jak na swój wiek chłopca, szukającego przyjaźni. Opowiada o życiu z człowiekiem, naznaczonym tajemniczą chorobą. Dostosowywaniu się do smutnej codzienności bez cienia skargi. Relacje Kuby i jego taty, choć nie należą do złych, wydają się w pewnym sensie oschłe i zdystansowane. Ojciec jest, ale gdzieś obok, blisko pojawia się na krótkie chwile, w których brak jednak potrzebnej dziecku, dużej dawki czułości. Kuba nie ma jednak do niego pretensji. Wie, że tata opiekuje się nim najlepiej jak potrafi, jest wdzięczny za troskę i bardzo kocha swojego rodzica. To nad wyraz dojrzały gest. Pragnie jednak jeszcze kogoś, kogo będzie mógł obdarować miłością i kto odwzajemni to uczucie. Jakiejś odmiany, która wypełni jego samotność i szarzyznę dziecięcego życia. Jak każdy chłopiec w jego wieku szuka ekscytacji, przygód, rozrywki. Trzeba przyznać, że udaje mu się zrealizować swoje marzenie i zyskać nowego towarzysza. 


Kuba i Kanga” nie jest prostą historią dla dzieci jakich wiele. To opowieść o przyjaźni, w której dobro drugiej strony jest ważniejsze od naszego. Rzecz o uczuciu, przepełniającym człowieka i czyniącym go lepszym, wrażliwszym. Pisarka kontrastuje nieco postaci w rożnych sferach. Lekko przeciwstawia sobie tytułowych bohaterów. Wrażliwy i otwarty na dobro innych Kuba i nieco egoistyczna, ale przywiązana do niego Kanga, chyba najlepiej pokazują, że przyjaźń potrafi być skomplikowana. Bo można darzyć uczuciem dzikie zwierzę i z wzajemnością, ale zawsze pozostaje natura, która wzywa. Pisarka daje czytelnikom piękną lekcję o poświęceniu, trosce i opiekuńczości. Pokazuje, że jedni ludzie potrafią krzywdzić, jak kłusownicy, inni dawać z siebie wszystko, co doskonale widać na przykładzie Kuby. Pomimo nieco krnąbrnego i egoistycznego charakteru Kangi, powieść czyta się naprawdę dobrze. Książka przesycona jest niezwykłym klimatem australijskiej przyrody, dobrym sercem bohatera i czasami śmiesznymi rozmowami między zwierzętami. To właśnie dzięki nim widać głęboką różnicę między podejściem Bobika, Rika i Petroneli a tym Kangi. Warto również wspomnieć, że na kartach pojawia się również temat hobby i jego rozwijania. Na przykładzie Kuby doskonale widać, że chcąc robić coś dobrze, trzeba wysiłku, prób. Nie wolno zrażać się początkowymi niepowodzeniami, gdyż systematyczność i ciężka praca, przynoszą efekty. Przystępny język, plastyczne opisy, prosty, idealny dla dziecka styl, ciekawa historia i liczne ilustracje (żałowałam jedynie, że nie były kolorowe) tworzą sympatyczną całość, która porusza, zapada w pamięć i jest okazją do rozmowy z dzieckiem na liczne tematy, choćby chorób, przyjaźni, troski, podejścia do zwierząt, odpowiedzialności czy pasji. Wiem, że postawa małego kangurka może nie spodobać się niektórym dzieciom (ja sama do dziś mam z nią problem, choć rozumiem zamysł autorki), gdyż ich oczekiwania pewnie będą inne, ale to właśnie stanowi też wartość tej książki. Pokazanie, że nie zawsze jest tak, jakbyśmy tego chcieli. To, co dla nas dobre niekoniecznie musi być najlepsze dla innych. Za mądrość, piękne rysunki i styl duży plus dla autorki. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon. 

Ursula Dubosarsky, Kuba i Kanga, przeł. Maria Makuch, ilustr. Andrew Joyner, wyd. Znak emotikon, Kraków 2019.


sobota, 20 kwietnia 2019

Spacerowe rozkminy #14


 


Wielki Tydzień zawsze kojarzy mi się z ciszą. Gdy wychodzę rano z domu zawsze jest spokojnie i cicho. Nawet, gdy ludzie gnają w każdym kierunku, gdy w sklepach gra muzyka, klienci niecierpliwią się w kolejkach do kasy, powroty do domu to często przepychanie się i wysłuchiwanie kłótni, to jednak wewnętrznie jest spokój i cisza. I nawet ta przedświąteczna bieganina spowita jest jakąś aurą, której nazwać nie umiem. 

Doświadczam tych cichych poranków, jak tamten pamiętny, gdy kobiety wyszły do grobu Jezusa i spotkały Anioła. Mam wrażenie, że świat czeka na te dni, które dla mnie mimo swojego piękna i nadziei, jaką niosą, są trudne. Dopiero Wielka Sobota wprowadza ze sobą radość i pozwala odetchnąć. To nie jest łatwy czas, ale czy to, co najważniejsze kiedykolwiek było łatwe? Trudny czas ma swoją wartość i zawsze musi się pojawić. 



Spaceruję dziś tak normalnie, żeby przewietrzyć trochę głowę, odpocząć. Spaceruję też myślami. Jest ciepło, w końcu wiosna, która aż zaprasza do wyjścia z domu. Rzadko towarzyszy mi poczucie, że wszystko jest na miejscu, ale dziś tak właśnie jest. Cieszę się słońcem, ciepłem, ruchem. Wiem, że niedługo wrócę do tego co lubię robić zawodowo, że wrócę również do kogoś ważnego dla mnie. I doświadczam tego szczęścia, gdy człowiek wie, że ma wszystko, choć pewnie wielu powiedziałoby, że to minimalizm czy że obiektywnie rzecz biorąc wcale wiele nie mam. Ale patrzę z innej perspektywy. Mam wszystko, czego mi trzeba. Może nie w nadmiarze na każdej płaszczyźnie życia, ale najważniejsze jest. I cieszę się tym, podobnie jak małymi rzeczami, których przecenić nie można. 

I może to jest ten spokój wielkanocnego poranka? Miłość w sercu i świadomość, że są rzeczy ważne, ważniejsze i najważniejsze, a cieszyć się należy wszystkim, co piękne i dobre. I wierzę w to, co zawsze powtarzał mój Przyjaciel "Najpiękniejsze dopiero przed nami".



Czytam pewnie trochę mniej, bo i inne priorytety. Czasami mam kilka książek na koncie, ale jakoś nie zawsze jest ochota, by przysiąść do recenzji. Jestem tu rzadziej, ale na moich warunkach, w swoim tempie, bardziej ze swoimi lekturami. Pewnie niedługo opowiem Wam coś o miesięcznikach, które czytam, bo warto po nie sięgnąć. Opowiem o książkach, które mnie porwały i tych, które nie zdobyły mojej aprobaty. I będę pisać o życiu, takim prostym, czasem całkiem pokręconym, gdy w sercu wiosna. Spokojnego odpoczynku dla Was, wielu łask Pana i dobrych lektur. 

Ewelina :-)




wtorek, 16 kwietnia 2019

Marta Guzowska "Raj"



"Powoli zbliża się do ognia. Płomienie hipnotyzują, nie może oderwać od nich wzroku. Robi jeszcze kilka kroków do przodu, chociaż czuje, jak skóra na twarzy zaczyna go palić. A potem nagle cały świat staje się czarny". - s. 343

Gdy tylko poznałam nazwę miejsca wydarzeń nowej książki Marty Guzowskiej od razu przypomniał mi się Dante i jego wędrówka. Przejdźmy się zatem alejkami galerii handlowej o szumnej nazwie "Raj", która staje otworem przed żądnymi doznań i zakupów klientami. Zasmakujmy klimatu sobotniego lenistwa przed majowym weekendem. Tego idealnego czasu, by w poczuciu luzu nadchodzących wolnych dni wydać trochę gotówki i wzbogacić się o nowe ubrania, buty, kosmetyki, gadżety. W końcu nigdzie nie trzeba się spieszyć, a Raj przyciąga pięknym wnętrzem oraz luksusem i kusi towarami. Wkroczmy zatem do przybytku konsumpcji, zbytku, żądz i pragnień.

Rozglądnijmy się w zadumie nad biegającymi ze sklepu do sklepu ludźmi i poznajmy bohaterów powieści. Każdy z nich ma swój powód, by odwiedzić galerię. Jakub i Andriej pracują ciężej niż zwykle. Dory i Ce szaleją wśród alejek, wrzucając relacje do mediów społecznościowych. Rudy również ma robotę, ale ta musi zaczekać, w końcu misternie utkany plan, jest dopięty co do minuty. Teresa przybywa do sklepu gnana niepokojem o córkę. To właśnie tej szóstce przyjdzie spędzić w Raju noc. Ale lepiej byłoby powtórzyć za "Boską komedią" "Ty który tu wchodzisz, żegnaj się z nadzieją". Ten czas nie będzie miał nic wspólnego z rozkosznym bieganiem po pustej galerii. W alejkach czai się niebezpieczeństwo a pokrzyżowane plany niektórych bohaterów wywołają frustrację, która doprowadzi do nieprzewidzianych wydarzeń. Raj zmieni się w piekło.

Ciekawe założenia, obserwacje, skłanianie do refleksji, wnikanie w psychikę bohaterów. To wszystko obiecano mi znaleźć w na wskroś współczesnej fabule. Świecka świątynia przepełniona konsumentami pragnącymi stłamsić swoje niepowodzenia, żale, kompleksy za pomocą przedmiotów. Poprawianie sobie humoru nowym ciuchem, nagradzanie za trud codziennej pracy, odwracanie uwagi od tego, co trzeba zmienić lub zaspokajanie sztucznie wywoływanych przez marketing potrzeb. Znamy to doskonale, rozumiemy i wiemy, jak działają haczyki zastawiane przez właścicieli sklepów i sprzedawców. A jednak tak łatwo wpaść w pułapkę i dać porwać się zakupowemu szaleństwu, zrekompensować sobie przedmiotami wszystkie troski, pokazać w mediach społecznościowych jak wspaniale spędzamy czas. Wykreować siebie i swoje życie, tak jak się nam podoba, bo liczymy się tylko my. Ciągle głodni ludzkiej uwagi, niedocenieni, ginący w morzu zwyczajności. Nieumiejętność radzenia sobie z porażkami, problemami, własną niedoskonałością, samotność w tłumie, niedocenienie i powierzchowne relacje. To wszystko starała się ukazać autorka "Raju".

I faktycznie na kartach odnajdziemy Teresę, która pragnie poczuć się lepiej dzięki zakupom, choć stan jej konta błaga o litość. Dory i Ce, które są idealnymi dziećmi social mediów, szczególnie ta druga. Będą selfiki robione w najmniej oczekiwanych momentach, kręcenie filmików, które przyprawiają o dreszcze i pytanie, co z tobą człowieku nie tak. A jednak coś nie zagrało w tej powieści.

"Chce odepchnąć ręce "najlepszej przyjaciółki" i powiedzieć, żeby przestała się kleić, kiedy Dory sama ją puszcza i - wow, dla odmiany! - chwyta za rękę matkę. Która ma naprawdę przestraszoną minę. Jakby sama była małą dziewczynką. Ale Ce nie ma ochoty tego analizować." - s. 119

Zaczyna się już od samego blurba, w którym odnajduję nieścisłość. Podejrzewam, że gdyby było tak, jak napisano, fabuła wyglądałaby zgoła inaczej, może byłaby bardziej intrygująca. Mamy bowiem jedną, góra dwie sceny, które można podpiąć pod przedstawione założenie. A szkoda. Samo pytanie o to, co się stanie, gdy świat oparty jedynie na pragnieniu zdobycia kolejnych lajków, followersów, uwagi i bycia gwiazdką social mediów się zawali, pozostaje dla mnie bez odpowiedzi. Zabrakło mi konkretnych wniosków, refleksji bohaterów, czegoś, co wpłynęłoby na ich postępowanie. Niby brak odpowiedzi może być odpowiedzią, ale czuję jakby temat został rzucony w próżnię.

Pomysł podzielenia książki na trzy części i rozdziały opowiadające o poszczególnych bohaterach jest całkiem dobry. Autorka dostosowuje tekst językowo, tak, by się wyróżniał, odpowiadał konkretnej postaci. Wulgaryzmów, zapożyczeń z języka angielskiego i młodzieżowego slangu jest dość dużo i przyznam, że czasami mocno grało mi to na nerwach, szczególnie powtarzające się jak mantra "oł, em dżi". Sami bohaterowie pozostawiają wiele do życzenia. Wydają się jednowymiarowi i nierzeczywiści.  Ich zachowania są nieracjonalne i ogromnie przerysowane. Pani psycholog ma tyle lęków, kompulsywnych myśli i reakcji, że sama powinna wiedzieć, iż nie jest z nią dobrze i wizyta u specjalisty jest koniecznością. To najbardziej niepokojąca postać, zwłaszcza okazuje się to w toku akcji. Gwiazdka youtube'a, dla której nie istnieje kompletnie nic poza lajkami i followersami - Ce traktuje ludzi jako przydatnych do realizacji celów lub nie. Kompletnie nie potrafi ocenić sytuacji, żyjąc w wyimaginowanym, wirtualnym świecie. Jej naiwność i oderwanie od rzeczywistości są tak karykaturalne, że aż nieprawdziwe. Dorota, która ciągle narzeka, że jest gorsza od przyjaciółki i ma ksywkę po głupiej, filmowej rybce, zdaje się mieć nieco więcej oleju w głowie. By przypodobać się Celinie i wyrwać spod osaczającej nadopiekuńczości matki, wdaje się jednak w bardzo niebezpieczną grę. Andriej to bandzior bezustannie podkreślający jak to on nie lubi Polaczków, którzy nie potrafią się bawić. Pogardę do nich prezentuje na każdym kroku i szczerze powiem, irytowało mnie to ciągłe i zbędne podkreślanie beznadziejności mieszkańców naszego kraju. Rudy czyli złodziej z planem dopiętym na ostatni guzik i wielkim ambicjami był raczej neutralny, miał zrobić co jego i wrócić. Marzenia o byciu kimś więcej i rozważania o karmie, to w zasadzie jedyne, co wyróżniało tę postać. W końcu diler Jakub, współpracownik Andrieja, młody chłopak, który stara się unikać kłopotów i  jest przekonany o swojej nieomylności. Pozostaje jeszcze jedna postać, mianowicie cudotwórca Jonasz, spec od zdobywania kontraktów, który przynajmniej na mnie nie zrobił wrażenia.




W "Raju" nie znalazłam spektakularnych zwrotów akcji, wielkiego napięcia czy dramatyzmu. Rozterki, jeśli się pojawiały, nie zatrzymywały mnie na dłużej. Z bohaterami trudno się zżyć, ponieważ żaden z nich nie wzbudza sympatii, nie ma większych dylematów moralnych, a przemianę przechodzi tylko jedna osoba. Wnikanie w psychikę postaci pokazało tylko ich ubóstwo wewnętrzne i pustość. Wiele w tej książce powtórzeń, nie wiem czy z braku zaufania do czytelnika, czy z chęci podkreślania pewnych aspektów. Myślę, że jedno mocne zaakcentowanie cech czy spraw w zupełności by wystarczyło. Samo zakończenie pozostawia wiele do życzenia. Można by je określić klamrą kompozycyjną, ale wówczas rodzi się pytanie, jaki z tego morał? Mimo małego (jak dla mnie) druku książkę czyta się jednak naprawdę szybko. Pomysł był i to dobry, ale nowej powieści Marty Guzowskiej nie ratują ani przerysowani i nieciekawi bohaterowie, ani powtarzalność pewnych sformułowań czy fragmentów, ani akcja, która nie przyciąga (raczej ma się ochotę przekonać, czy najbardziej przewidywany scenariusz się sprawdzi). Lubię książki pani Marty, ale nie znajduję w "Raju" głębokiego pochylenia się nad problemem uzależnienia i życia w social mediach (jest za to teza, która wywołuje raczej zdumienie niż refleksję) czy pogłębionych portretów psychologicznych. Piszę to z przykrością, ale mnie ten thriller kompletnie nie przekonał. Był po prostu słaby i nie spełnił swoich obietnic. Jednym słowem "Raj" okazał się bardziej drogą przez czyściec, w którym nie bardzo chciałam się znaleźć.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

Marta Guzowska, Raj, wyd. Marginesy, Warszawa 2019.

wtorek, 2 kwietnia 2019

Magdalena Kiełbowicz "Huczy jak w ulu"




"Lubię czytać książki. To moja największa pasja. Dzięki książkom mogę być bardzo daleko, nawet jeśli nie wychodzę z domu. To prawie jak czary! Zaczynam czytać i po kilku zdaniach jestem na pustyni, w lesie, na statku pirackim, w jakimś nieznanym kraju albo na innej planecie. Poznaję nowe miejsca, nowych ludzi i ich przygody. Jasne, że w wyobraźni, ale to bez różnicy, bo śmieję się tak samo, jak śmieję się naprawdę, tak samo się denerwuję i smucę." - s. 45


W życiu czasami jest jak w ulu. Huczy, dzieje się, jest zamieszanie, choć każdy zna swoje miejsce i robi to, co do niego należy. Wszystko jest uporządkowane, ale gdybyśmy spojrzeli z zewnątrz, odnieślibyśmy wrażenie chaotyczności. Zachodzące interakcje nadają miejscu życia, swoistej magii. Szczególnie widać to, gdy jest się dzieckiem ciekawym całego świata. 

Książki, pokazujące uroki codzienności, w której wcale nie musi być nudno, mają dla mnie nieodparty urok. Starszym przypominają dobre czasy, a młodszych uczą, że wcale nie trzeba telewizji, Internetu czy najnowszych gadżetów, by było interesująco. Dzieci mają tę niezwykłą zdolność, że potrafią uczynić przygodę niemal z wszystkiego a to, co dla starszych znajome i często niezauważalne, dla nich jest ciekawe i pociągające. Nikt lepiej niż one nie czuje magii codzienności i nie potrafi ożywiać za pomocą wyobraźni nawet najbardziej banalnych przedmiotów.



W domu na ulicy Makowej na pewno nie jest nudno. Czytelnik wędruje prowadzony przez Ulę Hernik, narratorkę, która przedstawia swoją rodzinę i zadziwia zaskakującymi oraz bardzo trafnymi komentarzami. Ma głowę pełną pomysłów, wielkie plany na przyszłość i niezmordowany zapał, by uczynić każdy dzień wspaniałą przygodą. Dziewczynka zaprasza nas do świata mieszkańców kamienicy, ich zajęć, upodobań. Poznajemy miłego szewca Antoniego, Alfę i Omegę, Ksawerego, który zawsze wymyśli coś niesamowitego, Melanię Szulc, znaną aktorkę sprowadzającą ze sobą dziennikarzy i fotografów, dziadka i pradziadka dziewczynki, Słodkiego - jej przyrodniego brata i wielu innych bohaterów.

Ta wesoła gromadka zapewni wszystkim moc wrażeń i dużo uśmiechu. Ciekawość bohaterki, jej usposobienie, charakter oraz zdolność do bystrego obserwowania i inteligentnego komentowania rzeczywistości, są gwarantem dobrej lektury. Bo wcale nie trzeba wielkich i niezwykłych wydarzeń, by stwierdzić, że życie jest naprawdę pasjonujące. Ula, choć żyje we w naszych czasach nie jest przywiązana do telewizora, tabletu, Internetu. Doskonale obywa się bez nich i to jeden z najlepszych wątków tej książki. Autorka udowadnia, że nie musimy korzystać z technologii, by wspaniale spędzać czas. Podkreśla rolę rozmów z rówieśnikami i dorosłymi. Pokazuje jak za pomocą wyobraźni dziewczynka wyśmienicie się bawi, ucząc bycia w grupie, doceniania małych rzeczy, zwracania uwagi na drugiego człowieka. 

Co dzień to inna przygoda, tak mogłabym określić książkę Magdaleny Kiełbowicz. Pisarka w prosty, bardzo przystępny, ciekawy i pociągający dla dzieci sposób pokazuje, że to my decydujemy o tym, jak spędzamy czas. To nie w żadnych nowinkach technologicznych, ale w nas tkwi magia. Wystarczy książka, wyobraźnia i szczypta dobrego humoru, by wszystko było jak najlepiej. Każdy rozdział to nieco inna historia, która z pewnością zaciekawi młodych czytelników. Pozwoli im lepiej zrozumieć, jak działa świat, co można robić w wolnym czasie, jak ważne są relacje międzyludzkie. Nie brak w "Huczy jak w ulu" humoru, puszczania oka do czasów dzieciństwa rodziców czy choćby dużej mądrości bohaterki. Co ważne, Ula bardzo ciekawie opowiada o książkach i bibliotece, będących świetną alternatywą dla ekranów, co stanowi dodatkową zaletę publikacji. Książka jako brama do wielu światów, biblioteka jako miejsce ciekawych zajęć oraz bibliotekarka, potrafiąca odpowiednio dobrać lekturę, na pewno zachęcają do zagłębienia się w literacki świat, w którym podobnie jak w kamienicy na ul. Makowej czeka niejedno zaskakujące i wywołujące uśmiech na twarzy oraz moc emocji zdarzenie.


"Huczy jak w ulu" napełniło mnie sentymentem, przeniosło do lat dzieciństwa, oczarowało humorem, językiem, szczerością i prostotą. Było jak piękna wyprawa do czasów, za którymi się tęskni, a jednocześnie pokazywało, że przecież nic straconego. W końcu do mass mediów i nowinek technologicznych, można podchodzić z głową jak panna Hernik. Znaleźć złoty środek i cieszyć się wyobraźnią, książkami, drugim człowiekiem i pomysłowością - tak mogłabym podsumować książkę Magdaleny Kiełbowicz, którą powinni przeczytać wszyscy młodzi ludzie. Szczególnie poleciłabym ją tym, którzy twierdzą, że bez Internetu, telewizji, tabletu i telefonu nie ma zabawy. Jest i to wspaniała. Optymizmem i radością napełnia mnie fakt, że powstają dziś takie książki, obecnie chyba jeszcze bardziej potrzebne niż kiedyś. I przypominają, gdzie jest prawdziwe życie i szczęście. Do tego robią to w naprawdę dobrym stylu. Z mojej strony wielkie DZIĘKUJE dla autorki.  A na koniec jeszcze uśmiech za ilustracje :).

Fragment książki możecie przeczytać TUTAJ

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak Emotikon. 



Magdalena Kiełbowicz, Huczy jak w ulu, wyd. Znak emotikon, Kraków 2019.

poniedziałek, 18 marca 2019

Maria Paszyńska "Instytut Piękności"




"Pamięć to przedziwna rzecz. Tak wiele przeżyłam dni, a z większości nie pamiętam nic. Z reszty także pozostały tylko wycinki, strzępki, urywki, przebłyski. Chwile, które tak bardzo chciałam zatrzymać, gdy trwały, rozpłynęły się we mgle, te zaś, które pragnęłabym na zawsze wymazać z pamięci, nie tracąc barw, są wciąż żywe." - s. 216

Zbieram myśli. Wiem, że każde słowo, jakie napiszę, będzie otwierać mnie coraz bardziej. Czuję nieprzepartą chęć opowiedzenia o tej historii, a jednak tli się we mnie jakaś potrzeba nabożnej ciszy, zadumania się nad tym, co przeczytałam, co przeżyłam z tą opowieścią. Jestem trochę jak dziecko, które pragnie mówić, ale i zatrzymać w sekrecie to, co przeżyło.

To zaskakujące jak ludzie, którzy ryzykowali życie dla innych podchodzą do swoich czynów. Najczęściej spotykam się ze stwierdzeniem, że to przecież nie było nic wielkiego, że każdy porządny człowiek zrobiły to samo na ich miejscu. To było naturalne, jasne, oczywiste - mimo lęku, konspiracji, narażania się. Bo człowiek człowiekowi bliźnim. A jednak to nie była żadna zwykła postawa. Heroizm powinien zostać nazwany po imieniu, bo nie każdego było stać na poświęcenie. Więcej nawet, niektórzy po prostu wyłamali się z szeregu, działając na szkodę. "Kto ratuje życie, ratuje cały świat" i to chyba najwłaściwsze słowa, jakie powinny padać, gdy mowa o tych, którzy okazali się bohaterami.

Okupowana Warszawa a w niej Instytut Piękności. Pod samym nosem Niemców. Zakład prowadzony przez Madę Walter słynną w całej stolicy. Kobietę na wskroś nowoczesną, kruchą a jednak z gigantycznym hartem ducha. To właśnie tu pod przykrywką dbałości o piękno kobiet ratuje się życie. Uczy tuszowania swojego pochodzenia, wtapiania się w tłum, kuchni i katechizmu. Nie wszyscy to rozumieją, ale to realna pomoc. Główna bohaterka robi co może, by ocalić jak najwięcej ludzkich istnień, bo każde jest na wagę złota. 

Sara, Zoja. Dalila, Lea. Każda z nich jest inna. Ma swoją niepowtarzalną historię, okupioną cierpieniem. Ich szczęście i marzenia należą do przeszłości, a jednak jest w tych kobietach ogromna siła, samozaparcie. Choć ich przeszłość wydaje się zaledwie pięknym snem, teraźniejszość to strach i trud, a przyszłość nawet nie pojawia się w snach, nie przeszkadza to bohaterkom pomagać innym. Artystka, przykładna żona i matka, utalentowana tłumaczka, młodziutka dziewczyna rozdzielona z matką. Każda z nich ma za sobą bolesne doświadczenia. Łączy je jedno - los zgotowany przez Niemców, który zburzył ich świat. 



Maria Paszyńska kreśli przejmujący obraz Warszawy targanej wojną. Odmalowuje ludzkie dramaty i  cierpienie tak dosadnie, że nie sposób nie współodczuwać z podopiecznymi Mady Walter. Czytelnik zostaje lekko wprowadzony w historię przez zapoznanie się z tą niezwykłą kobietą. Zaczyna od końca, prawie teraźniejszości, by następnie przenieść się do okupowanej stolicy. Tu poznaje historie Żydówek, które zagościły w życiu założycielki Instytutu Piękności. Nie są to łatwe losy, historie, wobec których można przejść obojętnie. Każda z nich ukazana jest z perspektywy opowiadającej ją bohaterki. Zróżnicowana narracja oddaje charakter kobiet, pozwala je lepiej zrozumieć, wczuć się w to, co przeżywają. Wiele jednak dzieje się między słowami i bez problemu da się to wyczuć. Rodząca się przyjaźń często rozwija się właśnie pod płaszczykiem milczenia, niedopowiedzeń, otwartości na to, że czasami trzeba pozwolić komuś przeżyć coś w pojedynkę. Mada Walter zdaje się doskonale rozumieć, że wszystko ma swój czas i to właśnie taka postawa jest najlepszą drogą do drugiego człowieka. 

Spokojne, charyzmatyczne, porywcze, skryte, żywiołowe, takie są bohaterki "Instytutu Piękności". To nie żadne salonowe mimozy, tylko kobiety z krwi i kości, które mimo swoich ran i lęków nie boją się stawiać czoła przerażającej wojennej codzienności. Nie brak w książce pogodnych fragmentów, nawet lekkiego humoru, a jednak czuje się powagę tej historii. Unoszący się nad nią smutek i melancholię. Nowa powieść Marii Paszyńskiej porusza. Wgryza się powoli w duszę czytelnika, nie pozwala pozostać mu obojętnym. Na kartach książki zło przeplata się z dobrem, nadzieja z rezygnacją, szczęście z nieszczęściem. To na wskroś życiowy obraz tamtych czasów, choć przecież jest w tej historii wiele fikcji. Mam jednak świadomość, że przecież Instytut istniał, Mada robiła co mogła, kobiety walczyły, bliźni pomagali sobie, inni robili wszystko wyłącznie z myślą o własnej osobie. Lęk unosił się nad dachami Warszawy, przeplatając się z ulotnymi chwilami szczęścia i nadzieją na lepsze jutro. Gdy myślę o tamtych czasach, mam nieodparte wrażenie, że ludzie, którzy przeżyli wojnę są tak różni od nas. Silniejsi, bardziej zaradni, uświadomieni lepiej niż ktokolwiek w kwestii dobra i zła, niezwykli. 



"Instytut Piękności" wyróżnia się spośród poprzednich książek autorki, dzięki narracji prowadzonej z perspektywy bohaterek. To mocna, dosadna, ale momentami poetycka opowieść o losie kobiet, które walczyły o przetrwanie swoje i drugiego człowieka. Rzecz o bólu, stracie, heroizmie, bezinteresowności, pamięci, która zachowuje to, co wolelibyśmy utracić i traci to, co pragnie się zachować. Bezpośredniość, postępowość i wielkie serce głównej bohaterki dodaje powieści kolorytu. Nie odbiera jednak nic ze wzruszeń, które towarzyszą lekturze. Maria Paszyńska nadal bezbłędnie gra na strunach duszy czytelników, by pod koniec książki doprowadzić ich do łez. Nie oszczędza czytelnika, bo najważniejsza jest prawda, nawet ta po płaszczykiem wymyślonej częściowo historii, bo przecież to, co spotkało fikcyjne bohaterki, było udziałem wielu mieszkających w Warszawie kobiet. Trwam w ciszy i zadumie nad tym, co wywołała we mnie ta powieść. Tak po prostu na wskroś ludzka, trudna, niepozbawiona piękna w ogromie zła. Świadcząca najlepiej o tym, co znaczy być człowiekiem. I z tym Was zostawiam, bo to książka, którą trzeba przeżyć bardziej niż przeczytać. Myślę, że kto sięgnie po nią, zrozumie co mam na myśli. Przecież czasami milczenie mówi więcej niż słowa. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Pascal. 

Maria Paszyńska, Instytut Piękności, wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2019.