wtorek, 17 lipca 2018

Anna Dziewit-Meller "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy"




"Żeby napisać dobrą recenzję, to znaczy ocenić książkę uczciwie, trzeba przede wszystkim porządnie tę książkę przeczytać. Z tym bywa różnie - czasem recenzent męczy się okropnie, co rusz mając ochotę cisnąć czytanym egzemplarzem o najbliższą ścianę lub wyrzucić go przez okno, tak bardzo mało przyjemności niesie z sobą lektura." - s. 50

Tym razem jednak recenzent z ogromną radością stwierdza, że nie było ani sekundy, w której zaświtałaby mu myśl o choćby odłożeniu czytanej książki, a co dopiero o rzucaniu. Po "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy" sięgnęłam, by trochę lepiej zaznajomić się z lekturą dla młodych czytelników. Kierowała mną jeszcze jedna rzecz, mianowicie poznanie publikacji, które pokazują dziewczynkom i chłopcom, że czas na czekające na ratunek księżniczki się skończył. Dziwi mnie to, bo przecież kobiety od tylu lat robią naprawdę fantastyczne rzeczy, przełamują bariery, stereotypy, a książek, które by o tym mówiły wciąż jest jak na lekarstwo. Tym chętniej zabrałam się do lektury dzieła Anny Dziewit-Meller. 

Żółta, słoneczna, niewielka książeczka a w niej masa ciekawych historii. Opowieść o Elizabeth Cochrane, która zainspirowana książką "W 80 dni dookoła świata" postanowiła wyruszyć w podobną podróż, co udało się jej uczynić nawet w jej 72 dni. Reportaż o Sacagawea, przewodniczce indiańskiej pomagającej Lewisowi i Clarkowi zbadać Dziki Zachód. Autorka przedstawia także sylwetkę Hester Stanhope, która podążyła za usłyszaną przepowiednią i zyskała nie tylko sławę, ale przeżyła wiele przygód i została nawet archeologiem. Pisze o Florence Baker, odkrywczyni jeziora Alberta oraz podróżniczce i autorce książek Idzie Pfeiffer. Przybliża sylwetkę Mary Kingsley, która nie bała się kanibali i wędrowała w niewygodnych sukniach, Junko Tabei, pierwszej kobiecie na Mount Everest i pierwszej zdobywczyni Korony Ziemi. Na przykładzie Felicity Aston, która jako pierwsza przebyła Antarktydę na nartach, Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz żeglarki znanej z samotnego opłynięcia świata czy Walentyny Tiereszkowej pierwszej kobiety w kosmosie udowadnia, że nie ma marzeń, których nie dałoby się spełnić. Maria Czaplicka badaczka szamanizmu i Syberii, podróżniczka Alexandrine Tinné, Bessie Coleman pierwsza czarnoskóra pilotka, wszystkie te kobiety mimo przeciwności losu wymknęły się schematom, które nakazywały im pozostawać w domu i wychowywać dzieci. Nie zważając na opór opinii społecznej, negatywne komentarze, konwenanse parły do przodu, wiedząc, że warto walczyć o to, co chce się robić, warto realizować swoje pasje. Były prekursorkami, które przetarły szlaki kobietom na wielu polach.

Ubrana w formę gazety książka Anny Dziewit-Meller to pełna ciekawostek i niezwykłych postaci opowieść o dążeniu do spełniania marzeń. Pokazuje siłę kobiet, ich wielkość, w końcu odwagę, która czasem mogłaby zostać nazwana nawet brawurą. To idealna lektura dla każdego młodego człowieka, mającego wątpliwości czy da radę zrealizować to, czego pragnie. Droga bohaterek nie była usłana różami, stawały wobec mniejszych i większych przeciwności losu, ale nie poddawały się. Siłą woli, ciężką pracą oraz czasami dzięki pomocy innych udowodniły, że jeśli tylko mocno się czegoś pragnie, można to osiągnąć. Na kartach znajdziemy wspomnienia, list do redakcji, artykuły, ogłoszenia, reportaż, odcinek powieści, porady, wywiad, relację, prognozę pogody oraz horoskop. Opowieść o każdej z bohaterek podana jest w innej formie, opatrzona wyróżnionymi graficznie ciekawostkami oraz pięknymi ilustracjami Joanny Rusinek. Dziennikarskie gatunki pisane zrozumiałym dla młodych ludzi, żywym i obrazowym językiem, krótka i zachęcająca forma sprawiają, że "Damy, dziewuchy, dziewczyny" czyta się świetnie zarówno po jednym rozdziale jak i od deski do deski. 



Ogromnie podoba mi się to, że autorka przedstawia kobiety, o których nie usłyszymy na lekcjach historii (a przynajmniej ja o nich nie słyszałam podczas mojej edukacji). Postaci inspirujące do posiadania wielkich marzeń, mierzenia wysoko, obierania dobrego celu i podejmowania działań. To nie księżniczki czekające w wieży na wybawiciela na białym koniu, ale silne osoby biorące ster życia w swoje ręce, zakasujące rękawy i udowadniające, że kobiety mogą wszystko. Przyznam, że po lekturze mam wielką chęć sięgnąć po pierwszą część "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy", której nie miałam jeszcze okazji przeczytać. W świecie wielkich możliwości, jakie obecnie mamy, na pewno łatwiej jest realizować swoje pasję i trudniej być pierwszą. Ale nie o to chodzi. W życiu liczy się to, by spełniać marzenia, odważnie wkraczać w codzienność, próbować wielu rzeczy, szukać swojego miejsca na świecie, żyć aktywnie. Nie każdy musi zdobyć Mount Everest, przepłynąć samotnie Atlantyk czy polecieć w kosmos. Każdy jednak powinien spełniać swoje marzenia, nawet jeśli nie są wielkie i szumne. I tego uczy ta książka, robienia tego, co sprawia nam radość, pomimo opinii otoczenia, często negatywnej. Pomimo wątpliwości, docinków, obaw. Bohaterki udowadniają, że warto iść z podniesioną głową i wierzyć, że się uda. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak



Anna Dziewit-Meller, Damy, dziewuch, dziewczyny. Podróże w spódnicy, ilustr. Joanna Rusinek, wyd. Znak, Kraków 2018.

środa, 11 lipca 2018

Co z tą naturą? - o czerwcowym numerze magazynu "Znak" słów kilka





Zastanawialiście się kiedyś, jak będzie wyglądać Ziemia, za powiedzmy pół wieku? Nie w sensie odkryć technologicznych, ale w kwestii stanu przyrody? Czy nasze dzieci lub wnuki będą znały te same gatunki roślin i zwierząt, które dla nas nie są niczym niezwykłym? A może powstaną nowe krzyżówki poszerzając świat fauny i flory? Na te i inne pytania odpowiada czerwcowy numer magazynu "Znak" i jego temat miesiąca.

Wydaje się, że człowiek XXI wieku obłaskawił naturę do tego stopnia, że w zasadzie nie powinna mieć ona przed nim żadnych tajemnic, ale nic bardziej mylnego. Wymiera coraz więcej gatunków, przyroda nie radzi sobie z ekspansją ludzi, zmienia się klimat. Pojawiają się szacunki, że znaczna liczba roślin i zwierząt wyginie wręcz do końca tego wieku. 

Człowiek zdaje się nie znać umiaru. Wycina coraz większe połacie lasów, zagarnia łąki, tępi pewne gatunki fauny i flory zapominając, że wszystko w przyrodzie jest potrzebne, by istniała harmonia. Każdy nawet najmniejszy organizm ma swój cel. Przesycone chemią rolnictwo wyjaławia glebę, nie przynosząc takich wspaniałych rezultatów, jakich byśmy oczekiwali. Obecnie udowodniono, że powrót do znanego z przeszłości sposobu gospodarowania byłby nie tylko lepszy dla przyrody, ale także dla ludzi. Brak nowych terenów pod uprawę, wzrastająca liczba ludzi, zbyt mała ilość pokarmu a do tego marnowanie ton jedzenia przez bogate społeczeństwa, takie wnioski pojawiają się w rozmowie Adam Pluszki z Dave'm Goulson'em. Czy można zatrzymać niszczycielską działalność i uratować naszą planetę przed katastrofą? 

"Stoimy w obliczu apogeum powiązanych ze sobą kryzysów środowiskowych: zmian klimatycznych i ekstremalnych zjawisk pogodowych, wyczerpywania się zasobów wodnych, podnoszących się oceanów, degradacji gleb itd. Może to doprowadzić do stopniowego obniżania poziomu życia większości ludzi lub do bardziej dotkliwych katastrof: masowego głodu, migracji na nieznaną wcześniej skalę, wojen, terroryzmu, rewolucji i upadku społeczeństw." (Dave Goulson, Oddać stery naturze, rozm. przepr. Adam Pluszka, "Znak" nr 757, s. 9)

Zadziwia ubóstwo, jeśli chodzi o żywność, pisze w artykule "Lokalnie, sezonowo, smacznie" Agata Michalak. Wśród ogromnej różnorodności, jaką oferuje dzisiejszy rynek zdajemy się tkwić w miejscu lub wręcz cofać w kierunku żywności nieznanego pochodzenia. Niezdrowe dodatki, sztuczne barwniki, substancje stabilizujące to tylko niektóre składniki tego, co znajduje się na naszych stołach. Mimo ogromnej popularności i trendu na zdrową żywność brakuje nam mądrego podejścia. Dziennikarka w swoim artykule zachęca przede wszystkim do różnorodności w doborze pożywienia, poszerzania smaków, mądrego komponowania posiłków, dobrego korzystania z darów natury. Kupowania takiej ilości jedzenia, która się nie zmarnuje. Warto o tym myśleć szczególnie, że są na świecie miejsca, w których jeden skromny posiłek dziennie to wszystko. Zwiększająca się liczba ludności na świecie jedynie przyczyni się do zatrważających statystyk dotyczących głodu. Ważne zatem, by korzystać z tego, co daje ziemia rozważnie. Kupować od małych lokalnych dostawców, dbać o to, by opłacało się naturalne, ekologiczne rolnictwo i pamiętać, że krzyżówki nie uratują całej ziemi, nie odbudują wymarłej populacji. Dążenie do wykorzystania produktów lokalnych i szukania zdrowej żywności ma swoje plusy i minusy, o których można poczytać w miesięczniku. Pada w nim również odpowiedź na pytanie, jak wspierać małych dostawców i kreować rynek pod własne potrzeby.

Ekologiczne i wolne od pestycydów rolnictwo to jednak nie całość ochrony przyrody. Warto wspomnieć o dbaniu o bioróżnorodność fauny. Jest to szczególnie trudne zadanie, gdy zamieszkałe przez ptaki oraz zwierzęta tereny znajdują się na mapie budowlanej. O tym, jakie zagrożenie niesie w sobie rozwijająca się sieć dróg i ekspansja człowieka na coraz to nowe tereny wspomina w rozmowie z Joanną Tomaszkiewicz, Marzena Zdanowska. Obszary chronione, rezerwaty, w końcu teren Natura 2000 domagają się specjalnych praw. Obecna polityka Unijna i krajowa również stara się dbać o zwierzęta. Czy przejścia dla nich sprawdzają się? Odpowiedź na to pytanie w rozmowie "Minogi, chrobotki i borowce na placu budowy".



W końcu wciągający i nastrajający optymistycznie artykuł Małgorzaty Kowalskiej, który zabierze czytelników wprost na porośniętą darami natury łąkę. Krwawnik, dziurawiec zwyczajny, mięta, koniczyna łąkowa, kozibród łąkowy, babka zwyczajna, przytulia właściwa, przywrotnik pasterski, jeśli te nazwy niewiele wam mówią szczerze zachęcam do lektury "O czym szumi łąka". Przepełniony nie tylko zachwytem nad ogromem mądrości przodków, ale docenieniem dóbr, jakimi są poszczególne rośliny, każe się zastanowić, dlaczego odeszliśmy od prostych, sprawdzonych a przede wszystkim naturalnych metod rozwiązywania problemów zdrowotnych. Zwykła łąka niesie w sobie bowiem ogromne bogactwo kwiatów i ziół, które można zastosować w rozmaitych dolegliwościach. To podróż do opowieści babć, które przykładały listki na ranę, parzyły ziółka na złe samopoczucie, korzystały w tego, co naturalne i znane od lat.

Jeśli jesteście ciekawi tego, co może czekać matkę naturę, dokąd dążymy i jak powrócić do mądrego wykorzystywania tego, co daje nam przyroda, zachęcam do lektury czerwcowego numeru miesięcznika "Znak". Znajdziecie w nim również wiele innych, ciekawych artykułów. 

piątek, 6 lipca 2018

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Dziewczęta wygnane"




"W nieprzeniknionych ciemnościach gwizdy wiatru zmieszały się z wyciem ludzi błagających, by nie zostawiano ich tu samych. Nikt jednak się nie zatrzymał. Elżbieta już podczas jazdy pociągiem pojęła, że w kraju Stalina życie ludzkie nie ma żadnej wartości, bo ludzi jest przecież tak wielu. Świt począł przecierać czerń nieboskłonu, wiatr ucichł i świat pogrążył się w ciszy, która Elżbiecie wydała się jeszcze bardziej przerażająca niż zawodzenie wichury." - s. 165

Lato 1939 roku naznaczone było upałem, zabawami, radością, ale i oczekiwaniem tego, co miało przyjść. W dusze ludzkie powoli wsączała się świadomość zbliżającej się wojny. Nadzieja mieszała się ze strachem, niedowierzanie z siłą. Przekonanie o tym, że nawet jeśli Hitler zaatakuje, wojna potrwa tylko kilka miesięcy, państwa zjednoczą się, staną przeciwko wichrzycielowi i w Europie powróci ład, było bardzo popularne. W takiej atmosferze upływają wakacje Stefanii i Elżbiety Łukowskich. W idyllicznym skrojonym na modłę Soplicowskiego dworku domostwie dorastające dziewczęta szukają rozrywki i wytchnienia. Ubóstwiająca romanse, teatr i wszelkie towarzyskie spotkania Stefania po raz pierwszy nie nudzi się u dziadków, planując rozkochanie w sobie Jędrzeja Walickiego, studenta medycyny i żołnierza. Tymczasem Elżbieta nazywana Halszką u dziadków odzyskuje radość życia. Przywiązana do rodziny i ziemi, chętnie podejmująca każdą pracę gospodarską, nieprzystająca do współczesnych panienek zainteresowanych jedynie modą i zdobyciem odpowiedniego kawalera dziewczyna, spędza czas na przechadzkach, pomaga dziadkom i w końcu czuje się wolna i niestłamszona miastem. 

Sielską atmosferę przerywa jednak pewne zdarzenie, które narusza i tak bardzo nadwątloną nić porozumienia między bliźniaczkami. Atak Niemiec na Polskę burzy rodzinny spokój. Wyjazd ojca to pierwszy cios, z jakim przyjdzie zmierzyć się bohaterom. Wojenna zawierucha odbierze im wszystko, w tym ukochane miejsce. Dziewczęta wraz z młodszym braciszkiem Luckiem i matką Anną zostają wsadzone do pociągu, który zawiezie ich wprost do miejsca, przez wielu nazywanym piekłem na ziemi. Syberia przywita Łukowskich zimnem, głodem, ubóstwem, morderczą pracą, chorobami, ale również wieloma ranami, z którymi przyjdzie zmagać się bohaterkom. Każdy dzień będzie walką o przetrwanie, nierównym pojedynkiem ze śmiercią, bezdusznością drugiego człowieka, z samym sobą. 

Niemal identyczne z wyglądu, jednak całkiem odmienne bohaterki "Owocu granatu" chyba nie mogą się bardziej różnić. Typowa panienka z dobrego domu, która mimo surowych napomnień babki jest zainteresowana nielicznymi sprawami i szczerze mówiąc nie umie zbyt wiele. Oczytana, grająca na skrzypcach, z głową przepełnioną marzeniami o romantycznej miłości, całkiem nieprzygotowana do tego, co ją spotka Stefania budziła moją szczerą niechęć. Denerwowała narzekaniem na błahostki, potem zaś na trudy życia, mimo iż inni znajdowali się w takiej samej, jeśli nie gorszej sytuacji. Umiała zjednać sobie ludzi i wykazać się momentami empatią, a jednak mocno zakorzenione zapatrzenie w siebie i dziecięce, roszczeniowe podejście zniechęcało mnie do niej. Całkiem kontrastuje z nią, żywiołowa Elżbieta. Dziewczyna, która od samego początku potrafiła żyć tak, by dawać sobie radę. Silna, przewidująca, opanowana. Budziła moją szczerą sympatię i nawet w najczarniejszych momentach potrafiłam ją zrozumieć. Z bólem czytałam o dalszych losach Halszki, rozumiejąc nieco stan, w którym się znalazła. Próbowałam dociec, jak to jest, że w życiu osoby zaradne i z otwartym sercem cierpią najmocniej, stają wobec wyborów, których każdy chciałby uniknąć, wyborów, które nie powinny dotyczyć tak młodych osób. 



Chciałabym napisać tak wiele o najnowszej książce Marii Paszyńskiej, jednak nie potrafię tego uczynić bez wdawania się w szczegóły. Jest mało powieści, które potrafią wywołać we mnie skrajne emocje. Sprawić, bym przechodziła od tęsknoty za pięknem przyrody i miejscami ukrytymi przed wielkimi skupiskami ludzi, przez radość pierwszych miłości, oburzenie i zdenerwowanie postępowaniem bohaterów, smutek, żal, rozgoryczenie, strach, pustkę, po zrozumienie mieszające się z pewną dozą buntu, bo przecież nie tak miało być. Rzadko kiedy mam w głowie wyobrażenia konkretnych wydarzeń, ale Maria Paszyńska jak nikt potrafi malować w mojej wyobraźni nie tylko całe postaci, ale wręcz sceny niczym z filmu. Wrastam w każdą jej książkę od pierwszych zdań. Wchodzę w przedstawiony świat niczym do domu, w którym babcia i mama opowiadały przeróżne historie. Siadam i wiem, że będzie po prostu pięknie i magicznie. 

Wobec tej książki mam jednak jakiś rodzaj nabożnego milczenia. Staram się uchwycić drgające we mnie emocje. Zrozumieć sens zdarzeń, ludzi odartych z godności, skazanych na wyzbycie się podstawowych odruchów w imię ocalenia swojego życia. Myślę o zwykłej kromce chleba, która staje się najbardziej pożądanym luksusem oraz środkiem do przetrwania i tym, jak dziś narzekamy, mając wszystko. Siedzę w zadumie, wyłapując kolejne myśli. Świadoma tego, że z takich historii trzeba wyciągać wnioski i dzielić się nimi z innymi. "Owoc granatu" to pięknie napisana powieść o tym, jak Polakom przyszło walczyć o przetrwanie w świecie, w którym życie nie tylko jednostki, ale wręcz całych grup ludzi było bezwartościowe. Niepojęta nienawiść Rosjan wobec sąsiadów, skazywanie niewinnych ludzi na katorżniczą pracę, zadawanie fizycznego i psychicznego bólu, to tylko część poruszanych tu tematów. Obezwładniający głód, poświęcenie się dla innych, dotrzymywanie danego słowa miesza się z dobrymi chwilami, które zdarzają się nawet w samym sercu syberyjskiego piekła. "Owoc granatu" jest historią o trudnych relacjach, naznaczonej cierpieniem karcie naszej historii, skomplikowanych więziach, pokonywaniu samego siebie, nadziei przeplatającej się z rezygnacją, w końcu o życiu, w którym trzeba odnaleźć sens. To rzecz o walce dobra ze złem w człowieku. Wyważona, mądra, lekko senna. Zakończenie zostawia czytelnika pełnego pytań, wątpliwości, napiętego do granic możliwości, ale nie zdruzgotanego. Maria Paszyńska już nieraz udowodniła, że przygotowuje książki dopracowane do najmniejszego detalu. Wielokrotnie pisałam o pięknym stylu autorki, chwytających za serce fabułach pełnych ciekawostek historycznych. "Owoc granatu" pokazuje jeszcze inną stronę pisarki. Snucie bardzo poruszających i głęboko przejmujących powieści w onirycznym stylu. Najnowsza książka autorki "Willi pod Zwariowaną Gwiazdą" jest jak stara fotografia w kolorze sepii, na której uchwycono wycinek rzeczywistości skąpany w świetle. Opowiada historię, przekazuje emocje, wartości, nawet te najtrudniejsze, zatrzymuje odbiorcę, nie czyniąc jednak tego w bolesny sposób. 

Jeśli szukacie naprawdę dobrej powieści, sięgnijcie po "Owoc granatu", ja nie mogłam oderwać się od lektury i z niecierpliwością czekam na kolejny tom, na szczęście już niedługo. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu, wyd. Książnica, Poznań 2018. 


wtorek, 3 lipca 2018

Lidia Tkaczyńska "Kobieta z klasą. O wizerunku kobiety i kreowaniu własnego stylu. Praktyczny poradnik dla kobiet"




"Przez odpowiednie zestawienie fasonów, kolorów i deseni możemy optycznie wydłużać, skracać, wyszczuplać lub poszerzać elementy sylwetki. Zniwelujemy w ten sposób jej niedoskonałości i uzyskamy dużo korzystniejsze wrażenie całości. wyważona sylwetka zawsze będzie budziła pozytywne skojarzenia i będzie przyjemna dla oka." - s. 26

Sięgając po poradnik "Kobieta z klasą" myślałam, że dostanę garść rad, ciekawe treści, nie tylko dotyczące sposobu ubierania się, ale także zachowania. Coś, co będzie innym tytułem na blogu. Przyznam, że dużo myślałam o tej recenzji. Potrzebowałam trochę czasu, by emocje opadły a tekst zawierał to, co najważniejsze i co potencjalny czytelnik powinien wiedzieć.

Moda nieustannie się zmienia i faktem jest, że należy z niej wybierać to, co pasuje do danej osoby. Nie każdy będzie dobrze wyglądać w konkretnych fasonach, długościach, kolorach lub nawet ich odcieniach. Nie znaczy to jednak, że trzeba od razu iść pod prąd. Lidia Tkaczyńska przede wszystkim zachęca do określenia swojej sylwetki i dobierania ubrań, które podkreślą zalety i zamaskują słabe strony. W zależności od typu urody proponuje konkretne kolory mające za zadanie uwydatnić barwę oczu i odcień skóry. Pisze o tym, że każda okazja ma swój własny dress code czyli wytyczne dotyczące ubrań, dodatków oraz makijażu. Zachęca również do odpowiedzialnych zakupów, umiaru w rozbudowywaniu swojej szafy. Przybliża zasadę kupowania uniwersalnych rzeczy, które można łączyć w różnorodne zestawy, zyskując wiele stylizacji przy minimalnej liczbie ubrań. Zaznacza także, że moda jest ulotna, przemija bardzo szybko, często jest dość specyficzna, kreowana przez różne marki, podporządkowana wielu trendom. Warto więc kierować się zdrowym rozsądkiem i nie przeciążać własnej szafy i konta.

Jeśli chodzi o powyższe zagadnienia, choć są mi znane dla niektórych okażą się pomocne. Mądry dobór strojów, może nie minimalizm, ale przemyślane zakupy, dobieranie garderoby adekwatne do figury, urody i sytuacji. Umiar w noszeniu dodatków i makijażu, to wszystko za co mogę dać "Kobiecie z klasą" plusa. Są jednak rzeczy, z którymi stanowczo się nie zgadzam. Autorka lubi używać wykrzykników, często moim zdaniem niepotrzebnych, jakby chciała jeszcze bardziej podkreślić prezentowane treści. Nie zgadzam się również z wieloma poradami zawartymi na kartach książki dotyczącymi tego, jaka jest elegancka kobieta. Dobrą rzeczą jest zachęcanie do dbania o siebie nawet w domu, ale pomysł by koszula stała się zwykłym domowym ubiorem wydaje mi się co najmniej chybiony. Nie wyobrażam sobie tego szczególnie w sytuacji sprzątania czy gotowania. Nakłanianie kobiety do biegania po domu w dyskretnym makijażu również nie jest czymś, z czym mogłabym się zgodzić. Jeśli ktoś ma na to ochotę, jak najbardziej, ale mówienie, że kobieta powinna to robić, nie jest dla mnie akceptowalne. Jak wspominałam, odróżniam dbanie o siebie od przesadnego zwracania uwagi na swój wygląd. Nie uważam również, że kobiety, która nosi sukienki czy spódnicę przed kolano, nie można nazwać elegancką. Jestem przekorna, więc zwrócę jeszcze uwagę na dwie rzeczy.

"Nie ma kobiety, która przechodząc obok wystawy sklepowej nie spojrzałaby na nią, by poznać nową tendencję. Niemal każda z nas od czasu do czasu przegląda jakiś dobry magazyn o modzie, żeby dowiedzieć się, co się aktualnie nosi." - s. 143

I tu mam problem, gdyż autorka generalizuje. Czemu? Ponieważ ja tak nie mam i znam osoby, które również nie przejmują się sklepowymi wystawami i wcale nie jest ich mało. Są świadome tego, czego potrzebują i wystawy sklepowe nie są dla nich żadnym wabikiem. Co do magazynów jest podobnie, nie zaglądam, nie tylko ja. W końcu rzecz, która najbardziej mi się nie spodobała. Pani Tkaczyńska pisze o kształtowaniu poczucia smaku, indywidualności, gdyż człowiek ma swoją godność, jest niepowtarzalny i nie powinien się stawać częścią anonimowej masy. Otóż, tu głośno zaprotestuję, gdyż po pierwsze godność człowieka sprawia, że nawet będąc w bardzo dużej grupie, nie jest w masie (samo nazwanie zgrupowania ludzi masą jest nie tylko niegrzeczne, ale i nacechowane pejoratywnie), po drugie pisząc coś takiego autorka przeczy sama sobie. Ludzie mniej lub bardziej wpasowują się w środowisko, grupy rówieśnicze, zawodowe lub inne, ale na pewno nie są częścią masy. 



Podsumowując. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak określić kształt swojej sylwetki, typ urody, co do was pasuje, znajdziecie tu porady dotyczące doboru stroju, fryzury, dodatków, ubierania się stosownie do okazji. Szczególnie jeśli jesteście dość restrykcyjni pod względem mody. Myślę jednak, że część kwestii w tej książce jest po prostu oderwanych od życia, niedzisiejszych, wyolbrzymionych. Zrąb jest całkiem dobry, jednak rozwinięcie kuleje i trudno mi się z nim zgodzić. Czy skorzystacie z rad autorki? Zdecydujcie sami. Ja pozostanę przy swoim stylu, w którym nie mam zamiaru robić niczego na siłę. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Pomoc

Lidia Tkaczyńska, Kobieta z klasą. O wizerunku kobiety i kreowaniu własnego stylu. Praktyczny poradnik dla kobiet, wyd. Pomoc, Częstochowa 2016. 

niedziela, 10 czerwca 2018

Alwyn Hamilton "Zdrajca tronu"




"Tego dnia sto tysięcy ludzi, tak mężczyzn, jak i kobiet, przyszło na miejsce egzekucji i każdy potem opowiadał, co tam widział. W kolejnych miesiącach historie przemierzały pustynię, powtarzano je w całym kraju i za granicą. Te same historie będą opowiadane ponownie przez karawany w następnych wiekach, kiedy nadejdzie pora nauczyć dzieci o wszystkich wielkich bohaterach, którzy żyli przed nimi na pustyni. Było jednak sześć osób, które wiedziały, co naprawdę wydarzyło się tego dnia. " - s. 546-547

Są książki, które porywają nieważne, ile ma się lat. Nie jestem statystycznym odbiorcą powieści spod znaku YA. Swoje lata już mam, ale cieszę się, że literatura młodzieżowa nadal wzbudza we mnie liczne emocje, potrafię ją docenić i po prostu lubię po nią sięgać. Niektóre z młodzieżówek przechodziły u mnie bez jakiegoś większego echa, ale Niebieskooka Bandytka nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Była trochę jak Baśnie Tysiąca i jednej nocy dla starszych. Piękne, magiczne, ale dające mocno do myślenia. Mówiące przede wszystkim o tym, jacy są ludzie.

Rebelia trwa w najlepsze, gromadząc zmęczonych rządami i pragnących lepszej przyszłości buntowników oraz półdżiny. Amani zmaga się nie tylko z trudami wojaczki, ale samotnością po tym, jak odzyskawszy zdrowie, nie zastaje przy swoim boku Jina. Uporczywe milczenie chłopaka i brak jakichkolwiek wiadomości o tym, co się z nim stało, tylko potęgują zdenerwowanie i gniew dziewczyny. Pragnąc zapomnieć o kotłujących się w niej emocjach, nie myśleć o nasuwających się scenariuszach Amani z wszystkich sił stara się pomóc Ahmedowi. Niespodziewanie jednak dostaje się do niewoli. W pałacu przyjdzie jej zmierzyć się z wieloma niebezpieczeństwami i wątpliwościami, które zakradną się do jej serca. Sułtan nie cofnie się przed niczym, by utrzymać władzę, szczególnie że jego sprzymierzeńcy są bardzo potężni. Czy półdżince uda się wydostać z pułapki? Co stanie się z rebelią? W końcu, do czego dąży władca?

"Buntowniczka z pustyni" wciągnęła mnie naprawdę mocno. Czytałam ją z przyjemnością i czekałam na kolejny tom. Tym razem jednak Alwyn Hamilton mocno mnie zaskoczyła. Nie tego spodziewałam się po drugiej części tej historii. Poza wartką akcją, charakternymi bohaterami, rozwinięciem tła opowieści, wprowadzeniem wątku pałacowego i wszelkich rządzących tym miejscem praw, podstępów, gier i zawiłości, pojawiają się tu naprawdę ciekawe dywagacje. Amani z uwagą obserwuje świat, w którym przyszło jej przebywać, wsłuchuje się w słowa sułtana, analizuje je dogłębnie, uczy się wykorzystywać każdą chwilę, by zwiększyć szansę na przeżycie i pomoc rebelii. Rodzą się w niej rozterki, które po części są efektem manipulacji władcy, a po części uświadomieniem sobie tego, o co tak naprawdę walczą i jakie konsekwencje może nieść w sobie konkretne zakończenie tej wojny. Autorka pokazuje bohaterkę w pełnej krasie, nie tylko jako świetnego żołnierza, ale również człowieka targanego bardzo silnymi emocjami, impulsywnego, czasem może zagubionego i pełnego wątpliwości, ale nade wszystko dobrego. Amani wie, że proste rozwiązania nie istnieją, ale nie może zrozumieć pewnych sytuacji. Z czasem dostrzega, że trzeba widzieć więcej niż tylko kolejny dzień walki. Uczy się patrzeć szerzej i dalej. Mimo trudnej sytuacji nie traci ducha. Stara się korzystać z tego, co daje jej los i wpasować w pałacową grę. A w domu sułtana przyjdzie jej zmierzyć się nie tylko z gospodarzem, ale również przeszłością.

Świetnie dopracowany świat. Intrygi i akcja przeplatające się z refleksjami oraz psychologicznymi portretami bohaterów. Wschodni klimat dworu sułtana i zakulisowych działań. Kontrastowanie postaci i wrogich sobie obozów, a do tego dobry język i bardzo przystępny styl pisarki sprawiają, że powieść, choć ma słuszną ilość stron, po prostu się połyka. Nie jest to jedynie zabierająca do magicznego świata książka dla młodzieży, ale literatura, która tak samo bawi, jak i sprawia, że czytelnik konfrontuje się z pewnymi problemami, uczy empatii, lepiej zaczyna rozumieć pewne mechanizmy. "Zdrajca tronu" to przede wszystkim historia o ludziach i targających nimi emocjach oraz uczuciach. Magiczna opowieść, która ma jedno bardzo ważne do odkrycia przesłanie. Idealna zarówno dla młodych, jak i starszych czytelników. Wiem, co mówię ;)



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona. 




Alwyn Hamilton, Zdrajca tronu, przeł. Agnieszka Kalus, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017. 

sobota, 2 czerwca 2018

Wojciech Jagielski "Na wschód od zachodu"




"W poszukiwaniu takich miejsc, utraconego sensu istnienia i odmiennych stanów świadomości wyruszyły w świat dzieci kwiaty, zniechęcone komercją i przyziemnością swoich rodziców z zahipnotyzowanych swoim bogactwem Europy i Ameryki. I to one uczyniły Riszikesz sławnym. Zbuntowani młodzi ludzie wybierali się do Indii w nadziei, że znajdą tam wszystkie odpowiedzi na dręczące ich pytania i wątpliwości. Większość gorzko się rozczarowała - ich oczekiwania i wiara były zbyt wielkie jak na możliwości świętego miasteczka. Wyszło na to, że Riszikesz zawdzięcza dzieciom kwiatom więcej, niż im dał." - s. 90

Parne dni, gorące powietrze przesycone wonią kadzideł, cisza medytacji przeplatająca się z wypowiadanymi szeptem słowami. Gwar, mnogość kolorów, zapachów, języków, ludzie codziennie walczący o swój byt na ulicach. Indie niezmiennie zachwycają jako miejsce wyjazdów oraz pielgrzymek i przerażają biedą, często obojętnością wobec najsłabszych, porzuconych, zepchniętych na margines społeczeństwa. Mimo wielkiego dysonansu między idealnym, uduchowionym i barwnym obrazem krainy szczęścia a slumsami pełnymi cierpienia, głodu i chorób, czy skomercjalizowanym krajem, gdzie niemal wszystko jest na sprzedaż, nie można mówić o spadku fascynacji tym miejscem.

Swego czasu były mekką dzieci kwiatów, pragnących żyć po swojemu, z dala od karmiącego się ich osobami konsumpcjonizmu. Hipisi wyjeżdżali na wschód w poszukiwaniu lepszej przyszłości, przygód, miejsca, gdzie będą mogli znaleźć bezpieczną przystań. Przyciągał ich spokój i wolność, jaką zapewniała tamtejsza kultura. Pragnienie znalezienia siebie poprzez medytację. Rzucali zatem wszystko co znane i wyruszali w długą podróż, która była tak samo ważna, jak osiągnięcie celu. To właśnie o "wielkim szlaku hipisów" prowadzącym przez Afganistan, Pakistan, Nepal wprost do Indii oraz ludziach nim podążającym, opowiada Wojciech Jagielski.

Bohaterowie jego książki uciekają z zachodu od życia, które ubrałoby ich w przyciasne garnitury i garsonki, ustawiło w szeregu innych pracowników, nałożyło społeczne zobowiązania, jak posiadanie rodziny, wychowywanie dzieci, bycie dobrym obywatelem, wtłoczyło w kołnierz konwenansów. Nie zgadzają się na nałożone im z góry schematy, plany jakie mieli dla nich bliscy. Rezygnują z zaplanowanej już dawno przez rodziców kariery. Opuszczając dom, czują powiew wolności, która zaprowadzi ich do całkiem innego życia. Święty przemierza drogę oddając się spontaniczności, korzysta z uroków wolnej miłości, nie stroni od narkotyków. Czeka aż poczuje, że właśnie w tym miejscu, jest jego skrawek ziemi, że tam ma właśnie zostać. Z biegiem czasu zakochuje się, ale losy dzieci kwiatów nie są zwyczajne. To przypadek i przeznaczenie mają rządzić uczuciem, tak przynajmniej twierdzi jego wybranka. W końcu  mężczyzna osiada w wiosce rybackiej, czując coś na pozór szczęścia, a może potrzebując w końcu stabilizacji i wytchnienia od wędrówki. Kamal wyjeżdża w celu poznania kultury, ale rodzice nie wiedzą, że już nigdy nie wróci. Odwraca się od wszystkiego, co zapewniała jej rodzina, choć wiele osób marzy o tak dobrym starcie w dorosłość. Ona jednak wybiera Indie i poszukiwanie pełni duchowej. Wyzbywa się niemal wszystkiego. Żyje jakby za mgłą, z dala od zdobyczy cywilizacji, bez własności, domu, znajomych. Wyrzeka się swojej przeszłości, którą zdała się wyrzucić z pamięci. Nie rozumie pytań, zjawisk. Technologia, która tak pociąga jej syna, od której starała się go uchronić, napawa ją przerażeniem. Pragnie dla swojego dziecka dobra, tego za czym sama wyruszyła w podróż. Pozostaje jedynie pytanie, czy to dobre dla Lhamo?



Wojciech Jagielski nie napisał tym razem reportażu w ścisłym tego słowa znaczeniu. W "Na wschód od zachodu" czytelnik znajdzie liczne dygresje, czasem gawędziarski ton. To książka ciekawa, ale w jakiś sposób również trudna, prowadzi bowiem licznymi ścieżkami do tych samych wniosków. Wymaga skupienia, choć styl autora jest naprawdę dobry. Nie brak tu tematów do przemyśleń. Sama zastanawiałam się, jak to możliwe, by tak radykalnie przekreślić swoją przeszłość, życie w którym przecież była rodzina, przyjaciele. Jakkolwiek jestem w stanie zrozumieć ucieczkę od schematów, szukanie własnego miejsca na ziemi, bo to naturalne, że człowiek pragnie swojej i tylko swojej drogi. Tak trudno mi przyjąć, że można porzucić bliskich, zapomnieć o tym, co się przeszło. To również swoista rozprawa z legendą hipisów, wyjątkowością Indii, które wykorzystały szansę, jaką dał im napływ pielgrzymów a potem turystów i z duchowego raju, stały się jednym z najbardziej skomercjalizowanych miejsc. Kraju, w którym spokój, medytacja, skierowanie uwagi na rozwój jest kolejnym towarem czy usługą. Zadziwia zmieniający się przed oczami bohaterów obraz, fakt, że świat idzie do przodu i oaza spokoju i wolności powoli odchodzi w przeszłość. Co ogromnie mi się podobało w "Na wschód od zachodu" to fakt, że autor nie jest urzeczony Indiami, nie pisze o nich z zachwytem. Na kartach czuć bardziej chłodny obiektywizm i ciekawość losami bohaterów, a nie fascynację opisywanym krajem. Dzięki temu historia Kamal i Świętego może głośniej wybrzmieć, zyskać głębszą perspektywę. Gdyż podczas lektury cały czas nurtowało mnie pytanie, czy odnaleźli w Indiach swoje szczęście?

Wymagająca czasu i skupienia, zaskakująca i warta przemyślenia. Najnowsza książka Wojciecha Jagielskiego jest pozycją, z którą warto spędzić kilka ciepłych wieczorów, zachwycić się stylem autora, językiem, zmierzyć z historią i wyborami bohaterów i odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie jest moje szczęście. Ja polecam :).





Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak. 

Wojciech Jagielski, Na wschód od zachodu, wyd. Znak, Kraków 2018.

niedziela, 6 maja 2018

Monika Milewska "Latawiec z betonu"




"Wiatr też był jego dziełem. Zrodził się z falowca, z ogromnej bryły, która przecięła powietrze. Blok zagrodził wiatrowi drogę, więc wiatr wpadł w złość i z całym impetem uderzał w betonowe galerie, aż spiętrzył na nich fale. I odtąd byli nierozdzielną parą: falowiec i wiatr, który już na stałe zamieszkał na galeriach i w przejściach pod budynkiem, gdzie zrywał kapelusze nieostrożnym przechodniom." - s. 25

Gdański falowiec to swoista legenda nie tylko architektoniczna, ale i społeczna. Jeden z najdłuższych budynków mierzący 860 metrów, ukształtowany jak fale morza, osiągnięcie socjalizmu, które miało łączyć wszystkie klasy społeczne. W 1790 mieszkaniach mieli żyć obok siebie chłopi, robotnicy, inteligencja, tworząc sąsiedzkie relacje i jedno wielkie szczęśliwe społeczeństwo. Rzeczywistość jednak potoczyła się swoim torem, a o falowcu i jego mieszkańcach zaczęły krążyć legendy. 


Projektant falowca to idealny człowiek czasu socjalizmu - oddany pracy, wielokrotnie nagradzany za pomysły i podejście, które jemu przysparzają chwały, innym zaś problemów, prowadzący współpracę ze służbami bezpieczeństwa. Jednym słowem właściwy człowiek na właściwym miejscu. Zafascynowany swoim dziełem, które jest niejako pomnikiem jego życia, nie widzi tego, co dzieje się dookoła, ale do czasu. Podczas urlopu, w falowcu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. A to z balkonu wystaje łeb krowy, a to w telewizorze pojawia się człowiek w ubraniu papieża, nawet sam wygląd budynku się zmienia. Wędrując przez kolejne klatki inżynier zakrzywia czas. Przenosi się w przyszłość, by poznać losy swojego kraju, odczuć na własnej skórze, że socjalizm nie jest umiłowanym ustrojem, w końcu usłyszeć, co ludzie tak naprawdę myślą o jego dziele. Trudno bowiem o pochwały, gdy mieszkania są niewiele większe od pomieszczeń socjalnych, sufity często stykają się z głowami lokatorów, wszyscy mogą zaglądać sobie w okna, a całość sprawia wrażenie przytłaczającego molochu, który nie wytrzyma próby czasu. Do tego wszystkiego te dziwne zdarzenia, które nie mieszczą się bohaterowi w głowie. 

Monika Milewska opowiada historię na poły prawdziwą na poły fantastyczną. Pozwala podróżować inżynierowi w czasie i poznawać przemiany społeczne, ustrojowe, gospodarcze. Każe mu się również skonfrontować nie tylko z własnymi wyborami, ale również z oddaniem władzy. Bohater styka się z przedstawicielami różnych grup społecznych począwszy od chłopstwa na inteligentach skończywszy. Rozmawia z nimi, próbując zrozumieć, co dzieje się w przyszłości, jak ludzie starają się wyzwolić z pętającego ich ustroju, zbudować lepsze jutro. Snuje refleksje nad własną samotnością, utratą rodziny, która była mniej ważna od pracy, skutkami, które wywołały jego czyny. Autorka nie szczędzi bohaterowi gorzkich słów, przygnębiających konstatacji, pokazywania ograniczoności jego myślenia. Wyraźnie akcentuje wszystkie cechy jego charakteru, które wywołują w czytelniku całą paletę emocji począwszy od gniewu, sprzeciwu, przez niedowierzanie w rozgrzeszanie się, które przychodzi mu wyjątkowo łatwo, po leciutką sympatię, gdy pokazuje bardziej ludzie oblicze i pobłażliwość związaną z jego dziecięcym podejściem do świata. Źródłem humoru w powieści jest zadziwienie tym, co dla czytelnika jest całkiem normalne, a co szokuje bohatera i budzi jego niezrozumienie. Dodatkowym smaczkiem książki jest to, że istnieją różne wariacje przyszłości, nie ma jednej niepodważalnej wersji tego, jak potoczy się życie. Wszystko jest możliwe, losy bohaterów pozostają otwarte, a jutro to szansa, która może zostać wykorzystana lub zmarnowana. Wędrówki odbywane przez inżyniera stają się okazją do przemyślenia swojego postępowania, wyciągnięcia wniosków z egoizmu, którym się kieruje. Projektant falowca dostaje szansę poszerzenia horyzontów, przekonania się jak to, co robi wpływa na drugiego człowieka, jak może doprowadzić do tragedii. Czy z tego skorzysta? O tym musicie przekonać się sami. Dla mnie "Latawiec z betonu" to krótka, ale pełna refleksji książka, która z jednej strony pokazuje świat komunistycznych paradoksów, przemian społecznych oraz naszej teraźniejszości, z drugiej uniwersalne wartości, którymi powinniśmy się kierować. Co jednak ważniejsze to podróż w świat ludzkiego sumienia, czynów i słów, które mają moc sprawczą, nie są rzucane na wiatr, ale wywołują określone skutki. Zaczynałam czytać tę książkę bardziej jako ciekawostkę i przykład literatury realizmu magicznego, ale z każdą kolejną stroną przekonywałam się, że to coś znacznie więcej. Pod nieco humorystyczną, nieco ironiczną i napisaną świetnym językiem treścią kryje się dużo mądrości, choćby pytania, które dotyczą każdego człowieka. 

Fragment książki do przeczytania TU.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Monika Milewska, Latawiec z betonu, wyd. WAM, Kraków 2018.





"Latawiec z betonu" został wydany w ramach nowej marki Wydawnictwa WAM. Mando to projekt, który obejmuje beletrystykę, literaturę faktu, książki dla dzieci, biografie oraz książki będące połączeniem różnych gatunków. Po lekturze fragmentów różnych książek wydanych właśnie pod marką Mando mogę śmiało stwierdzić, że zapowiada się literacka uczta :)


niedziela, 22 kwietnia 2018

Arlette Cousture "Dzieci stamtąd"




"Jest pan bardzo miłym człowiekiem, panie Favreau, ale niech mnie pan nie rozczula odrobiną racjonowania żywności. Bo wojna to coś innego. Wojna to czujne spanie w dzień i nocne marsze. Wojna to nieustający strach. Wojna to śmierć z miłości, bo chciało się nazbierać truskawek dla żony. Wojna to taki ból, że nie odróżnia się dnia od nocy, nie czuje się upływu czasu i życia. Wojna to pragnienie śmierci, bo człowiek czuje się winny, że przeżył." - s. 233

Rok 1939. Czas wypełniony pracą, marzeniami, odpoczynkiem. Młodzi ludzie wkraczający w dojrzałość, pełni planów, przeżywający pierwsze miłości, rozpoczynający studia, podejmujący poważne decyzje. Dorośli przyglądający się z niedowierzaniem kolejnym poczynaniom Hitlera, ale nadal pewni, że to po prostu pieniacz, któremu świat nie pozwoli przekroczyć pewnej granicy. Koniec roku szkolnego. Upalne letnie dni zwieńczone tragedią Polski i świata. W życie bohaterów wkracza wojna, którą przewidział Tomasz, przenikliwy profesor historii, której obawiała się jego żona Zofia, w końcu z którą przyszło zmierzyć się również ich dzieciom. Codzienność nabiera gorzkiego smaku samotności, głodu, obawy o życie swoje i bliskich. Staje się swoistym teatrem, grą prowadzoną z Niemcami. Ale aktorów jest wielu. Nie brak oddanych ojczyźnie patriotów i konspiratorów, jak i uległych najeźdźcy donosicieli. W tym dualistycznym świecie inteligencka rodzina próbuje odnaleźć swój skrawek bezpiecznej przestrzeni, przetrwać zachowując człowieczeństwo i wrażliwość. Wojenne dni przepełnione są walką o byt. Lekcje muzyki przeplatają się ze zdobywaniem pożywienia, coraz wymyślniejszymi sposobami dorabiania, w końcu koniecznością uczenia się życia od nowa i znoszenia okupanta. Jedno wydarzenie rzuca się cieniem na przyszłość rodziny. Potem następuje ciemność, wymagająca i wyniszczająca przeprawa przez góry. Pełne czujności dni, noce spędzane na marszu, strach przed drugim człowiekiem, zwątpienie i miłość, w końcu zaś wyzwolenie. Czy jednak można ułożyć sobie szczęśliwe życie po tragediach, które się przeszło?

Arlette Cousutre kreśli historię rodzinną naznaczoną przez wojenne wydarzenia. Z jednej strony opowiada o inteligentach, którzy pragnęli ocalić polskość, zapewnić dzieciom nieco radości, choćby przez wspólne muzykowanie, z drugiej zaś pokazuje, że wojna nie zna litości. Niszczy wszystko i wszystkich, sprawia że rodzina się rozpada. Autorka nie oszczędza żadnego z bohaterów. Pokazuje jak inteligentny i wyciągający wnioski z dziejów świata Tomasz staje się ofiarą wojny, jak zmienia się w człowieka, którego nie poznają własne dzieci. Zofię stawia w trudnej sytuacji opiekowania się rodziną, zapewnienia jej bytu. Obala mit romantycznej walki o niepodległość, bohaterskich czynów na przykładzie Jerzego, który doświadcza prozy żołnierskiego życia, cieni wojny, która jest rozpędzoną machiną siejącą zniszczenie. Doznaje on lęku, bólu, poznaje stratę, beznadzieję. Jest pod wpływem tego, co przeżył nawet wtedy, gdy panuje pokój. Nie potrafi uwolnić się od przeszłości i zacząć żyć jak niegdyś, z nadzieją patrząc w przyszłość. Jana i Elżbietę rzuca najpierw w Krakowską konspirację, udział w kompletach, następnie zaś w wielką ucieczkę. Stawia ich przed licznymi wyzwaniami, codziennością, w której przeplata się marazm i strach.

Gdy kończy się wojna bohaterowie nie są już tymi samymi ludźmi, którymi byli wcześniej. Przeżyte wydarzenia odciskają na nich nieusuwalne piętno. Zmienia się ich sposób patrzenia na świat, charakter. Uczuciowo są nieco otępiali, podchodzą do życia z większą dozą pragmatyzmu, ale i rezygnacji. Marzą o szczęśliwej przyszłości, miłości, rodzinie, ale nie są to już piękne, jasne i czyste marzenia. To swoista proza życia, budowanie świata z elementów, które powinny się na niego składać, ale z ogromną ostrożnością. Rodzi się w nich jakieś przekonanie, że strata to nieodłączna część egzystencji. Każdą radość spowija lekka mgła utraty, przekonanie, że życie po raz kolejny może wyrwać im ich poczucie bezpieczeństwa, radość, szczęście. Czytelnik obserwuje jak z niefrasobliwych dzieci, zanurzonych w swojej rzeczywistości, wyrastają niemalże natychmiast mali dorośli. Jak Jan zmienia się z nieco zapatrzonego w siebie dziecka w mężczyznę, który musi wziąć odpowiedzialność za siostrę, bycie głową rodziny. Dziewczynka idzie inną drogą. Jej opiekuńczość na skutek doznanych tragedii niknie. Ela tkwi w marazmie, nie potrafi pogodzić się z przeżytymi tragediami, zapomnieć o wszystkich okropnościach wojny, stratach, których doznała. Odnajduje siebie w muzyce, ale jej życie nie jest usłane różami.

Bohaterowie mimo przerażających doświadczeń starają się znaleźć swoje miejsce na ziemi. Nie jest to jednak sielanka. Ich los naznaczony jest piętnem tragizmu, które zdaje się trwać. Nie są już dziećmi, które bezgranicznie się kochały. Wiele ważnych kwestii pozostaje nierozwiązanych, przemilczanych wręcz. Ich dorosłe decyzje mieszają się z dziecinnymi pretensjami, jakby z jednej strony szybko zmężniali, by przeżyć, ale nie dojrzali w pełnym tego słowa znaczeniu. Narastają między nimi konflikty i wzajemne niezrozumienie. Każde z nich wybiera własną drogę w bezpiecznej Kanadzie. Część bohaterów nie dojrzewa jednak do zrozumienia, że w życiu człowieka przychodzi moment, gdy wybiera on własną drogę oderwaną od reszty rodziny i nie jest to niczym złym. Czytelnik obserwuje jak postaci oceniają się wzajemnie, pragną własnego dobra, ale nie zawsze wyciągają właściwe wnioski.

Arlette Cousture stworzyła pełną emocji i obserwacji książkę, która pozostaje w czytelniku i skłania go do zadawania sobie pytań. Do tematu przedstawienia świata drugiej wojny światowej w Polsce przez kanadyjską pisarkę podchodziłam z lekkim sceptycyzmem. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale szybko moje obawy zostały rozwiane. Autorka naprawdę dobrze odmalowała  obraz tamtych dni. Przygotowała się do podjętego zadania. Przede wszystkim jednak stworzyła ciekawą, pełną napięć i dobrze napisaną historię o ludzkich przeżyciach i emocjach. O tym, jak błyskawiczne dorastanie i doświadczenia wojenne naznaczają życie i prowadzą do konfliktów nie tylko wewnętrznych, ale również międzyludzkich. "Dzieci stamtąd" to refleksyjna powieść o tym, jak budować swój świat od nowa, jak stawiać pierwsze kroki na nowym lądzie, którym przecież może być inne miejsce życia, niekoniecznie oddalone o setki kilometrów. W końcu zaś to historia o zmaganiu się ze sobą, własnymi demonami, lękami, o wyborach, które nie zawsze podobają się innym, ale które trzeba podjąć. Dla mnie najważniejszy wniosek, jaki z niej płynie to fakt, że kluczowa jest wolność drugiego człowieka, bo to czego chcę ja, niekoniecznie jest najlepszym wyborem dla bliźniego. Na koniec króciutko o warstwie językowej powieści. Książkę czyta się naprawdę dobrze, jednak widać różnice w poszczególnych częściach i tu nie bardzo wiem czy jest to związane ze stylem autorki czy wynika z faktu, że mamy kilku tłumaczy. Najlepsza zdecydowanie jest dla mnie część pierwsza i ją czytało mi się najlepiej. Całość jest jednak naprawdę dobra i tylko niektóre sformułowania mogą nie przypaść wymagającym czytelnikom do gustu.

Jeśli lubicie historie, które budzą silne emocje, z którymi chcielibyście się momentami kłócić, ostro polemizować, które zostawiają was z wieloma pytaniami i rozterkami natury filozoficznej ;) to "Dzieci stamtąd" są zdecydowanie dobrym wyborem. Ja choć czytałam ją kilka tygodni temu nadal mam wiele do powiedzenia.

Fragment książki do przeczytania TU



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Arlette Cousture, Dzieci stamtąd, przeł. Iwona Badowska, Grażyna Majcher, Katarzyna Chojnowska, wyd. WAM, Kraków 2017.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Szymon Żyśko "Po tej stronie nieba. Młodzi święci"

z cyklu Książki z duszą



"Im trudniej ci dostrzec w bliźnim przyszłego świętego, tym większe prawdopodobieństwo, że jego życie skrywa prawdziwe perły." - s. 126

Zacznę od tego, że żałuje, że nie znałam treści tej książki, w niedzielę, gdy byłam na spotkaniu z autorem. Usłyszałam o niej od Eryka z bloga "Przez pryzmat wiary" (zaglądnijcie do niego, pisze dobre i mądre teksty), a potem powiedział mi o niej Michał z Wydawnictwa WAM (dziękuję :) Michał). Zaczęłam czytać czekając na spotkanie Łobuzów. I wiedziałam już, że to będzie coś naprawdę dobrego.

Czym jest świętość? Mówi się o niej w Kościele przecież niemal cały czas. Chyba ciężko byłoby mi zliczyć, ile razy w życiu słyszałam, że mam być święta. Czy mnie to jednak pociągało? Dziecko ma w głowie obraz aniołków, radości, spokoju, jakiegoś pięknego miejsca i tego, że ludzie podziwiają osobę wyniesioną na ołtarze. Mówi mu się o dobrych czynach świętego, który jawi się jako duchowy superbohater, ale bez wielkich przygód. Gdy ma się naście lat i czyta książki o osobach, które powinniśmy naśladować włącza się coś, o czym już na pierwszych stronach pisze autor, czyli dystans i brak zainteresowania. To nawet nie kwestia dzisiejszego świata, który jest całkiem inny, niż gdy ja byłam nastolatką. Nikt nie uwierzy, że młody człowiek zafascynuje się postacią, o której pisze się, że modliła się od rana do wieczora, czekała na cierpienie, męczeństwo czy śmierć. Po prostu nie. Na człowieka, który przyjmuje ciężkie doświadczenia z pogodą ducha, pokojem i zachowuje radość można patrzeć z podziwem, ale nie chce się go naśladować. Ludziom kojarzy się to bardziej z rezygnacją. Święci przywodzą na myśl cierpiętnictwo i pragnienie opuszczenia tego świata. A przecież nastolatkowie chcą żyć, spełniać swoje marzenia, plany, cieszyć się każdym dniem. 

Szymon Żyśko pokazuje całkiem inną stronę świętości, która z dawną hagiografią niewiele ma wspólnego. Pisze o postaciach, w większości mi nieznanych. Słyszałam zaledwie o czterech bohaterach. Pokazuje na kartach ludzi z jednej strony niesamowitych, pełnych energii, życia, radości, z wielkimi talentami, ogromnie inteligentnych i zdolnych do wielkich rzeczy, z drugiej tych zwykłych, którzy żyli po prostu dobrze i to właśnie stanowi ich piękno. Czytelnik poznaje Stanisława Kostkę, który tak zafascynował się jezuitami, że zapragnął spędzić całe życie w zgromadzeniu. Nie zawahał się postąpić wbrew woli rodziców, uciec i dopiąć swego czyszczeniem toalet, ciężką fizyczną pracą i gorliwością. Nie przywykł do służenia, pochodził przecież z bogatego rodu, marzenie jednak było ważniejsze. Autor pisze o Antonim Marczewskim, dominikaninie wyłapującym ptasi śpiew w głośnej Warszawie. Opowiada historię Agaty Mróz, dla której spełnianie marzeń, w tym tego o byciu mamą, było sensem życia. Wspomina Janinę Jandulską założycielkę Żywego Różańca, Antoniettę Meo, mającą szansę stać się najmłodszym doktorem Kościoła. Przedstawia Carlo Acutis'a, który pewnego dnia może zostać ogłoszonym patronem Internetu. Część z bohaterów jest już błogosławiona, inni czekają na decyzję Kościoła w swojej sprawie. Nie tytuł jest tu jednak ważny, ale ich życie, które jest wzorem do naśladowania i może nas wszystkich wiele nauczyć.

To nie ludzie z legend, odlegli od zwykłego zjadacza chleba jak to tylko możliwe, ponad wszystko idealni, wybrani. Nie, to postaci z krwi i kości, które były ciekawe świata, miały swoje marzenia, pasje, plany życiowe, wady, czasami trudny charakter. Nie znajdziecie wśród nich uładzonych i nieskazitelnych osób, budzących w niektórych frustracje. Bohaterowie "Po tej stronie nieba" są niezwykli i to bardzo. Czytając balansuje się gdzieś między nadzieją, że ja też mam szansę na świętość a obawą, że jednak jestem inny, że brak mi czegoś. To właśnie pokłosie myślenia o tym, że trzeba być doskonałym. Nic bardziej mylnego. Nie jestem w stanie spać po 3-4 godziny jak Helena Kmieć, nie znam się na ptakach ani specjalnie na komputerach, wiem, że nie byłabym zdolna do heroicznych czynów, ale Szymon Żyśko pisze coś ogromnie ważnego. Świętość jest dostępna dla wszystkich! To walka o powołanie, które trzeba odkryć prędzej czy później, wyzbycie się nienawiści, umiłowanie życia, miłość do ludzi (szczególnie tych, których kochać najtrudniej), bycie dla innych i patrzenie na świat oczami Boga. Taka jest właśnie recepta na świętość i oś przewodnia książki, bo z tych sześciu perspektyw czytelnik poznaje młodych świętych. W tym wszystkim trzeba zadbać o czas na modlitwę i budowanie głębokiej relacji z Bogiem, gdyż w Nim jest źródło, z którego czerpie się siłę do jakby to ujął ks. Kaczkowski "życia na pełnej petardzie".



"Po tej stronie nieba" polemizuje z obrazem człowieka, który zamknął się na świat i całą swoją siłę skupia na kontemplacji i pracy. Obala mit nienawiści do świata, bo przecież to miejsce, które stworzył Bóg, piękne, pełne dobra, ale jednocześnie trudne do życia, wymagające. Świętość to działanie, chęć zmieniania przede wszystkim siebie, pracy nad swoimi wadami, rozwijaniem talentów, byciem dla innych, korzystaniem z każdej minuty życia. Największa przeszkoda do jej osiągnięcia jest zawsze w nas, bo tu nie "rzeczywistość skrzeczy", ale lenistwo i wygodnictwo. Jak mówił Czepiec w "Weselu" Stanisława Wyspiańskiego "duża by już mogli mieć/ ino oni nie chcom chcieć". Co ogromnie podoba mi się w książce Szymona Żyśko to fakt, że udowadnia, iż nie trzeba być geniuszem, siłaczem i nie wiadomo kim, by uczynić świat lepszym. Zmieniła go siedmioletnia dziewczynka, zmienił ponad trzydziestoletni mężczyzna. Czy zrobili coś wielkiego? I tak i nie. Czasem po prostu czynili najmniejsze gesty i to wystarczyło. 

Jak pisze autor, Bóg mówi do każdego w jego własnym języku i trzeba być przede wszystkim sobą, żeby rozpocząć dialog. Nie każdy zostanie prorokiem, który ujmowany jest tu jako pionier, ktoś kto po prostu widzi dalej, wprowadza rzeczy, które teraz dla nas są normalne, ale wówczas były odkryciem. Nie każdy będzie w stanie znieść cierpienie czy pogodzić się z ekstremalnie krótkim życiem, ale myślę, że Bóg nie wymaga tego od ludzi, którzy nie daliby rady. Co prawda nadal mam problem z tym, że ktoś zbyt wcześnie odchodzi, choć bohaterowie książki udowadniają, że można w pełni przeżyć nawet najkrótsze życie. Po ludzku ciężko mi się z tym zgodzić, budzi się we mnie jakiś bunt, a jednak podziwiam te osoby. Każdy jest inny, ma swoją niepowtarzalną drogę do świętości, uszytą na jego miarę, zdolności, ograniczenia, dopasowaną do charakteru. Trzeba tylko wysiłku, bo nie czarujmy się, samo nic się nie zrobi. Muszę podnieść się z kanapy, otworzyć oczy, budować relację z Bogiem i człowiekiem. Poznać swoje mocne i słabe strony i każdego dnia pracować nad tym.

"Mówimy, że Bóg nas stworzył, ale ja wolę myśleć, że Bóg nas sobie wymarzył. Byliśmy Jego wielkim marzeniem, którego spełnienia nie mógł się doczekać. Nie ma ludzi przypadkowych, wszyscy są chciani, kochani i wyczekiwani na tym świecie." - s. 268

"Po tej stronie nieba" to książka, pokazująca że świętość jest czymś pięknym, fascynującym. To otwarcie się na Boga, świat i człowieka. Bycie najpiękniejszą wersją samego siebie. Nie ma w niej nic z nudy czy ponuractwa. To przygoda, która czasem trwa naprawdę długo, innym razem krótko, choć nie wiem, dlaczego. W świetnym, nieco gawędziarskim stylu, prostym i obrazowym językiem Szymon Żyśko opowiada o ludziach, którzy przewrócili świat do góry nogami, zainspirowali wielu, choć nie każdy z nich dokonał wielkich czynów. Po prostu byli sobą i pozwolili się prowadzić. Dali sobie prawo do kochania siebie, życia, bliźniego i świata. Nade wszystko kochali Boga. Nie stracili nic z tego, co najważniejsze, choć musieli dokonywać wyborów. Autor odbrązawia pojęcie świętości, pokazując że jest ona czymś dostępnym dla każdego, przygodą, która porywa. Książka redaktora portalu Deon.pl jest pozycją, do której trzeba wracać, czytać wciąż na nowo, przypominać sobie o tym, że warto się starać, że są ludzie, od których trzeba się uczyć. To opowieść dla każdego, rozbudzająca pragnienia, wzruszająca, dająca do myślenia.

Gdy przeczytałam dedykację od autora nieco się zdziwiłam. Teraz wiem, że nie są to czcze słowa czy pobożne życzenie. To przesłanie nabrało realności i bliskości. Jest mało książek, przy których płaczę, ale w tej jest tyle dobra i słów, które bezpośrednio dotykają człowieka, że nie sposób pozostać obojętnym. Myśli kołaczą się po głowie i jest inaczej, może już nigdy nie będzie tak jak było? Jeśli jakimś cudem autor przeczyta tę recenzję to dziękuję, za każde słowo, które mam nadzieję zakiełkuje i wyda owoc i za piękna lekturę. Szkoda tylko, że tak krótką.

Fragment książki do przeczytania TU


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Szymon Żyśko, Po tej stronie nieba. Młodzi święci, wyd. WAM, Kraków 2018.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Warszawskie Targi Wydawców Katolickich - 15 kwietnia 2018





Grzegorz zastanawia się, co przeczytać, coś czuję, że może dojść do starcia ;) o książki...

Warszawa nadal jest dla mnie ogromnym miastem, które pędzi. Są jednak chwile, gdy mam wrażenie, że stolica zwalnia. Szczególnie doświadczam tego, gdy stykam się tu z wydarzeniami duchowymi i katolickimi. Chodzi mi o zajęcia u Ojców Dominikanów, Eucharystię, czuwania, również Targi Książki, szczególnie tej katolickiej. 



Wstaję o 6 rano, choć chętnie bym pospała, ale wiem, że czeka na mnie fantastyczna niedziela. Za oknem piękne słońce, dzień już zbudził się porządnie. Wybieram się na Eucharystię do Dominikanów. Na spotkaniu z Łobuzami usłyszę później, że Zakon Kaznodziejski zainwestował w piękno liturgii i teraz ich kościoły są pełne. Zgadzam się z tym. Msze mają cudowną oprawę muzyczną i nie tylko, widać, że dba się tu o każdą minutę spotkania z Bogiem :). Czekam na przystanku. Podchodzi Pani i mówi, że mam fajną torbę. Jest zainteresowana tym, gdzie ją kupiłam. Od razu odpowiadam, że pandziowa torba (bo pytało mnie o nią jeszcze kilka osób na targach, także zrobiła furorę) jest do kupienia na stronie Wydawnictwa WAM w zakładce gadżety. 



Wsiadam w autobus, przesiadam się na następny. Potem już tylko kilka minut spaceru i zaczynam swój targowy dzień. Siostra Małgorzata Chmielewska onieśmiela mnie swoją mądrością. Czekałam na to spotkanie. Przysłuchuję się temu, co mówi i chłonę. Wiem, że to niesamowita osoba, od której powinniśmy się uczyć. 



Potem udaję się na spotkanie z "Łobuzami" i to jest naprawdę wartościowy czas. Rozmawiamy o tym, co dzieje się obecnie w Kościele, o katechezie, naszym przekonaniu, że Polska jest ostoją katolicyzmu. Pojawiają się pytania o język kazań i listów biskupów. Z dyskusji i padających pytań wyłania się prosty wniosek, w życie Kościoła musimy być zaangażowani wszyscy. Nie chodzi o żadne fajerwerki, ale o szczere rozmowy, tworzenie wspólnoty, zadawanie pytań, robienie czegoś, by było lepiej. Autorzy przekonują, że nie ma tematów tabu. Słucham i myślę, że szybko pochłonę lekturę. Jestem ciekawa poruszanych na kartach zagadnień, otwartości, z jaką uczestnicy spotkania mówią o wielu sprawach, w tym także o byciu odpowiedzialnym za swoje słowa i czyny. Chyba nie będę dziś spać...


"Łobuzy" w akcji :)




Zagaduję krótko do Przemysława Wilczyńskiego. Mówimy o hospicjach, ale również o powstawaniu jego książki. Rozmówcach, którzy często zaskakiwali autora oraz o tym, że o ks. Kaczkowskim trzeba pisać szczerze. Przypomnieć, że poza tym, że stał się niemal mityczną postacią, był przecież też człowiekiem, z poczuciem humoru, pazurem, stanowczym i szalenie ciekawym. 



Maria Miduch podbiła moje serce już w trakcie lektury "Biografii Boga Ojca". Trafiłam na tę książkę podczas okresu, w którym szukałam odpowiedzi na pewne pytania, poruszenia emocjonalnego, doświadczenia żywej wiary. Zaskoczyło mnie to z jaką lekkością pisze o ogromnie trudnych rzeczach. Pięknie, z pasją i w nieco nawet gawędziarskim stylu. Staram się to wszystko z siebie wydobyć podczas rozmowy, choć słowa uciekają. Czasami, gdy spotykasz kogoś, kto pisze tak, że czujesz się w książce niczym w domu, trudno wypowiedzieć wszystko, co by się chciało. Jest mi jednak ogromnie miło, że mogę zamienić z Panią Marią choć kilka słów. 



Następnie udaję się do Szymona Żyśko, który pisze o młodych świętych. Przed spotkaniem z Łobuzami podczytuję nieco "Po tej stronie nieba" i doskonale rozumiem, co autor miał na myśli. Poznaję własne przemyślenia i wątpliwości sprzed lat. Pytania, które wówczas wydawały się nie na miejscu, bo jak to tak myśleć, że powszechne przekonanie o świętości nie jest pociągające. A przecież było to łaaadnych "parę" ;) lat temu, a co dopiero dziś, w dobie Internetu i całkiem innego stylu życia. Czuję jednak, że ta książka wywróci wiele do góry nogami, zatrze błędne pojęcie o tym, kim jest święty. 



Mój targowy dzień kończę w Wydawnictwie Bratni Zew. O. Andrzej Zając, z którym miałam przyjemność prowadzić spotkanie, opowiadał mi o żywocie św. Franciszka autorstwa Tomasza z Celano, o którego istnieniu nie wiedziałam. Zaglądam właśnie po tę książkę. A Wam polecam "Kodeks rycerski" O. Zająca, bardzo pouczająca lektura, warta przemyślenia :).

Ogromnie podoba mi się hasło "Bratamy ludzi ze Słowem" <3 Serdecznie dziękuję za książkę :)

Dzień powoli dobiega końca. Jestem trochę zmęczona i szczęśliwa. W głowie kotłuje mi się tak wiele myśli. Pociągają mnie "Łobuzy". Zerkam również na książkę, która przykuła moją uwagę "Niczego nie musisz udowadniać. Dlaczego możesz przestać tak bardzo się starać". Przekorny tytuł, który daje do myślenia, szczególnie w dobie bycia najlepszym, ścigania się z innymi. Jestem ciekawa, co znajdę w środku. 

Na koniec przesłanie od Łobuzów i ks. Kaczkowskiego. Po pierwsze, nie bójmy się pytać i być w Kościele, bo to ważne, po drugie pamiętajmy, by żyć na pełnej petardzie :). 

Moje zakupy i książki od Wydawnictwa WAM. Dziękuję bardzo :) 






Skusiłam się u Wydawnictwa W drodze :) (dziś nie podchodziłam, bo musiałabym do końca miesiąca jeść książki ;) ale odbiję sobie w maju) i u Bożych Krówek, zapewniam, że to najlepsze krówki świata :)


poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze "Krótka historia o długiej miłości"



"Ukochana! Niechaj Ci nie będzie nigdy smutno - w takich chwilach wspominaj zawsze o Twoim Ju, który lubi patrzeć na Twój uśmiechnięty buziak (tak jak na fotografii, którą od Ciebie dostałem - pamiętasz?). Wiesz przecież, Malutka, że jesteś promykiem oświetlającym drogę mego życia, promykiem, bez którego ciepło życia zamiera. Mała - czy wyobrażasz sobie nasze spotkanie po tylu latach rozłąki?
[...] Ten dzień, ta jedna chwila radości zrekompensuje nam cały trud, wszystkie nasze niedole, całą naszą rozłąkę." - s. 112-113

Mówi się o miłości od pierwszego wejrzenia, o gromie z jasnego nieba, pewności, że to właśnie ta właściwa dla nas osoba. Skąd takie przekonanie? Czasem się to po prostu wie, jak mówią niektórzy. Czy można jednak zakochać się w kimś, kogo się nie widziało? Z kim rozmawiało się nie w normalny sposób, ale za pomocą alfabetu Morse'a? Z kim połączyła nas wspólna niedola?

Lata po zakończeniu drugiej wojny światowej nie były łatwe, szczególnie dla tych, którzy brali udział w walce z okupantem, należeli do AK lub robili cokolwiek, by przywrócić Polsce wolność. Gdy tylko zapanował pokój paradoksalnie zaczął się kolejny terror. Nie było wiadomo, kto i za co zostanie aresztowany. Pewnego dnia Wiesława Pajdak, studentka stomatologii dostała się do więzienia. Jej grzechem była działalność antyniemiecka podczas okupacji i posiadanie dolarów. Jerzy Śmiechowski również nie uniknął aresztowania. Długa tradycja patriotyzmu w rodzinie, udział w walce o niepodległość, w końcu pomoc w wyjeździe z kraju ostatniemu delegatowi rządu londyńskiego na kraj sprawiły, że stanowił zagrożenie dla państwa. Oboje trafili do więzienia. Jej nikt nie torturował, za to sytuacja mężczyzny była zgoła inna. Poznali się przez ścianę. Krótka rozmowa o tym, kim jest, za co siedzi i czy wie, co dzieje się na zewnątrz.

Potem konwersacje przybrały na sile. Podstawową zasadą w więzieniu było wybadanie, czy ktoś jest godny zaufania, czy donosi. Bohaterowie zapałali do siebie wzajemną sympatią i pewnością, że jedno nie skrzywdzi drugiego. Ich uczucie przypominało historię o Tristanie i Izoldzie, którą Wiesława opowiedziała kiedyś Jerzemu. Dzieliły ich ściany, a jednak czuli, że są bratnimi duszami. Nie rozdzieliło ich wyjście na wolność Wiesławy, nie pokonał utrudniony kontakt najpierw jedynie przez ojca Jerzego, potem przez własne listy, w końcu sporadyczne spotkania ani odwrócenie się sytuacji. Bohaterowie przeszli przez naprawdę trudny czas. Rozłąka i piętrzące się trudności nie zniszczyły ich związku, który pozostaje dla mnie niesamowitą zagadką, ponieważ rozwijał się przede wszystkim poprzez więzienne rozmowy i krótką korespondencję. Przeciwności losu przynosiły niepewność, zakochani potwierdzali swoje uczucia, mając nadzieję na wzajemność. Łączyła ich swoista emocjonalna karuzela, ale nie zachwiała ona miłością, którą się darzyli, która musiała czekać na lepsze czasy. Która zakwitła i rosła pomimo wszystkiego.

Angelika Kuźniak i Ewelina Karpacz-Oboładze przestawiły zaskakującą historię uczucia, które zrodziło się w więziennej celi między ludźmi, którzy nie tylko się nie znali, ale nawet przez bardzo długi czas nie widzieli. Autorkom udało się wychwycić drgające emocje, wahania nastrojów, przypomnieć towarzyszące bohaterom nadzieje, lęki, niepewności. Z książki wyłania się opowieść o ludziach, którzy stracili kilka lat życia przez władze komunistyczne, ale pozostali pełni ufności, optymizmu i nadziei na lepsze jutro. Ludzi, którzy wbrew wszystkiemu stworzyli piękną relację, rozwijającą się w bardzo niesprzyjających warunkach. Więź, która pozwoliła przetrwać najtrudniejsze chwile i zbudować szczęśliwą przyszłość. Z jednej strony lakoniczność książki sprawia, że czytelnik chciałby czegoś więcej, z drugiej jest zrozumiała, oddaje naprawdę ograniczoną komunikację, jaka możliwa była w więzieniu. Zabrakło mi jednak rozwinięcia historii, choćby rozdziału o tym, jak wyglądało życie bohaterów po więzieniu, gdy w końcu mogli realizować swoje plany, być razem. Mimo tego "Krótka historia o długiej miłości" jest interesującą lekturą, ukazującą siłę uczucia, które przetrwało nawet w warunkach komunistycznego więzienia, niepewności, rozłąki. To opowieść o relacji, która zrodziła się inaczej niż większość i zwyciężyła.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak.

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, Krótka historia o długiej miłości, wyd. Znak, Kraków 2018.