środa, 17 października 2018

Maria Paszyńska "Córka gniewu"




"Żyła życiem, którym nie chciała żyć, a z którego nie mogła się wydostać. Trwała więc, unosząc się na falach niemocy. Nie miała dość odwagi, by to wszystko skończyć, choć nie miałaby nic przeciwko temu, żeby nie obudzić się kolejnego dnia. Jej życie pozbawione było jakiejkolwiek perspektywy zmiany. Żyła bez przyszłości, a i przeszłość nie miała dla jej teraźniejszości żadnego znaczenia, nie niosła nadziei na lepsze jutro." - 101-102

Jest ranek, słońce zagląda przez kuchenne okno, mocnym, złotym, jesiennym blaskiem. Wokół cisza, wszyscy jeszcze śpią. Słychać tylko szum gotującej się wody. W końcu znad kubka unosi się zapach kawy. Siadam przy komputerze i już nie mogę się doczekać aż opowiem Wam o pewnej powieści. Orientalno-jesiennej, która rezonuje jeszcze we mnie i sprawia, że po raz kolejny pochylam się nad pewnymi wnioskami. 

Losy jednej z największych bitew morskich zostały rozstrzygnięte za sprawą Jeleny. Chrześcijański świat pokrzepiony zwycięstwem nabiera ducha. Tymczasem w Imperium dzieje się źle. Selim II nie tylko ponosi klęskę militarną, ale i duchową. Coś łamie się w sułtanie, który z pełnego przywar człowieka prowadzącego hulaszczy tryb życia zmienia się w ascetę. Nagła metamorfoza jest prawdziwie niepokojąca. Synowie władcy muszą być gotowi, by zareagować w odpowiednim momencie, w końcu przyjdzie im walczyć o władzę. Mehmed Pasza Sokollu mimo podeszłego wieku nie ustaje w wysiłkach, mających na celu utrzymanie Imperium Osmańskiego w jak najlepszym stanie. Zadanie zdaje się być karkołomne, ale mężczyzna twardo wypełnia swoje obowiązki i obietnicę złożoną przyjacielowi. Jelena po wygranej bitwie wcale nie staje się wolna. Ojciec Vincenzo ma swój plan i doskonale wie, że dziewczyna może mu się jeszcze nieraz przydać. Kobieta cierpi. Nie może otwarcie zapytać o ukochanego, gdyż to ściągnęłoby na niego niemałe kłopoty, wszak duchowny nie cofnie się przed niczym, by w pełni ją kontrolować. Powrót do brata również nie wydaje się dobrym pomysłem. Bohaterka ma coraz mniej czasu, by uciec spod uważnych oczu szpiegów kapłana i uratować siebie i swoich bliskich.




Imperium Osmańskie po raz kolejny pokazało na kartach książki swoją pozorną siłę i kruchość zarazem. Jeszcze bardziej uwypuklił się świat kontrastów, które skrzętnie ukrywane przed oczami poddanych, stale się pogłębiają. Unoszący się ambicją dowódcy i dostojnicy dworscy, przekonani o swej sile i nieomylności, rozrywają państwo, każdy w swoją stronę. Potężny jedynie tytularnie władca zajmuje się tylko uciechami życia i nie dostrzega tego, co dzieje się dookoła. Butny, zadufany w sobie, krótkowzroczny i jakże nierozważny, nie przystaje do obrazu sułtana znanego z pierwszego tomu trylogii. To człowiek miotany namiętnościami. Słaby, ale wykorzystujący władzę, która spadła na niego niczym brzemię. Wszystko jest dobrze, dopóki historia płynie swoim spokojnym rytmem. Gdy dochodzi do porażki, człowiek w którego rękach spoczywa los tysięcy ludzi, gnie się pod ciężarem klęski. Osobą, która dźwiga na barkach całe Imperium jest Sokollu. Jednak czytelnika nachodzi przykra refleksja, jaka jest zapłata za oddanie idei państwa stworzonego przez jego przyjaciela całego siebie? Czy cena, którą przychodzi płacić paszy nie jest za wysoka? Wieczne intrygi, ciągła czujność, niekończąca się dyplomacja, zależność od kaprysów i humorów władcy czy radzenie sobie ze spiskami zazdrosnych urzędników zdają się nie mieć końca. To właśnie praca paszy na rzecz dobra państwa ogromnie kontrastuje z postępowaniem sułtana. Odnosi się wrażenie, że bohaterowie powinni zamienić się miejscami, wówczas wszystko byłoby dobrze. Jelena niczym towar przekazywana jest z rąk do rąk. Staje się wiecznym więźniem coraz to innych ludzi, pragnących wykorzystać ją do realizacji własnych celów. Nieustannie zmaga się z przeciwnościami losu, pragnąc jedynie tego, by w końcu zaznać szczęścia przy boku ukochanego. Czy to jednak możliwe?

Maria Paszyńska maluje piękny i złożony obraz bogatej zarówno pod względem materialnym jak i duchowym krainy. To miejsce, w którym nawet niewolnik może liczyć na awans społeczny, w którym wykorzystuje się drzemiący w ludziach potencjał. Jest jednak i druga strona medalu. Pod urzekającą maską wdzięku i mądrości kryje się państwo tysięcy intryg, bezduszności, skrywanych sekretów, pozornej wolności. Niewolnik pozostaje niewolnikiem, za wierność ideałom często przychodzi płacić najwyższą cenę. Można powiedzieć że każdy jest swoistym zakładnikiem piastowanego stanowiska, żądz, namiętności, wyżej postawionych ludzi, wydarzeń, nawet kaprysów. Bohaterowie ulegają historii i ją tworzącym. Walczą o swoją przyszłość, choć często wydają się być skazani na klęskę. Budują i niszczą, dokonując wyborów, których woleliby uniknąć. Imperium to złożony organizm, który tętni życiem, niespokojnie szarpany kolejnymi podnietami, zdany na łaskę i niełaskę władcy, ludu, ideologii. 



"Córka gniewu" jest przemyślanym i urzekającym językiem zakończeniem trylogii. Nie brak w niej perełek, które warto zapamiętać. Mądrości, mówiących o ludziach sprawujących rolę przewodników, pojawiających się w życiu, by po odegraniu swojej roli odejść, błahostkach - ulotnych chwilach, z których budujemy ten prawdziwy świat, tak inny od rzeczywistości dworskiej. To historia o wykorzystywaniu szans, budowaniu siły, braniu odpowiedzialności za swoje czyny, ale również powieść o godzeniu się ze sprawami, na które nie mieliśmy wpływu. Historia Jeleny i Sokollu idealnie podkreśla to, że z każdej nawet najcięższej sytuacji można wyprowadzić dobro. Często jest ono okupione wysoką ceną, ale prawdziwą wolnością, której nikt nam nigdy nie odbierze jest bycie sobą, rozwijanie swojego człowieczeństwa, mądrości, ducha, by czynić dobrze. Możemy nie mieć wolności wyboru, ale to jak przeżywamy sytuacje, co rodzi się w sercu, jest tylko nasze. Finał sułtańskiej trylogii zaskakuje swoim wydźwiękiem. Tym jesiennym, głębokim przekonaniem, że wszystko zdąża ustalonym torem. Nieco melancholijnym, nieco smutnym, ale wypełnionym pogodzeniem się z sytuacją, tym wewnętrznym przekonaniem, że tak ma być. Jakby czytelnik czekał na z góry ustalony scenariusz. I nie chodzi tu o przewidywalność, ale świadomość tego, że wybory prowadzą do konkretnych rozwiązań. To słodko-gorzkie pożegnanie ze światem, który mocno podkreśla, kim tak naprawdę jest człowiek, do czego jest zdolny, jaka jest definicja wolności. Bo wszyscy jesteśmy liśćmi tańczącymi na wietrze, ale od nas zależy, czy w tych jesiennych pląsach pokażemy całą naszą krasę i spokojnie opadniemy na karty historii, czy bezwolnie poddamy się podmuchom, zrywami próbując coś uzyskać. 

Nie spodziewałam się, że orientalna opowieść będzie tak naprawdę głęboką refleksją o kondycji człowieka, tak przerażająco współczesną i realną. Wzruszenia, zachwyty, cudowny język, pełnokrwiści bohaterowie, akcja a miejscami poetycka fabuła, te wszystkie walory sprawiły, że z dumą mogę powiedzieć patronuję tej książce. Jednak pochylenie się nad wartościami, istotą człowieczeństwa i styl, w jakim robi to Maria Paszyńska powodują, że dzisiejszy dzień to wspólne święto moje i Pisarki, bo jest co świętować. Każde słowo, które rezonuje w duszy czytelnika zasługuje na swój czas, a tych w tej powieści nie brakuje. 




Za możliwość objęcia patronatem "Córki gniewu" i egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Autorce i Wydawnictwu Czwarta Strona. 




Maria Paszyńska, Córka gniewu, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2018. 


wtorek, 16 października 2018

Ursula Poznanski, Arno Strobel "NIEznajomi"

PRZEDPREMIEROWO


"Spoglądam mu prosto w oczy, choć kusi mnie, by odwrócić wzrok. Ma w sobie coś, co sprawia, że żałuję braku noża w zasięgu ręki. Takiego, którym mogłabym go dźgnąć. Raz za razem.
O Boże, co mi w ogóle przychodzi do głowy!
Przyciskam obie dłonie do czoła, a pragnienie, by przemocą wyrwać się z tej sytuacji znika." - s. 23

Joanna marzyła jedynie o tym, by wziąć gorącą kąpiel, następnie usiąść pod kocem z herbatą i dobrą książką. Zwykły, przyjemny wieczór został jednak przerwany w dość nieoczekiwany sposób. W jej domu pojawił się nieznajomy. Włamywacz? Morderca? Porywacz? Myśli szybko przelatywały kobiecie przez głowę, ale stanowczo nie spodziewała się tego, co stało się potem. Stojący przed nią mężczyzna, poirytowany dziwnym zachowaniem bohaterki stwierdza, że jest jej narzeczonym. Joanna nie dość, że widzi go po raz pierwszy, to nie odnajduje w domu nawet śladu, który świadczyłby o tym, że z kimkolwiek mieszka. Brak choćby jednego wspomnienia, jednej rzeczy i fakt, że Erik nie potrafi odpowiedzieć na żadne z zadanych mu pytań, które mogłyby świadczyć o tym, że jest związany z Joanną, świadczą na jego niekorzyść. Choć pewne stwierdzenia wskazują, że faktycznie mieli ze sobą jakiś kontakt. Jest wiele powodów, dla których mężczyzna może kłamać. Żaden z nich nie wróży niczego dobrego.

Erik nie miał dobrego dnia. Chciał zapomnieć o wszystkich niepowodzeniach i nieprzyjemnościach w ramionach ukochanej. To co początkowo wydawało mu się głupim i niesmacznym żartem okazało się bolesnym wstrząsem. Ukochana nie tylko nie wita go uśmiechem, ale wręcz nie poznaje. Jej słowa, gesty, ton głosu świadczą o tym, że ukochany stał się dla niej obcą osobą. A jeszcze kilka godzin temu było tak dobrze. Mężczyzna nie potrafi wyjaśnić amnezji narzeczonej, a tym bardziej tego, dlaczego z domu zniknęły wszelkie ślady jego obecności. Problemy Joanny z pamięcią to jednak dopiero początek kłopotów.



Jak musi czuć się kobieta, która straciła część swojej pamięci, dziwną część. Do tego ma niejasne, napawające ją lękiem przebłyski, które zdecydowanie nie wróżą niczego dobrego. Czy to ona zwariowała czy wszyscy dookoła oszukują ją, pragnąc, by uwierzyła w kłamstwo. Stawka jest przecież wysoka. Mimo wszystko, coś głęboko mówi jej, że trzeba wyjaśnić tę sytuację, choć logicznie rzecz ujmując nie wydaje się to najlepszym pomysłem. Zagubiona między pamięcią a zapomnieniem Joanna będzie starała się odnaleźć choćby okruchy wspomnień. Zrozumieć, kim jest Erik i czego od niej chce. Ma wiele okazji do obserwacji nieznajomego, wydaje się, że zbyt wiele nietypowych zdarzeń może przybliżyć ją do prawdy. Dezorientacja i gniew, to pierwsze, co czuje mężczyzna, który w niewyjaśniony sposób został wymazany z życia narzeczonej. Początkowe reakcje ustępują jednak smutkowi, żalowi, w końcu strachowi, bo dzieje się coś mocno niepokojącego. Czy można oszaleć w przeciągu kilku godzin? A może to po prostu spisek uknuty przez innych? Żadna z wyłaniających się odpowiedzi nie jest optymistyczna a zegar nieubłaganie tyka przyprawiając o dreszcze.

Dwie wersje historii. Ona pamięta wszystko poza nim. On stara się odnaleźć w roli człowieka, który musi udowodnić, że łączy ich miłość. Oliwy do ognia dolewa fakt, że z minuty na minutę sytuacja gmatwa się coraz bardziej. Pojawiają się kolejni bohaterowie, którzy rzucają światło na różne aspekty fabuły. Każdy z nich przechyla szalę podejrzeń czytelnika w inną stronę. Motywów przecież mogło być wiele. Akcja rozkręca się ze strony na stronę. W głowie rodzą się kolejne pytania. Granica między prawdą a fałszem jest płynna. Im więcej poszlak, tym trudniej zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w powieści, komu można zaufać. Kto bezbłędnie odgrywa swoją rolę, a kto padł ofiarą manipulacji. Przyjaciółka od serca, dawna miłość, kolega z pracy i do tego psycholog, szef, lekarz - każde z nich odwodzi czytelnika od prawidłowego rozwiązania. Autorzy umiejętnie budują napięcie, przeplatają sceny pełne akcji z opisami bezradności bohaterów i próbami zmierzenia się z rzeczywistością. Oddają głos zarówno Joannie, jak i Erikowi, kreśląc tym samym pełny obraz sytuacji. Dzięki temu historia rozszerza się. Pisarze nie dublują treści, jeśli opisują to samo zdarzenie kładą naciska na emocje i różne aspekty incydentów. Relacje świetnie się uzupełniają. Doskonale widać różnice między kobiecym a męskim punktem widzenia, sposobem odbierania rzeczywistości, reagowania na zdarzenia. Czytelnik dowiaduje się również o tym, co umknęło jednemu z bohaterów lub tym, co może go czekać, w końcu nie znamy całej prawdy o drugiej osobie. Mistrzowsko podsuwane tropy mają zmylić przeciwnika, by za wcześnie nie odgadł, co tak naprawdę się stało. Kolejne wątki tylko komplikują fabułę, która z dość niezwykłej historii o dwójce próbujących się odnaleźć ludzi przeradza się w coś znacznie większego. A samo zakończenie? Ursula Poznanski i Arno Strobel tak umiejętnie wodzili mnie za nos, że zdziwiona zastanawiałam się, jak mogłam nie wpaść na pewne rzeczy. Całej przyczyny przedstawionych zdarzeń, bym się jednak nie domyśliła, zdecydowanie nie.



"NIEznajomi" to pełna napięcia, wartkiej akcji, tajemnic książka, która nie da Wam spokoju, dopóki nie skończycie. Prowadzona z perspektywy bohaterów narracja nie tylko doskonale oddaje poczucie zagrożenia, osaczenia, dezorientacji i lęku, ale cały towarzyszący postaciom wachlarz emocji. Pozwala wniknąć w ich psychikę, poczuć to, co oni. Samo umiejscowienie fabuły w kilku miejscach podkreśla panującą w książce duszną atmosferę osaczenia i niepewności. Łagodzą ją momenty, gdy bohaterowie nieco bardziej skupiają się na własnej relacji niż zdarzeniach, które mają miejsce w ich otoczeniu. Rozdziały nie są za długie, język żywy, opisy skrócone do minimum. Widać swoistą oszczędność językową, brak przegadania tematu, o co wcale nie byłoby trudno. Pisarze stanęli jednak na wysokości zadania serwując wciągający i skupiony na sednie sprawy thriller psychologiczny, który świetnie oddaje to, co dzieje się w głowie i wnętrzu bohaterów. Rozszalałe emocje, mnożące się pytania, przemyślana intryga, wciągająca treść, ciekawi bohaterowie i zaskakujące zakończenie to wszystko znajdziecie w "NIEznajomych". Czytajcie, warto :)



Na koniec trochę prywaty. Dziękuję Wydawnictwu Mando za egzemplarz recenzencki i to bardzo szczególny, bo nigdy nie podejrzewałabym, że znajdę się na okładce. Świetny, kreatywny pomysł (nie dlatego, że na niej jestem ;-) to taki miły gest w stronę blogerów), który z tego, co widzę w sieci, spotkał się z naprawdę ciepłym przyjęciem :)

Fragment książki możecie przeczytać TU

Ursula Poznanski, Arno Strobel, NIEznajomi, przeł. Anna i Miłosz Urbanowie, wyd. Mando, Kraków 2018. 

poniedziałek, 15 października 2018

Piotr Durak "Raport zza mgły"




"Czasami rzeczy najprostsze do zrozumienia wydają się tak ogromnie trudne. Łatwo dzielimy zjawiska i ludzi na szuflady: dobro i zło. Jakby pomiędzy bielą i czernią nie kryło się nieskończenie wiele odcieni szarości. I jakbyśmy w ogóle mieli prawo być tu sędziami." - s. 19


Jesień kojarzy mi się niezmiennie z pełnymi słońca dniami, które pozwalają jeszcze grzać się wśród tysięcy kolorowych liści. Z długimi wieczorami, gdy przykryta kocem grzeję ręce o kubek gorącej herbaty i zanurzam się powoli w lekturze. To także dni, gdy deszcz niespiesznie bębni o parapet, przez okno sączy się nikłe i mgliste światło, a ja nie mam ochoty wychodzić z ciepłego łóżka. To czas długich lektur, tych trudnych, z którymi trzeba się zmagać, dumać, kłócić nawet. To czas smutku, melancholii, żalu za tym, co utracone. Książek o milionach odcieni szarości i przydymionym świetle. Ciężkich, refleksyjnych, wyrwanych z wszechobecnego nurtu zadowolenia i samouwielbienia. 

Treści nabrzmiałych ciężarem gatunkowym. Wyrosłych z refleksji nad światem i jego stanem. Krzyku o tym, że to wszystko miało nie tak wyglądać, że pod przyjemną i pustą maską  lukrowanej rzeczywistości, kryje się coś więcej. Tętni umęczone serce świata, drży wyczerpane, czekając na jakieś poruszenie w ludzkich duszach. 

problem nie polega na tym
że zbyt cicho krzycząc
jesteśmy niemi
krzyk aby był słyszalny
musi mieć swe centrum
("Punkty odniesienia" s. 24-25)

Sęk w tym, by krzyczeć mądrze. Wiedząc skąd nasz krzyk się wydobywa, co ze sobą niesie, przeciw czemu protestuje. Inaczej jest tylko kolejną pustą skargą rzuconą na wiatr. Wartą tyle, co tysiące innych, błahych i wyolbrzymianych, które codziennie wyrywają się z ust człowieka. On musi mieć sens, swoje głębokie uzasadnienie, cel, który trzeba osiągnąć. Bohater "Raportu zza mgły" wie jednak skąd bierze się jego ból, powiedziałabym śmielej Weltschmerz. 

Nietutejszy i niedzisiejszy. Tak określiłabym osobę mówiącą zarówno w wierszach jak i prozie, którą można śmiało określić jako poetycką, choć czasami z delikatnością i subtelnością poezji nie ma wiele wspólnego. Raz opowiada o wyobcowanym wilku, który chciał żyć inaczej. Odtrącony, niezrozumiany, pozostawiony samemu sobie, ale nie ot tak bez szkody. Stada nie opuszcza się bez uszczerbku czy ran. Trzeba odpokutować swoją decyzję boleśnie, gdy burzy się ustalony porządek rzeczy. On jednak ma śmiałość żyć inaczej. Ale czy przystoi wilkowi wyłamywać się ze swej natury? Przeciwstawiać się całej swej istocie i żyć snem? Tak mocnym, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Czy orzeł może zrozumieć cierpienie Prometeusza i chcieć zerwać z karą, którą wymierza na polecenie greckich bogów? Czy człowiek jest w stanie zrozumieć świat i inne istoty, tak różne od niego? W oszczędnych słowach autor pisze o wyobcowaniu ze świata. Inności, która rzuca się w oczy, prowadzi do odtrącenia, ale jest na tyle silna, że nic poza nią się nie liczy. To mocny wewnętrzny głos, który każe podążać za sobą, otwierać szerzej oczy i dostrzegać to, czego nie widzą inni. To też rzecz o odwadze bycia prawdziwym w świecie, w którym liczy się grupa i jej siła.  Odkrywa się to powoli lub nagle, wystarczy moment lub lata, by zauważyć swoje niedopasowanie, oryginalność, wewnętrzną niezgodę na pewne sprawy. Łamanie konwenansów nie zawsze dobrze się kończy, a jednak z kart wyłania się wniosek, że mimo wszystko warto być innym, nawet jeśli przyjdzie zapłacić za to wysoką cenę. Bo za inność się płaci. 

Rzeczy dostajemy po to by je używać
ludzi po to by kochać
z czasem jednak tracimy orientację
zaczynamy używać ludzi
kochać rzeczy
("Pomieszanie" s. 39)


Świat w utworach wydaje się ulegać degradacji. Ludzie zagubili drogę. Stworzyli sobie własnych bożków, odwrócili porządek rzeczy. Pomylili miłość z posiadaniem. Człowieka z rzeczą. Rodzi się zatem pytanie, czy ktoś jeszcze dostrzega ten stary zburzony ład, przeszłe wartości moralne, które z obecnymi nie mają niczego wspólnego. Buduje się rzeczywistość, w której terminy nabierają nowego znaczenia. Zmienia się styl życia, przemianie ulega sam człowiek, zagubiony między dobrami, stale w biegu, pomijający to, co najważniejsze. To już nawet nie krytyka współczesnego świata. To pesymistyczna refleksja nad codziennością, w której ludzie pozostają bezradni, niezrozumiani, potwornie samotni.

tak wiele myśli pogubiłem
mówisz mi że ty też
amnezja zmysłów
tyle słów do powiedzenia
między nami
nie padnie już
(...)
w kurzu pustego pokoju
unosi się tyle treści
po naszym wyjściu
że tylko wrócić
cofnąć czas
pokochać znów
tylko zamek zardzewiał
zginął klucz
(*** tak wiele myśli pogubiłem s. 51)



Człowiek zdaje się ciągle mijać z właściwym czasem. Popełniać błędy, które zamykają drzwi do przyszłości. Boi się mówić o najważniejszym, ale poświęca swój czas na rzeczy całkiem nieistotne. Ludzie stają się niezdolni do prawdziwych uczuć. Płascy, przyziemni, całkowicie pogubieni. Brak im umiejętności naprawiania błędów, doceniania tego co najważniejsze, rozmawiania ze sobą. Najprostsze czynności, które przez wieki nie sprawiały trudności, były niczym oddychanie, urastają do rangi czynów niemal karkołomnych. Czas mija, zamyka możliwości, a problemy pozostają. Zmieniają się w rany, niespełnione marzenia, zawiedzione nadzieje. Czasami sam czas wyszarpuje brutalnie to, co udaje się stworzyć najpiękniejszego. Zamyka drogę za szybko, tym którzy nie potrafią docenić szczęścia w porę. 

Tak wyszarpano mu połowę serca ale żył
uprawiał pole zarabiał nawet odkładał na przyszłość
Tę z kolei zabrała ciężarówka i Bóg który zaprasza
jak zawsze nie w porę
("Po wizycie w domu na rozstaju dróg" s. 53)

Bóg, który zawsze przychodzi nie w porę. Po ludzku to zrozumiałe. Nigdy nie ma dobrego czasu, by tracić, to co najcenniejsze. Pozwolić odejść komuś, w kim bije część naszego serca. Nie istnieje na to odpowiedni moment, każdy jest bolesny i niechciany, nieważne kiedy nadchodzi. I ta nachalnie nasuwająca się refleksja, co w zasadzie po nas zostanie? Przyszłość znajdzie popękane smartfony, przykryte kurzem laptopy a w nich pamięć naszego życia. Stare książki z nadrukowanymi nazwiskami, fotografie czy pozostałości budynków. Kim będziemy w oczach przyszłych pokoleń, pyta autor i nie snuje wcale optymistycznych wniosków.



Penetrując opuszczone miejsca natrafia na ślady ludzkiego życia. Marzenia i radości ulotne i kruche po latach. Zostaje tancerka, której nikt nie wspomni, chyba, że uwieczni ją poeta. Ten jednak nie ma wcale dłuższego życia niż odnalezione zdjęcie. Czas nieubłaganie płynie do przodu i nie zapewnia wcale pewności tego, że przyszłe pokolenia będą o nas pamiętać. Jak egzystować ze świadomością przemijania pyta "ja" liryczne. Gdzie jest choćby obietnica zapisania się na kartach pamięci dla zwykłego zjadacza chleba? Gdzie pewność, że nie zostanie się jedynie pyłem historii. Jest sztuka, ale i ona wydaje się nikła, bo wszystko zależy od tego, gdzie się rodzi. Czy marzenie o nieśmiertelności może być realne?

przecież tyle nas łączy
czynów przeczących śmierci
tak samo błahych i nietrwałych jak pamięć ludzka
o twoich ruchach i moich słowach
i gdybym tylko wiedział w którą przepaść się rzucić
by nie zginąć jak ty w chłodzie tej kwietniowej nocy
poszedłbym na tę krawędź
choć spojrzeć
("Tancerka 1926" s. 59)

Strach zdaje się narastać. Kruchość życia, ulotność pamięci, życie niby mgnienie, to wszystko sprawia, że człowiek niespokojnie zaczyna szukać drogi wyjścia. Czegoś, co pozwoli mu nie zniknąć z tego świata. Udowodnić, że przecież istniał, żył, kochał, tworzył. Oddychał jak wielu innych, ale nie był taki sam jak pozostali. To pragnienie manifestacji swojej obecności zdaje się tak ludzkie, a jednocześnie jest krzykiem człowieka przepełnionego lękiem. "Non omnis moriar", coś musi pozostać. Pytanie co, pozostaje otwarte.

przestraszyłem się
że nieśmiertelność
oddala się ode mnie
jak pociąg osobowy
niespiesznie
(...)
byłem sam
w dzikim lesie na pustkowiu w tłumie
w tej najgorszej samotni
miliona twarzy
błądziłem
a największym koszmarem
było stać się podobnym
do czasów
w które mnie wrzucono
bez pytania
ot tak
("Ostatni" s. 67-68)

Wrzucony w bieg historii człowiek. Samotny indywidualista, stąpający już za życia po gruzach przyszłości. Zawieszony między butwiejącą przeszłością pełną starych fotografii, duchów lokatorów opuszczonych budynków a futurystyczną wizją przyszłości, w której apokalipsa zatarła znaną codzienność. Rzeczywistość w której o człowieku świadczy pamięć komputera lub telefonu, bo ta ludzka zdaje się nie tylko zawodna, co nieużywana. Zapisujemy ludzi w urządzeniach, nie w sercach. Przestajemy pojmować znaczenie uczuć. Izolujemy tych, którzy nie podlegają naszym standardom, zdaje się mówić autor. W wielkim świecie, pełnym różnorodności i piękna, przestajemy widzieć, słuchać, czuć. Zapominamy o ludziach na rzecz przedmiotów. Odchodzimy od mickiewiczowskiej zasady "miej serce i patrzaj w serce". Ujednolicamy, boleśnie odtrącając tych, którzy nie pasują, szukają czegoś innego. Stajemy się podobni do używanych przez nas przedmiotów, wielofunkcyjnych, szybkich, wydajnych, ale płaskich i zimnych.

Nikt nie pyta, czy chcemy żyć w świecie maszyn, płytkich pojęć, uniformizacji. Jesteśmy wrzuceni we współczesność jak "śliwka w kompot". Zmuszeni do dostosowania się lub wyłamania. A to powoduje niezrozumienie, ból, wyobcowanie. Wszak wszystko, co obce i inne budzi nieufność. Prawdziwy człowiek staje się dziwakiem w dzisiejszym świecie. Ucieka do opuszczonych miejsc, pamiątek przeszłości tak samo innych i niedzisiejszych jak on. Szuka ratunku w świecie, w którym przyszło mu żyć. Niezgodę i samotność chowa za zdziwieniem i nadzieją na znalezienia człowieka w morzu ludzi.





Piotr Durak snuje pesymistyczną wizję współczesnego świata. Czym jest "Raport zza mgły"? Melancholijną elegią o tęsknocie do przeszłości, w której wszystko wydawało się prostsze. Czasach, gdy człowiek nie był człowiekowi wilkiem. Gdy podstawowych pojęć nie wykoślawiała kultura. Czasem, gdy inny nie znaczył gorszy, a bliźniemu można było zaufać. To rzecz o tęsknocie za światem, w którym prostota i piękno są prawdziwymi wartościami, a relacje nie opierają się na sile i podstępach. Urzeka jednak wolność bohatera, który mimo wszelkich trudności, niezrozumienia, lęków, nadal jest sobą. Przychodzi za to płacić wysoką cenę, ale poszukiwanie okruchów piękna i dobra, które przecież są na kartach książki, jakoś bolesne, jakoś magiczne, lekko przyprószone kurzem i niedocenione, ale ważne, wybrzmiewa niezwykle mocno. Właśnie podążanie szlakiem tego, co jest wartością w tym tomie było dla mnie swoistą ścieżką interpretacyjną. Powolnym zanurzaniem się w świecie, który próbuje budować, a często w którym chciałby się znaleźć bohater. 

"Raport zza mgły" to w pewien sposób trudna i brutalna książka. Odziera czytelnika ze złudzeń, że życie to nie instagramowe piękne zdjęcia, łatwe i przyjemne dni. To trochę zderzenie ze ścianą, które boli. Bo ludzi się nie używa a rzeczy nie kocha, choć w codzienności często wydaje się, że tak jest. Dla mnie to głos o przywrócenie podstawowym pojęciom ich pierwotnych znaczeń, nawoływanie do odkrywania ludzi w ludziach, zapisywania ich w sercach i pamięci a nie urządzeniach. To także swoisty dialog z czytelnikiem, który owocuje refleksjami. Proza Piotra Duraka, piękna i niepozbawiona delikatności i subtelności w pewnych chwilach, wgryza się w czytelnika. Dociera głęboko i niepokoi. A jednocześnie mogę powiedzieć, rozumiem. Nie z wszystkim się zgadzam, mam wręcz chęć polemizować na pewne tematy, na momentami głęboki pesymizm, ale podskórnie czuję tę treść. Nie ma tu zbędnych słów. Teksty są krótkie, zwarte, przemyślane, klimatyczne. Nieco inaczej jest z wierszami, przeważnie białymi. W nich wychwytuje główne przemyślenia czy perełki. Mocniej mówi do mnie proza, dlatego żal mi, że jest jej tak mało, choć cenię i poezję autora. Surowość, ulotność, przemijanie, nietrwałość, smutek, żal, odchodzenie to zdaje się najmocniej wybrzmiewać z "Raportu zza mgły". A jednak trzymając w rękach ten niepokaźny tom odnajduję w nim wielką dawkę refleksji i emocji. Takich na jesienne wieczory, trudnych i bolesnych, ale w swoisty sposób pięknych, momentami głębokich i wartych zatrzymania się nad nimi. Wyjścia zza mgły kultury, dzisiejszych przekonań, naleciałości, egoizmu. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Autorowi. 

Piotr Durak, Raport zza mgły, wyd. Ruthenic Art, Krosno 2018.

czwartek, 11 października 2018

Przemysław Wechterowicz, Marcin Minor "O czym myślisz?" oraz Przemysław Wechterowicz, Jakub Grochola "Złota rybka"




Kilka miesięcy temu pojawiła się na świecie wspaniała, piękna, malutka radość. Nawet w życiu ciotki taki szkrab wiele zmienia. Jako książkoholik nagle zaczęłam się mocno interesować literaturą dziecięcą, zastanawiać się, co mogę podsunąć siostrzenicy, by zarazić ją miłością do czytania, choć do tego jeszcze trochę czasu ;). Na co dzień mam do czynienia z dziećmi, obserwuję jak fascynują je proste książeczki, ile radości daje nawet samo przeglądanie pięknie wydanych publikacji. Postanowiłam więc spróbować swoich sił i opowiedzieć o dwóch najnowszych dziełach Przemysława Wechterowicza.

"O czym myślisz?" to króciutka książeczka dla najmłodszych czytelników. Wydana na grubych, twardych stronach, o której w mojej pracy mówi się "twardzioszka", opowiada o myślach bohaterów. Mały czytelnik na stronach poznaje konkretne postaci i dostaje małą podpowiedź, o czym może myśleć, np. foka. Stwarza to wspaniałą okazję do zabawy w zgadywanie, pracy wyobraźni, odkrywania skrytego w dymku sekretu, a nawet snucia bogatych opowieści, wszystko zależy od inwencji czytającego. Na następnej stronie następuje weryfikacja pomysłów z tym, co tak naprawdę pojawiło się w głowie bohatera.





Piękne ilustracje Marcina Minora cieszą oko. Są kolorowe, dopracowane, bardzo szczegółowe (widać nawet konkretne włoski sierści), ale w bardzo przyjazny dla dziecka sposób. Barwy są wyważone, absolutnie nie drażnią wzroku. Realizm przedstawienia połączony z baśniowością sprawiają, że śmiało można pokazywać dziecku jak wygląda miś, sroka, krokodyl, ale także ujrzeć zaraz te zwierzęta w nieco innej, ludzkiej odsłonie, np. w koszulce. 

Siłą książki są przede wszystkich pytania, skłaniające do ruszenia głową, opisywania przedstawionych bohaterów oraz wspomniane już ilustracje. Grube, twarde strony sprawiają, że oglądanie publikacji nie nastręcza trudności i można to robić wielokrotnie bez obawy o zniszczenie książki. Zaokrąglone rogi dają pewność, że dziecko nie urazi rączki podczas przeglądania, co mogłoby zniechęcić je do kolejnego spotkania z lekturą. Dużym zaskoczeniem i myślę, tym co sprawi maluchom największą radość jest zakończenie książki. Urocze i pomysłowe.



Pozycją dla nieco starszych jest druga z książeczek autora "Gwiazdki z nieba" czy "Proszę mnie przytulić", który dał się poznać wszystkim jako pisarz doskonale odnajdujący się w tworzeniu fabuł wyjaśniających dzieciom świat i zachęcających je do poznawania różnych historii. "Złota rybka" , gdyż o niej mowa, skojarzyła mi się przez układ tekstu i obrazków z komiksem. 



Historia jest prosta, choć posiada więcej tekstu niż wspomniane wyżej "O czym myślisz?". Książeczka opowiada o mieszkającej w wodopoju złotej rybce, która spełnia życzenia przychodzących do niej zwierząt. Trzeba przyznać, że potrzeby bohaterów są oryginalne, ciekawe i wywołują uśmiech na twarzy czytającego. Stwarzają również okazję do wspaniałej rozmowy i dociekania, dlaczego właśnie te rzeczy są potrzebne postaciom. Co skłoniło je do tego, by poprosić o takie przedmioty. Fabuła uczy wdzięczności za otrzymane dobra, a także pokazuje konkretne problemy niektórych bohaterów. W zabawny, mądry i prosty sposób wskazuje na ważne i ważniejsze życiowe sprawy. Warto wspomnieć, że humor często jest tu subtelny i oparty na wychwytywaniu szczegółów, co stanowi dodatkowy atut publikacji. 

Ilustracje Jakuba Grocholi ogląda się z uśmiechem na ustach. Proste, stonowane kolorystycznie, zabawne, świetnie komponują się z tekstem Przemysława Wechterowicza, tworząc sympatyczną i ciepłą całość. Warto zwrócić także uwagę na duży, czytelny tekst, rozłożony w taki sposób, by nie odstraszał, ale stanowił być może jedną z pierwszych czytanek dziecka. 




Jako starszy, dużo starszy czytelnik odnalazłam w tej książce kilka rzeczy, których pewnie nie zauważy dziecko, ale przecież literatura dziecięca rządzi się swoimi prawami. Nie musi być wierna rzeczywistości, nie akcentuje podstępów, jest nastawiona na to, by wprowadzić malucha w konkretny świat, zagadnienie i to udaje się autorowi świetnie. Złota rybka nie jest wszechmocna, nie może dać dosłownie wszystkiego, jest bliższa rzeczywistości przez to, że ma swoje ograniczenia i wie, co jest dobre. Niby to krótka książeczka dla dzieci a stwarza naprawdę szerokie pole do rozmów z pociechą, pokazywania jej przeróżnych zagadnień, zabawy i nauki w jednym. Uczę się coraz bardziej doceniać i odkrywać te proste, ale pełne treści przekazy. I polecam obie pozycje tym najmniejszym i nieco starszym.




Za egzemplarze recenzenckie książek serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mando.




Przemysław Wechterowicz, O czym myślisz?, ilustr. Marcin Minor, wyd. Mando, Kraków 2018.

Przemysław Wechterowicz, Złota rybka, ilustr. Jakub Grochola, wyd. Mando, Kraków 2018. 

niedziela, 7 października 2018

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Kraina snów"





"Była pozbawionym substancji powiewem, człowiekiem wiatru, bez własnej woli, miotanym, szarpanym, unoszonym ku górze i zrzucanym z wielkiej wysokości, nie po to, by raz doznać krzywdy, lecz by wciąż cierpieć." - s. 295-296


Gdy chodziłam jeszcze do szkoły marzyłam, by zostać pisarką. To pragnienie było o tyle specyficzne, że nie chodziło o to, bym była rozpoznawana, zarabiała na książkach grube miliony. Miałam jeden cel, dawać ludziom to, czego ja doświadczałam podczas lektury. Przelewać emocje, poruszać, skłaniać do refleksji, pisać o tym, co mogło stać się odpowiedzią na pojawiające się w ich sercach pytania. Taki był dla mnie zawsze cel literatury. I z biegiem lat nic nie uległo zmianie. 

Koszmar Syberii minął. Dziewczęta znalazły się w Iranie, gdzie są bezpieczne. Trzeba zacząć budować przyszłość. Z dala od głodu, niepewności jutra, strachu. Przeszłość jednak czai się tuż za rogiem, nie odchodzi. Daje o sobie znać w snach, wyrzutach sumienia, pretensjach. Stefania żyje jak w bajce. Jej historia potoczyła się w tak niespodziewany sposób, że aż nie można w to uwierzyć. Bogactwo, blichtr, miłość. Wydaje się, że los wynagrodził jej każde cierpienie po wielokroć. Sielanka to jednak tylko pozory. To co z oddali wygląda jak piękny sen, z bliska już takie nie jest. Pojawiają się pęknięcia, drobne ryski, niemal niezauważalne odpryski, które świadczą o prawdziwym obrazie niepojętego szczęścia. Elżbieta tkwi zawieszona między życiem a śmiercią, choć bliżej jej do otchłani ciemności, z której nie może się wyrwać. Koszmary i cierpienie zdają się być jej nieodłącznymi towarzyszami nawet w słonecznym, przepełnionym aromatycznymi przyprawami, pięknymi kwiatami państwie. Niepomna na wspaniałości jakie ją otaczają nadal mentalnie znajduje się w lodowatym piekle, z którego fizycznie się wyrwała. Życie jednak toczy się dalej, a wokół są dobrzy ludzie, którzy pragną jej szczęścia. Czas płynie a losy dwóch kobiet coraz bardziej się gmatwają. Dobre chwile zdają się ulotne. Życie rzuca im kolejne kłody pod nogi i każe dokonywać trudnych wyborów, które zaważą na ich przyszłości. 

Czy wyglądające identycznie kobiety mogą różnić się bardziej niż siostry Łukowskie? Wydaje mi się, że nie. Kolejna powieść Marii Paszyńskiej jeszcze bardziej podkreśla inność bliźniaczek. Czytelnik zaczyna lekturę od spotkania ze Stefanią, głęboko przekonaną, że wszechświat odkupuje swoje winy, pozwalając jej doświadczyć związku, którego jest godna. Butność młodej kobiety, jej krótkowzroczność, pycha, przekonanie o własnej wyższości i niedojrzałość emocjonalna działały mi na nerwy jeszcze bardziej niż w tomie pierwszym. Mam wrażenie, że autorka zrobiła w zasadzie wszystko, by czytelnik czuł niechęć do tej postaci. Na próżno szukam choćby jednej cechy, która pozwoliłaby mi spojrzeć na nią nieco przychylniejszym okiem. Relacja z siostrą, poglądy bohaterki i każde jej działanie oraz znana z pierwszego tomu bezwolność, tylko utwierdzają mnie w moich przekonaniach. Rośnie za to moja sympatia do Elżbiety, która zmaga się ze swoimi demonami. Trzeba przyznać, że choć tego nie dostrzega ma wiele szczęścia. Z trudem przychodzi jej docenianie sytuacji, w której się znalazła, gdyż niezmiennie żyje w syberyjskim piekle. Każdy kolejny dzień zamiast goić rany zdaje się przemijać bez echa. Elżbieta powoli wraca do życia, ale nie jest już tą samą osobą, co kiedyś. Z pozostałości, której nie wydarła jej nieludzka ziemia i oprawcy stara się budować swoją tożsamość.



Maria Paszyńska kreśli tym razem historię o odbudowywaniu świata i samego siebie. Opowiada o ludziach, którzy ulegają historii, oddają się w ręce innych, ale też sami muszą dokonywać wyborów. "Owoc granatu. Kraina snów" to powieść o miłości. Tej prostej, niedojrzałej, niemal dziecięcej jak z bajki, gdy książę przybywa na białym rumaku i zmienia świat Kopciuszka, ale również tej najtrudniejszej, w której trzeba zadawać sobie pytania, co tak naprawdę jest istotą uczucia do drugiego człowieka. Pisarka na przestrzeni ponad 300 stron stawia niezwykle ważne pytania o wybór człowieka, z którym idzie się przez życie, sedno miłości, którą łatwo pomylić z płomiennym zafascynowaniem, oddanie, szczęście, codzienne budowanie swojego świata. Pyta o to, czy człowiek, który utracił część siebie, który poświęcił się dla drugiego niszcząc tym samym swoją nieskazitelność, prostoduszność, dziecięcą czystość, jest w stanie podnieść się i stworzyć swój azyl, odnaleźć szczęście lub choćby namiastkę spokoju. Nie ma łatwych odpowiedzi ani szybkich powrotów, taki wniosek wybrzmiewa w powieści. Każdy jest kowalem własnego losu, musi ryzykować, wybierać, rezygnować, żyć. Mimo bólu, cierpienia, demonów przeszłości i owianej lękiem czy smutkiem przyszłości. 

Pisarka kreśli portrety ludzi targanych namiętnościami, wyrzuconych na brzeg morza historii, cudem uratowanych od śmierci, którzy stają przed dylematem, co teraz. Są jak liście, które podmuch wiatru rzuca to tu, to tam. Jak jednak pisał Roman Brandstaetter "Jedno wiem:/ Wielka jest mądrość / Liścia spadającego", gdyż on poddaje się sile wiatru, pozwala się nieść, ten wiatr wykorzystuje, by łagodnie opaść na ziemię. Również bohaterowie powieści uczą się dostosowywać do świata i odnajdywać w nim okruchy dobra. Zbierać je pieczołowicie, by stworzyć choćby namiastkę szczęściach, choć ma ono przeróżne oblicza. Maria Paszyńska podkreśla wagę milczącej obserwacji. Tej cichej, życiowej mądrości, która zdumiewa, gdy wychodzi na światło dzienne. Nie zawsze jest piękna, to wartość często okupiona bólem, ale niezmiernie ważna. Skrywana za sekretami nauka, jawi się jako życiowa rada, drogowskaz, który pozwala podjąć decyzję. "Kraina snów" obfituje w dobrych ludzi. Począwszy od tych prostych, którzy w trudnym dziejowym momencie przyjmują do siebie polskich tułaczy, po tych nadających słowom miłość, dobroć, bezinteresowność, mądrość, relacja, wolność ich najgłębsze, pierwotne znaczenie, o którym zdajemy się dzisiaj zapominać. 



Pochylam się nad tą lekturą i pochłaniam ją. Kończę o 3.30 rano. Nie zarywam nocy dla książek, nie czuję się dobrze, gdy nie mam wystarczającej ilości snu. Tym razem kończę poruszona. Po raz kolejny odnajduję przystań w powieści opowiedzianej przez Marię Paszyńską. Jestem zafascynowana pięknem opowieści, polszczyzną, której rzadko kiedy używają dziś pisarze, zamiłowaniem do historii. Kontrastowaniem bohaterek, które przecież z wyglądu niczym się nie różnią a mentalnie pozostają swoimi przeciwieństwami. Urzeka mnie wschodni klimat, kolory, zapachy, domowa atmosfera z innego świata, jego ciepło, dobroć i spokojna mądrość. Cieszą nawiązania do pierwszego tomu i słów szamanki. Pod względem językowym, stylistycznym, fabularnym wszystko jak zawsze jest dopięte na ostatni guzik. Tym razem jednak Maria Paszyńska porusza we mnie coś głębszego. Nie ma chyba niczego mocniejszego w doświadczeniu czytelniczym, niż uświadomienie sobie, że powieść zdaje się rozmową z dobrym przyjacielem. Tym dialogiem, w którym odnajduje się nurtujące własne serce pytania, swoje przemyślenia, tropy dotyczące tego, czego się poszukuje. Płaszczyzną, która dociera do istoty pojęć, problemów i podsuwa treści, z których budujemy własne wartości. Która sprawia, że czujesz, że ktoś rozumie, myśli podobnie, ale nie narzuca niczego. Bo w "Krainie snów" nie ma gotowych odpowiedzi. Jest wolność, która pozwala wybrać to, co najważniejsze, mimo wątpliwości i to jest ogromną siłą tej książki. Czymś, co sprawia, że nie można jej ominąć. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Publicat. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu. Kraina snów, wyd. Publicat, Poznań 2018. 




piątek, 28 września 2018

Spacerowe rozkminy #9




Tak się złożyło, że dziewiąte rozkminy załapują się jeszcze na wrzesień. Nie planowałam tego. Myślałam wręcz, że napiszę je wcześniej, po powrocie z urlopu, gdy w mojej głowie kotłowało się tak wiele myśli. Ale musiałam się chyba przegryźć z pewnymi tematami. Coś zmienić, coś przemyśleć, inne rzeczy ułożyły się we mnie powoli. Czas biegł jednak nieubłaganie. Tematów przybywało, dużo się działo i nagle nadeszła jesień. Cicha i spokojna, której zaznałam podczas urlopu. Nie mówię tu oczywiście o temperaturze, bo ta była wysoka, ale o tej niespiesznej atmosferze, która mi towarzyszyła. 

Nie pochodziłam zbyt wiele po szlakach z kilku powodów, których nie będę tu przytaczać, ale cieszyłam się każdym kilometrem, który zrobiłam, choć dla większości nie jest to nic nadzwyczajnego. Ja jednak czerpałam radość z wszystkich szlaków, wypraw i będę to robić dalej. Nie jestem wyczynowcem, mam inny charakter pracy niż rok temu i już dobrze wiem, że muszę poczynić pewne zmiany w trybie życia, dlatego mierzę siły na zamiary. Jestem szczęśliwa z tego, co mogę osiągnąć i zrobić. Nieważne, że inni twierdzą, że to przecież standard, nic wielkiego. Dla mnie każda chwila w górach jest piękna, czy idę Doliną Kościeliską ,czy podążam Czerwonymi Wierchami. Spokorniałam jakoś. Przyjęłam własne słabości i cieszyłam się tym, co daje mi każdy dzień, nawet gdy nie wyglądał tak, jakbym tego chciała. To ważna lekcja i ogromnie cenna.



Co mnie jednak zdziwiło, to zapatrzenie się w komórki. Nie w sensie robienia zdjęć i wrzucania do sieci. Ale docierania do schroniska i natychmiastowego wsadzania nosa w telefon. Dzieci, które obserwowałam, nawet nie patrzyły gdzie są. Siadały i od razu wsiąkały w sieć. Nie pomagały zachęty rodziców czy dziadków, zobacz jak tu pięknie. Głowa nadal pozostała opuszczona. To ogromnie przykre, bo w górach doświadcza się piękna w najczystszej postaci, zachwytu, spokoju, swoistego oczyszczenia. Nie osiągnie się tego z twarzą przy smartfonie. Tak można się tylko zagubić, stracić w życiu ogromnie wiele, bo rzeczywistość to nie media społecznościowe, ale otaczający nas świat i ludzie dookoła.

Pobyt w domu uświadomił mi, że jestem rozerwana między dwoma miejscami. Tym znanym, które staje się coraz bardziej obce i obcym, które jest moją codziennością. Doświadczam dziwnego wyrwania ze świata, jakbym nie była w pełni w żadnym miejscu. I zastanawiam się, gdzie jest mój świat, ten prawdziwy, który można śmiało nazwać domem. Bo wszystko ulega zmianie, miejsca, relacje, odczucia. Zaskakujące, że po całym życiu przeżytym w jednym miejscu można przestać postrzegać je jako coś swojego. Zmieniam się i ja. 



Przyszła jesień. Z przytupem, choć malowała liście niespiesznie, od niechcenia. Delikatnie kładąc barwy na drzewach. Nagle jednak zawitała chłodem, krótszym dniem. Wieczorami pod kocem z herbatą w kubku i dobrą lekturą. Taką smutnawą, melancholijną, długą i powoli toczącą się swoim rytmem. Jesień poza czasem bajecznych spacerów i żywych barw, jest dla mnie momentem zadumy. Zastanowienia się nad tym, co było i tym co będzie. Chwilą, gdy robię coś dla siebie. Gdy lubię zaszyć się w pokoju i nie wychodzić z świata książek, choć ostatnio przyznam, że nie mogłam przemóc się do czytania. Nie sprawiało mi ono przyjemności. Lektury nie wciągały, czytałam jedną, zaczynałam drugą i kontynuowałam ogromnie powoli z czystego obowiązku, skoro rozpoczęłam. Nie lubię zostawiać niedokończonych historii, nawet gdy czytanie nie idzie. To nie była wina książek, po prostu czegoś brakowało. I nadal zastanawiam się czego, powolnie przewracając strona za stroną. Czekam w tym specyficznym pokoju, którego zaznałam w górach.

Jesień, czas na milczące spacery, fantazyjne zdjęcia, melancholijną muzykę, przemyślenia i plany. Czas na odpowiednie książki, które pochłoną mnie bez reszty. A jak u Was? Jak postrzegacie jesień?


poniedziałek, 24 września 2018

Gabriel Tallent "Moja najdroższa"




"A jeśli czuję się skrzywdzona, to dlatego, że Martin mnie skrzywdził, ale prawie udaje mi się uwierzyć, że winna jest temu tamta tragedia, a nie jego okrucieństwo. Zaraz potem myśli: wykoślawiasz to, kim jesteś, i gdy raz zaczniesz kłamać, będziesz kłamać dalej i oglądać rzeczywistość tak, żeby ci było wygodnie, a jak raz się zacznie, trudno przestać. Dziadek zawsze to powtarza. Może jak się poprzekręca rzeczy, nie da się ich już odkręcić. Może to tak jak ze słuchem: już nie wraca, tylko z dnia na dzień go ubywa." - s. 127

Drewniany dom w lesie. W zaniedbanej kuchni, pełno brudnych naczyń, ślady po gryzoniach, ewidentnie widać, że nie dba się tu o czystość. W łazience na parapecie rosną grzyby a przy wannie mieszka czarna wdowa. Po ścianach pną się zdziczałe róże, wokół rozsiane wzrastają obok siebie chwasty, rośliny jadalne, drzewa. W tym dziwnym miejscu wychowuje się Julia, zwana Turtle. Dziewczyna jest niezwykle wysportowana, trochę zdziczała, doskonale posługuje się bronią, wie jak przetrwać w dziczy. W każdym calu jest inna od swoich rówieśniczek, o których nie myśli niczego dobrego i których kompletnie nie rozumie. Nie dla niej są różowe sukienki, kosmetyki, pogaduchy z koleżankami i dziewczęce śmiechy. Turtle nie radzi sobie z nauką, świat słów jest dla niej abstrakcyjny, podobnie jak sama szkoła. Oliwy do ognia dolewa jej ojciec. Sam bez krzty szacunku do instytucji, uczy ją po prostu, by tam przetrwała i nie wychylała się za bardzo. Martin i ona bowiem mają sekret, którego nikt nie powinien poznać. Lepiej więc siedzieć cicho, nie wychodzić przed szereg, nie zwracać na siebie uwagi. Ale cisza nie trwa zbyt długo. Po kilkunastu latach dzieje się coś, co zmienia życie w tym oddalonym od ludzi miejscu.

Ona skrajnie niepodobna do dziewczynek w swoim wieku. Tajemnicza, zagadkowa, butna. Nie wzbudza sympatii, nie jest podobna do nikogo, kogo znacie. Nawet myśli całkiem inaczej. Składa się z dziwnego splotu miłości i nienawiści, zahartowania i swoistej słabości, niepokorności i agresji. Jest zdecydowanie inna, tą innością o jaką nie podejrzewalibyście kilkunastolatki. Potrafi rzeczy, jakich nie powstydziłby się niejeden wojskowy. Umie sobie radzić w naprawdę ciężkich sytuacjach. Spokojnie wędruje po lesie i daje sobie radę bez jedzenia i GPS-u. Jest niezwykle wytrzymała, zachowuje zimną krew, a jednak pod tą skorupą pozostaje po prostu człowiekiem, ze swoimi słabymi stronami. Czasami ciężko było mi nadążyć za jej myślami, szokującymi, ciężkimi, momentami brutalnymi. Nie do końca wiem, co z tego co mówiła i myślała było prawdą, a co sposobem na przetrwanie. Łączy w sobie kompletny brak zrozumienia z czymś, co kojarzyło mi się z filozofią. Ot, taka osobliwa mieszanka przemyśleń. Jedno jest natomiast pewne, jest wewnętrznie okaleczona.

On połączenie brutala-filozofa. Człowiek, którego nie chciałabym nigdzie spotkać, nawet w najjaśniejszy dzień. Uciekałabym raczej, by nie spędzić ani chwili w jego pobliżu. Kocha ją, tak cały czas powtarza swojej kruszynce, choć ogromnie ciężko w to uwierzyć. Nie do końca rozumiem, co stało się z jego żoną, co stało się z nim samym, że jest takim, jakim poznaje go czytelnik. Wysoki, zahartowany, z przekonaniem, że świat chyli się ku upadkowi i przetrwają tylko najsilniejsi. Martin nie przechodzi przemiany w książce, co więcej, nie dziwi do końca jego zachowanie, ale pozostaje dzwoniące w uszach czytelnika pytanie, jak do tego doszło?

"A co, gdybyś nigdy więcej nikomu nie pozwoliła się pokonać? I myśli: potrzebujesz bardzo dużo odwagi, żeby przerosnąć to wyobrażenie Martina o tobie. Może nie muszę być taka, jaka według niego jestem, może on będzie mnie nienawidził i kochał, nieważne, co zrobię. Różnica polega na tym, że tym razem, jak nigdy wcześniej, uczyłam się i jestem gotowa, a samo bohaterstwo bez rzetelnej pracy nigdy nikogo daleko nie zaprowadziło." - s. 138-139

To jedna z najbardziej specyficznych powieści, jakie czytałam. Pochłania się ją z jakąś niezdrową ciekawością, co będzie się działo dalej, z niedowierzaniem, chwilami z oburzeniem i obrzydzeniem. Mieszanka wybuchowa narasta, wciąga człowieka niczym bagno do tego ciemnego świata, w którym szaleństwo miesza się z uczuciem, psychoza z nauką. Od atmosfery panującej w domu Turtle robi się duszno, słabo wręcz, niepokój nasila się, wiemy, że najgorsze dopiero przed nami, choć nie sposób przeczuć tego, co zdarzy się faktycznie. W czasie lektury zastanawiałam się, co ja właściwie czytam? Dlaczego to robię, skoro książka wywołuje we mnie tak wiele negatywnych emocji, bo faktycznie odnosi się wrażenie, że to jedna z książek zakazanych. A jednak przewracałam szybko kolejne kartki, chłonęłam rozdziały. Czekałam na coś więcej, nie w sensie następnej rzeczy, o której nie chciałam wiedzieć, ale czułam, że w tej dziewczynie, tak niejednoznacznej, pogubionej, łączącej w sobie ogromnie sprzeczne emocje i dywagacje, musi tlić się jakaś iskra. Chciałam czegoś więcej niż przykrej i wypełnionej ciemnością historii i faktycznie to dostałam. 

"Moja najdroższa" nie powaliła mnie, choć muszę przyznać, że autor naprawdę dobrze radzi sobie z językiem i budowaniem historii. Rzekłabym więcej, często zdania zatrzymują na dłużej, skłaniają do refleksji, nawet dziwią w kontekście tej historii. Nakreślone postaci są żywe, budzą szereg emocji, zapadają w pamięć. Chciałabym powiedzieć, że zabrakło mi głębszego wniknięcia w psychikę bohaterów, ale czy to możliwe? Czy dałoby się wejść głębiej w szaleństwo Martina i zagubienie Turtle? Gabriel Tallent świetnie zbudował napięcie, wprowadził epizody, które miały nieco uspokoić czytelnika, by potem mocno nim wstrząsnąć z kilku powodów. Zdecydowanie nie poleciłabym tej książki większości czytelników. Nie dlatego, że jest zła. To dobrze przemyślana i napisana powieść. Jednak sam temat, to co dzieje się między bohaterami jest toksyczne, złe, niemoralne. Dużo tu agresji, nienawiści, sytuacji, które nie powinny mieć miejsca. Szaleństwo, wypaczenia, okrucieństwo, bezduszność, tyrania wręcz przewija się przez karty. To nie zimny wychów, robienia z dziewczynki chłopaka, musztrowanie, to niezdrowa i odpychająca skrajność. Nie da się tej powieści czytać z przyjemnością. Ale nie da się jej również odłożyć, choć raz byłam tego bardzo bliska, bo wchodzenie w działania Marina i Turtle są o tyle mroczne, co wciągające. Obserwowanie tego wymyślonego przecież świata stawia największe pytanie o nas samych, dlaczego wkraczam w tę historię głębiej, co we mnie wywołuje, czy tak powinno być. Jest coś głęboko niepokojącego w tym, żeby przyznać się przed sobą, że opowieść o tych wszystkich zdarzeniach jest nieszablonowa, dobra w sensie wykonania, wciągająca. Zaznaczyć muszę, że osoby o słabych nerwach, mocnej wrażliwości, wyczulone na wszelkie odchylenia od normy i młodzi czytelnicy zdecydowanie nie powinni po nią sięgać. Ja przyznam, że nie żałuję, ale nie jest to książka do której kiedykolwiek wrócę. Aczkolwiek ciekawi mnie, co autor jeszcze napisze. 

Gabriel Tallent, Moja Najdroższa, przeł. Dariusz Żukowski, wyd. Agora, Warszawa 2018.