sobota, 17 sierpnia 2019

O mikrowyprawach słów kilka "Znak" nr 770-771




"Bezinteresowna działalność, jaką bez wątpienia jest wędrowanie, włóczenie się czy - po prostu - chodzenie, zostaje od razu umiejscowiona po stronie elitarnych fanaberii dostępnych tym, którym się powodzi i którzy mają dużo wolnego czasu. Albo tym, co odmawiają radzenia sobie w trybach gospodarki rynkowej." - s. 9

W czasach, gdy każda minuta zdaje się na wagę złota. Gdy nasze życie jest już zaplanowane od najmłodszych lat a harmonogram napina się do granic możliwości, wolność zdaje się luksusem jedynie dla wybranych. Nie błądzimy bez celu. Nie słyszy się często o ludziach pokroju Edwarda Stachury, którzy wybrali tułaczy tryb życia. Nie wędrujemy dla samych siebie w romantycznym stylu, często bez określonego celu. Zawsze musimy mieć obrany kierunek i czas przeznaczony na wędrówkę. Chodzimy z mapami, aplikacjami, skrupulatnie liczymy kroki i kalorie. Stajemy się nieraz niewolnikami poszczególnych trendów, mód, tendencji.

Staramy się trwać w ruchu niczym bohaterowie książki Olgi Tokarczuk "Bieguni". Tkwi w nas jakiś podskórny lęk, że zatrzymanie się na chwilę wyrzuci nas z obiegu życia. Próbujemy dogonić innych, świat, otoczenie, ludzi na których opinii nam zależy. Latamy na drugi koniec świata, planujemy pieczołowicie wycieczki, starannie układając grafik zwiedzania. Biegamy na określone dystanse, chodzimy na spacery krajoznawcze czy historyczne. I choć ruch jest zbawienny dla zdrowia a sama idea spacerów i wędrowania ulega przeobrażeniom od wieków, to brak nam coraz bardziej luzu. Cierpimy na niedobór spontaniczności. Coraz rzadziej ruszamy po prostu przed siebie, ot tak bez określonego celu. Wymyka się to bowiem naszej wizji świata, filozofii życia, trybowi, w którego ramy sami siebie wkładamy.



Wraz z rozwojem cywilizacji słodkie włóczęgi, które wielu z nas pamięta z dzieciństwa, wypady do lasu, by po prostu pobyć na łonie natury, przestają pasować do poukładanego stylu życia i harmonogramu dnia codziennego. Jak to bez planu, miejsca destynacji? I warto byłoby powiedzieć sobie - tak. Po prostu wstać pewnej soboty i wyruszyć na wędrówkę. Zapakować do plecaka kanapki, wodę, zabrać ze sobą dobry humor. Zostawić wszystkie gadżety. Znów jak za czasów dzieciństwa wyruszyć na przygodę całkowicie naturalnie. 

Wakacyjny numer miesięcznika "Znak" oferuje bardzo ciekawe artykuły o tym jak zmieniały się poglądy na wędrówkę. Krótki przegląd idei wycieczek od starożytności aż po czasy współczesne, pozwala zapoznać się z tym, jak ewoluowała filozofia i podejście do wielu spraw. Bohaterowie tekstów wspominają, jak ważny był i nadal jest dla nich kontakt z naturą. Możliwość opuszczenia murów miasta i pooddychania świeżym powietrzem, wolnością. Obcowanie z przyrodą uczy pokory, ale daje również szansę na odpoczynek, którego nie zaznamy w mieście. Ruch, dotlenienie się, napawanie pięknem, odcięcie się od wszechobecnej techniki. To wszystko zyskuje całkiem nowy smak.



Kolejnym zagadnieniem jest rosnąca w siłę idea mikropodróży czyli wypraw, które można zorganizować w wolnym dniu, w weekend czy choćby w piątkowe popołudnie po pracy. Wycieczka do lasu, spacer po najbliższej okolicy, poznawanie otoczenia za miastem, korzystanie z parków oraz rezerwatów. Wykorzystywanie tego, co ma się pod nosem. Zwolennicy mikrowypraw często podkreślają, że mieszkamy w jednym miejscu przez wiele lat, tak naprawdę go nie znając. Zachęcają do rozglądnięcia się wokoło. Zauważenia architektury, osobliwości sąsiedztwa, roślinności. To początek do tego, by wyruszyć dalej. Nie oznacza to jednak wielodniowych wypraw. Wystarczy kilka godzin, by znaleźć się w zupełnie innym świecie, który urzeka, zachwyca, zniewala. Nieważne, gdzie się jest, w wielkiej metropolii, miasteczku czy małej wiosce, piękno i miejsca godne uwagi kryją się wszędzie. Warto je odkrywać.





"Znak" porusza również temat turystyki zaangażowanej, która rozwija się w Tybecie. Mechanizmy marketingowe połączone z poruszaniem emocji oraz dawką wykładów z zakresu historii i polityki, sprawiają, że ludzie nie wracają z Tybetu obojętni. Kupują gadżety, promujące walkę o niepodległość odwiedzanego miejsca, angażują się w działalność na rzecz obrony praw Tybetańczyków, zakładają koła na uczelniach, starają się dotrzeć z przekazem, który poznali jak najdalej. Czy można mówić o połączeniu metod perswazyjno-manipulacyjnych z świetnie zaplanowaną akcją marketingową? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ważne, że wszystkie przedsięwzięcia są niezwykle skuteczne. 

Poza mniejszymi i większymi zagadnieniami turystycznymi miesięcznik porusza niezmiennie tematy kulturalne. Mnie najbardziej ujęła rozmowa z filozofem Leszkiem Kołakowskim, która pokazała go jako człowieka niezwykle ciekawego i ambitnego. Młodzieńcze zainteresowania, doskonałą znajomość łaciny, kształtowanie się młodego umysłu podczas historycznej zawieruchy, to wszystko znajdziecie na stronach nowego "Znaku".



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Redakcji Miesięcznika "Znak".


sobota, 10 sierpnia 2019

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Powroty"



"Widzieli zapadający nad światem zmierzch, wyczuwali czające się już zupełnie blisko zło, a mimo to na przekór wszystkim i wszystkiemu chcieli wierzyć, że miłość ich ocali, że uda im się zachować samych siebie oraz to uczucie, które ich połączyło. Jak bardzo byli naiwni! Jak łatwowierni, sądząc, że przejdą przez otchłanie piekielne nieskalani, że nic nie zdoła złamać im ducha." - s. 174

Są książki, które wyjaśniają świat i człowieka. Pozwalają lepiej zrozumieć siebie. Wchodzą w głąb serca. Dają odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie wypowiedziało się głośno z różnych powodów. Pokazują, że inni snują podobne, jeśli nie takie same refleksje jak my. Całkowicie zagarniają człowieka, przenoszą go do innego świata i nie wypuszczają, aż wybrzmi ostatnie zdanie. Nie czuje się przy nich, że to literatura. Są dialogiem w najczystszej postaci, nie wiem tylko czy z mentorem, siłą wyższą czy w końcu ze sobą, poszukującym prawdy o świecie.  

Lot samolotem. Zmęczenie, opadające emocje. Trzymane na wodzach nerwy w końcu puszczają. Pozostaje ulga i potworne zmęczenie. A potem lądowanie. Tłumaczenie, co się dzieje, wszak Anna nie rozumie zaistniałej sytuacji. Potem już tylko telefon, który kosztuje wszystkie siły. Spotkanie z siostrą i budowanie życia od nowa. Nie ma już pięknych mozaik, owoców granatu, pysznych ciasteczek, pieszczącego skórę słońca. Chłód Paryża jest przejmujący, a zasnute chmurami niebo tylko wzmaga tęsknotę za ciepłym i pełnym kolorów Iranem. Świat nie jest już jednak taki jak był. Radość i spokój odchodzą. Rzeczywistość znów rzuca siostry w życie pełne wyzwań. 

Nie jest łatwo po raz kolejny zmierzyć się z przeciwnościami losu. Tłumaczyć córce, dlaczego nie może wrócić do domu, cierpliwie odpowiadać na pytania o ojca. Elżbieta stara się jak może, choć sama jest zagubiona. W tym trudnym czasie pomaga jej siostra. Stefania zdaje się znajdywać wspólny język z Anną, która nie może przywyknąć do Europy. Oczekiwanie na wieści o Mehrdadzie Elżbieta próbuje zagłuszyć pracą. Piękna stolica Paryża i otwierające się przed kobietą możliwości nie dają jej jednak poczucia bycia w domu. Co rusz powraca tęsknota za słonecznym Iranem, który po piekle, z którego przybyła zaoferował jej wszystko. Coraz częściej pojawiają się myśli o Polsce, z której brutalnie wyrwano siostry. Czy jednak sielskie, dziecięce wspomnienia, mają cokolwiek wspólnego z krajem, w którym panuje ustrój wprowadzony przez następców ludzi, którzy zniszczyli im życie? Czy choćby cień tego, co zostało z dawnych lat jest możliwy do odnalezienia? 



Biorąc do ręki ostatni tom serii "Owoc granatu" miałam nadzieję na dobrą lekturę i satysfakcjonujące zakończenie historii sióstr Łukowskich. Chciałam znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, przekonać się, czy miałam rację w swoich podejrzeniach. Wiedziałam, że Maria Paszyńska mnie nie zawiedzie. Nie miałam jednak pojęcia, że to co dostanę, przerośnie moje najśmielsze oczekiwania. Przede wszystkim jest to opowieść o traumie, która towarzyszy sybirakom całe życie. Dotyczy jednak nie tylko ich. Dotyka całe środowisko, najbliższych. Jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, jakby do organizmu dostało się coś, co zmodyfikowało zapis genetyczny człowieka już na zawsze. Słyszałam już o tym, że spuścizna obozów koncentracyjnych przechodzi na kolejne pokolenia. Że ten swoisty niepokój o swoje bezpieczeństwo, ciągłe napięcie, podskórna obawa i charakterystyczny smutek towarzyszą nie tylko dzieciom, ale i wnukom ocalonych. Pomimo wiedzy psychologicznej, pomocy terapeutów, zrozumienia, że po piekle, które przeszli po prostu nie da się wrócić do tego, co było przedtem, nadal zdumiewa zasięg następstw zła drugiej wojny światowej. Tadeusz Różewicz w wierszu "Ocalony" pisał: 

"Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności".
 Tego zdają się szukać również bohaterki powieści Marii Paszyńskiej. Walczą o codzienność, zmagając się z demonami przeszłości, które nie odeszły. Co więcej, które wracają w najmniej spodziewanych momentach i są boleśnie realne mimo upływu lat. Trauma nie zamiera, jest świeża, bliska jak w czasie pobytu na Syberii. Dokładają się do niej rodzące się w głowie pytania, codzienne problemy, próba życia w społeczeństwie, wśród ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli tego, co kresowe dziewczęta. Nie są one jednak jedynymi, które dotyka przeszłość. Jędrzej również zmaga się z ciemnością i wyborami, których dokonał i dokonuje każdego dnia. Przeszłość ma także wpływ na życie męża i córki Elżbiety, w większym stopniu niż bohaterka mogłaby przypuszczać. 

Łatwo oceniać z perspektywy czytelnika, na czym łapałam się podczas lektury. Zastanawiać się, dlaczego nie wybrzmiewają pewne słowa, czemu nie wraca się do konkretnych kwestii, nie szuka ulgi i pocieszenia w wyrzuceniu z siebie tego, co niszczy duszę. Łatwo mówić, gdy nie zna się smaku paraliżującego strachu, wstydu, ciemności, walki o przetrwanie za wszelką cenę, próby znalezienia jakiejkolwiek ulgi bez wystawiania na światło dzienne tego, co na zawsze powinno zostać ukryte. I nie jest to związane z brakiem zaufania do drugiego człowieka. Czasem słowa wydają się zbyt bolesne, niemożliwe do przejścia przez gardło. To zdaje się mówić autorka. Nie oceniaj pochopnie postaci, które stworzyłam. Postaraj się spojrzeć na wszystko szerzej, spróbuj znaleźć jak najlepszą perspektywę, która nie pozwoli ci rzucać pochopnych wyroków. Da za to szansę na zrozumienie, a jeśli nie, to uszanowanie tego, co jest w człowieku, jego wyborów, niedoskonałości, bólu. I bywało mi głupio, gdy okazywało się, że uparcie czułam niechęć do pewnych zachowań. Brakowało mi empatii, wyrozumiałości. 

To właśnie obnaża w czytelnikach pisarka. Pokazuje, szczególnie na przykładzie Stefanii, jak łatwo szafować wyrokami, dać się ponieść niechęci. Psychologia postaci i lekcja człowieczeństwa jest najmocniejszą stroną książki. Autorka odwraca nieco role. Pokazuje, że człowiek nie jest tylko jednowymiarowy, że zawsze nosi w sobie cierpienie, pustkę, niepewność, które niezaleczone zmieniają całe życie. A jednak da się mimo wszelkich braków stanąć na wyżynach swojego człowieczeństwa. Znaleźć siłę, której wydawało się nie mieć. Można poświęcić się dla dobra drugiego człowieka, odkupić swoje winy. Wypowiedzieć słowa prawdy, które powinny wybrzmieć dawno temu. Da się znaleźć w sobie światło, bo każdy poza wadami, ma także zalety.



"Owoc granatu. Powroty" to w równej mierze powieść o straconych szansach. Życiu obok siebie, skrywaniu się za własnymi bólami, problemami. Szukaniu ulgi w obowiązkach. Powierzchownej egzystencji, dającej złudne poczucie bezpieczeństwa. To historia o zdawkowych rozmowach, milczącej wspólnocie. Nieodżałowanych wyznaniach, których nigdy nie poczyniono. Trudno powstrzymać łzy podczas lektury, bo Maria Paszyńska przeprowadza operację na otwartym sercu czytelnika. Wyciąga na światło dzienne wszelkie lęki, które zdają się towarzyszyć człowiekowi, bez względu na to, czy przeżył traumę czy nie. Obnaża słabości, przywary, egoizm. Pokazuje naturę ludzką w najczystszej postaci, bez upiększania, gładkich słówek. Dogłębnie, boleśnie. Drąży mocno, ale nie poprzestaje na tym. Człowiek to bowiem nie tylko istota niedoskonała. To również, ktoś kto potrafi wyjść poza swoje ograniczenia. Dawać dobro, miłość, ciepło, zapomnieć o sobie, by pomóc drugiemu. Trzeba tylko dobrej woli, by dostrzec to, że w każdym tli się i światło i zalega cień. I to właśnie pokazuje autorka w pięknie literacki sposób. 

Zatrzymywałam się kilka razy w czasie lektury. Odkładałam książkę ze zdławionym gardłem, które mam i teraz, pisząc te słowa. Musiałam zastanowić się, przemyśleć pewne kwestie, bo przecież to, że mamy do czynienia z fikcyjną historią, nie oznacza, że nie opisuje ona prawdziwych kwestii. Bo nagle coś mocno i boleśnie dotyka cię swoim wydźwiękiem. Nagle zaczynasz inaczej patrzeć na pewne sytuacje z przeszłości. I rodzą się pytania, a jednocześnie otwiera się gdzieś w środku rana i stajesz przed pytaniem, co z tym zrobię. Czy postaram się uporać z tajoną i schowaną głęboko zadrą, niezrozumieniem, cierpieniem? Czy po prostu zapomnę o tym za kilka dni? Przerażająca jest siła literatury, prawda? Zastanawiam się, czy wolno mi wysunąć daleko idący wniosek, że wszyscy jesteśmy naznaczeni wydarzeniami II wojny światowej. Bardziej czy mniej musimy zmagać się z konsekwencjami tego, co uczyniono bliskim czy nieznanym nam ludziom. Wydaje mi się jednak, że tkwi w nas jakaś obawa, niepokój, smutek. I musimy się z nim uporać. Być może odzywa się jedynie w trudnych chwilach, może towarzyszy nam na co dzień. Każdy jest inny, przeżywa to i doświadcza na swój sposób. Trzeba nam jednak siły, empatii, wyrozumiałości i umiejętności cieszenia się małymi rzeczami. Ot, taka dygresja ode mnie.




Wracając jednak do powieści. Jeśli "Kraina snów" była dla mnie książką, która zdawała mi się dialogiem z nurtującymi mnie zagadnieniami, to z perspektywy czasu okazała się jedynie preludium do tego, co mnie czekało. "Powroty" kolokwialnie rzecz ujmując, rozłożyły mnie na łopatki. Gigantyczna wręcz dawka emocji, głębokie i piękne przemyślenia, cudowna polszczyzna, świetnie nakreślona akcja, żywe, rozbudowane psychologicznie postacie i ogromna odwaga autorki w poruszaniu tematów najtrudniejszych. Dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że jest to nie tylko godne i doskonałe zakończenie serii, ale najlepsza książka, którą do tej pory napisała Maria Paszyńska. Pewne rzeczy pozostały tu osnute mgłą tajemnicy, bo pisarka nie kładzie wszelkich rozwiązań łopatologicznie. Ufa wrażliwości, intuicji i inteligencji czytelnia. Daje mu swobodę interpretacyjną, choć czasem chciałoby się zapytać, ale jak to było. Mówi tyle, ile trzeba. Dobra literatura bowiem to nie tylko spektakularne plot twisty, suspensy, ale i te wolniejsze historie skupione na najważniejszych zagadnieniach. "Powroty" to literatura wyższa, która sprawia, że rozumiemy siebie i drugiego człowieka. Po której zostaje pytanie, co teraz zrobię.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Książnica. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu. Powroty, wyd. Książnica, Poznań 2019.


poniedziałek, 15 lipca 2019

Spacerowe rozkminy #15




Długo nie pisałam, choć paradoksalnie miałam urlop. Nie jestem jednak przystosowana do upałów, które naprawdę źle znoszę. Dlatego mimo wolnego czasu, czytałam mniej i praktycznie nie pisałam, ale teraz nadrabiam.

Mniej mnie w mediach społecznościowych. Na facebooku cisza, na Instagramie także. Pracy po urlopie było dużo, był Big Book festival, o którym Wam niedługo opowiem. Były pokaźne zadania, na które przeznaczyłam sporo mojego czasu, nawet wolnego, było przeziębienie, które mnie na tyle rozłożyło, że po prostu musiałam się porządnie wygrzać i wyspać. Ale miałam też czas pomyśleć o tym, co usłyszałam i co z tym dalej zrobić. 

Zacznę więc od tego, co sprawiło, że jest mnie mniej, co nie znaczy, że nic się nie dzieje. Owszem, dzieje się naprawdę dużo. Jamie Bartlett autor książki "Ludzie przeciw technologii. Jak Internet zabija demokrację (i jak możemy ją ocalić)" był gościem tegorocznej edycji Big Booka. Wstąpiłam na spotkanie dosłownie na chwilę, bo niestety brak powietrza i temperatura w sali nie pozwoliły mi zostać, ale to wystarczyło. Po pierwsze informacja o ludziach, którzy za zadanie mają jedynie dostosowywanie mediów społecznościowych do tego, by jak najbardziej przyciągały naszą uwagę, powodowały, że spędzamy w nich większość wolnego czasu, a przede wszystkim uzależniały, trochę mnie zelektryzowała. Ale to nie nowość. Wiem o tym, po prostu inaczej się odbiera fakt, gdy słyszy się go z ust drugiego człowieka. Wybrzmiewa wtedy mocniej, dużo mocniej. Tym, co mnie jednak najbardziej poruszyło było pytanie, czy uczestnicy spotkania nie czują, że ich zdolność skupiania się i koncentracji jest dużo mniejsza niż kiedyś. Prawie wszyscy odpowiedzieli, że tak. I faktycznie. Odrywamy się od lektury, by powiadomić świat o tym, co znaleźliśmy. Czujemy potrzebę sprawdzenia, czy ktoś nie wrzucił czegoś nowego, chcemy chwili przerwy, podczas której wchodzimy do wirtualnego świata. Nawet najbardziej angażujące zajęcie nie sprawia, że cały świat przestaje istnieć, najbardziej wciągająca fabuła rzadko powoduje, że wyłączamy się na długie godziny. Przyrastamy do telefonów, a nasz mózg nie jest już taki sprawny jak kiedyś. Jeśli chcecie posłuchać, o tym, co Jamie Bartlett mówił na spotkaniu, poniżej wklejam link do zapisu wykładu.




I choć nie mam jakiegoś większego problemu z tym, żeby nie scrollować facebooka czy odpuścić Instagrama, to faktycznie kiedyś działałam sprawniej, nie miałam problemów ze skupieniem się. Postanowiłam zatem poza przeczytaniem książki wspomnianego autora ograniczyć social media do minimum. Tyle, by prowadzić bloga i wywiązywać się z powierzonych mi obowiązków. Ciekawi mnie, czy dzięki temu i pewnym ćwiczeniom umysłu moja koncentracja się poprawi. Poza tym świat realny jest dużo fajniejszy :).



Postanowiłam zainwestować w siebie. Korzystać z prelekcji o literaturze czy nauce, które się odbywają. Częściej pojawiać się na spotkaniach autorskich. Trochę pomógł tu Big Book, bo udało mi się być na kilku naprawdę wspaniałych rozmowach. Ostatnio wybrałam się na premierę książki Anny Kamińskiej "Halina. Dziś już nie ma takich kobiet. Opowieść o himalaistce Halinie Krüger-Syrokomskiej". Pani Ania jak zwykle wspaniale opowiadała o kolejnej niezwykłej kobiecie, którą opisała na kartach biografii. W spotkaniu uczestniczyła również córka himalaistki, która opowiedziała nieco o mamie, pokazała ją z nieco innej, bardziej prywatnej strony. Początkiem lipca wybrałam się na spotkanie z Marią Paszyńską, które odbyło się dzień przed premierą ostatniego tomu tetralogii "Owoc granatu". Przyznam, że poruszył mnie temat dziedziczenia traumy. Tego jak wydarzenia, których nie byliśmy ani uczestnikami ani nawet świadkami mogą wpływać na nasze życie. Do myślenia dał mi również temat relacji przedstawiony w powieści. A także fragment, który wklejam poniżej.

"Teraz zrozumiał. Intelektualiści byli śmiertelnym zagrożeniem nie dlatego, że głosili płomienne mowy, pracowali z młodzieżą i jako nauczyciele mieli na nią ogromny wpływ, nie dlatego, że występowali w mediach, pisali artykuły, udzielali wywiadów, przygotowywali audycje radiowe, których słuchały miliony ludzi zgromadzonych przy odbiornikach. Muzycy, pisarze, naukowcy, akademicy byli śmiertelni groźni, ponieważ wzbudzali emocje, przyciągali uwagę, by następnie formułować pytania, z którymi każdy musiał się zmierzyć. Nie proponowali lekarstwa, zasiewali wątpliwość, której ziarno stanowiło wystarczające niebezpieczeństwo dla reżimu." - s. 61



To właśnie te słowa genialnie połączyły mi się z wypowiedzią, która pojawiła się w dyskusji "Nie ma czasu na czytanie" o rywalizacji o czas, jaką toczą książki z kulturą wirtualną. Wnioski okazały się całkiem ciekawe, bo to nie media społecznościowe, ale platformy typu Netflix czy HBO zabierają większość naszego wolnego czasu. Doskonale zrealizowane seriale są niczym najlepszy film, tylko wieloodcinkowy, a co tym idzie wielogodzinny. I nie sposób się z tym nie zgodzić. Bo to naprawdę w większości świetne, hipnotyzujące produkcje. A jednak coś ciągnie ludzi do literatury. Do dowiadywania się więcej o innych i sobie. Wgłębiania się w świat emocji, psychologii, odczuć, ludzkiej duszy. Człowiek zawsze był ciekawy drugiego człowieka, nie zmienia się to od lat. Coraz trudniej jednak wywalczyć czas na lekturę. Odłożyć wciągający serial, nie zaglądać do mediów społecznościowych, po prostu zanurzyć się w historii zapisanej na kartach książki. Wracając jednak do wniosków, o których chciałam napisać. Dwa z nich utkwiły mi najbardziej. Pierwszy to ten, że choć grupa badawcza na spotkaniu była w pewien sposób tendencyjna, bo nieczytający na festiwale literackie raczej nie chodzą, to ludzie czytający, czytają coraz więcej. I to ogromnie cieszy. A wniosek, który najbardziej zapadł mi w serce, to by czytać w trudnych momentach. Im więcej mamy problemów, tym więcej czytać, zanurzać się w coraz więcej lektur. Wcale nie jest to odłożeniem problemu czy wręcz uciekaniem od niego.


Po pierwsze literatura pozwala nabrać dystansu do tego, co nieraz nas przerasta. Daje czas, by uspokoić emocje, ochłonąć, oderwać się na chwilę od stresu. Po drugie w książkach znajduje się cały dorobek ludzkości. Ponoć wszystko już było. Przerabiamy te same problemy, zagadnienia, zmagamy się z trudnościami, które już kiedyś w mniej czy bardziej podobnej formie kogoś dotknęły. Uczymy się empatii, sposobów logicznego rozumowania, szukania rozwiązań, wybierania tych najlepszych. Książki podnoszą oczywiście poziom naszego rozeznania w świecie, usprawniają umysł, sprawiają, że w naszej głowie rodzą się różne pomysły. Dla mnie bywają również swego rodzaju katharsis. Dają szansę na to, by wypełniać się tym, co dobre. I tak, zgadzam się, by czytać jak najwięcej w ogóle. A gdy życie bywa trudniejsze, tym bardziej, choć zdaję sobie sprawę, że często nie ma się do tego głowy i serca. Jeszcze jeden aspekt mnie zastanowił, mianowicie opór przed wprowadzeniem lekcji filozofii do szkoły. Dlaczego? Czyżby chodziło o to, że dzieci będą przeciążone, kolejny przedmiot do zaliczenia, a do tego jakiś przedwojenny. No właśnie, przecież nasi dziadkowie w przedwojennej szkole uczyli się filozofii. I nagle jedna wypowiedź, jak nóż, kij wbity w mrowisko. Filozofia uczy myślenia, wyciągania wniosków, samodzielności umysłowej, resztę proszę dopowiedzieć sobie samemu. Tak, przyznaję otwarcie, jest we mnie nostalgia za dawnym systemem szkolnictwa. Prawdziwymi wymaganiami, nauką właśnie myślenia(!), rozbudzaniem ciekawości poznawczej. Nowy system ma zalety, ale nie uważam, że znajomość kanonu, który owszem jest obcy i nie ciekawi młodych, jest zła. Podstawy trzeba znać, być może wystarczy dobrać inne metody. Ale trzeba uczyć przede wszystkim myślenia, nie ślepego wbijania się w klucz, dopasowywania do schematu. 



Stąd zatem pewien zwrot u mnie, który pojawia się od początku tego roku. Mniej literatury obyczajowej, kobiecej. Więcej pozycji trudniejszych, bardziej klasycznych, poruszających ważne dylematy. Stąd poznawanie nowych autorów, zatrzymywanie się przy tych, którzy piszą przepiękną polszczyzną. Dlatego ucieczka od mediów społecznościowych, uczestnictwo w spotkaniach, zaznajamianie się z literaturą popularnonaukową, słuchanie wykładów TED, stąd przekopywanie się przez różne imprezy w stolicy i konferencje. By się rozwijać, kształcić i nie tym osławionym wychodzeniem ze sfery komfortu czy niemal newralgicznym dążeniem do nieludzkiej wręcz doskonałości. To, co mną kieruje to raczej praca nad sobą, wyrastająca z głodu poznawczego i pragnienia karmienia się dobrymi, ale też trudnymi rzeczami. Nie robię tego na zasadzie snobizmu, lekceważącego podejścia do literatury rozrywkowej i popkulturowej, ale z prostej przyczyny, mam swoje lata, mój gust jest w miarę ukształtowany i otwarty, ale idzie w konkretnym kierunku i z racji wykształcenia i upodobania. Po prostu. Każdy człowiek jest inny. Nie zamykam się na przyjemne, lekkie lektury, ale w większości skupiam na tym, czego mi teraz potrzeba.

Być może to się Wam spodoba. Może będziecie zaglądać tu od czasu do czasu, gdy znajdziecie coś dla siebie, a może zostaniecie ze mną i razem wyruszymy na spacer po świecie literatury i kultury. Nie wiem, ale chcę by to miejsce było najbardziej moje a jednocześnie przytulne dla Was.


niedziela, 7 lipca 2019

Gabe Habash "Nazywam się Stephen Florida"



"- Chodzi o to, żeby skierować resztę życia na właściwe tory za pomocą tego, co osiągnę, mając dwadzieścia dwa lata. Żeby następne pięćdziesiąt lat przebiegło pod tym znakiem. Potem mogę umrzeć, mając siedemdziesiąt dwa lata, pomarszczony jak żółw, sikający przez cewnik, i wszystko będzie w porządku. Bo uporządkowałem świat, nie mając zmarszczek i w pełni kontrolując swoje ciało: użyłem go jako narzędzia, żeby rozdeptać wszystkich matołów. Z drugiej strony może być tak, że w przyszłym roku zginę pod kołami autobusu. Powiedziałbyś: "Jaka szkoda!". Wcale nie! Zginałem, ale spójrz, co udało mi się osiągnąć! Moja śmierć nie ma żadnego znaczenia. Bo pokierowałem własnym życiem i nikt nie będzie mógł mi zarzucić, że nie byłem do czegoś zdolny." - s. 94-95

Co bylibyście w stanie zrobić, żeby osiągnąć sukces? Jak wiele wysiłku włożylibyście w realizację planu? Jak szczegółowo zaplanowalibyście każdy krok? Czy bylibyście gotowi coś poświęcić, a jeśli tak, to jak wiele? Jak wielu ludzi zadaję sobie pytanie, jak kreuję własne życie. Z planowaniem nie jestem za pan brat. Robienie listy rzeczy to jedno, realizacja to drugie. Właściwie to lubię powtarzalność, ale w kwestii realizacji planów osobistych zazwyczaj rządzi u mnie chaos. Tylko w pracy jest inaczej, metodycznie. Może to tak naprawdę pozwala zachować w życiu stabilność. Połączenie ładu z chaosem, porządku z roztrzepaniem, znalezienie równowagi między byciem poukładanym a zagmatwanym. 

Istnieje wiele dróg dojścia do celu. Jedni wybierają jak najmniejszy wysiłek własny, wykorzystując do realizacji planu innych, drudzy bez opamiętania oddają się pracy, nie zauważając niczego poza nią. Do tej ostatniej grupy zdecydowanie należy Stephen Florida. Jego życiowym celem jest wygrana w uczelnianych mistrzostwach zapaśniczych. To właśnie ona definiuje jego przyszłość, całe życie. Tej sprawie podporządkowuje wszystkie codzienne czynności. Przedmioty na wydziale Sztuk wyzwolonych wybiera tak, by je zaliczyć. Stara się, sumienność jest jego dominującą cechą, ale nie traci niepotrzebnie energii na to, by mieć jak najlepsze stopnie. Przykłada się bardziej, jeśli coś go zainteresuje. Stroni od ludzi i imprez. Jego życie towarzyskie w zasadzie nie istnieje, tyle by od czasu do czasu pokazać się z kimś. Odezwać do drugiego człowieka. Każda sekunda podporządkowana wygranej.

Wchodzę z nim na matę. Oddycham zakurzonym powietrzem o woni zmęczenia i potu. Niemal czuję skórzaną powierzchnię pod stopami, ciepło ciała drugiego zawodnika, narastającą adrenalinę. Wspólnie przechadzamy się uliczkami campusu, odrzucamy ludzi, nawet tych najbliższych, zamykamy się na świat. Wiem, że coś jest nie tak. To nie strach przed tym, że ktoś zrobi krzywdę Stephenowi. Wokół unosi się narastająca ze strony na stronę aura niepokoju. Niemal mnisze życie, w którym bohater ma zaledwie jednego przyjaciela i dziewczynę, zaczynającą znaczyć coś więcej, kurczy się. Ogranicza do pokoju, sali treningowej, sporadycznie do sal wykładowych. Narasta samotność i obłąkańcze skupienie się na jednej rzeczy. Rzeczywistość zlewa się ze snami, właściwiej byłoby powiedzieć z koszmarami. Wiem, że muszę uciekać od Stephena. Brak mi powietrza, oddechu od rutyny, nieludzkiego dążenia do spełnienia marzenia. Czy jest to jednak jeszcze marzenie?

"(...) szaleństwo polega na tym, iż nie ma w co przelać własnego postępowania. Szaleństwo przydarza się, gdy nasze postępowanie spada ze skalnej półki wprost do kanionu. Moje szaleństwo czemuś służy. Zwyciężam. Jak mogę tracić rozum, jeśli zwyciężam?" - s. 343

Robi się coraz ciemniej. Czytelnik balansuje z zapaśnikiem na granicy jawy i snu, normalności i obłędu. Z czasem trudno jest określić, co tak naprawdę w tej powieści jest prawdą, a co urojeniem przemęczonego umysłu tytułowego bohatera. Wydarzenia, które opisuje niepokoją. Wywołują dyskomfort i chęć potrząśnięcia Stephenem, który znalazł się już za granicą, którą można nazwać nawet wygórowaną ambicją. Dziwne, aspołeczne zachowania, zmienne nastroje, lęki i chaotyczne oraz niezrozumiałe wydarzenia, to wszystko miesza się z wycieńczającą pracą, podporządkowywaniem swojego ciała jednemu - zwycięstwu. 

Bohater irytuje, a jednocześnie przyciąga uwagę czytelnika. Im bardziej się go poznaje, tym mniej się o nim wie. Wszystkie sądy, które wyrabiam sobie na początku powieści, rozbijają się o fabułę. Można być pewnym tylko jednego - coś niedobrego dzieje się z zapaśnikiem. Staje się zakładnikiem i niewolnikiem swojego postanowienia. Ciężko jednak stwierdzić czy to szaleństwo, majaki wyczerpanego ciała i umysłu czy świadoma gra narratora-bohatera z czytelnikiem. Fakt, Stephen nie chce być poznany. Definiować ma go tylko jedno - zwycięstwo.  Pozostałe rzeczy to jego prywatna sprawa. Nie mogę też stwierdzić, by wzbudzał sympatię. Podziwia się go za upór maniaka w realizacji planu, ale i czuje nieprzyjemne dreszcze na myśl, że można by spotkać kogoś takiego. Zaskakują mnie momentami jego bardzo trafne obserwacje. Tylko one uchylają rąbka tajemnicy, odsłaniają inny oblicze tego człowieka. Bardziej ludzkie, spostrzegawcze, ciekawe. A jednak nikną w ogromnie kompulsywnych myśli i czynów związanych ze zdobyciem tytułu mistrzowskiego. Sam stosunek do drugiego człowieka w wydaniu Floridy nie tyle pozostawia wiele do życzenia, co wymaga gruntownej poprawy.  

"Mam ostatnią szansę, żeby osiągnąć to, co obiecałem. Od tak dawna nie mam już żadnego wyboru, że zapomniałem, co oznacza to słowo. " - s. 18


Czuję się niemal jak bohater powieści. Nie mam wyboru, a może inaczej, mam, ale nie chcę z niego skorzystać. Nie chcę odkładać książki, która początkowo mocno mnie wciągnęła, by potem wprawić w coraz większy dyskomfort, niechęć, momentami irytację. To rzecz, która chwilami odpycha, ale i sprawia, że chce się poznać końcówkę tej powieści. Dowiedzieć się, co dzieje się w głowie tego przedziwnego, targanego obsesją człowieka. Nie chcę wchodzić w świat urojeń Stephena, a jednak pragnę, by potwierdził, że to wszystko jego autokreacja. Że przedstawia tylko to, co chce i jak chce. Operuje prawdą i fałszem tak, by wzbudzić do siebie niechęć.

Pochłaniam kolejne strony, wiedząc już, że to zdecydowanie książka dla nielicznych. Przy całej mojej sympatii do wszelkich literackich eksperymentów, "Nazywam się Stephen Florida" Gabe Habash'a pozostaje dla mnie wielką zagadką i w pewnym sensie drgającą ciemną materią literatury. Czymś o czym warto wiedzieć, ale w co nie każdy chce się zagłębiać. Doceniam umiejętność autora w oddawaniu psychologii postaci, sprawny język, plastyczne odmalowywanie świata. Chcę jednak trochę od niej uciec, bo niepokoi. Pozostawia mnie z wieloma pytaniami, na które nie odnajdę odpowiedzi. Lekko zirytowaną, że coś niechybnie mi umknęło. Boję się do niej ponownie zaglądać, zbyt mocno oddziałuje na wyobraźnię. Zdaje się mówić, o tym, do czego może doprowadzić pragnienie osiągnięcia celu za każdą cenę, zwłaszcza, jeśli ceną stajemy się my sami. Być może potrzebuję dojrzeć do tej lektury, choć rozumiem poruszany problem. Mam się na baczności, by nie skręcić w tę ścieżkę, którą obrał Stephen. I z ulgą przyjmuję ten chaos we mnie, który sprawia, że nigdy nie potrafiłabym działać z tak nieludzko ustalonym planem. 

Po lekturze książki Habash'a rozumiem, dlaczego autorowi tak ciężko było wydać tę powieść. Nie każdy ją zrozumie, nie każdy doceni, ba, niektórzy zapewne zrezygnują po kilkunastu lub kilkudziesięciu stronach. To nie literatura, do której jesteśmy przyzwyczajeni. "Nazywam się Stephen Florida" to intrygująca i niepokojąca książka o tym, jak można zagubić się w czeluściach własnego umysłu i dążenia do celu. Ciężko nawet nazwać ją pozycją dla koneserów. To po prostu powieść, z którą zmierzą się nieliczni. Jeśli to jednak zrobią, gwarantuję, że pozostanie ona z nimi  na długo. Szkoda tylko, że informacji o autorze nie umieszczono na książce i trzeba jej szukać w internecie. Myślę, że w tym wypadku jest ona bardziej potrzebna niż w innych książkach już znanych autorów. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu. 

Gabe Habash, Nazywam się Stephen Florida, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Poznańskie, Poznań 2019.

środa, 19 czerwca 2019

Filip Zawada "Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek"



"Nie rozumiem na czym polega problem w znalezieniu odpowiedzi. Życie ma sens, kiedy uważnie poruszamy się między przedmiotami i potrzebami. Kiedy się to zrozumie, zadawanie takiego pytania wydaje się zupełnie nie na miejscu, a podobno to są takie rzeczy, które się nawet filozofom nie śnią. Wniosek jest więc prosty: większość filozofów to tępe kołki i nie mają się co równać z prawdziwymi bękartami, które tak naprawdę są siłą napędową wszechświata, i nie tylko." - s. 173

Nikt tak jak dzieci nie odbiera świata. Nie ma podobnych pomysłów, nie widzi spraw tak prosto i jednoznacznie. Wiara w ludzi i ufność zmienia się z wiekiem. Czasem jednak nie trzeba lat, by wnioski o rzeczywistości i ludziach były głębokie i niezwykle trafne. Widać to u dzieci, które nie mają łatwego i radosnego dzieciństwa. Z jednej strony nie rozumieją pewnych mechanizmów rządzących światem, nie zawsze potrafią sobie wytłumaczyć, czemu ich codzienność jest inna, z drugiej wykazują się niezwykłą dojrzałością jak na swój wiek. Zdają się wiedzieć to, do czego my dochodzimy latami.

Polska prowincja, pewnie lata 90-te i sierociniec prowadzony przez siostry zakonne. Sklepik, z którego podkrada się lizaki, zabawy z kolegami z domu dziecka, trudne wyprawy do wiejskiej szkoły i odkrywanie świata. Franciszek mówi o sobie, że jest znajdą i bękartem. Nie ma łatwego życia. Nudzi go religia, nie potrafi zrozumieć, po co ma siedzieć w kościele, skoro jako dziecko ma tyle interesujących spraw. Świat sióstr, które go wychowują i wprowadzanych przez nie zakazów i nakazów również nie jest dla niego jasny. Wie, że nie można się wyrażać, ale przecież czasami inaczej się nie da. Bywa, że słowa same cisną się na usta, a on w nich nie przebiera. W końcu zawsze można przecież powiedzieć, co się myśli, choć nie zawsze to dobry pomysł.

Generalnie nie trzeba oczekiwać za wiele od życia. Najczęściej nie dostaje się tego, czego się pragnie, chyba, że ma się albo dużo szczęścia albo sprytu. Wszystko trzeba wywalczyć, być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Umieć zachowywać się stosownie do sytuacji, wykorzystywać swoją przewagę. Życie nie rozpieszcza, chyba, że ma się najlepszą pracę pod słońcem - jest się kierowcą cysterny. Wówczas wszystko jest inaczej. W każdym innym przypadku trzeba żyć ze świadomością, że codzienność to nie raj, zwłaszcza jeśli jest się sierotą. Choć i im zdarzają się lepsze chwile, gdy czarny kot może zostać, gdy nauczyciele puszczają płazem pewne rzeczy, bo nie sposób odpowiedzieć na pewne słowa i zachowania. Zdarza się, że życie potrafi być znośne mimo wszelkich niedogodności.

"Poczekalnia to dziwne miejsce. Trochę nie rozumiałem sensu jej istnienia, ale fascynowało mnie to czekanie na nadzieję. Bo w poczekalni nie czeka się na zmiany, tylko na nadzieję."  - s. 163

"Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek" to krótka opowieść o emocjach kotłujących się w małym bohaterze z dość niewyparzonym językiem. Akcja jest tylko tłem, które pozwala na wypowiedzenie sądów o rzeczywistości. Franciszek to stary-malutki, jak to się mawia w moich stronach. Dziecko z przemyśleniami człowieka głęboko doświadczonego życiem, kogoś kto jadł chleb z niejednego pieca. Jego refleksje nie napawają optymizmem. Są często pełne goryczy, bywa że i zrezygnowania, pogodzenia się z zaistniałym porządkiem rzeczy. Cała opowieść to próba zrozumienia świata, dorosłych, mechanizmów społecznych, które pełne są absurdów, skrótów, niedorzeczności. Konfrontacja z wydarzeniami rodzi smutne wnioski, nie tak powinien wyglądać świat, ale nic na to nie poradzimy. Czy jednak nowa książka Filipa Zawady jest przygnębiająca? Otóż absolutnie nie.

Charakter głównego bohatera i jego cudownie celne i dojrzałe przemyślenia przeplatają się z dziecinnym zachowaniem, tworząc wybuchową mieszankę. Z jednej strony, śmiejemy się, choć bywa to często bardzo gorzki śmiech, nieraz przez łzy, innym razem z pobłażaniem kiwamy głową, uśmiechamy się pod nosem lub zatrzymujemy nad konkretnymi fragmentami. Tytułowy kot Szatan to jedynie postać epizodyczna, nadająca książce kolorytu. To kolejny pretekst do przedstawienia spostrzeżeń o świecie, rówieśnikach, prawach, otaczającej bohatera rzeczywistości, prowincji, siostrach, wierze, samotności, braku dzieciństwa.




Dostałam tę książkę jako niespodziankę do zamawianego przeze mnie tytułu. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, choć docierały do mnie słuchy, że jest zabawna. Mnie mocno zaskoczyła i zdumiała. Słowami pełnymi niezgody, goryczy, ironii, humoru, ogromnej inteligencji i wrażliwości skrytej za wulgarną momentami formą. Wypowiedziami, które zdawały się niemal włożone w usta dziecka, a jednocześnie mocno do niego przystającymi. Franciszek stał się bardzo realną postacią z całym bogactwem swojego wnętrza i niespotykaną niezwykłością. Przeprowadził mnie przez tajemnice małej wioski, w której przychodzi mu spędzić dzieciństwo bez rodziny, wśród zakonnic i dzieci, które bywają okrutne. Czasami naprawdę ciężko zareagować na jego zachowania i spostrzeżenia. Wywołują mocny ucisk w sercu, bywa że i ból. Zmieszane z ironią, sarkazmem, czasem obrazoburczymi stwierdzeniami (to może stanowić dla niektórych czytelników pewien problem, nawet przy założeniu, że to jednak dziecko i inaczej pojmuje świat) tworzą ciekawą i wciągającą całość. To nie tyle powieść, co pisana krótkimi rozdziałami powiastka filozoficzno-humorystyczna o świecie widzianym z perspektywy przedwcześnie i nad wyraz dojrzałego chłopca. Rzecz może nie dla każdego, ale zdecydowanie godna uwagi.

"Ludzie boją się inteligentnych nauczycieli i dlatego najczęściej uczą się od głupców." - s. 174

Czuję się trochę rozdeptana jak tytułowy kot, niby tak przez przypadek, jakby zdarzyło się to przy okazji. A jednak mam wrażenie, że był to celowy zabieg autora. Przemaglować czytelnika pod płaszczykiem żartobliwej i lekkiej formy, która przyswaja się szybko a potem drąży. Zatrzymywać go po okraszonych ironią i humorem fragmentach na treściach, które boleśnie domagają się przemyślenia. Wręcz siłą zatrzymują, by je rozważyć. Bo tak tu się dzieje. Płynie się gładko przez rozdziały, z lekkim uśmieszkiem na twarzy, by nagle zatrzymać się na murze. Być strąconym z wygodnego czytelniczego piedestału. Czuć jakby dostało się obuchem w głowę, bo przecież staje się twarzą w twarz z gorzką i niewygodną prawdą. I to ogromna siła tej publikacji. Niewiele jest książek, które wprawiają czytelnika w komfort, by następnie go z niego wyrzucić. A tu dzieje się tak wielokrotnie. Za to, za styl i język, niezwykłego bohatera i zaskoczenie, jakie wzbudza to pozycja ogromny plus dla autora.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak.





Filip Zawada, Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek, wyd. Znak, Kraków 2019.


piątek, 24 maja 2019

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Świat w płomieniach"



"- Akurat o naszych losach zadecydowano za nas... - wymamrotała niechętnie.
- Nie - odparła stanowczo Szirin. - Zadecydowano o miejscu, w którym przyjdzie wam żyć, i okolicznościach waszego funkcjonowania, lecz nikt nie może za was podjąć najważniejszej decyzji: w jaki sposób przeżyjecie to życie, jakkolwiek trudne by było." - s. 120

Są książki, które na zawsze pozostają w nas. Możemy nie pamiętać dokładnie całej fabuły. Potrafić nakreślić jedynie jej zarys, ale nie sposób zapomnieć emocji, które w nas wzbudziła. To właśnie fakt, że zapadła głęboko w serce, zapisała się emocjami w duszy, świadczy o jej sile i niezwykłości. Bo doskonale przecież wiemy, że takie niezatarte wrażenie, którym chcemy dzielić się z innymi, pozostawiają jedynie wyjątkowe historie. 

Może minąć wiele lat nim człowiek zda sobie sprawę z tego, jak ułożył sobie życie. Gdy z perspektywy dojrzałej już osoby zacznie rozumieć dokonane wybory i ich konsekwencje. Elżbieta i Stefania są już w kwiecie wieku. Każda z nich obrała swoją drogę i starała się zbudować najlepsze życie, jak tylko mogła. I choć ich uroda nie straciła nic ze swojej niezwykłości, więcej nawet, wydają się piękniejsze niż kiedykolwiek, wewnętrznie nadal zmagają się z demonami przeszłości. Wydarzenia, które naznaczyły w ich duszach swoje piętno, dają o sobie znać. Wracają w najmniej spodziewanych momentach. Burzą kruchą stabilizację. Walka z doznaną traumą to jednak tylko jeden problem. Świat znów staje w płomieniach. Odzyskany spokój jest jedynie iluzją w perspektywie nadciągającej rewolucji. Dążenia niepodległościowe Irańczyków przywołują wspomnienia i koszmary młodości, o których chciałoby się zapomnieć. Historia zatacza koło, a w duszach bohaterów znów budzi się ciemność i lęk.

Pragnienia serca potrafią być przeróżne. Czasami to, czego chce się najbardziej, wcale nie jest gwarantem szczęścia. Jakby na przekór namiętnościom i żądzom życie daje zupełnie coś innego, niż można by oczekiwać. Przewrotność losu jest trudna do zrozumienia. Doskonale widać to na przykładzie losów bohaterów trzeciego tomu serii "Owoc granatu". Tym razem autorka skupia się na psychologii postaci. Pozwala zrozumieć ich motywacje, pragnienia, kompleksy. Opowiada o niezagojonych ranach, dręczących koszmarach i zwykłej szarej, ale dobrej codzienności, w której przychodzi im zmagać się z doznanymi krzywdami i traumami. Maria Paszyńska niezwykle dokładnie i poetycko zagłębia się w duszę swoich bohaterów, pozwalając czytelnikom zrozumieć podjęte decyzje, odnajdywać źródło ich niedoskonałości, lęków, emocji. Kreśli obraz miłości niespełnionej i nieszczęśliwej. Tej, która szuka zapomnienia lub choćby namiastki wypełnienia zrodzonej pustki i straty. Opisuje także najpiękniejsze, wyzbyte egoizmu, czyste i szczere uczucie. Relację niemal nieistniejącą, opartą na poświęceniu i dobru ukochanej osoby.



Zaprasza czytelnika do pachnącego przyprawami, dobrym jedzeniem i przepełnionego ciepłem domowego ogniska Iranu. Miasta, w którym można odnieść sukces, ale i być kimś obcym mimo spędzonych w nim lat. Słonecznej krainy, gdzie zdarzają się historie jest jak z bajki, ale i kraju, w którym przemoc wobec kobiet to nic niezwykłego. Więcej nawet, w którym o złych rzeczach uparcie się milczy i tai się je przed rodziną.

"Na zgliszczach wielkich marzeń zwykle jako ostatnie tlą się rozpacz i złość. Pytanie, czy obie zgasną, czy iskra z któregoś zaprószy kolejny pożar (...)." - s. 292

Razem z bohaterami zmienia się także świat. Wędruję po historii Iranu lekko dotykając najważniejszych wydarzeń, mających miejsce w latach 60-tych i 70-tych XX wieku. Poprzez rozmowy Elżbiety z Mehrdadem wnikam w dwa odmienne sposoby patrzenia na rzeczywistość. Widzę ją oczami Europejki i Irańczyka. Ta bardziej polityczno-historyczna część powieści, jest jednocześnie swoistą przypowieścią o człowieku, jego dążeniach, namiętnościach, planach. Iskrach, które padłszy na podatny grunt, zajmują ogniem ogromny obszar. Pisarka tworzy uniwersalny obraz ludzkich poczynań i reakcji. Szerzącego się łańcucha zła, zawłaszczającego po cichu całe społeczeństwo. Jestem świadkiem rodzącego się niebezpieczeństwa, obracania się ideałów w perzynę. Wykorzystywania szlachetnych zamysłów do złych celów. Nachodzą mnie gorzkie myśli.


"Owoc granatu. Świat w płomieniach" to podróż w głąb serc i dusz bohaterów. Powolne analizowanie tego, co zrodziło się w i między postaciami. To opowieść o spełnionych marzeniach, które rozbijają się o fale rzeczywistości, zaskoczeniu dobrem drugiego człowieka. Miłości tak silnej, że godzącej się na wszystko w imię dobra drugiej osoby. Złych decyzjach podjętych pod wpływem chwili a właściwiej byłoby rzec, rekompensujących poniesione straty. To przepięknie napisana przypowieść o człowieku, jego, wątpliwościach, marzeniach, pragnieniach i tragających nim sprzecznych uczuciach. Nowa książka Marii Paszyńskiej stanowi także pełną mądrości opowieść o budzącej się sile i dobrych ideach, które obracają się przeciwko głoszącym je wizjonerom. W końcu zaś to rzecz o ciemności, zamykającej się w słowie rewolucja, budzących się demonach i ludziach z przeszłością. Pisana poetyckim, pełnym ciepła a gdy trzeba dosadności językiem książka pełna jest fragmentów, nad którymi trzeba się zatrzymać. Kontemplować, zdumiewać się nad trafnością spostrzeżeń. Maria Paszyńska snuje opowieść o splątanych ze sobą ludzkich losach. Z wnikliwością najlepszego obserwatora prezentuje poczynania postaci, nie poprzestając jednak na tym. Skupia się na złożonych  mechanizmach historycznych i szuka odpowiedzi, skąd rodzi się w nas dobro i zło.

Z książkami Marii Paszyńskiej jest tak, że od pierwszej strony czuję jakbym siedziała obok najlepszego gawędziarza. Mistrza snucia opowieści. Tego, wokół którego niegdyś gromadziły się tłumy. Towarzyszy mi wewnętrzne ciepło, spowija nieco senna baśniowa atmosfera, jakbym znów miała kilka lat a ktoś bliski opowiadał mi niezwykle porywającą i przejmującą historię. Otwierał przede mną kolejne, nieznane mi rzeczywistości z wrodzoną gracją, taktem, poetycko i niezwykle emocjonalnie. Płynę przez kolejne strony, urzeczona pięknym, plastycznym stylem i językiem, polszczyzną, za którą tęsknią poloniści, cudowną głębią postaci. Spaceruję po mocno wewnętrznej historii i nie chcę kończyć. Ociągam się z czytaniem jak mogę . Dozuję sobie po kilka stron, czasami tylko patrzę na książkę. Nie mam potrzeby natychmiastowego skończenia powieści. Chcę przeżywać ją w pełni, roztrząsać, rozsmakowywać się, rozumieć. Być może dojrzałam? Wiem jedno. Nie chcę opuszczać tego świata. Mimo trudnych doświadczeń i momentami mało optymistycznej akcji, czuję się tu dobrze. Chcę jak najdłużej smakować język, poznawać zakamarki duszy bohaterów, być zaskakiwana. Najbardziej jednak pragnę zachować odczucie, że autorka kreśli swoisty poemat o człowieku. Taki dzięki któremu wiem, że jestem rozumiana, że ktoś czyta w moim sercu, zadaje sobie podobne pytania, szuka bliskich mi ideałów i wartości. Że po drugiej stronie tekstu jest ktoś, kto pozwala mi spojrzeć szerzej i głębiej - zarówno na sam aspekt języka i historii jak i na sferę idei. Czasami mam wrażenie, że wyczerpałam już wszystkie stwierdzenia, którymi mogłabym opisać prozę Marii Paszyńskiej. Powtarzam się z moimi zachwytami, ale nikt z pisarzy nie jest mi obecnie tak bliski jak autorka serii "Owoc granatu". Jestem w mojej literackiej przystani, moim domu. Nie trzeba niczego więcej.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Książnica. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu. Świat w płomieniach, wyd. Książnica, Poznań 2019.