niedziela, 9 grudnia 2018

Adwentownik - Maranatha #2


Pierwszy tydzień adwentu już za nami. Czas szybko biegnie, obowiązki się nie kurczą. Powoli zaczynamy myśleć o świętach, przygotowujemy ozdoby, szukamy choinki, kisimy buraki. Zajęcia piętrzą się z dnia na dzień. Trzeba jednak wygospodarować czas dla Boga, a właściwie ułożyć wszystko w odpowiedniej hierarchii. Dziś zatem kolejne dwie książki, z którymi zostawiam Was na następny tydzień. 

Dla bardziej zabieganych



Mirosław Maliński, Zatrzymaj się albo giń, wyd. Wam, Kraków 2017. 

Autor doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jakim pędzie żyjemy. Świetnie rozumie zabieganie a jednocześnie przypomina, że bez zatrzymania się, skupienia na tym, co najważniejsze, wszystko straci sens. Codzienność bez Boga prowadzi do zguby, staje się jałowa, niepełna. Proponuje zatem krótkie, maksymalnie 10 minutowe rozważania, które pomogą złapać oddech i Pana. Każdy rozdział składa się z fragmentu Pisma Świętego, wyjaśnienia oraz kilku pytań. Codzienna praca z tymi tekstami to dobry początek, by złapać kontakt z Bogiem, zacząć zmieniać życie małymi krokami. 


Dla mniej zabieganych, choć niekoniecznie ;)



Maria Miduch, Kobiety, które kochał Bóg, wyd. Wam, Kraków 2018.

Maria Miduch to autorka, którą polecam każdemu. Tym razem zachęcam do sięgnięcia po książkę o kobietach, od których nie tylko możemy, ale powinniśmy się uczyć. Na kartach odnajdziemy Ewę, Sarę, Annę, Esterę, Miriam, Rut, Judytę, Batszebę, Hagar, Tamar, Seforę, Rachab, Deborę, Jaelę, Elżbietę, Miriam. Dobrane w pary uosabiają konkretne cechy. Ich historia to opowieść właśnie o tym, czego i my po tysiącach lat nadal dotykamy w czasie swojego życia. Lekturę można czytać niekoniecznie całymi rozdziałami. Podział każdego na mniejsze części, pozwala spokojnie poznawać je na raty, ale ostrzegam, Maria Miduch pisze tak, że nie będziecie w stanie oderwać się od książki. Zerknijcie, poznajcie niezwykłe kobiety, pomyślcie o nich i uczcie się. 

Dobrego drugiego tygodnia adwentu i pamiętajcie o Koronce :)

niedziela, 2 grudnia 2018

Adwentownik - Maranatha #1




Zaczął się radosny czas oczekiwania na przyjście Chrystusa. Dni są coraz krótsze, mrok zapada znacznie szybciej. Zapalamy światło, w latarenkach lekko kołysze się płomień, świat biegnie dalej, choć powinien przystanąć. Zapatrzyć się w mały ognik, pomyśleć o nadchodzącym czasie, spróbować się do niego przygotować jak najlepiej. Rano, jeszcze gdy ciemność okrywa ziemię, mimo zimna i zaspania, wstajemy i udajemy się na roraty. To piękny zwyczaj, choć zdaje sobie sprawę z tego, że nie każdy weźmie w nim udział. Dlatego przychodzę z propozycją dla zabieganych, mających mało czasu, szukających jakiegoś sposobu, by dobrze przejść przez adwent. 

Zatem zapraszam do adwentownika dla zabieganych. 

Poza modlitwą (proponuję codzienną koronkę do Miłosierdzia Bożego - piękna i nie wymaga wielkich nakładów czasowych, więc się nie wykręcajcie) i czytaniem krótkiego fragmentu Pisma Świętego, zachęcam do lektury duchowej. Co tydzień znajdziecie tu dwie książki, które mają krótkie rozdziały, takie w sam raz do przeczytania przy kawie, albo do wygospodarowania 15 minut na lekturę i refleksję. 



1. James Martin "Jezuicki przewodnik po prawie wszystkim. Duchowość twojej codzienności", wyd. WAM, Kraków 2017.

Książka jest duża, to prawda, ale rozdziały spokojnie da się czytać na raty. James Martin wychodzi od wyjaśnienia czym jest duchowość ignacjańska i ćwiczenia duchowe, by następnie poprowadzić czytelnika drogami wiary (i niewiary), porozmawiać o życiu duchowym i pragnieniach, odnajdywaniu Boga, które działa w dwie strony, początkach głębokiej modlitwy, nawiązywaniu relacji ze Stwórcą, dostrzeganiu Jego działania w życiu i codzienności. Nie brak tu również tematów związanych z miłością także w sensie fizycznym, przyjaźnią, cierpieniem, akceptacją sytuacji, podejmowaniem decyzji (z tym akurat coraz częściej mamy problem), karierą czy po prostu codziennym życiem. 

Krótko, zwięźle, prosto, zrozumiale i na temat. Każdy rozdział podzielony jest na mniejsze podrozdziały, dzięki czemu książkę można czytać, kontemplować, zapisywać własne refleksje, nawet przy wymagającym trybie życia. A tematów do rozważań jest naprawdę wiele. 



2. Adam Szustak, Marcin Kowalewski (uwagi) "Straszna książka", wyd. Stacja7, Kraków 2018.

Któż nie słyszał o Apokalipsie. Na jednych nie robi wrażenia, inni jej nie rozumieją, jeszcze inni wręcz uciekają i omijają szerokim łukiem przerażające wizje końca czasów. Znany dominikanin bierze na warsztat (w perspektywie o. Adama to sformułowanie wybitnie mi pasuje) najtrudniejszą księgę Nowego Testamentu i w swoim niepowtarzalnym stylu wyjaśnia krok po kroku, z czym naprawdę mamy do czynienia. 

Książka to zapis "Strasznych rekolekcji" (dostępnych na YT) wzbogaconych o uwagi ks. Marcina Kowalskiego i przepięknie zilustrowanych i wydanych. Każdy rozdział zaczyna się fragmentem biblijnym, po którym następuje tekst Ojca Adama, następnie biblijny komentarz ks. Marcina i uwaga. Rozdziały są nieco dłuższe niż w przypadku książki wspomnianego wyżej Jezuity, ale zdecydowanie warto zapoznać się z tą pozycją. Pozwala lepiej poznać Apokalipsę, odczytać ją i zrozumieć.

To tyle, krótko, zwięźle, na temat. Dobrego pierwszego tygodnia adwentu :). Dajcie znać, jakie są Wasze duchowe lektury na ten czas. 

niedziela, 25 listopada 2018

Gill Paul "Sekret Tatiany"




"Złapała list i przycisnęła go mocno do piersi, zanosząc się od płaczu jak dziecko. Gdzieś w głębi jej serca było bolące miejsce i miała nadzieję, że ten napad płaczu je usunie, ale gdy chwiejnym krokiem szła do domku i kładła się spać w ubraniu, ono nadal tam było". - s. 233

Zasada ograniczonego zaufania obowiązuje nie tylko na drodze. Pewnie dlatego zawsze jestem sceptyczna, jeśli chodzi o polecajki na okładkach książek. Łatwiej nie dowierzać i być mile zaskoczonym niż sromotnie się rozczarować. Tym razem jednak mogę w zupełności zgodzić się ze słowami Soni Bohosiewicz. 

Życie uczuciowe to najbardziej nośny temat, jaki może sobie wyobrazić literatura. Nieważne czy mamy do czynienia z miłością zakończoną happy endem czy nieszczęśliwą, która pozostawia ranę w sercu. Kibicujemy jednym parom, nie znosimy innych, łączymy bohaterów w przeróżne konfiguracje, przeżywamy z nimi emocje, oceniamy podjęte decyzje, niewykorzystane szanse. O ile pisanie o miłości nie wydaje się wcale takie łatwe, o tyle sam wybór tego, jak przedstawimy uczucie jest bardzo często poddany schematom. "Sekret Tatiany" wymyka się jednak pewnym szablonom, nie jest taki jednoznaczny jak mogłoby się na początku wydawać. Żołnierz carskiej armii pochodzący z bogatej i zasłużonej dla kraju rodziny zostaje ranny podczas walki. Trafia do szpitala, w którym opiekuje się nim córka cara Tatiana. Młodzi przypadają sobie do gustu i tu zaczyna się cała historia. Uczucie rozkwita, ale księżniczka nie jest partią dla każdego. Pojawiają się pierwsze znaki zapytania, obawy, nadzieje. Do tego zaczyna się historyczna zawierucha. Prawie 100 lat później Kitty ucieka od problemów do odziedziczonego po pradziadku domu. Musi odetchnąć, uspokoić emocje, ułożyć w głowie myśli i dowiedzieć się czegoś więcej o swoim przodku.

Dwie linie czasowe, dwie przeplatające się ze sobą historie. Gill Paul zabiera czytelników do carskiej Rosji. Niepokojów XX wieku, narastających - biedy i niezadowolenia społeczeństwa, zmęczenia wojną, anty-monarchicznych nastrojów. Na zasadzie opozycji przedstawia dom carskiej rodziny i świat zewnętrzny. Nieświadomość, jaka towarzyszy wielkim księżnym, zapatrzenie w pewne bliskie im osoby, duma, upór kontrastują z opinią społeczną, szerzącą się niechęcią i coraz głośniejszym sprzeciwem wobec porządków władcy. Domowy, ciepły świat Romanowów ściera się z realiami frontowymi oraz frustracją znacznej części Rosjan. Trudne decyzje, zmieniające się szybko realia,  krótkowzroczność rządzącego, gonitwa z czasem i niewłaściwe wybory to wszystko miesza się na kartach książki.

"Szumiało mu w uszach, nogi miał jak z waty, jego umysł płonął: była to najwspanialsza chwila w jego życiu, a mimo to był prawie nieprzytomny. Pragnął, żeby czas zwolnił i umożliwił mu rozkoszowanie się każdą sekundą, analizowanie każdego słowa (...), przeżycie tego momentu w pełni." - s. 90

Miłość, to właśnie ona jest głównym tematem "Sekretu Tatiany". To niemal hołd oddany uczuciu, które zniewala, zagarnia całego człowieka, staje się jego tlenem, wodą, wszystkim. Nieco sielankowemu, oddającemu realia XX wieku, a jednak silnemu i mającemu posmak romantycznego zauroczenia, które popycha do działania. Gill Paul opisuje jednak wiele rodzajów miłości. Tę, która przychodzi niespodziewanie i rodzi się z fascynacji człowiekiem, jego zaskakującą osobowością i niezwykłością. Ekscentryczne i burzowe porywy serca, przysłowiowe pioruny rażące człowieka. Inną złożoną z przyjaźni, ciepła, poczucia bezpieczeństwa i pociągu fizycznego. Taką, która trwa wiele lat, choć nie oddalibyśmy za nią wszystkiego. Swoisty magnetyzm między ludźmi, który pozwala odetchnąć, być w pełni sobą. To w końcu relacja wzajemnego uzupełniania się, podziwu, odczytywania swoich myśli, snucia wspólnych planów, stopniowej stabilizacji i zwykłego szarego życia. Każda z nich porusza różne struny duszy, zapewnia inne doznania. Autorka nie wygłasza jednak sądów, nie mówi, to uczucie jest prawdziwe, tamte to jedynie iluzja. Wręcz przeciwnie. Pokazuje piękną prawdę - człowieka można kochać na przeróżne sposoby i żaden z nich nie jest lepszy czy gorszy. Nie ma dwóch takich samych osób, nie ma identycznych relacji. W każdym człowieku urzeka nas co innego. Można zakochać się od pierwszego wejrzenia, a można po latach, znajdując przy kimś bezpieczną przystań i radość. O każdy związek jednak trzeba dbać, to kolejny wniosek, jaki wypływa z powieści.

Powieść Gill Paul to również historia o pisaniu i odkrywaniu przeszłości. Motyw książki w książce i samego aktu twórczego jest jednym z moich ulubionych a tu czytelnik powoli poznaje losy bohaterów. Nie jest pewny kolejnych wydarzeń. Przeskakując z XX wieku do współczesności, w której Kitty zagłębia się w rodzinną tajemnicę, musi czekać na poznanie wszystkich odpowiedzi, ale zdecydowanie nie jest to irytujące. Przyznam się, że podczas lektury sięgałam po telefon, sprawdzałam pewne informacje w internecie, a rzadko czuję się zmotywowana do tego, by weryfikować prawdziwość wątków czy chcieć, jak w tym przypadku, zobaczyć jak wygląda postać historyczna.



Jak już wspominałam książka podzielona jest na przeplatające się ze sobą rozdziały, które opowiadają historię z czasów panowania Romanowów i przedstawiają losy współczesnej kobiety. Język jest prosty, ale sugestywny i przesycony emocjami. Autorka kreśli klimatyczne obrazy, dzięki którym przenosiłam się w czasie i obserwowałam uczucie rodzące się między Tatianą a Dymitrem, by następnie znaleźć się w położonym nad jeziorem domku, pełniącym rodzaj azylu dla Kitty. Z jednej strony historia przedstawiona przez Gill Paul jest prosta, z drugiej chwyta za serce i każe zastanowić się nad tym, co jest najważniejsze w życiu, jak tworzyć więzi z drugim człowiekiem. To nie cukierkowa książka o wielkiej miłości, ale słodko-gorzka historia, w której nie brak cierpienia, problemów, odchodzenia od zmysłów a sama dawka goryczy jest ogromna. Pisarka snuje opowieść o ludziach, którzy zawsze coś poświęcają dla innych. Jedni wpadają w ciemność, inni są światłem i porażają wielkością serca i ogromem zrozumienia dla bliźnich. Uzupełniają się wzajemnie, choć wydaje mi się, że zawsze któraś strona jest stratna, daje więcej, otrzymując dużo mniej. Bohaterowie są żywi, targani namiętnościami, bliscy czytelnikowi, właśnie przez rozterki, które przeżywają. Jest w tej książce coś jeszcze, co sprawia, że wciąga bardziej niż wiele jej podobnych. Jakaś łatwość we wchodzeniu w tę historię, odnajdywaniu w niej siebie, odczuwaniu bliskości z pewnymi postaciami. Dobrych powieści jest naprawdę dużo, ale tych, które zapadają w pamięci już zdecydowanie mniej. Z "Sekretem Tatiany" jest tak, że mimo nieskomplikowanej fabuły zakrada się do serca swoim ciepłem, mnogością uczuć, rosyjską duszą i zostaje w czytelniku. Ciekawym pomysłem, o którym warto wspomnieć na koniec jest również podwójna wersja okładkowa. Jedna stylizowana właśnie na XX wiek, druga, całkiem współczesna, słoneczna, nieco nostalgiczna.

Jeśli nie lubicie książek związanych z historią, nie musicie się obawiać. Tu jest ona tylko tłem,  wartością dodaną, pretekstem do opowiedzenia o pewnej historii miłosnej i losach człowieka, który poznaje, co naprawdę znaczy kochać.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Mando.

Fragment książki znajdziecie TU.

Gill Paul, Sekret Tatiany, przeł. Anna Gralak, Wyd. Mando, Kraków 2018.


niedziela, 18 listopada 2018

Spacerowe rozkminy #11





Macie czasem tak, że długo o czymś myślicie i nagle jedno zdarzenie sprawia, że to nad czym tak dumaliście wydaje się już nawet nie proste, ale wręcz konieczne? Mnie zdarzyło się to kilka razy. Ciekawe doświadczenie.



Wczorajszy dzień to spotkanie blogerów i vlogerów na Literackiej Stolicy. Dwa wykłady. Ciekawe i skłaniające do refleksji, dla mnie naprawdę głębokiej. Pierwszy, który prowadziła Paulina Małochleb z Książek na ostro dotyczył słabych miejsc w tekście, ale tak naprawdę zagadnienia wykraczały poza to sformułowanie. Ja odczułam go trochę jakbym dostała obuchem w głowę, w pewnych kwestiach. Postawiłam sobie któryś kolejny raz pytania, kołaczące mi się po głowie od kilku miesięcy, co teraz, jak się rozwijać, w którą stronę iść. Notatki zrobione, problemy do pochylenia się nad nimi sformułowane, powoli w głowie rodzi mi się plan działania. Może trochę rewolucyjny, może nie, zależy jak na to wszystko popatrzeć. Ważne jednak, że chcę spróbować. Dla mnie słuchanie o tym, jak pisać jest ogromnie ważne, dlatego cenię zarówno same wnioski i rady jak i polecenia tego, kogo warto czytać, by rozwijać swój warsztat. 



Następna prelekcja tym razem Rafała HetmanaCzytamRecenzuję.pl i Vloga o książkach prowadzonego wspólnie z Aleksandą PasekParapetu literackiego to rzecz o tym, jak działać w świecie, w którym fb i inne platformy tną zasięgi. Jak odnaleźć się w tej rzeczywistości. Dobre rady, nieco inne spojrzenie na sprawę, na pewno warte zastosowania :). A poza tym przemiłe rozmowy, dyskusja o blogosferze, projektach kulturalnych, bibliotekach, przyjmowaniu przez nie darów, kupowaniu nowości, działalność tych placówek. Zatrzymam się na chwilę przy tym temacie. Dosłownie parę słów. Po pierwsze dziś biblioteka to nie tylko miejsce wypożyczania książek, ale i audiobooków, gier planszowych, muzyki, filmów, korzystania z Internetu, wielu kursów, warsztatów o szerokiej gamie tematycznej. To również przestrzeń do spotkań zarówno tych autorskich, jak i społeczności lokalnej. Nawiązywania więzi, realizacji przeróżnych pomysłów tak kulturalnych jak i prospołecznych. Niezmiennie to miejsce, do którego przychodzimy po informacje i książki. I tych tam nie brakuje, i nowości i starszych pozycji. Warto zaglądać, korzystać, czytać, zachęcać do wizyt w bibliotekach, bo to świetne miejsca i dają książki za darmo :). Podczas literackiej stolicy nie zabrakło oczywiście książek <3, bo jak inaczej. Dziękuję organizatorom za wspaniały dzień i wszystkim, z którymi udało mi się porozmawiać za mile spędzony czas :) oraz wydawnictwom i miastu za miłe podarunki :).




Piętrzą się, wymagają uwagi, przyciągają, kuszą. Każda z nich chce być pierwsza. Obiecuje niezapomniane wrażenia, wspaniałe światy, dobre wieczory, ważne problemy, które trzeba przemyśleć. Uwodzą językiem, subtelnym, poetyckim, delikatnym lub wręcz odwrotnie dosadnym, momentami brutalnym i wulgarnym. Są jak oliwa na ranę, miód na serce albo przeciwnie burzą krew, ponoszą ciśnienie. Doceniam je, lubię, szanuję. Spieram się z nimi, czasami mam ochotę wyrzucić  je przez okno, krzyczeć, wyżyć się tekstowo. Zagarniają człowieka w swój świat. Wciągają pod koc z kubkiem gorącej herbaty i przenoszą w całkiem inną rzeczywistość. Zalegają na półkach, parapecie, podłodze. Czasem mam wrażenie, że wyskakują z szafy, lodówki, internetu, każdego miejsca, w którym jestem. Nie mogę i nie chcę bez nich żyć, ale muszę się zatrzymać. Wszystko ułożyć. Sprawić, by spacer znów był spacerem a nie biegiem przez płotki czy biegiem na czas z przeszkodami. Chcę znów zanurzać się w lekturze powoli. Smakować najlepsze fragmenty, wracać do nich, snuć teksty nie o całej książce, ale o jej fragmentach, literaturze lub życiu. Chcę tych magicznych chwil, które zostają w pamięci, odcięte od zasięgów, przypomnień, że nie istnieję, bo nie mam kontaktu z czytelnikami. Tak, pamiętam, lubię, szanuję ich, dlatego zwalniam. Chcę pisać dobrze, lepiej. Bez pośpiechu, przerzucania kolejnych stron, ścigania się, czy zdążę przed premierą kosztem snu czy nie. Chcę zarywać noce, bo nie mogę oderwać się od lektury, a nie dlatego, że muszę dotrzymać terminu, który czasami koliduje z moimi obowiązkami i życiem prywatnym. Spacerowanie ma to siebie to, że jest przyjemne. Pozwala zatrzymać się i podziwiać wiele rzeczy. Relaksuje i daje szansę napawania się pięknem. I tak ma być tutaj. 

Od nowego roku będzie trochę inaczej. Jak? To się okaże, ale decyzja podjęta, pomysły są, więc mam nadzieję, że zostaniecie, przystaniecie ze mną i pospacerujemy razem po świecie słowa. Niespiesznie, refleksyjnie, czasem pewnie nieco poetycko. Co o tym sądzicie? Dajcie znać. Buziaki w zimną i śniegowo-deszczową niedzielę :*. 

niedziela, 11 listopada 2018

Przemysław Wilczyński "Jan Kaczkowski. Życie pod prąd"


"To właśnie ten styl i ta wizja człowieka odróżniają najwyraźniej Jana Kaczkowskiego od innych księży, również tych, których ma wówczas dookoła siebie. Włącznie, a może nawet na czele z księdzem Mazurem, z którym skądinąd się lubi, nie szczędząc mu wszelako - i vice versa - licznych złośliwości. Wieczorna koncelebra, mszy przewodniczy inny wikary, na wezwanie "Przekażcie sobie znak pokoju" Mazur mówi do kolegi: "Pokój z tobą, ślepcze!", by po chwili - ku uciesze słyszących ministrantów, lektorów i proboszcza - usłyszeć: "I z tobą, grubasie!". - s. 176

Rozmawiając z Przemysławem Wilczyńskim na Targach Katolickich Wydawców byłam jeszcze przed lekturą jego książki. Mówiliśmy wówczas, że ks. Kaczkowski już za życia stał się legendą. Na przekór wszystkiemu, co lansują media i współczesny świat. W dobie idealnych figur, operacji plastycznych, prostego, przyjemnego i gęsto lukrowanego obrazu codzienności, pięknych zdjęć z Instagrama, hygge i unikania trudnych tematów zainteresowanie księdzem, który zajmował się osobami terminalnie chorymi i sam nie wpisywał się w kanony współczesnych trendów, było co najmniej zaskakujące. Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko dbaniu o siebie, hygge, czy pięknym kompozycjom zdjęciowym. Nie rozumiem po prostu pomijania milczeniem problematycznych kwestii w przestrzeni publicznej oraz prawdy, że na świecie istnieje również cierpienie, choroby i ludzie, którym należy się pomoc i pamięć. 

I tu nagle popularność zdobywa człowiek, który akcentuje to wszystko. Sam z problemami zdrowotnymi, ograniczeniami fizycznymi, potem chorobą nowotworową pokazuje, że mimo wszystko można żyć na pełnej petardzie, cieszyć się każdym dniem. Daje zupełnie inny od znanego wielu obraz człowieka i kapłana. Nie boi się rozmów, telewizji, internetu. Często w dość mocnych słowach mówi o tym, co dzieje się w Kościele. Broni Jurka Owsiaka, stwierdzając, że chętnie posiedzi z nim w piekle, piętnuje szkodliwe zjawiska, apeluje o potrzebę mądrzejszego prowadzenia życia duchowego i bycia otwartym w stosunku do kapłanów i kandydatów na księży. Jest inny, wymyka się schematom, nie jest wobec siebie pobłażliwy, nie roztkliwia się nad trudnościami. Jeśli zaczyna jakiś projekt poświęca mu się bez reszty. Często, co będzie ukazywał w książce autor, idzie drogą niemal od końca, pomysł, realizacja, a potem zgody. Działa z wielkim rozmachem, ale i namysłem.



Jego droga życiowa jest szalenie fascynująca, choć niełatwa. Wyrasta w inteligenckim domu. Odbiera bardzo dobre wykształcenie, jest ambitny i nauczony, że pokazywanie swoich niedociągnięć nie ma sensu, można za to wykazać się lepiej w innych dziedzinach. Mądra pedagogika matki, czyni go osobą, która nie tylko nie boi się wyzwań intelektualnych i realizowania kolejnych przedsięwzięć, ale absolutnie nie chce żadnej taryfy ulgowej. Jego charakter sprawia, że potrafi poradzić sobie z przeciwnikami. Przyciąga ludzi nawet tych, którzy początkowo nie są mu przychylni. Problem napotyka dopiero w seminarium. To inny świat, który rządzi się swoimi prawami, głęboką instytucjonalnością i brakiem otwartości na świeże i niekonwencjonalne spojrzenie czy pomysły. Jan otwarcie mówi o tym, że powołanie swoją drogą a władze seminarium swoją. Mimo iż sam zostaje kapłanem zdaje sobie sprawę, że przed wieloma osobami mimo szczerej chęci głoszenia Ewangelii drzwi pozostają zamknięte.

"Jezus musiał być załamany wiedzą o swoim losie jeszcze bardziej niż ja, dowiedziawszy się o chorobie. (...) Powiem to panu wprost: sam nie uniósłbym informacji, że umrę za kilka miesięcy. Myślę, że Chrystus - mówiąc obrazowo - płakał, denerwował się, cierpiał. Bóg jest Bogiem kochającym, wchodzącym w nasze nieszczęście". - s. 369

Nie jest doskonały jak spiżowy pomnik, którym mam wrażenie, chcielibyśmy go uczynić. Pomaga chłopcom ze szkoły, w której uczy. Staje się dla nich w pewien sposób ojcem, ale ma też swoje uczucia i nie zawsze potrafi pogodzić się z ich dorastaniem. W swoich wielkich ambicjach wydaje się kilka razy zbytnio zapędzać w słowach i czynach. Różni się mocno od Kaszubów, bardziej powściągliwych, zamkniętych w sobie, nieufnych wobec obcych. A jednak z biegiem czasu staje się ważną częścią społeczności Pucka, do którego trafił po święceniach, z którymi też był problem. Następne lata to czas wzmożonej i ogromnie intensywnej pracy w szpitalu, szkole, w końcu w hospicjum, najpierw tym domowym, potem stacjonarnym. Wyjazdy, wywiady, spotkania, książki, posługa duszpasterska. Czytelnik odnosi wrażenie, że aktywnościami ks. Kaczkowskiego można by  spokojnie obdzielić kilka osób a przecież to wszystko robi jeden mężczyzna z ogromną wadą wzroku i chorobą nowotworową.



Przemysław Wilczyński wykonał naprawdę wielką pracę pisząc biografię ks. Jana. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem zgromadzonego materiału, odbytych rozmów, licznych maili, prób skontaktowania się z kurią, docierania do tych mniej znanych faktów, zapoznania się z jego tekstami. Przede wszystkim jednak najbardziej ujęła mnie rzetelność dziennikarska autora. "Jan Kaczkowski. Życie pod prąd" nie jest bowiem laurką na cześć tego niezwykłego kapłana, ale tekstem pokazującym wiele aspektów życia i charakteru bohatera. To nie żaden ideał bez wad, ale człowiek z krwi i kości. W poszukiwaniu prawdy o onkocelebrycie, jak określał siebie ks. Kaczkowski, dziennikarz odziera bohatera z kolejnych warstw legendy, jaka narosła wokół jego osoby. Odbrązawia kapłana, który walczył ze swoimi słabościami, bywał zbyt ambitny, nieraz podchodził do spraw nazbyt emocjonalnie. Pokazuje wytrwałość, siłę, ale też ludzki obraz księdza. Jego czułość, wrażliwość, cięty język, dosadny i inteligentny humor. Wspomina o tym, że ksiądz nie unikał trudnych tematów, potrafił o każdej porze dnia i nocy być dla innych, choć gdy trzeba było bez problemu umiał tupnąć nogą i głośno wyrazić swoje zdanie. Czasem bywał zbyt wymagający wobec innych, może nie do końca potrafił zrozumieć ludzi, którzy się poddali, których przerosło życie, choroba, doznane krzywdy. Zawsze jednak starał się być dobrym kapłanem, oddanym Bogu, mającym wielki szacunek do Eucharystii i co najważniejsze, mądrze trwającym przy odchodzących. Zdaje sobie sprawę z tego, że mimo świetnego języka, ciekawie przedstawionego materiału, rzetelności i innych zalet, nie wszystko w tej książce spodoba się tym, którzy cenią ks. Kaczkowskiego. Że pewne rzeczy będzie im trudno przyjąć, sama miałam z tym problem podczas lektury. Ale to jedna z tych książek, które uczą pokory i pokazują, że każdy ma wady, dlatego świętość jest ludzka, osiągalna, jest dla każdego. Bohater książki Przemysława Wilczyńskiego to człowiek godny naśladowania z wielu względów. Szczególnie warto jednak o nim pamiętać, gdy jest ciężko, gdyż ograniczenia da się pokonywać, a życie na pełnej petardzie powinno być celem każdego.

Fragment książki znajdziecie TU.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Przemysław Wilczyński, Jan Kaczkowski. Życie pod prąd, wyd. WAM, Kraków 2018.


poniedziałek, 29 października 2018

Spacerowe rozkminy #10




Październik prawie się kończy. Minęły ciepłe, bajeczne, wypełnione słońcem dni, w które można było grzać się w parku z książką. Spacerować, podziwiać cudownie kolorowe drzewa. Dziś za oknem deszcz, mocny wiatr, zimno i jakoś tak melancholijnie. Na biurku leży zaczęty "Sekret Tatiany", "Ucho igielne" i "Nikt nie idzie". Jesień to dla mnie czas refleksyjnych, trudnych i smutnych książek, o czym już wspominałam. To dobry okres na klasykę, coś co wypełni człowieka smutkiem, ale jednocześnie wleje nadzieję, skłoni do zadumy, każe pomyśleć. Specyficzna pora i konkretne lektury.



Tym razem październik przyniósł mi moc wrażeń w sensie literackim. Dziś śmiało mogę powiedzieć, to był owocny miesiąc. 10 października wraz BajkochłonkąKsiążkojadamiLiterackimi skarbami świata całego oraz Literacką Kavką wzięłam udział w debacie "Promotorzy czytania" zorganizowanej przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Rzeszowie. Moderatorką naszej dyskusji była Anna Dziewit-Meller, która świetnie poprowadziła całą rozmowę od a do z. Mówiłyśmy najpierw o sobie, kim jesteśmy, skąd wziął się pomysł na nasze blogi, co się na nich znajduje. Padło wiele słów o projektach, które wyróżniają każdą z nas, naszych literackich sympatiach. Rozmowa dotyczyła wielu tematów. Poruszyłyśmy kwestię recenzji zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych, sprawę warsztatu, naszego stylu, chęci pisania dla szerszego grona, ale już w nieco innym wydaniu. Zastanawiałyśmy się, jaką rolę pełnią dziś blogerzy, jak wpływają na czytelników. Nie zabrakło oczywiście pytań dotyczących etyki blogerskiej, spraw związanych z tym, czy możemy otrzymywać wynagrodzenie za recenzję. Poruszyłyśmy również temat zasięgów, które nieraz spędzają sen z powiek.



Przede wszystkim jestem pod ogromnym wrażeniem doboru zaproszonych osób. Każda z nas jest inna, ma swoje własne literacko-blogowe "poletko", dzięki czemu rozmowa była ciekawa, żywiołowa i przyniosła konkretne wnioski. Rzetelność, prawdziwość, zaangażowanie, pasja i pozostawanie sobą. To przede wszystkim powinno cechować blogera. Ważne jest również doskonalenie siebie i swojego warsztatu. W dobie kultury obrazkowej, w której nie mamy za wiele czasu, blogi zdają się odchodzić do lamusa, choć to co dzieje się na naszych stronach zaprzecza temu. Piszemy z pasji, chęci dzielenia się swoimi przemyśleniami, otwartości na rozmowę i ukłon w stronę Instargama, który staje się coraz popularniejszy, tego nie zmieni. Kocham pisać i nie potrafiłabym się ograniczyć do kilku zdań i zdjęcia. Zachęcać do czytania, propagować dobre książki, ale pozostawiając czytelnikowi wolność. Nie wprowadzać absolutnie żadnych podziałów, gdyż one czynią szkodę, a nie uświadamiają, że istnieje proces dojrzewania czytelnika. To zadanie, które sobie stawiam a jednocześnie dobre podsumowanie naszej debaty, zachęcać do czytania w wolności wyboru.

Jeśli chcecie posłuchać nieco o tym, co miałyśmy do powiedzenia, zapraszam do relacji w Radio Rzeszów - Relacja z debaty oraz do krótkiej informacji z TVP3 Oglądajcie od 22 minuty 40 sekundy.

Październik był też miesiącem nowości, które starałam się jak najszybciej recenzować i po raz kolejny naszła mnie refleksja, że muszę bardzo uważnie dobierać lektury. Bo taki naprawdę intensywny maraton recenzencki jest fajny, ale raz na jakiś czas. Cieszy mnie fakt, że pisałam o naprawdę dobrych książkach, ale wszystko w swoim czasie i przekładane lekturami spoza nowości. Wróciłam jednak do pisania o poezji i mam zamiar robić to częściej, bo jak głosi hasło kampanii "kultura leczy" - "Poezja leczy prozę życia". Ja co prawda uważam, że codzienność jest piękna, ale poezja znacznie ją wzbogaca <3





Idąc tym tropem chciałam wspomnieć o premierze tomiku "Atropina" Adriana Sinkowskiego, w której uczestniczyłam. O samym tomiku już pisałam, ale szalenie ciekawie było powrócić do niemalże akademickiego świata miłośników literatury, którzy wgryzają się w poezję, by wyciągnąć z niej mnogość emocji i sensów. Wielowątkowość tomiku, różnorodność interpretacji gości była świetnym świadectwem tego, że nie istnieje jeden właściwy sposób odczytywania utworu. Poezja tętni życiem, czaruje, ukazuje coraz to nowe obrazy, poddaje się doświadczeniu i wiedzy czytającego i to jest jej siłą. Tego wieczoru pojawiły się pytania o to, co kryje się poza dosłownym znaczeniem słów. Znam to, miałam podobnie. Pozostawałam jakoś bezradna, ze świadomością tego, że coś mi ucieka, drga na brzegu świadomości i podświadomości, nieznanego i znajomego, wymyka się, pozostając nieuchwytne, choć praktycznie jest w zasięgu ręki. Czy brakowało nam cierpliwości, wiedzy? Myślę, że w każdym czytelniku drzemie pokusa, by skonfrontować swoje przekonania z zamysłami autora, dowiedzieć się więcej, przekonać czy dobrze odgadło się tropy, odczytało sensy. To pokłosie szkolnej interpretacji tak innej od tego, co usłyszałam i co dało mi autentyczną radość. Jednak przekonać się, że zrozumiało się poetę tak jak on widzi teksty, to dobre doświadczenie. Wielką przyjemność sprawiło mi słuchanie dociekań, zamysłów interpretatorów i samego autora, który mówił o tym, co chciał przekazać, pozostawiając jednak niedopowiedzenia, by czytelnik mógł sam odkryć "Atropinę".



Poezja nadal jest niedoceniana. Wydaje się trudna, odstrasza skutecznie po latach szkoły. Brakuje nam do niej serca. Brakuje pokory i wolności wyciągania wniosków. Niby istnieje hermeneutyka (rozumiana jako otwarcie się na dialog), ale jakoś mało jej w szkole. Czy tak bardzo przeraża nas, że ktoś widzi w tekstach coś, czego my nie dostrzegamy? Czym innym jest całkowite odejście od tekstu, a czym innym strach przed wyjściem poza klucz. Drugim tomikiem, całkiem innym od "Atropiny" był "Raport zza mgły" Piotra Duraka, typowo jesienna lektura. Smutna, wgryzająca się w duszę, z pesymistyczną refleksją, zapisem rozczarowań podmiotu lirycznego, upadkiem ideałów, przeniesieniem zainteresowań człowieka z ludzi na maszyny. Jednocześnie w tym ponurym świecie ogromną wartość zyskuje wyszukiwanie piękna i prostych radości. Manifestowanie wolności i szukanie człowieka wśród tłumu, w którym jest się dogłębnie samotnym. To bolesna literatura, ale skłaniająca do przemyśleń i pisana pięknym językiem proza poetycka.



Jesień to również drugi tom "Owocu granatu", który czytałam aż do rana, czując, że ta książka powstała dla mnie. To zapis pytań i szukania na nie odpowiedzi, z którym zmagałam się na różnych etapach życia. To nie sielankowa powieść o miłości, ale historia dogłębnie życiowa, taka która każe zatrzymać się i zastanowić, jakim cudem odnajduję siebie na kartach książki, jak powieść o zabarwieniu historycznym może być jednocześnie traktatem o człowieku i jego odwiecznych problemach. Jeśli nie czytaliście, nie traćcie czasu. Wypożyczajcie, kupujcie, zamawiajcie, bo takiej literatury się nie zapomina, nie omija, nie pozwala się przejść obok niej obojętnie.



Jeśli jesteśmy przy Marii Paszyńskiej to październik to również czas, w którym pojawił się pierwszy spacerowy patronat <3 czyli "Córka gniewu", trzeci tom trylogii sułtańskiej. O mojej bezgranicznej miłości do książek tej pisarki nie muszę chyba nikomu mówić. Jestem ogromnie szczęśliwa, dumna i zaszczycona, że mogłam objąć patronatem tę powieść, bo jak sami wiecie, dobrej literatury nigdy dość!

Skończył się czas zbierania kolorowych liści, zaczął przeziębień, herbaty z imbirem i miodem oraz spokojnych wieczorów spędzanych z książką przy lampce. I choć żal mi ogromnie Krakowskich Targów Książki, na których nie byłam, to listopad zapowiada się naprawdę ciekawie literacko i spotkaniowo, ale o tym następnym razem. Ubierajcie się ciepło, nie zapominajcie o czapce, herbacie i dobrej lekturze. 

P.S. Po kliknięciu w pogrubione tytuły książek, przeniesiecie się do ich recenzji :). Miłej lektury.



środa, 17 października 2018

Maria Paszyńska "Córka gniewu"

RECENZJA PREMIEROWA



"Żyła życiem, którym nie chciała żyć, a z którego nie mogła się wydostać. Trwała więc, unosząc się na falach niemocy. Nie miała dość odwagi, by to wszystko skończyć, choć nie miałaby nic przeciwko temu, żeby nie obudzić się kolejnego dnia. Jej życie pozbawione było jakiejkolwiek perspektywy zmiany. Żyła bez przyszłości, a i przeszłość nie miała dla jej teraźniejszości żadnego znaczenia, nie niosła nadziei na lepsze jutro." - 101-102

Jest ranek, słońce zagląda przez kuchenne okno, mocnym, złotym, jesiennym blaskiem. Wokół cisza, wszyscy jeszcze śpią. Słychać tylko szum gotującej się wody. W końcu znad kubka unosi się zapach kawy. Siadam przy komputerze i już nie mogę się doczekać aż opowiem Wam o pewnej powieści. Orientalno-jesiennej, która rezonuje jeszcze we mnie i sprawia, że po raz kolejny pochylam się nad pewnymi wnioskami. 

Losy jednej z największych bitew morskich zostały rozstrzygnięte za sprawą Jeleny. Chrześcijański świat pokrzepiony zwycięstwem nabiera ducha. Tymczasem w Imperium dzieje się źle. Selim II nie tylko ponosi klęskę militarną, ale i duchową. Coś łamie się w sułtanie, który z pełnego przywar człowieka prowadzącego hulaszczy tryb życia zmienia się w ascetę. Nagła metamorfoza jest prawdziwie niepokojąca. Synowie władcy muszą być gotowi, by zareagować w odpowiednim momencie, w końcu przyjdzie im walczyć o władzę. Mehmed Pasza Sokollu mimo podeszłego wieku nie ustaje w wysiłkach, mających na celu utrzymanie Imperium Osmańskiego w jak najlepszym stanie. Zadanie zdaje się być karkołomne, ale mężczyzna twardo wypełnia swoje obowiązki i obietnicę złożoną przyjacielowi. Jelena po wygranej bitwie wcale nie staje się wolna. Ojciec Vincenzo ma swój plan i doskonale wie, że dziewczyna może mu się jeszcze nieraz przydać. Kobieta cierpi. Nie może otwarcie zapytać o ukochanego, gdyż to ściągnęłoby na niego niemałe kłopoty, wszak duchowny nie cofnie się przed niczym, by w pełni ją kontrolować. Powrót do brata również nie wydaje się dobrym pomysłem. Bohaterka ma coraz mniej czasu, by uciec spod uważnych oczu szpiegów kapłana i uratować siebie i swoich bliskich.




Imperium Osmańskie po raz kolejny pokazało na kartach książki swoją pozorną siłę i kruchość zarazem. Jeszcze bardziej uwypuklił się świat kontrastów, które skrzętnie ukrywane przed oczami poddanych, stale się pogłębiają. Unoszący się ambicją dowódcy i dostojnicy dworscy, przekonani o swej sile i nieomylności, rozrywają państwo, każdy w swoją stronę. Potężny jedynie tytularnie władca zajmuje się tylko uciechami życia i nie dostrzega tego, co dzieje się dookoła. Butny, zadufany w sobie, krótkowzroczny i jakże nierozważny, nie przystaje do obrazu sułtana znanego z pierwszego tomu trylogii. To człowiek miotany namiętnościami. Słaby, ale wykorzystujący władzę, która spadła na niego niczym brzemię. Wszystko jest dobrze, dopóki historia płynie swoim spokojnym rytmem. Gdy dochodzi do porażki, człowiek w którego rękach spoczywa los tysięcy ludzi, gnie się pod ciężarem klęski. Osobą, która dźwiga na barkach całe Imperium jest Sokollu. Jednak czytelnika nachodzi przykra refleksja, jaka jest zapłata za oddanie idei państwa stworzonego przez jego przyjaciela całego siebie? Czy cena, którą przychodzi płacić paszy nie jest za wysoka? Wieczne intrygi, ciągła czujność, niekończąca się dyplomacja, zależność od kaprysów i humorów władcy czy radzenie sobie ze spiskami zazdrosnych urzędników zdają się nie mieć końca. To właśnie praca paszy na rzecz dobra państwa ogromnie kontrastuje z postępowaniem sułtana. Odnosi się wrażenie, że bohaterowie powinni zamienić się miejscami, wówczas wszystko byłoby dobrze. Jelena niczym towar przekazywana jest z rąk do rąk. Staje się wiecznym więźniem coraz to innych ludzi, pragnących wykorzystać ją do realizacji własnych celów. Nieustannie zmaga się z przeciwnościami losu, pragnąc jedynie tego, by w końcu zaznać szczęścia przy boku ukochanego. Czy to jednak możliwe?

Maria Paszyńska maluje piękny i złożony obraz bogatej zarówno pod względem materialnym jak i duchowym krainy. To miejsce, w którym nawet niewolnik może liczyć na awans społeczny, w którym wykorzystuje się drzemiący w ludziach potencjał. Jest jednak i druga strona medalu. Pod urzekającą maską wdzięku i mądrości kryje się państwo tysięcy intryg, bezduszności, skrywanych sekretów, pozornej wolności. Niewolnik pozostaje niewolnikiem, za wierność ideałom często przychodzi płacić najwyższą cenę. Można powiedzieć że każdy jest swoistym zakładnikiem piastowanego stanowiska, żądz, namiętności, wyżej postawionych ludzi, wydarzeń, nawet kaprysów. Bohaterowie ulegają historii i ją tworzącym. Walczą o swoją przyszłość, choć często wydają się być skazani na klęskę. Budują i niszczą, dokonując wyborów, których woleliby uniknąć. Imperium to złożony organizm, który tętni życiem, niespokojnie szarpany kolejnymi podnietami, zdany na łaskę i niełaskę władcy, ludu, ideologii. 



"Córka gniewu" jest przemyślanym i urzekającym językiem zakończeniem trylogii. Nie brak w niej perełek, które warto zapamiętać. Mądrości, mówiących o ludziach sprawujących rolę przewodników, pojawiających się w życiu, by po odegraniu swojej roli odejść, błahostkach - ulotnych chwilach, z których budujemy ten prawdziwy świat, tak inny od rzeczywistości dworskiej. To historia o wykorzystywaniu szans, budowaniu siły, braniu odpowiedzialności za swoje czyny, ale również powieść o godzeniu się ze sprawami, na które nie mieliśmy wpływu. Historia Jeleny i Sokollu idealnie podkreśla to, że z każdej nawet najcięższej sytuacji można wyprowadzić dobro. Często jest ono okupione wysoką ceną, ale prawdziwą wolnością, której nikt nam nigdy nie odbierze jest bycie sobą, rozwijanie swojego człowieczeństwa, mądrości, ducha, by czynić dobrze. Możemy nie mieć wolności wyboru, ale to jak przeżywamy sytuacje, co rodzi się w sercu, jest tylko nasze. Finał sułtańskiej trylogii zaskakuje swoim wydźwiękiem. Tym jesiennym, głębokim przekonaniem, że wszystko zdąża ustalonym torem. Nieco melancholijnym, nieco smutnym, ale wypełnionym pogodzeniem się z sytuacją, tym wewnętrznym przekonaniem, że tak ma być. Jakby czytelnik czekał na z góry ustalony scenariusz. I nie chodzi tu o przewidywalność, ale świadomość tego, że wybory prowadzą do konkretnych rozwiązań. To słodko-gorzkie pożegnanie ze światem, który mocno podkreśla, kim tak naprawdę jest człowiek, do czego jest zdolny, jaka jest definicja wolności. Bo wszyscy jesteśmy liśćmi tańczącymi na wietrze, ale od nas zależy, czy w tych jesiennych pląsach pokażemy całą naszą krasę i spokojnie opadniemy na karty historii, czy bezwolnie poddamy się podmuchom, zrywami próbując coś uzyskać. 

Nie spodziewałam się, że orientalna opowieść będzie tak naprawdę głęboką refleksją o kondycji człowieka, tak przerażająco współczesną i realną. Wzruszenia, zachwyty, cudowny język, pełnokrwiści bohaterowie, akcja a miejscami poetycka fabuła, te wszystkie walory sprawiły, że z dumą mogę powiedzieć patronuję tej książce. Jednak pochylenie się nad wartościami, istotą człowieczeństwa i styl, w jakim robi to Maria Paszyńska powodują, że dzisiejszy dzień to wspólne święto moje i Pisarki, bo jest co świętować. Każde słowo, które rezonuje w duszy czytelnika zasługuje na swój czas, a tych w tej powieści nie brakuje. 




Za możliwość objęcia patronatem "Córki gniewu" i egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Autorce i Wydawnictwu Czwarta Strona. 




Maria Paszyńska, Córka gniewu, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2018. 


wtorek, 16 października 2018

Ursula Poznanski, Arno Strobel "NIEznajomi"

PRZEDPREMIEROWO


"Spoglądam mu prosto w oczy, choć kusi mnie, by odwrócić wzrok. Ma w sobie coś, co sprawia, że żałuję braku noża w zasięgu ręki. Takiego, którym mogłabym go dźgnąć. Raz za razem.
O Boże, co mi w ogóle przychodzi do głowy!
Przyciskam obie dłonie do czoła, a pragnienie, by przemocą wyrwać się z tej sytuacji znika." - s. 23

Joanna marzyła jedynie o tym, by wziąć gorącą kąpiel, następnie usiąść pod kocem z herbatą i dobrą książką. Zwykły, przyjemny wieczór został jednak przerwany w dość nieoczekiwany sposób. W jej domu pojawił się nieznajomy. Włamywacz? Morderca? Porywacz? Myśli szybko przelatywały kobiecie przez głowę, ale stanowczo nie spodziewała się tego, co stało się potem. Stojący przed nią mężczyzna, poirytowany dziwnym zachowaniem bohaterki stwierdza, że jest jej narzeczonym. Joanna nie dość, że widzi go po raz pierwszy, to nie odnajduje w domu nawet śladu, który świadczyłby o tym, że z kimkolwiek mieszka. Brak choćby jednego wspomnienia, jednej rzeczy i fakt, że Erik nie potrafi odpowiedzieć na żadne z zadanych mu pytań, które mogłyby świadczyć o tym, że jest związany z Joanną, świadczą na jego niekorzyść. Choć pewne stwierdzenia wskazują, że faktycznie mieli ze sobą jakiś kontakt. Jest wiele powodów, dla których mężczyzna może kłamać. Żaden z nich nie wróży niczego dobrego.

Erik nie miał dobrego dnia. Chciał zapomnieć o wszystkich niepowodzeniach i nieprzyjemnościach w ramionach ukochanej. To co początkowo wydawało mu się głupim i niesmacznym żartem okazało się bolesnym wstrząsem. Ukochana nie tylko nie wita go uśmiechem, ale wręcz nie poznaje. Jej słowa, gesty, ton głosu świadczą o tym, że ukochany stał się dla niej obcą osobą. A jeszcze kilka godzin temu było tak dobrze. Mężczyzna nie potrafi wyjaśnić amnezji narzeczonej, a tym bardziej tego, dlaczego z domu zniknęły wszelkie ślady jego obecności. Problemy Joanny z pamięcią to jednak dopiero początek kłopotów.



Jak musi czuć się kobieta, która straciła część swojej pamięci, dziwną część. Do tego ma niejasne, napawające ją lękiem przebłyski, które zdecydowanie nie wróżą niczego dobrego. Czy to ona zwariowała czy wszyscy dookoła oszukują ją, pragnąc, by uwierzyła w kłamstwo. Stawka jest przecież wysoka. Mimo wszystko, coś głęboko mówi jej, że trzeba wyjaśnić tę sytuację, choć logicznie rzecz ujmując nie wydaje się to najlepszym pomysłem. Zagubiona między pamięcią a zapomnieniem Joanna będzie starała się odnaleźć choćby okruchy wspomnień. Zrozumieć, kim jest Erik i czego od niej chce. Ma wiele okazji do obserwacji nieznajomego, wydaje się, że zbyt wiele nietypowych zdarzeń może przybliżyć ją do prawdy. Dezorientacja i gniew, to pierwsze, co czuje mężczyzna, który w niewyjaśniony sposób został wymazany z życia narzeczonej. Początkowe reakcje ustępują jednak smutkowi, żalowi, w końcu strachowi, bo dzieje się coś mocno niepokojącego. Czy można oszaleć w przeciągu kilku godzin? A może to po prostu spisek uknuty przez innych? Żadna z wyłaniających się odpowiedzi nie jest optymistyczna a zegar nieubłaganie tyka przyprawiając o dreszcze.

Dwie wersje historii. Ona pamięta wszystko poza nim. On stara się odnaleźć w roli człowieka, który musi udowodnić, że łączy ich miłość. Oliwy do ognia dolewa fakt, że z minuty na minutę sytuacja gmatwa się coraz bardziej. Pojawiają się kolejni bohaterowie, którzy rzucają światło na różne aspekty fabuły. Każdy z nich przechyla szalę podejrzeń czytelnika w inną stronę. Motywów przecież mogło być wiele. Akcja rozkręca się ze strony na stronę. W głowie rodzą się kolejne pytania. Granica między prawdą a fałszem jest płynna. Im więcej poszlak, tym trudniej zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w powieści, komu można zaufać. Kto bezbłędnie odgrywa swoją rolę, a kto padł ofiarą manipulacji. Przyjaciółka od serca, dawna miłość, kolega z pracy i do tego psycholog, szef, lekarz - każde z nich odwodzi czytelnika od prawidłowego rozwiązania. Autorzy umiejętnie budują napięcie, przeplatają sceny pełne akcji z opisami bezradności bohaterów i próbami zmierzenia się z rzeczywistością. Oddają głos zarówno Joannie, jak i Erikowi, kreśląc tym samym pełny obraz sytuacji. Dzięki temu historia rozszerza się. Pisarze nie dublują treści, jeśli opisują to samo zdarzenie kładą naciska na emocje i różne aspekty incydentów. Relacje świetnie się uzupełniają. Doskonale widać różnice między kobiecym a męskim punktem widzenia, sposobem odbierania rzeczywistości, reagowania na zdarzenia. Czytelnik dowiaduje się również o tym, co umknęło jednemu z bohaterów lub tym, co może go czekać, w końcu nie znamy całej prawdy o drugiej osobie. Mistrzowsko podsuwane tropy mają zmylić przeciwnika, by za wcześnie nie odgadł, co tak naprawdę się stało. Kolejne wątki tylko komplikują fabułę, która z dość niezwykłej historii o dwójce próbujących się odnaleźć ludzi przeradza się w coś znacznie większego. A samo zakończenie? Ursula Poznanski i Arno Strobel tak umiejętnie wodzili mnie za nos, że zdziwiona zastanawiałam się, jak mogłam nie wpaść na pewne rzeczy. Całej przyczyny przedstawionych zdarzeń, bym się jednak nie domyśliła, zdecydowanie nie.



"NIEznajomi" to pełna napięcia, wartkiej akcji, tajemnic książka, która nie da Wam spokoju, dopóki nie skończycie. Prowadzona z perspektywy bohaterów narracja nie tylko doskonale oddaje poczucie zagrożenia, osaczenia, dezorientacji i lęku, ale cały towarzyszący postaciom wachlarz emocji. Pozwala wniknąć w ich psychikę, poczuć to, co oni. Samo umiejscowienie fabuły w kilku miejscach podkreśla panującą w książce duszną atmosferę osaczenia i niepewności. Łagodzą ją momenty, gdy bohaterowie nieco bardziej skupiają się na własnej relacji niż zdarzeniach, które mają miejsce w ich otoczeniu. Rozdziały nie są za długie, język żywy, opisy skrócone do minimum. Widać swoistą oszczędność językową, brak przegadania tematu, o co wcale nie byłoby trudno. Pisarze stanęli jednak na wysokości zadania serwując wciągający i skupiony na sednie sprawy thriller psychologiczny, który świetnie oddaje to, co dzieje się w głowie i wnętrzu bohaterów. Rozszalałe emocje, mnożące się pytania, przemyślana intryga, wciągająca treść, ciekawi bohaterowie i zaskakujące zakończenie to wszystko znajdziecie w "NIEznajomych". Czytajcie, warto :)



Na koniec trochę prywaty. Dziękuję Wydawnictwu Mando za egzemplarz recenzencki i to bardzo szczególny, bo nigdy nie podejrzewałabym, że znajdę się na okładce. Świetny, kreatywny pomysł (nie dlatego, że na niej jestem ;-) to taki miły gest w stronę blogerów), który z tego, co widzę w sieci, spotkał się z naprawdę ciepłym przyjęciem :)

Fragment książki możecie przeczytać TU

Ursula Poznanski, Arno Strobel, NIEznajomi, przeł. Anna i Miłosz Urbanowie, wyd. Mando, Kraków 2018.