wtorek, 25 kwietnia 2017

O moich nieliterackich perełkach :) - WAM




Dziś będzie nieksiążkowo. Lubię ładne rzeczy i wcale nie chodzi mi o ubrania (choć te też muszą być ładne). Staram się nie nie mieć wielu gadżetów, ale te które wybieram muszą coś w sobie mieć :). Jak kiedyś wspominałam mam trochę przedmiotów z mądrymi i pięknymi hasłami. W ogóle lubię napisy z czcionkami podobnymi do pisma ręcznego albo przypominające, że mogę i powinnam coś robić ;). A co lubię jeszcze? Zaraz zobaczycie. Dziś będzie o tym, co pięknego pojawiło się u mnie dzięki Wydawnictwu WAM. Są to gadżety, które dostałam bądź sama kupiłam na targach lub przez księgarnie internetową. 

1. Kubki 

Lubię kubki, szczególnie jeśli mają jakieś fajne napisy. Na targach w Krakowie kupiłam sobie ten straszak na problemy, bo tak, trzeba je straszyć Bogiem ;). Cytat mądry, bo warto odwrócić sytuację, a do tego kubek w wersji termicznej, dzięki któremu herbatka nie wystygnie i można ją ze sobą zabrać nawet zimą na spacer :). Nowość, która się pojawiła ostatnio, inspirowana ks. Kaczkowskim to naprawdę dobry pomysł. Kubeczek "Żyję na pełnej petardzie" od razu kojarzy mi się z pierwszą książką ks. Jana, którą przeczytałam i motywuje mnie do działania. Piję w nim rano kawę, by faktycznie rozpocząć dzień na pełnej petardzie i potem gnać jak dziki tapir :D.

ks. Kaczkowski - to pierwsze co się nasuwa patrząc na ten kubek i jego wezwanie do życia na pełnej petardzie. Realizowania się, bycia dobrym, radosnym, zadowolonym. Wychodzenia do ludzi. Nie jakiejś tytanicznej roboty, ale takiego dobrego życia, na które stać każdego. 



Strasznie spodobał mi się pomysł z tym hasłem. Bo codziennie zdarza się coś, o czym mówimy Bogu. Mamy wiele problemów, życie nie jest bajką i bywa naprawdę trudne. Szukamy rozwiązań a tu całkiem inna myśl. Mów problemom o Bogu, dla Którego nie ma niczego nie do przeskoczenia, Który otwiera okno, gdy drzwiami przejść się nie da. Bogu, Który w końcu zawsze wyprowadza dobro z każdej sytuacji. 




2. Notatniki 

Uwielbiam wszelkiego rodzaju zeszyty, notesy i notatniki. Czasami zapisuję w nich fragmenty przeczytanych książek, czasami robię notatki, można je przekształcić w bullet journal, zrobić sobie szkicownik albo zapisywać najważniejsze rzeczy. Zaletą jest to, że są gładkie, zatem żadna kratka czy linie nie będą przeszkadzać. Do notatnika z labiryntem dodawany jest ołówek z napisem "Ad maiorem Dei gloriam" czyli "Na większą chwałę Bożą" i gadżety z tym właśnie hasłem pojawiły się niedawno w Wydawnictwie WAM. 

Ugryź się w język, jeśli będziesz unikać plotkowania staniesz się święty. Oj tak czasami by się tak przydało ugryźć. Moja ulubiona nauczycielka w liceum mówiła, że niektórzy, gdyby przestali plotkować, w zasadzie by zamilkli. Coś w tym jest, ale to niezbyt optymistyczna refleksja, choć trochę śmieszy. Warta jest jednak przemyślenia, używania słów do dobrych celów. 


Najnowszy notatnik (w pakiecie z ołówkiem) z labiryntem prowadzącym do Boga jest symboliczny i zastanawiam się nieustannie, czy fakt, że ten labirynt można tak prosto pokonać to aluzja do tego, że do Boga droga jest prosta, ale my ją komplikujemy wybierając nie te ścieżki i idąc okrężną drogą ze ślepymi zaułkami. 








Robię na cały etat. Nie możemy być na pół etatu. A czasami by się chciało, prawda? Odpocząć, przystanąć, odetchnąć. Ale nie o to w tym chodzi. Trzeba dać z siebie wszystko. Tak sobie myślę, że to całkiem fajny notatnik do tego, by zamieszczać w nim plany i postępy ich realizacji, pamiętając, że przy pracy trzeba być na całym etacie. 




3. Torby i opaski

Mam naprawdę wiele ekologicznych, materiałowych toreb, w których noszę zakupy, książki i inne szpargały. Jedną z moich ulubionych jest ta z hasłem papieża Franciszka "Weź się uśmiechnij. Chrześcijanin nie może być smutny". Nie wiem, czy drugą część tak bardzo ludzie zauważają, ale na pierwszą reagują fajnie :). Teraz poluję jeszcze na czarną torbę z napisem AMDG (nowa linia WAMowych gadżetów do zobaczenia tutaj), ale muszę poczekać na wypłatę ;). Z targów przywiozłam również dwie ciemne torby granatową i szarą z logo wydawnictwa i napisem "daje WAM dobre książki". Torby były dodawane do targowych zakupów w Krakowie.


Wraz z przesyłką, w której dostałam masę książek, mogliście je zobaczyć w marcowym book haul'u, przyszły do mnie kolorowe, silikonowe opaski z napisem "Bóg jest dobry", które można kupić osobno lub w pakiecie z książką Grzegorza Kramera pod tym właśnie tytułem. Fajne przypomnienie, szczególnie jak dzień nie należy do najlepszych a ktoś lubi nosić opaski :). 






To już tyle z WAMowych gadżetów, które mam u siebie. Jeśli któryś Was zainteresował, to możecie zajrzeć na stronę wydawnictwa i zobaczyć, co jeszcze się tam znajduje, a są i podstawki pod kubek i koszulki. A wszystko z dobrymi hasłami, które warto propagować :). Kliknijcie TUTAJ. A Wy macie jakieś swoje ulubione gadżety? Piszcie :).


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Rzecz o człowieku w biegu - Marek Zając "Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach"



"Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że uważam się za przyjaciela wszystkich ludzi - bez względu na ich pochodzenie i wyznanie. Nie oznacza to jednak, że w praktyce jednakowo kocham wszystkich Żydów i wszystkich Polaków. Jednakowo kocham jednak porządnych ludzi. Jeśli mam przekonanie, że są porządni, wówczas drugorzędne znaczenie ma dla mnie rodowód ich babci czy prababci." - s. 54

Bohatera książki kojarzyłam najbardziej z uczestnictwa w uroczystościach w Auschwitz, z powiedzenia o dyplomatołkach oraz mocnego, głośnego i twardego wyrażania swojego zdania. Słowem, za dużo nie wiedziałam. Skusił mnie najbardziej tytuł tej książki, zabawny, lekki i świadczący o dystansie do siebie. Warto poznać człowieka lepiej, nim zamknie się go w jakiejś szufladce. 

Władysław Bartoszewski był człowiekiem nieprzeciętnym, temu zaprzeczyć się nie da. Niezwykle inteligentny, potrafił znaleźć rozwiązanie nawet w najtrudniejszych sytuacjach, może nie zawsze takie, jakie by się wszystkim podobało (choć nigdy nie będzie tak, że wszyscy są zadowoleni), ale wielogodzinne dyskusje nad newralgicznymi kwestiami zamykał krótko i treściwie. Gdy ktoś przychodził do niego z jakimś problemem, często odpowiadał z humorem, który myślę, że pomógłby polityce. Czytając książkę Marka Zająca odnosi się wrażenie, że był to człowiek, dla którego nie istniały rzeczy nie do przeskoczenia. Miał odpowiedź na wszystko i co charakterystyczne znajdywał ją niemal natychmiastowo. Wygadany i rozgadany był świetnym mówcą i potrafił odnaleźć się w każdej sytuacji.

"Jestem i byłem po stronie słabych i krzywdzonych, przeciw terrorystom - po stronie ofiar terroru, przeciw krzywdzicielom i wyznawcom metod gwałtu, jakkolwiek by je ideologicznie uzasadniali. Nie znoszę dyktatorów i systemów autorytarnych, trzeba przyznać, że z wzajemnością." - s. 76

Autor przedstawia go również jako osobę, która nie lubiła o sobie opowiadać. Genialna pamięć, z której zakamarków potrafił wydobywać imponujące ilości informacji sprzed wielu lat, dokładne daty, tematy rozmów, sprawiła że działał w ścisłej czołówce AK. Również w okresie komunizmu, nie tolerował tego, co działo się w państwie. W obozie koncentracyjnym, w którym przebywał doświadczył bestialstwa i zła i wyczulił się jeszcze bardziej na wszelkie przejawy totalitaryzmu. O samym pobycie w Auschwitz opowiadał niewiele, ale ogromnie dbał o to, by pamięć o tej straszliwej zbrodni i jej ofiarach nie zginęła. Potrafił jednak nawet żartować z tego, co przeraża, ale były to żarty zarezerwowane jedynie dla ludzi, którzy przeszli przez to piekło i nigdy nie ocierały się nawet o granicę niesmaku. Profesorem był z mądrości, studiów nie skończył, gdyż przeszkodziła mu w tym władza, a potem nie widział takiej konieczności. Jego mądrość sprawiła jednak, że wykładał na uniwersytecie. Szczególnie zaskoczyły mnie słowa, które pisał już jako młody, mający zaledwie 21 lat mężczyzna. Sam jednak przyznawał, że solidne podstawy mądrości i wychowania wyniósł z domu, a inteligencja i dobre wybory zrobiły resztę.



"Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach" to pełna humoru, optymizmu, ironii, ciętych ripost, ale i mądrości książka, która ukazuje profesora inaczej, niż pokazywały to media pod koniec jego życia. Czytelnik poznaje bowiem niezmordowanego, będącego stale w biegu, cechującego się wielką niespożytą energią, mądrością i troską o kraj człowieka. Rozgadanego intelektualistę, który nigdy nie miał problemu z wypowiadaniem się, rozładowywaniem sytuacji, załatwianiem spraw. Był przeciw wszelkim niesprawiedliwościom, nie dzielił ludzi na rasy, poglądy, narodowości. Widział porządnych ludzi i tych, których szanować ciężko. Innych zarażał energią i zadziwiał aktywnością zawodową oraz ostrym jak brzytwa umysłem. Nie lubił bezczynności i motywował do ciągłej troski i dbałości o życie, siebie, kraj. Książka Marka Zająca jest króciutka, zbyt krótka, bo porywa i nie wypuszcza. Usiadłam do niej wieczorem i przepadłam. Pochłaniałam łapczywie kolejne strony, odkrywając człowieka, którego pojmowałam przez pryzmat jedynie części informacji. Uśmiechałam się, podziwiałam ironię i riposty, zdumiewałam wypowiedziami. Każde wspomnienie nosi w sobie lekkość, szczyptę lub więcej optymizmu i mądrość. Pędziłam niemal jak dziki tapir przez kolejne rozdziały, by uświadomić sobie coś bardzo ważnego, warto wgłębić się w to, co pozostawił po sobie profesor Bartoszewski, wyrobić głębszą o nim opinię, pomyśleć o tym, co przekazywał. Co mnie zdumiało, że nawet cięższe tematy poruszone są w sposób, który nie ciąży, inteligentnie i bardzo przystępnie. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.




Marek Zając, Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach, wyd. WAM, Kraków 2017.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Bóg wiecznie obecny - Piotr Durak "Świątynie wygnane"




"Ale najpierw było olśnienie. W tych wygnanych i smutnych świątyniach, uszkodzonych przez czas i wandali odnalazłem większą moc wiary, niż w większości aktywnych kościołów i katedr, w jakich miałem okazję bywać. Te świątynie, porzucone i biedne, obdarte z sacrum jak człowiek z bogactwa ziemskiego, wciąż jednak godne i szczere - budowane były przez ludzi, którzy często sami posiadali bardzo niewiele, utrzymywali się tylko z pracy własnych rąk. Stawiane były nie dla zysku, a z czystej miłości do Najwyższego i odłamek tej miłości pozostał w nich do dziś, a nawet - paradoksalnie, przez ten stan opuszczenia i ruiny stał się dla mnie głośniejszy, lepiej słyszalny. Był jak echo głosu wołającego na pustyni: wielka wiara, wielki ból i wezwanie o pomoc. Usłyszałem ten głos. Coś, czego nigdy nie doświadczyłem w betonowych, współczesnych nam kościołach (...)." - s. 19-20



Kiedy sięgnęłam po ten album wiedziałam, z czym będę miała do czynienia. Piotra znam już trochę lat jako człowieka  - wrażliwego, kolegę po fachu, fotografa, pisarza, podróżnika. Myślę jednak, że przede wszystkim to ktoś poszukujący. Taka niespokojna dusza, którą ciągle gdzieś niesie, na spotkanie przygody, samotności, natury, człowieka, być może samego siebie, a tutaj widać, że i Boga. Mało jest ludzi w dzisiejszym zwariowanym świecie wrośniętych w historię, sięgających do przeszłości, zainteresowanych żywo spuścizną poprzednich pokoleń po prostu dla samego siebie. To rzadkie w społeczeństwie, w którym ciągle brak nam czasu, chęci, w którym żyć znaczy mieć a nie być. Tym bardziej cenię takie osoby i ich inicjatywy. A zaczyna się różnie, czasem od wycieczki rowerowej zainspirowanej odczuciem przemijania jak u autora, czasem może od słowa, obrazu, dróg jest wiele. 



Pierwszy tom albumu "Świątynie wygnane" to owoc licznych wędrówek po opuszczonych cerkwiach, które rozpoczęły się w 2009 roku. Z tymi odkryciami bywało różnie, jak wspomina Piotr Durak. Czasem to bezproblemowe wejścia, nieraz pukanie od drzwi do drzwi w poszukiwaniu klucza, tłumaczenie się zdziwionym ludziom, po co i dlaczego, a czasami przedostawanie się całkiem innymi sposobami. Trzeba przyznać, że uporu autorowi nie brakło i dotarł do 76 świątyń, dokumentując ich stan oraz zarysowując historię i architekturę miejsc, które nikną z dnia na dzień. 

Z każdej strony publikacji wyłania się nostalgia, poczucie utraty czegoś ogromnie ważnego. Tęsknota za cichą modlitwą, która wypełniała ściany marniejących dziś świątyń. Tu czas się nie zatrzymał. Odeszło coś pięknego, pozostała pewna pustka i głęboka cisza. Swoiste wyczekiwanie na powrót spragnionych Boga wiernych. Z cerkwiami jest trochę jak z domem, zostaje w nich serce człowieka. Zostaje Pan, który w tej przejmującej samotności przemawia do człowieka, który być może zbłądzi w te miejsca. Choć opisy z reguły są dość encyklopedyczne, wyławiałam z nich perełki, gdy mogłam czytać o spokojnej nocy spędzonej na podłodze cerkwi, śnie pełnym wytchnienia pod Boską opieką, czy milczącej zadumie której towarzyszył wpadający przez dziurawy dach śnieg. Przyznam, że tego właśnie szukałam między architektonicznymi informacjami, tej nieuchwytnej relacji, jaka wyłania się z obcowania z sacrum, intensywnego sam na sam z Bogiem. Zatrzymania się i spotkania z tym, czego tak ogromnie brakuje na co dzień, kontemplacją.



Piotr Durak uparcie twierdzi, że nie jest artystą-fotografem. Ja niezłomnie odpowiadam, ideą zdjęcia jest widzenie i przekazywanie emocji, a to czytelnik znajdzie na każdej stronie. To nie tylko gra światła i cienia, powracanie do tych samych miejsc w różnych porach roku, świadomość tego, jak zrobić dobre zdjęcie, czy spędzanie godzin, by uchwycić odpowiednie światło. "Świątynie wygnane" to przede wszystkim pewien wyraz wędrówki, myślę, że również i duchowej. Tęsknoty za prostą i żarliwą wiarą, miejscem w którym czuć miłość. To widzenie głębiej i dalej niż się po prostu patrzy. I to widać, nie po kadrowaniu, czekaniu na odpowiednią sekundę, ale w samym zajęciu się tematem, pięknych detalach, emocjach towarzyszących fotografiom. Na ponad dwustu stronach odnaleźć można Boga czekającego na ludzi, jego domy popadające w zapomnienie, ale nadal przepełnione spokojem, ciszą, dobrą ludzką modlitwą, która choć już niepraktykowana w tych murach unosi się gdzieś wokół, przypominając o tym, że trzeba ratować te miejsca. Zdjęcia zawarte w albumie sprawiają, że chce się dotknąć tej rzeczywistości drgającej na pograniczu zmysłów, emocji, świata duchowego.



Kiedy patrzę na pozostałości po niektórych cerkwiach, zamknięte jeszcze możliwe do renowacji świątynie niemal natychmiast nasuwa mi się na myśl św. Franciszek odbudowujący kościółek San Damiano i jego wezwanie "Miłość nie jest kochana". Tu było nieco inaczej, jak zaznacza autor. Przesiedleni mieszkańcy zostawiali swoje miejsca modlitwy, wyrzucani z różnych powodów, stąd też i tytuł książki. Sama nie wiem, czy ten album to bardziej unikalna publikacja, dokument historyczny, głos wołający o uwagę dla tych niezwykłych miejsc, czy po prostu wyraz ludzkiej wrażliwości i duchowości, spotkania z sacrum, tym mocniejszego i bardziej emocjonalnego, że opuszczonego. A właściwie lepiej byłoby powiedzieć, że jest każdą z tych rzeczy, dla mnie jednak to bardzo emocjonalna książka, a na pewno taka, z którą trzeba się zapoznać. 



Za udostępnienie albumu serdecznie dziękuję Autorowi. 


Piotr Durak, Świątynie wygnane. Niszczejące cerkwie greckokatolickie w Polsce, t. 1, Oficyna Wydawnicza RuthenicArt, Krosno 2017.

Książka do kupienia TUTAJ.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z albumu "Świątynie wygnane" t. 1, udostępnione zostały za zgodą Autora. 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Chwila na medytację - Adam Boniecki MIC "Powroty z bezdroży. Notatki na marginesach Biblii"




z cyklu książki z duszą

"Co innego jednak iść własną drogą, a co innego zmylić kierunek. Któż z nas nie zmienił kierunku, bo uległ pokusie pięknych widoków, bo mu się wydało, że droga wiodąca nieco w bok będzie mniej męcząca albo że będzie wygodnym skrótem? Dopiero widząc, gdzieśmy zabrnęli, zaczynaliśmy pytać o kierunek. Historia naszej wiary to historia odejść z drogi i powrotów. Dla wierzącego Wielki Post powinien być czasem sprawdzenia kierunku i powrotu na właściwy szlak. Kierunek wskazuje nam Ewangelia: słowa i czyny Jezusa. Dlatego te zapiski zatytułowałem 'Powroty z bezdroży'." - s. 8

Zaczął się Wielki Tydzień, za oknem ciepło i słonecznie. Przyroda już obudzona, zielono, robi się cicho, choć wszyscy się gdzieś spieszą, pracują, zaczynają przedświąteczne porządki. Czuć jednak już zbliżającą się powagę dni i to tak charakterystyczne dla nich skupienie. Myjemy okna, pierzemy firanki, kupujemy produkty na świąteczne potrawy, sprzątamy, idziemy do spowiedzi i po raz kolejny zdumiewa nas Miłosierdzie Pana. Ja zapraszam do chwili refleksji wśród obowiązków, może wieczorem po Triduum a może wcześniej jeśli znajdziecie czas, bo książka, o której będę pisać jest piękna i skłania do zastanowienia się, a nadchodzący czas jest właśnie takim na zatrzymanie się, duchowe przeżycia, spotkanie z Chrystusem. 

Z autorem czytelnik przechodzi przez wszystkie niedziele Wielkiego Postu, by pochylać się nad Słowem Bożym. Zostaje postawiony przed zagadnieniem, jak w swojej wolności wykorzysta dane mu tygodnie, czy ulegnie pokusie, czy będzie to owocne przeżywanie przygotowania do najważniejszych świąt w chrześcijaństwie. Padają pytania, jak mówić o Bogu, Który wymyka się naszej logice, ludzkiemu pojmowaniu. Czym jest pustynia i co symbolizuje liczba 40, która ma wielkie znaczenie, bo wiąże się nie tylko z postem Pana, ale czasem, kiedy lud wybrany wędrował po pustyni, przez tyle dni ukazywał się Jezus uczniom po Zmartwychwstaniu. Zastanawia się nad próbą, przed którą Bóg postawił Abrahama, jednym z największych dylematów na kartach Pisma Świętego. Pokazuje mieszanie się świętości i niezwykłych wydarzeń z codziennością, gdy dochodzi do Przemienienia na górze Tabor. Reakcje uczniów, olśnienie, którego doznali, podobnie nieraz jak człowiek wierzący, gdy nagle uderza go prawda o czymś, co znał od dawna. Mówi o Bogu, Który JEST, tak różnym od nas, niepojętym, kochającym, Który czeka na owocowanie drzewa, nawrócenie, Który styka się z niewiarą ludzi, a trwa to od czasów Jezusa. Podkreśla odpowiedzialność człowieka za głoszenie Chrystusa, szczególnie zaś za to, co czynimy w Jego imię. Ogromnie w tym kontekście spodobało mi się wspomnienie Danuty Szaflarskiej o ks. Jerzym Popiełuszce i choćby tylko dla tego jednego fragmentu warto sięgnąć po tę książkę. Nie brak tu słów o urynkowieniu wiary, procederach zarabiania na niej, na co reagował już Jezus, wyrzucając kupców ze świątyni. Rozważania obejmują łatwość, z jaką człowiek wydaje sądy o innych, fałszywą tolerancję, zło które głośne i rzucające się w oczy, zakrywa ciche i piękne dobro. Ksiądz Boniecki snuje refleksje o przypowieści o synu marnotrawnym. W końcu pisze o bezinteresowności, miłości i zdradzie. Gubieniu się jak Piotr, jawnogrzesznica czy Judasz i łatwym osądzaniu ludzi. Miłości, z jaką Bóg podchodzi do grzesznika, tym piękniejszej, że nie wypomina ona, zrobiłeś to źle, przeproś, to warunek przebaczenia. Dochodzi tym samym do Wielkiej łaski, jaką Bóg pozostawił na ziemi czyli Eucharystii i Zmartwychwstaniu, które jest udziałem każdego człowieka. 

"Powroty z bezdroży. Notatki na marginesach Biblii" to owoc spotkań z grupą przyjaciół i wspólnego rozważania tekstów Biblijnych. To również żywe świadectwo głębokiego przeżywania wiary, ukazywania aktualności Ewangelii, co ciągle mnie zdumiewa i co staram się odkryć na nowo. Ujął mnie styl pisania ks. Bonieckiego, prosty, piękny, emocjonalny, ale tak w sam raz. Szukam odpowiedniego słowa, ale ciężko mi je znaleźć. To przemodlona i przeżyta przez Autora książka, delikatna, ale mocna w każdym słowie. Krótkie i ogromnie treściwe rozdziały to pisane sercem refleksje, może już nie notatki, bo są bardzo szczegółowe, konkretne, nie ma tu chaotyczności, którą cechują się prowadzone na marginesach zapiski (przynajmniej ja tak mam, że albo są to hasła wywoławcze, terminy, pytania, albo dłuższy tekst, który potem jeszcze na pewno wymaga korekty, to coś dla mnie, nie do publikacji) czy niejasności. Wszystko jest proste, uporządkowane, pomocne i idealne do czytania nawet przy niewielkiej ilości czasu na lekturę. Nowa książka byłego redaktora Tygodnika Powszechnego to idealna lektura na zakończenie Wielkiego Postu, ale jednocześnie pozycja do której trzeba wracać, pomyśleć, odnieść do życia. Ja ze swojej strony serdecznie polecam, naprawdę warto. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Adam Boniecki MIC, Powroty z bezdroży. Notatki na marginesach Biblii, wyd. WAM, Kraków 2017.

piątek, 7 kwietnia 2017

Życie wiarą - Leon Knabit OSB "Przestań narzekać. Zacznij żyć"




z cyklu książki z duszą


"Święty Grzegorz, który to zdarzenie opisał, zwraca uwagę na to, że miłość człowieka, który nas w tej chwili naprawdę potrzebuje, jest ważniejsza od ludzkich przepisów, choćby takich, jak powinność mnicha, by starał się spędzać noc w klasztorze.Warto pomyśleć, czy trzymamy się przepisów naszej wiary, a jeśli już się trzymamy, czy czasem nie czynimy tego bezdusznie, nie licząc się z wymaganiami miłości bliźniego." - s. 48

Najbardziej ze spotkania z Ojcem Leonem na Krakowskich Targach Książki pamiętam kilka rzeczy. Po pierwsze spędzał z każdym chętnym chwilę na rozmowie i był autentycznie zainteresowany człowiekiem naprzeciw. Po drugie uśmiechnięty i bardzo miły. Po trzecie Ojciec Leon zapytał mnie, co robię i powiedział jedno zdanie "Bądź dobra dla klientów". I po tym już wiedziałam, że mam do czynienia z człowiekiem głęboko wierzącym, oddanym Bogu i dbającym o bliźniego. I to zdanie chodzi za mną od tego czasu, jest takim przypomnieniem, żeby nawet mając gorszy dzień i tak się uśmiechnąć do kogoś.

Nowe książki Benedyktyna z Tyńca urzekły mnie już samym tytułem, takim na przekór naszej polskiej specjalności czyli narzekaniu. Podczytywałam je przy kawie, wieczorami i w wolnym czasie w ciągu dnia i dawały mi do myślenia. Autor w felietonach porusza wiele spraw związanych z parafią, równocześnie odnoszących się do każdego czytelnika. Zastanawia się nad brakiem powołań, odchodzeniem z Kościoła młodzieży po bierzmowaniu, zanikaniem wielu tradycji. Przybliża sylwetki świętych jak choćby św. Perpetua i Felicyta, znane mi z litanii do Wszystkich Świętych czy Scholastyka, która potrafiła zatrzymać przy sobie św. Benedykta, omawia różne uroczystości, wspomina o nabożeństwach, dekalogu, wraz z Nim przechodzimy przez cały rok liturgiczny i wiele życiowych rozterek. Czytając ma się wrażenie, że dzieli się swoimi refleksjami niemal na bieżąco. Z namysłem, ale i dosadnie Ojciec Leon pisze o rzeczywistości duchowej. Nie boi się odważnie mówić o dzisiejszym podejściu, które trzeba zweryfikować, o mentalności odstającej od chrześcijaństwa, targowaniu się o własne sumienie. Wspomina czasy, gdy religijność była żywsza, ludzie chętniej uczęszczali na nabożeństwa, włączali się w życie Kościoła. To swoista polemika ze współczesnym luźnym stylem bycia, w którym nie mamy czasu zabiegani za zarobkiem, przyjemnościami, w którym nagina się zasady, bo przecież wszyscy tak robią i niemal tworzy religię po swojemu. 

Tymczasem z kart "Przestań narzekać. Zacznij żyć" płynie bardzo prosty komunikat, spójrz jakie jest naprawdę twoje życie? Czy nie robisz wszystkiego, by znaleźć się nad przepaścią? Z kim trzymasz? Czy wiara jest dla ciebie ważna? Autor zwraca wielką uwagę na rolę Eucharystii w życiu człowieka oraz postępowania zgodnie z zasadami ewangelicznymi. Wielokrotnie wspomina również Jana Pawła II i jego przywiązanie do Tyńca. Wydana w dwóch tomach książka to świetna pozycja dla zabieganych, którzy przy kawie mogą spokojnie przeczytać felieton i pozostawić go do rozważenia podczas dnia. Sama tak robię z krótkimi tekstami i powiem, że to świetna praktyka, bo zawsze znajdzie się kilka minut na przypomnienie sobie tekstu i wysnucie wniosków, a potem jakoś łatwiej sięgnąć po Pismo Święte, wejść na adorację, czy pójść na nabożeństwo lub Mszę Świętą w dzień powszedni. Ojciec Leon zwraca bowiem uwagę nie na tytaniczny wysiłek, ale proste codzienne czynności, wprowadzenie w życie pewnych tradycji, trwanie przy nakazach religijnych. Ważne, by nie rozmywać wiary o współczesne luźne standardy tyczące się wszystkiego, ale postępować z głową i zbliżać się do Boga. Co bardzo mi się podobało to fakt, że język Autora jest z jednej strony bardzo prosty, ale ma też w sobie coś ze stylu który często słyszałam z ambony będąc dzieckiem i z którym zetknęłam się w starszych książkach. Nic w tym dziwnego, Ojciec Leon w końcu został zakonnikiem, gdy tak właśnie nauczano i to jest dla mnie nostalgiczne, przypomina dzieciństwo. Jednocześnie ujmuje mnie nieraz twarde postawienie sprawy, bo przecież nasza mowa ma brzmieć "tak, tak, nie, nie". Nie brak tu pogody ducha Benedyktyna, gdyż jest ona nieodłączną częścią osoby Autora, ale jest również powaga w mówieniu o najważniejszych rzeczach i wielka miłość i troska o Kościół, którą bardzo mocno czuć oraz poszanowanie i miłość do bliźniego.  

Jeśli szukacie książki, która da wam do myślenia, będzie pisana z autentyczną troską, da się czytać przy kawie, gdy w czasie doby brakuje czasu na dłuższą lekturę, w końcu jeśli chcecie zatrzymać się i pomyśleć, co mogę poprawić, to lektura zdecydowanie dla was. Nie ma tu bowiem marudzenia, wytykania palcami, jest refleksja nad tym, czego unikać, a co naśladować i prosta recepta, nie narzekaj, żyj z głową i sercem. 

Za egzemplarze recenzenckie serdecznie dziękuję Ojcu Leonowi Knabitowi i Wydawnictwu Benedyktynów Tyniec.



Leon Knabit OSB, Przestań narzekać. Zacznij żyć, cz. 1 i 2, Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2017.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Złap się za Słowo - dzień osiemdziesiąty szósty - dziewięćdziesiąty drugi




Zaczął się ostatni tydzień marca. Czas szybko ucieka, kończy się powoli Wielki Post. Za oknem coraz częściej świeci słońce, zrobiło się ciepło, pojawiły fiołki, przyroda budzi się do życia, coraz więcej zieleni dookoła. Jest cudownie <3

dzień osiemdziesiąty szósty


Jezus wyrzuca z opętanego złego ducha, wcześniej jednak pyta go jak ten ma na imię. Okazuje się, że to Legion ponieważ jest ich wielu. Zły prosi Pana, by nie wyganiał ich z okolicy.

Legion to jednostka taktyczna, która składała się z ok. 5000-6000 żołnierzy. Jeśli zatem przełożymy to na zniewolonego człowieka, wydaje się to naprawdę przerażające. Tak wiele złych duchów w jednej osobie. Nie dziwi zatem cierpienie i fakt, że żadne więzy nie pomagały. Strach myśleć, co działo się w tej osobie. 

Czasami coś, co wydaje się niewinne przylega na naszego stylu życia. Drobne, z pozoru nieistotne przyzwyczajenia, malutkie kłamstewka, delikatne naginanie praw. To wszystko rośnie coraz bardziej i sprawia, że przypominamy człowieka z Ewangelii. Tłamszą nas nie wielkie rzeczy czy rzecz, ale duża liczba niby delikatnych spraw. Powoli zatracamy wolność, nieraz tego nie zauważając. Warto zatrzymać się, popatrzeć na życie z dystansu i zobaczyć, czy gdzieś nie zatraca się moja relacja z Panem i moja wolność. 


dzień osiemdziesiąty siódmy


Legion prosi Chrystusa, by mógł wejść w pasące się świnie, na co Nauczyciel wyraża zgodę. 

Zawsze zastanawiał mnie ten fragment, czemu świnie, o co chodziło. W komentarzu do tego fragmentu znalazłam informację, że przyzwalając na opętanie świń Jezus sprawił, że złe duchy nie wchodziły już więcej w ludzi. Pozostały w zwierzętach. 

Nurtuje pytanie, dlaczego Bóg pozwala na opętania. Przecież nie zapomina o swoich dzieciach. Nie robi jednak niczego na siłę, szanując wolną wolę człowieka. Zło wchodzi w życie każdą możliwą drogą, czasami w wielkich rzeczach, ale zwykle w malutkich, cicho, podstępnie, niezauważenie. Zwodzi, że przecież nic złego się nie dzieje, że to dla dobra człowieka, jego szczęścia i dajemy się nabrać na takie podszepty. Jak mówił O. Adam Szustak, jeśli usłyszelibyśmy, co naprawdę się stanie, że coś nam zaszkodzi, będziemy przez to cierpieć, to kto by się dał namówić? Każdy pragnie przecież szczęścia, a jednak wybiera złe drogi, brnie w bagno i czasami jest już tak głęboko, że dochodzi do zniewolenia. Co ochrania? Przede wszystkim spowiedź i czynne uczestnictwo w Eucharystii. Wtedy trudniej kogoś oszukać, bo człowiek zapatrzony w Chrystusa jest czujny, silny, nie daje się. 


dzień osiemdziesiąty ósmy


Duchy wchodzą w świnie, te zaś natychmiast ruszają przed siebie i spadają z urwiska do jeziora. Widząc to pasterze uciekają przerażeni i opowiadają w mieście i okolicznych domach, co się stało. 

Nie dziwię się pasterzom też wiałabym na ich miejscu. Zwierzęta, które stały się opętane chyba normalnie, instynktownie czując, że zaszło coś złego, zaczęły biec. Zdezorientowane, przestraszone, być może chciały uciec przed tym, co poczuły. Skończyły jednak topiąc się w jeziorze. Zło w tym obrazie jest bardzo mocne. Świnie traktowane jako nieczyste przez Żydów lądują w jeziorze, które przecież jest siedliskiem zła. Sugestywne, prawda? 

Czasami wydaje nam się, że świat jest zły. Wojny, ludzka chciwość, nienawiść, zawiść, wyzysk. Rzeczywistość jawi się w ciemnych barwach, ale jest przecież Bóg, który wyrywa nas z tego. Pochyla się z miłością i pozwala zacząć od nowa. W pracy zauważyłam jedną rzecz, gdy jest ciężko, pojawiają się problemy, ktoś nakrzyczy, słowem dzień nie należy do najlepszych, może się zdarzyć jakiś drobiazg, który wszystko zmieni. Pamiętam pewien zimowy dzień, byłam zmęczona, przed chwilą sprawa była dość nerwowa i podchodzi do mnie klient i od razu padają słowa "Dzień dobry, jaki pani ma ładny kolor włosów, taki ciepły, a na polu biało i zimno". Zatkało mnie. Ja tu normalne dzień dobry, a ten człowiek do mnie od razu z uśmiechem i ciepłem. Popatrzyłam na mężczyznę, uśmiechnęłam się, podziękowałam i zrobiło się jakoś jaśniej, lepiej. Powiem wam, że zło jest duże, krzykliwe, hałaśliwe, wredne, rzuca się w oczy. Ale ja kocham te drobiazgi, cudowne perełki dnia, które sprawiają, że inaczej patrzy się na człowieka i rzeczywistość. Na pewno ten pan nie czyta mojego bloga, ale jeśli jakimś cudem, by tu trafił, to pewna rzeszowianka dziękuje za piękny gest, który poprawił jej dzień :). Także dajcie się ponieść miłości, radości, życzliwości. Szczególna prośba, jeśli jesteście w sklepie, uśmiechnijcie się do sprzedawcy, życzcie miłego dnia, sama to praktykuję i widzę, że tego potrzeba tym wszystkim pracownikom, bo nie mają łatwo, a cudownie widzieć uśmiech na ich twarzach <3. 


dzień osiemdziesiąty dziewiąty


Do Jezusa przychodzą ludzie z okolicy. Widzą uzdrowionego człowieka, który był opętany i przerażeni proszą Pana o to, by odszedł. 

Moc Chrystusa wywołuje niepokój. Przybyli nie wiedzą, kim jest ani skąd pochodzi Jego moc. Nie pragną się dowiedzieć, nie pytają. Ostrożni proszą, by Nauczyciel odszedł, bo według nich pewnie stwarzał zagrożenie. Strach urazić człowieka, który potrafi uwolnić opętanego. Jest coś w ludzkiej naturze, że nawet piękne i dobre rzeczy, których nie umiemy pojąć są dla nas w jakiś sposób przerażające. 

Czy mam się bać Boga? Nie. Stwórca nie pragnie lęku, ale miłości i właśnie z tego powodu, że mogłabym Go zranić, może wynikać pewien niepokój, a właściwie to jedynie lampka z tyłu głowy, że nie powinnam tak robić. Nigdy nie chce się ranić, kogoś kogo się kocha. A jedna zdarza się to, prawda? Nieraz dość często. Nie rozumiem i nigdy nie pojmę, Kim jest Bóg, mam za mały rozumek i tak jest, że wobec nieskończoności Pana jesteśmy jak Kubuś Puchatek i to jest całkiem normalne i dobre. Kiedy jednak widzę piękno świata, ludzi, którzy po prostu urzekają, gdy zdumiewa mnie najmniejszy dobry odruch, czuję, że nie mogę bać się Tego, Który mnie stworzył. Nie powinnam. "Kocham, więc nie muszę się bać" :), nawet jak nie rozumiem. 


dzień dziewięćdziesiąty


Uzdrowiony chce iść za Jezusem, prosi Go, by mógł przy Nim zostać. Pan jednak nakazuje mu iść do domu i mówić o tym, co Bóg dla niego uczynił. Posłuszny tym słowom człowiek wraca do siebie i opowiada o łasce, która go spotkała. 

Dlaczego mężczyzna musiał odejść? Może z tego powodu, że jego pobratymcy bali się Jezusa a jego wysłuchają? Innym powodem mogło być to, że nie był on Żydem, zatem nie nadawał się jeszcze na ucznia Chrystusa. Warto przypomnieć sobie problemy z nauczaniem wśród pogan, jakie przeżywał św. Paweł. Słowem nie był to jeszcze moment na wprowadzanie tak monumentalnych zmian. 

Zdarza mi się chcieć wszystkiego od razu. Zaczynam i czekam na wielkie efekty, a przecież trzeba się natrudzić, często poszerzyć wiedzę, wypróbować kilka dróg. Planować, weryfikować postępy lub ich brak. Nieraz rzucam się z motyką na słońce jak ów człowiek, zamiast szukać swojej drogi. To może być nieco frustrujące, ale przecież Bóg wie lepiej, którędy powinnam iść. O. Adam Szustak zachęca do znalezienia siebie, swojej właściwości a nie podążania drogami innych, warto o tym pamiętać.


dzień dziewięćdziesiąty pierwszy


Mistrz przeprawia się na drugą stronę jeziora. Tam czeka już na niego tłum a w nim Jair, jeden z przełożonych synagogi. 

Ci, którzy widzieli cuda niestrudzenie podążają za Nauczycielem. Pojawiają się także nowi ludzie. Opowieści o dziełach Jezusa musiały krążyć wśród ludu i pobudzać ciekawość i wyobraźnię. Pragnienie zobaczenia cudu, doświadczenia czegoś niesamowitego, nauczenia się czegoś nowego, to kierowało ludzi do Mistrza. Łaska rozlewała się a przypowieści sprawiały, że Królestwo Niebieskie przybliżało się. 

Są takie dni, kiedy wstaję i pragnę od razu uśmiechnąć się, podziękować Panu za spokojną noc, powiedzieć, fajnie że zaczął się nowy dzień i właśnie dziś chcę uśmiechać się i być dla ludzi. Jestem jak Jair, który wychodzi do Jezusa. Innym razem jedyne o czym marzę to kubek kawy, żebym się przebudziła a przy nim podczytuję sobie #jeszcze5minutek i wtedy cały dzień jak mam wolne chwile mogę wracać do przeczytanych słów. Co ogromnie mi się podoba, to fakt, że rozdziały w tej książce są krótkie i faktycznie można je przeczytać przy kawie i śniadaniu i dobrze rozpocząć dzień. A zatem, bez narzekania, wstań, wypij kawę lub nie, powiedz Bogu kilka dobrych rzeczy i ruszaj z Nim w nowy dzień :).


dzień dziewięćdziesiąty drugi


Gdy tylko Jair dostrzegł Pana, padł mu do stóp i błagał, by położył ręce na jego dogorywającej córeczce. Mężczyzna wierzył, że dzięki temu jego dziecko ozdrowieje. 

Czekanie przełożonego synagogi nie było bierne, on wypatrywał Chrystusa. Pragnął odnaleźć go jak najszybciej, by móc uratować swoje dziecko. Był zapewne niecierpliwy, ale i rozważny. 

Ks. Jan Kaczkowski pisał, by rozmawiać z Bogiem, prowadzić dialog, a nawet spierać się. Szukać odpowiedzi, nie zapominając, że trzeba wsłuchiwać się w to, co Bóg ma do powiedzenia, a nie chcieć potwierdzenia własnych wniosków. Czasem Pan pewnie zgodzi się z tym, co nam się wydaje, jeśli to dobra odpowiedź, innym razem zaskoczy nas tym, na co byśmy nie wpadli. Pewnie, że będą sytuacje, gdy będziemy burzyć się przeciw temu, co usłyszymy, bo człowiek ma tendencję do dochodzenia do wniosku, że wie lepiej. Nie wie i ta świadomość, choć trudna i boli, powinna być zaakceptowana. Rozmawiaj z Bogiem, ale szczerze, otwarcie, nie uciekaj, nie rób tak jak być może Cię uczono, że grzecznie dziękujesz za dobro i uparcie milczysz o tym, co boli. Czy przed Bogiem można się skarżyć? Myślę, że tak, bo przecież zna moje serce. Wie, że są sprawy, które bolą, wkurzają, gryzą. Czy o takich rzeczach nie rozmawia się z kimś, kogo się kocha? Czy nawet nie spiera się o to? Zdarza się nam być takim pluszowym misiem dla Boga. Leżeć gdzieś w kącie, gdy jesteśmy już trochę poszarpani, zabrudzeni a wychodzić, kiedy uszkodzenia się naprawi a brud spierze. A Bóg chce nas takimi, jakimi jesteśmy, z całym bagażem, raną, niepewnością, z naszym poirytowaniem, radością, szczęściem, nadzieją i miłością. Pragnie nas prawdziwych do bólu. 



sobota, 1 kwietnia 2017

Podsumowanie marca 2017




Nawet nie mam pojęcia, kiedy minął mi marzec, ale stało się. Czytelniczo było średnio, jednak zważywszy na problemy ze zdrowiem i komputerem i tak nie mam, co narzekać. Przyszła do mnie cała góra książek, które są po prostu przecudowne <3. Zatem zapraszam :)



Recenzje:

1. Robert Małecki "Najgorsze dopiero nadejdzie" - zaczęłam mocno, bo książka jest wciągająca, porażająca a autor stale ma asa w rękawie, czekam niecierpliwie na dalszy ciąg <3

2. Eugeniusz Zamiatin "My" - pierwsza antyutopia, która jest mniej znana niż "Rok 1984" czy "Nowy wspaniały świat", a przecież wszystko zaczęło się od niej. Chaotyczna, wysublimowana i sterylna.

3. Zbigniew Leśnicki "Kraków. Historie, anegdoty i plotki" - świetne uzupełnienie przewodników i kulturowy smaczek o jednym z najstarszych miast Polski. 

4. Adam Szustak OP "Garnek strachu. Droga do dojrzałości. Lekcje Gedeona" - pozycja, która mną wstrząsnęła, kazała mi stanąć i myśleć nad życiem. 

5. Kerry Drewery "Cela 7" - młodzieżówka, która ma w sobie to, co ogromnie lubię - wizję świata, który trzeba naprawić, bohatera takiego całkiem normalnego jak czytelnik i co najważniejsze nie jest wtórna, ale zachęca pomysłem i wykonaniem.

Na blogu pojawiło się:





Poza zrecenzowanymi książkami:

- przeczytałam "Magię słów" Joanny Wryczy-Bekier
- nadal podczytuję "Lolitę" Nabokova
- czytam "Bóg w wielkim mieście" Katarzyny Olubińskiej i "Powieść (anty)feministyczna z mięsem w tle" Poli Styx
- przesłuchałam "Kato-botoks" Szymona Hołowni

Nowe książki u mnie:


Od Wydawnictwa WAM otrzymałam ogromną paczkę wypełnioną dobrem <3, za którą serdecznie dziękuję <3



- Katarzyna Olubińska "Bóg w wielkim mieście"
- Grzegorz Kramer SJ "Bóg jest dobry... I dam się za to zabić"
- Adam Boniecki MIC "Powroty z bezdroży. Notatki na marginesach Biblii"
- ks. Jan Kaczkowski, Katarzyna Szkarpetowska "Dekalog księdza Jana Kaczkowskiego"
- Richard Rohr "Nieśmiertelny diament. W poszukiwaniu prawdziwego ja"
- ks. Mirosław Maliński "Zatrzymaj się albo giń"
- Tomasz Nowak OP, Tomasz Gaj OP "Mirra i pomarańcze"
- "Miłość. Mądrość świętych kobiet" pod. red. Klaudii Adamus

Od Wydawnictwa Czwarta Strona otrzymałam dwie perełki <3 dziękuję 



- Natalia Sońska "Kropla zazdrości, morze miłości"
- Remigiusz Mróz "Inwigilacja"

Od Wydawnictwa Młody Book otrzymałam młodzieżówkę, za którą bardzo dziękuję



- Kerry Drewery "Cela 7"

Od Wydawnictwa Poczytne.pl otrzymałam dwie ciekawe pozycje, za które dziękuję :)



- Pola Styx "Powieść (anty)feministyczna z mięsem w tle"
- Łucja Brzozowska "Zadziwiające losy wyrazów. Zbiór felietonów"


Pod koniec miesiąca dotarły do mnie dwie książki od O. Leona Knabita, za które serdecznie dziękuję :)



- Leon Knabit OSB "Przestań narzekać, zacznij żyć" cz. 1 i 2


Moje zakupy :)



- A. Scott Berg "Geniusz"
- Adam Szustak OP "Plaster miodu"
- Adam Szustak OP "Góra obietnic"
- Matthew Syed "Metoda czarnej skrzynki"



A Wam jaki minął marzec?

wtorek, 28 marca 2017

Walka o sprawiedliwość - Kerry Drewery "Cela 7"

PRZEDPREMIEROWO



"- Czasami - szepcze - kiedy nie robisz nic, w rzeczywistości robisz coś bardzo ważnego. Jesteś trybikiem w maszynie, obracasz się, bo robią to wszystkie inne trybiki, a stawianie oporu byłoby zbyt ciężkie." - s. 129

E: Mam na imię Ewelina i zapraszam Was kochani do programu "Książki to życie". Będziemy w nim omawiać pozycje literackie, które starsze i nowsze, debatować nad nimi, w końcu wybierać - polecać czy nie? Dzisiaj powieść młodzieżowa, która swoją premierę będzie miała 29 marca 2017 roku. Historia o zmaganiu się z systemem, pragnieniu lepszego świata, buncie i zwróceniu uwagi na nierówności społeczne. Zacznijmy jednak od początku.

Sprawiedliwość to jedno z trudniejszych do zdefiniowania pojęć. Dla jednych jest nią skazanie kogoś na śmierć, dla innych zamknięcie oraz skierowanie do pracy i na terapię, jeszcze inni uważają, że jej w ogóle nie ma. Dziś o winie decyduje proces. Człowiek jest niewinny, dopóki nie udowodni mu się zarzucanych czynów. Orzeka o tym szereg ludzi w zależności od kraju. Co by było jednak, gdyby sytuacja wyglądała całkiem inaczej?

W nieokreślonej przyszłości Londyn to miejsce nieco inne od dzisiejszej stolicy Wielkiej Brytanii i Anglii. Dzielnice biedy sąsiadują z bogatą częścią miasta, a status majątkowy to coś więcej niż dostęp do drogich rzeczy, przepustka do luksusu i braku zmartwień. To władza nad ludzkim życiem. Nie ma już sądów, procesów, wymiar sprawiedliwości nie istnieje. Wszystko monitorują kamery, a ubodzy skazani są na niepewną egzystencję. Martha Honeydew, sierota mieszkająca w Rises, ubogiej części miasta, przyznaje się do zabójstwa Jacksona Paige'a jednego z najbogatszych ludzi w Londynie, a do tego ulubieńca publiczności, człowieka, który wyrwał się z nędzy i beznadziei dzięki programowi telewizyjnemu i sprytowi oraz zbudował legendę wrażliwca hojnie wspomagającego wszelkie charytatywne dzieła. Dlaczego doszło do zabójstwa? Co szesnastolatka mogła zarzucić człowiekowi, którego nie znała osobiście? Rusza siedmiodniowy program, w którym poszukiwana będzie odpowiedź na te pytania i który zaważy na dalszych losach bohaterki.

Ponieważ przychodzi czas, gdy trzeba wybrać między apatią i działaniem. Mogłam się cofnąć z powrotem w mrok i dalej żyć z dnia na dzień, klepiąc biedę i patrząc, jak rośnie góra niesprawiedliwości. Myślałabym sobie pewnie: "Co by było, gdybym zrobiła tak czy tak, to znów taka sprawa jak z mamą, a tamta jak z Olliem". Albo mogłam postawić się twardo i powiedzieć światu, że mam dość. jak wielu przede mną, b a r d z o wielu, ponieść konsekwencje i modlić się, żeby zmieniły one przyszłość, - s. 289-290

Kerry Drewery niczym Alfred Hitchcock zaczyna od trzęsienia ziemi a następnie stale stopniuje napięcie. Bohaterkę jej powieści poznajemy, gdy próbuje zmierzyć się z zaistniałą sytuacją i uciekającymi do przyjazdu policji sekundami. Nieco zamroczona, przyznaje, że to ona dokonała zbrodni na bogaczu a następnie trafia do pierwszej z siedmiu cel śmierci. Czytelnik zostaje od razu wrzucony w specyficzny świat, gdzie podejrzanego o dokonanie zbrodni traktuje się jak najgorszych przestępców. Ogolona głowa, malutkie więzienie, brak procesu, codzienna zmiana pomieszczenia, z których każde charakteryzuje się czymś innym to jedynie część niespodzianek. Cała rzeczywistość jest dość specyficzna. Oskarżony bowiem jedynie czeka na decyzję o swoim losie. Nie ma już śledztwa, zbierania dowodów, które są zupełnie niepotrzebne, nie istnieje instytucja prokuratora, prawnika, ławnika czy komisarza. O życiu lub śmierci konkretnej osoby decydują widzowie za pomocą głosowania. Tak jest też w przypadku Marthy. Dziewczyna, która staje się obiektem nienawiści prowadzącej tendencyjny program Sprawiedliwością Jest Śmierć i doskonale zdaje sobie sprawę, że nie uniknie kary. Odpycha Evę Stanton, jej doradcę i jedynego człowieka, z którym może się kontaktować.

Czas mija nieubłaganie, codziennie zmieniają się cele, a w bohaterce narasta lęk przed nieuniknionym i tęsknota za ukochanym. Martha to bowiem nie jakaś wyrachowana zabójczyni, na którą kreują ją media, ale wrażliwa i zbuntowana przeciw systemowi dziewczyna, która chce zmienić ustalony bieg rzeczy. Jako jedna z nielicznych ma odwagę przełamać milczenie, zakwestionować sens prawa.  Nie może już patrzeć na wypaczoną sprawiedliwość, którą kupują w głosowaniu najbogatsi. Z perspektywy dzieciństwa w dzielnicy biedy widzi nierówność społeczną, dualizm świata, fałsz, obłudę, marazm i pogodzenie się z przegraną. I mimo iż czytelnik wie, że mógłby naprawdę dużo od niej usłyszeć, pozostaje zamknięta w sobie. Podobne zapatrywania ma jej doradczyni, kobieta pragnąca nieść pomoc znajdującym się w beznadziejnej sytuacji osadzonym w celach. Zna system niemal od podszewki, gdyż nieraz doświadczyła jego okrutności, z czego ciężko się jej otrząsnąć.

"Cela 7" to przede wszystkim ponura wizja świata trochę przypominająca mi orwellowską rzeczywistość wielkiego brata, w którym ludzie są podglądani, świetnie manipulowani, a sprawiedliwość to jedynie puste pojęcie. Jest w niej również element głosowania nad ludzkim życiem, który nasuwa mi na myśl "Igrzyska śmierci". To powieść o buncie jednostki wobec systemu, ale nie jest to bunt aktywny. Wszystko odbywa się poza bohaterką. Ona jest jedynie sygnałem, swoistym symbolem. Sama nie może nic zrobić, ale dzięki swojej postawie, wywołuje reakcje. W książce Kerry Drewery ścierają się ze sobą dwa światy - starego porządku, gdzie przeprowadzano drobiazgowe śledztwa i długie procesy oraz rzeczywistość, w której przyciśnięcie klawisza w telefonie, kliknięcie w witrynę lub wykonanie połączenia decyduje o czyjejś śmierci. Tu nie ma żadnych ograniczeń poza finansowymi, bo oddanie głosu nie jest tanie. Kto ma pieniądze, ten ma władzę, staje się panem życia i śmierci. Ubodzy zdają się nie mieć żadnych praw, nie ma nikogo, kto by się za nimi wstawił, kto chroniłby ich przed fałszywymi oskarżeniami. Bogaci za to stają się całkowicie bezkarni i żądni krwawej rozrywki. Sam program Sprawiedliwością Jest Śmierć jest tendencyjnym pokazem siły, w którym każdy niewygodny głos jest uciszany, wypowiedzi całkowicie wypaczane. Sposób prowadzenia, samo zachowanie Kristiny pokazuje, czym jest tak naprawdę wspomniane show. Sugestywny jest nawet sam jego tytuł, który dużo mówi o tym, jak manipulowany jest widz. Co ciekawe, pojawiają się jednak pojedyncze głosy rozsądku, małe pęknięcia, które dają nadzieję. Poza sugestywnym językiem, oszczędnie przedstawionymi, ale wywołującymi emocje bohaterami zaciekawia sama struktura książki, podział na zwykłe rozdziały i fragmenty z programu, które przypominają scenariusz.

E: Kochani książka Kerry Drewery to wciągająca powieść o świecie, w którym doszło do okropnych zmian i złych decyzji. To wciągająca historia o próbie zwrócenia uwagi na nierówność społeczną, nieograniczoną władzę bogaczy, parodię systemu sprawiedliwości oraz poddanie się i marazm ubogich. Rzecz o jednej kruchej osobie, która postanawia otworzyć innym oczy i zmienić świat. Porywająca, pełna napięcia, z językowymi i literackimi smaczkami, sprawiła, że czytałam z rosnącym zainteresowaniem, starałam się wyłapać odniesienia i przemyślenia. Słowem świetna gratka dla prawdziwych miłośników literatury. Piszcie co Wy myślicie o "Celi 7" lub dlaczego chcielibyście po nią sięgnąć i nie zapominajcie "Książki to życie".

Zapraszam na stronę poświęconą książce: Cela 7.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Młody Book. 

Kerry Drewery, Cela 7, przeł. Patrycja Zarawska, wyd. Młody Book, Katowice 2017.


niedziela, 26 marca 2017

Złap się za Słowo - dzień siedemdziesiąty dziewiąty - osiemdziesiąty piąty




"Wiosna, cieplejszy wieje wiatr" :). W sumie wieczory jeszcze chłodne, choć za dnia jest ciepło i aż chce się wybrać na baaardzo długi spacer :). Święta Wielkanocne coraz bliżej. A u mnie dzieje się tyle, że głowa mała. Po pierwsze dwa blogi, które od jakiegoś czasu czytam, czyli Bóg w wielkim mieście i Hipster katoliczka. Po drugie książki i audiobooki o. Adama Szustaka, które mnie totalnie urzekły. 

dzień siedemdziesiąty dziewiąty



Jezus wieczorem nakazał uczniom przeprawienie się na drugą stronę jeziora. Pozostawia tłum, a niektóre łodzie płyną za nim. 

Mistrz nie pozostaje długo w jednym miejscu. Naucza i wyrusza do kolejnych ludzi, by i oni mogli poznać dobroć Ojca. Chrystus niezmordowanie szuka zaginionych owiec. Nie ustaje w drodze, wypełniając swoją misję. Przychodzi do ludzi, pomaga im, wyrusza do następnych. Jest coś niezwykle pięknego w wędrowaniu Jezusa, tej potrzebie głoszenia Ewangelii, spotykania następnych osób. Taka tęsknota za człowiekiem, pragnienie dzielenia się dobrą nowiną, szerzenie jej na świecie.

Mam ostatnio dużo styczności z religijnymi tekstami pod postacią książek, audiobooków, kazań czy vlogów. Nadrabiam chyba zaległości z czasu, gdy jakoś trochę zaniedbałam się w tej materii. Co mnie uderza? Podejście. Przede wszystkim spokój tych przekazów. Mówienie o rzeczach trudnych, czasami bardzo wymagających prostym językiem i z perspektywy, dasz radę! Moja ostatnia duchowa lektura czyli "Garnek strachu" powaliła mnie po prostu na kolana. Spotkałam się z treściami, których wcześniej w ogóle nie słyszałam. Bo kto mówi zaakceptuj strach? Nie, teraz uczy się człowieka z nim walczyć, nie akceptować, ale bić go! Nikt nigdy nie powiedział mi, pozbądź się wszelkich oczekiwań innych ludzi, szukaj tego, co jest Twoją właściwością, co stanowi o Tobie. Nie próbuj naśladować nawet najlepszych, po prostu bądź sobą. Zawsze było, nie daj sobą kierować, ale zważ, że ktoś może mieć racje i doradzać ci dobrze. Inspiruj się, naśladuj a potem wypracowuj swój styl. A tu odwrotnie. Szukaj siebie, dopiero wtedy będziesz mogła być pewna, że to co robisz jest tym, co powinnaś wykonywać. Nie czerp z innych, dowiedz się najpierw kim jesteś, wtedy możesz się inspirować. Szukaj siebie w Bogu, wówczas znajdziesz wszystko. Szukam...


dzień osiemdziesiąty



Zrywa się wicher, rozpoczyna burza. Wzburzone fale są coraz bardziej niebezpieczne, woda zaczyna wlewać się do łodzi, a Chrystus śpi. 

Tak sobie myślę, jak ogromnie musiał być zmęczony Pan, że nie obudził go ani wicher, ani zimno, grzmoty, ani nawet wlewająca się do łodzi woda. Czasem śpimy tak, że mówimy, że nawet wybuch by nas nie obudził, ale wlewająca się woda? Nauczanie ludzi to nie była wcale lekka praca. Na pewno pojawiały się pytania, było tak wielu chorych i cierpiących, których Jezus uzdrawiał, czasem trzeba było nakarmić przybyszów. Długie godziny spędzone z ludźmi. Nic dziwnego, że nawet burza nie była w stanie zbudzić Nauczyciela. Nawet woda, choć może wydawać się to dziwne. Robi się niebezpiecznie, a Pan śpi.

Czasem tak jest, że mówię, mówię i nic się nie dzieje. Bóg sobie śpi pewnie. Dzisiaj słuchałam spotkania z Szymonem Hołownią na RTCK i strasznie spodobało mi się to, co powiedział. Po pierwsze, że dostajemy odpowiedzi od Pana, ale nie umiemy ich przyjąć. Chcemy nieraz swoich, a te właściwe leżą sobie obok. Po drugie, uważamy, że musimy na wszystko zasłużyć, być w stałej dyspozycji. Biegać od rana do wieczora, być zawsze miłym, wspaniałym doskonałym. Daj się Panu Bogu wykazać. Nie bądź Zosią Samosią i zaakceptuj, że to normalne mieć gorszy dzień, powiedzieć, że nie mam wiary i robię, co mogę, ale bez Boga rady po prostu nie dam.


dzień osiemdziesiąty pierwszy



Przerażeni uczniowie pytają Jezusa, czy nie obchodzi go to, że są blisko śmierci. Nauczyciel wstaje i ucisza wicher i jezioro.

Apostołowie drżą ze strachu. Mężczyźni, z których kilku było rybakami i przeżyło wiele burzy, którzy znali to jezioro, po ludzku są przerażeni. Czy powinno to mnie dziwić? Chyba nie, przecież bez względu na staż pływania żywioł to żywioł i jeśli doświadczeni ludzie zlękli się, musiał być naprawdę nieobliczalny. Nie znam człowieka, który nie doświadczyłby lęku, trudności i samotności. Są momenty, gdy po ludzku nie da się nic zrobić. Dzieje się coś, na co nie mam wpływu, coś co może mnie przerastać. Wtedy chyba takim ludzkim odruchem są wątpliwości, czy Bóg jest przy mnie, dlaczego milczy? Jestem nieraz jak apostołowie. Pojawia się strach i wtedy wołam "czy nic Cię to nie obchodzi, że ginę?". Rozglądam się nerwowo w poszukiwaniu pomocy, czegoś, co zapewni mi bezpieczeństwo, ukoi nerwy. Czasami to modlitwa, ale są sytuacje, gdy mimo szczerych chęci nie potrafię się uspokoić a lęk nie ustępuje. Staram się wierzyć, ale to trudne.

Nie zawsze da się odczuć obecność Boga. Są momenty, gdy jest ona niemal namacalna. W duszy pojawia się spokój, życie targa mną a ja jakby nigdy nic, mam wewnętrzne przekonanie, że będzie dobrze, że przetrwam. Innym razem sama powtarzam to sobie, zaklinając rzeczywistość. Uderzają mnie słowa, które wypowiedział ks. Jan Kaczkowski: "Bóg nie jest paskudnym dziadem siedzącym na chmurze, który nas nie lubi, więc rozdaje cierpienia i rozmaite przeciwności. On nas kocha w chwili naszego powodzenia, ale szczególnie blisko jest w momencie nieszczęścia. Nie opuszcza swoich dzieci. Fakt - czasem trudno zrozumieć tę bliskość." Zastanawiają mnie dwie rzeczy. Po pierwsze, dlaczego często słyszy się, że trzeba sobie zasłużyć na miłość Boga i Jego łaskę. Po drugie czy bliskość, którą rozumiem to bliskość w rozumieniu Boga?

Może zatem po kolei. Nie, nie zasłużę sobie nigdy na miłość Boga, choćbym nie wiem co i ile razy zrobiła. Mogę postawić swój świat do góry nogami, rozdać wszystko co mam, nawet siebie a i tak nigdy nie będę mogła powiedzieć, że sobie zasłużyłam na cokolwiek. Czemu? Bo zarówno miłość jak i łaska Boga są za darmo. One wypływają z tego, Kim On jest. To nie sprzedawca, któremu trzeba zaoferować jakąś walutę, ale Stwórca, który mnie ukształtował jak nikogo innego i choć to dla mnie czasem ogromnie trudne do przyjęcia, kocha mnie i błogosławi z samego faktu, że jestem jego dzieckiem. Jest w Biblii takie zdanie "Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55, 8). A co jeśli tak naprawdę ten czas, który jest dla mnie smutny, pusty, pozbawiony obecności Boga, suchy jest właśnie tym, w którym On jest najbliżej tylko ja nie potrafię tego odczuć? Gdy przypominam sobie o wołaniu apostołów, lubię myśleć, że Bóg mógł im powiedzieć, "ależ obchodzi mnie, dużo bardziej niż moglibyście przypuszczać".


dzień osiemdziesiąty drugi



Chrystus pyta swoich uczniów, dlaczego się boją i nie mają wiary. Oni zaś zastanawiają się Kim jest, skoro jezioro i wiatr są mu posłuszne.

Dwa pytania, które się wymijają. Jezus zwraca uwagę na strach i małą wiarę apostołów. Takie zwykłe ludzie reakcje, pewną nieufność wobec Tego, Kto opiekuje się swoimi dziećmi. Oni tymczasem nie odpowiadają. Są zdumieni tym, co się stało, nagłym uciszeniem się żywiołu. Coś, co po ludzku nie mogło się zdarzyć właśnie rozegrało się na oczach prostych ludzi. Nie dziwi zatem szok i to, że zdają się oni nawet nie słyszeć pytania Mistrza.

Zatrzymuję się dłużej nad tym, co może mi umykać. Codziennie staram się wyławiać piękne chwile, łapać szczęście, wsłuchiwać się w to, co Bóg chce mi powiedzieć, wyciągać wnioski. Każda rzecz, która ma miejsce jest dana od Pana, jest jakimś komunikatem i warto poświęcić trochę czasu, by nie rozminąć się z pytaniami Jezusa jak uczniowie. Znaleźć czas wieczorem, porozmawiać z Bogiem i nauczyć się stopniowo odkrywać Go w zdarzeniach, ludziach. Co mówi do mnie Stwórca?


dzień osiemdziesiąty trzeci



Apostołowie i Nauczyciel przybijają do brzegu. Gdy tylko wychodzą z łodzi pojawia się opętany.

Osobliwy obrazek. Dopiero minęło niebezpieczeństwo, uciszyła się burza a tu znów pojawia się sytuacja, wobec której uczniowie są bezradni. Bo co zrobić z człowiekiem, który jest opętany? Jak mu pomóc?

Zarówno uczniowie, których przerosła sytuacja na jeziorze, jak i opętany przywodzą mi na myśl momenty, gdy szamoczę się z własnym życiem. Niby staram się ufać, dawać jakoś radę, ale idzie jak po grudzie. Nie jestem sama - te słowa czasami po prostu brzmią. Nie czuję, nie dowierzam i jakoś tak bywa pusto i strasznie. Zastanawiam się nad jedną rzeczą. Bóg dał człowiekowi wolną wolę, nie zrobi absolutnie nic przeciw niemu. Co jednak z sytuacją, w której wołam i nie umiem tej pomocy przyjąć? Gdy po ludzku jestem przestraszona i czuje, że chciałabym interwencji, ale jestem zablokowana? Czasem modlitwa to zaproszenie wbrew temu, co jest w nas. Taka cicha prośba o przełamanie tego, czego sami objąć nie możemy, co przerasta nasze możliwości.


dzień osiemdziesiąty czwarty



Opętany mieszkał w grobach, chodził po górach, krzyczał i tłukł się kamieniami. Nie pomagało ani wiązanie ani przykuwanie, bo wydostawał się z pęt i łańcuchów.

Przerażający widok kogoś, kto w zasadzie stracił życie żyjąc. Obraz nie tylko zniewolenia, ale wielkiego cierpienia. Podobno o poganach mówiło się, że mieszkają w grobach i opis ten może odnosić się również do nich. Myślę, że nieważne czy będziemy ten tekst interpretować przez pryzmat tego, że to poganin czy człowiek, który jest pod wpływem złego ducha, wyłania się z niego  bowiem spostrzeżenie, jak zachowuje się ktoś oddalony od Boga. Nie chodzi o krzyki i robienie bezsensownych rzeczy, brak panowania nad sobą. Tu widać wielkie cierpienie, ból, zniszczone życie. Chodzenie bez łańcuchów a jednak całkowitą niewolę.

Mam swój pomysł na życie, to normalne, każdy powinien go mieć. Często jednak wiem lepiej. Brnę w sytuacje, które nie są dla mnie dobre, które ranią, wywołują złe skutki, bo mam przekonanie, że przecież znam się na wszystkim lepiej. Nieraz coś mi się podoba, ale niekoniecznie jest dla mnie, no ale jak? Ja nie zrobię? Dlaczego mam sobie czegoś odmawiać, skoro świat mówi mi, że przecież każdy tak robi, że to normalne, nowoczesne, modne. Tu przypomina mi się znane hasło, że jeśli ktoś powie ci, byś skoczył z mostu, to też skoczysz? Ok, pokusy mają różne oblicza, nie są czymś, co wygląda źle czy średnio, nie kojarzą się z kłopotami, ale właśnie z przyjemnością. Inaczej, kto by za nimi szedł? I powoli człowiek robi się taki ospały, wpada w duchowy marazm, idzie jakimiś skrótami, które prowadzą donikąd. Staje się podobny do bohatera z fragmentu Ewangelii. Wie swoje, a jest spętany, może nawet o tym nie wiedząc. Daj Boże, żeby potrafił przyjść i zawołać o pomoc, by opamiętał się, póki czas.


dzień osiemdziesiąty piąty



Opętany przybiega, oddaje Jezusowi pokłon i pyta, czego od niego chce. Krzyczy również, by go nie dręczył.

Zły duch wie, kim jest Chrystus i nie może zachować się inaczej. Upada przed nim, ale chce znaleźć się jak najdalej od Pana. Ta sprzeczność kojarzy mi się z pewnym powiedzeniem "Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek". Zdarza się tak żyć. Tu Msza Święta, modlitwa, post, gdzie indziej drobne ustępstwa. Czytałam ostatnio, że w tym jest właśnie największe niebezpieczeństwo. Nie w wielkich grzechach, które zawsze wywołują reakcję, mocno bolą, dotykają człowieka. Ale właśnie w malutkich, zdawałoby się mało istotnych rzeczach, które wydają się całkowicie niewinne a zaburzają sumienie. Najpierw jeden krok, potem drugi i tak leci.

Bóg nie odwraca się od człowieka, nie zostawia go samego, a jednak odczuwam często pustkę. To skutek grzechu, kolejne kłamstwo, w które mam przyjąć, że nic nie obchodzę Stwórcy. Przecież, gdy jest trudno łatwo w coś takiego uwierzyć. Cały czas zachwycam się podejściem Joli Szymańskiej i Katarzyny Olubińskiej do wiary. Nie ma smutnych, sztywnych, utrudniających życie nakazów. Jest wolna wola i mój wybór, co zrobię. Nie przymus, tylko pragnienie wypływające z relacji z Bogiem, który kocha człowieka. Cały czas tego się uczę, staram się dorastać, bo popatrzmy obiektywnie. Katolik kojarzy się z przygniecionym zakazami smutasem, który musi jakoś przecierpieć na tym padole łez swój żywot i może uda mu się coś zyskać po śmierci. Tymczasem wiara to wielka siła, to przygoda, wolność, jakiej można zaznać i piękno. To coś co wykracza poza pojęcie naszego szczęścia. Owszem to nie sielanka, poza wyżynami są też doliny, praca nad sobą, trudności, zmaganie się z pokusami, czasem nawet z własną emocjonalnością. Boli jednak wypaczenie tego, czym jest naprawdę. Mam gorsze dni i fizycznie i duchowo. Czasami bywa bardzo trudno, ale do tego maksimum szczęścia dążę i wierzę, że będzie coraz więcej lepszych momentów, bo Ten Który mnie kocha, przygotował dla mnie piękne, pełne wyzwań życie a nie jakiś poligon smutku, wyrzeczeń i trudności. Nie daj się dziwnej wizji, która pojawiła się gdzieś i zniekształca świat. Bóg jest Miłością, Bóg jest radością :).




sobota, 25 marca 2017

Share week 2017




Zazwyczaj publikuję kolejny spacer wśród blogów, dziś jednak postanowiłam, że w ramach akcji Share week po prostu napiszę o kilku blogach, na które zaglądam :) zatem zapraszam serdecznie :)

1. blogi literackie 


U Luki czuję się bardzo dobrze, uwielbiam jej cudowny styl pisania, taki nieco poetycki, melodyjny, oraz książki w wielu wypadkach całkiem inne od tych, które czytam ja. Często przekonuję się do polecanych przez nią lektur i podziwiam klimatyczne zdjęcia, które robi. Jednym słowem to literacki zakątek, gdzie naprawdę lubię przebywać. 



Agnieszka jest osobą wymagającą jeśli idzie o książki i to, co pisze lub nagrywa. Wybiera konkretne lektury i dopracowuje swoje teksty i wystąpienia tak jak to możliwe. Widać w niej polonistyczną krew, ale też to, że dobrze czuje się w różnych formach a literatura to jej świat. Dużo mądrych myśli, świetna forma i konkretna jakość :), słowem profesjonalizm.



Dianę cenię za to, że pisze naprawdę długie, wyczerpujące teksty o przeróżnych książkach. Często tych, po które i ja sięgam, czasem takich, do których bym nie dotarła i tych górskich <3. Tworzy w swoim, swobodnym i ciekawym stylu ze zdjęciami, które zawsze są pełne światła i uroku.


blogi religijne



Jola jest dla mnie cudownym przykładem na poparcie tezy, że katolik to nie żaden smutas, szaro-bura nudna istota, do tego taka, która nie korzysta z życia i w ogóle tylko zapłakać nad nią. Burzy stereotypy, które przylgnęły do katolików, jest szalenie ciepła i kobieca i robi naprawdę świetną robotę. A do tego cudownie się jej słucha i czyta. 



Kasia Olubińska to rasowa dziennikarka, która czaruje słowem, ale w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ona po prostu świetnie pisze, a do tego jest otwarta w tym, o czym opowiada. Nie boi się powiedzieć, że czegoś nie wie, nie unika trudnych tematów. Pisze z sercem i za to wszystko lubię zaglądać na jej bloga. 



Do Eryka trafiłam przez Instagrama. To chyba jeden z niewielu takich przypadków u mnie, ale bardzo fajny. I tak sobie zaglądam, czytam i po prostu lubię, bo to kolejny blog, który jest szczery, bardzo szczery. Myślę, że trzeba mieć odwagę, by mówić o Bogu, a autor ewidentnie się tego nie boi. Pokazuje siebie i swoje przemyślenia, pisze czasem o słabościach i to jest fajne, ten autentyzm :).


3. blogi rozwojowe i kreatywne


Lubię zaglądać do Kasi, poczytać, pozachwycać się cudownymi zdjęciami, nabrać chęci na próbowanie czegoś nowego. To potrzebne, zwłaszcza gdy utknie się w jakimś miejscu, punkcie i jakoś brakuje motywacji do zmian. A tutaj oprócz porad motywacyjnych znajdziecie nawet sposoby na owsiankę.



Eweliny chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Większość zapewne ją zna albo z bloga albo z filmików na yt. Poza tematyką dotyczącą motywacji, kreatywności i rozwoju, o której jest tu naprawdę ogromnie wiele, lubię u autorki piękne fotografie i dzielenie się lekturami, po które zazwyczaj sięgam. Słowem, jeśli chcecie się rozwijać, warto tu zajrzeć.



Moje niedawne odkrycie, czyli blog który powoli poznaje i mam wrażenie, że zostanę tu na dłużej. Zwłaszcza, że tak, chciałabym zostać panią swojego czasu.


Oczywiście odwiedzam jeszcze wiele innych miejsc, ale dziś chciałam napisać o tych :) A Wy gdzie lubicie zaglądać? Piszcie, chętnie znajdę kolejne wspaniałe miejsca :)