poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Kwadrans uważności - etap trzeci OBECNOŚĆ dzień trzeci ŻYCIE


Postanowiłam zacząć od tego ćwiczenia, bo właśnie na łonie przyrody trzeba było uświadomić sobie, że we wszystkim jest tchnienie Boga. Wszystko żyje i nosi go w sobie.

Zrobiłam więc krótką przerwę w ćwiczeniach spowodowaną rownież nawałem obowiązków. I oto wracam. Siedze na Nosalu i pisze ten tekst czując się bardzo szczęśliwa :). 

Ostatni czas był nieco nerwowy więc ćwiczenie mnie przede wszystkim wyciszyło. Chwilę wsłuchiwałam się w szum wiatru, świerszcze, śpiew ptaków. Czułam na twarzy delikatny powiew i mocne promienie słońca, choć przecież już popołudnie i to późne. Potem otworzyłam oczy i patrzyłam na poruszające się trawy, krzewy. Na podniebny taniec ptaków. Zobaczyłam również sokoła/orła? Żałowałam, że nie zrobiłam zdjęcia, ale jak mówił pewien bohater w filmie, pewne rzeczy lepiej oglądać bez uwiecznienia. 

Oddychałam spokojnie, całkiem inaczej niż w domu, bo w górach oddycha się pełną piersią. Poczułam się wolna. Miałam ochotę zaśpiewać "ja jestem wolna mam swoje zdanie, to czego pragnę to świat bez granic". Może ktoś stwierdzi, że to nie pasuje do tego wpisu, ale przecież żyjemy w kulturze i mamy sie nią cieszyć :). 

A ja czuję się wolna i powoli budzę się do życia. Powoli liczę, że znów doświadczę niesamowitej bliskości i duchowości, którą spotyka się w górach :). Poczuję tchnienie życia, piękno, które sprawia, że w człowieku rodzi się zachwyt i pokora nad pięknem stworzenia i pięknem życia. 
Życie jest piękne i świat jest piękny a ten czas to szczególne chwile na doświadczanie tego :) bo choć widzę życie dookoła, choć czuję je, to muszę się jeszcze wiele nauczyć, bo to odczuwanie jest jeszcze słabe, ale cichutko daje o sobie znać.

środa, 26 sierpnia 2015

Book haul - sierpień






Remigiusz Mróz, Ekspozycja, wyd. Filia, Poznań 2015.


"Pewnego ranka turyści odkrywają na Giewoncie makabryczny widok - na krzyżu powieszono nagiego mężczyznę. Wszystko wskazuje na to, że zabójca nie zostawił żadnych śladów. 
Sprawę prowadzi niecieszący się dobrą opinią komisarz Wiktor Frost. Zanim tamtego ranka stanął na Giewoncie, wydawało mu się, że widział w życiu wszystko. Tropy, jakie odkryje wraz z dzeiennikarką Olgą Szrebską, doprowadzą go do dawno zapomnianych tajemnic..."


Jandy Nelson, Oddam ci słońce, tłum. Dominika Cieśla-Szymańska, wyd. Otwarte, Kraków 2015.

"Jude - Pełna energii buntowniczka zabiegająca o uwagę matki. Samotna i skrycie romantyczna. Podjęła wiele złych decyzji, których skutki musi ponieść. Kiedyś brat bliźniak był jej najlepszym przyjacielem...
Noah jest nieśmiały i delikatny. Skonfliktowany z ojcem, silnie związany z matką. Zakochany w sztuce. Marzy o tym, żeby zostać artystą. Jednak staje się kimś, kim nigdy nie chciał być. Kiedyś on i Jude, jego siostra bliźniaczka byli nierozłączni..."

Thomas Hardy, Z dała od zgiełku, przeliczyć. Róża Czekańaka-Heymanowa, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.

"Prowincja dziewiecznastowiecznej Anglii. Bestialskie Everdebe dziedziczy po wykupić farmę. Postanawia sama zająć się gospodarstwem, nie czekając na księcia z bajki. Jej uroda oraz niezależność działają jednak na mężczyzn jak magnes. O względy dziewczyny zabiega trzech dżentelmenów, każdy o silnej osobowości. Jest wśród nich Gabriel Oak - poczciwy farmer, właściciel ziemski William Boldwood oraz Franciszek Troy - sierżant królewskich dragonów, kobieciarz i hulaka.
Nieoczywiste wybory, sercowe rozterki oraz pomyłki losu - życie niesie wiele niespodzianek, ale Betsaba zrobi wszystko, żeby się odnaleźć w świecie rządzonym przez mężczyzn."


Santiago Pajares, Książka, której nie ma, przeł. Magdalena Olejnik, wyd. Pascal

"Madryt. David Peralta pracuje w wydawnictwie, które opublikowało bestsellerową sagę pr. Spirala. Książki z tej serii sprzedano w milionach egzemplarzy na całym świecie, a czytelnicy niecierpliwie czekają na kolejny tom. Problem w tym, że wydawca id czterech lat nie otrzymał następnej części mistrzowskiego dzieła. Sytuację pogarsza głęboko skrywany sekret - nikt nie wie, kto jest autorem powieści...
Podczas gdy przyszłość wydawnictwa wisi na włosku, David dostaje zadanie odszukania tajemniczego autora. Ale jak znaleźć człowieka, który robi wszystko, by zachować anonimowość? Enigmatycznie wskazówki zaprowdzają Davida do wioski w Pirenejach, zamieszkiwanej przez wyjątkowych ludzi. Nieoczekiwanie dzięki tej podróży David spojrzy na swoje życie z zupełnie nowej perspektywy. 
W tym samym czasie w Madrycie... pewien egzemplarz Spirali w przedziwny sposób wpływa na losy czterech innych osób".

Rainbow Rowell, Fangirl, tłum. Magdalena Zielińska, wyd. Otwarte, Kraków 2015.

"Wren i Cath to siostry bliźniaczki "podobne" do siebie jak ogień i woda. Wren chce w życiu spróbiwać wszystkiego. Lubi imprezować, randkować i poznawać nowych ludzi. Cath woli siedzieć w ich wspólnym pokoju i pisać fanfiction do książki, która zawładnęły całym jej światem. Jest fanką nastoletniego Simona Snowa. Wróć! Jest Prawdziwą Fanką, która... na swoich własnych fanów, bo pisze fanfiki o Simonie. 
Mimo, że tak różne dziewczyny są nierozłączne. 
Gdy bliźniaczki rozpoczynają naukę w college'u, ich drogi się rozchodzą - Wren nie chce już mieszkać z siostrą. Cath musi opuścić swój bezpieczny świat i stawić czoła rzeczywistości. Na swojej drodze spotyka Reagan (Cath prędzej dogadałaby się z Marsjaninem niż z nią) i wiecznie uśmiechniętego Leviego (czy on kiedyś zrozumie, co to jest przestrzeń osobista?) oraz panią profesor od kreatywnego pisania (która wszelkie fanfiki uważa za plagiaty)".

Michelle Hodkin, Mara Dyer zemsta, przeł. Małgorzata Fabianowska, wyd. YA!, Warszawa 2015.

"Pewnego dnia Mara Dyer budzi się i odkrywa, że nie wie, gdzie jest. Przetrzymywana w lustrzanka pokoju zdaje sobie sprawę, że jej ukochany nie żyje, a ona powoli zaczyna o nim zapominać. I tylko głos w jej głowie powtarza: <Musisz uciekać>. Okazuje się jednak, że może to być trudniejsze, niż przypuszczała. Leki podane przez doktor Kells nie tylko zmuszają ją do posłuszeństwa. Pozbawiają dziewczynę umiejętności zabijania myślami - Mara Dyer jeszcze nigdy nie czuła się taka bezbronna. I gdy wszystko wydaje się stracone, z pomocą przychodzi nieoczekiwany sprzymierzeniec..."



Wszystkie teksty pochodzą z okładek książek!

Studium zła - Thierry Jonquet "Tarantula"


   "W myślach nadałeś swojemu panu imię. Nie ośmielałeś się oczywiście używać go w jego obecności. Nazwałeś go Tarantulą przez pamięć swoich minionych koszmarów.
   Tak, był Tarantulą. Jak pająk podstępny i tajemniczy, okrutny i bezlitosny, zachłanny i nienasycony w swoich nieodgadnionych pragnieniach chował się gdzieś i tkał miesiącami luksusową pajęczynę, złotą klatkę, której był strażnikiem, a ty więźniem". - s. 53

 
    Przyznam, że po tę książkę sięgnęłam dopiero po obejrzeniu filmu i jak to zwykle bywa, książka okazała się lepsza. Od razu zaznaczam, bo wiem, że dla niektórych kolejnością obowiązkową jest najpierw lektura, potem film, ale mnie nie sprawia problemu zapoznawanie się z dziełami w odwrotnym porządku. Często oglądam film, a dopiero potem dowiaduję się, że powstał on na podstawie książki. 

   Czy poważany w środowisku chirurg plastyczny prowadzący się ze zjawiskowo piękną kobietą może kryć w sobie mroczny sekret? Okazuje się, że tak. Richard Lafargue często widywany jest z Ewą. Kobieta jest wprost zachwycająca. Jej uroda ma w sobie coś niezwykle pociągającego, ale i nienaturalnego. Nie sposób oderwać od niej wzroku, a jednak coś podpowiada patrzącemu, że w owym pięknie miał swój udział skalpel i zręczna ręka lekarza. Pomimo wspólnych wyjść na przyjęcia, nie można powiedzieć, że para jest szczęśliwa. Chirurg przetrzymuje dziewczynę w zamkniętym na cztery spusty pokoju, wrzeszczy na nią przez zamontowany w domu interkom, często jest szyderczy i okrutny, ale trwa przy niej niezachwianie. Jego kondycja psychiczna jest co jakiś czas poddawana próbie przez psychicznie chorą, przebywającą w szpitalu córkę, co odbija się na Ewie. Richard wyładowuje na kobiecie wszelkie frustracje, czyniąc z niej ekskluzywną niewolnicę. Ona zaś całe dnie spędza zamknięta w złotej klatce umilając sobie czas malowaniem oraz grą na pianinie. Pokornie znosi zachowanie lekarza, swoją złość i frustracje wyrażając w sztuce oraz grając piosenkę "The Man I Love...", która działa na partnera jak płachta na byka. Właściwie to nie można nazwać ich relacji związkiem, bo nie ma w nim dotyku, czułości, miłości, przyjaźni czy nawet cienia sympatii. Ciężko określić, co trzyma bohaterów przy sobie, do czasu aż...

   Równolegle z historią Richarda i Ewy toczy się akcja związana z porwanym przez nieznanego człowieka i przetrzymywanym wbrew swojej woli Vincentem Morreau oraz ukrywającym się po napadzie na bank Alexem. Pierwszy z mężczyzn jest poddawany torturom psychicznym i fizycznym. Swojego stręczyciela nazywa Tarantulą, ale strach, który towarzyszył mu początkowo przemienia się w obłaskawienie. Bohater staje się niczym oswojone zwierze, które zrobi wszystko, by zadowolić pana, który nie wydaje się taki okrutny. Z czasem warunki, w jakich tajemniczy porywacz przetrzymuje Vincenta ulegają poprawie, a sam chłopak stara się dociec, czego oczekuje się od niego. Tymczasem Alex stara się znaleźć wyjście z patowej sytuacji, w której się znalazł. Po zabiciu policjanta jest poszukiwany i mimo posiadania naprawdę sporej dawki gotówki, nie może uciec i cieszyć się bogactwem. Pewnego dnia, podczas oglądania telewizji wpada na pomysł, który może uratować go z opresji. Losy bohaterów zacieśniają się i dochodzi do wyjaśnienia wszystkich zdarzeń z przeszłości. 

   Przyznam się, że "Tarantula" mnie wciągnęła. Ciekawa akcja, ciągłe przeskakiwanie między historiami, które zwiększało adrenalinę i pojawiające się w głowie pytania. Oszczędny język, tylko podkreślał tajemniczość lektury i skupianie się na wydarzeniach, które początkowo wydają się nie być ze sobą zbieżne. Postacie są zarysowane dość wyraźnie, choć moim zdaniem można byłoby je nieco bardziej rozbudować, ale nie mogę narzekać. W zasadzie to można je podzielić na te pasywne, czyli Vincenta, który ze strachu, potem rezygnacji i swego rodzaju osowienia zgadza się na wszystko i Ewę, która przeszła tyle, że w zasadzie poza nienawiścią nie ma w niej już prawie niczego. Nadzieje na ucieczkę mieszają się tutaj z marazmem i niemym pogodzeniem z własnym, trudnym do opisania i zrozumienia losem. Drugą kategorią postaci są Richard i Alex czyli bohaterowie aktywni. Pierwszy z nich jest człowiekiem, może nieco złamanym psychicznie przez chorobę córki, ale działającym logicznie i konsekwentnie. Można go nazwać mistrzem długoterminowych planów, który kryje w sobie przerażający mrok. To impulsywna osoba, która przez lata pielęgnowała w sobie nienawiść, złość i pewien rodzaj sadyzmu. Alex to natomiast prostak, który jak na ironię losu zdaje sobie sprawę z własnych braków i tego, że wcale nie tak trudno go przechytrzyć. Im bardziej się go poznaje, tym większe ma się wrażenie, że jako samodzielnie działająca osoba, nie bardzo daje sobie radę. To raczej typ od brudnej roboty niż od obmyślania planów. 

   Książka Thierry'ego Jonquet'a to jak podaje okładka studium kata i jego ofiary. To historia opowiadająca o tym, do czego doprowadza pragnienie zemsty, jak zachowuje się ofiara, która nie rozumie motywów porwania, a następnie nie może nic zrobić, by odpokutować swój grzech. To również rzecz o przywiązaniu się do człowieka, który krzywdzi i niszczy. Byciu swego rodzaju oswojonym zwierzęciem, marionetką, która nie istnieje bez swojego pana. Opowieść o kacie, który nie cofnie się przed niczym, by zesłać na ofiarę cierpienie podobne, a nawet większe od tego, które doprowadziło do tej strasznej sytuacji. Z biegiem czasu można jednak obserwować delikatne zmiany, których żaden z bohaterów nie mógł się spodziewać. Przeraża jednak chirurgiczna precyzja w wymierzaniu zemsty, ogrom nienawiści i mistrzowsko obmyślony plan, którego nie powstydziłby się żaden złoczyńca. "Tarantula" to rzecz o złamanych przez cierpienie, zło, nienawiść, szaleństwo, mrok i ból ludziach. O tym, jak pod wpływem pewnych wypadków człowiek staje się bestią i ofiarą jednocześnie. 

Lektura interesująca, skłaniająca do przemyśleń nad istotą zła w świecie i człowieku, jednak zdecydowanie przeznaczona tylko dla starszych czytelników. 


Thierry Jonquet, Tarantula, przeł. Tadeusz Markowski, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Podróż w poszukiwaniu pamięci - E. Lockhart "Byliśmy łgarzami"


 „Straciłam tatę.Przybyłam tutaj, na tę wyspę z domu pełnego łez i fałszui ujrzałam Gata,i zobaczyłam tę różę w jego dłoni,i w tej jednej chwili, kiedy oświetlał go blask słońca wpadający przez okno,na kuchennym blacie leżały jabłka,a w powietrzu unosił się zapach drewna i oceanu,w końcu nazwałam to miłością”. – s. 26 
               
   Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają, ale jak niektórzy potem dodają, zdecydowanie ułatwiają życie ;-) Czy tak rzeczywiście jest? Na pewno fajnie jest móc sobie pofolgować i kupić to, co chciałoby się mieć, spełnić marzenia o podróżach po całym świecie bez zamartwiania się o kasę, ale czy warto być obrzydliwie bogatym? Myślę, że nie, bo po pierwsze może komuś uderzyć do głowy woda sodowa, po drugie niby od przybytku głowa nie boli, ale jakoś życie jest sztuczne.

   Cadence Sinclair-Eastman jest dziedziczką wielkiej fortuny. Należy do bogatej, szanowanej i powszechnie znanej rodziny. Takiej, które są chlubą Ameryki i  niejako jej wizytówką. Co roku dziewczyna spędza wakacje na wyspie Beechwood, która jest własnością jej dziadków. To właśnie tam znajduje się Clairmont, w którym mieszkają patriarchowie rodu oraz Red Gate, Cuddeldown i Windermere będące siedzibą Dennisów, Sheffieldów i Eastmanów. Wyspa ta jest oazą wspomnianej rodziny, miejscem wytchnienia, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że swego rodzaju arkadią. Dni płyną tam sielsko, magicznie i bardzo leniwie. Czas wypełniają pływanie, czytanie książek, wyprawy do okolicznych miast, opalanie się, snucie marzeń, zabawy, koktajle, wspólne posiłki. To czas i miejsce całkowitego odpoczynku oraz walki o spadek.

   Bohaterka a zarazem narratorka wprowadza czytelnika w ten letni, wakacyjny klimat wspominając o swoich kuzynach a zarazem przyjaciołach, Johnym, Mirren oraz jej pierwszej miłości Gatcie. Dni płyną, kończą się kolejne lata aż dochodzi do przełomowego roku piętnastego, kiedy wszystko się zmienia. Narratorka ulega wypadkowi, w wyniku czego traci pamięć i zmaga się z przejmującymi bólami głowy. Nie potrafi przyswoić sobie wielokrotnie powtarzanej wiedzy dotyczącej wydarzeń sprzed wypadku. Jeden wieczór zmienia wszystko. Z radosnej nastolatki, która błyszczała w szkole i była całkiem wysportowana, staje się cichą, tajemniczą dziewczyną zamkniętą w swoim świecie, którego nie potrafi poskładać. Lato szesnaste spędza w Europie podróżując z ojcem, pisząc do swoich kuzynów i ogromnie za nimi tęskniąc. Na Beechwood trafia dopiero po dwóch latach, starając się dowiedzieć, co takiego zaszło feralnego piętnastego roku. Nie ułatwiają jej tego jednak ani ciotki, ani lakoniczne odpowiedzi i dość specyficzne zachowanie kuzynów. Dziewczyna, która przyjeżdża z nadzieją na odnalezienie części układanki, którą stała się jej pamięć, nie poddaje się. Drąży temat, aż w końcu zaczynają powracać przebłyski przeszłości. Co odkryje Cadence? Jakie tajemnice kryje w sobie milczenie jej ukochanych?

   Przyznam, że „Byliśmy łgarzami” to ogromnie zaskakująca książka. Owszem bohaterowie są specyficzni, bo Johny marzy o wielkich rzeczach, ale odnosi się wrażenie, że jest zbyt leniwy przynajmniej na wyspie, by je spełnić. Nie brakuje mu jednak sprawności, pomysłów i dość niespotykanego humoru. Umie być irytujący, szczególnie gdy wszystko ma być po jego myśli. Mirren jest spokojniejsza, bardziej ugodowa, choć w starciu ze swoją rodziną nie brak jej charakteru i uszczypliwości. To nieco zagubiona postać, która pragnie znaleźć swoje miejsce w życiu, ale nie do końca wie, gdzie się ono znajduje. W końcu Gat, chłopak całkiem inny od Sinclairów, nie tylko ze względu na pochodzenie i ciemniejszy kolor skóry, ale przede wszystkim na zapatrywania. To jedyny bohater, który przejmuje się innymi, który jawnie nie zgadza się na zło na świecie i głośno o tym mówi, zmuszając innych do weryfikacji swoich sądów. To nienasycony wiedzy, stale zadający sobie pytania, pragnący uczynić świat lepszym miejscem intelektualista. Jednocześnie to także zwykły chłopak lubiący zabawę i odpoczynek. I pomimo, że Sinclarowie to jednak egoiści, którzy owszem przyjmują do zrozumienia problemy świata, ale które nie są ich troską, o czym mówią, to Gat mimo irytacji, którą potrafi wywołać, wpływa na nich, szczególnie zaś na Cadence. Nie jest to tylko związane z faktem, że bohaterka się w nim kocha. To myśląca i szukająca siebie dziewczyna, która nosi w sobie pokłady wrażliwości.  Po wypadku oddaje swoje rzeczy, nie do końca wiadomo jednak czy z potrzeby serca, czy nowego startu. Z jednej strony nie chce współczucia, z drugiej robi wszystko, by je wywołać. Jest zagubiona, samotna i zdezorientowana. Odnosi się wrażenie, że Cadence czuje, że ktoś wyrwał jej życie z rąk i nie wie, co zrobić, by je odzyskać. To najbardziej zróżnicowana postać w książce. Jeśli miałabym określić bohaterów „Byliśmy łgarzami” to powiedziałabym, że są to młodzi ludzie, którzy szukają swojej tożsamości. Są nieco zmanierowani przez bogactwo, nie stanowi one jednak dla nich najwyższej wartości, można powiedzieć, że nie przejmują się losami świata i jego problemami, ale wobec siebie są lojalni i oddani. Mimo, że noszą maski i są urodzonymi łgarzami, którzy swoje brudy piorą we własnym domu, mimo utarczek słownych darzą się miłością i potrafią przyznać do błędów.

   Tajemniczy klimat książki, w której razem z narratorką szukamy odpowiedzi na dręczące ją pytania, dopełniają krótkie snute przez nią opowieści, charakteryzujące jej rodzinę i spojrzenie na nią. Nie brak tu słów krytyki, rozważań, pytań. „Byliśmy łgarzami” to z pozoru prosta książka opowiadająca o nastolatkach i ich życiu, o zdarzeniu, które wywraca wszystko do góry nogami, ale to tylko pierwsza warstwa historii. Jeśli się przez nią przebijemy zrozumiemy lepiej sens bajek, pytań, działanie psychiki i bohaterów, którzy tylko na pozór są płytcy. Samo zakończenie jest naprawdę zaskakujące i dostarcza wielu emocji. Język powieści jest specyficzny. Krótkie zdania, dużo szorstkich wypowiedzi, ale bardzo autentycznych oraz zabawy słowne składają się na bardzo ciekawą całość. Dodajmy do tego zapatrzonych w pieniądze dorosłych i pragnących być innymi, wiernymi przyjaciołom i swoim wartościom młodych i mamy książkę E. Lockhart. Przyznam, że przywykłam już, że powieści Young Adult albo dzieją się w jakimś postapokaliptycznym świecie albo mają coś ze świata nierealności. Tutaj taki klimat stwarza wyspa, ale poza tym, to bardzo życiowa książka, którą śmiało polecam starszym i młodszym.



E. Lockhart, Byliśmy łgarzami, przeł. Janusz Maćczak, wyd. YA!, Warszawa 2015. 

środa, 19 sierpnia 2015

Ślepa miłość – Reyes Montforte „Niewierna”


„Ale to, co zaczynała odczuwać teraz, odbierała inaczej. Było to coś nieznanego, spowitego aurą tajemnicy, coś niezdrowego, co wyłączało mechanizmy samokontroli i przynosiło całkowitą kapitulację zmysłów. Kiedy wyobrażała sobie, że jest przy niej Nahib – albo kiedy rzeczywiście przy niej był – czuła, że jej mózg ulega hipnotycznemu, chorobliwemu zniewoleniu, że działa na nią jakaś magnetyczna siła popychająca ją w kierunku tego mężczyzny.” – s. 62-63


   
   Stoję przed nie lada wyzwaniem. Mam pisać o książce, która wciągnęła mnie tak, że przeczytałam ją niemal w trzy dni, choć jak wspominałam wielokrotnie, nie czytam zbyt szybko. Mam opowiedzieć o prawdziwej historii, która pochłonęła mnie bez reszty, którą śledziłam z zapartym tchem, rosnącą ciekawością i dreszczami na całym ciele. Która w końcu sprawiła, że mimo tych wszystkich rzeczy, które codziennie docierają do nas z mediów i tak wydawała mi się surrealistyczna. Czułam się niemal jak bohaterka, ciągle zastanawiająca się, czy to co się jej przydarza nie jest przypadkiem jakimś okropnym koszmarem.

   Miało być jak w bajce, piękna miłość, której nic nie zdoła zniszczyć, nawet niezrozumienie bliskich. Patrzenie sobie w oczy, wkraczanie w świat ukochanego, poznawanie nowych rzeczy, upojne dni i noce wypełnione niekończącą się i stale rosnącą w siłę miłością. Marzenia przybrały realny kształt, można było ich dotknąć, objąć je, przytulić, pocałować. Los był przychylny, a świat wydawał się słonecznym miejscem, w którym istnieje tylko szczęście. Przynajmniej do czasu…

   Sara Dacosta Santos nie wymagała wiele od życia, w zasadzie ta młoda, gdyż 24-letnia kobieta była nad wyraz dojrzała jak na swój wiek. Jej świat tworzył ojciec Mario, z którym lubiła słowne przepychanki, będące wyrazem ich uczuć, ale również inteligencji i różnicy zdań oraz syn Iván, wesoły malec, który uwielbiał szybko mówić o tym, co dzieje się w jego życiu. Dzięki znajomości kilku języków spełniała się zawodowo, robiąc to co lubi, ucząc przybyszów z innych krajów jej ojczystego języka hiszpańskiego. Jak na osobę, która w wieku nastoletnim straciła matkę a następnie zaszła w nieplanowaną ciążę i która samotnie wychowywała dziecko, radziła sobie nad wyraz dobrze. Miała wierną, wieloletnią przyjaciółkę Lucíę de la Parra Mengual, z którą uwielbiała spędzać wolne chwile oraz licznych kolegów w pracy. Jednak jak każdy potrzebowała i marzyła o miłości. Związek z Miguelem, rozwijającym swoją karierę, ambitnym policjantem, choć był udany, z czasem rozpadł się ze względu na zmniejszającą się ilość czasu i związane z pracą tajemnice, które mężczyzna musiał zachowywać. 

   Po tym wydarzeniu Sara podchodziła do związków ostrożniej. Bardziej skupiła się na rodzinie i unikała relacji, które mogłyby zranić ją i jej syna. Jej uporządkowane i ascetyczne życie, wypełnione pracą i rodziną, pewnego dnia wywróciło się do góry nogami. Świat stanął na głowie i rozpoczęła się historia, której nikt nie mógł przewidzieć. Czemu piszę o tym wszystkim w czasie przeszłym? Ponieważ „Niewierną” w zasadzie mogę podzielić na dwie historie – życie Sary przed i po spotkaniu jej miłości. Wszystko zaczęło się od pożegnania jednego z nauczycieli pracujących w szkole językowej, po którym Nahib, uczeń Sary odwiózł ją do domu. Następne było przypadkowe spotkanie w kawiarni. Od tego czasu życie bohaterki zmieniło się diametralnie. Zauroczona przystojnym Marokańczykiem kobieta zaczęła się z nim spotykać, nie podejrzewając nawet, co ją czeka. Zafascynowana mężczyzną, który wzbudził w niej uczucia i zaczął opowiadać o swojej kulturze, zapragnęła poznać jego świat. Jej życzenie spełniło się z nawiązką, bohaterka poznała miłość, która następnie doprowadziła ją na samo dno piekła. Zadurzona po uszy, brnęła w układ, którego nie rozumiała i którego konsekwencji nawet nie była w stanie przewidzieć. Z miłosnego uniesienia, została brutalnie zrzucona do świata pełnego fanatyzmu, przemocy, bezduszności, a to był dopiero początek…

   Brzmię tajemniczo, ale nie chcę wyjawiać tajemnicy „Niewiernej”, by nie psuć nikomu czytania, nie podsuwać tego, co będzie stopniowo odkrywać na kartach książki. Powiem jedynie, że bohaterkę poznajemy w chwili, gdy jest przygotowywana wbrew swojej woli do samobójczego zamachu. Taki wstęp jest bardzo mocnym akcentem, ale również interesującym zabiegiem, wzmacniającym ciekawość czytelnika, który zadaje sobie pytanie, jak do tego doszło. Śledzimy zatem rozwój wypadków, historię zwykłej, nowoczesnej, inteligentnej kobiety, która została uwikłana w zdarzenia rodem z jakiegoś filmu.

   Ponieważ nie jest to fikcyjna opowieść, traktowałam bohaterów, nie jako wykreowane postacie, ale zwykłych ludzi. Stąd też odbiór tej pozycji był taki mocny. Sara, choć ma poukładane w głowie, jest kobietą bystrą i mądrą tak mocno daje się ponieść uczuciom, że nie zauważa nadciągającego niebezpieczeństwa. Przeżywając wielką miłość, ignoruje nie tylko dobre rady ojca i przyjaciółki, ale również sygnały, które wysyła jej intuicja. Kobieta bowiem, zauważa pewne niepokojące rzeczy, ale szybko potrafi je wytłumaczyć, bo przecież nie można oceniać wszystkich tak samo. W błędnej ocenie rzeczywistości pomaga jej Nahib. Czaruje on wyglądem, kulturą, zmysłowością. Swoimi czynami przekonuje ukochaną, że nie jest nikim niebezpiecznym, wręcz przeciwnie, dość swobodnie podchodzi do religii, a wszelkie niesprawiedliwe oceny mocno go ranią. Z niezachwianą logiką tłumaczy, że nie można na podstawie kilku fanatyków oceniać całej społeczności. I jest to słuszne podejście, jednak wnikliwy obserwator zauważa, że działania mężczyzny nie zawsze są spójne z jego słowami. Wszystko przykryte jest piękną zasłoną tajemniczości i niezwykłości świata wschodniego, tak by nie pokazać prawdziwych znaczeń słów, gestów, czynów. Nahib kusi Sarę, delikatnie i jakby od niechcenia zdaje się wprowadzać ukochaną w swój świat. Słowa padają podczas rozmów i zbliżeń, czyny odwołują się do miłości. Wszystko jest niewinne, naturalne, tak że niemal nie sposób zauważyć, że Marokańczyk przerabia kobietę na swoją modłę. Nowe potrawy, nauka kilku słów, tłumaczenie religii, cytowanie Koranu, w końcu skłonienie bohaterki do zmiany wyglądu. Ukochany tak skutecznie omamia Sarę, że ta nie może bez niego żyć. Nahib staje się dla niej jak narkotyk. Kiedy zaś sprawy przybierają niefortunny obrót, ujawnia swoje prawdziwe, przerażające oblicze i wprowadza bohaterkę w bezlitosny świat, którego nie znała.

Niewierna” napisana jest z rozmachem. Świetny język, użycie trzecioosobowego narratora, który jest obiektywny i dzięki temu wzmacnia emocjonalność tej historii oraz prawdziwość wydarzeń tworzą mocną mieszankę, dzięki której nie sposób oderwać się od książki. Powieść wbija w fotel, druzgocze, gdy uświadomimy sobie, że ludzie tacy jak Nahib i jego towarzysze istnieją naprawdę, nie wahają się przed niczym i potrafią wywierać na innych tak mocny wpływ, że zmieniają ich w swoich sojuszników. Reyes Montforte ukazuje jak można oszukać a następnie zniszczyć człowieka. Doprowadzić kogoś na skraj wytrzymałości psychicznej, skrzywdzić go tak mocno, że już nigdy nie będzie taki jak dawniej. „Niewierna” to powieść o miłości, kłamstwie, terroryzmie, zaplanowanej i starannie wyreżyserowanej manipulacji, o walce - dla jednych o powrót do normalnego życia, dla innych o urzeczywistnienie wymarzonej wizji świata. Książkę mogę śmiało polecić każdemu, ponieważ z wielką szczerością ukazuje ona losy bohaterów, każe zastanowić się nad dokonywanymi przez nas wyborami i posiada wszystkie cechy dobrej lektury: wciąga, zaskakuje, pozwala zżyć się z bohaterami, wywołuje szereg emocji. Szczególnie zakończenie powala. Przyznam, że spodziewałam się czegoś całkiem innego, snułam pewien scenariusz, jednak nie przewidziałam takiego rozwiązania historii, mocnego i bolesnego, choć cała książka jest niezwykle dramatyczna, a momentami brutalna. Dla mnie jednak stała się jedną z pozycji obowiązkowych, które trzeba przeczytać, żeby lepiej zrozumieć, że takie rzeczy dzieją się na świecie. 


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Reyes Montforte, Niewierna, przeł. Zbigniew Zawadzki, wyd. WAM, Kraków 2015. 

wtorek, 11 sierpnia 2015

O Kopciuszku inaczej - Marissa Meyer "Cinder"



" - Wiem, że to bardzo zły moment, ale wierz mi, że moim postępowaniem kieruje tylko instynkt samozachowaczy. - Gwałtownie wciągnął powietrze. - Czy zechciałabyś pojawić się na balu jako mój osobisty gość?" - s. 187


   Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam baśnie. Chyba jakieś dwa lata temu, jak nabrałam ochoty na to, by przypomnieć sobie "Królową śniegu". Kiedy o nich myślę, przypomina mi się dzieciństwo i mama trzymająca w rękach jeden z tomów "Baśni" Andersena. Pogodne wieczory, gdy przenosiłam się do świata fantazji i pięknych historii. 

   Tym razem sięgnęłam po nieco inną książkę. Zastanawiam się czy mogę napisać reinterpretację baśni o "Kopciuszku". Bo poza samą osią, kręgosłupem, jest to całkiem nowa historia. Przejdźmy zatem do sedna. Linh Cinder jest nastoletnim cyborgiem, który znany jest z tego, że potrafi naprawić wszystko. Ma sławę najlepszego mechanika w Nowym Pekinie, tworze który pojawił się po czwartej wojnie światowej. Przyszłość kreowana przez autorkę nie napawa optymizmem. Ziemia jest doświadczona kolejnymi konfliktami zbrojnymi, po których świętuje się pokój, ludność jest dziesiątkowana przez tajemniczą chorobę Leutomosis, na którą nadal nie wynaleziono lekarstwa, a nad zjednoczonymi siłami błękitnej planety, które są mniej niż małe ciąży groźba ataku ze strony Lunarów. Pomimo doskonale rozwiniętej technologii, która potrafi ratować ludzkie życie, przemieniając człowieka w pół maszynę, Ziemia jest planetą, której się nie wiedzie. Ludzie lękają się tajemniczej zarazy, która atakuje znienacka i zmusza ich do izolowania ognisk zarażeń, a co za tym idzie zmniejszania powierzchni życiowej. Nowy Pekin to miejsce, w którym jedno lokum wyrasta na drugim, a ludzie zdają się żyć nie obok siebie, ale niemal na sobie. Władcy wszystkich państw, a właściwie to lepiej byłoby powiedzieć kilka osób rządzących, żyją w strachu przed mieszkającą na Księżycu rasą, która potrafi sterować ich zachowaniem. 

   W takiej rzeczywistości przyszło żyć Linh. Dziewczyna pewnego dnia została adoptowana i znalazła się w domu Ardi Linh, która delikatnie rzecz ujmując nie zapałała do niej sympatią. Traktuje podopieczną jak zwykłą maszynę, która ma po śmierci męża utrzymać ją i dwie jej córki. Do tego ciągle wypomina głównej bohaterce, że nie jest człowiekiem. Mamy zatem złą macochę, ale rodzina nie jest taka jak z bajki. Jej dwie siostry są swoimi przeciwieństwami. Co prawda obie nie robią nic poza spędzaniem czasu na bezproduktywnym siedzeniu w domu i bawieniu się oraz czytaniu informacji o celebrytach, ale podczas gdy Pearl jest złośliwą i wredną jędzą, Peony można nazwać przyjaciółką Linh. Inną powiernicą i towarzyszką nastolatki jest robot Iko, który jest całkiem charakterny i marzy o księciu Kaiu podobnie jak wszystkie dziewczyny w Nowym Pekinie. 

   Ten pożądany młodzieniec pewnego dnia zjawia się u Cinder ze swoim zepsutym Androidem. I tak zaczyna się historia, pełna wydarzeń, tajemnic i emocji. Bohaterka bowiem nie pojawia się ni stąd ni z owąd na balu, ale utrzymuje realną relację z następcą tronu. Gdy jej siostra zapada na Leutomosis, Linh zostaje oddana przez swoją prawną opiekunkę jako królik doświadczalny na testy nowych leków. Jak okazuje się niezwykła? Przeczytajcie sami. Powiem tylko, że "Cinder" nie jest historią całkiem baśniową. Nie znajdziecie bowiem idealnego balu, olśniewającego romansu, ale pełną trudności i niedopowiedzeń historię. 

   Bohaterowie nie są papierowi, ale realni do bólu. Cinder mimo swoich mechanicznych części aż kipi od emocji, choć nie zawsze może je uzewnętrznić. Czuje się wyobcowana nie tylko przez to kim jest, ale przez swoje pochodzenie. Nie ma wspomnień, nie pamięta rodziny. Marzy jedynie o tym, by zacząć nowe życie, w którym nie będzie niczyim służącym. W relacji z księciem jest ostrożna, kontroluje się, wiedząc, że ujawnienie prawdy o jej naturze nie skończy się niczym dobrym. Kai również jest bohaterem niejako tragicznym, który został postawiony niemalże w sytuacji bez wyjścia. Doskonale wie, że w trudnych czasach, w jakich przyszło mu żyć, każdy wybór pociągnie za sobą ofiary. Choć jest najbardziej pożądaną partią w Nowym Pekinie, nie wykorzystuje sytuacji. Odnosi się wrażenie, że pragnie normalnego traktowania, zwykłej ludzkiej sympatii i miłości. W końcu królowa Levana. Tajemnicza postać, która wzbudza skrajne emocje. Z jednej strony jest znienawidzoną i odrzucającą postacią, która nie zna żadnych uczuć, z drugiej dzięki swojemu czarowi kreuje się na pociągającą, uroczą piękność, której nie sposób nie kochać i nie ufać. Jaką rolę odegra Cinder w życiu tych dwóch monarchów? Czy uda się na bal organizowany przez księcia i przyczyni się do znalezienia leku na przerażającą chorobę? 

   Przyznam, że czytając "Cidner" całkowicie wciągnęłam się w historię i zadomowiłam w świecie stworzonym przez Marissę Meyer. Żywa, energiczna i ironiczna Cinder oraz dobroduszny Kai wzbudzili we mnie sympatię. Pojawiające się podczas lektury pytania podsycały ciekawość, a lekki klimat baśniowości sprawiał, że książkę czytało się z rosnącą przyjemnością. Pisana prostym językiem, wypełniona tajemnicami oraz dużą dawką emocji lektura, była tym ciekawsza, że znacząco odbiegała od baśni o "Kopciuszku". I tu tkwi jej siła. Nie była to opowiedziana po raz kolejny tylko na nieco innym tle znana już historia, ale całkiem nowa fabuła stworzona przez autorkę, która wykorzystała jedynie szkielet baśni, by zbudować oryginalną i porywającą treść. Czy wprowadzenie dużej dawki technologii, przybyszów z innej planety, dziesiątkującej rodzaj ludzki choroby i rzeczywistości po kolejnych światowych konfliktach nie było zbytnią przesadą? Myślę, że nie. Książka zyskała dzięki temu inne tło, pojawiło się więcej wątków, a cała historia tylko zyskała na intensywności. 

   Przyznam, że czekam aż dorwę się do kontynuacji, ponieważ ciekawią mnie dalsze losy Linh i całego jej świata. Zaczynając czytać, zastanawiałam się, czy nie jestem za stara na tę lekturę, ale śmiało mogę powiedzieć, że może się w niej odnaleźć zarówno młodszy jak i starszy czytelnik, bo każdy czytał kiedyś baśnie. Miło zatem powrócić do starych czasów i dać się zaskoczyć, całkiem nowym ujęciem historii z przeszłości :-).


Marissa Meyer, Cinder. Saga księżycowa, t.1, przeł. Dorota Konowrocka, wyd. Egmont, Warszawa 2012. 

Kwadrans uważności - dzień ósmy - PODSUMOWANIE

Nadszedł czas podsumowania. Zamykam pierwszy etap ćwiczeń i chcę się z Wami podzielić swoimi spostrzeżeniami. Z malutkim opóźnieniem, ale "człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce", więc po prostu padłam wczoraj zmęczona na łóżko i zasnęłam ;-). 

Zatem zapraszam na spacer przez moje doświadczenie odczuwania. Przyznam, że ćwiczenia, choć wydawały się trudne, a czasami wręcz przeciwnie łatwiutkie, zaskoczyły mnie. Na pewno mogę powiedzieć, że dzięki nim lepiej siebie poznałam, a może właściwiej byłoby napisać, zaczęłam słuchać tego, co mój wewnętrzny głos i moje ciało mają mi do powiedzenia w tym zwariowanym świecie, w którym ciągle się gdzieś spieszymy. Nie spodziewałam się, że kubek gorącej kawy nie tylko rozgrzewa ręce, ale idealnie odpręża, co jest niezwykle przydatnym odkryciem, zwłaszcza jeśli ma się nerwowy i ciężki dzień w pracy. Po raz kolejny utwierdziłam się w tym, że problemy przyciągają do ziemi, są jak zapakowany kamieniami plecak, ale tylko wtedy, gdy im na to pozwolimy. Ciało reaguje na emocje, na wszystko, co się dzieje, ale chyba czasami przywyka się do napięcia, tak że się go nie zauważa, podobnie jak zaciskanie zębów może stać się nawykiem, a przecież można inaczej. Dzień trzeci był trochę mój. Uwielbiam zapachy, więc mogłam sobie odpocząć, powspominać, rozmarzyć się. Takie rozluźniające zadanie pod koniec dnia. Idealne, by potem spokojnie pogrążyć się we śnie :-). Oddech, czasami aż się dziwię, że oddycham. Jak wspominałam mizerny ten mój oddech i staram się pamiętać, żeby coś z tym zrobić, bo im więcej tlenu, tym mniej bólu głowy, lepsze samopoczucie, nastrój, lepsze funkcjonowanie całego organizmu. Lubię smaczne rzeczy. Przyznaję się bez bicia ;-). Ale rzadko kiedy korzystam tak naprawdę z tego, co oferują mi potrawy. Po pierwsze czas, po drugie nie tylko ja odwykłam od smakowania, delektowania się daniami, a przecież tak też można pokazać swoją wdzięczność, temu kto je przygotowywał. I tak, sok i pomarańcza były pyszne :D. Moje serce, oj głośne jak nic! Ale dobrze, że je słychać, bo nie tylko wiem, że żyję, ale pamiętam o tym, by go używać, a czasami wobec niektórych osób wymaga to sporej dawki cierpliwości, ale nieraz pewnie to samo można powiedzieć o mnie. Cóż, nikt nie jest doskonały. Tutaj pojawiło się trochę smutku, bo tęsknota to też nieodłączna część życia. I w końcu nastrój. Mam wrażenie, że ile razy bym tego ćwiczenia nie robiła, pewnie za każdym razem wypadłoby nieco inaczej. Z nim jest trochę jak z fotografią, nawet jeśli robimy zdjęcie na tych samych ustawieniach, o tej samej porze, tego samego obiektu, nie zrobimy identycznej fotki. Więc, kiedy raduję się czymś lub coś doprowadza mnie do łez, nawet jeśli powód jest taki sam, nigdy nie odczuwam tego identycznie. Ciągle coś się w nas zmienia i cieszę się, że mam tego świadomość :-).

Co sprawiało mi trudności? Moje myśli, szczególnie te związane z problemami, czasami nawet te piękne, odciągały mnie od ćwiczeń, ale nie walczyłam z nimi, bo to co chce się usunąć siłą, najmocniej działa. Po prostu dobrze było to wszystko sobie uświadomić. Kolejną rzeczą było zmęczenie. Po zabieganym, długim dniu czasami bywało trudno, ale nie żałuję ani sekundy. Spodobało mi się takie spędzanie czasu, zwłaszcza że jest wciągające, a nie wymaga nie wymaga wiele. Myślę, że każdy może znaleźć taki kwadrans dla siebie i to jest piękne!!!

Czy chcę powtórzyć jakieś ćwiczenie? Tak jeszcze dziś, chcę posłuchać mojego serca :-). A jutro ruszam w dalszą drogę. 

Mam nadzieję, że takie inne wpisy się Wam spodobały. Dla mnie było to nowe doświadczenie na tym blogu. Ogromnie cieszę się i dziękuję Wydawnictwu WAM, że przyjęli mój pomysł entuzjastycznie i zaopatrzyli mnie w książę Wojciecha Werhuna. Mój portfel też składa podziękowania ;-). Dziś odnajdziecie w tym wpisie dużo uśmiechu, bo jest on najkrótszą drogą do drugiego człowieka :-) i dobrze sobie pożartować :-) (choć nie wiem, co na to mój portfel ;-) chyba może mieć zastrzeżenia). Jeśli jesteście zainteresowani "Kwadransem uważności", piszcie w komentarzach lub na mojego maila i zaglądajcie na wydawnictwowam.pl 

niedziela, 9 sierpnia 2015

Kwadrans uważności - dzień siódmy - NASTRÓJ

Niedziela to czas wypoczynku. Już nieważne, że jest upał i najchętniej nie wychodziłabym z wody. Po prostu chciałabym usiąść z książką, poczuć na twarzy lekki powiew wiatru, posłuchać szumu liści, zapomnieć o problemach i cieszyć się nawet najmniejszym. 

Dziś miałam wsłuchać się w mój nastrój. Usiadłam wygodnie, zamknęłam oczy i powoli zaczęłam głęboko oddychać. Co czułam? Zmęczenie po dniu spędzonym w pracy. Jakoś wolę dłuższe zmiany, ale w inne dni niż niedziela. Chciało mi się trochę spać i marzyłam o chwili, gdy znajdę się w łóżku i będę mogła odpocząć do jutra. 

Nie były to jednak jedyne uczucia, które mi towarzyszyły. Myślałam o pewnych problemach, które muszę rozwiązać i czułam jak moje mięśnie się napinają. Nie są to radosne rzeczy, więc taka reakcja organizmu jest całkowicie zrozumiała, zwłaszcza że pewne sprawy nieco podnoszą mi ciśnienie. Jednak wszystko należy przemyśleć i znaleźć najlepsze z możliwych rozwiązań. Poza tym znów myślałam o kilku osobach, za którymi ogromnie tęsknię. Te rozważania osłabiły spięcie, ale wywołały nieco bezradności, melancholii i przywołały smutek, który ostatnio towarzyszy mi, ponieważ zamykam pewien etap w swoim życiu. Zmiany bywają różne, czasami przynoszą radość, innym razem właśnie smutek. Czasami po prostu tęsknimy za pewnymi rzeczami i osobami. Oczywiście myśląc o tych wydarzeniach, zrobiłam mały przegląd wspomnień. Swoistą wycieczkę po obrazach z pamięci i emocjach. To pozwala uśmiechnąć się, wyciągnąć prawidłowe wnioski, uporządkować swoje uczucia. 

Pojawiło się nieco wątpliwości w związku z decyzjami, które muszę podjąć. Niepewność i nadzieja, na to, że będzie lepiej. Nieco marzeń dotyczących przyszłości. Wszystko to wydaje się chaotyczne i podane w telegraficznym skrócie. Może ktoś faktycznie określiłby to natłokiem myśli, ale ja mam tak zawsze i daję rade to wszystko uporządkować. Nie ma w tym chaosu, ponieważ wszystko łączą emocje, uczucia i fakt, że większość z moich przemyśleń związana jest z tą samą tematyką i ludźmi. Słowem, miałam mały przegląd tego, co mi tak naprawdę w duszy gra. Tego za czym i za kim tęsknię, co pragnę robić, jakie mam marzenia, co powinnam teraz zakończyć, co zacząć, a co kontynuować. 

Jeśli miałabym określić mój nastrój, to powiedziałabym, że byłam zmęczona, rozmarzona, pełna nadziei, ale i obaw, tęsknoty, wdzięczności. Może z uczuciami jest jak z tęczą, mają wiele odcieni i barw :-).

sobota, 8 sierpnia 2015

Kwadrans uważności - dzień szósty - BICIE SERCA

Kiedy przeczytałam dzisiejsze ćwiczenie nie wiedziałam, co z tego będzie. Wszystko brzmiało trochę abstrakcyjnie, może też z racji tego, że jestem po wczorajszym dniu strasznie zmęczona a za oknem mamy klimaty afrykańskie, co powoduje jedynie senność ;-). 

Serce jak większości nierozerwalnie kojarzy mi się z miłością, ale nie z walentynkami lecz z uczuciem, którym darzymy innych. I nie dziwi mnie to, co pojawiło się w moim umyśle. Zaczęłam po kolei. Starałam się wyczuć swój puls na szyi i na nadgarstku, ale było ciężko. Był słaby i pomagałam sobie wyobraźnią, która podpowiadała mi jak naczynia krwionośne pracują, transportując moją krew po organizmie. To był akurat trudniejszy etap zadania. Następnie skupiłam się na biciu serca i tu nagle wszystko stało się jaśniejsze. Czułam i słyszałam je wyraźnie (tak, nawet w mieście zdarzają się ciche popołudnia :-) a ja dzisiaj takie miałam). Skupiłam się zatem na tym wewnętrznym głosie i nagle stał się on głośniejszy. Tego się nie spodziewałam, ale mocno dudnił mi w uszach, co tylko uwydatniała cisza wokół. Nie podejrzewałabym nigdy, że ten dźwięk może być aż tak donośny. To coś zupełnie innego niż bicie uspokajającego się po wysiłku serca, może dlatego moje zaskoczenie było tak duże. Ciało podążało za moim zadaniem, gdyż miałam wrażenie, że odczuwam lekkie drżenia spowodowane każdym uderzeniem. I właśnie to było dla mnie największą niespodzianką, ponieważ podczas spokojnego popołudnia, siedząc bez ruchu na łóżku, jeszcze nigdy nie odczułam tak mocno pracy serca.

Nie zdziwiło mnie, że wsłuchując się w jego głos, zaczęłam myśleć o wszystkich bliskich mi osobach. Pojawiły się piękne i radosne wspomnienia, ale także to, co jest trudniejsze. Trochę tęsknoty, smutku i inne uczucia. Z pewnymi osobami jest to przecież nierozerwalnie związane. Tym razem jednak nie kontrolowałam niczego, chciałam, by moje myśli płynęły wolno i swobodnie, nawet gdy niekoniecznie nastrajały mnie optymistycznie. Skoro postanowiłam posłuchać, co moje serce ma mi do powiedzenia, to należało to zrobić porządnie. Dzięki temu łatwiej będzie mi uporządkować pewne sprawy, bo nie wszystkie wydawały się oczywiste. Nad pewnymi rzeczami trzeba się będzie jeszcze zastanowić. 

Po raz pierwszy mogę napisać, że naprawdę całkowicie wgryzłam się w ćwiczenie. Od początku pracy z "Kwadransem uważności" nie doznałam niczego tak dogłębnie, choć pewne zadania były bardzo intensywne i pozwoliły mi lepiej zapoznać się z moim odczuwaniem. Dziś jednak mogę śmiało powiedzieć, że wsłuchałam się w siebie. I znów dowiedziałam się czegoś nowego :-).

piątek, 7 sierpnia 2015

Kwadrans uważności - dzień piąty - SMAK

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy to, co dziś jadłam mi smakowało, powiedziałabym, że tak. Jednak gdyby kazał mi opisać smak potraw, byłoby ciężko. Jest jakaś prawda w tym, że żyjemy w świecie "fast". Wszystko ma być szybko. Gubimy piękne chwile, nie celebrujemy życia. Lubimy dobre jedzenie, piękną muzykę, świetne filmy, ciekawe książki, ale czy tak naprawdę odczuwamy to, co tak lubimy? 

Cały dzień w zabieganiu. Dużo do zrobienia w pracy, kilkanaście godzin poza domem. Zmęczenie, ograniczony czas, obowiązki, gonitwa myśli. W końcu wieczór. Wracam do domu i siadam do ćwiczenia. Przygotowuję sobie sok pomarańczowy i pomarańczę. Czytam zadanie i zaczynam. Pierwszy łyk. Jest zimny, orzeźwiający i przyjemny zwłaszcza w ten duszny wieczór. Powoli delektuję się nim i pozwalam sobie poczuć jak wędruje przez mój organizm. Nigdy tego nie robiłam, nie zastanawiałam się nad tym, jaki to ma na mnie wpływ. Jedzenie miało być zdrowe i dobre. Miało mi smakować, ale fakt, nie zawsze czułam, że mam z niego przyjemność. Nieraz wszystko było w biegu. Byle smaczne, ciepłe i szybko. Tym razem mam czas. Siedzę sobie z moim sokiem i czuję go, tak jak czuje się wodę gaszącą pragnienie w upalny dzień. Dobrze mnie to nastraja.

Czekam, smak pozostaje na bardzo długo. Aż dziwię się tym. Zazwyczaj działam szybko. Tym razem wszystko na spokojnie. Nie spieszę się, ale muszę ciągle pamiętać o tym, by trwać w tym doświadczeniu, a nie jak zwykle prędko pić i koniec. Czy ja wszystko robię w takim tempie? Sączę (tak, to dobre słowo) sok dalej. Czuję cierpki smak pomarańczy, lekko szczypiący, ale im dłużej mam z nim do czynienia, tym wyraźniej odczuwam słodycz tego napoju. Sok jest cieplejszy, śmiem twierdzić że nieco aksamitny. Czuję smak coraz dłużej między łykami. Jest mi dobrze, mogłabym zasnąć. Wszystko wokół jest ciche, ja wyciszam się dodatkowo tym ćwiczeniem. Mam zamknięte oczy, skupiam się na doznaniach, na tym, że to co dotychczas smakowałam wydaje mi się nikłe, blade, moje odczuwanie było połowiczne. Czy gdybym miała choć kilka minut więcej byłoby inaczej?

Może to sprawka zmęczenia, a może powoli uczę się skupiać, ale poza nielicznymi myślami związanymi z pracą, nic nie zaburza mojego ćwiczenia. Łatwiej mi się wczuć w zadanie, bo po godzinie 22 nie śmiem mówić o koncentracji ;-). Mało mnie jednak odrywa od sedna zagadnienia. A może to zasługa tego, że doznanie jest dość mocne?  Myślę o moim doświadczeniu i dochodzę do wniosku, że chcę czuć więcej, chcę choćbym miała wstawać wcześniej, nie przełykać, ale delektować się, smakować posiłki. 

czwartek, 6 sierpnia 2015

Kwadrans uważności - dzień czwarty - POWIETRZE

Czy ktoś zastanawia się nad oczywistymi rzeczami? Oddychanie jest automatyczne, nie myślę o tym, by wdychać i wydychać powietrze aż do momentu, gdy pojawią się problemy. Dziś jednak było inaczej, jakby powiedział osioł ze Shreka "wdech, wydech, wdech, wydech. Nie przejmuj się, ja cię wydobędę" ;-). Więc zanurzyłam się po raz kolejny w świat moich doznań. 

Znów wybrałam się na spacer z "Kwadransem uważności". Mieści się w torebce, nie zajmuje wiele miejsca, więc dobrze spędzić z nim chwilę wracając z zakupów czy z pracy. A że dzisiejsze ćwiczenie nie było związane z żadnym "rekwizytem" popracowałam sobie na świeżym powietrzu. Swoją drogą zastanawiam się, jak to musi wyglądać, ktoś siedzący na uboczu z zamkniętymi oczami, przez bite 15 minut ;-). 

Na początku przyjrzałam się temu, jak oddycham. Gdybym nie patrzyła na swoją klatkę piersiową i nie myślała o tym, że w ogóle powinnam się skupić na tej czynności, nie dotarłoby do mnie, że znów wykonuję szybkie, krótkie i płytkie oddechy. Życie nieraz chce się łapać całym sobą, ale o tlenie, który odżywia nasz organizm, nie zawsze się pamięta w tym sensie. Tak, już wiele razy zauważyłam, że źle oddycham. Po części to podobno wynik stresu, a czego jeszcze, nie wiem... Kiedy już upewniłam się, że jakieś mizerne to moje oddychanie i moje odczuwanie powietrza zatrzymywało się gdzieś w okolicach krtani, postanowiłam prześledzić, co będzie się działo, kiedy pooddycham głębiej. I tu różnica była zauważalna. Głębsze wdechy wywołały uczucie spokoju rozlewające się po organizmie. Wyraźnie czułam też nie tylko większą ilość tlenu, ale to, że powietrze dociera głębiej. 

Przypomniało mi się, jak uczyłam się o tym, jak to tlen wędruje po całym ciele z krwią i odżywia organizm. Dzięki temu żyję. Na takie refleksje zazwyczaj nie mam czasu, a właściwie to chyba bez tego ćwiczenia jakoś bym się na nie pewnie nie zdobyła. Co zaskakujące, oddychając głębiej przypomniało mi się, jak takimi głębszymi wdechami starałam się czasami uspokoić, gdy byłam zdenerwowana przed rozmowami, egzaminami, gdy dopadał mnie stres. Ale przypomniało mi się również to, jak wchodząc na szczyt rozkładałam ręce i oddychałam pełną piersią, bo chciałam wchłonąć w siebie cały ten niesamowity klimat gór, to czyste, pachnące przygodą powietrze. 

Przyznam szczerze, że trudność sprawiła mi próba podążania za moim wdechem. Bardziej interesowały mnie i łatwiej było mi się skupić na pojawiających się myślach, niż wyobrazić sobie jak tlen wędruje po moim organizmie. Z drugiej strony całkowicie odpuściłam sobie wydechy i to zauważyłam dopiero po ćwiczeniu, a przecież z tym, co wydycham jest jak z emocjami, trzeba przynajmniej zauważać, co wchodzi i wychodzi z nas. Obserwowanie oddechu było dla mnie trochę jak patrzenie z góry. Przyjęłam perspektywę, której zazwyczaj nie rozważam. Ale przynajmniej staram się pamiętać, by oddychać głębiej, a nie tylko tak "na przetrwanie". 

środa, 5 sierpnia 2015

Kwadrans uważności - dzień trzeci - ZAPACH

Jestem tak zwanym niuchaczem ;-). Uwielbiam zapachy, więc to ćwiczenie było przeogromnie miłe dla mnie :-)

Tym razem po pracy, usiadłam spokojnie z kubkiem czekolady o smaku malinowym. Zamknęłam oczy i grzejąc ręce o kubek powoli zaczęłam wdychać zapach. Początkowo woń była intensywna, ale docierała jedynie na "sam czubek" nosa. Była słodka i nęcąca. Choć dzisiaj dzień minął spokojnie, to po chwili poczułam, że wszystko ze mnie opada. Mięśnie się rozluźniły (czy zawsze chodzimy tacy spięci i tego nie widzimy?), a ja coraz bardziej skupiałam się na aromacie. Co jakiś czas musiałam podnosić głowę, ponieważ do zapachu łatwo się przyzwyczaić. Wystarczyło jednak kilka wdechów, by znów czuć moją czekoladę. A było to inne odczuwanie.

Zapach zaczął docierać głębiej, intensywniej, rozchodzić się we mnie. Poza początkową wonią czekolady, poczułam również nutkę malin. Trochę przypomniał mi się również zapach kakao, które czasami jako mała dziewczynka pijałam w weekendy i czas kiedy mama piekła murzynka i cała kuchnia wypełniała się słodkim czekoladowym i kakaowym zapachem. Maliny, które po prostu uwielbiam, przywiodły mi na myśl wakacyjne wyjazdy w Bieszczady, gdzie było pełno krzaków, z których rwałam owoce. To był dobry czas radości, rozmów z mamą, poznawania świata, odpoczynku. 

Przyznam, że kiedy musiałam na trochę oderwać się od kubka, ponieważ zapach tracił na intensywności, chciałam jak najszybciej znów go poczuć, ponieważ skupianie się na nim i otaczanie było po prostu ogromnie miłe i relaksujące. Miałam jednak nieprzeparte pragnienie skosztowania napoju. Skoro woń tak wpływała na mój zmysł, wprowadziła mnie w stan błogiego wyciszenia, jak wspaniale byłoby do zapachu dodać także smak. Powstrzymywałam się jednak, by skończyć ćwiczenie. Przyznam, że doświadczenie to bardzo dobrze na mnie zadziałało, pozwoliło mi szybko i sprawnie się odprężyć. Jednak jak już pisałam, uwielbiam zapachy i nieraz, gdy chciałam odprężyć się po ciężkim dniu po prostu skupiałam się na zapachu płynu do kąpieli, perfum, owoców, świeczki zapachowej, czegoś, co akurat znajdowało się w pobliżu. 

Wnioski na dziś - jeden mały napój, a tyle emocji, skojarzeń, wspomnień i tak piękna chwila odpoczynku. Polecam każdemu, z czymś czego zapach lubicie :-). A czekolada faktycznie, smakowała lepiej, gdy powoli piłam ją po tym ćwiczeniu :-).

wtorek, 4 sierpnia 2015

Podsumowanie lipca i plany na sierpień

W lipcu miałam bardzo mało czasu, większość miesiąca spędziłam w pracy, więc cieszą mnie książki, które udało mi się przeczytać, zwłaszcza że były bardzo różnorodne. 

"Antipolis", które przywiozłam z WTK z przemiłą dedykacją okazało się strzałem w dziesiątkę. Jak pisałam, nie jestem wielką fanką fantastyki, ale Tomasz Fijałkowski wciągnął mnie w swój świat i oczarował jak mało kto. Jestem pod większym wrażeniem, że to nie jest książka, z tych które zazwyczaj czytam ani pod względem gatunku, ani klimatu. A jednak jestem zdumiona i chcę więcej!

"Sekretny język kwiatów" sprawił, że nieco inaczej spojrzałam na rośliny. Bohaterka, która jest osobą bardzo nieprzystosowaną, ale dobrą, choć głęboko poranioną, pokazała mi nieco inny wymiar ludzkich reakcji. Lektura zadziwia i warta jest przeczytania.

"Robot w ogrodzie" porwał mnie i zaczarował. Tang po prostu podbił moje serce i nieraz rozbawił jak mało kto. Piękna opowieść o ważnych sprawach, o dojrzewaniu do dorosłości, przezwyciężaniu samego siebie, rodzinie, przyjaźni, miłości. Jedna z książek, które zostają w nas na długo.

"Dotknąć nieba" to chyba obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników powieści w drodze. Znam twórczość Evansa, więc wiedziałam, czego się spodziewać. Jeden tom za mną, teraz kolejne, bo chcę nadal wędrować z Alanem. To po prostu sympatyczna podróż. 




A w sierpniu:

Plany mam ambitne, ale jak zawsze zweryfikuje je życie ;-) czyli praca i obowiązki :-)

Po pierwsze, książki, które otrzymałam od Wydawnictwa WAM do recenzji, czyli 

"Niewierna" i "Okrutna miłość" Reyes Monforte oraz "Kwadrans uważności" Wojciecha Werhuna.

Kończę "Cinder" Marissy Meyer i już nie mogę się doczekać rozwiązania sytuacji :-).

Ponieważ sierpień jest miesiącem ważnym historycznie zabieram się za "Dziewczyny z powstania" Anny Hebrich

Już od dawna chciałam przeczytać "Byliśmy łgarzami" E. Lockhart oraz "Pochłaniacza" Katarzyny Bondy. 

Kiedy zobaczyłam w bibliotece "W pogoni za torebką" przed oczami stanęła mi Anita z Book reviews by Anita z hasłem "chcę być pochowana z tą książką" i jak mogłam ją zostawić? Musiałam wypożyczyć ;-).

A na deser druga część Sagi Księżycowej czyli "Scarlet" :-).


Kwadrans uważności - dzień drugi - UCISK

Kolejny dzień i nowe ćwiczenie :-)

Dziś postanowiłam zabrać "Kwadrans uważności" i wykonać ćwiczenie na zewnątrz. Pogoda sprzyjała,  pięknie, słonecznie i ciepło, do tego lekki wietrzyk, a ja byłam ciekawa tego, czego się dowiem. 

Wybrałam sobie ławkę stojącą na uboczu, gdzie miałam ciszę. Przeczytałam ćwiczenie, zamknęłam oczy i po raz kolejny uderzyło mnie to, jak długo trwa 15 minut. Tym razem miałam skupić się na ucisku. Oczywiście siedząc, czuje się swój ciężar ;-), natomiast mając czas na prześledzenie reakcji swojego organizmu zauważyłam, że z czasem coraz mocniej przyciskałam do podłoża stopy. Tak jakby wszystko opadało w dół. Jakbym chciała pewne emocje wcisnąć w ziemię lub utrzymać się na niej mocniej.

Najbardziej zaskakujące było dostrzeżenie tego, że moje ramiona były mocno napięte i pomimo tego, że nic na nich nie spoczywało, czułam ciężar na swoich barkach. Kilka problemów, z którymi muszę się uporać, szturmowało moje myśli i przyznam, że czułam ich realną wagę, tak jakby były jakimiś pakunkami, które spoczywają w założonym na plecy plecaku. Gdy starałam się uspokoić myśli i skupić na ćwiczeniu nieco się rozluźniałam. Towarzyszyło mi poczucie, że gdybym rozwiązała sytuacje, które zajmowały moje myśli, nacisk na barki by zelżał. I szczerze mówiąc oczekiwałam takiej chwili wytchnienia. Przypomniał mi się cytat z Psalmu 55 "Zrzuć swą troskę na Pana, a On cię podtrzyma" (Ps 55,23). Szczerze? Chciałam pozbyć się tego niekomfortowego uczucia, które ciągnęło mnie ku ziemi i zaburzało spokój. Pragnęłam odpowiedzi, rozwiązania, które muszę znaleźć. 

Słońce które ogrzewało moją skórę, wiatr muskający delikatnie były orzeźwieniem, czymś co odrywało moje myśli od kłopotów i pozwalało wrócić do sedna ćwiczenia. A może jednak głównym wnioskiem jest to, że troski ciążą nam najbardziej? Że czasami chcąc się ich na siłę pozbyć, choćby na chwilę, tym mocniej czujemy ich wagę na swoich barkach? Czasem po prostu trzeba zaufać, podejść do wszystkiego spokojnie, nie muszę dźwigać czegoś ponad moje siły, nie muszę tego czynić takim wielkim obciążeniem.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Kwadrans uważności - dzień pierwszy - DOTYK







Cieszę się, że temperatura trochę spadła, bo ciężko byłoby zrealizować to ćwiczenie w 30 stopniowym upale ;-). 

Dziś zmierzyłam się z dotykiem, a właściwie z reakcją mojego organizmu na ciepło. Przygotowałam sobie kawę z mlekiem i usiadłam do ćwiczenia. Powiem szczerze, że ciężko było utrzymać mi zamknięte oczy, co jakiś czas powieki same zaczynały się otwierać, choć nigdzie mi się nie spieszyło. Przyjemny zapach kawy, który unosił się dookoła i po kilku minutach zaczął mieszać się z moim owocowym olejkiem, który kupiłam do pokoju, zadziwił mnie. Nie podejrzewałam, że będę czuć te zapachy tak mocno.

Starałam się skupić na cieple, które przez długi czas było bardzo intensywne i przywoływało uczucie bezpieczeństwa. Odprężało, zwłaszcza że lubię czuć ciepło. Zadanie to jednak okazało się dość trudne. Do głowy przychodziły mi kolejne myśli i choć moje mięśnie się rozluźniły i czułam się spokojna, to myślałam o wielu rzeczach. Szczególnie intensywnie o tych, które wywoływały we mnie silne emocje. Przypomniałam sobie, jak łatwo się rozproszyć, jak wiele odrywa nas od tego, co ważne. Gdy starałam się skupić, by nie zatrzymywać się nad żadną konkretną sprawą, jak na złość słyszałam coraz wyraźniej samochody zajeżdżające na parking. Pomyślałam, że w ciągu dnia atakuje nas tak wiele bodźców, że naprawdę trudno o całkowite skupienie. Gdy jeden zmysł odpoczywa, inne nasilają swoje działanie, bo przywykliśmy do natłoku bodźców.

Jedna rzecz zaskoczyła mnie najbardziej. Ustawiłam alarm na 15 minut, czyli kwadrans, który powinno trwać ćwiczenie. Po pewnym czasie byłam niemal zszokowana, że alarm nie dzwoni. W stale zabieganym świecie nagle wszystko zwolniło. Uczucie było trochę surrealistyczne, zwłaszcza, że brzęczyk usłyszałam znacznie później. To tylko 15 minut, jedna chwila, a czułam się jakbym wykonywała ćwiczenie znacznie dłużej. Może nie znajdowałam się w warunkach całkowitego wyciszenia, ale to doświadczenie okazało się bardzo oczyszczające. Pomyślałam sobie, że na przerwie w pracy, szczególnie w ciężki dzień, mogłoby naprawdę pomóc wrócić do sił. Skoro w wolnym dniu, w którym nie musiałam się tak spieszyć, jak w pracującym, moje spotkanie z tym ćwiczeniem okazało się tak niesamowite, co byłoby gdybym wypróbowała je podczas męczącej zmiany? 

Myślę, że taki kwadrans, to świetny pomysł na oderwanie się od zabiegania. Na początku nie jest łatwo, bo myśli o sprawach do załatwienia skradają się i wyskakują jak przysłowiowy diabeł z pudełka, jednak nawet mimo wszelkich rozproszeń, czuję się naprawdę dobrze, po takim krótkim oddechu. 

niedziela, 2 sierpnia 2015

"Kwadrans uważności" - wprowadzenie




Wydana w bardzo ciekawej formie książka Wojciecha Werhuna chodziła za mną od kilku tygodni. Zaintrygowała mnie, rozbudziła ciekawość, przyciągnęła uwagę bardzo skutecznie :-).

"Kwadrans uważności" to 49 ćwiczeń, dotyczących zarówno strony duchowej jak i związanych z rozwojem osobistym. Całość płaszczyzny, którą należy przepracować w 9 etapach tworzą: odczuwanie, uważność, obecność, wdzięczność, uczucia, samoświadomość, dotyk Boga, współpraca, kwadrans uważności. 

Każdy dzień to nowe ćwiczenie, ale jak zaznacza autor, nie należy się spieszyć, ponieważ jedni na owocne wykonanie zadania będą potrzebowali kwadransa, inni nieco więcej czasu. Ważne jest po prostu to, co dostrzeżemy dzięki tej chwili oderwania się od codzienności.

Ten pełen mądrych wskazówek kołonotatnik zawiera krótkie ćwiczenia, niektóre do przepracowania po kilka razy, następnie pytania dotyczące zadania i miejsce na zapisanie swoich obserwacji, co jest niezwykłą pomocą w analizowaniu postępów. Mały wymiar książki sprawia, że można zabrać ją wszędzie, na spacer, do pracy. Można wrzucić ją do plecaka czy torebki i w wolnej chwili poćwiczyć swój rozwój. 

Postanowiłam skorzystać z zaproszenia do wgłębienia się w moje życie wewnętrzne, do odkrycia nowych rzeczy i poukładania starych. Dzięki uprzejmości Wydawnictwa WAM, od którego otrzymałam swój egzemplarz, za co serdecznie dziękuję, mogę się podzielić swoimi odczuciami. 

Serdecznie zapraszam zatem na nowy cykl "O książkach inaczej" i pierwszą jego odsłonę. Przez tydzień będę relacjonować moje przemyślenia dotyczące ćwiczeń. Pierwszy wpis, już jutro :-).