poniedziałek, 21 października 2019

O spoglądaniu w niebo z 773 nr "Miesięcznika Znak"



"Wszystko zaczyna się mniej więcej po godzinie patrzenia. Tutaj nie da się tego zrobić w trybie fast. Jest jeszcze jeden warunek: nie analizować, nie interpretować. Mniej więcej po godzinie umysł z oporem przyswaja fakt, że obserwuje nieskończoność, a w perspektywie znajduje się punkt, w którym załamują się znane prawa fizyki. Patrząc horyzontalnie, nie można tego doznać. Ta reakcja zachodzi spokojnie i długo, lecz na jakiś czas, nim nie skołuje nas codzienność, zmienia strukturę świadomości, otwierając ją na nieopisywalny a dominujący fragment rzeczywistości. Człowiek czuje się, jakby żył tam, na dole, w płytkim, ale ponurym kłamstwie, które wszystko to, co zbyt trudne do przyswojenia, błyskawicznie przypisuje do kategorii fikcji". - s. 26

Od zarania dziejów spoglądamy w niebo. Wznosimy wzrok z zafascynowaniem, zauroczeniem, odpoczywamy, podziwiamy, pozwalamy myślom płynąć. Dzięki gwiazdom odnajdujemy drogę do domu, jesteśmy w stanie ustalić nasze położenie i właściwy kierunek podróży. To nocne niebo daje otuchę nawet tym, którzy znajdują się w trudnej sytuacji. Wszyscy mieszkamy pod jednym sklepieniem, dachem świata. Patrzymy na te same gwiazdy, dzięki temu wydajemy się być bliżej tych, za którymi tęsknimy. Od wieków marzyliśmy o tym, by wznieść się w przestworza. Latać jak ptaki. Gdy to osiągnęliśmy nasze marzenia poszły dalej. Zapragnęliśmy polecieć w kosmos, stanąć na Księżycu. Dziś coraz śmielej mówimy o locie na Marsa a kolonizacja innej planety wcale nie wydaje się wyjęta z filmu science fiction. Niebo zdaje się być bliżej niż kiedykolwiek. 

Coraz lepiej poznajemy nie tylko własną galaktykę, ale i inne miejsca wszechświata. Udoskonalamy sprzęt obserwacyjny, pragniemy odkrywać coraz to nowe gwiazdy. Naukowcy snują odważne plany i pomysły. Jednocześnie poznając niebo coraz łatwiej zrozumieć nam nas samych i zjawiska, które zachodzą na Ziemi. Sytuujemy się w bardzo konkretnym miejscu, spoglądamy w nieograniczoną dla naszych umysłów przestrzeń i bardzo mocno odczuwamy swoje miejsce we wszechświecie. To zmienia punkt widzenia, każe oceniać swoje działania całkiem inaczej, bardziej racjonalnie, perspektywicznie. Wziąć odpowiedzialność za to, co robimy tu i teraz, by móc iść wyżej i dalej. O tym i swojej fascynacji astronomią opowiada Joanna Maria Mikołajewska pracownik Centrum Astrologicznego im. Mikołaja Kopernika PAN w Warszawie.

Idąc dalej poznajemy historię rozwoju astronomii w pigułce oraz podboju kosmosu. Warto bowiem pamiętać, że rywalizacja między USA a ZSRR to nie tylko wyścig zbrojeń, ale wielka walka o to, kto pierwszy pojawi się na orbicie okołoziemskiej, a następnie zjawi się na Księżycu. O ogromnych nakładach finansowych, wsparciu geniuszy XX wieku, a także wielkich katastrofach i tym, co wpłynęło na realizację chyba najdroższego w historii projektu, dowiecie się z najnowszego numeru "Znaku". Przekonacie się również jak znacząco zmieniło się oblicze kosmicznych projektów, które są dziś bardziej międzynarodowe i oparte o współfinansowanie, jeśli nie finansowanie firm sektora kosmicznego. Dzisiejsza odsłona podboju kosmosu diametralnie różni się od tego, co było w przeszłości. To już nie tylko sposób na udowodnienie, kto jest najsilniejszy, ale realny projekt, mający na celu pokazanie wielkości człowieka, jego zdolności do pokonywania kolejnych barier, poszerzania swoich wpływów. To dalekosiężna i rozłożona na lata inicjatywa, w której biorą udział ludzie posiadający całkowitą świadomość tego, co poświęcają i jak wygląda bilans zysków i strat.

W końcu kosmos to ogrom piękna, które nie mieści się nam w głowie. Obserwowanie gwiazd pozwala poczuć własną znikomość, ale i wielki spokój, gdy trzepoczący umysł nagle zaczyna rozumieć, że przecież jest częścią czegoś nieskończenie wielkiego i pięknego. Chęć poznania nieba, nauka gwiazd układających się w konstelacje, odwiedzanie parków ciemnego nieba, w końcu zadzieranie głowy do góry, by napawać oczy magią gwiazd, to wszystko dostępne jest dla każdego. Wystarczy jedynie ruszyć się nieco i pozwolić sobie na szaleństwo spoglądania do góry w wiecznie zabieganym świecie. 



Wybieram kilka kosmicznych lektur na jesienne popołudnia, bo zafrapował mnie szaleńczy bieg ku podbojowi kosmosu i wielkie rozpościerające się nad moją głową niebo. Przeglądam katalog, znajduję odpowiednie tytuły, podchodzę do półki. Do domu zabieram trzy, które będą mi towarzyszyć. W codziennym pośpiechu decyduję się na "Astrofizykę dla zabieganych" Neila DeGrasso Tysona. Będę również czytać o tych, dla których kosmos nie jest już nieznaną przestrzenią. Andrew Smith i jego "Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na ziemię" opowiedzą mi o kosmicznych kowbojach i ich historii. Słyszałam już o tej książce i tym bardziej nie mogę doczekać się lektury. Na koniec kompendium wiedzy wprost od astronauty, czyli to co powinniśmy wiedzieć o kosmosie w pigułce. "Zapytaj astronautę. Wszystko, co powinieneś wiedzieć o podróżach i życiu w kosmosie" Tima Peake'a zapowiada się obiecująco. 

Tęsknię za moim rodzinnym Podkarpaciem, gdzie jakoś łatwiej obserwować gwiazdy niż w stale zabieganej i pokrytej siatką lotów stolicy. Brakuje mi spokojnych wieczorów i sycenia wzroku migotliwym światłem gwiazd. Tej świadomości, że jestem znikoma, a jednak mam swoje miejsce pod niebem. I ciągle marzę o asyskim firmamencie, o którym Roman Brandstaetter pisał:

 "Noce są ciche i pełne aniołów. Te noce oswajają człowieka z gwiazdami i uczą go modlić się milczeniem. Wystarczy o północy stanąć na Piazza Vescovado, gdzie ongi przed wiekami dokonało się dziwne misterium franciszkańskie, oczy wznieść ku gwiazdom a cała nasza modlitwa wyrazi się w jednym spojrzeniu. Ludzie, którzy zapomnieli się modlić, powinni pielgrzymować do Asyżu. Modlitwa sama na nich spłynie. Takich nocy jak w Asyżu nie ma nigdzie na świecie. Pozbawione tragizmu ciemności przechodzą spokojnie przez miasteczko jak kierdel czarnych owiec. Pod osłoną nocy nie dzieją się tutaj żadne dramaty. Nikt w nikogo nie godzi. Nikt przeciwko nikomu nie spiskuje. Noc jak łuk przymierza łączy człowieka z człowiekiem." (Roman Brandstaetter "Kroniki Assyżu").

Patrzenie w niebo, oglądanie gwiazd nierozerwalnie odsyła do myślenia o tym, co wieczne i co przemijające. Przypomina powiedzenie Immanuela Kanta "Niebo gwieździste nade mną, prawo moralne we mnie". Niezmiennie nasuwa skojarzenia z Bogiem. Od początku pontyfikatu papież Franciszek bezustannie nawołuje do zrobienia rabanu w Kościele. Jeśli chcecie odsłonić oblicze owego "zamieszania" odsyłam was do książki Mirosława Wlekłego "Raban! O kościele nie z tej ziemi". Trzeba przyznać, że mamy problem w pojęciu idei owego rabanu. Wychodzeniu poza schematy, otwieraniu się, rozumieniu i przyjmowaniu słów obecnego następcy św. Piotra. Widać to w oporze wobec pewnych zachęt czy nawet dokumentów. Nad sytuacją osób w ponownych związkach i praktyką duszpasterską zaproponowaną w adhortacji "Amoris Laetitia" pochyla się ks. Eligiusz Piotrowski. Naświetla ważny temat osób pragnących być w Kościele i szukających Boga mimo trudnej sytuacji rodzinnej i osobistej. Oliwy do ognia dolewa również postać Cornela Westa aktywisty, filozofa, intelektualisty, który głośno i wyraźnie nawołuje do zmian, krytykuje zarówno poprzedniego jak i obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, domaga się wysłuchania osób zepchniętych na margines. Mówi głośno, wyraźnie, jest tam, gdzie ktoś potrzebuje pomocy, gdzie łamane są podstawowe prawa i potrzeba najzwyczajniej w świecie dobra i życzliwości. Stawia pytania o to czym jest człowieczeństwo i jego ideę odnajduje w postaci Jezusa i Jego czynach.

Jeśli chcecie poczytać więcej o Kościele i tym, jak wyglądał niegdyś i co dziś powinniśmy zmienić, gorąco polecam Wam książkę ks. Grzegorza Strzelczyka "Kościół. Niełatwa miłość". Ta krótka publikacja przekazuje informacje, których nie wyniesiecie z lekcji religii, a które dają szansę zrozumieć to, co dzieje się dzisiaj. Prześledzić rozwój Kościoła i zauważyć, dlaczego zmiany są tak potrzebne. Następnie polecam lekturę "Łobuzów" Grzeszników mile widzianych", w których ks. Grzegorz Kramer i Piotr Żyłka rozmawiają z Łukaszem Wojtusikiem o tym, co dziś boli w Kościele po obu stronach ołtarza. Niepokorne dusze bohaterów głośno i wyraźnie mówią, co leży im na sercu i zachęcają do aktywności w relacji parafia - parafianin. Z niecierpliwością czekam również na zapowiedziane na listopad "#wrzenie" czyli książkę Karoliny Korwin Piotrowskiej i ks. Grzegorza Kramera. 



Październikowy numer "Znaku" to również podróż na Kubę. Niepokojąca i dziwna to wyprawa, w której Ola Gracjasz opowiada o miejscowych wierzeniach  i praktykach, podczas których dochodzi do opętania. Dowiecie się, skąd wypływa popularność przerażających seansów rodem z horroru, uznawanych są za element uduchowienia. Ponieważ tegoroczny październik to oczywiście czas wyborów nie mogło zabraknąć podsumowania ostatnich czterech lat rządów PIS-u. Jeśli interesuje Was polityka, w "Znaku" czekają  dwa teksty. Zachęcam również do lektury cyklu "Pod niskim niebem - o kulturze Holandii", w którym możecie przeczytać o Johannesie Thopasie. Na koniec zaś ogromnie ważna rozmowa o burzeniu barier w dostępie do kultury osób niepełnosprawnych, kompleksowym planowaniu i włączaniu wykluczonych nie tylko w odbiór, ale i tworzenie szeroko pojętej sztuki - czytając "Znak" nie przegapcie "Kultury dostępnej dla wszystkich".

Czytajcie, zadzierajcie głowy do góry, bujajcie w obłokach, spoglądajcie w gwiazdy, czyńcie dobrze i korzystajcie z kultury. A na zakończenie kilka nut. 






Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Redakcji Miesięcznika "Znak".




środa, 16 października 2019

Sławomir Wernikowski "Passacaglia"


"Ciąłem bezbronne powietrze uderzeniami klawiszy, a niebiosa załamywały się pod ciosami, jakie zadawałem pedałom. Moje dźwięki wracały do mnie odbite i potrzaskane, a ja odprawiałem je w nicość jeden za drugim. Byłem już tylko ja i ściana dźwięku, odgradzająca mnie od pamiętania o świecie, od pamiętania o ludziach, od pamiętania o sobie. (...) Uwielbiałem to oszustwo. Poddawałem się mu. Rozdmuchiwałem nadzieję, że przeznaczenie można oszukać, że nie wszystko jeszcze stracone, że teraz po wsze czasy przyszło nam się radować, nie pamiętać o śmierci, cierpieniu, przemijaniu." - s. 33

Życie pisze najciekawsze scenariusze. Nieraz człowiek nie wpadłby na to, co go spotyka. Czasami nawet technika płata takiego figla, że nie wiadomo, co powiedzieć. Książka, o której opowiem trafiła do mnie przez chochlika, wujka Googla, który uparcie twierdził, że ją zrecenzowałam i powinnam mu za ten upór podziękować. To dzięki niemu mogłam zapoznać się z "Passacaglią" Sławomira Wernikowskiego. A było to naprawdę przyjemne i wartościowe doświadczenie czytelnicze, ale po kolei.

Zwykłe polskie miasteczka, podwórka, mniej znane na mapie miejsca. Spokojne, może czasami nieco senne a w nich historie ludzi, które poznaje czytelnik. Genialny muzyk mieszkający na odludziu z niewiadomych nikomu przyczyn. Ot, taka fanaberia zdziwaczałego geniusza, którego odwiedza bezczelny i wszechwiedzący młodzieniec. Opowieść o legendarnej ciotce, będącej opiekunką dziesiątek maluchów. Niani idealnej, dla której nie było zbyt krnąbrnego dziecka. Wychowawczyni pokoleń, znanej w całym mieście i polecanej sobie pocztą pantoflową. Dziwne spotkanie niezwykłego samouka i prostytutki w pewnej piwnicy, zaowocuje mocną wymianą zdań. Urodziny bohatera zamienią się w ożywioną dyskusję, której przyczyny czytelnik będzie starał się dociec. Niejasna sprawa pewnego piosenkarza, nad którą policja łamie sobie głowę. Krzyk nieodnalezionej i niewidzianej dziewczyny zmienia całe życie muzyka a przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości musi zdecydować, co dalej. Podroż nad morze dwójki nieznajomych. On wychowawca na kolonii, ona turystka. Różni ich niemal wszystko, choć podskórnie zdają się mieć ze sobą więcej wspólnego niż mogliby przypuszczać. Kilka godzin w samochodzie pozwala im zadać sobie ważne pytania. Historia egzaminu z prawa rzymskiego. Rzecz o wykładowcy i studencie, będąca w rzeczywistości walką nierównorzędnych sił. W końcu opowieść o straconych szansach, żalach, przeszłości, która już nie wróci i związku młodego artysty z ambitną kobietą. Ona chce cofnąć czas, uratować to, co odeszło, co straciła przez własną krótkowzroczność i głupotę, on uważa rozdział za zamknięty a osobę, którą niegdyś kochał za martwą. Czy uda im się odnaleźć wspólną drogę?



Siedem krótkich, ale treściwych historii. Migawek z codzienności tętniących życiem i emocjami. Mikroobrazów, które aż kipią życiową energią i mnogością uczuć. Autor wpuszcza czytelnika do życia bohaterów zaledwie na kilka godzin. Wrzuca ich do świata, w którym postaci są niemal jak aktorzy. Wychodzą i śmiało wypowiadają swoje kwestie. Nie krygują się, nie przybierają fałszywych masek, chyba że wymaga tego profesja. Potrafią mówić dosadnie, szczerze, nie zważając na konwenanse. Nie boją się urazić współrozmówcy. Są hardzi, momentami bezczelni, silni, bawią się swoją przewagą, ale nie są źli. Umiejętnie żonglują słowami, odczytują emocje, gesty, milczenie, czytają między wierszami. Wydają się być takimi, jakimi nieraz chcieli byśmy być. Pewnymi siebie, inteligentnymi, znającymi siebie na tyle, by mieć zaufanie do swoich reakcji, gestów i słów. To indywidualiści, którzy zdają się wymykać schematom i społecznym ograniczeniom. Wyróżnia ich cięty język, namysł, nietuzinkowość, choć z pozoru nie wydają się w żaden sposób wyjątkowi. Pokazują, że czasami rozmowa jest naprawdę trudną sztuką, że wyjście poza swój punkt widzenia wymaga odwagi, otwartości i pokory, a nie każdego na nie stać. Bywa, że słowa odbijają się od drugiego człowieka i upadają na ziemię, niezrozumiane, przebrzmiałe.

Sam świat opowiadań Sławomira Wernikowskiego jest zbudowany oszczędnie, zarysowany jedynie do potrzeb opowieści. Nie ma zbyt wielu szczegółów. Tyle, by móc umiejscowić akcję i spójnie opowiedzieć historię. Autor skupia się bardziej na opisaniu bohaterów i ich zmagań. Oddaje czas temu, co najważniejsze i robi to z wielką gracją. Bardzo sprawnie posługuje się językiem. Czasami jest on jak muzyka, opatula, uwodzi, by następnie wrzucić czytelnika w wir emocji. Napięcie narasta. Pod kolejnymi wypowiedziami gromadzą się kolejne odczucia, które zaczynają wrzeć, by w końcu wybuchnąć. Struktura opowiadań Sławomira Wernikowskiego przypomina nieco grę bohatera z tytułowego, otwierającego zbiór opowiadania. Autor, gdy trzeba, tworzy spokojny obraz, by następnie zmienić go w rozszalałe morze. Posługuje się językiem sprawnie i lekko, zachowując ciężar gatunkowy wydarzeń. Na niewielu stronach zawiera skondensowane i wciągające historie. 


Pisanie opowiadań wymaga pewnego rygoru, zdolności językowych, pohamowania gawędziarstwa. Trzeba niemal matematycznej precyzji, by skonstruować dobre opowiadanie zarówno pod względem fabularnym, emocjonalnym jak i językowym. A autorowi się to udaje. Czuje się w krótkich formach pewnie. Wydają się wręcz stworzone dla niego. Kolejne opowieści snute są z lekkością, kiedy trzeba literackim a innym razem dosadnym językiem. Z tym narzędziem pisarz bardzo dobrze sobie radzi. Czytelnik poznaje wycinek życia, zaledwie obrazek kilkunastu bohaterów. Przeżywa z nimi wspólnie krótkie chwile. Zżywa się, co również jest niezwykle trudne przy tak niewielkiej formie. I choć odczuwa się podskórnie teatralność tej prozy, to zapada ona w pamięć. Eksponuje problem i zostawia czytelnika z pytaniami, które domagają się odpowiedzi. Z chęcią snucia dalszych losów bohaterów.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Autorowi. 

Sławomir Wernikowski, Passacaglia, wyd. Forma, Szczecin 2019.

sobota, 5 października 2019

Maja Wolny "Jasność"




"Człowiek straszliwie się rozpanoszył na planecie, którą uznał za swoją. Wierci dziury w poszukiwaniu surowców, spala tony śmieci lub topi je w oceanie. Żyjemy na olbrzymim wysypisku pełnym cywilizacyjnych wymiocin. Czytelnicy tej gazety dobrze wiedzą, że nie jestem nawiedzonym ekologiem, tylko realistą. Tak jak ja, obserwujecie Państwo na co dzień, co się wyprawia w pogoni za zyskiem albo po prostu z lenistwa, z rozpędu, z czystej inercji." - s. 63

Serial "Czarnobyl" rozpalił wyobraźnię jednych, dla innych był dobrą lekcją historii. Fascynował, przyciągał, zdobył uznanie. Przedstawił jedną z największych katastrof, jakie wydarzyły się w ciągu wieków. Mistrzowsko obrazował bezradność osób próbujących ratować ludzi i całą naszą planetę, poświęcających się dla społeczeństwa i przyszłych pokoleń. Odkrył oblicze partii, dla której fałszywa propaganda była ważniejsza niż przyszłość ludzkości. W końcu wyjaśniał, dlaczego doszło do katastrofy, której przecież można było uniknąć. Tragedii, która i dziś, mimo lat, ma wpływ na nasze życie.

Jeden dzień zmienił wszystko. Było jak w 1986 roku w Czarnobylu. Wybuch, panika, dezorientacja. Służby działały jednak metodycznie, a potem już nic nie było takie same. Pożegnano ofiary, a osoby, które znalazły się w Bethlem brytyjskim miasteczku odesłano do specjalnych ośrodków. To w nich kobiety wraz z córkami miały wracać do zdrowia pod czujnym okiem najlepszych specjalistów. Coś jednak jest nie tak. Rutyna, w którą wrzucono pacjentki budzi podejrzenia, nie wiadomo dokładnie czy terapia i leczenie dają rezultaty. W relacjach bohaterów wyraźnie pobrzmiewa jakaś fałszywa nuta. Nakładają się na siebie warstwy opowieści, które nie współgrają. Tworzą całkiem różne, nieprzystające do siebie obrazy. To co najważniejsze owiane jest mgłą tajemnicy, skrywane pod półsłówkami, przedstawiane niejasno. Kto kłamie? Gdzie kryje się prawda i czy można wierzyć osobom, które przeszły tak wiele, że zespół stresu pourazowego nie jest im obcy. 

Niszczymy planetę nawet nie zastanawiając się nad losem przyszłych pokoleń. Ekolodzy grzmią, a jednak ich wysiłki nie są wystarczające. Za wolno rezygnujemy z foliówek, ograniczamy plastik zastępując go ekologicznymi torbami, bambusowymi słomkami, stalowymi pojemnikami. Nie zwracamy uwagi na emisję gazów i produkcję odpadów. Jesteśmy rozrzutni i niefrasobliwi. A gdyby tak nagle planeta zaczęła się buntować? Maja Wolny przedstawia przerażającą wizję, w którą wchodzimy krok po kroku. Początkowo wiadomo, że wybuch elektrowni atomowej skaził środowisko w Anglii. To jednak wierzchołek góry lodowej. Zmiany klimatu i ich następstwa są porażające. To już nie ta Ziemia, którą znamy. Ludziom coraz trudniej egzystować, a to co dotychczas było standardem, staje się luksusem dostępnym dla nielicznych. Decyzje rządu nie pozostawiają wątpliwości, przyzwyczajenia trzeba  drastycznie zmienić. Konieczne jest dostosowanie się do nowych warunków. Niby dzieje się to stopniowo, ale tempo zmian narzucanych Anglikom wydaje się zastraszające.


Przyroda burzy się, staje nieprzewidywalna. Zaczyna brać górę nad człowiekiem nawykłym do wygodnego trybu życia. Ograniczenia i wyrzeczenia są obligatoryjne. Obserwujemy kształtowanie się nowego ładu będącego połączeniem reżimu z mocnym akcentem ekologicznym. Czytelnik zostaje wrzucony do świata, w którym społeczeństwo zdaje się rozumieć powagę sytuacji. Z napięciem, niedowierzaniem i niesmakiem odkrywamy działania rządu, który kawałek po kawałku zabiera obywatelom znany im świat, prawa a nawet produkty. Sam sposób decydowania o życiu Anglików pozostawia wiele do życzenia. Niby nadal mamy demokrację, ale wydaje się ona jedynie mrzonką. Nikt jednak nie protestuje, władza mami "poddanych" dobrotliwym obliczem, propagandowymi tekstami, bezlitosnymi regulacjami narzucanymi z góry. Nie podporządkujesz się, stracisz niemal wszystko. Kary nie mają ludzkiego oblicza, nie zważają na okoliczności. Potulnie zginasz kark albo cierpisz. Innego wyjścia nie ma. Nie ma miejsca na dyskusję.

Choć opowieść o tym, co dzieje się poza ośrodkiem Bethlem to jedynie część książki, można powiedzieć wątek drugoplanowy, to doskonale ukazuje procesy znane z kart historii. Pisarka wnikliwie przedstawia mechanizmy propagandy, wybór odpowiednich ludzi, mających manipulować Anglikami. Zwraca również uwagę na kontrastowanie wyspy z innymi państwami, podkreślanie jej wyjątkowości i wyższości. Przestrzega przed tym do czego można wykorzystać najsłuszniejsze nawet hasła, Pokazuje jak zniewolić ludzi we współczesnym świecie.

Powieść trzyma w napięciu do ostatnich stron. Niemal do końca nie wiadomo czy opowieść Romy to wytwór chorej wyobraźni czy rzeczywistość. A może prawda leży gdzieś pośrodku? Zagłębiając się w lekturę powoli odkrywamy kolejne elementy układanki. Próbujemy stworzyć pełny i spójny obraz, co nie jest łatwe, bo rolę narratorów przejmuje kilka osób. Każda z nich zwraca uwagę na inne aspekty historii, przez co długo kluczymy, starając się poznać bieg wydarzeń i ich następstwa. Autorka zaskakuje nawet pod sam koniec książki, wprowadzając twist fabularny, którego kompletnie się nie spodziewałam. Gdy jednak wszystko stało się jasne, miałam poczucie, że jednak trochę tego za dużo, że fabuła jest lekko przekombinowana. Nie mogę powiedzieć, by okazała się  kompletnie nieprawdopodobna, choć ilość wysiłku włożona w realizację planu jest iście tytaniczna. Jednak coś nie zagrało. Nie zgodziłabym się również z porównaniem książki do "Opowieści podręcznej". To moim zdaniem zbyt daleko idące wnioski. Główne bohaterki tych powieści znalazły się bowiem w dwóch różnych sytuacjach. Owszem, obie miały ograniczoną możliwość decydowania o sobie, ale sama ich historia to dwa odrębne byty. Owszem z pewnymi punktami wspólnymi, ale jednak z natury inne.


"Jasność" to niewątpliwie książka idealnie nadająca się do przeniesienia na wielki ekran. Napisana dobrym językiem, rzekłabym zagranicznym stylem, z intrygującym czytelnika pomysłem. Autorka umiejętnie stopniuje napięcie, odkrywa kolejne karty. Specjalnie miesza relacje, by zaciemnić obraz rzeczywistości, utrudnić czytelnikowi zadanie. Tworzy ciekawe, różnorodne, kierujące się swoimi priorytetami postaci. Nie ma tu czarno-białych, papierowych bohaterów. W niemal każdym z nich kryje się jasność i ciemność, światło i mrok. Część pragnie jedynie lepszego życia, uznania, sukcesów, władzy. Inni są nastawieni na pomoc bliźnim czy przetrwanie. W końcu są też i ci, którymi kierują niezdrowe pobudki. "Jasność" to powieść na naprawdę wysokim poziomie, który nieco psuje końcówka. Nie chodzi o to, że czytelnik nie znajduje odpowiedzi na wszystkie kotłujące mu się w głowie pytania, ale o fakt, że odnosi się wrażenie, że pisarka przedobrzyła. Zakończenie pozostawia liczne wątpliwości i dobrze. Jednak sama intryga okazuje się tak zawiła, że momentami aż balansująca na granicy prawdy i fikcji, rzeczywistości i absurdu. A jednak gdzieś w głowie brzmi mi zdanie, że człowiek jest w stanie posunąć się do wszystkiego, by zdobyć to, czego pragnie. Stąd moje mieszane odczucia.

Książka Mai Wolny to dobra lektura dla tych, którzy lubią powieści postapokaliptyczne. Owszem fani Margaret Atwood znajdą tu coś dla siebie, ale byłabym ostrożna z porównaniami i nie kierowała się nimi, bo nie są za dobre. Każdy autor jest inny, ma swój styl, pomysł na fabułę i niech tak pozostanie. Jeśli lubicie powieści pełne niejasności, napięcia, przepełnione atmosferą katastrofy, osaczenia to "Jasność" powinna przypaść Wam do gustu. To dobra i co ponownie podkreślę, naprawdę dobrze napisana książka, której tajemnicę będziecie chcieli poznać. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mando . 

Maja Wolny, Jasność, wyd. Mando, Kraków 2019. 



sobota, 21 września 2019

Krótka refleksja o relacjach z frontu czyli co przeczytałam w 772 numerze Miesięcznika "Znak"




"Pojechałem na wojnę wiedziony prostackim, choć poważnym przekonaniem, że trzeba umieć patrzeć na wszystko. Poważnym, bo wprowadziłem je w czyn, a prostackim, bo nie wiedziałem - dopiero wojna mnie tego nauczyła - że jesteś tak samo odpowiedzialny za to, na co patrzysz, jak za to, co robisz." - s. 5

Jest w nas jakiś głód informacji. Zawsze chcemy wiedzieć, co dzieje się na świecie. Ludzkość od zarania dziejów jest ciekawa tego, co jątrzy daną społeczność, co słychać się w najbliższej okolicy, jak wygląda życie w odległych krajach. Słuchamy o rozwoju kultury, literatury, muzyki, filozofii, śledzimy odkrycia i działania zbrojne. Trzymamy rękę na pulsie, by nic nie uciekło naszej uwadze. Obecnie mamy znacznie łatwiejszy dostęp do informacji niż kiedyś. Nie oznacza to jednak, że wiemy wszystko. Wydaje się, że właśnie teraz musimy być bardziej czujni niż dawniej. Natłok informacji, odmienne narracje, sprzeczne doniesienia, fake newsy, to wszystko sprawia, że łatwo się pogubić.  Trudno nam stwierdzić, co jest prawdą a co kłamstwem. Coraz więcej osób potrzebuje szkolenia z tego, jak ocenić czy informacja jest wiarygodna. Mnogość mediów daje nam niemal nieograniczoną szansę bycia tu i teraz. Znalezienia się niemal w samym oku cyklonu historii, która dzieje się na naszych oczach. W zalewie doniesień możemy jednak czuć się nieco zagubieni. Wtedy zawsze warto kierować się ku sprawdzonym źródłom.

Żyją na walizkach, w ciągłych rozjazdach. Ich nieodłącznymi towarzyszami są adrenalina, dyktafon lub notatnik, aparat oraz żyłka hazardzistów a może lepiej byłoby powiedzieć, potrzeba szukania prawdy i dzielenia się nią z innymi. Przemierzają tysiące kilometrów, poświęcają godziny a nawet tygodnie na budowanie zaufania. Docierają tam, gdzie inni nigdy by nie zaglądnęli. Nie straszne im okopy, świszczące kule, wstawanie przed świtem, podróże z wojskiem, świadomość tego, że mogą stracić życie. Czasami paradoksalnie pomaga im skromny budżet czy pochodzenie z tej "gorszej" części Europy, innym razem płeć. Pracują samotnie lub podróżują w grupach. Wielu z nich zna się i lubi. Weryfikują każdą przekazywaną informację, by nie wprowadzać nikogo w błąd. Bywali cenzurowani, uciszani, piętnowani. Przekraczali granice zarówno strachu, jak i poprawności politycznej. Wielu z nich łamało tabu, kształtowało nowe spojrzenie na świat. Swoją pracą wołało o zmiany, przebudzenie. Dziś, pomimo tylu udogodnień technicznych ich praca jest dużo trudniejsza. To właśnie postęp zabiera im możliwość wyjazdów, które niegdyś były sponsorowane przez redakcje. Środki masowego przekazu, w szczególności internet i chęć do bycia "sławnym" sprawiają, że korespondentom wojennym jest coraz trudniej. Zdarza się, że sami sponsorują swoje wyprawy biorąc kredyt. Częściej niż prasowe relacje piszą długie reportaże wydawane w formie książki. Bywa, że chce się ich zastąpić żądnymi przygód i tańszymi twórcami internetowymi.

Tymczasem praca korespondenta wymaga przygotowania, znajomości historii, polityki, świadomości tego, że bierzemy odpowiedzialność za przekaz, który wysyłamy w świat. Etyka dziennikarska i dobre pióro, tym powinni kierować się piszący. Ich teksty na przestrzeni wieków zmieniały świat. Kształtowały opinię publiczną, wpływały na decyzje podejmowane przez rządy. Nie sposób przecenić ludzi, którzy byli i wierzę, że nadal są naszym oknem na świat i jego problemy. O tym, czym jest codzienność korespondenta wojennego przeczytacie we wrześniowym numerze Miesięcznika Znak. Dowiecie się, dlaczego Wojciech Jagielski uważa, że jest to praca dla samotnych, choć to właśnie najbliżsi pomagają przetrwać trudne chwile. Przekonacie się, co Winston Churchill przeżył podczas wojny burskiej i jak zmieniała się rola korespondentów.



Jednak nie tylko słowa oddziałują na ludzi. Często jeden obraz potrafi przekazać więcej niż tysiące najmądrzejszych zdań. Każda dziedzina ma swój język, którym oddaje informacje oraz emocje. O tym, że fotografia ma wielkie znaczenie nie trzeba nikogo przekonywać. Wystarczy odwołać się do najsłynniejszych zdjęć, które zmieniły świat. Często to właśnie one były bodźcem do publicznej debaty dotyczącej palących problemów. To fotografie dawały prawdziwy obraz tego, czego społeczeństwo nie mogło zobaczyć na własne oczy. Fotoreporterzy podobnie jak korespondenci noszą na swoich barkach ogromny ciężar odpowiedzialności. Nieraz ryzykują życiem, spędzają godziny w okropnych warunkach, znajdują się w samym centrum wydarzeń, by uchwycić "ten" jeden konkretny moment, który zapisze się na kartach historii. Czasami za niezapomniane kadry przychodzi im płacić najwyższą cenę, innym razem przeżycia kładą się cieniem na ich przyszłości. Zdarza się i tak, że wyłamują się z kodeksu i naginają rzeczywistość do swoich potrzeb. I tu pojawia się najważniejsze pytanie, gdzie leży granica, której nie wolno przekroczyć. Kiedy mówimy o fotorelacji czy migawkach o charakterze reportażowym, a kiedy o fotografii, stylizowanej przez autora. O kilku ważnych zdjęciach i losach ich twórców poczytacie na kartach Znaku.

W miesięczniku znajdziecie także kilka tekstów o kondycji Kościoła katolickiego w Polsce. Papież Franciszek stale nawołuje do zmiany oblicza Kościoła. Kraje coraz bardziej się laicyzują, a my tkwimy w nieco dziwnym przekonaniu, że wspólnota wiernych, a w zasadzie jej hierarchowie i struktury są w Polsce atakowane. Przespaliśmy moment zmian, transformacja ustrojowa pozwoliła na odetchnięcie, że oto wygraliśmy z komuną i wszystko już jest dobrze. Tymczasem reportaż Tomasza Sekielskiego zatrząsł ugruntowaną opinią i wywołał lawinę komentarzy. Przy okazji problemu pedofilii wypłynęły również inne słabości strukturalne. Mnogość uczelni, które nie zawsze zachowują wysoki poziom nauczania, przekazywanie wiary jako elementu spuścizny kulturowej niezrozumiałe dla młodych, brak osobistych świadectw, nostalgia za prawdziwymi dysputami akademickimi, pomijanie przez niektórych zaleceń episkopatu. To tylko część z opisywanych zjawisk i nietrudno nie zgodzić się z ks. Grzegorzem Strzelczykiem, że wkurzamy się a część kapłanów robi to razem z nami. Bo trzeba reform pewnych sfer, większej otwartości i docierania do młodych.  Prawdy i wymagań. Mówienia przede wszystkim o Ewangelii, jasnego wykładania podstawowych prawd wiary. Pokazywania piękna Dobrej Nowiny, a nie ucinania pytań odwiecznym "Tak ma być" czy zbywania problemów orzeczeniem o "ataku nieprzychylnych środowisk".


Dalej przeczytacie o tym, co gra w bułgarskiej duszy i może łatwiej będzie wówczas zrozumieć przesyconą nostalgią powieść "Fizyka smutku", w której Geogri Gospodinow czaruje słowem. To dobry początek do zgłębienia tego, co obecnie dzieje się w kraju, który był niegdyś wakacyjnym rajem. Może i Was podobnie jak mnie zaskoczy historia o Baj Ganjo, swoistym homo balcanicus, który niczym nasz rodzimy Nikodem Dyzma nadal wspina się po szczeblach kariery, skupiony jedynie na sobie i własnej grze. Z Bułgarii przenosimy się do Ukrainy, bohaterki powieści "Internat" Serhija Żadana. Państwa, w którym nadal tli się konflikt, gdzie mieszają się interesy państw, polityczne podchody. To tu pojawiają się nieznani żołnierze, których nie można zidentyfikować  i przymuszani do działań zbrojnych młodzi poborowi. I ciągle w głowie odzywa mi się zdanie "Józef Stalin tak żonglował narodowościami i w taki sposób osiedlał różne grupy etniczne, by w odpowiednim momencie możliwe było wywołanie konfliktu. (s.50)". Właśnie o tym echu przeszłości i jego wpływie na życie prostych ludzi opowiada Małgorzata Nocuń.

Miłośnicy twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego również  znajdą coś dla siebie. Czytając tekst Jana Tokarskiego przypomniało mi się opowiadanie "Wieża", w którym mowa o walce nadziei z rezygnacją, by nie rzec z beznadzieją. To niemal filozoficzne spojrzenie na to, czy własne pragnienia można realizować kosztem drugiego człowieka, rzecz o dorastaniu do brania odpowiedzialności za swoje czyny i pogodzeniu z losem. W końcu zaś to historia o wierze, relacji człowieka chorego, którego pod pewnymi względami można porównywać z osamotnionym Chrystusem na krzyżu. Jeśli maci dalszy apetyt na kulturę zachęcam do lektury tekstu o Czapskim. Koniecznie zaś zapoznajcie się z "Instrukcją obsługi ciszy nocnej". Myślę, że pozwoli ona nieco inaczej spojrzeć na otaczający nas świat i to, jak sami żyjemy, często może nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że wpływamy na otoczenie bliźnich. Na sam koniec przewrotny tekst Filipa Springera o tym, jak krótkowzroczność wpływa na teraźniejsze życie i przyszłość naszych bliskich. Wtuleni w doczesność nie zadajemy głośno pytań o los potomków, nie zwracamy należytej uwagi na efekty prowadzonych działań, brak nam zdolności przewidywania, a może po prostu nie chcemy słyszeć, że należy się zatrzymać i zacząć zmieniać świat od siebie. Nie godzimy się na wyrzeczenia i rezygnację z wygodnego stylu życia, w końcu jesteśmy tu jedynie kilkadziesiąt lat, a co będzie później? Czy to nasz problem?



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Redakcji Miesięcznika "Znak".

sobota, 7 września 2019

Katarzyna Olubińska "Puste miejsca"




" (...) o. Krzysztof Pałys OP zaskoczył mnie odkrywczą myślą, że nawet w dniu, w którym wydaje się, że nie mamy czasu, możemy ten czas dla Boga "wyszarpnąć". Sposób? Są to - jak nazwał je ojciec Krzysztof - te wszystkie na pozór "puste momenty". Czyli takie chwile w ciągu dnia, kiedy patrzysz, jak gotuje się woda na kawę, idziesz na tramwaj, biegniesz na metro, stoisz w korku, jedziesz windą lub czekasz na poczcie. To również te momenty, w których przeżywasz spontaniczną radość albo ukrywasz się w czterech ścianach i walczysz ze swoją samotnością i smutkiem. Kiedy pozornie nic się nie dzieje. Kiedy nie dopuszczasz myśli, że w takiej zwyczajności możesz myśleć o Bogu. A On z tobą jest. Cały czas. I bardzo czeka na twoje choćby jedno słowo."  - s. 8-9

Zabiegana codzienność, gdy minuty nieubłaganie pędzą na złamanie karku, gdy nie wiadomo kiedy mija dzień, słońce chyli się ku ziemi, a my ze zdziwieniem stwierdzamy, że nastał wieczór. Poranny bieg do autobusu czy metra. Przyspieszam, bo wszyscy wokół poruszają się w zaawansowanym tempie. Szybko wypita kawa, potem praca. Godziny, które często sama nie wiem, kiedy mijają, innym razem zdają się stać. Powrót w korkach, zakupy, lektura w autobusie, obiad, prasowanie, obowiązki domowe i już minął dzień. Jestem zmęczona, opadają ze mnie całodzienne emocje, wszystkie sytuacje, które nadszarpnęły moje nerwy, stres, że tyle jeszcze do zrobienia a przecież już tak późno. Kolejne sprawy pozostały nietknięte. Jak w tym wszystkim znaleźć czas dla Boga?

To samo pytanie zadaje sobie Katarzyna Olubińska. Dziennikarka doskonale zna tryb życia wielkiego miasta, które pożera mieszkańców i nie zostawia im wiele czasu na życie. Jak sama zauważa, myślimy, że czas na modlitwę w ciągłej gonitwie, to luksus dla wybranych. A jednak daje nadzieję. Analizuje pewne sytuacje, pisze o tych momentach, które dosłownie każdy ma w swojej codzienności. Pozwala odnaleźć chwile, o których nawet byśmy nie pomyśleli lub myślimy rzadko. A przecież można je przeznaczyć na modlitwę. 

Mocnym punktem "Pustych miejsc" jest to, że króciutkie teksty Katarzyny Olubińskiej są jak przebłyski. Pstryk! I pokazuję ci, że możesz porozmawiać z Bogiem, nawet jeśli ta modlitwa jest bardzo krótka. Doskonałym punktem wyjścia jest wpuszczanie Boga do spraw codziennych, włączanie Go w nasze życie, a nie izolowanie. Bóg, o którym mówimy, to Bóg spraw codziennych, tych trudniejszych i bardzo poważnych, ale i tych małych i na pozór błahych. To Ktoś czekający na rozmowę, a przecież z przyjacielem można rozmawiać o wszystkim. Czytając tę publikację uśmiecham się. Widzę w niej trochę poradnik o tym jak zacząć się modlić i budować relację z Panem. Od najprostszych króciutkich westchnień i angażowania Boga w codzienność zaczyna się prawdziwa modlitwa, która urasta potem do dłuższych medytacji, pracy z Pismem Świętym i zrozumienia, że Bóg jest we wszystkim, co dzieje się w naszym życiu. 

Puste miejsca to momenty czekania na spotkanie, środek komunikacji miejskiej, skasowanie zakupów, przyjazd windy. To mikromomenty, które towarzyszą każdemu. To wezwania, gdy coś idzie nie tak, gdy przeżywamy smutek i zmartwienia i pragniemy je komuś powierzyć. Czas, w którym jest trudno i często płynął łzy, to także Boży czas. Pana odnajdujemy w niczym niezmąconej ciszy. Momentach, gdy do głosu wyraźnie i głośno dochodzi nasze sumienie. Kiedy można spokojnie odetchnąć, otworzyć szeroko ramiona, poczuć się wolnym, całkowicie bezpiecznym. Są nimi chwile, przyjmowania i dzielenia się uśmiechem, rozdawania dookoła pięknej radości. W końcu to czas wolny, poświęcony na odpoczynek, celebrowanie więzi z bliskimi, robienie rzeczy, które sprawiają nam przyjemność.



Gdy myślimy o pustych miejscach, zazwyczaj odczuwamy niepokój. Kojarzymy je z pustką, którą momentalnie, niemal newralgicznie trzeba zapełnić, jakby była czarną dziurą gotową pochłonąć wszystko. Tymczasem autorka "Boga w wielkim mieście" wydaje się mówić, że to nasza przestrzeń, którą należy zacząć dostrzegać, doceniać i dobrze zagospodarować. To nie płaszczyzna świadcząca o jakimś braku, ale pole do budowania relacji z Bogiem, włączania Go w swoje życie w najprostszy i  najpiękniejszy sposób. W Kościele praktykujemy akty strzeliste. Puste miejsca nadają się do nich idealnie, ale dziennikarka idzie o krok dalej. Zachęca do stawiania pytań o wiarę, rozmawiania z Bogiem jak z przyjacielem. Nie ma już wymówek. Zawsze masz czas na to, by porozmawiać ze Stwórcą, nawet jeśli wydaje ci się, że jest całkiem inaczej. 

Nowa książka Katarzyny Olubińskiej jest swego rodzaju dziennikiem duchowym. Poza tekstami autorki, które krótko i często poetycko opisują zdarzenia rozjaśniające codzienność i pozwalające w niej odnaleźć Pana, jest tu w większości miejsce na własne notatki i przemyślenia. To właśnie odnalezienie i wypełnienie tych pustych miejsc jest najważniejszym przesłaniem książki. I nie chodzi o zwyczajne zapełnienie stron, ale takie, które oddaje ducha posiadacza publikacji. Nie ma bowiem jednej instrukcji na to, jak prowadzić swój dziennik korzystania z pustych miejsc. Można odnosić się do wybranych fragmentów Pisma Świętego, opisywać zdarzenia, notować cytaty czy spisywać wydarzenia, które nas poruszyły, rysować, wklejać fotografie, obrazki, robić kolaże, co tylko dusza zapragnie. Każdy jest inny, zatem strony mają szansę wypełnić się czymś niepowtarzalnym. Bo przecież Bóg jest wszędzie i działa na wszystkie możliwe sposoby. Jeśli często wydaje się Wam, że nie macie czasu na modlitwę, nie wiecie jak zacząć rozmawiać z Bogiem, jak sprawić, by zagościł w Waszym życiu, to zdecydowanie publikacja dla Was. Tekstu nie ma wiele, ale jest głęboki i daje mocno do myślenia, a potem już tylko pióra w dłoń i do pracy. 



Katarzyna Olubińska, Puste miejsca, wyd. WAM, Kraków 2019.

sobota, 31 sierpnia 2019

Spacerowe rozkminy #17




Zbliża się ten czas, który lubię najbardziej. Gdy poranki są orzeźwiająco chłodne, ale słoneczne. Gdy na spacer można założyć cienką sukienkę i długi sweter. Kiedy świat przybiera tak cudowne kolory, że nie mogę oderwać od niego wzroku. Znów będę pakować do torby wodę z cytryną, książkę i wyruszę na poznawanie warszawskich parków. Będę długo spacerować, robić tuziny zdjęć, a potem czytać i nie będę się nigdzie spieszyć. Już nie mogę doczekać się tych niespiesznych jesiennych sobót, kiedy odetchnę, zatrzymam się i będę kontemplować piękno przyrody oraz literaturę, tę smutną, poważną, idealną na wrześniowe i październikowe wieczory.



Potrzebuję oddechu. Tego jesiennego zwolnienia obrotów. Lekkiej nostalgii, którą smakuje się niczym dobre lody. Nie mogę doczekać się dłuższych wieczorów, przy kawie i lekturze oraz długich popołudniowych i weekendowych wędrówek. Po lekturze wakacyjnego numeru "Znaku" mam ogromną ochotę na mikrowyprawy. Poznawanie bliższego i dalszego otoczenia. Przewietrzenia głowy, bo wiele się ostatnio zmieniło i u mnie i we mnie. I chcę się tym spokojnie i długo cieszyć i zastanawiać się nad wszystkim.



Wraz z łagodniejszym słońcem przychodzi refleksja, że nadal zbyt łatwo jest formułować sądy. Wszystko wygląda prosto w teorii, ale życie bardzo często weryfikuje nasze poglądy. Jeśli nie przerobiliśmy na własnej skórze pewnych sytuacji nie jest trudno o ostracyzm. Czasami wydaje się, że wiemy coś najlepiej, a potem dzień za dniem weryfikuje, że wcale nie jesteśmy tacy nieomylni, jak się wydawało. Życie uczy pokory i to jest piękne. Zaskakuje czasami bardzo pozytywnie, innym razem mniej, ale warto być otwartym i nie zamykać się w stereotypach, o których ostatnio dużo mówi się w mediach społecznościowych.



Czytam niespiesznie różną literaturę. Czeską, polską, amerykańską, angielską. Ciągnie mnie coraz bardziej do lektur, które nie są na pierwszych miejscach list bestsellerów, które wnikną w moje wnętrze i będą je kształtować. Po których będę musiała zastanawiać się, co dalej, jakie zdanie powinnam mieć na dany temat. Ostatnie tchnienia lata, sprawiają, że mam ochotę sięgnąć po coś z filozofii. Zmierzyć się z trudniejszymi tekstami. Wieczorami zatapiam się w pięknie przyrody. Odrywam od lektury i kontempluję niebo. Powoli przesuwające się po nim chmury, majestatycznie rozciągające się barwy. Kolory delikatnie przechodzące z jednego w drugi. Czuję się spokojna. Nie muszę się spieszyć. Jest inaczej niż w ciągu dnia, gdy ciągle jakieś zajęcia, czytana w komunikacji miejskiej lektura, niezmienny wyścig z nieubłaganie biegnącymi minutami. Stres i wszechobecna bieganina.



Warszawa ma swój rytm. Często chaotyczny, pospieszny i bardzo szybki. Nie pasuję do niego, choć często zdarza mi się nawet nieświadomie wejść w ten niekończący się wyścig. Ale wieczory są inne. Nieco bajkowe, gdy wtulona w bliską osobę, mogę czasami zapomnieć o całym świecie i poczuć się na miejscu, szczęśliwą. Nie zawsze tak jest, dlatego tym bardziej cenię sobie te szczególne momenty. Czas, gdy mogę usiąść przy kawie, porozmawiać, uśmiechnąć się, pobyć ze świadomością, że mam godzinę, czasami trochę więcej, by po prostu cieszyć się życiem. Bo nie chodzi o to, by było idealnie. Nigdy nie będzie. Najważniejsze to chyba nawet w czasie największej zawieruchy życiowej mieć swój bezpieczny port. Nie stracić z oczu tego, co najważniejsze, co pozwoli przetrwać w każdych trudnościach.



Są we mnie puste miejsca, jak w każdym. Pisała o tym Katarzyna Olubińska. Odnajduję je powoli. Czasami to one dają o sobie znać. Przyglądam się im uważnie. Nie przerażają mnie tak jak kiedyś. Zaczynam rozumieć, że wbrew wszystkim ludziom mającym idealne recepty na moje życie, próbującym sprzedać mi najlepsze treningi i inne warsztaty, to ja decyduję o tym, co najważniejsze i o kształcie mojej drogi. Wbrew temu, co mówi się coraz częściej, nie muszę w tempie ekspresowym uczyć się nowych rzeczy, każdy ma swój czas na rozwój. Wkładanie wszystkich w ten sam schemat to nic dobrego. Nie muszę umieć wszystkiego. Zawsze będą rzeczy, w których będę lepsza i te, w których będę gorsza. Nie czyni mnie to mniej wartościowych człowiekiem. Nie ma przymusu, bym nauczyła się robić coś w miesiąc i zamartwiała się, że potrzebuję dłużej ćwiczyć. Grunt to wiedzieć, że chcę się rozwijać, że pewne rzeczy krystalizują się wolniej, czasami bardzo długo. Nie ma pośpiechu, prawda? Świat zwariował, ale ja nie muszę. Chcę być sobą, bo jak słusznie ktoś zauważył, kopii innych nie trzeba.



Zatrzymuję się i zastanawiam nad tym, czego tak naprawdę pragnę. Jak mogę ulepszyć to, co już jest. I robię to po kawałku. Wieczorami, porankami, pomiędzy życiową bieganiną, której nie uniknę, ale której nie dam zawładnąć całego mojego życia. Przystaję, pewnie w charakterystyczny dla siebie sposób i tego chcę i Wam życzyć. Waszego tempa, Waszych planów i marzeń i spokoju w odkrywaniu własnych zalet i niedociągnięć. Patrzenia na siebie z wyrozumiałością i miłością. Bo od tego chyba trzeba zacząć, prawda? Budować na czymś dobrym. Nie uciekajcie od pustych miejsc czy własnych braków. One mówią o tym, kim jesteście, a nie o tym, czego się Wam nie udało dokonać. Nie przekreślają niczego. Może czasem warto popatrzeć na siebie przez pryzmat tego, co jest słabsze? Czy nie jest wówczas łatwiej dostrzec piękno i siłę, które też w nas drzemią?




Gdy kończę ten wpis jest Dzień blogów. Mija 5 lat odkąd zaczęłam spacerować z Wami tutaj. Raz pojawiam się częściej, innym razem nie ma mnie przez jakiś czas. Zdarzało mi się robić sobie z tego powodu wyrzuty, że nie wrzucam wpisów jak w zegarku. Że czasami potrzebuję po prostu odpocząć, jestem zapracowana, przeprowadzam się, zajmuję sprawami osobistymi, czy po prostu wyjeżdżam na urlop. Ale gdy tak myślę o tym, że im jestem starsza, tym więcej spraw jest do załatwienia, że czasami trzeba coś dokończyć, czy wraca się później, to jakoś irytacja i zdenerwowanie odchodzi. Jestem tu tak często jak mogę. Czasami czytam dużo a potem piszę kilka recenzji. Innym razem po lekturze nie czekam z tekstem. Najbardziej mnie jednak cieszy, że jestem tu prawdziwa. Niczego nie udaję. Że potrafię odpuścić, a innym razem zebrać wszystkie siły i mimo zmęczenia przelać na wirtualny papier słowa, które w sobie noszę. Dziś moje i nie tylko moje święto. Blogowanie, choć wygląda nieco inaczej niż 5 lat temu, daje mi radość, uczy wielu rzeczy i nie zamierzam z niego rezygnować. Może raz będę częściej, innym razem rzadziej, ale będę. Spacerowała spokojnie, niespiesznie, otwarta na kontakt z Wami i nowe literackie doznania. 



sobota, 17 sierpnia 2019

O mikrowyprawach słów kilka "Znak" nr 770-771




"Bezinteresowna działalność, jaką bez wątpienia jest wędrowanie, włóczenie się czy - po prostu - chodzenie, zostaje od razu umiejscowiona po stronie elitarnych fanaberii dostępnych tym, którym się powodzi i którzy mają dużo wolnego czasu. Albo tym, co odmawiają radzenia sobie w trybach gospodarki rynkowej." - s. 9

W czasach, gdy każda minuta zdaje się na wagę złota. Gdy nasze życie jest już zaplanowane od najmłodszych lat a harmonogram napina się do granic możliwości, wolność zdaje się luksusem jedynie dla wybranych. Nie błądzimy bez celu. Nie słyszy się często o ludziach pokroju Edwarda Stachury, którzy wybrali tułaczy tryb życia. Nie wędrujemy dla samych siebie w romantycznym stylu, często bez określonego celu. Zawsze musimy mieć obrany kierunek i czas przeznaczony na wędrówkę. Chodzimy z mapami, aplikacjami, skrupulatnie liczymy kroki i kalorie. Stajemy się nieraz niewolnikami poszczególnych trendów, mód, tendencji.

Staramy się trwać w ruchu niczym bohaterowie książki Olgi Tokarczuk "Bieguni". Tkwi w nas jakiś podskórny lęk, że zatrzymanie się na chwilę wyrzuci nas z obiegu życia. Próbujemy dogonić innych, świat, otoczenie, ludzi na których opinii nam zależy. Latamy na drugi koniec świata, planujemy pieczołowicie wycieczki, starannie układając grafik zwiedzania. Biegamy na określone dystanse, chodzimy na spacery krajoznawcze czy historyczne. I choć ruch jest zbawienny dla zdrowia a sama idea spacerów i wędrowania ulega przeobrażeniom od wieków, to brak nam coraz bardziej luzu. Cierpimy na niedobór spontaniczności. Coraz rzadziej ruszamy po prostu przed siebie, ot tak bez określonego celu. Wymyka się to bowiem naszej wizji świata, filozofii życia, trybowi, w którego ramy sami siebie wkładamy.



Wraz z rozwojem cywilizacji słodkie włóczęgi, które wielu z nas pamięta z dzieciństwa, wypady do lasu, by po prostu pobyć na łonie natury, przestają pasować do poukładanego stylu życia i harmonogramu dnia codziennego. Jak to bez planu, miejsca destynacji? I warto byłoby powiedzieć sobie - tak. Po prostu wstać pewnej soboty i wyruszyć na wędrówkę. Zapakować do plecaka kanapki, wodę, zabrać ze sobą dobry humor. Zostawić wszystkie gadżety. Znów jak za czasów dzieciństwa wyruszyć na przygodę całkowicie naturalnie. 

Wakacyjny numer miesięcznika "Znak" oferuje bardzo ciekawe artykuły o tym jak zmieniały się poglądy na wędrówkę. Krótki przegląd idei wycieczek od starożytności aż po czasy współczesne, pozwala zapoznać się z tym, jak ewoluowała filozofia i podejście do wielu spraw. Bohaterowie tekstów wspominają, jak ważny był i nadal jest dla nich kontakt z naturą. Możliwość opuszczenia murów miasta i pooddychania świeżym powietrzem, wolnością. Obcowanie z przyrodą uczy pokory, ale daje również szansę na odpoczynek, którego nie zaznamy w mieście. Ruch, dotlenienie się, napawanie pięknem, odcięcie się od wszechobecnej techniki. To wszystko zyskuje całkiem nowy smak.



Kolejnym zagadnieniem jest rosnąca w siłę idea mikropodróży czyli wypraw, które można zorganizować w wolnym dniu, w weekend czy choćby w piątkowe popołudnie po pracy. Wycieczka do lasu, spacer po najbliższej okolicy, poznawanie otoczenia za miastem, korzystanie z parków oraz rezerwatów. Wykorzystywanie tego, co ma się pod nosem. Zwolennicy mikrowypraw często podkreślają, że mieszkamy w jednym miejscu przez wiele lat, tak naprawdę go nie znając. Zachęcają do rozglądnięcia się wokoło. Zauważenia architektury, osobliwości sąsiedztwa, roślinności. To początek do tego, by wyruszyć dalej. Nie oznacza to jednak wielodniowych wypraw. Wystarczy kilka godzin, by znaleźć się w zupełnie innym świecie, który urzeka, zachwyca, zniewala. Nieważne, gdzie się jest, w wielkiej metropolii, miasteczku czy małej wiosce, piękno i miejsca godne uwagi kryją się wszędzie. Warto je odkrywać.





"Znak" porusza również temat turystyki zaangażowanej, która rozwija się w Tybecie. Mechanizmy marketingowe połączone z poruszaniem emocji oraz dawką wykładów z zakresu historii i polityki, sprawiają, że ludzie nie wracają z Tybetu obojętni. Kupują gadżety, promujące walkę o niepodległość odwiedzanego miejsca, angażują się w działalność na rzecz obrony praw Tybetańczyków, zakładają koła na uczelniach, starają się dotrzeć z przekazem, który poznali jak najdalej. Czy można mówić o połączeniu metod perswazyjno-manipulacyjnych z świetnie zaplanowaną akcją marketingową? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ważne, że wszystkie przedsięwzięcia są niezwykle skuteczne. 

Poza mniejszymi i większymi zagadnieniami turystycznymi miesięcznik porusza niezmiennie tematy kulturalne. Mnie najbardziej ujęła rozmowa z filozofem Leszkiem Kołakowskim, która pokazała go jako człowieka niezwykle ciekawego i ambitnego. Młodzieńcze zainteresowania, doskonałą znajomość łaciny, kształtowanie się młodego umysłu podczas historycznej zawieruchy, to wszystko znajdziecie na stronach nowego "Znaku".



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Redakcji Miesięcznika "Znak".