niedziela, 10 lutego 2019

Spacerowe rozkminy #13




Staram się, by weekendy były dla mnie. To czas na regenerację, czytanie, spacery, spotkania i to, co zostaje gdzieś zepchnięte na bok w czasie tygodnia. W zasadzie zasypiając w piątek, mogłabym nucić "I do południa budzikom śmierć...". Nie nastawiam alarmu, zwalniam, mam czas się wyspać. W tym tygodniu jednak jakoś nie bardzo to wysypianie mi się udaje. Budzę się po szóstej i ze spania nici. Jestem jakaś zabiegana, zmęczona. Nie czytam tego, co chcę, bo całość czasu zajmuje mi przygotowanie się do spotkania, które prowadzę, obowiązki. 

A jednak dziś rano nie czułam się zmęczona. Przypomniałam sobie, jak dobrze jest wstać wcześniej, wyjść na Mszę. Iść ulicami Warszawy, gdy ruch nie jest jeszcze taki duży (część mieszkańców nie wróciła jeszcze z ferii), a spotkanie kogoś na ulicy to nadal wyczyn ;-). Zrobić sobie spacer w drodze do i z Kościoła. Posłuchać dobrego kazania i pięknego śpiewu braci. Wystawić twarz do słońca i nawdychać się zapachu nadchodzącej wiosny. 

Po raz pierwszy od dawna poczułam się po prostu spokojna i szczęśliwa. Mam dużo do zrobienia dzisiaj, a jednak nie martwię się. Może przez nadciągającą wiosnę, może przez świadomość, że pomimo wcześniejszej niż zwykle pory mam już pewne rzeczy ogarnięte. A może przestałam wariować, że wszystko muszę.



Tęsknie patrzę na stosiki poezji, które zalegają na oknie i na książkę, z którą powinnam się już zapoznać dawno temu, choć ciągle brakuje mi czasu. "Nie musisz niczego udowadniać", no właśnie. Czekam na wolną chwilę, by zabrać się za lekturę, bo uczę się mądrego podejścia do życia. Warszawa ma swoje tempo, wymagania. Cała współczesna kultura narzuca pewne schematy i wymogi. A ja widzę, że coraz bardziej wariujemy. Mamy być najlepsi, niezmordowani, szybcy, prawie nieludzcy. A przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto na studiach będzie miał wyższą średnią, kto ma szybciej pracuje, ma większą odporność, ładniejszą figurę, lepszy gust, wyższe IQ. I co z tego? Mam się załamywać z tego powodu? Zapisywać się na lekcje stylu, szybsze czytanie, pochłaniać stosy literatury o tym, jak skuteczniej, szybciej, efektywniej myśleć i robić wszystko? Nie jestem maszyną. Mam zalety i wady. Jestem sobą i z tym mam być szczęśliwa. Jasne, że warto się dokształcać, ćwiczyć, rozwijać, ale bez przesady. Trzeba żyć.

Uczę się dbania o siebie. Ucinania tego, co mi nie służy. Jestem trochę z tego pokolenia, które uczono być dobrym, ale w dziwnych granicach. Ze zbyt dużą wyrozumiałością dla tego, co nie powinno być akceptowalne. Tłumaczeniem a bo ktoś miał zły dzień, zły okres, wybuchowy charakter. I tak, jak komuś puszczą nerwy i będzie musiał się wywrzeszczeć lub po doznanej krzywdzie sam nie do końca będzie panował nad tym co mówi, to jestem to w stanie zrozumieć. Ale to są normalne ludzkie sytuacje, gdy człowiek staje na skraju jakiegoś nieszczęścia, bólu, gdy przepełniła się przysłowiowa czara goryczy i potrzebne mu katharsis. Nie godzę się jednak na ciągłe tłumaczenie typu ktoś miał ciężkie życie. Tak, ale to nie daje mu prawa krzywdzenia drugiego człowieka. Znalazłam ostatnio bardzo dobrą myśl: "Unikanie toksycznych osób nie jest aktem okrucieństwa, tylko wyrazem troski o siebie". Uczę się zatem reagować i jasno mówić, że coś mi się nie podoba, bez wyrzutów sumienia, że może nie miałam cierpliwości, zbyt pochopnie zareagowałam, że może ktoś był w trudnej sytuacji a ja ucięłam rozmowę. Bo pozwalanie na wszystko, ponieważ ktoś ma trudno, dawanie przyzwolenia na wchodzenie sobie na głowę, wcale nie jest dobre, ani dla tej osoby, ani dla nas samych. Czasem bywa to ogromnie trudne, zwłaszcza gdy relacja trwa długo, ale myślę, że pewnego dnia trzeba po prostu wstać i zacząć troszczyć się o siebie. Nie dawać się zwariować, bo inaczej cały nasz świat stanie na głowie. 



poniedziałek, 4 lutego 2019

Georgi Gospodinow "Fizyka smutku"




„Historia, w której czasy się doganiają i przeplatają. Niektóre wydarzenia dzielą się teraz, inne w dalekiej i zapomnianej przeszłości. Przestrzenie także się mieszają, pałace z piwnicami, kreteńscy władcy z tutejszymi pasterzami budują labirynt historii o chłopcu-Minotaurze, póki się w niej nie pogubisz. Opowieść wije się niczym labirynt, więc nie jestem w stanie wrócić po jej śladach, niestety. Historia głuchych korytarzy, nici, które się rwą, ślepych zakamarków i oczywistych niedopasowań. Im bardziej nieprawdopodobna ci się wydaje, tym bardziej jej wierzysz. Blada i prosta linia, tylko tak mogę ją teraz przekazać, bez magii tamtej opowieści, głosi mniej więcej, co następuje.” – s. 14


Wszyscy jesteśmy Minotaurami zagubionymi w labiryncie życia. Błądzimy nie wiedząc, dlaczego świat nas nie akceptuje, czemu natura, którą przyjęliśmy nie spotyka się ze zrozumieniem. Zamknięci uciekamy przez nieznanym. Pragniemy wydostać się na wolność, znaleźć swoje miejsce, zakotwiczyć się gdzieś. Z czasem możemy stać się Tezeuszem, który wyłania się z kolejnego skrzyżowania korytarzy. Tropi potwora, napawającego świat lękiem. Zna go jedynie z legend, ale nie przeszkadza mu to kroczyć na rzeź, której istoty nie rozumie. Nie docieka prawdy, po prostu ma spełnić swoje zadanie. Po lekturze powieści Georgi'ego Gospodinowa zadaję sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje? 

Można istnieć raz w wielu życiach. Można również przeżyć jedno w wielu istnieniach. Bohater książki potrafi znaleźć się w ciele każdego. Nie tylko człowieka, ale wręcz każdej istoty czy rzeczy. Poznaje wspomnienia, odczuwa wszystko, co osoba, w której wnętrzu przebywa. Wędruje nie tylko przez historię i świat, ale przede wszystkim przez skomplikowane ludzkie emocje i doznania. Posiada magiczną zdolność, nieskończoną empatię, pozwalającą lepiej zrozumieć rzeczywistość, poznać jej tajemnice. Czysty i nieskażony jako dziecko, przeskakuje z ciała do ciała, z istoty do istoty. Rzeczywistość wchłania go, zatrzymuje przy sobie, prosząc, poznaj mnie. Przystań, poczuj, zrozum. 

Autor pięknie i pomysłowo przedstawia empatię, obrazowaną jako głębokie zjednoczenie ze światem. Otwartość na poznawanie i rozumienie, świeżość spojrzenia i umysłu. Życie jednak płynie a zdolność przyjmowania świata i ludzi, takimi jakimi są, zaczyna się kurczyć. Naleciałości społeczne, doświadczenia, pierwsze rany, wszystko to sprawia, że coraz trudniej wejść w cudzą skórę. Człowiek staje się istotą coraz bardziej odległą i obcą. Już nie jest bezpieczną i upragnioną przystanią, podświadomość robi swoje. Zdolność zanika. Przychodzi coraz rzadziej, trudniej. Gubi się, jak Minotaur w labiryncie. 

Czytelnik wędruje w czasie i przestrzeni. Zatrzymuje się w różnych miejscach, by poznać wycinki rzeczywistości. Przystaje niczym przed fotografią, by skonfrontować swoje odczucia z tym, co podaje mu narrator. Błąka się w meandrach historii, jej zawiłościach. Wydaje się, że postawiony przed różnymi doświadczeniami ma szansę odkryć o sobie prawdę. Wyciągnąć na światło dzienne tęsknoty, pragnienia, myśli i uczucia, które chowają się pod maską codzienności. O których nie myśli się i nie analizuje, bo zwyczajnie nie ma na to czasu. Poznawanie siebie to luksus, poznawanie innych, sztuka, którą opanowali jedynie nieliczni.


Podróż przez strony "Fizyki smutku" to bardziej wędrówka po własnej duszy. Konfrontacja z myślami, na które często sobie nie pozwalamy z wielu względów. Prozaiczność przysłania melancholijne westchnienia, idealizm, ułudy, za którymi się tęskni. Dziecięcą naiwność, szczerość i otwartość w rozumieniu innej istoty. Im więcej lat mija, tym większe zagubienie. Coraz częściej zdarza się wchodzić w ślepy zaułek labiryntu. Pojawiają się nierozumienie, próba obrony przed systemem, niezgoda na pewien stan rzeczy, bunt, gorzka refleksja nad światem. Baśniowość miesza się z prozą życia. Mądrość z egoizmem. Tkliwość ze zdziwaczeniem i strachem. A jednak przemierzam ten świat, niejednorodny, nierówny, fragmentaryczny, wyrwany z kontekstu. Idę przez niego z zadziwieniem, poczuciem bliskości, nostalgią, niepokojem. Schodzę coraz niżej rozumiejąc, że tym co spaja fabułę jest samotność, smutek, zagubienie, odmienność. Że ludzie czujący więcej, nawet po stracie większości swojej empatii, nadal pozostają inni, bardziej podatni na zranienie, wyobcowanie. Są jak Minotaur - obcy, stwarzający zagrożenie, choć nikt w rzeczywistości nie sprawdza, jaka jest prawda. 

"Fizyka smutku" wywołuje we mnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony jest liryczna, cudownie poetycka, z drugiej są w niej i fragmenty, które mi się dłużyły. Styl wydawał się nierówny, odmienny w niektórych rozdziałach. Tematyka wymagała pewnego wysiłku, przestawienia się na wędrówkę po wielu zagadnieniach. Samo podejście do odczuwania ulegało zmianie. Było czymś dobrym, ale jednocześnie wyobcowywało, doprowadzało niemal na skraj dziwactwa. A jednak nie czułam, że autor chce powiedzieć, dostosuj się, bądź jak każdy. Powieść Gospodinowa jest nostalgiczna, przesycona delikatnym smutkiem, zadziwieniem nad zjawiskami. Domaga się reinterpretacji mitu i wpojonych prawd społecznych. Oscyluje na granicy liryzmu i prozy, oniryzmu i codzienności. Urzeka emocjonalnym podejściem do spraw przedstawionych a jednocześnie momentami bywa wręcz oschła. Niejednoznaczna, niejednorodna, nie pozwalająca o sobie zapomnieć. To książka, którą się docenia i jednocześnie czuje lekki zawód. Momentami się ją pochłania, innym razem czyta nieco opornie, a jednak zostaje w głowie. Nie daje o sobie zapomnieć. Drąży w swojej inności, szczerości, oryginalności. Nie udaje niczego, co już było. Po prostu jest do głębi boleśnie prawdziwa, odmienna. 


Georgi Gospodinow, Fizyka smutku, przeł. Magdalena Pytlak, wyd. Literackie, Kraków 2018


czwartek, 31 stycznia 2019

Rebecca Fleet "Zamiana"




"Przez jakiś czas dokarmiam swój gniew, aż zaczyna grozić eksplozją. Gdy dochodzi do tego punktu, znów sięgam po długie, ostre kuchenne nożyce i idę na korytarz. Zdejmuję ze ściany jedną fotografię po drugiej, odchylam haczyki z tyłu i podnoszę szybki. Trzęsą mi się ręce, a moje zadanie wymaga precyzji, więc siadam i czekam na powrót chłodnej koncentracji. Zawężam pole widzenia do zdjęć ułożonych w równych rządkach na dywanie. Podnoszę każde po kolei i nacinam je starannie, wbijam czubki nożyc w jej twarz i zataczam kręgi, aż zupełnie znikną z fotografii." - s. 179-180

Kilka wolnych dni w nowym miejscu, swoboda, odpoczynek, inne środowisko. To miał być naprawdę udany czas. Planów nie brakowało, wyjazd był też swoistym remedium na ostatnie problemy bohaterów, szansą na umocnienie więzi. Dom, choć pustawy i wyglądający na niezamieszkany, prezentował się całkiem dobrze, choć brak osobistych rzeczy wywoływał lekki chłód. Na pozór sterylne i bezosobowe miejsce, kryło jednak pewną tajemnicę. Poukrywane drobiazgi, których postronni by nie zauważyli, były ważnym komunikatem dla Caroline. Przeszłość wróciła z całą siłą, ale kobieta nie wiedziała dokładnie, dlaczego? 

Ciężko zapomnieć o chwilach, które pozwalały oddychać w trudnym czasie. Nadawały koloru dniom pokrytym szarzyzną i bolesnym doświadczeniom. Im większe problemy, tym głębsza otucha, gdy nagle pojawia się ktoś, na kim można polegać i przy kim zapomina się o kłopotach. Wspólne porozumienie ma nieocenione znaczenie. A jednak można mijać się w słowach i w lot chwytać myśli. Milczeć na pewne tematy, żyć chwilą, zatracać się w cieple i nadawaniu na tej samej fali, wzajemnej fascynacji. Szukać tego życia, którego nie ma, a za którym tak bardzo się tęskni. Czuć, że wybrało się złą opcję w nieodpowiednim czasie. 

Wszystko zaczyna się niewinnie. Czytelnik zostaje wrzucony w napiętą sytuację, w której musi się dopiero rozeznać. Coś jest na rzeczy. Wydaje się, że to zwykłe życiowe problemy, nic nowego. Powoli jednak staje się jasne, że pod tymi znanymi z literatury i filmów dylematami kryje się coś więcej. Akcja płynie wolno, dyskomfort jednak narasta. Oblepia czytelnika, zakrada się do zakamarków jego ciała i umysłu. Jest w tej książce coś dusznego. Osaczającego wręcz. Czuje się to dziwne zamknięcie - nie w sensie dosłownym, ale właśnie podświadomym. Kolejne elementy układanki wskakują na właściwe miejsca, sytuacja rozjaśnia się, ale w momencie, gdy wydaje się, że przecież wszystko jest jasne, gdy jest się niemal pewnym, że sedno sprawy zostało odkryte, wszystko okazuje się złudą. W głowie powstają pytania, na które szuka się odpowiedzi. I mimo, że pojawiają się one dość szybko, to napięcie stale jest obecne. Nie opada, trzyma czytelnika w uścisku, bo nie sposób odetchnąć głębiej w tej historii przepełnionej wieloma bardzo zagmatwanymi relacjami i sprzecznymi emocjami. 

Książka Rebeccy Fleet to dla mnie bardziej wycieczka w głąb ludzkiej psychiki postawionej w obliczu naprawdę niełatwego wyzwania. Przeplatające się ze sobą relacje Caroline i Francisa pokazują niby jeden świat, ale z dwóch tak skrajnych perspektyw, że trudno tu o mówieniu o sympatiach i antypatiach. Każdy z bohaterów znajduje się w nieciekawym stanie. Żadnemu z nich nie jest łatwo. Ich losy plączą się podobnie jak słowa i gesty. Reakcje wymykają się spod kontroli, bywają nieadekwatne, są krzykiem rozpaczy, błaganiem o zmianę, próbą zrozumienia tego, co się wydarzyło. Co najbardziej przejmujące, to fakt, że to może zdarzyć się każdemu. Gniew, rozgoryczenie, żal, bezsilność, otępienie, wściekłość, strach, obojętność, smutek są nieodłącznymi towarzyszami bohaterów. Czytelnik odnajdzie jednak nieco pozytywnych wrażeń, ale tych jest zdecydowanie mniej i zawsze są okupione czyimś nieszczęściem. 

W równej mierze to historia o tym, jak życie rozprawia się z mitami tworzonymi we własnej głowie. Tym co z czasem może urastać do rangi arkadii czy piekła. Pisarka konfrontuje bohaterów z przeszłością, która spowita jest idealizowaniem tego co dobre, deprecjonowaniem niektórych sytuacji czy w końcu próbą ich lekceważenia. Pewne pytania pozostają boleśnie otwarte, choć wyborów już dokonano. Zarówno Caroline jak i Francis stale tkwią w przeszłości, choć mężczyzna zdaje się powoli od niej uwalniać. Czytając odnosi się wrażenie dualizmu świata przedstawionego. Wprowadza go nie tylko podział rozdziałów na te z 2013 i 2015 roku, ale przede wszystkim mentalne wycieczki do czasu minionego. Natarczywe nasuwanie się wspomnień, które może wywołać najdrobniejszy nawet gest czy niewinne słowo. Sama postawa bohaterów.


"Zamiana" nie jest ogromnie zaskakującą książką. Wiele rzeczy jest tu bardzo przewidywalnych. Jej urok tkwi jednak w klimacie, jaki zbudowała autorka. Klaustrofobicznym, lepkim, ciężkim, przesyconym jakąś dozą fatum. To nostalgia za tym co minione i niemożliwe połączona z nadzieją na lepsze jutro. Plus należy się również za kreację bohaterów - ludzi kruchych, podatnych na wiele czynników, posiadających słabości, zagubionych, niepewnych świata i siebie. To właśnie dzięki nim i nastrojowi tej lektury, mogę śmiało powiedzieć, że to dobra książka na zimowe popołudnie. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy. 

Rebecca Fleet, Zamiana, przeł. Aga Zano, wyd. Marginesy, Warszawa 2019.


piątek, 18 stycznia 2019

o. Adam Szustak "Targ zamknięty. Lekcje Hioba. Droga do zbawienia"

książki z duszą



"Ojcze, jakby ludzie żyli według tego, co ojciec mówi, że Pan Bóg każdy grzech przebacza i strasznie kocha grzesznika, to wszyscy zaczęliby grzeszyć na potęgę. Bo ojciec przecież twierdzi, że nieważne, jak się żyje, nieważne, czy jest się dobrym czy złym i tak Bóg nas wszystkich przyjmie. Tak, tak właśnie głoszę (...)" - s. 91

O Hiobie słyszał chyba każdy, nawet niewierzący. Jego historię przerabia się w szkołach, wierszach, dramatach, dziełach sztuki. Interpretacji jest naprawdę wiele, niektóre moim zdaniem sobie przeczą, być może idą w niewłaściwą stronę, czasem pozostawiają niesmak. Gdy dziś patrzę na tę opowieść, mam wrażenie, że umyka w niej coś, co powinien zrozumieć każdy. Zakryty zostaje najważniejszy sens, podczas gdy na pierwszy plan wysuwają się mniej istotne rzeczy. 

Hiob - człowiek, który posiadał wszystko. Bogactwo i to niezrównane, wielką rodzinę, wspaniałą żonę, domy, stada, czystą duszę i ogromną wiarę, choć jak podkreśla o. Adam, nie należał do narodu wybranego. Słowem chodzący ideał. I nagle jeden jak to się często mówi "zakład" zmienia całe jego życie. Bohater traci wszystko, łącznie ze zdrowiem. Pozostaje mu jedynie rozpacz, a żeby było "przyjemniej" dobijają go żona i przyjaciele. Nikt nie chciałby się znaleźć w skórze tego człowieka. Wszyscy naokoło próbują mu udowodnić, że przecież musiał coś zrobić, skoro spotkało go tyle nieszczęścia. Przecież inaczej by się tak nie stało. 

I tu zaczyna się historia nieporozumień, błędów i dywagacji czysto ludzkich. Rozpoczyna się opowieść o targu z Kimś, Kto kocha. Że zło i cierpienie jest karą za grzechy - wiemy, że Hiob przecież zaczyna złorzeczyć i wątpić w dobro Boga - też, że jego sytuacja wynika z własnego zapatrzenia w siebie - również. Błąd! Jest takie piękne zdanie w Ewangelii "... On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych" (Mt 5,45). Ktoś by pewnie powiedział, że dobrze, ale widać miarka się przebrała i w końcu dopadła go zasłużona kara. Jednak to tak nie działa, jak przekonuje autor. 

"Ja jestem z Tobą za darmo. Niczego od siebie nie oczekujemy, bo się chcemy kochać, a w miłości nie ma handlu." - s. 160.

Księga Hioba to historia o człowieku, który genialnie, podskórnie czuje, jaki jest Bóg. Kto zdaje się go niemal znać, znacznie wcześniej nim przyjdzie Chrystus i opowie o tym ludziom. Co więcej księga ta obala te wszystkie mity, że za dobry uczynek czeka nagroda na ziemi w postaci dobrobytu a za zły spadną choroby, cierpienia i inne rzeczy. To nie obraz Boga, który siedzi przed tablicą z zasługami i grzechami i oddaje jeden do jednego. Nawet nie jest to obraz Kogoś, Kogo przekupimy ofiarami, modlitwami i ładnymi słówkami. Koniec targu, mówi o. Szustak, nie w tym rzecz. Przed czytającym otwiera się bowiem opowieść o Bogu, pragnącym dobra każdego. Wyprzedzającym nas ze Swoją łaską.


"Targ zamknięty" to książka o człowieku i jego pojmowaniu Stwórcy. Polemika z uprawianą na szeroką skalę wymianą religijną, ja Tobie różaniec, Ty mi błogosławieństwo. Na przykładzie Hioba dominikanin ukazuje, że Bóg jest hojny i nie można Go przekupić, zaskarbić sobie łaski. On daje za darmo, nie ma potrzeby ani sensu targować się z Kimś, Kto kocha, a wobec tego błogosławi. Kto stale jest blisko, choć nie zawsze da się to odczuć i Którego drogi są często niezrozumiałe dla człowieka, ale niezmiennie dobre. To również wgląd w ludzką duszę. Opowieść o tym, jak mało wiemy i ufamy. Szafujemy niczym przyjaciele Hioba wyrokami, mówimy bez sensu, przekonani o własnej nieomylności, nie bacząc na to, że egoizmem krzywdzimy drugiego człowieka. 

Nie ma w tej publikacji zbyt dużo humoru, to prawda. Jest nieco inna od poprzednich. Nawet zabrakło mi w niej czegoś więcej, bo czuję niedosyt. Czekałam na większą objętość, szersze rozwinięcie, choć przecież najważniejsze jest. Wnika ona jednak w te rejony historii Hioba, które pozostawały dla mnie odczytane zupełnie inaczej. Zatrzymuje się nad aspektami, pozwalającymi na wszystko spojrzeć z nowej, a może, lepszej i właściwszej perspektywy. I nie chodzi mi tylko o odczytanie księgi, ale o to, jak sama widzę pewne rzeczy. To zachęta do pełnej ufności Temu, Który kocha do szaleństwa i ma nieograniczoną wyobraźnię w tworzeniu dobra. Temu, o Którym napisano: "On nie pozwoli się zachwiać twej nodze, ani się nie zdrzemnie Ten, który Cię strzeże." (Ps 121,3). Słowem - prosto, ciekawie, z przepięknymi grafikami Jacka Hajnosa (zatrzymajcie się nad nimi, bo są fenomenalne i skłaniają do refleksji nad tekstem, ale również nad samym sobą, drugim człowiekiem) o tym, co najważniejsze w wierze. 

Adam Szustak, Targ zamknięty. Lekcje Hioba. Droga do zbawienia, wyd. RTCK, Nowy Sącz 2018. 

Książka jest wygraną w konkursie wydawnictwa RTCK, za co serdecznie dziękuję :-)

Na zakończenie coś do przemyślenia, myślę dobrze współgrające z książką 




wtorek, 8 stycznia 2019

Jakub Małecki "Nikt nie idzie"




"Nie wiedziała, jakim cudem - inni nie zauważali. Podchodził wtedy i opierał jej twarz na tym miękkim, wrażliwym kawałku ciała pomiędzy szyją a mostkiem. Ręce trzymał przy bokach. Miała wtedy ochotę płakać do końca świata. Opierał się o nią jak kłoda, nie człowiek - jak jeden z tych zwyczajnych przedmiotów, które tak lubił." - s. 116

Wszystko zaczęło się od pewnego chłopca-mężczyzny podróżującego komunikacją miejską z balonami. To on nie dał autorowi spokoju. Zadomowił się na dobre w jego umyśle, by pozostać zapamiętanym jako bohater książki. Czy kiedykolwiek dowie się o tym, że był swoistym natchnieniem? Tego nie wiem, być może nie. 

To wokół niego jednak skupia się akcja powieści, choć w zasadzie sam siebie nie charakteryzuje. Jest go wiele, a jednocześnie boleśnie mało. Klemensa obserwujemy oczami innych - rodziców, którzy muszą poradzić sobie z niepełnosprawnością syna czy niespodziewanie wkraczającej w jego życie Olgi. On sam pozostaje jakby na uboczu, świadomy tego, co rozgrywa się dookoła, milczący. 

Najnowsza powieść Jakuba Małeckiego traktuje o kilku ważnych rzeczach. Wartościach, brakach i pragnieniach przeplatających się między sobą, tworzących mozaikę codziennego życia. Tym razem bowiem autor odszedł od realizmu magicznego, przesądów, niesamowitości na rzecz najzwyklejszej prozy życia, z którą styka się każdy z nas. Jestem pod wrażeniem tego, jak udało mu się stworzyć historię, która zaciekawia i wciąga, mimo że nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Jest za to dużo życiowej prawdy i emocji, tak doskonale znanych każdemu. 

Samotność ta przeżywana, gdy ktoś niespodziewanie odchodzi i zostaje się samemu z całym trudnym światem, dzieckiem, koniecznością utrzymania się, tysiącem problemów. Ta, która zagląda przez okno, gdy zmęczona Marzena nie wie, co zrobić ze swoim życiem, gdy alienuje się od innych, bo przecież tak dziwnie patrzą na jej syna, a on jest po prostu nieco odmienny. Inna, kiedy nagle potrzeba rozmowy z drugim człowiekiem, kontaktu cielesnego i duchowego, przybiera namacalne wymiary i gdy pragnienie współdzielenia z bliźnim radości i smutków po prostu wypływa z człowieka. Ta, gdy traci się kogoś, nie do końca wiedząc dlaczego. Gdy ścieżki życia przecinają się wielokrotnie, by następnie rozejść się w swoje strony. Kolejna mająca twarz pustki, która czai się za dobrymi związkami z niewłaściwymi ludźmi i niezdecydowaniem, znana Oldze i Igorowi W końcu to wgryzające się w człowieka uczucie, towarzyszące mu podczas wędrówek ulicami szarej i wiecznie zagonionej Warszawy. 



Jakub Małecki pokazuje jak trudno budować relacje i doceniać kogoś, kto jest obok. Przyzwyczajenie, niezdecydowanie, niewiedza, czego tak naprawdę chcemy w życiu, to wszystko przeplata się na kartach powieści. Jeden błąd może rzucić się cieniem na całe życie. Nigdy jednak nie jest za późno, by zacząć od nowa. Spojrzeć na świat inaczej, stanąć przed sobą w prawdzie, zanurzyć się we własny wewnętrzny świat i przekonać, co tak naprawdę daje mi szczęście, kto sprawia, że świat jest lepszym miejscem, a dzień wydaje się piękniejszy. W równej mierze to historia o codziennych, zwykłych relacjach, które czasami męczą, nieraz są dobre, choć nie ma w nich fajerwerków. To apoteoza szarej codzienności, uczącej doceniać zwykły uśmiech, kubek herbaty, obecność, pomoc. Tych chwil, które niezauważenie przemijają każdego dnia, choć mamy ich tysiące. Pięknych, choć umykających w ferworze dnia.

"Od młodości słuchał aranżacji wirtuozów i tropił w nich drobne potknięcia, ledwie słyszalne odchylenia od tempa. Z upływem lat granie na głos coraz bardziej wydawało mu się graniem ułomnym, a on nie znosił ułomnego grania. Podejmując tamtą niezrozumiałą dla innych decyzję, nie wyobrażał sobie innej możliwości. Chciał być najlepszy, a jedyna droga do doskonałości wiodła właśnie tędy." - s. 194

To również rzecz o porzuconych i zagubionych marzeniach. Pragnieniu doskonałości tak wielkim, że obezwładniającym. I do dziś zastanawiam się, czy mogłabym także zaryzykować stwierdzenie, że odbierającym radość z pasji. Bo rodzą się we mnie pytania, czy chęć osiągnięcia mistrzostwa w jakiejś dziedzinie, tak wielka, że prowadząca do absurdalnych wniosków, może pozostawić zadowolenie, wiązać się z dalszym zamiłowaniem. Nie mówimy bowiem o chęci wybicia się ponad własne ograniczenia, ale zamknięciu się we własnym świecie, dążeniu w dość rygorystyczną i niezrozumiałą dla mnie stronę. 

W końcu powieść ta nieodmiennie łączy się z lataniem. Tym dosłownym, gdy człowiek odrywa się od ziemi i czuje się wolny i tym metaforycznym, które dla każdego wiąże się z czymś innym. Zbudowaniem życia od nowa, realizacją marzeń, spełnieniem artystycznym, znalezieniem swojego miejsca. Bohaterowie Małeckiego są nieco jak liście na wietrze, unoszące się i targane porywami wiatru, którym bywa los, a czasami ich własne decyzje. 




Gdy myślę o "Nikt nie idzie" kotłuje się we mnie wręcz cała gama emocji. Jestem urzeczona, spokojna, to znów szybko chcę zasiąść do ponownej lektury, by zanurzyć się w smutku tej powieści. Jest w niej coś uzależniającego. Przyznam się, że bardziej podobała mi się "Rdza", a jednak mam ochotę wrócić do najnowszego tekstu autora "Dygotu". Chcę rozsiąść się w znajomych zagadnieniach, bo któż nie zna trudu życia i samotności. Chwil we własnym świecie, z którego wyrywamy się do rzeczywistości, a może tak naprawdę ona wkracza w nasze wnętrze. Tego roztargnionego przemierzania ulic wielkich miast, szarych, zabieganych, nieraz męczących i stanowiących jedynie tło w codzienności. Wędrówek znanymi trasami w towarzystwie smutku, rozczarowania, strachu, bezpieczeństwa, spokoju, podekscytowania, radości. Dobrych i złych wyborów, schodzenia się i rozchodzenia z ludźmi. Szukania tego właściwego człowieka. Choć zakończenie wydaje mi się bardziej urwane niż otwarte i słabsze od poprzednich w innych książkach, to śmiało mogę napisać, że Jakub Małecki porwał mnie niezwykłą zwyczajnością dnia. Gdybym miała opisać "Nikt nie idzie" w jednym zdaniu, powiedziałabym, że jest to dobrze napisana powieść o poezji i prozie codziennego życia zwykłego człowieka. Nic dodać, nic ująć. 

Jakub Małecki, Nikt nie idzie, wyd. SQN, Kraków 2018. 

niedziela, 6 stycznia 2019

Spacerowe rozkminy #12




Trochę nie ogarniam noworocznych postanowień, bo nagle wszyscy szaleją, nabierają zapału do zmiany siebie, świata, rzucenia się z motyką na słońce. Pisanie planów a potem zapominanie o nich, chowanie do szuflady, bo zmienia się jedna cyfra w dacie to dla mnie nieco zabawne zjawisko. W pragnieniu zmiany i doskonalenia siebie nie ma nic złego. Nie rozumiem jedynie dlaczego wszyscy jak jeden mąż uparli się na 1 stycznia. Znam teorie o nowych początkach, rytuałach przejścia, znaczeniu nowego startu, tak, ja to wszystko rozumiem, ale jak dla mnie można równie dobrze zacząć 2go, 7go czy 13go stycznia albo każdego innego dnia dowolnego miesiąca. Czekanie na to aż zacznie się nowy rok, to odkładanie rzeczy na wieczne nigdy, bo potem i tak jedynie nieliczni trzymają się tych spisanych na kartkach i w plannerach rzeczy. 

Po Literackiej stolicy pisałam o tym, że dojrzałam w końcu do wprowadzenia poważnych zmian, które chodziły za mną od dłuższego czasu. W ubiegłym roku w końcu skombinowałam sobie logo. Potem długo myślałam o tym, w jaką stronę ma iść Spacer i w końcu wiem. Przynajmniej w tym roku. Zatem odchodzę nieco od literatury obyczajowej i kobiecej. Będą pojawiały się recenzje, ale tych tytułów, które dostałam a nie zdążyłam ich jeszcze przeczytać. Nie będę brała się za nowości, chyba, że coś powali mnie na kolana. Będzie trochę kryminałów, bo tych również mam nieco, ale bez szaleństw. Pozostaję przy literaturze religijnej, tu nic się nie zmienia poza liczbą książek, na plus oczywiście. Zdecydowanie więcej pojawi się poezji, bo zatęskniłam za nią i naprawdę przyjemnie pisało mi się ostatnie recenzje. Pojawią się teksty o literaturze górskiej, którą bardzo lubię i może kilka reportaży. W końcu to o czym długo myślałam - mianowicie klasyka. I nie, nie chodzi mi o to, że teraz będę nadętym bufonem, który będzie zamęczał Was klasyką, bo przecież jakże inaczej, poziom musi być! To rok dla mnie, tak postanowiłam. Chcę sięgnąć po książki, które z jakichś powodów nadal pozostały nietknięte na mojej liście czytelniczej, nawet od czasów studenckich (stąd owa klasyka - z racji mojego wykształcenia). Zrobiłam listę i tylko takich książek i to w okrojonej wersji jest 60, a przecież na pewno będę sięgała po inne rzeczy. Po prostu wracam do przyjemności z czytania i robienia tego w swoim tempie, na swoich zasadach. Bez wyrzutów, gdy wieczór spędzę na oglądaniu filmów, spacerze, spotkaniu czy innej rzeczy.

Nie będę się z nikim ścigała, ani na liczbę przeczytanych książek, ani na to kto pierwszy zrecenzował daną pozycję. Przyznam, że to też trochę powód ograniczenia nowości. Uważam, że lepiej napisać o książce trochę więcej, a później, nie w momencie, w którym wyskakuje ona z każdej lodówki. To moje zdanie. Ten rok to będzie eksperyment? A może powrót do tego, od czego zaczęło się moje spacerowanie. Chcę po prostu by był piękny, owocny w przemyślenia oraz tematy do dyskusji i kreatywny.

Będzie mi bardzo miło, jeśli potowarzyszycie mi w tych zmianach. Postaram się, by było różnorodnie, ciekawie i w naprawdę dobrym stylu, bo nie ukrywam, że staram się pracować nad moim warsztatem. Jeśli nie lubicie klasyki, spokojnie, pojawią się i inne rzeczy. Chcę po prostu, by na blogu było ciepło, przytulnie, książkowo i interesująco. To mój plan. Nauczyć się kilku rzeczy, przeczytać masę dobrych książek i nie siedzieć za dużo w social mediach. I zacznę na przekór od dziś ;-). 

Dobrego wieczoru dla Was :*

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Podsumowanie roku 2018




Nie wiem, kiedy minął mi ten rok. Wszystko działo się dość szybko. Z czytaniem bywało różnie. Czasami trafiałam na naprawdę dobre lektury, innym razem miałam ochotę cisnąć czytaną książką albo byłam okropnie zawiedziona. Nie zapisywałam wszystkiego, co udało mi się przeczytać, bo to nie wyścigi. Na pewno skończyłam 52 książki, ale lektur mogło być więcej.

Co mnie jednak najbardziej cieszy to spotkania, które mogłam poprowadzić, te w których wzięłam udział i ludzie, których poznałam.

Spotkania :-)



Rok zaczęłam od rozmowy z Jakubem Małeckim. Przyznam, że to pisarz, który ogromnie mnie zaskoczył nie tylko wymową tekstów, ale ich ładunkiem emocjonalnym. Oniryczne, balansujące na granicy jawy i snu, rzeczywistości i przesądów lub wierzeń opowieści nie tylko sprawiają, że czytelnik zanurza się w nich głęboko i refleksyjnie, ale pisane są naprawdę piękną polszczyzną. Każda książka pisarza podwyższa poprzeczkę, zabiera czytelnika do całkiem nowej krainy, innych odmętów ludzkiej duszy, tęsknot, marzeń, nieraz także lęków. Autor z wirtuozerią gra na kolejnych strunach duszy, zaskakując coraz bardziej. Poważny, melancholijny ton powieści kontrastuje ze skromnym i wesołym twórcą, który jak sam przyznaje, nie wie jak to się dzieje, że jego książki są tak niepodobne do niego. 



W marcu miałam okazję spotkać się z Marią Paszyńską, wspaniałą pisarką, która swoimi książkami czaruje wielu czytelników. Spod jej pióra wypływają niezwykłe, plastyczne, piękne i przesycone emocjami powieści zakorzenione w prawdziwych, historycznych realiach. Maria Paszyńska przybliża wspaniałe światy, znakomicie wprowadzając je w pomysłowe fabuły. Potrafi zaczarować szczegółowością opisywanych miejsc, doznań, nawet tych najtrudniejszych. Z jej książek wypływa wiara w dobro drugiego człowieka, umiejętność dostrzegania tego, co piękne, ale i zaduma nad rzeczami, które nie powinny się wydarzać. To jedna z tych osób, dla których potrafię zarwać noc, byle tylko dokończyć lekturę. Podczas spotkania pytałam o drogę pisarską autorki, jej zamiłowania literackie, wydane powieści i plany na przyszłość. 



Gdyby ktoś powiedział mi kiedyś, że przeprowadzę rozmowę z Wojciechem Jagielskim, uznałabym, że żartuje. A jednak marzenia się spełniają. Tego znanego każdemu reportażysty nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Od dziecka słyszałam o jego podróżach, relacjach. To jedna z tych osób, które towarzyszyły mi od dziecka przez dorastanie aż po wiek dojrzały. Jeden z niedoścignionych wzorów, jeśli chodzi o reportaże, człowiek szalenie ciekawy. Zdumiała mnie niezwykła otwartość Wojciecha Jagielskiego, naturalność z jaką rozmawia z każdym, choć po przeprowadzeniu w życiu tylu rozmów nie powinno mnie to dziwić. Początki kariery, wgryzanie się w historie ludzi, wyprawy jako korespondent, to tylko niektóre z kwestii, jakie mogłam poruszyć podczas spotkania. 



W końcu niezwykła rozmowa z kolejnym reportażystą, tym razem Mariuszem Szczygłem. Są dwie rzeczy, których ogromnie chciałabym się nauczyć od autora "Nie ma" - warsztatu pisarskiego oraz umiejętności przyjmowania wszystkich ludzi bez oceniania ich. Nie wiem czy taką postawę można nazwać stoicką, dla mnie na pewno jest ogromnie ludzka. O tym, czy w życiu mamy więcej "jest" czy "nie ma", pisaniu tekstów, zainteresowaniu Czechami, które w szczególny sposób zostały przedstawione w "Gottland" i szukaniu prawdy, co zostało poruszone w "Projekcie prawda" i nie tylko mówiliśmy w grudniu. To rozmowa, przed którą się stresowałam, ale śmiem twierdzić, że nazwałabym ją jednym z najlepszych, jakie poprowadziłam. 




W tym roku uczestniczyłam również w kilku bardzo ciekawych wydarzeniach. Przede wszystkim były Targi Wydawców Katolickich ze wspaniałymi spotkaniami z Łobuzami, Siostrą Małgorzatą Chmielewską, Przemysławem Wilczyńskim i Marią Miduch. Następnie Warszawskie Targi Książki i bieganie pomiędzy stoiskami, stanie w kolejkach do autorów młodzieżowych, gdzie byłam chyba najstarszą czytelniczką ;) oraz wyszukiwanie perełek. W czerwcu pracowałam jako wolontariusz na Big Book Festivalu. Październik był związany z powrotem do rodzinnej miejscowości na debatę blogerów "Promotorzy czytania", którą wspominam bardzo dobrze i miło. Poznałam osobiście wspaniałe dziewczyny, pogadałam o tym, jak wygląda blogosfera, zastanawiałam się wraz ze współrozmówczyniami nad tym, jak powinna się rozwijać i jak zachęcać do czytania. Literacka Stolica zaowocowała przede wszystkim bardzo konkretnymi wnioskami dotyczącymi dalszej działalności na blogu. Utwierdziłam się mocno w tym, co od 1,5 roku delikatnie starałam się wprowadzać na tyle, że format Spaceru zmieni się dość mocno. Dużo sympatycznych, ambitnych i ciekawych blogerów, merytoryczne treści - wykłady Pauliny Małochleb i Rafała Hetmana oraz przemiłe książkowe prezenty, które poszerzą znacząco moje horyzonty literackie, czegóż chcieć więcej? Ostatnim wydarzeniem, które było dla mnie niezwykle ciekawe był wykład Mikołaja Golachowskiego, który odbył się w Bibliotece Publicznej w Dzielnicy Wilanów. Humor, piękne zdjęcia i masa ciekawych informacji sprawiły, że ten wieczór na długo pozostanie w mojej pamięci. 





Blogowo układało się różnie. Czasami bywało Was tu więcej, innym razem mniej. Zdarzały się momenty, gdy zastanawiałam się, co dalej. Nie zawsze miałam czas czytać i pisać. Pojawiałam się i znikałam. Przyjęłam pewne założenia, między innymi recenzowanie powieści po całym boomie wydawniczym, jeśli wydawnictwo na to pozwala. Takie działanie daje szansę dotarcia do osób, które unikały szumu związanego z danym tytułem. To też szansa na głębszą analizę treści i zainteresowanie tytułem. W tym roku Spacer objął swoim pierwszym patronatem powieść Marii Paszyńskiej "Córka gniewu", z czego jestem ogromnie dumna. Miałam również okazję zrecenzować na długo przed premierą tomik poezji Adriana Sinkowskiego "Atropina". Sama nie wiem jak znalazłam się także w podziękowaniach pewnej powieści, co było dla mnie zaskoczeniem totalnym. Podobnie jak to, że podczas jednego spotkania autorskiego korzystano z mojej recenzji. 



Jeśli chodzi o najlepsze książki to nie klasyfikuję ich jakoś szczególnie, podaję tak jak się pojawiały na blogu. Każda z nich coś mi dała. Wyróżniała się czymś innym, choć bywały zbieżności. Wiele rzeczy, które chciałam przeczytać pozostało niestety nietkniętych, ale zawsze jest czas w przyszłym roku. Nie pisałam o wszystkich przeczytanych książkach. Do niektórych muszę wrócić, jeszcze raz przeżyć, by opowiedzieć to, co czuję w najlepszy sposób. Poniżej jednak lista pozycji, które wyróżniły się w tym roku:

1. Monika Milewska "Latawiec z betonu" - ciekawa wizja nie tylko gdańskiego falowca, ale braku zrozumienia i refleksji nad życiem. Poddanie się propagandzie i odrobina realizmu magicznego z podróżami w czasie.

2. Maria Paszyńska "Owoc granatu. Kraina snów" - to, że Maria Paszyńska ma niezwykły dar do pisania było dla mnie jasne już po pierwszej powieści. Uwielbiam jej drobiazgowość w opisach, emocjonalność, ale znaleźć książkę, która stawia pytania chodzące po własnej głowie i snuje refleksje, z których mogę zbudować odpowiedzi, to już wyższa liga.

3. Jakub Małecki "Dygot" - nietuzinkowa powieść z pogranicza rzeczywistości i baśni. Głęboko emocjonalna, wymagająca przemyślenia, klimatyczna i smutna. A do tego piękna językowo i oryginalna. Nie zrecenzowałam jej, nadal dorastam do pisania o książkach Jakuba Małeckiego.

4. Mark Sullivan "Pod szkarłatnym niebem" - ta pozycja urzekła mnie przede wszystkim ogromnym człowieczeństwem głównego bohatera, który istniał naprawdę. Żył, pomagał innym, przeżywał swoje wzloty i upadki. Rzecz o tym, jak skomplikowane i trudne potrafi być życie. 

5. Bea Uusma "Ekspedycja" - to właściwie zapis życia i pogoni za marzeniem a nie książka. Historia zafascynowanej wyprawą polarną kobiety, która podporządkowała całe swoje życie rozwikłaniu pewnej zagadki. Pełna zdjęć, notatek, fragmentów z pamiętnika i wielu ciekawych  informacji publikacja.

6. Gabriel Tallent "Moja najdroższa" - przyznam, że to ogromnie dziwna historia. Z jednej strony przeraża i odpycha, z drugiej przyciąga z nie do końca zrozumiałą siłą. Nie oceniam samego pomysłu, ale językowo na pewno jest w porządku.

7. Adrian Sinkowski "Atropina" - czasami mam wrażenie, że coś mi umyka. Takie odczucia miałam podczas lektury wspomnianego tomiku. Jednocześnie dał mi on radość z poczucia tego, że nie ma jednej właściwej interpretacji. Ścieżek jest wiele, zależą od naszej inwencji, doświadczenia, zauważenia poszczególnych rzeczy. Odkryć na nowo interpretację to wspaniałe doświadczenie. 

8. Piotr Durak "Raport zza mgły" - czasami lubię poczytać smutne rzeczy, prozę która nie bije optymizmem ani nawet realizmem, ale pokazuje przygnębiającą refleksję o dzisiejszym świecie, w który zostaliśmy wrzuceni bez naszej zgody i pytania o cokolwiek. Tęsknota za utraconym światem, nieprzystawalność do współczesności, brak zrozumienia a może zgody na dzisiejsze mechanizmy. To wszystko zamknięte w poetycką prozę, która mocno wybija się na tle wierszy, również dobrych, ale jednak to ona zdobyła moje serce. 

9. Mariusz Szczygieł "Nie ma" - nie powiem, że jest to łatwa książka. Nie jest jednorodna. Cenię ją za refleksję, zagadnienia do przemyślenia których autor zmusza czytelnika, mierzenie się z własnym życiem, przemijalnością, emocjami, brakami i zauważanie tego, co towarzyszy nam w codzienności. 

Moje literackie zawody tego roku

1. Lidia Tkaczyńska "Kobieta z klasą. Poradnik" - to, co pojawiło się w recenzji mówi samo za siebie. Zbyt dużo niepozytywnych emocji wyrosło z mojej strony wokół tej pozycji. Oczekiwałam zupełnie czego innego, dostałam treść, z którą w wielu względach się nie zgadzam, w innych nie była ona dla mnie nowością, choć niespecjalnie interesuje się modą. 

2. Remigiusz Mróz "Nieodnaleziona" - zapowiadało się całkiem nieźle. Autora lubię, może dlatego nie napisałam recenzji po przeczytaniu tej książki. Dość powiedzieć, że czuję się trochę oszukana. To nie Mróz, którego znam i który potrafi znacznie lepiej budować fabułę. Historia jest trochę nierealna a to, ile jest w stanie wytrzymać bohaterka już zupełnie mija się z prawdą. Nawet superman by wymiękł, a ona niezmordowanie przed do przodu. Również zakończenie nie zachwyca, a wręcz jest niezrozumiałe. 

3. Laini Taylor "Marzyciel" - to zdecydowanie nie jest zła książka, jest dobra, naprawdę. Podziwiam autorkę za wyobraźnię, sposób budowania opisów, dokładność. Owszem wciągnęła mnie fabuła, język jest bardzo ładny, myślę, że w oryginale nawet może być lepszy, jednak gdy wszyscy mówili o tym jaka to oryginalna powieść, ja doszukałam się w niej podobieństw z "Buntowniczką z pustyni", samo zakończenie również nie było dla mnie zaskoczeniem, okazało się raczej przewidywalne pod pewnymi względami. Nie ukrywam jednak, że chętnie przeczytam "Muzę koszmarów". Po prostu liczyłam na więcej. 

To tyle jeśli chodzi o 2018 rok. Zamykam go całkiem pozytywnie. A jak było u Was?


poniedziałek, 24 grudnia 2018

Wesołych Świąt






„W wieczór Wigilijny zatrzyma się świat na chwilę. Ludzie wyciągną do siebie ręce, będą dzielić się chlebem, życząc sobie szczerze, ciesząc się oczekiwanym Gościem. Podniosą oczy w stronę nieba. Będą wypatrywać, skąd nadejdzie nam pomoc. Niebo połączy się z ziemią, Aniołowie pozazdroszczą pokoju ludziom dobrej woli. Kościół zaśpiewa radosną pieśń - kolędę. Uklękną wszyscy przed Bogiem - Dzieciną.”
Pełnych miłości, ciepła i radości świąt. Zatrzymania się i wspaniałego czasu z rodziną oraz cudownych prezentów.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Mariusz Szczygieł "Nie ma"




"Chyba każdy lubi być spacerowiczem po cudzej historii. Nie potykać się o nic, nie wpadać w dołki, gładko sobie sunąć po trawniku czyjegoś życia." s. - 165-166

Pomysł na napisanie książki o tym, czego nie ma pojawił się już w "Projekcie prawda". Temat jednak musiał się uleżeć, spełnić wymagania, które postawiono przed autorem. Być może potrzebował również rozwinąć się w swoim tempie, powoli, rzekłabym nawet niespiesznie, by wciągnąć w świat wielu bohaterów i historii. 

Mariusz Szczygieł zabiera czytelnika w podróż przez porywające, ale i całkiem zwyczajne historie. Wspomina o wierszu Violi Fisherovej, który zawładnął nim w metrze na tyle, że postanowił sprawdzić, kim była autorka. Kilka słów przeczytanych w środku komunikacji, w którym każdy patrzy w komórkę, skupia się na sobie, doprowadziło reportażystę nie tylko do fascynującej historii, ale przede wszystkim do pięknej znajomości. Czeska poetka okazała się bowiem postacią nietuzinkową i dowodem na to, że zawsze można zacząć tworzyć. Autor opowiada również oj kobiecie, która zamyka swoje życie w tabelce Excela, pozostawiając tym samym ślad po sobie. Swoista spuścizna, wydaje się być manifestem, zobaczcie miałam udane życie. Inny rozdział" dotyczy ogromnie charakterystycznej willi i jej mieszkańców. Czytelnik poznaje również mężczyznę, który uwierzył w koniec świata i uwolnił się od wszystkiego, co materialne. Wgryza się w historię Tomasza Gónickiego, ciekawego i oryginalnego twórcy, pracującego często w dość niestandardowy sposób. Poznaje siostry Woźnickie, dziś zapomniane już pisarki, których książki zubytkowano w bibliotekach. To zaledwie ułamek historii zawartych na kartach "Nie ma".

Ja pozostaję z pytaniem, czego jest więcej w tej książce. Tego, co "jest", czy właśnie tytułowego "nie ma". Odpowiedź dostaję od autora na spotkaniu. Odpowiedź godną reportażysty i człowieka, który zdobył już mądrość życiową. Pozwolę sobie zatem przytoczyć słowa Mariusza Szczygła, z którym miałam przyjemność rozmawiać. W zwrocie nie ma, "ma" to zaledwie 40%, ale w życiu jednak ważniejsza jest właśnie owa mniejszość, choć cały czas myślimy o pozostałych 60%. Być może tak jesteśmy ukształtowani, a może powołaniem człowieka jest nauczyć się cieszyć z tego, co posiada, nie roztkliwiając się nad brakami? Mówi się, że najbardziej doceniamy to, co straciliśmy. Na kartach książki autor zapisuje "Dorosły stajesz się dopiero, gdy stracisz to, co naprawdę kochasz (...)". (s. 195). Cały proces dojrzewania byłby zatem związany z nauką szacunku i rozumienia wartości szczęścia, które mamy. To kierunek rozważań filozoficznych, niełatwych, a może tego, czego uczyła mnie mama, czyli cieszenia się z małych rzeczy, które większość uznaje za pewnik. Bo, gdy przyjmuje się za nieoczywiste, że coś jest mi dane raz na zawsze, inaczej widzi się większość spraw.



"Nie ma" pozostaje opowieścią o ludzkim życiu, pełną zwykłych dni i uroczystych chwil. Wielu recenzentów podkreślało nierówność książki. Przeplatanie się bardzo dobrych tekstów z rozdziałami zwykłymi, przesyconymi szarymi historiami, nierzadko ckliwymi. Dla mnie jednak to przemyślany układ, oddający to, co dzieje się każdego dnia u większości ludzi, którzy wśród powtarzających się czynności, bliźniaczo podobnych do siebie dni, nagle zderzają się z czymś większym. Zatrzymują się nad niezwykłymi zdarzeniami. A może by tak kontemplować codzienność i wyławiać to oczywiste "jest"? Otworzyć szerzej oczy i przekonać się, że każdy dzień niesie ze sobą drobne, życiowe perełki? Książka Mariusza Szczygła to opowieść nie tylko o tym, czego brakuje w życiu czy co jest. To w równej mierze rzecz o nazywaniu wszystkiego po imieniu. Szukaniu nazw, by w pełni zrozumieć siebie i to, co się czuje. To pozwoli w pełni przeżyć życie świadomie. 

Autor odchodzi od formy klasycznego reportażu na rzecz opowiadania posiadającego jego elementy, czasami to wręcz eseje, które zabierają czytelnika do Czech, od lat fascynujących reportażystę. To jednak w równej mierze podróż geograficzna, co historyczna i filozoficzna. Tematyka jest bardzo szeroka i zróżnicowana, dzięki czemu lektura to prawdziwa uczta. Cięższe emocjonalnie rozdziały przeplatają się z lekkimi opowieściami, co daje również czas na refleksję i sprawia, że odbiór jest znacznie łatwiejszy. 

"Cyzelujemy język, nauczyciel nam tłumaczy, że jesteśmy teraz w stanie prowadzącym do frustracji. Niby wszystko już wiemy i nagle się okazuje, że niczego nie wiemy. Mamy porzucić prawidła gramatyczne, dobre dla początkujących. Mamy powtarzać po ludziach na ulicy." s. 91

Po lekturze "Nie ma" inaczej patrzę na świat. Oczarowuje mnie język książki, brak zbędnych słów, bardzo dobry styl, dzięki któremu płynie się przez książkę, doskonały warsztat. W głowie rodzą mi się pytania o codzienność, to co w życiu najważniejsze. Wnikam w historie bohaterów jednocześnie wchodząc w swoją własną rzeczywistość. Szukam swojej prawdy, określam to, czego nie ma i co właśnie jest, bo to stało się dla mnie esencją tej książki. Wydobywanie na światło dzienne rzeczy, które przemykają niezauważone w szarzyźnie i powtarzalności oraz głośne określanie własnych tęsknot. Jak poznać ludzi, skoro nie znamy samych siebie? Jak dawać szczęście, gdy sami nie jesteśmy zadowoleni? W końcu jak kochać, gdy samym nam brakuje do siebie miłości? Niepozorna książka o zwykłych i niezwykłych ludziach wywołuje lawinę przemyśleń, niemal filozoficznych. Zadamawia się we mnie i czeka, by wrastać coraz głębiej. Odzywa się cichym głosem w najmniej oczekiwanych chwilach. Nienachalnie, po prostu szepcząc patrz i żyj uważnie


Myślę, że każdy znajdzie w niej coś innego. Nie ma tu oczywistych prawd i wniosków. Szumnych deklaracji i wskazań. Jest refleksja nad człowiekiem i światem. Mariusz Szczygieł ma niezwykły dar do snucia opowieści bez oceniania. To rzadka postawa szacunku i przyjęcia człowieka bez wartościowania. Każdy ma swoją historię, lepszą lub gorszą. Mamy jednak czas, by pisać ją, zmieniać. To najbardziej urzekło mnie w "Nie ma". Możliwość odkrycia tego, czego jest więcej a czego mniej. Dostrzeżenia w rozdziałach mnogości rzeczy, bo każdy jest inny. To w pewien sposób trudna lektura. Taka, która zmusza do stanięcia z prawdą twarzą w twarz, ale ważna. Taka w sam raz na zimne, długie, ciche wieczory. 

Mariusz Szczygieł, Nie ma, wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018.