piątek, 22 września 2017

Nieprzerwana wędrówka - Anna Kamińska "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz"



"Wanda nie była nigdy ani zalotna, ani wesoła, ani trzpiotowata jak inne dziewczyny, a tym bardziej nigdy niczego nie manifestowała. Była zamknięta w sobie, sztywniejsza niż inne koleżanki i nawet zwracała uwagę wewnętrzną odrębnością, samostanowieniem i dystansem. W Anglii mówi się na to notting english, czyli żeby być bardziej roztropnym, to się robi przerwy hm... hm... hm... i to daje wyraz dystansu do tego, co się mówi. U Wandy też był lekki dystans, mimo że nie było notting english. Była taka zwarta,  spokojna i poukładana, dlatego zdziwiły mnie wtedy te jej pończochy, które były spójne ze zmianą polityczną". - s. 78

Nie muszę chyba pisać, że kocham góry, uwielbiam o nich czytać, że kręcą mnie wszelkie książki o himalaizmie, alpinizmie. Ogromnym szacunkiem darzę wspinaczy, ich odwagę, siłę, hart ducha, marzenia i niezłomność. Tacy ludzie dają do myślenia, sprawiają, że człowiek ma nadzieję, że dociera do niego, ile można zrobić w każdej materii, bo bariery i ograniczenia są po to, by je przełamywać. 

Wandy Rutkiewicz chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Kobieta legenda. Pierwsza Polka i Europejka, która weszła na Mont Everest, pierwsza kobieta na K2, człowiek gór. Osoba, która mimo ciężkiego dzieciństwa, niezbyt komfortowej sytuacji w domu, nigdy się nie poddała. Przeżyła śmierć brata, opiekowała się młodszym rodzeństwem, patrzyła na rozpad małżeństwa rodziców, radziła sobie z brakiem pieniędzy oraz życiem w domu, który bezzwłocznie wymagał remontu. Te wszystkie przeciwności nie załamały jej, wręcz przeciwnie. Wanda zahartowała się, była prymuską, świetnie sprawdzała się w sporcie. Lubiła być pierwszą i to pozostało jej do końca życia. Wydaje się, że nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Kolejne wyzwania pokonywała z większym lub mniejszym wysiłkiem. W górach zakochała się podczas studiów. To było jak uderzenie pioruna. Nagle znalazła coś, co zawładnęło nią bezpowrotnie. 

Bohaterka książki Anny Kamińskiej była niezwykłą osobą. Miała nieodparty urok, dzięki któremu potrafiła zdobyć naprawdę wszystko, nawet od obcych osób. Nie kokietowała, nie używała sztuczek. Jej uśmiech był jednak kluczem do życzliwości drugiego człowieka. Zdumiewała swoją nieugiętością, siłą, niezłomnością. Nie dla niej było rezygnowanie ze zdobycia szczytu. Jeśli wycofywała się to tylko w ostateczności. Chciała być najlepszą, pierwszą, zapisać się w historii. Z mężczyznami nie rywalizowała, gdyż twierdziła, że to niemożliwe. Głosiła ideę kobiecego alpinizmu, choć często mówiono, że w kobiecych grupach to ona musiała być pierwsza. Niektórzy twierdzili, że nie była dobrym liderem wypraw, choć nie można jej zarzucić braku przygotowania i przemyślanych działań. Cechowała się introwertyzmem i stale goniła za swoimi marzeniami. Jej apetyt rósł w miarę jedzenia. Im więcej szczytów miała na swoim koncie, tym więcej pragnęła. Często mówiła, że jedzie na ostatnią wyprawę, po czym okazywało się, że góry wezwały ją po raz kolejny. Prawdą wydaje się, że na wysokości czuła się jak u siebie. Tam skupiała się na tym, by wejść na górę, pokonać swoje ograniczenia. To było najważniejsze. 

Na nizinach była człowiekiem o dość skomplikowanym charakterze. Nosiła w sobie wiele ciepła i życzliwości, nie obgadywała, nie zajmowała się plotkami. Być może z powodu ciężkiego dzieciństwa nie potrafiła stworzyć rodziny. Jej związki i małżeństwa były nieudane. Zakochiwała się często i nie bardzo wiedziała, co z tym zrobić. Nie umiała kokietować, ale nie było jej to potrzebne. Wymarzony partner miał być wysoki, sprawny, i bardzo dobrze się wspinać. A ponieważ w środowisku alpinistów i himalaistów kochało się w niej większość mężczyzn, nie zabiegała o niczyje uczucie. Jej emocjonalność pozostaje zagadką. Nie była wylewna. Większość rzeczy przeżywała w sobie, nie afiszowała się z niczym. Inteligentna, poukładana, zawsze gdzieś na uboczu. Wanda żyła samotnie nawet wśród ludzi. Wydawało się, że nie potrzebuje kontaktu z innymi, nie szukała rozmów, a jednak potrzebowała przyjaciół. Miała trudny charakter, była twarda, uparta, miała swoje zdanie i umiała je głośno wypowiedzieć. Jej odwaga często zdawała się graniczyć z brawurą. Niektórzy twierdzili, że podczas wypraw najbardziej liczył się dla niej szczyt. 

"(...) Wanda siedziała najczęściej sama w pokoju - opowiada Hudowski - a kiedy przebywała przez chwilę z nami, cały czas mówiła, że ma do zrobienia Koronę. Nie śmiała się z dowcipów, nie było w niej radości ze wspólnego bycia razem, była taka poprawna i z nikim nie trzymała się blisko. Widziałem w niej wtedy smutek. W górach, gdzie jest męcząca biel, nie ma kolorów, brakuje zieleni, na której można zrelaksować wzrok, wszyscy chodzą poirytowani, rozdrażnieni i mają wahania nastroju, jest ważne, by przynajmniej być blisko. Ludzie, ich opowieści i rozmowy, dzielenie się historiami jest w takimi miejscu potrzebne. Z relacji kolegów wiem, że Wanda nie miała takiej potrzeby, była zamknięta w sobie. Czasem ma się potrzebę pokłócić, otworzyć, Wanda dusiła coś w środku i to się wielu ludziom nie podobało. Jeśli chodzi o organizację wyprawy, wydawało się, że w postępowaniu Wandy dominuje chaos. Była chwiejna, nie czuła się pewnie, zmieniała decyzje. Na pierwszy rzut oka miało się wrażenie, że jest chaotyczna, ale to było złudzenie bo kiedy zaczynała przedstawiać plan, wszystko miała przemyślane." - s. 394-395

O Wandzie każdy ma nieco inne zdanie. Jedni zapamiętali ją jako wspaniałą osobę, inni jako człowieka wyjątkowo trudnego. Nikt jednak nie odmawia jej wytrwałości w dążeniu do celu, ogromnej wręcz ambicji, niezrażania się przeciwnościami. Potrafiła wybrać się na wyprawę idąc o kulach, czym zdobyła nawet uznanie szerpów. Alpinistka miała ogromne plany. Im starsza, tym bardziej starała się zaskakiwać. Idea "Karawany marzeń" była niezwykle wymagająca nawet dla himalaistów w sile wieku. Tymczasem bohaterka miała już swoje lata. Jej siły nie były niewyczerpane, a mimo tego jechała z jednego szczytu na drugi. Pragnęła korzystając ze zdobytej aklimatyzacji zdobyć Koronę Himalajów. Wielu miało ten pomysł za szaleństwo, które nie może się dobrze skończyć. Co było głównym motywem do rozpoczęcia tak szeroko zakrojonej serii wypraw? Czy himalaistkę poniosła ambicja? Czy było to związane ze śmiercią Jerzego Kukuczki, którą ogromnie przeżyła? A może istniał jakiś inny powód? Tego się nie dowiemy. Ciała Wandy nigdy nie odnaleziono. Oficjalnie uznano, że zmarła 13 maja 1992 roku niedaleko szczytu Kanczendzongi. Jej matka twierdziła, że córka nie zginęła, ale przebywa w klasztorze w Tybecie, chyba nigdy nie uwierzyła w tragiczne zakończenie wyprawy. 



Życie tej niezwykłej kobiety naznaczone było tragizmem, śmiercią brata i ojca, samotnością. Wanda wydawała się szukać swojego miejsca na ziemi, rodziny, której właściwie nie miała. Chciała się realizować, być najlepszą. Twardy charakter, wielka siła, ogromny głód sukcesów w górach, dawania z siebie coraz więcej, wchodzenia coraz wyżej, przeplatał się w niej z ciepłem, otwartością na ludzi, dobrem i kobiecością. Lubiła i potrafiła się dobrze ubrać. Zawsze dbała o strój, potrafiła wziąć w góry koronkową bieliznę, a nawet perfumy. Szanowała przyrodę i zwracała uwagę na konieczność sprzątania w Himalajach. Była nietuzinkowa. Wyprzedzała swoje czasy, zapisała się w historii.

Anna Kamińska z wielkim zainteresowaniem i taktem pisze o ikonie himalaizmu. Doszukuje się prawdy, przedstawia różne opinie, nie tylko pozytywne, ale i te surowo traktujące alpinistkę. Z kart książki wyłania się osoba, która niezmordowanie parła do przodu, szła coraz wyżej, zdobywała coraz więcej. Pisana świetnym językiem "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz" otwiera przed czytelnikiem nie świat wchodzenia na największe szczyty ziemi, ale życie niezapomnianej himalaistki, jej smutki, radości, problemy, sukcesy. Autorka oddaje głos znajomym Wandy, przywołuje wspomnienia, a całość dopełnia fotografiami. Co mnie ujęło, to sposób pisania Anny Kamińskiej, jej obiektywizm, pasja i ogrom wysiłku, jaki włożyła w przygotowanie publikacji. Dla wszystkich miłośników gór pozycja obowiązkowa, a dla wszystkich innych naprawdę wspaniała lektura :). 

Anna Kamińska, Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiwicz, wyd. Literackie, Kraków 2017. 

Świetnie "Wandę" zrecenzowała Diana z Bardziej lubię książki niż ludzi :) zapraszam do niej :) link tutaj

wtorek, 12 września 2017

Po pierwsze kochaj - Bp Grzegorz Ryś "Skandal miłosierdzia"



"Miłosierdzie jest miłością bez wzajemności, która realizuje się nie tam, gdzie trwa pokój, ale tam, gdzie toczy się wojna, nie między przyjaciółmi, ale pomiędzy śmiertelnymi wrogami. Chrystus kocha nas jako swoich wrogów. Nie przez to, ale pomimo tego, że uporczywie brniemy w śmierć, padając ofiarami naszych osobistych zabójców. Jezus wkroczył w świat nie przez nasz grzech, ale dla nas - nie ze względu na grzech, lecz pomimo niego." - s. 36

Przeczytałam tę książkę w dwa dni. Nie mogłam się oderwać. Pochłonęła mnie bez reszty, została we mnie. Jest, działa, skłania do refleksji. I tylko pytam siebie, dlaczego tak późno po nią sięgnęłam a jednocześnie wiem, że to był dobry czas, gdy wiele w moim życiu uległo zmianie, gdy szukałam odpowiedzi i bliskości Boga. 

Miłosierdzie jest dla mnie niepojęte, nie będę udawać, że rozumiem jak można kochać pomimo wszystkiego, jak można wybaczać już nawet nie siedemdziesiąt siedem razy, ale siedemset siedemdziesiąt siedem. Jak można oddać życie za ludzi, którzy cię odtrącili. To niezwykłe, niezrozumiałe. Jest to jednak coś, czego potrzebujemy bardziej niż wody, powietrza, czegokolwiek. Człowiek bez miłosierdzia byłby skazany na piekło. Czym tak naprawdę jest ten przymiot Boga wyjaśnia bp Grzegorz Ryś i czyni to w naprawdę jasny, zrozumiały i ciekawy sposób. 

Kapłan odwołuje się do znanych przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, Synu marnotrawnym. Wspomina o ofierze Abrahama, o Kainie i przy okazji tych przykładów podaje informacje, z którymi dotychczas się nie spotkałam. Wyraźnie akcentuje nienawiść jaka panowała między Żydami i Samarytanami, wyjaśniając że Jezus mówi o ludziach, którzy udawali się do świątyni i minęli potrzebującego człowieka i o wrogu narodu wybranego, który tą świątynią jest, bo mieszka w nim Bóg. Pisze o hesed - miłości, która opiera się o przymierze z Bogiem i rahamim - czyli matczynym uczuciu. Te dwie wspaniałe miłości łączy w sobie ojciec przygarniający zagubionego syna. W tym kontekście innego znaczenia nabiera również obraz Rembrandta. Izaaka ukazuje nie jako małego chłopca, ale dorosłego, silnego mężczyznę, który przecież nie miałby problemu z ucieczką, ale sam zgadza się być ofiarą. Do czego te wszystkie przypowieści prowadzą? Do wolności, gdyż tylko w niej możliwa jest miłość, a idąc dalej miłosierdzie. Dostrzeżenie drugiego człowieka, bliźniego w potrzebie, tym bardziej, gdy jest on kimś mi niemiłym, to właśnie miłosierdzie. 



Miłosierdzie nie dzieli ludzi na dobrych i złych, wierzących i pogan. Jonasz przymuszony przez Boga idzie ratować lud, którego klęski pragnął. Bóg jednak widzi inaczej. Broni Kaina, bo jego miłość jest większa niż sprawiedliwość, a może warto powiedzieć inaczej, z miłości dopiero rodzi się sprawiedliwość. Najmocniejsze wrażenie jednak wywołały na mnie słowa, że w ranach Jezusa zapisane jest imię każdego człowieka, zapisane krwią przy użyciu gwoździ i nic tego nie zmaże. 

"Ludziom z łatwością bowiem przychodzą dobre intencje, ale z trudem podążają za nimi dobre uczynki. Sami nie dorastamy do siebie. Pękamy. Bo jest w nas pycha, chciwość, zawiść, bo w każdym z nas jest nieczystość. Te głębokie rany, jakie w efekcie mamy, w języku religijnym nazywane są zarzewiem grzechu. To żar, który się w nas tli, a który wystarczy podsycić lekkim podmuchem, by wybuchł ogień. Lekceważymy pokorę i dmuchamy w pychę - rana się otwiera, pęknięcie pogłębia." - s. 30

Człowiek jest podatny na grzech, ale właśnie w miłosierdziu powinien upatrywać swojej siły, w Bogu mieć nadzieję i oparcie mówi autor. "Skandal miłosierdzia" zabiera czytelnika na duchową wędrówkę. Ukazuje całkiem inne spojrzenie. Tłumaczy to, co niejasne, wciąga, fascynuje. Nie jest to łatwa książka w tym sensie, że miejscami boli. Boleśnie uświadamia, jaka jest natura ludzka, jakie są konsekwencje grzechu, jednocześnie również ukazuje niezmierzoną miłość Boga, który stale przychodzi do człowieka, pochyla się nad nim i jest tym miłosiernym Samarytaninem, który opatruje swojego wroga, bo widzi w nim bliźniego, kogoś kogo trzeba kochać. "Skandal miłosierdzia" nie pozwala oderwać się od lektury. Skłania do refleksji, każe przemyśleć swoje postępowanie. Daje nadzieję i siłę do czynienia dobra. To nie jest lektura którą odkłada się po przeczytaniu. To książka, która zapada w czytelnika, domaga się powrotów, stałej pracy, która towarzyszy w duchowym wzrastaniu. Świetna dla wszystkich poszukujących, zagubionych i tych bardziej wtajemniczonych. 

Mnie całkowicie porwała i na pewno wrócę do niej przy okazji następnej wizyty w domu. 

Bp Grzegorz Ryś, Skandal miłosierdzia, wyd. II, wyd. WAM, Kraków 2016. 

niedziela, 3 września 2017

Piękno codzienności - Robert Seethaler "Całe życie"




"Jego życie nieustannie dyndało na włosku między niebem a ziemią, a w ciągu ostatnich lat jako przewodnik dowiedział się o ludziach więcej, niż był w stanie pojąć. Wedle jego rozeznania nie ciążyła na nim  żadna poważna wina i nigdy nie uległ pokusom tego świata, pijaństwu, rozpuście ni obżarstwu. Zbudował dom, spał w niezliczonych łóżkach, w oborach, na rampach ładunkowych, a kilka nocy nawet w rosyjskiej drewnianej skrzyni. Kochał. I zaznał przedsmaku tego, dokąd ta miłość mogła zaprowadzić. Widział, jak kilku mężczyzn spacerowało po Księżycu. Nigdy nie zwątpił w Boga i nie bał się śmierci. Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i jednym wielkim zdumieniem." - s. 150

Każdy człowiek chce przeżyć życie jak najlepiej. Każdy także inaczej to "najlepiej" rozumie. Jedyni pragną zrobić karierę, inni zarobić jak najwięcej pieniędzy, jeszcze inni szukają przede wszystkim miłości, spełnienia, przygód a może po prostu spokoju. Myślę jednak, że czegokolwiek by człowiek nie pragnął, chce być po prostu szczęśliwy, powiedzieć, że miał dobre życie, że nie żałuje swoich decyzji.

Człowiek, który nie miał łatwego dzieciństwa, okaleczony, ale niezwykle silny jak na swój młodzieńczy wiek. Pewnego dnia Andreas Egger nie wytrzymuje i przeciwstawia się przemocy w domu. Nigdy więcej bicia. To ostatni dzień jaki spędza w miejscu, które stanowiło cały jego świat. Zahartowany w pracy fizycznej w końcu kupuje malutki kawałek ziemi i buduje na nim domek. Poznaje kobietę, zakochuje się. Zatrudnia się w firmie Bitterman i synowie, pracuje przy najróżniejszych fuchach. Mężczyzna zakłada rodzinę. Wszystko idzie nad wyraz dobrze. Życie to jednak nie tylko pasmo sukcesów, nawet tych najmniejszych, niedostrzegalnych. Nadchodzi ciężka próba.

Do dziś, mimo że minął już miesiąc od przeczytania "Całego życia" podchodzę do tej lektury z wielką pokorą. Poza walorem literackim, bo trzeba przyznać, że powieść napisana jest naprawdę świetnym językiem i doskonałym stylem, jest tak niesamowicie skondensowana, że mogę jedynie chylić czoła przed autorem. Odnoszę wrażenie, że nie pada tu ani jedno zbędne słowo. Cała fabuła jest gruntownie przemyślana, głęboka a zarazem bardzo prosta, taka jak główny bohater. Co jeszcze zachwyca w książce Roberta Seethaler'a to fakt, że nosi w sobie jakiś stoicki spokój. Egger przyjmuje wszystko z wielką pokorą. Gdy dzieje się coś dobrego, cieszy się tym, ale nie czyni tego w jakiś przesadny sposób. Czuje, że jest tak jak powinno być i delektuje się tą chwilą. Wie, że jest dobrze i to rodzi w nim wdzięczność. Gdy coś się psuje, gdy zbierają się nad nim ciemne chmury, podnosi się i idzie dalej. Nie rozpamiętuje, nie pyta dlaczego, nie wygraża Bogu czy światu. Jakby wiedział, że tak po prostu miało się stać. Nie oznacza to, że nie ma w nim uczuć. Andreas jest na wskroś prostym człowiekiem, nie ma nałogów, nie szuka podniet, nowości, żyje skromnie, prosto, naturalnie. Wychowany w sercu Alp dziwi się nad nowinkami, ale nie uważa ich ani za coś złego, ani za coś, co musi posiadać.



"Całe życie" jest swego rodzaju esencją istnienia. Opowieścią nieskomplikowaną, wręcz uderzająco prostą. Opisem życia sprzed ery komputerów, technologii. To afirmacja egzystencji w najprostszej postaci, w zgodzie z naturą, poprzez ciężką pracę fizyczną, brak narzekania, zmaganie się z trudnościami. Egger mało mówi, ale jest swego rodzaju myślicielem. Zamyka w sobie wiele emocji, przemyśleń. Nie buntuje się przeciwko niczemu, co jest poza nim. Wie, na co ma wpływ a co jest niezależne od niego. W tym zdumionym i pokornym człowieku, żyjącym nieco na uboczu, w pewnej odległości od innych ludzi objawia się swego rodzaju mądrość. "Całe życie" budzi w czytelniku tęsknotę za czasem, gdy bytowanie było łatwiejsze, gdy kontakt z przyrodą i ciężka praca były na porządku dziennym, a człowiek hartował się od dziecka. To opowieść o czasach, kiedy nie brakowało rzeczy do poznania, doświadczenia, odkrycia, gdy czuło się wagę informacji a ludzie byli prości i bardziej zdecydowani. Z kart wyłania się pewna nostalgia za minionymi latami. Światem jeszcze nie skomercjalizowanym, nieroszczącym sobie prawa do wszystkiego. To nadal rzeczywistość, w której górę zdobywa się wysiłkiem fizycznym, a nie wagonikiem, gdy młodzieńcy są dojrzalsi i podejmują decyzję świadomie i odpowiedzialnie. W końcu jest w tej lekturze coś uspokajającego, urzekającego. Nosi w sobie jakąś dawkę magii nie tylko słownej. Autor gra na strunach duszy czytelnika. Przedstawia życie pełne trudu i wysiłku, ale tak, że podświadomie tęskni się za nim. Pokazuje coś całkiem odmiennego od znanego dzisiaj świata i mówi "spójrz, to piękne".

Zagadką pozostaje dla mnie to, jak można opisać wszystko tak zwięźle, w tak niewielu słowach, a jednocześnie na tyle obszernie, by zmieściła się historia całego życia człowieka. Jak można przekazać tyle emocji za sprawą bohatera, który mało mówi, ukrywa wiele myśli, jest skryty. Z głębokim szacunkiem podchodzę do "Całego życia", które stało się dla mnie książką, do której warto wrócić, szczególnie, gdy rodzi się w człowieku pragnienie posiadania "więcej", narzekania, niezadowolenia. Proste życie to najpiękniejsze życie, zdaje się mówić autor. Czyń tak, byś nie musiał wstydzić się swoich czynów, byś nie krzywdził innych. Szczęście jest na wyciągnięcie ręki. 

Robert Seethaler, Całe życie, tłum. Ewa Kochanowska, wyd. Otwarte, Kraków 2017.

środa, 16 sierpnia 2017

Spacerowe rozkminy #4




Jestem po pracy totalnie nieprzyzwyczajona do tego, że o godzinie 19 (prawie) mam już zrobione zakupy, ugotowany skromny obiad, zmyte gary ;) i mam czas na to by sobie poszperać w internecie, za chwilę siądę z książką, potem zabiorę się za pracę duchową i jak będę miała ochotę oglądnę coś. Moje życie jest teraz inne, zupełnie inne niż to, które zostawiłam w moim domu. Zastanawiam się, czy można powiedzieć, że któreś jest lepsze? Chyba nie. 

Każda chwila, każde miejsce, wszystko co robimy ma jakiś cel. Mam teraz znacznie lepsze zajęcie. Związane z moimi zainteresowaniami i wykształceniem. A jednocześnie tęsknię za domem, gdzie wszystko było znajome, gdzie moje ręce wielokrotnie dotykały konkretnych sprzętów, gdzie w zasadzie mogłam spokojnie poruszać się myśląc o niebieskich migdałach, bo wiedziałam, gdzie czego szukać. Życie jednak jest dane po to, by się rozwijać, odkrywać nowe talenty, poszerzać wiedzę, nabywać nowe umiejętności. Czasem zasiedzenie się w jednym miejscu jest szkodliwe. A nieraz po prostu trzeba wyjechać, by docenić co się miało. Prawda jest jednak taka, że każda szansa powinna być przyjmowana z radością i wykorzystywana. Każdy dzień czegoś nas uczy.

Nie wiem dokąd zaprowadzi mnie moja droga. Nie mam pojęcia. Uczę się ufności, doceniania dnia codziennego, bez wiecznej obawy o to, co będzie jutro, jak dam radę, a co jeśli... Nie, staram się tego nie robić, choć czasami to karkołomne zadanie. Długi weekend, który spędziłam w domu, dał mi do myślenia. Był wypełniony swojskością, radością, spokojem i pewną nostalgią. Ale dobrze wiedzieć, że wróciłam do nowych rzeczy. 



W domu czytałam "Skandal miłosierdzia" bp Grzegorza Rysia. Piękna książka, jedna z tych, które powinni przeczytać wszyscy, myślę że niejeden raz. Inaczej ukazała mi znane przypowieści, poczułam się jakby nagle ktoś powiedział mi coś po raz pierwszy, coś o czym przecież wiedziałam. Tym razem jednak wybrzmiało to z całą mocą. Nagle skojarzyłam fakty, zrozumiałam troszkę. To piękne doświadczenie. Miłosierdzie jest trudne, to chyba najlepsze stwierdzenie. Z jednej strony chcemy go, ale stosunku do bliźnich jakoś naturalnie człowiek najpierw odnosi się do sprawiedliwości, bo jak to tak? Tymczasem Bóg jest inny, On przebacza, rozumie, nie odpycha. 

Myślę o życiu, takim prostym w sensie franciszkańskim. Braku przywiązania do rzeczy materialnych, radości z tego, co się ma. Staram się nie zwariować w rzeczywistości, która z każdej strony bombarduje mnie coraz to nowymi gadżetami, kosmetykami, ciuchami i innymi rzeczami. Przypominam sobie o bohaterze "Całego życia", o którym Wam niedługo opowiem, choć zapewne większość z Was już czytała tę książkę. I tak sobie myślę, że Egger jest wart naśladowania w tej swojej radości i prostocie. Zadowalał się tym, na co zapracował. Nie nosił w sobie chęci posiadania, nie gonił za pieniędzmi i dobrami. Doceniał proste słowa, gesty, proste życie, w którym posiadał tyle, ile potrzebował. Żadnego zbytku. Podchodził spokojnie do wszystkiego, nosząc w sobie jakieś wrodzone, naturalne przekonanie, że to co się dzieje, jest potrzebne, właściwe. Czy da się czegoś takiego nauczyć? Nie wiem, ale pracuję nad tym, by mieć to, co niezbędne, wracam do franciszkanizmu, który zawsze mi się marzył. Takiego prostego, pięknego. Nie chodzi o to, by wyzbyć się wszystkiego, ale by żyć tak, że gdy czegoś zabraknie, nie będę z tego powodu nieszczęśliwa. 

Jakoś samoistnie nasuwa mi się fragment wiersza "Przedśpiew" Leopolda Staffa: 

I uczę miłowania, radości w uśmiechu,W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu,I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu,Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu.


Odnaleźć radość w ferworze dnia, czasem nawet w uśmiechu, radość prawdziwą, a nie śmiech. Docenić to, że czasem płacze się z tego powodu, że mamy uczucia, że serce człowieka jest tkliwe. Zrozumieć, że zło rodzi się z krzywdy i cierpienia i ten, kto rani nie zawsze jest zły. Nie zgadzać się oczywiście na to zło, ale nie przekreślać człowieka. W końcu wstać z uśmiechem i podziękować za każdy dzień. Starać się, by był naprawdę cudowny :).





poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Łańcuch kłamstw - Delia Ephron "Siracusa"






"To tak jakbyśmy byli pisklętami: wydziobujemy sobie drogę ze skorupki na zewnątrz, wyrastamy na wielkie ptaki o pięknym upierzeniu, a potem kawałek po kawałku zaczynamy składać skorupkę jaja i na powrót się w niej zamykać, pozostawiając może maleńki otwór do podglądania - minimalny kontakt ze światem. Wydziobawszy sobie drogę na zewnątrz, by żyć, wracamy do środka, by przeżyć. Oczywiście to tylko złudzenie. Skorupki jajek łatwo się tłuką." - s. 108


Nigdy nie jesteśmy w stanie do końca poznać człowieka. Część informacji zdobędziemy słuchając, część obserwując, ale zawsze pozostanie coś, do czego nigdy nie dotrzemy. Ludzie ubierają różne maski, uśmiechają się, robią dobrą minę do złej gry. Im bardziej są zamknięci, tym trudniej ocenić, z kim mamy do czynienia. Prawda jest jednak taka, że nawet myśląc, że kogoś znamy, możemy się całkiem zadziwić.

Urlop w europejskich miastach, zwiedzanie cudownych wiekowych zabytków, upojenie atmosferą starożytności, cudownie grzejącym w ramiona słońcem, zapachami i smakiem pysznego jedzenia, niezwykle melodyjnym językiem włoskim, pięknymi, ponętnymi kobietami i uwodzicielskimi mężczyznami. Słowem idealne miejsce na spędzenie wakacji. Dwa małżeństwa wybierają się w podróż, podczas której dochodzi do pewnego zdarzenia. Świetny wypad psuje się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, aż w końcu nadchodzi katastrofa. Co doprowadziło do tragedii, której nikt się nie spodziewał?

Taylor i Finn nie stanowią dobranego małżeństwa. Ona bogata, zmanierowana, cechująca się wyższością i udawaną grzecznością, nie widzi świata poza córką Snow. To już nawet nie nadopiekuńczość nad przesadnie nieśmiałą dziewczynką, ale chorobliwa i toksyczna relacja. On zbywa milczeniem większość wybryków żony, nie jest żadnym autorytetem ani partnerem w tym związku, co więcej zostaje zepchnięty na plan dalszy. Finn przerzuca więc całą swoją energię na restaurację, którą prowadzi i trudno mu się dziwić, wszak wszystko co robi jest przecież krytykowane przez jego żonę. Snow zaś to swoista mimoza, która nie zrobi nic, na co nie ma ochoty. Wydawałaby się antypatyczna i rozpuszczona jak dziadowski bicz, gdyby nie fakt, że prawie się nie odzywa i pozostaje bardzo bierna. Gdy coś mówi, zazwyczaj czyni to szeptem, innym razem jedyną jej reakcją jest charakterystyczne cmokanie. Osobliwe zachowania dziecka, matka określa syndromem skrajnej nieśmiałości i chroni ją przed całym światem, zamykając przed wszystkimi i wszystkim. To ona decyduje, co córka będzie robić, w co się ubierać, gdzie chodzić. Dodatkowo sytuację komplikuje wygląd Snow, delikatność i powab, które ogromnie zwracają uwagę ludzi. Dziewczynka jest szalenie inteligentna i wydaje się, że doskonale potrafi dyrygować rodzicami. Lizzie to dziennikarka, która stale poszukuje tematów na nowe artykuły. Jako rasowy pismak zapisuje każdy szczegół, z którego może narodzić się tekst. Jest szaleńczo zakochana i zafascynowana swoim mężem Michaelem, który stał się sławny dzięki wydanej w młodości powieści. Śmiało można przyznać, że żona żyje w jego cieniu, choć sama się do tego przyczyniła. Michael jest zadufany w sobie, przesadnie przekonany o własnej wartości, choć stwarza wrażenie człowieka bardzo zdystansowanego. To urodzony gawędziarz, snujący kolejne zmyślone wydarzenia i pragnący sławy człowiek.



Od początku powieści, która przedstawia wydarzenia z Siracusy z późniejszej perspektywy każdego z dorosłych bohaterów widać, że obydwa małżeństwa są fikcją, istnieją na papierze, realnie zaś każdy z partnerów żyje własnym życiem, zajmuje się swoimi sprawami. Michael jest niewierny, Finn sytuuje się gdzieś poza zainteresowaniem Taylor, która bałwochwalczo adoruje córkę, Lizzie marzy o tym, by ożywić swój związek. Oliwy do ognia dolewa fakt, że Finn był kiedyś z Lizzie. Wspólny wyjazd nie wydaje się dobrym pomysłem, a jednak do niego dochodzi. Od początku czytelnik obserwuje grę bohaterów, którzy na zewnątrz są uprzejmi, grzeczni, ułożeni, jednak każdy z nich skrywa to, co naprawdę myśli o pozostałych. Nie wydarzenia w powieści są najważniejsze, w sumie jest ich naprawdę mało. Siłą tej książki jest gra postaci, wnikanie w ich myśli, punkt widzenia. Składanie akcji, a przede wszystkim obrazu relacji na podstawie poszczególnych rozdziałów. Różniące się od siebie spojrzenia, otwarte stwierdzenia, mamy tu wgląd w myśli i emocje, których Finn, Taylor, Michael i Lizzie nie ujawniają względem siebie. Jesteśmy uczestnikami podwójnej gry, tej pierwszej fasadowej, życia na pokaz, tworzenia idealnego obrazu dla innych i drugiej polegającej na odzieraniu mistyfikacji, wnikaniu w prawdę, byciu sobą. Szczerość zdumiewa, pokazuje, co tak naprawdę dzieje się między bohaterami. Im głębiej zanurzamy się w świat nieudanych związków, tym bardziej napięcie rośnie. I to właśnie fascynuje w "Siracusie". Nie czytałam jej, by dowiedzieć się, na czym polegała zapowiedziana tragedia, pochłaniałam kolejne strony zaciekawiona tym, co mówią bohaterowie, ich nieraz grubiańskim, nienawistnym, czasem kpiarskim czy wzgardliwym podejściem. Imponowała mi inteligencja postaci, które jednak zachowywały wszelkie uwagi dla siebie i grały w prowadzoną grę. Spodobał mi się zwięzły język autorki, pozbawiony rozwlekłych dywagacji, metrowych opisów i jej zdolność do zaciekawienia czytelnika poprzez stworzenie naprawdę interesujących postaci. Osób, które konkretnie nazywają rzeczy, trafnie określają sytuację, nie doszukują się usprawiedliwień, ale prosto i krótko, mówią jak jest. Delia Ephron napisała jedną z bardziej intrygujących książek, jakie przeczytałam. Jest ona nieco specyficzna, ale zdecydowanie warta przeczytania. 


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Delia Ephron, Siracusa, przeł. Agnieszka Walulik, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.


poniedziałek, 31 lipca 2017

Nostalgicznie o muzyce - Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj "Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości"



"Czerwone Gitary były zespołem, który od początku miał mnóstwo fanek. Do sopockiej Estrady, której podlegali, przychodziły tysiące listów. Jurek Kossela zaproponował Estradzie stworzenie sekretariatu, który mógłby na nie odpowiadać i przesyłać zdjęcia z autografami. Ale się nie zgodzili, bo to oznaczało dodatkowe wydatki, więc zespół wziął to na siebie. Chłopcy się zrzucili, a odpisywaniem zajęłyśmy się my, ich dziewczyny - Jana i Helena Kras oraz ja. Odpisywałam jako Krzysztof Klenczon albo Seweryn Krajewski, bo on wtedy nie miał dziewczyny. Pamiętam taki list, chyba do Seweryna: "zabrałeś serce, to weź i duszę" z dołączoną... duszą od żelazka." - s. 100



Piosenki Czerwonych Gitar poznałam dzięki mojemu przyjacielowi z dzieciństwa. To był czas, gdy istniały jeszcze kasety magnetofonowe, które się przegrywało a potem słuchało aż do zdarcia. Miał oryginalne wydania, których słuchaliśmy. Kiedy przyniosłam taśmę do domu rodzice się ożywili. To w końcu była muzyka ich młodości. Słuchałam tych przebojów często. Wpadały w ucho i zapadały w pamięć. Potem w zależności od humoru wyszukiwałam ich w internecie. Mimo, że minęło tyle lat, ja dorosłam, od czasu ich powstania upłynęło naprawdę sporo wody w Wiśle, muzyka Czerwonych Gitar i Krzysztofa Klenczona się nie zestarzała. Jest nadal piękna i aktualna. 

Legendarny polski muzyk, nazywany polskim Lennonem nie miał łatwego życia. Początki kariery były trudne, żona wspomina nawet, że z przyjacielem jedli cukier i przesypiali dni, by jakoś przetrwać. Muzyka jednak była najważniejsza, a z nią pragnienie zapisania się w historii. Najpierw był zespół Niebiesko-Czarni, potem Czerwone Gitary, które osiągnęły naprawdę wielki sukces. Liczne koncerty, trasy, rzesze fanów, całkiem niezłe zarobki, popularność. To wszystko wyglądało pięknie, jednak za spektakularnym powodzeniem kryło się wiele niesnasek. Rywalizacja z Sewerynem Krajewskim, umowy z ZAIKS-em, tekściarzami, zmiany menadżerów, w końcu schematyzm, który pozwalał żyć dostatnio, ale nie satysfakcjonował ambitnego muzyka. Te wszystkie czynniki doprowadziły ostatecznie do tego, że mężczyzna odszedł z zespołu. Chciał zabrać ze sobą przyjaciół, jednak nie zgodzili się na zmianę. Po wypełnieniu wszelkich zobowiązań Krzysztof Klenczon założył nową grupę. Tym razem postawił na młodych ludzi, chciał mocniejszego brzmienia, nowości, eksperymentów. Trzy Korony zyskały grono sympatyków i stały się rozpoznawalne, miały swoje szlagiery, które pokochali fani Czerwonych Gitar. Młodzi jednak nie poradzili sobie ze sławą. To nie było to, czego pragnął założyciel.



Po trudnym doświadczeniu tworzenia zespołu z nowymi, młodymi ludźmi, muzyk wyjechał z żoną do Stanów Zjednoczonych i tu po raz kolejny Alicja Klenczon opowiada o występach, zmaganiach, kreowaniu swojej wizji muzycznej, pierwszej płycie, której zabrakło szczęścia i funduszy na promocję. Poza muzycznymi wspominkami żona Krzysztofa przytacza również skomplikowaną historię rodzinną zarówno swoją, jak i męża. Opisuje życie w PRL-u, gdzie wszystko załatwiało się przez znajomości, w którym opuszczenie kraju było naprawdę ciężkie a emigrantów lub uciekinierów nie czekało nic dobrego. Mówi o rozłące z rodzicami, którzy opuścili kraj, ale pozostawili w nim córkę, rodzaj zastawu dla państwa. Pisze o trudnych relacjach męża z rodzicami, ich braku porozumienia, przerzucaniu się winą i goryczy, jaką w większości wylewali na syna, obarczając go odpowiedzialnością za ich los. Rysuje obraz muzyka jako troskliwego ojca, który jednak pierworodną Karolinę wychowywał nieco po chłopięcemu, gdyż bardzo marzył o synu, a na koncertach śpiewał z nią piosenki. 

Jednocześnie z kart książki wyłania się obraz człowieka odpowiedzialnego. Świadomego swojej wartości. Mężczyzny, który imał się przeróżnych zajęć, ale serce poświęcił muzyce. Wykonawcy szukającego swojego stylu, zafascynowanego przebojami Elvisa Presleya, ale niekopiującego bezrefleksyjnie niczego. To człowiek, który cenił ludzi, miał wielu przyjaciół, wymagał od siebie. Lubił imprezować, ale wykazywał się również dojrzałością, zwłaszcza w sprawach dotrzymywania obietnic. Podobnie jawi się Bibi, która nigdy nie narzekała na różne zajęcia, nie czuła się kimś gorszym sprzątając, ani lepszym pracując jako informatyk. Życie na walizkach, podróże, przeprowadzki, szukanie zawodu, książka aż kipi od wydarzeń, które kończą się śmiercią głównego bohatera. Epilogiem zaś są losy Alicji, jej kolejnych małżeństw oraz historia dzieci muzyka. 



Książkę Alicji Klenczon i Tomasza Potkaja czytałam dość długo. Lekka, pisana gawędziarskim stylem, pięknie wydana, z licznymi fotografiami, świetną wyklejką, zawiera jednak szereg informacji, które trzeba przyswajać stopniowo. To zarówno historia Krzysztofa i jego żony, ich rodziny, ale także swego rodzaju dokument o życiu artystów w szarych czasach PRL-u, które jednak były całkiem ciekawe :). Wyczerpująca, bez zbędnego patosu, przegadywania, rzeczowa, interesująca i bardzo konkretna. Niektóre sprawy rozmówczyni Tomasza Potkaja pomija, ale trudno się jej dziwić. Przedstawia jednak męża jako zwykłego człowieka, który nie kreował się na gwiazdę. Wręcz przeciwnie był pokorny, zdystansowany i stanowczy. "Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości" jest jak piosenki Czerwonych Gitar, nostalgiczna, klimatyczna, wciągająca. A przy lekturze w głowie rozbrzmiewają kolejne szlagiery znanej grupy, jak i późniejsze utwory muzyka. Do przeczytania i przesłuchania jednocześnie lub osobno, jak lubicie :). 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Alicja Klenczon, Tomasz potkaj, Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości, wyd. WAM, Kraków 2017.

piątek, 28 lipca 2017

Spacerowe rozkminy #3




Nie było mnie tutaj dość długo. Ponieważ wszystko zamknięte, mogę spokojnie powiedzieć, skąd moje milczenie i dziwna ilość kilometrów, jaką przejechałam od ostatniego tygodnia czerwca. 

Jakiś czas temu stwierdziłam, że pora coś zmienić. Chciałam spełnienia marzeń, o których opowiadałam w wywiadach, pragnęłam rozwoju, czegoś nowego, co będę mogła kochać. Starań było trochę. Czas jednak mijał i nic się nie zmieniało, mimo moich wysiłków. Mój przyjaciel, gdy dopadała mnie chwila zwątpienia, mówił mi, że idzie do mnie wielkie szczęście, a że jest takie duże, to człapie powoli. Czekałam więc, marząc o lepszej przyszłości. Czytałam książki, pisałam Wam o nich i czasami wydawało mi się, że tak, wierzę w to, co jest napisane, ale miewałam poczucie, jakby to dotyczyło faktycznie innych, ale nie mnie. 



Najpierw był audiobook "Rób to, co kochasz". Chciałabym..., wzdychałam sobie. Wiedziałam już do czego mam dryg, co sprawia mi najwięcej przyjemności, co mnie kręci. Wiadomo, zawsze trzeba mieć plan B, ale główne zajęcie marzyło mi się związane z książkami. Potem czytałam wywiad z Markiem Kamińskim "Idź własną drogą" i znów rodziły się we mnie marzenia i smutek, że to jedynie sfera pragnień. Ale nie poddawałam się, choć bywało różnie. Na pewną rzecz cichutko liczyłam, bo wydaje mi się, że zaprezentowałam się dość fajnie. I znów mijał czas. Wpatrywałam się w obrazek, który niedawno kupiłam. Przestań chcieć, wstań i walcz. Tylko jak? Robiłam, co mogłam (choć zawsze pozostaje pojawienie się w wymarzonym miejscu i poproszenie choćby o 5 minut rozmowy, a nie wysyłanie papierów przez internet) i myślałam sobie, kończy mi się czas, który sobie dałam na zmiany. Nie wiem, co będzie dalej. Nie chciałam trwać w jednym miejscu, istnieć jedynie. Pragnęłam czegoś więcej, bo do tego więcej każdy jest stworzony. 

Aż nagle stało się coś, czego naprawdę się nie spodziewałam. Ktoś spełnił moje marzenie, a do tego przewrócił moje życie do góry nogami. Tak, to była szybka odpowiedź, nim pojawią się jakiekolwiek wątpliwości. Nie co do tego, czy to słuszny wybór. Jestem głęboko przekonana, że to jeden z najlepszych, jakich dokonałam. Ale człowiek zastanawia się, czy da radę. Cóż nie mam doświadczenia rzucania się na głęboką wodę, a opuszczanie znanych kątów, jest takim właśnie przeżyciem. Zaczęła się zatem bieganina, załatwianie papierów, szukanie lokum, pakowanie, zakupy, a przy tym normalna praca, którą przecież wykonywałam. Dni wolne spędzałam na jeżdżeniu i chodzeniu, gdzie się da ;), a reszta czasu szła na obowiązki. Książek przeczytałam bardzo mało. Głównie w autobusie, jakby nie było 6 godzin w jednym miejscu to sporo, choć często też zdarzało mi się przysypiać z tego wszystkiego. Powoli jednak wszystko się normuje, choć czy ja wiem?



Gubię się na nieznanych mi ulicach ;). Cieszę jazdą metrem, do którego muszę zacząć zabierać książki, dużo osób tak robi :). Zaznajamiam się z miastem, które odwiedzałam raz do roku. Będę uczyła się nowych rzeczy, czytała i spełniała swoje marzenia. Będę mogła do woli gadać o książkach i cieszyć się rozmową z każdym, kto czyta. Pewnie wszystko będzie szybciej, niż w moim rodzinnym mieście, na pewno będzie inaczej. Ale wierzę, że będzie pięknie. Jedno marzenie się spełniło. Od dziś będę bibliotekarką <3 w wielkim mieście ;). I powiem jedno. Warto marzyć, nawet gdy wszystko dookoła zdaje się mówić, że się nie uda. Uda się, czasami w tym momencie, którego zupełnie byście się nie spodziewali. Trzymajcie za mnie kciuki :*


sobota, 15 lipca 2017

Strach się bać - Remigiusz Mróz "Czarna Madonna"

PRZEDPREMIEROWO



"Przypuszczam, że zdecydowana większość ludzi na świecie wspomina następne dni jak przez mgłę. Nawet abstynenci zdawali się sięgać po mocne alkohole, entuzjaści marihuany niemal zadusili się dymem w swoich mieszkaniach, a ci, którzy przyjmowali środki najbardziej wytrącające z rzeczywistości, byli blisko złotego strzału. Niektórzy nie spali - i tyle wystarczało, by wszystko stało się dla nich abstrakcyjne. Ja należałem do takich osób. Bałem się zapadnięcia w sen i nawet jeśli nachodził mnie w najmniej oczekiwanym momencie i już przymykałem oczy, coś we mnie budziło się i nie pozwalało zasnąć." - s. 278

Remigiusz Mróz przyzwyczaił mnie do tego, że można spodziewać się po nim absolutnie wszystkiego. Akcji, za którą się nie nadąża, zwariowanych twistów fabularnych, historii, której nieraz nie da się ogarnąć, bohaterów zyskujący sympatię lub wręcz odrzucających, ciągle rosnącego napięcia i co najważniejsze, zerowej szansy na zaszufladkowanie. Gatunków, po które sięgnął jest całkiem sporo. Tego się jednak nie spodziewałam. Przyznam, że gdy na targach zobaczyłam okładkę jego nowej powieści, zastanawiałam się, jak to wszystko się skończy. Tajemnica wywoływała sporo kontrowersji i nie wiadomo było, czego tak naprawdę się spodziewać. Akcja promocyjna, podsycała ciekawość i była naprawdę dobrze zaplanowana. Każdy chciał już przekonać się, o czym jest ta powieść.

To miała być podróż przedślubna, która nie udała się z wielu powodów. Filip nazywany przez wszystkich Bergiem, musiał zostać w domu. Kłopoty finansowe byłego duchownego były poważne, a w sytuacji, gdy nie można było poszczycić się doświadczeniem w CV, każda praca była na wagę złota. Ostatecznie do Ziemi Świętej udała się jedynie Aneta, jego narzeczona. Dzwoniący w nocy telefon był początkiem wydarzeń, których nie tylko mężczyzna, ale nikt nie chciałby doświadczyć. Nagłe zniknięcie samolotu początkowo kojarzono z katastrofą lub atakiem terrorystów. Wszystko by na to wskazywało, gdyby nie jeden mały szczegół. Filipowi w końcu udaje się połączyć z narzeczoną. Po drugiej stronie słyszy jednak swój głos wypowiadający niezrozumiałe dla niego słowa. Godziny mijają a spekulacji jest coraz więcej. Od czasu do czasu pojawia się sygnał z transpondera samolotu, co dziwniejsze odległości są zbyt duże, by je przebyć w tak krótkim czasie i nieprzypadkowe. Berg próbuje ustalić, co tak naprawdę się dzieje i co za tajemniczy komunikat usłyszał. Na świecie zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a wszystko to zadaje się stanowić jedynie przedsmak prawdziwej katastrofy. Zło czai się wokół i zaczyna działać coraz prężniej, a sam bohater ma coraz poważniejsze kłopoty. Jaki los spotkał pasażerów Air Hibernia? Czym w istocie są niewytłumaczalne zdarzenia i jaką rolę odegra tytułowa Czarna Madonna?



Nie od dziś wiadomo, że Remigiusz Mróz czyta Kinga i wydaje mi się, że można pokusić się o stwierdzenie, że jest on dla niego inspiracją. Śmiem twierdzić, że tak właśnie było w przypadku "Czarnej Madonny". Autor miał straszyć, przerażać, ale jednocześnie nie wypuszczać czytelnika z rąk. Czy faktycznie tak jest? Trzeba przyznać, że książka wciąga, jak to u Mroza. Zaczyna się złowieszczym wstępem, który nie wróży nic dobrego a potem jest już tylko gorzej. Już od pierwszych stron wiadomo, że zło będzie czaić się wszędzie i rosnąć w siłę. Zagadka zniknięcia samolotu, który przepadł i nagle daje o sobie znać, by zamilknąć na dalsze godziny, to jedynie preludium to całej historii. Berg po kolei zbiera wskazówki, by dojść do złowieszczych wniosków. W śledztwie pomaga mu Kinga, siostra jego zaginionej narzeczonej. Te dwie postaci ciekawie się uzupełniają, choć niewiele o nich wiadomo. Racjonalny, ale i wierzący, choć jego wiara wydaje się letnia Filip, jest zawiedziony życiem.  Tkwi nieco w przeszłości, a jednocześnie próbuje ułożyć sobie wszystko na nowo. Przez większość czasu spokojnie podchodzi do wydarzeń, choć emocje zdają się w nim buzować. Dla mnie stanowił interesujące połączenie wielu sprzeczności, nadziei i rezygnacji, spokoju i wybuchowości, wiary i racjonalizmu. Kinga jest nieco żywszą postacią, emocjonalna, troskliwa, wydaje się słaba, choć to tylko pozory. Trwa przy niedoszłym szwagrze, choć nie zawsze rozumie jego postępowanie i zdaje się mieć inne od niego zdanie. Sam pomysł na fabułę jest całkiem ciekawy, choć przywodzi mi na myśl kilka wytworów kultury. Początkowo skojarzył mi się z "Lost", "Pozostawionymi" (chodzi mi o film) i przede wszystkim z cyklem książek Tim'a LaHaye'a i Jerry'ego B. Jenkins'a. Jednak im więcej stron za mną, tym bardziej skojarzenia były jednoznaczne. 

Groza, czające się wielkie zło, narastający i paraliżujący strach, ciemność, to wszystko osacza czytelnika i wgryza się w niego. Autor gra na pierwotnych lękach człowieka, który boi się tego, co nieznane, co przewyższa jego siły, pochodzi spoza tego świata. Umiejętnie odwołuje się do doskonale znanych tekstów biblijnych, łącząc je z objawieniami i relacjami kapłanów. Wybiera motyw, który inspiruje od wieków. Nadaje swojej fabule kształt realności, czegoś, co częściowo kiedyś się wydarzy, co nie jest jedynie wymysłem pisarza, ale ma prawo przybrać realne kształty. Książka trzyma w napięciu, momentami sprawia, że chce się ją zamknąć, ale gdzieś w środku jest nadzieja, że wszystko skończy się dobrze. Zaskakujących zwrotów akcji może nie ma tak wiele, ale przyznam, że całkiem zdumiały mnie dwie rzeczy i to naprawdę poważnie. "Czarna Madonna" jest bardziej dopracowana niż niektóre z już wydanych powieści autora,  zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym, choć wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi, a wyjaśnienie pewnej tajemnicy nie było dla mnie przekonujące. Bardziej przypominało coś, co mogłoby spokojnie znaleźć się w "Chórze zapomnianych głosów". Może faktycznie było to takie Kingowe zagranie, ale ja odebrałam je jako pewnego rodzaju królika wyciągniętego z kapelusza, coś co pojawiło się w nieuzasadniony i nieprzekonujący mnie sposób i kłóciło mi się z tym, do czego odnosi się autor. Szkoda również, że samego nawiązania do tytułu nie ma zbyt dużo. Podziwiam i jednocześnie współczuję gromadzenia i zaznajamiania się z materiałem do napisania "Czarnej Madonny", ja bym się nie odważyła. 



Gdybym wiedziała, o czym jest ta książka, w życiu bym po nią nie sięgnęła. Ba, pewnie bym próbowała ją odesłać. To literatura, której nie czytam, a wręcz omijam szerokim łukiem. Stało się jednak tak, że wylądowałam z nową powieścią Remigiusza Mroza na 12 godzin w autokarze. Nie czytałam przez cały czas, jednak podczas lektury wierciłam się niemiłosiernie. Wcale nie chodzi o moje przekonania, po prostu nie lubię tej tematyki, nie lubię się bać w tym sensie. Remigiusz Mróz sięgnął po temat, który wielu przeraża właśnie tym, że nie jest wytworem wyobraźni, ale realną rzeczywistością. Lektura wywoływała we mnie przeróżne uczucia, od strachu przez dyskomfort, po zdenerwowanie. I tu przytoczę słowa samego autora "Nigdy więcej!". Jeśli napisze jeszcze coś, o tej samej tematyce, proszę szanownego autora, by dał mi znać, bo nie chce skończyć przedwcześnie żywota, padając na zawał! Jeśli jednak lubicie grozę, powieści przepełnione ciemnością i złem, które staje twarzą w twarz z czytelnikiem, to "Czarna Madonna" jest zdecydowanie dla was. Ściskająca za gardło, napawająca strachem, wciągająca, dobrze zbudowana, momentami zaskakująca. Może to nie krwisty horror, ale na pewno powieść z solidną dawką grozy i strachu. Taka, która pozostawia czytelnika bezradnym, skołowanym, przestraszonym. Wsiadajcie zatem na pokład Air Hibernia, zapnijcie pasy i nie mówcie, że was nie ostrzegałam. Czy przetrwacie lot? Co znajdziecie po tamtej stronie? Przekonajcie się sami. Ja powiem jedno, to dobra powieść, ale nie na moje nerwy ;).




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 

Remigiusz Mróz, Czarna Madonna, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.  



piątek, 30 czerwca 2017

Waleczne serce - Monika Piątkowska "Prus. Śledztwo biograficzne"



"Aby już nic nie wymknęło mu się spod kontroli, Aleksander wdrożył w życie coś, co było swego rodzaju samoobserwacją lub autotresurą. Uznał, że choć wiele jest w nim "niedoskonałości", ma jednak jakiś charakter i może go nawet rozwinąć, byle tylko, jak pisał, "czuwać, ciągle czuwać nad sobą" (ZN). Niczym surowy nauczyciel postanowił sumiennie rozliczać się z wyników: pracował po osiemnaście godzin na dobę, mniej spał, rzucił palenie i ćwiczył pamięć, regularnie czytając notatki. Praca ta była prawdziwie katorżnicza, aby się więc jakoś do niej zmotywować, tłumaczył sobie w zeszycie, że dzięki niej będzie mógł wreszcie "zostać człowiekiem wielkim", o co mu "najwięcej chodziło"." - s. 158

Pamiętam jak będąc w liceum prowadziłam z mamą dysputę o literaturze pozytywistycznej. Mówiłam, że podobała mi się bardzo "Lalka". Stanisław oczarował mnie i wywołał dużo emocji, bo był postacią łączącą wiele sprzeczności, polubiłam poczciwego Rzeckiego i zżymałam się na Izabelę Łęcką, której do dziś szczerze nie cierpię. Mama zaś bardziej darzyła sympatią "Nad Niemnem", w którym mi czegoś jednak brakowało. Uznałam wyższość powieści Prusa i to zdanie się nie zmieniło, ale to sprawa gustu :). 

Gdy zobaczyłam zapowiedź książki Moniki Piątkowskiej stwierdziłam, chcę to przeczytać! Ja, która do niedawna jak ognia unikałam wszelkich biografii, ale człowiek w końcu dojrzewa, prawda? Zasiadłam zatem do lektury i przeniosłam się do całkiem innego świata. Bolesław Prus, pisarz owiany legendą, nieustanny konkurent Henryka Sienkiewicza, człowiek naznaczony cierpieniem fizycznym, ale bardziej psychicznym. Dziecko z opóźnieniem uznane przez ojca i porzucone przez niego. Sierota, która tułała się po rodzinie, wędrując od zgorzkniałej, surowej babki, przez wujostwo, które nie darzyło go uczuciem, choć malec o nim marzył, do osobliwego brata. Zbuntowany chłopiec dokazujący na lekcjach i powtarzający klasę, z czasem wzorowy uczeń, nadal skory do psot, ale obowiązkowy. Patriota, który wyruszył do walki w powstaniu styczniowym. Student, kronikarz, satyryk, inteligent. Mąż, kochanek, ojciec, opiekun. Człowiek całe życie walczący ze światem i z sobą. Udowadniający, że może więcej, ale jednocześnie boleśnie i ciężko znoszący porażki. Drażliwy i wrażliwy. Komentator, pasjonat słowa, dziennikarz, ironista. Z kart książki wyłania się Aleksander Głowacki, który niejedno ma imię. To niewątpliwie ciekawy, choć wzbudzający pewną dozę litości człowiek. Mężczyzna owładnięty całą paletą lęków, które skutecznie utrudniały mu życie i normalne funkcjonowanie. Zapisujący nerwowo całe szeregi określeń, próbujący na papierze uspokoić myśli i ogarnąć świat, pisarz. Społecznik, który upominał się o konkretne czyny, nawet gdy tracił przez to czytelników. Bystry obserwator bezlitośnie piętnujący zło i wszelkie przywary, zwłaszcza własnej rodziny. Samotna osoba, która całe życie poszukiwała uczucia i zdaje się, że go nie odnalazła. W końcu zaś opiekun powielający błędy swojego wujostwa.



Bolesław Prus mimo, że wyglądał niepozornie, okazał się ogromnie ciekawą osobą. Inteligentem, który pragnął być kimś wielkim. Opowieść o jego życiu wciąga, jest tekstem nie tylko o interesujących losach pisarza, ale rzuca światło na życie w tamtej epoce, ukazuje mentalność ludzką. Autorka portretuje człowieka, który całe życie musiał zmagać się z przeciwnościami losu. Pracował wiele godzin, by utrzymać rodzinę. Spędzał czas na zapisywaniu najróżniejszych notatek, obserwacji, z niemal matematyczną precyzją starał się uporządkować rzeczywistość, co dawało mu niejakie poczucie bezpieczeństwa i koiło stale skołatane nerwy. Wymagał ogromnie wiele, choć najsurowszym sędzią był dla siebie. Przyjaciół otaczał troską i ciepłem, wydaje się, że był dla nich lepszy niż dla swojej rodziny. A do tej miał ogromny żal za surowe, zimne dzieciństwo i  wiele rozczarowań. Jego małżeństwo wydało mi się swego rodzaju wykalkulowanym związkiem, który był, co prawda spokojny, ale dość nudnawy, chwilami odnosiłam wrażenie, że wręcz nieudany, mimo anielskiej cierpliwości żony pisarza. Sprawy społeczne zajmowały ważne miejsce w jego sercu i wiele czasu. Uważał, że dziennikarz powinien przykładać wielka wagę do swojego tekstu, skupiać się na najważniejszych rzeczach, jeśli chodzi o sprawy dotyczące społeczeństwa. Z dużą dozą ironii piętnował przywary, obłudę, głupotę. Często wychodził przed szereg i niejednokrotnie był krytykowany za swoje podejście, które wielu się nie podobało. Jako pisarz przez długi czas był niedoceniany, stawiany na drugim miejscu. Pisał jednak dalej, choć wiele zapisanych pomysłów nie ujrzało światła dziennego lub pozostało niedokończonych. Mimo wad i problemów, był wielkim człowiekiem, światłym, inteligentnym, bystrym, miał poczucie humoru, choć często doskwierał mu smutek, strach i żal. 

Monika Piątkowska wykonała iście tytaniczną pracę. Z pasją przedzierała się przez książki, wspomnienia, relacje, artykuły, by przybliżyć czytelnikowi postać autora "Faraona". Nie stroni od przedstawiania trudnych faktów, niewygodnych opinii. Szczerze i ciekawie nakreśla przebieg życia Jana w Oleju. Ukazuje jego zabawny rys, zacięcie humorystyczne, ale równocześnie troskę o najuboższych i wszystkich, którzy potrzebują pomocy. Niezłomność w poglądach, które niejednokrotnie były nierozumiane czy wręcz wyśmiewane. Zmaganie się z lękami, szczególnie tymi, które uniemożliwiały mu podróżowanie, a z czasem nawet zwykłe opuszczanie domu. Zaznacza, że ciężkie dzieciństwo odcisnęło się bolesnym piętnem na jego dalszym życiu, ale nie zapobiegło błędom w wychowaniu Emila Trembińskiego. Wspomina również o rywalizacji z autorem "Trylogii", nieustannie obecnej w życiu Głowackiego. Opowiada o miłosnym życiu pisarza, które zaowocowało spokojnym, nieco nudnym małżeństwem oraz romantycznymi uniesieniami i romansami. Autorka przedstawia portret człowieka ciężko pracującego nad każdym słowem, zmagającego się z trudnymi warunkami życia, wystarczy wspomnieć o licznych pożyczkach, jakie zaciągał dziennikarz, pracowitego, ale i chorowitego. Ograniczonego przez swój stan psychiczny, którego się wstydził. 

Sięgając po "Prus. Śledztwo biograficzne" miałam nadzieję, że tytuł nie okaże się zwodniczy, że będzie to prawdziwe śledztwo w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę był jeden z najznakomitszych polskich pisarzy. Nie zawiodłam się. Książka obfituje w przeróżne fakty z życia autora "Emancypantek", jest niezwykle obszernym i wyczerpującym materiałem. Czasem styl Moniki Piątkowskiej przechodzi w znany mi ze studiów uniwersytecki ton, ale biografię czyta się naprawdę dobrze. Podzielona na rozdziały, okraszona licznymi cytatami, odniesieniami do twórczości, jest naprawdę świetną i interesującą pozycją do dłuższego czytania, ponieważ jest tu naprawdę sporo wiedzy. A co najważniejsze, autorka udowadnia, że to, kim był bohater książki najlepiej odzwierciedla się w jego twórczości, przepełnionej osobistymi dylematami, wspomnieniami, przeżyciami. Gorąco polecam!



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak


Monika Piątkowska, Prus. Śledztwo biograficzne, wyd. Znak, Kraków 2017. 


czwartek, 22 czerwca 2017

Wędrówka w poszukiwaniu sensu - Marek Kamiński "Idź własną drogą"




"Camino skonfrontowało mnie z samym sobą. Zrozumiałem, że spotykając innych ludzi, tak naprawdę spotykam samego siebie. Spotykając cudze problemy, w jakimś sensie spotykam swoje. W związku z tym łatwiejsze było życie w pewnej izolacji od tego." - s. 156

Niezmiennie zachwycają mnie ludzie, którzy przełamują kolejne bariery. Osoby głodne życia, ciekawe świata, inteligentne, poszukujące. Do tego grona niewątpliwie zalicza się Marek Kamiński, podróżnik, zdobywca biegunów, w tym jednego z Jaśkiem Melą, wyznaczający sobie kolejne zadania założyciel fundacji, wędrowiec, do tego głowa rodziny i człowiek naprawdę godny podziwu.

"Każdy musi odkryć w życiu własny biegun. Później wystarczy go zdobyć", mówi bohater rozmowy z Joanną Podsadecką. I wokół tego zdania zdaje się ogniskować nie tylko cała treść książki, ale życia każdego człowieka. Odkrywanie swojego miejsca zdecydowanie nie jest prostym zadaniem, często trwa wiele lat. To trochę taka polska droga, często biegnąca przez prawie niezamieszkane miejsca jak np. w Bieszczadach, pełna dziur, w które się wpada, czasami pnąca się pod górę, innym razem ostro spadająca w dół, kręta, z niemałą liczbą serpentyn, różnie oznakowana, miejscami naprawdę dobra, zawsze jednak prowadząca do celu. Sam podróżnik przyznaje, że poszukiwania nigdy się nie kończą. Zawsze znajdzie się coś, czego jeszcze nie wiemy na swój temat, co nas rozwinie. Osobowość oczywiście kształtuje się od najmłodszych lat, ale w każdym wieku, są doświadczenia, które zmieniają człowieka.

"Odwaga, wbrew pozorom, nie jest brakiem strachu. Nie polega na nieodczuwaniu strachu, ale uznaniu, że jest coś ważniejszego niż lęk. Strach przed nami coś zamyka, a przecież chodzi o to, by otwierać się na nowe możliwości, odsłaniać nieznane lądy. Strach nas więzi, więc to logiczne, by dążyć do uwolnienia." - s. 31



Dzieciństwo Marka Kamińskiego to przede wszystkim samotność przebywania w szpitalach i sanatoriach. Długie godziny spędzane na salach z dala od bliskich, często z personelem, który był bardzo oschły lub wręcz straszył dzieci. To doświadczenie zahartowało chłopca, usamodzielniło go i skłoniło do czytania, bo w lekturach odnajdywał to, czego potrzebował. Dzięki książkom przeżywał przygody, poznawał świat. Z nich wyłonił się apetyt na podróże, które zaczęły się bardzo wcześnie, za zgodą rodziców. Potem był okres studiów i fascynacji filozofią, docierania do sensu istnienia, długich dysput i rozmyślań. W końcu zaś wyjazd do Niemiec. Z czasem pojawiły się kolejne wyprawy w najróżniejsze miejsca świata. Za trudami podróży, zmaganiem się z pogodą, naturą i własnymi ograniczeniami przyszła sława, która jednak nie uderzyła bohaterowi do głowy, w zasadzie nie miał na to czasu. Po jednej ekspedycji przychodziła następna, życie stało otworem a ciekawych miejsc i wyzwań nie brakowało. Zaproszeń na rożne prelekcje pojawiało się coraz więcej. Marek Kamiński starał się je przyjmować, ale miał także świadomość, że nie może wszędzie być. Zakiełkowała w nim myśl, by ukonkretnić bardziej to, czego nauczyły do ekspedycje, by stworzyć program, który pomoże zarówno dzieciom jak i dorosłym. 

"Życie nauczyło mnie, że granice na ogół są sztuczne, że szlabany zbudowane są z obaw albo braku wiedzy. Granice są najczęściej w naszych głowach." - s. 28

Wszystko o czym czytałam na kartach zdaje się potwierdzać tę tezę. Samotne wyprawy jako chłopiec, późniejsze ekspedycje, szczególnie ta z Jaśkiem Melą, ciągłe powracanie do bycia w drodze, to coś charakterystycznego dla Marka Kamińskiego. Nie chodzi jednak tylko o przełamywanie barier, określanie, ile jeszcze jest w stanie znieść ciało, jaką wytrzymałość ma człowiek. To również zgłębianie wiedzy i poszukiwania duchowe. Byłam zdumiona szerokimi horyzontami podróżnika, lekturami, które do łatwych nie należą, wyciąganymi wnioskami, łączeniem życia duchowego z jogą. Zdrowym podejściem do wielu tak różnych od siebie rzeczy, które bardzo często zdaję się sobie przeczyć. Zdobywca biegunów zdecydowanie nie daje się zaszufladkować a do wszelkich nowości podchodzi z otwartością, ale i rozwagą. Przypomina, że największym problemem jest to, co nosimy w sobie. Nasze podejście, lęk, obawa przed reakcją otoczenia, brak wiary we własne możliwości czy w końcu wątpienie w sukces to najczęstsze przyczyny, dla których marzenia pozostają niezrealizowane. On ustosunkowuje się wobec sytuacji inaczej, nie uda się to trudno, ważne, by próbować, dać z siebie wszystko. Powiedziałabym, nieco niewspółczesne podejście w świecie sukcesów i nastawienia na wyniki. A jednocześnie to najbardziej naturalna postawa, starania się, podejmowania wyzwań, poznawania siebie i budowania poczucia własnej wartości. Stawiania czoła rzeczywistości i podchodzenia z pokorą zarówno do sukcesu jak i porażki, które są nieodłączną częścią życia.



Kolejnym ważnym punktem jest dla mnie podkreślenie tego, że istnieje medytacja chrześcijańska, którą można praktykować np. u Ojców Dominikanów i że jest to bardzo pomocna w rozwijaniu wiary praktyka. Jogę bohater traktuje jako formę aktywności fizycznej i nie widzi w niej niczego złego. Skojarzyło mi się to z pewnym artykułem, w który czytałam, że nazbyt rozrosło się przekonywanie, że wszystko jest niebezpieczne, jakbyśmy zwątpili we wszechmoc Boga. Interesująco brzmi wspomnienie o podroży z dziećmi i o tym, że czasami to droga nas prowadzi a nie my podążamy ustaloną trasą. Marek Kamiński nie boi się mówić o tym, że będąc ojcem rodziny potrzebuje też swoich wypraw, jakiejś dozy samotności, czasu na rozmyślanie i bycie ze sobą. Sama wyprawa do Camino przez wielu była uważana za dość specyficzny i nie bardzo "spektakularny" wyczyn, ale podróżnik stwierdził, że robi to dla siebie, to była jego duchowa wędrówka, która miała pogłębić wiarę. Santiago de Compostela dało bohaterowi kolejną życiową lekcję, jak każda wyprawa nauczyło go pokory, ale wydaje się, że nieco innej niż ekspedycja na biegun czy zdobywanie szczytów.  


"A ja wierzę, że "przypadek" to inna nazwa na posunięcia Pana Boga. Że on się objawia właśnie poprzez tak zwane przypadki." - s. 30

Niesamowitych zdarzeń w życiu rozmówcy Joanny Podsadeckiej jest dość dużo. Najbardziej jednak obfituje w nie droga, którą przebył do grobu św. Jakuba. Ten szlak słynie z tego, że udają się nim ludzie pragnący pogłębić swoją wiarę, spotkać Boga, odnaleźć się, podziękować lub prosić o coś. Czytając o tym co dzieje się na owej trasie, budzi się we mnie jakaś tęsknota, coś zdaje się mnie pchać ku temu, by pewnego dnia wyruszyć na pieszą wędrówkę właśnie do Santiago de Compostela. I tu zdaję się doskonale rozumieć Marka Kamińskiego i ten niezgłębiony bodziec, który szepcze, idź tam. A droga jest osobliwa, nagle znajduje się na niej długo poszukiwaną łyżeczkę, spotyka ludzi, którzy noszą w sobie to, co nas najbardziej przeraża, z czym sami się zmagamy lub takich, którzy przepełnią nas zachwytem. Otwartość z jaką pielgrzymi dzielą się swoimi historiami zdumiewa, nie ma tematów tabu. Wydaje się, że nigdzie indziej mówienie o tym, co chowa się przed światem, nie przychodzi tak naturalnie i nie do końca wiem, czy sprzyja temu to, że prawdopodobieństwo spotkania kogoś z tego szlaku jest nikłe czy fakt, że tam nie będzie się ocenianym. Takich przypadków, gdy odkrywamy coś pięknego lub wręcz przerażającego jest w tej rozmowie wiele. Mnie tak zafascynowało to, o czym wspomina bohater, że postanowiłam przeczytać "Trzeci biegun".

Może coś się we mnie zmieniło, że ostatnio czytam dużo biografii, wywiadów i książek trudniejszych, ale pewne jest to, że "Idź własną drogą" mnie oczarowało. Poznałam Marka Kamińskiego nie jako podróżnika, ale filozofa, chrześcijanina i człowieka pełnego głębi, stale poszukującego. Świetna rozmowa z Joanną Podsadecką jest lepsza niż wiele powieści, które przeczytałam. Widać, że rozmówcy dobrze się rozumieją, czytają wymagające lektury, szukają odpowiedzi na fundamentalne pytania i są ciekawi świata. Uderzyła mnie nie tyle szczerość tego wywiadu, co wgłębianie się w psychologię, religię, filozofię, czego absolutnie się nie spodziewałam. Przyznam, że to bardziej motywująca pozycja niż niejedna z książek, które przeczytałam. O czym jest "Idź własną drogą"? O człowieku głodnym życia, ciekawym świata, poszukującym, odważnym. Kimś, kto nie boi się stawiać sobie wyzwań i pytań, przełamywać barier i kto tego samego uczy innych w swojej fundacji. O nauce pokory, mądrości, siły i odwagi. Lekki styl rozmówców, ważne i szalenie wciągające tematy, masa informacji do przemyślenia, piękne zdjęcia, mówią same za siebie. Rozpoczynając lekturę "Idź własną drogą" przepadniecie, a po skończeniu będziecie żałować, że ten wywiad ma tak mało stron. Podsumowując, jedna z najlepszych książek, jakie czytałam.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Marek Kamiński, Joanna Podsadecka, Idź własną drogą, wydawnictwo WAM, Kraków 2017. 

piątek, 16 czerwca 2017

Szukając motywu - Przemysław Borkowski "Zakładnik"



"Gdy chcesz się czegoś dowiedzieć, nigdy nie pytaj o to wprost. Zataczaj kręgi. Najpierw szerokie, potem coraz węższe. Ta metoda jest skuteczna zwłaszcza wtedy, gdy sam nie wiesz, czego szukasz. Zacieśniając krąg, odsiewasz rzeczy ważne od mniej ważnych i skupiasz swoją uwagę na tych pierwszych. Odpowiedź w końcu pojawi się sama. Czasami wraz z niezadawanym nawet jeszcze pytaniem". - s. 331

Czasem zachowanie człowieka może być niezrozumiałe. Każdy jest inny i kieruje się różnymi pobudkami. Na jednych wpływają mentorzy, na innych wszelakie emocje i bodźce, są osoby, które działają dopiero po gruntownym przemyśleniu sprawy. Co jednak zrobić, gdy było się uczestnikiem wydarzenia, które na pozór jest całkowicie pozbawione sensu? Gdy dochodzi do tragedii i nie ma żadnego jej uzasadnienia i rozwiązania? 

To miał być szybki występ w telewizji, kilka słów wypowiedzianych na wspomniany w materiale temat. Życie jednak zaserwowało Zygmuntowi Rozłuckiemu istny rollercoaster wrażeń. Podczas programu w telewizji śniadaniowej dochodzi do tragicznego i całkiem niezrozumiałego zdarzenia. Pewien człowiek wkracza do studia, bierze zakładników i domaga się transmisji jego oświadczenia. W czasie pertraktacji, w których główny bohater spełnia rolę mediatora dochodzi do zabicia jednego z pracowników telewizji. Po tym zdarzeniu władze stacji uginają się i zgadzają na spełnienie żądania Dariusza Jakubca. Po wygłoszeniu całkiem bezsensownego komunikatu mężczyzna odbiera sobie życie. Wydarzenie na tyle wstrząsa Karoliną Janczewską, młodą, obiecującą dziennikarką, że postanawia znaleźć powody, dla których doszło do tragedii. Wraz z Zygmuntem będzie starała się odkryć prawdę. Prywatne śledztwo tej pary doprowadzi ich do zniknięcia i śmierci, która wydarzyła się 20 lat wcześniej. Jak doszło do tego wydarzenia i czy jest ono powiązane z obecną sprawą? Czy bohaterom uda się ustalić, co stało za dziwnym komunikatem Dariusza Jakubca?

"Zakładnika" czytałam w drodze do i z Warszawy. Zaczęło się od spotkania z ironicznym i wypalonym psychologiem, który zmarnował swoje życie, tkwi w marazmie i egzystuje jedynie dzięki dobremu sercu swojego profesora, by potem przejść do wydarzenia, po którym moje oczy zrobiły się naprawdę duże. Dziwny napastnik, niespodziewana śmierć, potem niezrozumiałe słowa wypowiedziane przed kamerą i samobójstwo. Pierwsze podejrzenie zostało rozwiane, ale pojawiła się druga myśl. Wraz z rozwojem akcji wiedziałam, że wytypowałam dobrze, jeśli idzie o powód, ale o co chodziło. Nic nie wydawało się łączyć, pojawiali się kolejni bohaterowie, którzy mieli naprowadzić Zygmunta i Karolinę na jakiś przełom w śledztwie, tymczasem prawda nadal pozostawała zakryta. Autor dawkuje czytelnikowi wiedzę, sprytnie żongluje emocjami, przeskakuje między szukaniem odpowiedzi a relacją między dziennikarką i psychologiem. Umiejętnie dodaje nieco informacji z przeszłości i wciąga. Jeśli chodzi o bohaterów to chętnie przeczytam o nich po raz kolejny. Zygmunt jako wypalony psycholog, człowiek żyjący z piętnem przeszłości, znajdujący się na skraju upadku doskonale kontrastuje z pełną życia, pochodzącą z dobrej rodziny, bystrą i żywiołową Karoliną. Bardzo wiele ich dzieli, ale świetnie się uzupełniają i potrafią wykazać się sporą dawką ironii i inteligencji. On nie pragnie już niczego, żałuje wielu rzeczy popełnionych w przeszłości, wie, że traumy niszczą mu życie, tym bardziej, że mechanizmy psychologiczne nie mają przed nim tajemnic. Ona ma chrapkę na życie, pragnie zrobić karierę, czerpać z codzienności garściami, choć wydaje się, że na polu miłosnym zbyt wiele szczęścia nie ma. Barwną postacią okazał się również Rafał Sądecki, który batalie z byłą dziewczyną rozgrywał na płaszczyźnie informator-policjant. Co mnie zaskoczyło to naprawdę spora dawka informacji z zakresu psychologii i bardzo zróżnicowane postaci, nawet jeśli idzie o bohaterów drugoplanowych. Długie trzymanie czytelnika w niepewności to duży plus powieści, a samo zakończenie również zaskakuje.



"Zakładnik" to zdecydowanie lektura, przy której trzeba ruszyć głową, wyłapywać pewne informacje, ale zarazem taka, która trzyma w napięciu i pozwala niejednokrotnie się uśmiechnąć, gdy stykamy się z ironią bohaterów. Dopracowany wątek tajemnicy z przeszłości, ciekawe śledztwo, intrygujący bohaterowie, sprawiają, że powieść pochłania się naprawdę szybko. Dla wszystkich miłośników zagadek i kryminałów oraz lubujących się w psychologii książka Przemysława Borkowskiego to lektura obowiązkowa. Jest dla mnie w niej coś nostalgicznego, pewnie tak kojarzy mi się styl pisarza, ale cóż w tworzeniu tekstów ma doświadczenie :). Wszystkich miłośników kabaretowej twórczości autora zapewniam, że humor również jest tu obecny, dyskretny i cięty, taki jak lubię :). Powieść stawia ciekawe pytania i problemy, o których nie mogę powiedzieć, by nie spoilerować, ale to naprawdę interesująca pozycja, która zapewnia nie tylko rozrywkę, ale i chwilę refleksji, szczególnie nad ludzką emocjonalnością i psychiką. Jednym słowem - kawał dobrej literatury. 

A na koniec Przemysław Borkowski to naprawdę sympatyczny i pozytywny człowiek, o czym mogłam się osobiście przekonać na Warszawskich Targach Książki, gdzie na szczęście nie zdradził mi o co chodzi w "Zakładniku" ;). Panie Przemysławie, dziękuję za miłe spotkanie i mam nadzieję, że następnym razem uda nam się porozmawiać wyczerpująco o książkach :).



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona. 

Przemysław Borkowski, Zakładnik, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.