wtorek, 16 kwietnia 2019

Marta Guzowska "Raj"



"Powoli zbliża się do ognia. Płomienie hipnotyzują, nie może oderwać od nich wzroku. Robi jeszcze kilka kroków do przodu, chociaż czuje, jak skóra na twarzy zaczyna go palić. A potem nagle cały świat staje się czarny". - s. 343

Gdy tylko poznałam nazwę miejsca wydarzeń nowej książki Marty Guzowskiej od razu przypomniał mi się Dante i jego wędrówka. Przejdźmy się zatem alejkami galerii handlowej o szumnej nazwie "Raj", która staje otworem przed żądnymi doznań i zakupów klientami. Zasmakujmy klimatu sobotniego lenistwa przed majowym weekendem. Tego idealnego czasu, by w poczuciu luzu nadchodzących wolnych dni wydać trochę gotówki i wzbogacić się o nowe ubrania, buty, kosmetyki, gadżety. W końcu nigdzie nie trzeba się spieszyć, a Raj przyciąga pięknym wnętrzem oraz luksusem i kusi towarami. Wkroczmy zatem do przybytku konsumpcji, zbytku, żądz i pragnień.

Rozglądnijmy się w zadumie nad biegającymi ze sklepu do sklepu ludźmi i poznajmy bohaterów powieści. Każdy z nich ma swój powód, by odwiedzić galerię. Jakub i Andriej pracują ciężej niż zwykle. Dory i Ce szaleją wśród alejek, wrzucając relacje do mediów społecznościowych. Rudy również ma robotę, ale ta musi zaczekać, w końcu misternie utkany plan, jest dopięty co do minuty. Teresa przybywa do sklepu gnana niepokojem o córkę. To właśnie tej szóstce przyjdzie spędzić w Raju noc. Ale lepiej byłoby powtórzyć za "Boską komedią" "Ty który tu wchodzisz, żegnaj się z nadzieją". Ten czas nie będzie miał nic wspólnego z rozkosznym bieganiem po pustej galerii. W alejkach czai się niebezpieczeństwo a pokrzyżowane plany niektórych bohaterów wywołają frustrację, która doprowadzi do nieprzewidzianych wydarzeń. Raj zmieni się w piekło.

Ciekawe założenia, obserwacje, skłanianie do refleksji, wnikanie w psychikę bohaterów. To wszystko obiecano mi znaleźć w na wskroś współczesnej fabule. Świecka świątynia przepełniona konsumentami pragnącymi stłamsić swoje niepowodzenia, żale, kompleksy za pomocą przedmiotów. Poprawianie sobie humoru nowym ciuchem, nagradzanie za trud codziennej pracy, odwracanie uwagi od tego, co trzeba zmienić lub zaspokajanie sztucznie wywoływanych przez marketing potrzeb. Znamy to doskonale, rozumiemy i wiemy, jak działają haczyki zastawiane przez właścicieli sklepów i sprzedawców. A jednak tak łatwo wpaść w pułapkę i dać porwać się zakupowemu szaleństwu, zrekompensować sobie przedmiotami wszystkie troski, pokazać w mediach społecznościowych jak wspaniale spędzamy czas. Wykreować siebie i swoje życie, tak jak się nam podoba, bo liczymy się tylko my. Ciągle głodni ludzkiej uwagi, niedocenieni, ginący w morzu zwyczajności. Nieumiejętność radzenia sobie z porażkami, problemami, własną niedoskonałością, samotność w tłumie, niedocenienie i powierzchowne relacje. To wszystko starała się ukazać autorka "Raju".

I faktycznie na kartach odnajdziemy Teresę, która pragnie poczuć się lepiej dzięki zakupom, choć stan jej konta błaga o litość. Dory i Ce, które są idealnymi dziećmi social mediów, szczególnie ta druga. Będą selfiki robione w najmniej oczekiwanych momentach, kręcenie filmików, które przyprawiają o dreszcze i pytanie, co z tobą człowieku nie tak. A jednak coś nie zagrało w tej powieści.

"Chce odepchnąć ręce "najlepszej przyjaciółki" i powiedzieć, żeby przestała się kleić, kiedy Dory sama ją puszcza i - wow, dla odmiany! - chwyta za rękę matkę. Która ma naprawdę przestraszoną minę. Jakby sama była małą dziewczynką. Ale Ce nie ma ochoty tego analizować." - s. 119

Zaczyna się już od samego blurba, w którym odnajduję nieścisłość. Podejrzewam, że gdyby było tak, jak napisano, fabuła wyglądałaby zgoła inaczej, może byłaby bardziej intrygująca. Mamy bowiem jedną, góra dwie sceny, które można podpiąć pod przedstawione założenie. A szkoda. Samo pytanie o to, co się stanie, gdy świat oparty jedynie na pragnieniu zdobycia kolejnych lajków, followersów, uwagi i bycia gwiazdką social mediów się zawali, pozostaje dla mnie bez odpowiedzi. Zabrakło mi konkretnych wniosków, refleksji bohaterów, czegoś, co wpłynęłoby na ich postępowanie. Niby brak odpowiedzi może być odpowiedzią, ale czuję jakby temat został rzucony w próżnię.

Pomysł podzielenia książki na trzy części i rozdziały opowiadające o poszczególnych bohaterach jest całkiem dobry. Autorka dostosowuje tekst językowo, tak, by się wyróżniał, odpowiadał konkretnej postaci. Wulgaryzmów, zapożyczeń z języka angielskiego i młodzieżowego slangu jest dość dużo i przyznam, że czasami mocno grało mi to na nerwach, szczególnie powtarzające się jak mantra "oł, em dżi". Sami bohaterowie pozostawiają wiele do życzenia. Wydają się jednowymiarowi i nierzeczywiści.  Ich zachowania są nieracjonalne i ogromnie przerysowane. Pani psycholog ma tyle lęków, kompulsywnych myśli i reakcji, że sama powinna wiedzieć, iż nie jest z nią dobrze i wizyta u specjalisty jest koniecznością. To najbardziej niepokojąca postać, zwłaszcza okazuje się to w toku akcji. Gwiazdka youtube'a, dla której nie istnieje kompletnie nic poza lajkami i followersami - Ce traktuje ludzi jako przydatnych do realizacji celów lub nie. Kompletnie nie potrafi ocenić sytuacji, żyjąc w wyimaginowanym, wirtualnym świecie. Jej naiwność i oderwanie od rzeczywistości są tak karykaturalne, że aż nieprawdziwe. Dorota, która ciągle narzeka, że jest gorsza od przyjaciółki i ma ksywkę po głupiej, filmowej rybce, zdaje się mieć nieco więcej oleju w głowie. By przypodobać się Celinie i wyrwać spod osaczającej nadopiekuńczości matki, wdaje się jednak w bardzo niebezpieczną grę. Andriej to bandzior bezustannie podkreślający jak to on nie lubi Polaczków, którzy nie potrafią się bawić. Pogardę do nich prezentuje na każdym kroku i szczerze powiem, irytowało mnie to ciągłe i zbędne podkreślanie beznadziejności mieszkańców naszego kraju. Rudy czyli złodziej z planem dopiętym na ostatni guzik i wielkim ambicjami był raczej neutralny, miał zrobić co jego i wrócić. Marzenia o byciu kimś więcej i rozważania o karmie, to w zasadzie jedyne, co wyróżniało tę postać. W końcu diler Jakub, współpracownik Andrieja, młody chłopak, który stara się unikać kłopotów i  jest przekonany o swojej nieomylności. Pozostaje jeszcze jedna postać, mianowicie cudotwórca Jonasz, spec od zdobywania kontraktów, który przynajmniej na mnie nie zrobił wrażenia.




W "Raju" nie znalazłam spektakularnych zwrotów akcji, wielkiego napięcia czy dramatyzmu. Rozterki, jeśli się pojawiały, nie zatrzymywały mnie na dłużej. Z bohaterami trudno się zżyć, ponieważ żaden z nich nie wzbudza sympatii, nie ma większych dylematów moralnych, a przemianę przechodzi tylko jedna osoba. Wnikanie w psychikę postaci pokazało tylko ich ubóstwo wewnętrzne i pustość. Wiele w tej książce powtórzeń, nie wiem czy z braku zaufania do czytelnika, czy z chęci podkreślania pewnych aspektów. Myślę, że jedno mocne zaakcentowanie cech czy spraw w zupełności by wystarczyło. Samo zakończenie pozostawia wiele do życzenia. Można by je określić klamrą kompozycyjną, ale wówczas rodzi się pytanie, jaki z tego morał? Mimo małego (jak dla mnie) druku książkę czyta się jednak naprawdę szybko. Pomysł był i to dobry, ale nowej powieści Marty Guzowskiej nie ratują ani przerysowani i nieciekawi bohaterowie, ani powtarzalność pewnych sformułowań czy fragmentów, ani akcja, która nie przyciąga (raczej ma się ochotę przekonać, czy najbardziej przewidywany scenariusz się sprawdzi). Lubię książki pani Marty, ale nie znajduję w "Raju" głębokiego pochylenia się nad problemem uzależnienia i życia w social mediach (jest za to teza, która wywołuje raczej zdumienie niż refleksję) czy pogłębionych portretów psychologicznych. Piszę to z przykrością, ale mnie ten thriller kompletnie nie przekonał. Był po prostu słaby i nie spełnił swoich obietnic. Jednym słowem "Raj" okazał się bardziej drogą przez czyściec, w którym nie bardzo chciałam się znaleźć.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

Marta Guzowska, Raj, wyd. Marginesy, Warszawa 2019.

wtorek, 2 kwietnia 2019

Magdalena Kiełbowicz "Huczy jak w ulu"




"Lubię czytać książki. To moja największa pasja. Dzięki książkom mogę być bardzo daleko, nawet jeśli nie wychodzę z domu. To prawie jak czary! Zaczynam czytać i po kilku zdaniach jestem na pustyni, w lesie, na statku pirackim, w jakimś nieznanym kraju albo na innej planecie. Poznaję nowe miejsca, nowych ludzi i ich przygody. Jasne, że w wyobraźni, ale to bez różnicy, bo śmieję się tak samo, jak śmieję się naprawdę, tak samo się denerwuję i smucę." - s. 45


W życiu czasami jest jak w ulu. Huczy, dzieje się, jest zamieszanie, choć każdy zna swoje miejsce i robi to, co do niego należy. Wszystko jest uporządkowane, ale gdybyśmy spojrzeli z zewnątrz, odnieślibyśmy wrażenie chaotyczności. Zachodzące interakcje nadają miejscu życia, swoistej magii. Szczególnie widać to, gdy jest się dzieckiem ciekawym całego świata. 

Książki, pokazujące uroki codzienności, w której wcale nie musi być nudno, mają dla mnie nieodparty urok. Starszym przypominają dobre czasy, a młodszych uczą, że wcale nie trzeba telewizji, Internetu czy najnowszych gadżetów, by było interesująco. Dzieci mają tę niezwykłą zdolność, że potrafią uczynić przygodę niemal z wszystkiego a to, co dla starszych znajome i często niezauważalne, dla nich jest ciekawe i pociągające. Nikt lepiej niż one nie czuje magii codzienności i nie potrafi ożywiać za pomocą wyobraźni nawet najbardziej banalnych przedmiotów.



W domu na ulicy Makowej na pewno nie jest nudno. Czytelnik wędruje prowadzony przez Ulę Hernik, narratorkę, która przedstawia swoją rodzinę i zadziwia zaskakującymi oraz bardzo trafnymi komentarzami. Ma głowę pełną pomysłów, wielkie plany na przyszłość i niezmordowany zapał, by uczynić każdy dzień wspaniałą przygodą. Dziewczynka zaprasza nas do świata mieszkańców kamienicy, ich zajęć, upodobań. Poznajemy miłego szewca Antoniego, Alfę i Omegę, Ksawerego, który zawsze wymyśli coś niesamowitego, Melanię Szulc, znaną aktorkę sprowadzającą ze sobą dziennikarzy i fotografów, dziadka i pradziadka dziewczynki, Słodkiego - jej przyrodniego brata i wielu innych bohaterów.

Ta wesoła gromadka zapewni wszystkim moc wrażeń i dużo uśmiechu. Ciekawość bohaterki, jej usposobienie, charakter oraz zdolność do bystrego obserwowania i inteligentnego komentowania rzeczywistości, są gwarantem dobrej lektury. Bo wcale nie trzeba wielkich i niezwykłych wydarzeń, by stwierdzić, że życie jest naprawdę pasjonujące. Ula, choć żyje we w naszych czasach nie jest przywiązana do telewizora, tabletu, Internetu. Doskonale obywa się bez nich i to jeden z najlepszych wątków tej książki. Autorka udowadnia, że nie musimy korzystać z technologii, by wspaniale spędzać czas. Podkreśla rolę rozmów z rówieśnikami i dorosłymi. Pokazuje jak za pomocą wyobraźni dziewczynka wyśmienicie się bawi, ucząc bycia w grupie, doceniania małych rzeczy, zwracania uwagi na drugiego człowieka. 

Co dzień to inna przygoda, tak mogłabym określić książkę Magdaleny Kiełbowicz. Pisarka w prosty, bardzo przystępny, ciekawy i pociągający dla dzieci sposób pokazuje, że to my decydujemy o tym, jak spędzamy czas. To nie w żadnych nowinkach technologicznych, ale w nas tkwi magia. Wystarczy książka, wyobraźnia i szczypta dobrego humoru, by wszystko było jak najlepiej. Każdy rozdział to nieco inna historia, która z pewnością zaciekawi młodych czytelników. Pozwoli im lepiej zrozumieć, jak działa świat, co można robić w wolnym czasie, jak ważne są relacje międzyludzkie. Nie brak w "Huczy jak w ulu" humoru, puszczania oka do czasów dzieciństwa rodziców czy choćby dużej mądrości bohaterki. Co ważne, Ula bardzo ciekawie opowiada o książkach i bibliotece, będących świetną alternatywą dla ekranów, co stanowi dodatkową zaletę publikacji. Książka jako brama do wielu światów, biblioteka jako miejsce ciekawych zajęć oraz bibliotekarka, potrafiąca odpowiednio dobrać lekturę, na pewno zachęcają do zagłębienia się w literacki świat, w którym podobnie jak w kamienicy na ul. Makowej czeka niejedno zaskakujące i wywołujące uśmiech na twarzy oraz moc emocji zdarzenie.


"Huczy jak w ulu" napełniło mnie sentymentem, przeniosło do lat dzieciństwa, oczarowało humorem, językiem, szczerością i prostotą. Było jak piękna wyprawa do czasów, za którymi się tęskni, a jednocześnie pokazywało, że przecież nic straconego. W końcu do mass mediów i nowinek technologicznych, można podchodzić z głową jak panna Hernik. Znaleźć złoty środek i cieszyć się wyobraźnią, książkami, drugim człowiekiem i pomysłowością - tak mogłabym podsumować książkę Magdaleny Kiełbowicz, którą powinni przeczytać wszyscy młodzi ludzie. Szczególnie poleciłabym ją tym, którzy twierdzą, że bez Internetu, telewizji, tabletu i telefonu nie ma zabawy. Jest i to wspaniała. Optymizmem i radością napełnia mnie fakt, że powstają dziś takie książki, obecnie chyba jeszcze bardziej potrzebne niż kiedyś. I przypominają, gdzie jest prawdziwe życie i szczęście. Do tego robią to w naprawdę dobrym stylu. Z mojej strony wielkie DZIĘKUJE dla autorki.  A na koniec jeszcze uśmiech za ilustracje :).

Fragment książki możecie przeczytać TUTAJ

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak Emotikon. 



Magdalena Kiełbowicz, Huczy jak w ulu, wyd. Znak emotikon, Kraków 2019.

poniedziałek, 18 marca 2019

Maria Paszyńska "Instytut Piękności"




"Pamięć to przedziwna rzecz. Tak wiele przeżyłam dni, a z większości nie pamiętam nic. Z reszty także pozostały tylko wycinki, strzępki, urywki, przebłyski. Chwile, które tak bardzo chciałam zatrzymać, gdy trwały, rozpłynęły się we mgle, te zaś, które pragnęłabym na zawsze wymazać z pamięci, nie tracąc barw, są wciąż żywe." - s. 216

Zbieram myśli. Wiem, że każde słowo, jakie napiszę, będzie otwierać mnie coraz bardziej. Czuję nieprzepartą chęć opowiedzenia o tej historii, a jednak tli się we mnie jakaś potrzeba nabożnej ciszy, zadumania się nad tym, co przeczytałam, co przeżyłam z tą opowieścią. Jestem trochę jak dziecko, które pragnie mówić, ale i zatrzymać w sekrecie to, co przeżyło.

To zaskakujące jak ludzie, którzy ryzykowali życie dla innych podchodzą do swoich czynów. Najczęściej spotykam się ze stwierdzeniem, że to przecież nie było nic wielkiego, że każdy porządny człowiek zrobiły to samo na ich miejscu. To było naturalne, jasne, oczywiste - mimo lęku, konspiracji, narażania się. Bo człowiek człowiekowi bliźnim. A jednak to nie była żadna zwykła postawa. Heroizm powinien zostać nazwany po imieniu, bo nie każdego było stać na poświęcenie. Więcej nawet, niektórzy po prostu wyłamali się z szeregu, działając na szkodę. "Kto ratuje życie, ratuje cały świat" i to chyba najwłaściwsze słowa, jakie powinny padać, gdy mowa o tych, którzy okazali się bohaterami.

Okupowana Warszawa a w niej Instytut Piękności. Pod samym nosem Niemców. Zakład prowadzony przez Madę Walter słynną w całej stolicy. Kobietę na wskroś nowoczesną, kruchą a jednak z gigantycznym hartem ducha. To właśnie tu pod przykrywką dbałości o piękno kobiet ratuje się życie. Uczy tuszowania swojego pochodzenia, wtapiania się w tłum, kuchni i katechizmu. Nie wszyscy to rozumieją, ale to realna pomoc. Główna bohaterka robi co może, by ocalić jak najwięcej ludzkich istnień, bo każde jest na wagę złota. 

Sara, Zoja. Dalila, Lea. Każda z nich jest inna. Ma swoją niepowtarzalną historię, okupioną cierpieniem. Ich szczęście i marzenia należą do przeszłości, a jednak jest w tych kobietach ogromna siła, samozaparcie. Choć ich przeszłość wydaje się zaledwie pięknym snem, teraźniejszość to strach i trud, a przyszłość nawet nie pojawia się w snach, nie przeszkadza to bohaterkom pomagać innym. Artystka, przykładna żona i matka, utalentowana tłumaczka, młodziutka dziewczyna rozdzielona z matką. Każda z nich ma za sobą bolesne doświadczenia. Łączy je jedno - los zgotowany przez Niemców, który zburzył ich świat. 



Maria Paszyńska kreśli przejmujący obraz Warszawy targanej wojną. Odmalowuje ludzkie dramaty i  cierpienie tak dosadnie, że nie sposób nie współodczuwać z podopiecznymi Mady Walter. Czytelnik zostaje lekko wprowadzony w historię przez zapoznanie się z tą niezwykłą kobietą. Zaczyna od końca, prawie teraźniejszości, by następnie przenieść się do okupowanej stolicy. Tu poznaje historie Żydówek, które zagościły w życiu założycielki Instytutu Piękności. Nie są to łatwe losy, historie, wobec których można przejść obojętnie. Każda z nich ukazana jest z perspektywy opowiadającej ją bohaterki. Zróżnicowana narracja oddaje charakter kobiet, pozwala je lepiej zrozumieć, wczuć się w to, co przeżywają. Wiele jednak dzieje się między słowami i bez problemu da się to wyczuć. Rodząca się przyjaźń często rozwija się właśnie pod płaszczykiem milczenia, niedopowiedzeń, otwartości na to, że czasami trzeba pozwolić komuś przeżyć coś w pojedynkę. Mada Walter zdaje się doskonale rozumieć, że wszystko ma swój czas i to właśnie taka postawa jest najlepszą drogą do drugiego człowieka. 

Spokojne, charyzmatyczne, porywcze, skryte, żywiołowe, takie są bohaterki "Instytutu Piękności". To nie żadne salonowe mimozy, tylko kobiety z krwi i kości, które mimo swoich ran i lęków nie boją się stawiać czoła przerażającej wojennej codzienności. Nie brak w książce pogodnych fragmentów, nawet lekkiego humoru, a jednak czuje się powagę tej historii. Unoszący się nad nią smutek i melancholię. Nowa powieść Marii Paszyńskiej porusza. Wgryza się powoli w duszę czytelnika, nie pozwala pozostać mu obojętnym. Na kartach książki zło przeplata się z dobrem, nadzieja z rezygnacją, szczęście z nieszczęściem. To na wskroś życiowy obraz tamtych czasów, choć przecież jest w tej historii wiele fikcji. Mam jednak świadomość, że przecież Instytut istniał, Mada robiła co mogła, kobiety walczyły, bliźni pomagali sobie, inni robili wszystko wyłącznie z myślą o własnej osobie. Lęk unosił się nad dachami Warszawy, przeplatając się z ulotnymi chwilami szczęścia i nadzieją na lepsze jutro. Gdy myślę o tamtych czasach, mam nieodparte wrażenie, że ludzie, którzy przeżyli wojnę są tak różni od nas. Silniejsi, bardziej zaradni, uświadomieni lepiej niż ktokolwiek w kwestii dobra i zła, niezwykli. 



"Instytut Piękności" wyróżnia się spośród poprzednich książek autorki, dzięki narracji prowadzonej z perspektywy bohaterek. To mocna, dosadna, ale momentami poetycka opowieść o losie kobiet, które walczyły o przetrwanie swoje i drugiego człowieka. Rzecz o bólu, stracie, heroizmie, bezinteresowności, pamięci, która zachowuje to, co wolelibyśmy utracić i traci to, co pragnie się zachować. Bezpośredniość, postępowość i wielkie serce głównej bohaterki dodaje powieści kolorytu. Nie odbiera jednak nic ze wzruszeń, które towarzyszą lekturze. Maria Paszyńska nadal bezbłędnie gra na strunach duszy czytelników, by pod koniec książki doprowadzić ich do łez. Nie oszczędza czytelnika, bo najważniejsza jest prawda, nawet ta po płaszczykiem wymyślonej częściowo historii, bo przecież to, co spotkało fikcyjne bohaterki, było udziałem wielu mieszkających w Warszawie kobiet. Trwam w ciszy i zadumie nad tym, co wywołała we mnie ta powieść. Tak po prostu na wskroś ludzka, trudna, niepozbawiona piękna w ogromie zła. Świadcząca najlepiej o tym, co znaczy być człowiekiem. I z tym Was zostawiam, bo to książka, którą trzeba przeżyć bardziej niż przeczytać. Myślę, że kto sięgnie po nią, zrozumie co mam na myśli. Przecież czasami milczenie mówi więcej niż słowa. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Pascal. 

Maria Paszyńska, Instytut Piękności, wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2019.

niedziela, 3 marca 2019

Robert Seethaler "Trafikant"




"Ale w zasadzie naszym przeznaczeniem jest raczej nie wiedzieć dokąd idziemy. Naszym przeznaczeniem jest raczej n i e wiedzieć o tym. Nie przychodzimy na świat po to, by znaleźć odpowiedzi, lecz by stawiać pytania. Można by rzec, że na ślepo wymacujemy drogę w wiecznych ciemnościach i tylko czasem, przy mnóstwie szczęścia, widzimy błysk światełka. I tylko dzięki mnóstwu odwagi lub uporu, lub też głupoty, lub najlepiej dzięki temu wszystkiemu naraz udaje się czasami tu i ówdzie zatknąć własny drogowskaz!" - s. 256

Są książki, na które czeka się naprawdę niecierpliwie. Tak też było i tym razem. Po lekturze "Całego życia" chciałam więcej, pragnęłam znów zanurzyć się w pozbawioną zbędnych słów, esencjonalną, filozoficzno-poetycką prozę Roberta Seethalera. Chciałam chłonąć ją całą sobą.

Kolorowa okładka z dachami kamienic przypomniała mi widok z okna mieszkania mojej koleżanki. Skojarzyła się z Warszawą oglądaną z wieżowca na Pradze, w którym zjawiałam się co roku, by wziąć udział w Warszawskich Targach Książki. Obiecywała klimatyczną i dobrą lekturę. Wyruszyłam zatem najpierw na prowincję, gdzie poznałam głównego bohatera i jego matkę. A potem podążyłam z nim do Wiednia, w którym zaczął nowe życie. Jak dobrze rozumiałam uczucia towarzyszące mu podczas pierwszych kroków na nieznanej ziemi, w wielkim mieście, obcym i nie do końca zrozumiałym.

Poznawałam uroki oraz problemy życia trafikanta. Dowiedziałam się, że znajomość towaru, umiejętność prowadzenia konwersacji, odpowiednie powitanie gości, dobra pamięć i świadomość tego, co dzieje się w świecie, to konieczne minimum, by utrzymać się w pracy. Choć zasadniej byłoby powiedzieć, że to nie zajęcie, ale wręcz powołanie. A gdzie, jeśli nie w Wiedniu najlepiej żyć? To tu można pewnego dnia spotkać słynnego profesora, pomagającego innym. Człowieka znanego i poważanego, nie do końca rozumiejącego własny sukces. Tego, który wnika w głąb człowieka, posyła go na nieznane ścieżki, choć sam uważa, że życie do jedna wielka niewiadoma. Tylko w tym klimatycznym miejscu zwykły, prosty człowiek jakimś zrządzeniem okoliczności może prowadzić rozmowy ze światowej klasy specjalistą prosto i tak, jak nie rozmawia się z pacjentami. 

Próbuję określić temat przewodni nowej książki Seethalera. Z jednej strony to opowieść o relacji ludzi z całkiem różnych środowisk. Wzajemnym porozumieniu i rodzącej się więzi zarówno z właścicielem trafiki, jak i Zygmuntem Freudem. Z drugiej historia o uczuciu, które rodzi się w człowieku, zawłaszcza go, popycha do działania. W końcu zaś to rzecz o narodzinach zła. Tym jak ludzie dają się ponieść okrutnej ideologii, jak człowiek, którego spotyka się przez lata jako sąsiada, staje się wilkiem. Autor z wnikliwością i w oszczędny sposób opisuje spustoszenie, jakie nazizm czynił w ludziach. Jest to tym mocniejsze, że dzieje się jakby mimochodem. To często wspomnienia w stosunku do głównej historii, ale tak silne, że nie sposób nie czuć niepokoju. Atmosfera napięcia narasta, ludzie zmieniają się i nie wiadomo już, co jest maską a co prawdziwym obliczem. 


"Trafikant" rezonuje we mnie. Zatrzymuję się nad pewnymi fragmentami. Wczytuję w nie po raz kolejny. Razem z Franzem wędruję uliczkami Wiednia, ale to w pewnym sensie smutne spacery. Bo jak uśmiechać się w obliczu nadciągającej katastrofy? I przyznam, że mam lekki żal do autora. Nie potrafię się zaciągnąć tą historią, jak pisze Zośka Papużanka. Staram się, ale pomimo świetnego stylu autora, ciekawej i niebanalnej historii, czegoś mi brakuje. Nie rekompensują tego nawet poetycko-filozoficzne fragmenty. "Trafikant" nie sprzedał mi przyjemności i pożądania. Zapewnił za to głęboką, osadzoną w ciszy refleksję nad człowieczeństwem. Kazał przystanąć nad decyzjami i drogami, które wybiera się w codzienności. Pochylić się nad tym, do czego popycha mnie społeczeństwo a tym, co powinnam wybrać w zgodzie ze swoim sumieniem. Szepnął mi kilka gorzkich słów o pewnym rodzaju miłości i konieczności wybierania trudniejszych dróg. I za to ogromnie cenię tę książkę. A jednak, mając w pamięci "Całe życie" tęsknię boleśnie za liryczną historią, w której odnajduję się od początku do końca. Tym swoistym traktacie o życiu. 

Zadowolenie miesza się we mnie z niedosytem. Nowa powieść Seethalera jest dobra, warta przeczytania, ciekawa i filozoficzna. A jednak wiem, że autora stać na więcej, to więcej którego tak głęboko pragnę i potrzebuję. Ale może taki był zamysł tej książki? Pozwolić zatęsknić? Chcieć więcej? 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Oli z bloga Parapet Literacki i Wydawnictwu Otwarte. 

Robert Seethaler, Trafikant, tłum. Ewa Kochanowska, wyd. Otwarte, Kraków 2019. 

niedziela, 10 lutego 2019

Spacerowe rozkminy #13




Staram się, by weekendy były dla mnie. To czas na regenerację, czytanie, spacery, spotkania i to, co zostaje gdzieś zepchnięte na bok w czasie tygodnia. W zasadzie zasypiając w piątek, mogłabym nucić "I do południa budzikom śmierć...". Nie nastawiam alarmu, zwalniam, mam czas się wyspać. W tym tygodniu jednak jakoś nie bardzo to wysypianie mi się udaje. Budzę się po szóstej i ze spania nici. Jestem jakaś zabiegana, zmęczona. Nie czytam tego, co chcę, bo całość czasu zajmuje mi przygotowanie się do spotkania, które prowadzę, obowiązki. 

A jednak dziś rano nie czułam się zmęczona. Przypomniałam sobie, jak dobrze jest wstać wcześniej, wyjść na Mszę. Iść ulicami Warszawy, gdy ruch nie jest jeszcze taki duży (część mieszkańców nie wróciła jeszcze z ferii), a spotkanie kogoś na ulicy to nadal wyczyn ;-). Zrobić sobie spacer w drodze do i z Kościoła. Posłuchać dobrego kazania i pięknego śpiewu braci. Wystawić twarz do słońca i nawdychać się zapachu nadchodzącej wiosny. 

Po raz pierwszy od dawna poczułam się po prostu spokojna i szczęśliwa. Mam dużo do zrobienia dzisiaj, a jednak nie martwię się. Może przez nadciągającą wiosnę, może przez świadomość, że pomimo wcześniejszej niż zwykle pory mam już pewne rzeczy ogarnięte. A może przestałam wariować, że wszystko muszę.



Tęsknie patrzę na stosiki poezji, które zalegają na oknie i na książkę, z którą powinnam się już zapoznać dawno temu, choć ciągle brakuje mi czasu. "Nie musisz niczego udowadniać", no właśnie. Czekam na wolną chwilę, by zabrać się za lekturę, bo uczę się mądrego podejścia do życia. Warszawa ma swoje tempo, wymagania. Cała współczesna kultura narzuca pewne schematy i wymogi. A ja widzę, że coraz bardziej wariujemy. Mamy być najlepsi, niezmordowani, szybcy, prawie nieludzcy. A przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto na studiach będzie miał wyższą średnią, kto ma szybciej pracuje, ma większą odporność, ładniejszą figurę, lepszy gust, wyższe IQ. I co z tego? Mam się załamywać z tego powodu? Zapisywać się na lekcje stylu, szybsze czytanie, pochłaniać stosy literatury o tym, jak skuteczniej, szybciej, efektywniej myśleć i robić wszystko? Nie jestem maszyną. Mam zalety i wady. Jestem sobą i z tym mam być szczęśliwa. Jasne, że warto się dokształcać, ćwiczyć, rozwijać, ale bez przesady. Trzeba żyć.

Uczę się dbania o siebie. Ucinania tego, co mi nie służy. Jestem trochę z tego pokolenia, które uczono być dobrym, ale w dziwnych granicach. Ze zbyt dużą wyrozumiałością dla tego, co nie powinno być akceptowalne. Tłumaczeniem a bo ktoś miał zły dzień, zły okres, wybuchowy charakter. I tak, jak komuś puszczą nerwy i będzie musiał się wywrzeszczeć lub po doznanej krzywdzie sam nie do końca będzie panował nad tym co mówi, to jestem to w stanie zrozumieć. Ale to są normalne ludzkie sytuacje, gdy człowiek staje na skraju jakiegoś nieszczęścia, bólu, gdy przepełniła się przysłowiowa czara goryczy i potrzebne mu katharsis. Nie godzę się jednak na ciągłe tłumaczenie typu ktoś miał ciężkie życie. Tak, ale to nie daje mu prawa krzywdzenia drugiego człowieka. Znalazłam ostatnio bardzo dobrą myśl: "Unikanie toksycznych osób nie jest aktem okrucieństwa, tylko wyrazem troski o siebie". Uczę się zatem reagować i jasno mówić, że coś mi się nie podoba, bez wyrzutów sumienia, że może nie miałam cierpliwości, zbyt pochopnie zareagowałam, że może ktoś był w trudnej sytuacji a ja ucięłam rozmowę. Bo pozwalanie na wszystko, ponieważ ktoś ma trudno, dawanie przyzwolenia na wchodzenie sobie na głowę, wcale nie jest dobre, ani dla tej osoby, ani dla nas samych. Czasem bywa to ogromnie trudne, zwłaszcza gdy relacja trwa długo, ale myślę, że pewnego dnia trzeba po prostu wstać i zacząć troszczyć się o siebie. Nie dawać się zwariować, bo inaczej cały nasz świat stanie na głowie. 



poniedziałek, 4 lutego 2019

Georgi Gospodinow "Fizyka smutku"




„Historia, w której czasy się doganiają i przeplatają. Niektóre wydarzenia dzielą się teraz, inne w dalekiej i zapomnianej przeszłości. Przestrzenie także się mieszają, pałace z piwnicami, kreteńscy władcy z tutejszymi pasterzami budują labirynt historii o chłopcu-Minotaurze, póki się w niej nie pogubisz. Opowieść wije się niczym labirynt, więc nie jestem w stanie wrócić po jej śladach, niestety. Historia głuchych korytarzy, nici, które się rwą, ślepych zakamarków i oczywistych niedopasowań. Im bardziej nieprawdopodobna ci się wydaje, tym bardziej jej wierzysz. Blada i prosta linia, tylko tak mogę ją teraz przekazać, bez magii tamtej opowieści, głosi mniej więcej, co następuje.” – s. 14


Wszyscy jesteśmy Minotaurami zagubionymi w labiryncie życia. Błądzimy nie wiedząc, dlaczego świat nas nie akceptuje, czemu natura, którą przyjęliśmy nie spotyka się ze zrozumieniem. Zamknięci uciekamy przez nieznanym. Pragniemy wydostać się na wolność, znaleźć swoje miejsce, zakotwiczyć się gdzieś. Z czasem możemy stać się Tezeuszem, który wyłania się z kolejnego skrzyżowania korytarzy. Tropi potwora, napawającego świat lękiem. Zna go jedynie z legend, ale nie przeszkadza mu to kroczyć na rzeź, której istoty nie rozumie. Nie docieka prawdy, po prostu ma spełnić swoje zadanie. Po lekturze powieści Georgi'ego Gospodinowa zadaję sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje? 

Można istnieć raz w wielu życiach. Można również przeżyć jedno w wielu istnieniach. Bohater książki potrafi znaleźć się w ciele każdego. Nie tylko człowieka, ale wręcz każdej istoty czy rzeczy. Poznaje wspomnienia, odczuwa wszystko, co osoba, w której wnętrzu przebywa. Wędruje nie tylko przez historię i świat, ale przede wszystkim przez skomplikowane ludzkie emocje i doznania. Posiada magiczną zdolność, nieskończoną empatię, pozwalającą lepiej zrozumieć rzeczywistość, poznać jej tajemnice. Czysty i nieskażony jako dziecko, przeskakuje z ciała do ciała, z istoty do istoty. Rzeczywistość wchłania go, zatrzymuje przy sobie, prosząc, poznaj mnie. Przystań, poczuj, zrozum. 

Autor pięknie i pomysłowo przedstawia empatię, obrazowaną jako głębokie zjednoczenie ze światem. Otwartość na poznawanie i rozumienie, świeżość spojrzenia i umysłu. Życie jednak płynie a zdolność przyjmowania świata i ludzi, takimi jakimi są, zaczyna się kurczyć. Naleciałości społeczne, doświadczenia, pierwsze rany, wszystko to sprawia, że coraz trudniej wejść w cudzą skórę. Człowiek staje się istotą coraz bardziej odległą i obcą. Już nie jest bezpieczną i upragnioną przystanią, podświadomość robi swoje. Zdolność zanika. Przychodzi coraz rzadziej, trudniej. Gubi się, jak Minotaur w labiryncie. 

Czytelnik wędruje w czasie i przestrzeni. Zatrzymuje się w różnych miejscach, by poznać wycinki rzeczywistości. Przystaje niczym przed fotografią, by skonfrontować swoje odczucia z tym, co podaje mu narrator. Błąka się w meandrach historii, jej zawiłościach. Wydaje się, że postawiony przed różnymi doświadczeniami ma szansę odkryć o sobie prawdę. Wyciągnąć na światło dzienne tęsknoty, pragnienia, myśli i uczucia, które chowają się pod maską codzienności. O których nie myśli się i nie analizuje, bo zwyczajnie nie ma na to czasu. Poznawanie siebie to luksus, poznawanie innych, sztuka, którą opanowali jedynie nieliczni.


Podróż przez strony "Fizyki smutku" to bardziej wędrówka po własnej duszy. Konfrontacja z myślami, na które często sobie nie pozwalamy z wielu względów. Prozaiczność przysłania melancholijne westchnienia, idealizm, ułudy, za którymi się tęskni. Dziecięcą naiwność, szczerość i otwartość w rozumieniu innej istoty. Im więcej lat mija, tym większe zagubienie. Coraz częściej zdarza się wchodzić w ślepy zaułek labiryntu. Pojawiają się nierozumienie, próba obrony przed systemem, niezgoda na pewien stan rzeczy, bunt, gorzka refleksja nad światem. Baśniowość miesza się z prozą życia. Mądrość z egoizmem. Tkliwość ze zdziwaczeniem i strachem. A jednak przemierzam ten świat, niejednorodny, nierówny, fragmentaryczny, wyrwany z kontekstu. Idę przez niego z zadziwieniem, poczuciem bliskości, nostalgią, niepokojem. Schodzę coraz niżej rozumiejąc, że tym co spaja fabułę jest samotność, smutek, zagubienie, odmienność. Że ludzie czujący więcej, nawet po stracie większości swojej empatii, nadal pozostają inni, bardziej podatni na zranienie, wyobcowanie. Są jak Minotaur - obcy, stwarzający zagrożenie, choć nikt w rzeczywistości nie sprawdza, jaka jest prawda. 

"Fizyka smutku" wywołuje we mnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony jest liryczna, cudownie poetycka, z drugiej są w niej i fragmenty, które mi się dłużyły. Styl wydawał się nierówny, odmienny w niektórych rozdziałach. Tematyka wymagała pewnego wysiłku, przestawienia się na wędrówkę po wielu zagadnieniach. Samo podejście do odczuwania ulegało zmianie. Było czymś dobrym, ale jednocześnie wyobcowywało, doprowadzało niemal na skraj dziwactwa. A jednak nie czułam, że autor chce powiedzieć, dostosuj się, bądź jak każdy. Powieść Gospodinowa jest nostalgiczna, przesycona delikatnym smutkiem, zadziwieniem nad zjawiskami. Domaga się reinterpretacji mitu i wpojonych prawd społecznych. Oscyluje na granicy liryzmu i prozy, oniryzmu i codzienności. Urzeka emocjonalnym podejściem do spraw przedstawionych a jednocześnie momentami bywa wręcz oschła. Niejednoznaczna, niejednorodna, nie pozwalająca o sobie zapomnieć. To książka, którą się docenia i jednocześnie czuje lekki zawód. Momentami się ją pochłania, innym razem czyta nieco opornie, a jednak zostaje w głowie. Nie daje o sobie zapomnieć. Drąży w swojej inności, szczerości, oryginalności. Nie udaje niczego, co już było. Po prostu jest do głębi boleśnie prawdziwa, odmienna. 


Georgi Gospodinow, Fizyka smutku, przeł. Magdalena Pytlak, wyd. Literackie, Kraków 2018


czwartek, 31 stycznia 2019

Rebecca Fleet "Zamiana"




"Przez jakiś czas dokarmiam swój gniew, aż zaczyna grozić eksplozją. Gdy dochodzi do tego punktu, znów sięgam po długie, ostre kuchenne nożyce i idę na korytarz. Zdejmuję ze ściany jedną fotografię po drugiej, odchylam haczyki z tyłu i podnoszę szybki. Trzęsą mi się ręce, a moje zadanie wymaga precyzji, więc siadam i czekam na powrót chłodnej koncentracji. Zawężam pole widzenia do zdjęć ułożonych w równych rządkach na dywanie. Podnoszę każde po kolei i nacinam je starannie, wbijam czubki nożyc w jej twarz i zataczam kręgi, aż zupełnie znikną z fotografii." - s. 179-180

Kilka wolnych dni w nowym miejscu, swoboda, odpoczynek, inne środowisko. To miał być naprawdę udany czas. Planów nie brakowało, wyjazd był też swoistym remedium na ostatnie problemy bohaterów, szansą na umocnienie więzi. Dom, choć pustawy i wyglądający na niezamieszkany, prezentował się całkiem dobrze, choć brak osobistych rzeczy wywoływał lekki chłód. Na pozór sterylne i bezosobowe miejsce, kryło jednak pewną tajemnicę. Poukrywane drobiazgi, których postronni by nie zauważyli, były ważnym komunikatem dla Caroline. Przeszłość wróciła z całą siłą, ale kobieta nie wiedziała dokładnie, dlaczego? 

Ciężko zapomnieć o chwilach, które pozwalały oddychać w trudnym czasie. Nadawały koloru dniom pokrytym szarzyzną i bolesnym doświadczeniom. Im większe problemy, tym głębsza otucha, gdy nagle pojawia się ktoś, na kim można polegać i przy kim zapomina się o kłopotach. Wspólne porozumienie ma nieocenione znaczenie. A jednak można mijać się w słowach i w lot chwytać myśli. Milczeć na pewne tematy, żyć chwilą, zatracać się w cieple i nadawaniu na tej samej fali, wzajemnej fascynacji. Szukać tego życia, którego nie ma, a za którym tak bardzo się tęskni. Czuć, że wybrało się złą opcję w nieodpowiednim czasie. 

Wszystko zaczyna się niewinnie. Czytelnik zostaje wrzucony w napiętą sytuację, w której musi się dopiero rozeznać. Coś jest na rzeczy. Wydaje się, że to zwykłe życiowe problemy, nic nowego. Powoli jednak staje się jasne, że pod tymi znanymi z literatury i filmów dylematami kryje się coś więcej. Akcja płynie wolno, dyskomfort jednak narasta. Oblepia czytelnika, zakrada się do zakamarków jego ciała i umysłu. Jest w tej książce coś dusznego. Osaczającego wręcz. Czuje się to dziwne zamknięcie - nie w sensie dosłownym, ale właśnie podświadomym. Kolejne elementy układanki wskakują na właściwe miejsca, sytuacja rozjaśnia się, ale w momencie, gdy wydaje się, że przecież wszystko jest jasne, gdy jest się niemal pewnym, że sedno sprawy zostało odkryte, wszystko okazuje się złudą. W głowie powstają pytania, na które szuka się odpowiedzi. I mimo, że pojawiają się one dość szybko, to napięcie stale jest obecne. Nie opada, trzyma czytelnika w uścisku, bo nie sposób odetchnąć głębiej w tej historii przepełnionej wieloma bardzo zagmatwanymi relacjami i sprzecznymi emocjami. 

Książka Rebeccy Fleet to dla mnie bardziej wycieczka w głąb ludzkiej psychiki postawionej w obliczu naprawdę niełatwego wyzwania. Przeplatające się ze sobą relacje Caroline i Francisa pokazują niby jeden świat, ale z dwóch tak skrajnych perspektyw, że trudno tu o mówieniu o sympatiach i antypatiach. Każdy z bohaterów znajduje się w nieciekawym stanie. Żadnemu z nich nie jest łatwo. Ich losy plączą się podobnie jak słowa i gesty. Reakcje wymykają się spod kontroli, bywają nieadekwatne, są krzykiem rozpaczy, błaganiem o zmianę, próbą zrozumienia tego, co się wydarzyło. Co najbardziej przejmujące, to fakt, że to może zdarzyć się każdemu. Gniew, rozgoryczenie, żal, bezsilność, otępienie, wściekłość, strach, obojętność, smutek są nieodłącznymi towarzyszami bohaterów. Czytelnik odnajdzie jednak nieco pozytywnych wrażeń, ale tych jest zdecydowanie mniej i zawsze są okupione czyimś nieszczęściem. 

W równej mierze to historia o tym, jak życie rozprawia się z mitami tworzonymi we własnej głowie. Tym co z czasem może urastać do rangi arkadii czy piekła. Pisarka konfrontuje bohaterów z przeszłością, która spowita jest idealizowaniem tego co dobre, deprecjonowaniem niektórych sytuacji czy w końcu próbą ich lekceważenia. Pewne pytania pozostają boleśnie otwarte, choć wyborów już dokonano. Zarówno Caroline jak i Francis stale tkwią w przeszłości, choć mężczyzna zdaje się powoli od niej uwalniać. Czytając odnosi się wrażenie dualizmu świata przedstawionego. Wprowadza go nie tylko podział rozdziałów na te z 2013 i 2015 roku, ale przede wszystkim mentalne wycieczki do czasu minionego. Natarczywe nasuwanie się wspomnień, które może wywołać najdrobniejszy nawet gest czy niewinne słowo. Sama postawa bohaterów.


"Zamiana" nie jest ogromnie zaskakującą książką. Wiele rzeczy jest tu bardzo przewidywalnych. Jej urok tkwi jednak w klimacie, jaki zbudowała autorka. Klaustrofobicznym, lepkim, ciężkim, przesyconym jakąś dozą fatum. To nostalgia za tym co minione i niemożliwe połączona z nadzieją na lepsze jutro. Plus należy się również za kreację bohaterów - ludzi kruchych, podatnych na wiele czynników, posiadających słabości, zagubionych, niepewnych świata i siebie. To właśnie dzięki nim i nastrojowi tej lektury, mogę śmiało powiedzieć, że to dobra książka na zimowe popołudnie. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy. 

Rebecca Fleet, Zamiana, przeł. Aga Zano, wyd. Marginesy, Warszawa 2019.