sobota, 18 listopada 2017

W świecie intryg - Maria Paszyńska "Krwawe morze"



"Pamiętaj jednak, że choć z pozoru wszyscy jesteśmy różni, w głębi duszy jesteśmy bardzo podobni. Tak naprawdę tylko sytuacje, w których się znajdujemy, okoliczności, które nas kształtują, są odmienne, lecz każde człowiecze serce pragnie miłości, a gdy jej nie otrzyma lub ktoś mu ją odbierze, musi zaspokoić się władzą. Te dwie namiętności rządzą światem ludzi: są w stanie wywyższyć chłopa i zrzucić na dno jego pana. Pozycja człowieka nie ma tu znaczenia. Ktokolwiek zaś pozwoli, by go prowadziły, będzie kradł, zabijał, kłamał, zdradzał, pewny, że postępuje dobrze, bo wszystkie te zbrodnie służą jego sprawie." - s. 241

Minęły lata odkąd Mehmed Pasza Sokollu zostawił małą Jelenę w rękach Nurbanu. Przez ten czas dziewczyna zasmakował ogromnej samotności, odrębności od pozostałych dziewcząt, które były w tej samej sytuacji, co ona, lęku, koszmarów a także ogromnego przywiązania do sułtanki. Otoczona pięknem i przepychem wschodniego dworu, opieką władczyni, zauroczona nowym miejscem zdawała się chwilami zapominać o swojej niedoli i pragnieniu zemsty za doznane krzywdy. Kształciła się, jako jedyna przebywała sam na sam ze swoją panią i była nie tylko jej ulubienicą, ale nawet kimś na kształt przybranego dziecka. Mimo rad, jakich udzieliła jej niegdyś Nurbanu, że w świecie władzy każdy używa każdego do osiągnięcia swojego celu, a nic nie jest za darmo, Birgül zdawała się przy niej rozluźniać. Zmęczona codziennymi niesnaskami, wszechobecnymi oczami i szpiegami śledzącymi wszystkich dziewczyna pozwalała sobie na uśpienie naprężonej czujności. Wierzyła, że może czuć się bezpieczna. Mijał czas a ona poznała pierwszy i szaleńczo silny poryw serca. Zatracona w upajającym uczuciu nie dostrzegła zbliżającego się niebezpieczeństwa i rozgrywki, w której stanie się pionkiem. Tymczasem Sokollu zmagał się z wypełnieniem obietnicy, jaką złożył zmarłemu władcy. Wszelkimi siłami starał się utrzymać świetność Imperium Osmańskiego rządzonego przez słabego, podatnego na wpływy i rozkochanego w hulaszczym trybie życia sułtana Selima. Przypadkowy pożar, który strawił wielką część miasta, zbliżająca się wojna ze Świętą Ligą, oblężenie Famagusty. Ktoś inteligentnie pociąga za sznurki, dbając o swoje interesy tak przebiegle, że nawet przenikliwemu wezyrowi umykają pewne rzeczy. Kto pragnie zagłady jednego z największych państw ówczesnego świata? Jak uniknąć zagrożenia, uspokoić wzburzone wojsko i niepokój narastający w społeczeństwie? Sokollu stanie przed nie lada trudnym wyzwaniem. Dwie potęgi staną naprzeciwko siebie, by walczyć nie tylko o władzę, ale i wpływy. A losy świata spoczną w rękach jednego człowieka.

Nowa książka Marii Paszyńskiej przeniosła mnie do świata blichtru, przepychu, wschodniej rozrzutności. Ukołysała egzotycznym klimatem, feerią barw bajecznych komnat, grą światła i cienia, by potem wrzucić w kolejne potyczki o władzę. Autorka zabiera bowiem czytelnika z chylącej się ku upadkowi Famagusty, wypełnionej śmiertelnie zmęczonymi, brudnymi, głodnymi obrońcami, którzy mimo braku jakichkolwiek środków nadal nie poddają twierdzy, do bezpiecznych komnat sułtańskiego pałacu, w którym władca oddaje się rozrywkom. Prowadzi go za rękę ulicami Stambułu do tajemniczego mężczyzny, pragnącego zrealizować swój szaleńczy plan i kształtować historię, by następnie podążyć do pewnej jaskini, w której rodzi się pierwsza miłość dwójki czystych, młodych osób. Pokazuje dualny świat, w którym bieda ściera się z niezmiernym bogactwem, siłą ze słabością, mądrość z gnuśnością i słabością charakteru, przebiegłość i szaleństwo z oddaniem sprawie, miłość z zazdrością i chłodną kalkulacją, odwaga z brawurą. Pisarka pięknym językiem kreśli świat pełen intryg i to na przeróżnych szczeblach. Pokazuje piękną, złotą klatkę, w której poczucie wolności to jedynie ułuda. Sułtański dwór, przepełniony szpiegami oraz usłużnymi donosicielami. Nawet dobroć i łaska władczyni zdają się jedynie mirażem, a słowa, że nic nie jest za darmo wybrzmiewają gorzkim i niezmiernie prawdziwym tonem. Uczucia przywiązania, tkliwości, sympatii, łaski wydają się iluzją. Istnieją, by potem rozbić boleśnie wszelkie wyobrażenia, których nabierają mieszkanki haremu. Z kart książki bije smutna refleksja o wspaniałym, kolorowym, bajkowym świecie, w którym nie ma prawdziwej wolności i więzi a ludzie to jedynie narzędzia do osiągnięcia danego celu. Boleśnie przekonuje się o tym Birgül. To walka o władzę oraz pragnienie zemsty stanowi główną siłę napędową dostojników Stambułu. Mimo przywiązania i pewnej dozy czułości, brak tu prawdziwych uczuć. Sułtanka czuje sympatię i żal do swojego władcy, który podziela tę tkliwość, a jednak niesiony wzburzeniem odsłania gorzką prawdę, że jego wybranka, jest nie tyle człowiekiem, co własnością,  rzeczą, która miała być mu posłuszna.



Mimo pesymistycznej konstatacji nad złotą klatką, w której za każdy okruch dobra prędzej czy później przyjdzie bohaterom zapłacić, w którym żadna chwila ani relacja nie jest pewna, gdyż wszystko zależy od chwiejnej woli władcy i jego usłużnych donosicieli, w którym ciężko nieraz odróżnić prawdę od fałszu, pojawiają się tu promienie światła. Jest miłość, która zakwita w jednej chwili i czyni świat pięknym, ale jednocześnie usypia czujność i ostrożność. Uczucie, pozwalające oddychać pełną piersią, dające namiastkę wolności w niewolniczym świecie. Nie tylko Nurbanu czy Jelena są tu czyjąś własnością, ukochany dziewczyny również nie może decydować o własnym losie. Właściwie można by rzec, że niemal całe imperium to jeden wielki plac niewolników, w którym człowiek znaczy tyle co nic, a może inaczej, jego wartość określana jest miarą przydatności. W którym o twoim losie decydują inni, nawet bliscy. Gdzie marzenia i pragnienia nie liczą się, bo wola rodziców i władców jest ważniejsza. Wydawać by się mogło, że w rzeczywistości przepełnionej podstępami, walką o zaszczyty, niesnaskami, utrzymywaniem się na pozycji, nie ma altruistycznych zachowań, nie ma prawdziwych uczuć i relacji. A jednak człowiek jest istotą przeznaczoną do miłości, która znajdzie go w każdych warunkach. Pytanie tylko, co z nią zrobi. Czy pozostanie niespełniona jak u Nurbanu, czy podejmie próbę zawalczenia o nią. Jak słusznie zauważa Birgül bez miłości wolność nie istnieje, tylko ona czyni człowieka wolnym nawet wśród niedoli. Szczególnie w świecie politycznych gier, w którym króluje podmiotowość i wieczny strach.

Tytuły i bogactwa nie czynią nikogo szczęśliwym, zdaje się mówić Maria Paszyńska. Pozwalają ukryć się za wygodnym życiem, założyć jedną z całej gamy masek i trwać w czujności, bo nigdy nie wiadomo, z której strony nadejdzie zagrożenie. Czynią człowieka gniewnym, zagubionym, niespełnionym, jeśli nie ma predyspozycji i ambicji do władania krajem. Sprawiają, że zapomina, kim naprawdę jest. A jednak okoliczności sprawiają, że syn staje się pionkiem w grze matki lub ojca, władca w rękach doradców. Karuzela chciwości i pożądliwości nakręca się i krzywdzi kolejnych ludzi, a wszystko to na tle wspaniałych pokojów, cudownych zapachów, wśród przepięknych kobiet,  w sercu szeroko pojętej wojny. Kosztem pozbycia się marzeń, wolności, radości. Nawet sułtan staje się zakładnikiem pozbawionym prawa do decydowania o sobie, uzależnionym od innych. Ale w tym dziwnym orszaku nieszczęśników nie brak i ludzi szlachetnych, oddanych mądrości, sprawie, wyższym ideom. To oni błyszczą na firmamencie tej historii. Nieustępliwi, odważni, porywczy, ale dobrzy i prawdziwi.

Maria Paszyńska stworzyła czarującą historię o smaku orientu. Przysiada z czytelnikiem, by snuć opowieść o nieszczęśliwych władcach, zakładnikach ambicji innych oraz niewolnikach, którzy mimo swojej sytuacji pozostali wolni w przekonaniach i porywach serca. Uwodzi zwiewną zmysłowością, pierwszym uczuciem, bajecznymi wnętrzami, psychologią niektórych postaci, by potem zrzucić czytelnika w rzeczywistość krwawych zdarzeń, okrutnych tortur, szaleńczych podstępów. Dopracowanym i literackim językiem opowiada o historycznych wydarzeniach z wielką dokładnością i urokiem. Jak zwykle w jej powieściach zdumiewa dbałość o szczegóły, dopieszczenie książki i łatwość z jaką płynie się przez tekst. Dziś to cecha zaledwie kilku pisarzy, z czego tylko jeszcze jednego twórcy w podobnym do autorki wieku. "Krwawe morze" to książka z jednej strony brutalna i smutna, dość pesymistyczna nawet. Z drugiej zaś nie brak tu światła i siły, bo w każdym miejscu i położeniu można pozostać sobą, walczyć, starać się. I nie zwycięstwo jest tu najważniejsze, co sama walka. Akt woli, który nie pozwala na upodmiotowienie. Czy warto dać się porwać powieści? Zdecydowanie tak. Ale nie liczcie na łatwą lekturę. Jest piękna, mądra, ale to nie czytadło. "Krwawe morze" zostawi was z licznymi pytaniami i refleksjami, bo taka właśnie jest istota dobrej literatury, tej przez wielkie "L". Zostaje w człowieku i mówi. A o czym? Przekonajcie się sami.




Maria Paszyńska, Krwawe morze, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.  

czwartek, 16 listopada 2017

Biografia Trójcy Świętej - Maria Miduch





Pamiętam, jak dostałam "Biografię Boga Ojca" to było już jakiś czas temu, a jednak ta książka pozostała dla mnie najważniejszą z wszystkich napisanych przez Marię Miduch. To było trochę jakby ktoś nauczył mnie głębiej oddychać, jakby pokazał mi światło. Na jej kartach poznałam Boga, który mimo wszelkich moich religijnych lektur, udziału w spotkaniach był dla mnie kimś zupełnie nowym. A może powinnam inaczej napisać, w końcu dotarło do mnie, jaki Pan jest naprawdę. Słowa stały się żywe i realne. Ta książka została ze mną na dłużej, kazała mi myśleć o Nim więcej, szukać, zagłębiać się we wiarę. Konfrontować własne przekonania, to z czym miałam do czynienia z prostym przekazem autorki. Co mnie również urzekło to fakt, że została napisana z autentyczną fascynacją i uczuciem. 

Ogromnie cenię te pozycje za to, że wyjaśniają świat judaizmu, który dla większości jest zagadką. Dzięki temu łatwiej zrozumieć to, co pojawia się na kartach Pisma Świętego. Osoby Trójcy Świętej stają się bliższe, mniej tajemnicze, bardziej zrozumiałe i co najważniejsze widać, że Maria Miduch jest prawdziwie zakochana w Bogu, że szukała Go i poznała, by dzielić się tym z innymi. "Biografia Ducha Świętego" zaskoczyła mnie ogromem treści, których szczerze mówiąc się nie spodziewałam, bo zazwyczaj nawet kapłani mają problem, co o Nim powiedzieć. A jednak powstała książka, mądra, ciepła, intrygująca. Na koniec Syn Boży, ten Który stał się człowiekiem, by nie tyle poznać ludzką dolę, co móc być przy bliźnich w najbardziej prosty i najpiękniejszy sposób. 

Dla kogo są książki, o których wspominam? Dla wszystkich, tych głęboko zakochanych w Bogu, by budowali na tej miłości, dla poszukujących, bo naprawdę dzięki nim można odnaleźć Dobrego Pasterza i Pana oraz dla tych, którzy po prostu chcą poznać Stwórcę i istotę Trójcy Świętej. To publikacje, z którymi powinien zapoznać się każdy, które są ogromnie wartościowe, napisane prosto, inteligentnie, ciekawie, z czułością i wnikliwością. Jeśli chcielibyście przeczytać więcej, zapraszam Was do moich recenzji:




Biografia Boga Ojca


Maria Miduch napisała książkę, o której trudno mówić. Ją trzeba po prostu przeczytać. A po lekturze inaczej zobaczy się Boga Ojca. Na nowo odczyta się znane historie, z wielką nadzieją popatrzy na życie. Bo to nie Sędzia, ale kochający Tata, który czeka cierpliwie, stale obecny, dzielący z nami wszystko, nawet jeśli się tego nie zauważa. „Biografia Boga Ojca” uderza mocno w serce, w codzienną samotność, zagubienie, w ludzką tendencję do oceniania siebie i innych. Uświadamia, że tak wiele czeka a tak rzadko się o tym myśli. Wzrusza, całkowicie przestawia myślenie, wyjaśnia wiele kwestii, prostuje błędne przekonania i otwiera na wielkie bogactwo, które czeka na człowieka. Dla mnie była niczym powiew świeżego powietrza, letni deszcz, uśmiech dziecka, jak słońce wyglądające zza chmur. Poruszyła serce, wycisnęła łzę i została na dłużej. To kolejna książka, która przybliża do Stwórcy, napawa nadzieją i pięknie wpisuje się w Rok Miłosierdzia. Jeśli zatem sprawy wiary nie są Ci obce, sięgnij, przeczytaj, przeżyj i zacznij żyć na nowo.





Biografia Syna Bożego


"Biografia Syna Bożego" to książka z której wyłania się zachwyt nad Bogiem, który stał się człowiekiem, postacią tajemniczą, ale tak przepełnioną miłością i światłem, że nie sposób nie czytać dalej. To jak zwykle w przypadku autorki świetne połączenie wiedzy, z wyjaśnieniem kultury żydowskiej i własnymi refleksjami (szczególnie podobały mi się te związane z młodością Marii Miduch i jej poszukiwaniami odpowiedzi na pytania o wiarę). Nazwałabym ją spotkaniem ze Stwórcą, który uniżył się, by maksymalnie zbliżyć się do stworzenia, Który kocha, usprawiedliwia i JEST. Piękna, mądra, skłaniająca do pogłębiania wiary i rozważań na tematy zawarte na kartach. Ma niestety jeden minus, jest stanowczo za krótka.





Biografia Ducha Świętego


Biografia Ducha Świętego” pozwala lepiej poznać Miłość, która rozlewa się w sercach. Która trwa przy człowieku, w nim samym, która stoi w opozycji do oskarżyciela i nie zna granic. Bo dla Boga nie ma nic niemożliwego, kości mogą znów ożyć, człowiek dostąpić oczyszczenia a poganin prorokować. Maria Miduch wskazuje na wiele aspektów, które często pozostają niejasne, nieporuszone. Odnosi się do kultury żydowskiej, dzięki czemu łatwiej zrozumieć wiele staro i nowotestamentowych wydarzeń i pojąć choć odrobinę, kim jest Duch Święty. Wszystko to prostym, zwięzłym językiem, choć przyznam, że książkę trzeba czytać etapami. Dużo w niej informacji, spraw wymagających przemyślenia, odniesienia się jeszcze raz do słów Pisma, więc warto i trzeba dawkować sobie jej lekturę. A jednak wnika w czytelnika, zachęca do poznawania, pozwala ujrzeć chrześcijaństwo w innym, być może nieznanym dotąd świetle.

niedziela, 12 listopada 2017

Rozmowy o życiu - Magdalena Tulli, Justyna Dąbrowska "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską"




"Widzimy rzeczy, których może tam wcale nie być. Widzimy to, za czym tęsknimy najbardziej.
Wchodzi się w tę iluzję jak w coś wspaniałego. Wcale nie musi być wspaniałe, musi nam się wydawać wspaniałe. Inaczej nie byłoby chętnych. Obawiam się, że wspaniałe nie może być. Na coś naprawdę wspaniałego, takiego na poziomie naszych oczekiwań, nie ma na tym świecie materiału, bo cały ten świat jest zrobiony nie z tego, na co wygląda." - s. 234
Najpierw zobaczyłam piękną i tajemniczą okładkę. Potem przeczytałam informację i czekałam na tę książkę z zapartym tchem. Jeździłam z nią autobusem i skończyłam czytać stanowczo za szybko, choć wywołała we mnie sprzeczne emocje. Ale została na dłużej, wymościła sobie miejsce w mojej pamięci, odzywała się co jakiś czas i nadal coś mówi.

Wolność, to słowo wysuwa się na pierwszy plan, gdy myślę o rozmowie Justyny Dąbrowskiej z Magdaleną Tulli. Prawo do wybierania tego, co jest dla bohaterki ważniejsze, do uczenia się wszystkiego w swoim czasie, wychowywania dzieci, tak jak ma na to ochotę, w końcu wolność człowieka do bycia sobą. Autorka "Szumu" opowiada o szpitalach, które źle się jej kojarzą i sprawiają, że człowiek zamknięty jest w niemym podporządkowaniu się regulaminowi. Wspomina domowe porody, które uchroniły ją przed stresem przebywania na porodówce. Mówi o dość smutnym, surowym i samotnym dzieciństwie. O nieobecnej matce, która nie udźwignęła macierzyństwa i była naznaczona wojennymi doświadczeniami. Samotności wśród domowych sprzętów, niezrozumiałych zadań, różnych od niej ludzi. Pokazuje znudzenie szkołą, problemy z czytaniem, zaadaptowaniem się do życia, znalezieniem swojego miejsca w świecie. To rzecz o wychowywaniu dzieci, dorastaniu do istnienia. odkrywaniu tożsamości, które wcale nie jest łatwe. Z kart wyłania się kobieta, która szukała siebie, dojrzewała do prostych czynności, by potem robić zaskakujące rzeczy i nie czuć się niczym ograniczoną. W końcu to historia o tym, czym jest miłość, dlaczego boimy się obcych, jak rodzi się przemoc. 

Bohaterka mówi otwarcie, choć oczywiście są tematy, które wolałaby pominać. Porusza ważne kwestie, o których już niejednokrotnie wspominała. Prawda jest jednak taka, że boimy się inności. To, co nieznane wywołuje w nas lęk. Pisarka kreśli trafny obraz tego, że jest w nas przerażenie, iż ktoś zajmie nasze miejsce. Jesteśmy zestresowani, mamy za sobą trudną historię. Pamięć o drugiej wojnie światowej wciąż zdaje się żywa, potem kolejki, podporządkowanie systemowi. Gdy wydaje się, że jakoś znaleźliśmy sobie miejsce, pojawiają się uciekający z zagrożonego miejsca ludzie - uchodźcy i nie wiadomo, co z nimi zrobić. Są inni, często wzburzeni. Widzimy obrazy w telewizji i jak wspomina Magdalena Tulli, po prostu rośnie w nas strach. Znajdujemy się na etapie, który pojawił się już nieraz na kartach historii. Wystarczy wspomnieć o przedwojennej rzeczywistości. To czasy, w których do władzy dochodzili ludzie głoszący nienawiść, uprzedzenia, którzy podsycali niepokój i na tym budowali chore wizje. Mowa też o dzisiejszej sytuacji, choćby tej związanej z sądami. Podkreślane jest powoływanie się na artykuły, ale bez podawania konkretów, przerzucanie się prawem, bez jakiejkolwiek refleksji nad nim. Puste słowa, które nijak mają się do znaczeń. Dużo tu mowy o uczuciach, tych najważniejszych, towarzyszących człowiekowi codziennie. Emocjach, z którymi każdy się zmaga lub które przyjmuje z otwartymi rękami. W końcu jeden z moich ulubionych tematów, książki. Ogromnie podobało mi się, że pojawia się wiele tytułów, z których można naprawdę wiele wynieść. Króciutkie spostrzeżenia autorki "Włoskich szpilek" są cenne dla wszystkich, którzy czytają. Pozwalają na porównanie swojego zdania z tym, co pisarka widzi w lekturach, ukazują całkiem zaskakujące wnioski, interpretacje o których bym nie pomyślała. Są także zaproszeniem do sięgnięcia po klasykę czy inne pozycje.

"Wyczuwałam smutek w tej historii. Życie zaczyna się w niej od nienaprawialnego defektu i jest rozpaczliwym błądzeniem po manowcach, które prowadzi do tego, że uczucia i nadzieje miłej wróżki ulokowane w głównej postaci muszą zostać po raz kolejny podeptane. Happy end mnie nie przekonywał, dziś tym bardziej nie. Został doklejony, żeby uczynić zadość konwencji. Podczas gdy wszystko oprócz happy endu należy potraktować serio. " - s. 129-130

"Jaka piękna iluzja" to książka mądra, wymagająca, zmuszająca do myślenia, ale także smutna. To refleksja zdobywczyni Nike na temat swojego życia, ale także zjawisk społecznych. Mimo dość sceptycznego podejścia do miłości, którą w pewnym sensie pisarka uważa za iluzję, przynajmniej w takim sensie, w jakim ją pojmujemy, książka porusza. Nie brak tu trudnych tematów, które najlepiej byłby omijać, bo działają na większość jak płachta na byka czy po prostu wolelibyśmy o nich zapomnieć. Tymczasem przecież warto mówić o wojnie, by nie zapomnieć o tym, ile zła wyrządziła i ile ofiarności wydobyła na światło dzienne, by nie dopuścić do tego, by populistyczne czy nacjonalistyczne podejście znów zatriumfowało. Przede wszystkim to jednak lektura, zmuszająca do samodzielnego myślenia, wyciągania wniosków, szukania, a nie przyjmowania wszystkiego na wiarę, w takiej formie, w jakiej się podaje informacje. To rzecz o tym, by umieć dostrzec prawdę w ważnych kwestiach, by nie dać się omamić. W końcu zaś to opowieść o sile ludzkiego ducha. Bo nigdy nie jest za późno, by się czegoś nowego nauczyć, a trudny start nie oznacza, że człowiek ma podporządkować się ograniczeniom. Nie, te są po to, by je łamać, szczególnie ciężką pracą. Magdalena Tulli udowadnia, że mimo początkowych niepowodzeń i licznych przeszkód można wiele osiągnąć, nawet jeśli inni twierdzą, że będzie inaczej. To jedna w największych wartości tej książki dla mnie, ukazanie, że wszystko ma swój czas i że człowiek może nauczyć się różnych rzeczy mimo wielu przeciwności.

Ciekawa, dająca szerokie pole do dyskusji i rozważań. Napisana naprawdę dobrym językiem, wywołująca liczne, często nawet skrajne emocje, pięknie wydana. "Jaka piękna iluzja" podzielona jest na 12 rozdziałów, które dotyczą innego tematu. Warto wspomnieć jeszcze o szacie graficznej książki. Jak już pisałam urzekła mnie delikatna, nieco oniryczna okładka. Na uwagę zasługują również ciekawe fotografie Mikołaja Grynberga, które rozpoczynają każdy rozdział książki oraz wyklejka z rybami. Wszystkim, którzy lubią zostające na dłużej, wymagające i mądre lektury, serdecznie polecam, nie zawiedziecie się.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

Magdalena Tulli, Justyna Dąbrowska, Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską, wyd. Znak Literanova, Kraków 2017.  


poniedziałek, 6 listopada 2017

Zakochana Miłość - Maria Miduch "Biografia Syna Bożego"

z cyklu Książki z duszą



"Doświadczenie odrzucenia dotyczy też Boga. Decyduje się On na to, że ci, których kocha, uznają Go za godnego wzgardy, pożałowania. Boża miłość jest szalona! Z miłości do człowieka podjął ryzyko bycia nierozpoznanym jako dostojny, pełen majestatu Bóg. Sama idea głosząca, że Najwyższy może stać się człowiekiem, jest dla wielu śmieszna i niedorzeczna. Bo niby jak? Po co? Patrząc na Jezusa, pokiwają z politowaniem głową i mówią: "Ale jaki Bóg? No, coś ty?". Dla wielu jest On tylko nawiedzonym szaleńcem, z którym nie chcą mieć nic wspólnego. (...) Tylko część dostrzega w Nim zakochanego do szaleństwa Boga." - s. 68-69

Uwielbiam książki Marii Miduch z prostej przyczyny, o Bogu pisze z fascynacją, prostotą, miłością i ogromnie ciekawie. Czekałam zatem niecierpliwie na ostatnią część biografii Trójcy Świętej. Tym mocniej, że przecież dotyczy ona Jezusa, a nie ukrywam, że odnoszę wrażenie iż najbliżej nam do Niego. 

Bóg, który z ogromnej miłości stał się człowiekiem. Ciężko zrozumieć ten niezwykły cud narodzin w ubogiej stajni, wśród ludzi, którzy przecież byli gdzieś na marginesie, bo pasterze czy królowie, których bardziej powinniśmy nazywać magami nie byli elitą społeczeństwa. Unikano ich, nie kojarzyli się z niczym dobrym, a to od nich swoje ziemskie spotkania zaczyna Pan. Jakoś nie mieści mi się to w głowie, że można być w pełni i człowiekiem i Bogiem. A jednak to jedna z najpiękniejszych tajemnic, jakie mamy. Autorka wspomina o zapowiedziach Mesjasza, na którego czekano. Również tych, które nasuwają się od razu, czyli o księdze Izajasza. Podkreśla jednak, że przecież Bóg przychodził już wcześniej. Anioł Pana, który pojawia się niejednokrotnie na kartach Starego Testamentu to przecież posłaniec Jahwe, to już powinno dać nam do myślenia. Maria Miduch zwraca uwagę na rodowód Jezusa, który wcale nie jest wypełniony świętymi, ale ludźmi grzesznymi, błądzącymi, słabymi. On nie wstydzi się tego, nie odtrąca nikogo, nie odwraca się od rodziny, od przodków takich jak król Dawid, Tamar, Rut, Roboam, Manasses. Ludzi z wadami i grzechami, ale jednocześnie dziećmi Boga. Podkreśla to, co powtarzamy w wyznaniu wiary, że Jezus jest "zrodzony", że przeszedł przez wszystko, co dostępne człowiekowi. Był zmęczony, głodny, ciekawy, towarzyszyła mu radość, smutek, żal, gniew. Na pewno miał marzenia, przyjaciół, ludzi których podziwiał. Jest luka, której nie zapełnią nawet ckliwe apokryfy opowiadające o ożywianiu glinianych ptaszków czy karaniu dzieci, które były niemiłe dla Pana. To czas dzieciństwa i młodości, który na zawsze pozostanie dla nas tajemnicą. A jednocześnie okazją do wgłębiania się we wiarę, bo tyle jeszcze do odkrycia.

"Biografia Syna Bożego" wyraźnie podkreśla to, co pisał św. Paweł w listach, że my również jesteśmy ciałem Chrystusa. Bóg mimo naszych niedoskonałości uświęca nas. Czyni braćmi swojego Syna. On przez narodzenie staje się jednym z nas, staje się naszą rodziną. Jest bliski jak nigdy, na wyciągnięcie ręki. Nie unika grzeszników, celników, upadłych kobiet. Przychodzi do każdego, tak blisko, że można Go przytulić, dotknąć, usiąść z nim, porozmawiać. Jak szalona to miłość, by uniżyć się, by być bliżej człowieka. Stale wychodzić do niego, szukać jak zagubionej owcy. Bo pielgrzymowanie to nieodłączna część życia Jezusa. Ciągle w drodze, głosząc Ojca, idąc do człowieka, za którym tęskni i którego kocha Jego boskie Serce. 



Głoszenie Królestwa, które prowadzi na Krzyż to kolejna część rozważań w tej książce. Maria Miduch pisze o wielkim niezrozumieniu tajemnicy cierpienia i zmartwychwstania, gdy dyrektor przedszkola zabrania jej mówić o tym, co przeszedł Jezus za nasze grzechy, bo to zbyt drastyczne dla delikatnych dzieci, za to pozwala opowiadać o baranku, przecież to miłe stworzonko. Echem tu przecież odzywają się słowa Pisma o "baranku prowadzonym na rzeź", ofierze, która jest konieczna, by pojednać niebo z ziemią. Co mnie najbardziej poruszyło w całej książce, to porównanie ran Chrystusa zmartwychwstałego do zdjęcia ukochanej osoby, które nosimy w portfelu. Wyraźnego znaku naszej miłości do tej osoby, czegoś co pragniemy mieć blisko nas. To trudne, ponieważ uświadamia dosadniej, ile Bóg wycierpiał dla człowieka. Podkreśla winę i fakt że to nie Jezus, ale ja powinnam znaleźć się na tym krzyżu. Jednocześnie rany są zapisem mojego imienia na rękach i nogach Tego, który kocha najbardziej. 

Nie sposób myśleć o Jezusie bez wspominania miłosierdzia. A ono wymaga odwagi, gdyż wiąże się z możliwością odrzucenia. Bóg jest otwarty nie tylko przez darowaną człowiekowi wolną wolę, On doskonale zdaje sobie sprawę, że zdradzamy raz za razem, a jednak przebacza. Szuka, przygarnia, pozwala wrócić. Staje się bratem w pełnym tego słowa znaczeniu. Kimś, kto trwa przy człowieku mimo wszelkich popełnianych głupot. Kto potrafi usprawiedliwiać, choć nam wydaje się to trudne. Warto jeszcze wspomnieć refleksję na temat ciała. Wierzymy w zmartwychwstanie duszy i ciała, ale to drugie jakoś wymyka się w wizji nieba. Chowamy je do grobu i tyle. Tymczasem Jezus będąc człowiekiem wyrwał ze szponów śmierci nie tylko nasze dusze, ale i ziemską powłokę i to z nią staniemy kiedyś przed obliczem Boga, choć o tym zapominamy. 

"Biografia Syna Bożego" to książka z której wyłania się zachwyt nad Bogiem, który stał się człowiekiem, postacią tajemniczą, ale tak przepełnioną miłością i światłem, że nie sposób nie czytać dalej. To jak zwykle w przypadku autorki świetne połączenie wiedzy, z wyjaśnieniem kultury żydowskiej i własnymi refleksjami (szczególnie podobały mi się te związane z młodością Marii Miduch i jej poszukiwaniami odpowiedzi na pytania o wiarę). Nazwałabym ją spotkaniem ze Stwórcą, który uniżył się, by maksymalnie zbliżyć się do stworzenia, Który kocha, usprawiedliwia i JEST. Piękna, mądra, skłaniająca do pogłębiania wiary i rozważań na tematy zawarte na kartach. Ma niestety jeden minus, jest stanowczo za krótka.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Przeczytajcie fragment TU

Maria Miduch, Biografia Syna Bożego, wyd. WAM, Kraków 2017. 






piosenki pochodzą z YT.


poniedziałek, 30 października 2017

Nienasycony - Michał Larek "Furia"



"Zanim zrozumiał, że jest ścigany, poczuł najpierw potężne zdziwienie. Do tej pory przez myśl mu nie przeszło, że ktoś zajmuje się kobietami, które zabił. Było, minęło. Wkurwiły go, więc je zamknął. O co im chodzi? Nie mają ważniejszych rzeczy do roboty? To były tylko jakieś głupie dziwki.
(...)
- Zabójca trzech kobiet! - Usłyszał w głowie. - Zabójca trzech kobiet!
To był dla niego szok. Nigdy tak o sobie nie myślał. Zabójca? On? Zaczęło dochodzić do niego, że cały jego dotychczasowy świat właśnie wywraca się do góry nogami. Że już nie może wrócić do domu, do Ireny. Że znalazł się w pułapce! Że musi gdzieś uciec, skryć się i coś wykombinować." - s. 251-252

Emocje bywają bardzo silnymi bodźcami. Czasami wręcz przesłaniają człowiekowi jasność widzenia. Podobnie jest z popędem. Istnieje odłamek ludzi, który nie potrafi nad nim zapanować ani w żaden sposób go kontrolować. Problemy, stres, ciemna strona człowieka i może dojść do tragedii.  

Miłe spotkanie, czułe słówka, dobra rozmowa, zaspokojenie. Udana randka, która nie ma prawa zakończyć się tragicznie. Mimo tego pewnego dnia ktoś odkrywa zwłoki atrakcyjnej, wystrojonej kobiety. Co zaszło między nią a zabójcą? Policjanci z Wojewódzkiej komendy policji w Poznaniu rozpoczynają śledztwo. Wkrótce pojawia się kolejna ofiara. Sytuacja się zaognia. Pewne tropy się powtarzają, śniady, przystojny mężczyzna, niebieski żuk. Kto i dlaczego morduje kobiety? 

Michał Larek zabiera tym razem czytelników do świata, który podporządkowany jest żądzom i chaosowi. Jeden nieostrożny ruch i kochanek zmienia się w psychopatę i mordercę. Uwaga na temat jego postępowania, sprawności, lekka ironia i pojawiają się demony. Wszystko może wywołać katastrofalną reakcję. A przecież on jest taki pociągający, wspaniały, choć daleko mu do kochanka idealnego. Mimo wielu zalet i silnie pociągającej aparycji oraz ciągłego apetytu na seks, ma swoje wady. Umie czarować, ale do pewnego momentu. Gdy tylko pojawią się negatywne emocje, lepiej być daleko. Poznań, lata 90-te XX wieku. Komenda z dobrymi i złymi policjantami, taśmy magnetofonowe z zagraniczną muzyką, ogromne zafascynowanie amerykańską kulturą, pragnienie bycia twardym gliniarzem no i pączki, taki świat kreśli autor. Zacznijmy od komisarza Harrego, który od razu nasuwa skojarzenia z brudnym Harrym i tak, jest to strzał w dziesiątkę, ponieważ bohater posługuje się przemocą, by wydobywać z zatrzymanych zeznania i znany jest ze stosowania niekonwencjonalnych metod działania. Cała komenda przymyka jednak na to oczy, nawet poważa kolegę. Za cichym przyzwoleniem przełożonych, sprzątających po skutecznym policjancie, bohater ma szerokie pole manewru w nakłanianiu podejrzanych do mówienia. Harry nie tylko umie wydobywać informacje i skutecznie prowadzić śledztwa. Ma duży apetyt na seks, wydaje się dobrym kolegą w pracy i człowiekiem skłonnym do refleksji. Nie można jednak o nim zbyt wiele powiedzieć, ponieważ pojawia się do pewnego momentu powieści, a szkoda, gdyż wydaje się interesującą postacią, która wzbudza sympatię. Jego miejsce zajmuje Katia, nowy nabytek poznańskiego komisariatu. Kobieta zdecydowana, odważna, twarda. Nie chce forów, nie daje sobie dmuchać w kaszę, jest w pewien sposób specyficzna, ale na pewno skuteczna. Kolejną postacią jest Ostrowski zakochany w Ameryce mężczyzna, policjant z aspiracjami, któremu coraz bardziej zaczyna się podobać nowa koleżanka. W zasadzie te postaci wybijają się w książce i przyciągają uwagę czytelnika oczywiście poza sprawcą całego zamieszania.

"Furia" to opowieść o nienasyceniu, zwierzęcej żądzy zbliżenia i zaspokojenia. To nie książka o seksie, nie wiem nawet czy słuszne byłoby powiedzieć, że o seksoholiku, gdyż Grzegorz choć jest spętany własnym popędem, sprawia wrażenie nieracjonalnego. Historia przeraża. Wyłania się z niej ktoś podobny do głodnego zwierzęcia, które łapczywie chce się nasycić i zrobi wszystko, by mu się udało. Ktoś, kogo łatwo rozjuszyć, doprowadzając do ataku i niepohamowanej agresji. Bohater to całkiem nieobliczalny typ. Niby kulturalny, potrafiący zagadać, a z drugiej strony myślący całkiem innymi kategoriami. Brak mu umiejętności panowania nad własnym ciałem i jego zachciankami, bardziej jednak brak mu opanowania i refleksji nad sobą. Błyskawicznie ulega on emocjom w tak silny sposób, że zdaje się wręcz pozbywać wszelkich barier, zatraca się we własnym gniewie, a właściwiej byłoby powiedzieć w furii, która nim rządzi. Nie jest żadnym inteligentnym i przebiegłym seryjnym mordercą. To prosty, wręcz prostacki typ, który nie widzi absolutnie problemu w tym, co robi. Kobiety to dla niego jedynie miłe narzędzie do odczuwania przyjemności. Co najbardziej zdumiewa w książce? Z jednej strony podejście bohatera. Z drugiej zaś to, że powieść naprawdę mocno wciąga. Czyta się ją z ciekawością, mimo, że to trochę dziwne, śledzić z zapartym tchem losy takiego człowieka, chcieć dociec, co siedzi mu w głowie.

Autor kreśli w powieści bardzo ponury obraz świata, który podporządkowany jest pierwotnym instynktom. Nikt nie jest od nich wolny, nieważne czy jest przestępcą czy przedstawicielem prawa. Rożnica polega na tym, jak ulega się tym siłom. Michał Larek zdaje się mówić, o tym, kim jesteś, świadczy to, jak radzisz sobie z tym, co w tobie, a szczególnie z najsilniejszymi namiętnościami i żądzami. Bo możesz być człowiekiem, a możesz zatrzymać się na etapie zwierzęcego zaspokajania popędów. Autor świetnie przyciąga uwagę czytelnika i utrzymuje ją od pierwszych stron do końca. Prowadzi go między światem Grzegorza a rzeczywistością poznańskich policjantów, bo trzeba wyraźnie zaznaczyć, to dwa odrębne byty. Kontrastuje ze sobą Grzegorza i Harrego. Ci dwaj mężczyźni mają silne libido, ale każdy z nich zachowuje się inaczej. Policjant zdaje sobie sprawę z tego, że czasami ciało panuje nad nim, ale do pewnego momentu. Nie krzywdzi on nikogo, jest zdolny do wartościowania i oceny swojego postępowania. Tymczasem Kremer potrafi zaspokoić się wymuszając stosunki, zadaje ból i nie widzi nic złego w tym, że morduje. Co więcej, jest zdziwiony tym, że ktoś może interesować się zabitymi kobietami. Przecież one nie są warte uwagi. Zaskakuje sposób myślenia i wypaczenia tego człowieka. Choć chciałoby się powiedzieć, nie, czegoś brakuje, autor skrył coś przed czytelnikiem, bo nikt nie może być tak płaski, bezrefleksyjny, prostacki. Może tego mi właśnie zabrakło w "Furii" głębszego wnikania w motywacje i psychikę bohaterów.

Jeśli lubicie dobrą akcję, silne kobiety, klimat lat 90-tych i policyjne śledztwa to pozycja dla was. Absorbująca, wywołująca emocje, ukazująca ciemne strony człowieka, pełna cielesnego głodu i napięcia. Autor wciąga czytelnika w grę z bohaterami, umiejętnie rozplanowując akcję tak, by nie można było oderwać się od czytania. Pomimo ciężkiego tematu, "Furię" czyta się naprawdę dobrze, w każdych warunkach (sprawdzone nawet w komunikacji miejskiej ;) przy dużym hałasie). Ja niecierpliwie czekam na kolejny tom.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona

Michał Larek, Furia, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.

środa, 11 października 2017

Trudna spuścizna - Wiktor Krajewski "Pocztówki z powstania"



"Że choć od dramatycznych wydarzeń minęły już siedemdziesiąt trzy lata, przeżywają je nie tylko uczestnicy, ale także potomkowie. Trauma wojny jest niczym choroba genetyczna, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. I ja jestem nią obciążony, choć bardzo bym nie chciał. Wiem natomiast, że nie jestem z tym wszystkim sam." - s. 17-18

Nie jestem historykiem, nie do mnie należy oceniać, czy wybuch Powstania Warszawskiego był właściwą decyzją. Potrafię zrozumieć, że ludzie, którzy żyli w wolnym kraju, którzy nagle zostali pozbawieni praw, musieli patrzeć na bestialstwo zabijania, wywożenia, torturowania bliźnich, nie mogli już wytrzymać i musieli coś zrobić. Pokolenie Kolumbów, jak wielu twierdzi, było od początku stracone. Nie jestem, co do tego przekonana, ponieważ liczni udowodnili, że mimo traumy wojennej, mimo ogromu zła, jakiego doświadczyli, wyrośli na naprawdę wspaniałych ludzi. 

Marek Krajewski przedstawia wojenne opowieści ośmiu osób, ludzi znanych, którzy osiągnęli sukces mimo koszmarnych doświadczeń. To również rzecz o tym, jakie było życie wojenne, jak zło przeplatało się z dobrem. Szybkie dorastanie, stykanie się ze śmiercią niemal na co dzień. Dbałość o najważniejsze wartości. Czytając ma się wrażenie, że nie doceniamy tego, co dziś mamy bez problemu. Odchodzi w zapomnienie wartość wolności, prawa do nauki. Skarżymy się, zapominamy, często bagatelizujemy historię nie tylko kraju, ale poświęcenia drugiego człowieka. Autor w krótkiej książce zawarł naprawdę fascynujące historie, jak choćby opowieść o mamie Cezarego Harasimowicza, która kilka razy cudem uniknęła śmierci a dzięki miłości pewnego odważnego człowieka wydostała się z piekła. Hanna Rechowicz wspomina, że ludzie byli naprawdę źli na powstańców. Obwiniali ich o swój los, rozwścieczenie Niemców, działania odwetowe. Sami Powstańcy nie byli w stanie często przekazywać wiadomości poszczególnym oddziałom, łączność była naprawdę ogromnie utrudniona. Tadeusz Rolke opowiada o absurdach pewnych rozkazów, które mogły narażać na niebezpieczeństwo naprawdę wiele osób. Polecenie pobicia niemieckich chłopców wydało mu się pozbawione sensu i wręcz niebezpieczne. Nie tylko nie miało wpływu na dalsze losy wojny, nie zmieniało ówczesnego stanu rzeczy, ale mogło powodować dotkliwe represje dla polskiej ludności. Uczestniczył on jednak w wielu zadaniach, które jego zdaniem miały rację bytu. Leszek Fidusiewicz mówi o piętnie życia bez ojca, pragnieniu poznania go, posiadania choćby kilku zdjęć. Nie może zrozumieć, jak bohaterowie wojenni działający podczas wojny w AK mogli być torturowani i niszczeni przez władzę Polski Ludowej. Przytacza nawet sposoby na krzywdzenie dzielnych mężczyzn, którzy nie ugięli się przed wrogiem. Wojna to także wywózki na wschód, której doświadczył Longin Bielak. Katorżnicza praca w kołchozach, codzienna walka o przetrwanie, zmaganie się z głodem, zimnem, nieludzkimi warunkami. W końcu wyjazd jako wojskowy, który miał być przepustką do Polski i możliwością służenia ojczyźnie. Rosjanie i Ukraińcy wyłaniający się z kart książki napawają lękiem. Pijani, gwałcący kobiety, nieobliczalni, ale często na szczęście też leniwi, co niejednokrotnie sprzyjało przeżyciu Polaków. 

"Mimo poczucia bezpieczeństwa, wojenne obrazy wracały czasem w koszmarnych snach. Niektóre sceny do dziś mam przed oczami. W dniu, kiedy zaczynało się Powstanie, byłam rozpieszczonym nieznośnym dzieckiem. Z Powstania wyszłam jako dojrzała, ukształtowana oraz potrafiąca rozróżnić, czym jest zło, a czym dobro osoba." - s. 209

Bohaterowie wyznają, że wojna nie była czasem, w którym wszystko było czarno-białe. Zdarzali się miłosierni Niemcy i Rosjanie, którzy przymykali oczy na pewne sytuacje lub po prostu darowywali Polakom życie. I w drugą stronę, byli Polacy, którzy wydawali innych Niemcom lub pragnąc ocalić skórę mówili, że są folksdojczami. Bohaterska walka przeplata się tu z obrazami nędzy ludzkiej, śmiałe czyny ze skrajnym wyczerpaniem, dzieciństwo z błyskawicznym wkraczaniem w dorosłość. To nie pozycja o chwale i bohaterach pisana z patosem, ale szczere opowieści, które pokazywały często cienie tamtego czasu, brak organizacji, działanie pod wpływem chwili, trudne decyzje. Co mnie najbardziej poruszyło to stwierdzenie, że dramat, który się rozegrał nie zakończył się z chwilą upadku powstania czy ustania działań wojennych. Nie zamknął się nawet w obrębie życia ludzi, którzy doświadczyli okrucieństwa wojny. On trwa nadal, przekazywany z pokolenia na pokolenie, jakby faktycznie podskórnie, w genach przekazywano niepokój i traumę tamtych dni, jakby nieodwracalnie zapisało się to w historii ludzkości i nieprzerwanie trwało od tylu lat. Zostaliśmy czegoś pozbawieni i naznaczeni czymś, z czym nie potrafimy się do końca uporać. To nas stwarza, kształtuje, rzutuje na nasze życie. Tylko od nas zależy, jak pokierujemy spadkiem, który dostaliśmy od przodków. Jak wykorzystamy doświadczenie, które na nas spadło.



"Pocztówki z powstania" to ciekawa lektura, nieprzesłodzona, niepatetyczna. Szczera w swoim ukazywaniu tego, czym naprawdę był wojenny czas. Pisana naprawdę przystępnym językiem. Można by rzec, krótko, zwięźle i na temat, choć nie wszystkim może przypaść do gustu właśnie przez stawianie sprawy otwarcie, bez budowania legendy, choć powstało już wiele książek, które nie ukazują patetycznego obrazu, ale szukają prawdy z blaskami i cieniami działań przeciw najeźdźcom. Całości dopełniają ciekawe fotografie, które sprawiają, że lepiej można wczuć się w tamte czasy. Jak dla mnie to książka warta przemyślenia, którą dobrze było przeczytać.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Edipresse. 

Wiktor Krajewski, Pocztówki z powstania, wyd. Edipresse, Warszawa 2017.

piątek, 6 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień siódmy




Wisława Szymborska napisała bardzo mądre słowa o przemijalności, niepowtarzalności i niezwykłości czasu oraz życia ludzkiego. 

Nic dwa razy się nie zdarza 
i nie zdarzy. Z tej przyczyny 
zrodziliśmy się bez wprawy 
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli 
najtępszymi w szkole świata, 
nie będziemy repetować 
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy, 
nie ma dwóch podobnych nocy, 
dwóch tych samych pocałunków, 
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Przychodzimy na świat i uczymy się wszystkiego. Możemy powtarzać pewne czynności, nawet błędy, ale nigdy nic nie będzie tak samo. Zawsze towarzyszą nam inne okoliczności, my też się zmieniamy. Nie ma prób. Życie jest jedno. Staram się pamiętać, że czas jest dany do wykorzystania tylko raz. Nie cofnę go, nie poszerzę. Warto dobrze przeżyć swoje życie, czynić dobro i postępować tak, by być szczęśliwym i dumnym z siebie. Fakt, nie unikniemy rozczarowań, trudności, wpadek, ale ważne, by umieć doceniać dobro, łaski, by starać się przeżyć dzień najlepiej jak się potrafi. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)


Dziękuję dziś za moją pracę, którą bardzo lubię. Za to, że jest ciekawa, pozwala mi na kontakt z naprawdę świetnymi ludźmi. Za masę książek, która mnie otacza, interesujące wydarzenia kulturalne. Maluchy ciekawe świata, które zachwycają się pięknymi obrazkami, za wymiany zdań, miłe uśmiechy, życzliwe słowa. Dziękuję za dobro, które mnie spotyka, za to wielkie i małe, które nie tylko daje mi szczęście, ale też wiele mnie uczy. 

W moim życiu było wiele zmian, ale ostatnio czuję, że mogę sobie pozwolić na rozwinięcie skrzydeł, że coraz śmielej myślę o marzeniach, które leżały gdzieś zakopane, zakurzone, opatrzone tabliczką, nie teraz. Myślę o nich coraz częściej i pozwalam sobie snuć plany na przyszłość, co więcej powoli zaczynam je realizować. Krok po kroku, wyłania się coś dobrego :). Wielkie miasto to wielki pośpiech. Mało czasu. Kiedyś wszystko było bardziej poukładane, można było spokojnie wszystko załatwić, każda rzecz miała swój czas i miejsce. Teraz miewam wrażenie, że żyję w innej czasoprzestrzeni i ciężko mi tak uporządkować swój dzień, jak bywało kiedyś. Trudno mi wygospodarować dłuższą chwilę na pewne rzeczy, które chciałam wprowadzić i wiem, że muszę przewartościować swoje spędzanie wolnego czasu, by wykorzystywać go w mądry i wartościowy sposób.

Dziękuję Ci Panie, za moje marzenia. Za pragnienia, które rodzą się w moim sercu i za odwagę do stawiania pierwszych kroków, ku ich realizacji. Proszę o łaskę wytrwałości oraz o mądrość, bym umiała swój czas wykorzystywać owocnie, bym nie traciła go na głupoty i nie dała się porwać zwariowanej pogodni za codziennością. Wskaż mi drogę, którą mam podążać i bądź przy mnie.

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;

radość, tam gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

środa, 4 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień szósty




Mówi się, że ludzie w Afryce mają czas, a my mamy zegarki. Niestety w tym stwierdzeniu kryje się prawda. Gonimy ciągle za czymś, a nawet jak jest chwila, by zatrzymać się, to potem mnoży się cała masa spraw. Mam być wielozadaniowa, ale czy coś takiego naprawdę istnieje? Ok, rozumiem że chodzi o to, by być w stanie wykonywać różne zadania, ale jednocześnie? Da się, ale nigdy nie będzie to praca, w którą wkłada się serce, którą wykonuje się najlepiej jak to możliwe. Poza tym, że ostatnio chronicznie brakuje mi czasu (nie wiem, czy to syndrom życia w wielkim mieście czy po prostu na nieswoim ciężej się ogarnąć), mam tendencję do życia poza chwilą obecną. Pocieszam się, że występuje ona nie tylko u mnie, bo to ludzkie myśleć o tym, co było. Wracać do dobrych wspomnień, wyobrażać sobie jutro, planować kolejne rzeczy. Czasem jednak to wykracza poza granice zdrowego rozsądku. Gryzę się tym, że mogłam coś zrobić inaczej, owszem mogłam, ale co mi da przerabianie tego na sto sposobów, skoro nie można zmienić przeszłości. Warto wyciągać wnioski, ale nie tkwić w tym, co jest już zamkniętym etapem, wyrzucać sobie, że jakiś pomysł przeszedł za późno. Myślenie o przyszłości też może być zgubne. Odziera mnie trochę z ufności do Boga. To nie chodzi o to, by stwierdzić, jasne, nie będę się przygotowywać, niech wszystko mi spadnie z nieba, ale wymyślanie 100 planów też nie jest dobrym pomysłem. Czasami nie wiem, kiedy minął mi dzień. Droga do i z pracy, obowiązki, zakupy, wszystkie te codzienne czynności, rozmyślanie o tym, co zrobiłam i co zrobię i jakoś teraźniejszość ucieka. Owszem mam zdolność do zachwytów nam perełkami codzienności, ale miewam często wrażenie, że chwila obecna przecieka mi przez palce, niby jestem obecna, ale tylko ciałem, a przecież chcę żyć. Nie jest łatwo być tu i teraz. Ciągle uczę się tego od nowa.


"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Dziś dziękuję za taką prostą przyjemność, jaką jest dobra kawa, która zdecydowanie pozwala na lepszy start w nowy dzień. Daje energię do tego, by odgonić resztki snu i nieprzytomności ;). Może Bóg też lubi kawę? ;) Jestem wdzięczna również za rozmowy, które prowadziłam. Za to, że uczą mnie nowych rzeczy, dają szerszy kontekst, sprawiają, że się rozwijam. Są bodźcem do refleksji na wiele tematów, tych bardzo ważnych, ale i prostszych. A w końcu są kontaktem z drugim człowiekiem, płaszczyzną porozumienia, nauką bycia z bliźnim, dostrzegania jego punktu widzenia. To dobre chwile, gdy wychodzimy poza samych siebie. 

Mając kilka rzeczy do zrobienia, ciężko skupić całą swoją uwagę na czymś konkretnym. Staram się być obecną, ale często uciekało mi dzisiaj 100% bycie tu i teraz. Robiłam jedną rzecz, odrywałam się od niej, szłam do drugiej, albo robiłam kilka jednocześnie ( da się rozmawiać, popijając kawę, przeglądając internet i wcinając ciastko). Niby nic, ale jakoś myślami byłam momentami gdzie indziej, a nie powinno tak być. Może wówczas rozmowa byłaby głębsza? Trzeba ustalić priorytety i skupić się na najważniejszym. 

Panie, naucz mnie być całkiem oddana temu, co robię. Wykonywać to z sercem i czerpać z tego radość, naukę, poczucie bycia właśnie w tym miejscu i czasie. Nie chcę uciekać myślami do przeszłości, której nie jestem w stanie zmienić ani błądzić nieustannie po przyszłości, która dopiero nadejdzie, a którą powinnam powierzyć Tobie. Proszę, by moje działanie było skierowane ku dobru bliźnich, by widzieli w mojej pracy Twoją obecność. I przede wszystkim, naucz mnie skupiać się na Tobie w modlitwie, nie ulegać rozproszeniom. Po prostu spędzać z Tobą czas. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;

radość, tam gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

wtorek, 3 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień piąty




Czasem ciężko jest zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w naszym wnętrzu. Niby wiem, czego mi brakuje, co chciałabym zmienić, ale prawda jest taka, że wiele kwestii pozostaje ukrytych, nieuświadomionych lub zwyczajnie pomijanych. Nie zawsze mam ochotę dopuszczać do siebie pewne rzeczy. Czasami wręcz boję się otwierać pewne rewiry, bo nie są związane z łatwymi sprawami. Trzeba jednak stanąć w prawdzie wobec siebie i przepracować to, co pozostaje trudne i domaga się podjęcia pewnych kroków. Psychika ma swoje bariery, stwarza mury, odgradza od tego, co niewygodne. Stara się chronić człowieka, ale trzeba stanąć oko w oko z tym, co spychamy na samo dno.

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Dziękuję Ci Boże za niedzielną Eucharystię. Za słowa, które pozostają do przemyślenia. Do człowieka dochodzi się różnymi drogami, czasem wręcz poprzez własną słabość i bezsilność. Jestem wdzięczna za wszystkie uczucia, które mi towarzyszyły, za ciekawość, radość, otwieranie się na Ciebie. Panie dziękuję Ci za piękny dzień, w który mogłam odpocząć. Za dłuższy sen, przyjemny spacer w słońcu, za brak pośpiechu w wiecznie pędzącym gdzieś mieście. Także za umiejętność cieszenia się tym wyjątkowym dniem, w który i Ty odpoczywałeś. 

Każdy dzień życia to kolejne wybory. Czasami dokonuje się ich dobrze, innym razem delikatnie rzecz ujmując, nie są one trafione. Ostatnio dochodzi do mnie świadomość, że ominęły mnie niektóre rzeczy. Nie żebym o tym, nie wiedziała, ale wiąże się z tym jakiś rodzaj smutku, może nostalgia za tym, co było i co mogło być. Nie żałuję drogi, którą obrałam. Ważnych rzeczy, które ukierunkowały moje życie. Mam jednak wrażenie, że mogłam bardziej się postarać, ułożyć wszytko ściślej, poszukać czasu między zajęciami, rozegrać pewne sprawy inaczej. Czasem jestem zła na samą siebie za niewykorzystane szansy. Czasem pytam Boga, dlaczego akurat tak musiało być. Nie znam odpowiedzi. 

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że życie szykuje nieraz więcej trudności, niż by się mi kiedykolwiek wydawało. Czasami widzę ogromną rozbieżność między tym, czego bym chciała, a tym, co faktycznie się dzieje i nie zawsze potrafię się na to zgodzić. Czasem wydaje mi się, że czas biegnie zbyt szybko, a ja stoję w miejscu, że tyle rzeczy pragnę zrobić, ale się nie da. Mam swój plan i choć wiem, że Bóg chce dla mnie lepiej, bywa, że ogromnie trudno zgodzić się na to, że muszę weryfikować swoje marzenia. Często dobro, które wypłynęło z sytuacji zauważam dopiero długo po fakcie. Niby wiem, że moje modlitwy są wysłuchane w sposób, który jest najlepszy, ale ciężko odpuścić swoją wizję. Zgodzić się z tym, że coś się nie udało. Nie tyle zrozumieć, co przyjąć to, że Bóg dał mi coś piękniejszego niż o to prosiłam, bo w momencie rozczarowania jest złość, poczucie klęski, czasem bunt, niekiedy rozgoryczenie. Wówczas ta świadomość pozostaje jedynie słowami, a nie żywym przekonaniem. Ale jestem tylko człowiekiem z emocjami. Staram się nad sobą pracować, ale gorzkie doświadczenia trudno przełknąć. 

Panie, przyznaję, że często nie rozumiem Twojego postępowania. Nieraz mam wrażenie, że jesteś daleko, jakbyś o mnie zapomniał. To trudne chwile, bo choć wiem, że jest inaczej, moje serce robi swoje. Jest w nim lęk, że pewne rzeczy nigdy nie nadejdą. Jest smutek, bo to naturalna reakcja, gdy czegoś brakuje. Czasem złość, bo inni mają, a mnie różnie się układa. Nie jestem aniołem. Wiele razy sama komplikuje sobie życie, sama rzucam sobie kłody pod nogi, ale bywam zła, że nie przychodzisz. A to wszystko z powodu kilku uczuć, które rządzą sercem człowieka. "Nie jest dobrze, by człowiek był sam". Tak, potrzebuje Ciebie, Twojej łaski, bliskości i potrzebuję drugiego człowieka, który rozświetli mrok. Potrzebuję wielu rzeczy. 

Starasz się nauczyć mnie ufności, przekonania, że zadbasz o mnie na każdej płaszczyźnie, ale jestem trochę jak uparty osioł. Opieram się, uciekam, staję okoniem. A potem pytam, dlaczego tak? Mimo wszelkich przeciwności, będę się starała pamiętać, że jestem dużo ważniejsza niż wiele wróbli. Że mnie kochasz i zatroszczysz się o mnie we wszystkich sprawach hojniej, niż mogłabym przypuszczać. Błogosław, bym codziennie wzrastała w ufności do Ciebie, Panie. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

poniedziałek, 2 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień czwarty




Relacje są niezwykle ważne. Mamy ludzi, którzy odgrywają w naszym życiu szczególną rolę. Są jak słońce w pochmurny dzień, światło w ciemności, woda na pustyni. Sprawiają, że nasze serce przepełnia się miłością i radością. Wystarczy uśmiech bliskiej osoby, by dzień od razu stał się lepszy. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Boże dziękuję Ci za piękno przyrody, które skłania mnie do zachwytu. Za to, że potrafi rozproszyć smutek i trudności dnia codziennego. A gdy wpatruję się w świat dookoła, widzę Twoje nieskończone dobro, wszechmoc, miłość. Dziękuję za to, że im bliżej natury, tym łatwiej mi myśleć o Tobie, o tym, jaki Jesteś niesamowity. Dziękuję za to, że dzielisz się z ludźmi pięknem, które jest w Tobie. "Bóg jest radością, dlatego przed swój dom wystawił słońce", mawiał św. Franciszek z Asyżu. Ale sam świat jest po prostu cudowny i trzeba go doceniać. Ilekroć znajdę skrawek przyrody czuję się szczęśliwa, wolna i napawam się jej pięknem. A teraz pojawiają się kolorowe liście, słońce cudownie ogrzewa w chłodne dni, wiatr cicho szumi, gdzieś obok czerwieni się jarzębina, jest wspaniale. Dziękuję za dzień spędzony u Dominikanów. Za ciekawe zajęcia i niezwykłe przeżycie bliskości i świadomości, że to moje miejsce, w którym dobrze się czuję i chcę przebywać jak najczęściej. Poczułam, że to mój dom, w którym jestem mile widziana i wolna i jestem za to głęboko wdzięczna. 

Dziś myślę o mojej mamie. Przypominam sobie jej cudowny uśmiech. Dobro, ciepło i mądrość, jakimi emanowała. Wspominam, że zawsze, gdy miałam kłopot, mogłam do niej przyjść, porozmawiać, poradzić się. Była osobą niezwykłą, silną, wspaniałą i bardzo mi jej brak. Czasami zastanawiam się, co by powiedziała teraz, gdy jestem dorosłą osobą i sama dokonuję wyborów. Czy byłaby ze mnie dumna, jakie dałaby mi rady. A przede wszystkim czuję ogromną miłość, która przecież stale trwa i tęsknotę.

Moja mama nauczyła mnie pięknej miłości. Tę miłość noszę w sobie. Staram się nią obdarowywać innych. Chcę zbudować dom, w którym będzie ona kwitnąć. Pragnę być czyimś szczęściem i odnaleźć swoje szczęście w kimś przeznaczonym dla mnie. Naucz mnie Boże otwierać serce przed drugim człowiekiem, bo do tego nas stworzyłeś, do miłości szczerej, wielkiej i prawdziwej. Wiem, jednak że jeszcze wiele nauki przede mną. Kochać nie zawsze jest łatwo. Jesteśmy tylko ludźmi, mamy wady i zalety. Musimy się docierać, wykazywać się zrozumieniem, cierpliwością, pokorą. Miłość rozwija nas, ale też ogromnie wiele uczy. Jest wymagająca i cudowna. Naucz mnie Panie kochać najpiękniej. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;

wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;

jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

niedziela, 1 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień trzeci




Dzień kończę refleksją dotyczącą łaski. Ignacy Loyola uważał, że potrzebna jest świadomość tego, jakiego daru od Boga pragnę. Co jest mi potrzebne, by lepiej żyć, myśleć i działać w sposób dobry.

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Jestem wdzięczna za pomoc, którą otrzymałam od wielu ludzi. Za to, że mogłam na nich liczyć w lepszych i gorszych chwilach. Za wielkie serce, które mi okazali, dobroć, ciepło. Za to, że niejednokrotnie byli, gdy ich potrzebowałam, że wiele się od nich nauczyłam. Cieszę się, że potrafię mówić im, jak ważni są dla mnie, jak wiele im zawdzięczam. 

Wielkie miasto to zawirowania. Pozostaje kilka rzeczy do ułożenia i stoję przed pewnymi wyborami. Brak mi ufności. Chcę wszystko zrobić sama, choć nie jestem przekonana, które wyjście jest najlepsze. Niby ufam, ale co chwila staram się wykombinować kolejne zabezpieczenia, szukam, drążę. Nie pozwalam sobie na "Boże, Ty się tym zajmij", choć bardzo bym chciała. To zdanie pozostaje puste, bo choć tak mówię, to robię maksymalnie wszystko, by załatwić sprawę. Jezus mówił:

Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo <Boga> i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy. ( całość - Mt 6, 25-34)

Ja jednak boję się, ciągle rozpatruje pewne sprawy, myślę o nich, przerabiam je na tysiące sposobów, mimo, że przecież jestem ważniejsza niż wiele wróbli. Zajmują mnie codzienne zmartwienia, a przecież nieraz było tak, że coś zaczynało się układać, że nim wypowiedziałam prośbę Bóg już zareagował i zesłał mi rozwiązanie. A jednak każdego dnia  muszę uczyć się zawierzenia od nowa. 

Naucz mnie Panie ufności. Pozwól mi odczuć, że jestem ważniejsza niż wróble, że nie muszę się bać. Pragnę głęboko wierzyć, że zatroszczysz się o mnie, nawet jeśli to, co się dzieje mówi mi co innego. Bo nie zawsze rozumiem Twoją odpowiedź na moje modlitwy. A przecież odpowiadasz. Niekoniecznie tak, jakbym chciała, ale najlepiej dla mnie. Naucz mnie zatem ufności w to, że wybierasz dla mnie najpiękniejszy scenariusz z możliwych. Że nie muszę się lękać, bo jestem w Twoich rękach, ważniejsza niż ptaki, lilie, kochana. 


O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. 
 Amen.