sobota, 7 grudnia 2019

Mirosław Wlekły "Raban! O Kościele nie z tej ziemi" - adwentownik 2019 #1



"Przejdź się więc ulicą. Wyjdź raz albo nawet dziesięć w ciągu dnia. Wybierz choć jeden dzień, aby wyjść do ludzi. To jest nasza misja. Porozmawiaj z nimi albo po prostu bądź, byleby wiedzieli, że przyszedłeś specjalnie dla nich. Tudo bem? Wszystko w porządku? - zapytaj. Czasami wystarczy. Od razu będą wiedzieć, że pracujesz. Że zatrudniłeś się jako pasterz zagubionych owiec." - s. 106

Od samego początku swojego pontyfikatu Papież Franciszek nawołuje do tego, by ożywić naszą religijność. Zachęca do aktywności, ponieważ wiara bez uczynków jest martwa. Przypomina, że o tym, jakimi jesteśmy chrześcijanami świadczą nie słowa, ale nasze czyny. Mamy być widoczni, słyszani. Żywa wiara to dzielenie się z innymi Ewangelią, tą która wyraża się w naszej codzienności. To ono jest świadectwem tego, czy zachowujemy słowa zapisane na kartach Pisma Świętego. Niektórzy ogromnie wzięli sobie do serca stwierdzenie, by robić "raban w Kościele". Co więcej działają tak, że nie mieszczą się w utartych schematach. 

Kapłan jako widzialny znak Chrystusa. Siostra zakonna, brat, świecki - symbole swojej wiary. Chrześcijanin to człowiek żyjący nauczaniem Jezusa. Zakasuje rękawy i zaczyna działać. Wychodzi do ludzi. Rozmawia, pociesza, angażuje ich w działanie wspólnot. Pomaga biedniejszym, sprawia, że ich życie staje się lepsze. Nie daje się reżimowi. Działa nawet w podziemiu. Odprawia Eucharystię, choć ryzykuje własnym życiem i zdrowiem. Przygarnia tych, którzy są na marginesie. Towarzyszy osobom, które z różnych względów znajdują się na obrzeżach Kościoła. Szuka z nimi najlepszej drogi do bycia jak najbliżej Pana. Udaje się w miejsca, do których nikt inny nie chce iść. Nie zważa na bogactwa czy zaszczyty. Tworzy wspólnoty, przygotowuje świeckich do posługi. Współpracuje z radami parafialnymi. Stoi na straży dobra swoich owiec. Głośno i wyraźnie domaga się praw i ochrony dla ludzi, którzy robią wszystko, by wyżywić swoje rodziny. Jest misjonarzem w sercu chrześcijańskiej Europy, tam gdzie wiara powoli zamieniana jest na kult bogactwa, przyjemności i łatwego życia. Nie dzieli ludzi na chrześcijan i muzułmanów. We wszystkich widzi braci i zachęca do wzajemnej serdeczności oraz świętowania. Poszanowania i akceptacji. Rozumie, że apel o dbałość o naszą planetę to nie czcze gadanie, ale głośny krzyk, by zachować Ziemię dla naszych dzieci i przyszłych pokoleń. Wie, że jeśli nie zacznie działać natychmiast, będzie za późno. Zajmuje się uchodźcami w Libanie, choć traci przez to przychylność bliskich. O kim mowa? O ludziach, którzy robią raban w Kościele. Działają inaczej niż przywykliśmy. 

Mirosław Wlekły wyruszył w fascynującą podróż po kontynentach, by opowiedzieć o ludziach, którzy na co dzień realizują papieską zachętę, by działać i niczego się nie lękać. Ich metody bywają różne. Czasami nawet rodzina nie jest ich w stanie zrozumieć. Wyłamują się ze schematów. Każą patrzeć na świat na nowo, przewartościowywać pewne przekonania, podejmować wymagające wysiłku, zaangażowania i odwagi zadania. Kierują się intuicją i pokazują, że Kościół stale się zmienia. Porusza coraz więcej problemów, mówi o rzeczach trudnych. Bohaterowie książki dziennikarza to niezwykli ludzie udowadniający, że świat wcale nie jest czarno-biały, a rzeczywistość, której nie znamy, zmusza do szukania nowych rozwiązań. Autor obrazuje jak wielką rolę odgrywają dziś w Kościele świeccy. Szczególnie tam, gdzie kapłani docierają bardzo rzadko. Jak osoby o różnych poglądach i niełatwej sytuacji szukają swojego miejsca, by praktykować wiarę.  Jak pasterze gotowi są oddać wszystko za swoje owce. Opisuje także skutki zamknięcia się czy bagatelizowania pewnych głosów. Zamykania się na drugiego człowieka.

Kościół na kartach "Rabanu!" tętni życiem. Jest otwarty. Mieści w sobie ludzi o różnych, by nie powiedzieć niemal przeciwstawnych poglądach. Wyrusza tam, gdzie inni niechętnie podążają. Wychodzi do ludzi i stara się ich przygarnąć. To wspólnota, w której na człowieka czeka przyjaźnie wyciągnięta dłoń i Ewangelia. Ale autor pokazuje również, że czasami nasz ludzki charakter i słabości wysuwają się na pierwsze miejsce. Przerywają inicjatywy, będące zaczątkiem czegoś dobrego. Nie wiem czy można powiedzieć, że czasami przeważa instytucjonalność. Faktem jest, że Mirosław Wlekły zagląda tam, gdzie sami byśmy nie dotarli. Opisuje wspólnoty, których siła tkwi w lokalności. Przypomina tym samym, że ludzie są różni i Kościół powinien działać przede wszystkim w ramach małych wspólnot, tworzących całość Kościoła. To powrót do początków chrześcijaństwa, grup wierzących, które znały się i których członkowie pomagali sobie wzajemnie. Tak jak różnią się języki, w których odprawia się Eucharystię, tak też różnią się między sobą wspólnoty. Każda z nich ma inną specyfikę, potrzebuje różnorodnej aktywności. W uboższych krajach poza głoszeniem Ewangelii Kościół skupia się na ochronie biedniejszych i pomocy na wielu płaszczyznach. W Europie niesie żywą wiarę, której przekaz trzeba dostosować do obecnych czasów. W niektórych częściach świata łączy wyznawców różnych religii, pokazuje otwartość i miłosierną postawę Chrystusa.


Na okładce "Rabanu" Szymon Hołownia pisze, że zazdrości Mirosławowi Wlekłemu jego książki. Po lekturze nie dziwi mnie to stwierdzenie. Autor bowiem łamie stereotypy, wychodzi poza granice, dociera na rubieże zarówno rzeczywiste jak i mentalne. Ukazuje obraz Kościoła, o którym większość z nas nie ma pojęcia. Ta książka to jedno wielkie tornado, z którym musicie się zapoznać. Zbiór reportaży z Argentyny, Belgii, Birmy, Anglii, Czech, Libanu, Stanów Zjednoczonych, Haiti, Kamerunu, Anglii, Dominikany to zapis niezwykłej wędrówki po świecie śladami ludzi, którzy nieraz idealnie pasują do miana "bożych szaleńców". To nie cukierkowy, ale pełen emocji i zmuszający do trudnej i wymagającej refleksji tekst. Żal mi, że ta książka przeszła bez echa. Nie została doceniona, nie prowadziła do ożywionej dyskusji. Wydaje mi się, że boimy się rozmów o Kościele, który wymyka nam się ze znanych ram. Przeraża nas przekraczanie granic, wchodzenie na nieznany teren. Nie jestem teologiem, nie znam wszystkich przepisów i praw, ale jestem otwarta na dyskusję. Pewne tematy poruszone w "Rabanie!" pozostawiły mnie z masą pytań i wątpliwości, które chciałabym jakoś wyjaśnić. 

Mam nieodparte wrażenie, że o tym tytule powinno się głośno mówić. Nie tylko ze względu na wielką odwagę i dociekliwość autora oraz podjęcie niezwykle wymagającego tematu, ale na fakt, że to świetnie napisany zbiór reportaży. Wciągający styl, imponujące przygotowanie autora, jego otwartość i ciekawość to wielkie zalety "Rabanu!". Jest on idealnym wstępem do rozmowy o wielu ważnych i aktualnych tematach. Zastanowienia się nad odpowiedzialnością za Kościół i wychylenia się nieco z własnego podwórka. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy nie odbiorą tej lektury za dobrze. Myślę jednak, że trzeba ją przeczytać, zadać sobie pewne pytania, zobaczyć nieco szerszą perspektywę i nie bać się szukać odpowiedzi. Zrozumieć, że świat nie wszędzie wygląda tak samo, że różnimy się, a otwartość na bliźniego to ważna sprawa. 

Mirosław Wlekły, Raban! O Kościele nie z tej ziemi, wyd. Agora, Warszawa 2019. 

czwartek, 28 listopada 2019

O wiedzy wszelakiej i ludziach renesansu - Miesięcznik Znak nr 774


"Ludzie z pewnością są obdarzeni wolą, tyle że nie wolną. To nie my decydujemy o tym, jakie mamy pragnienia. Nie jesteśmy w stanie postanowić sobie, że będziemy introwertykami albo ekstrawertykami, osobami opanowanymi bądź nerwowymi, homo- bądź heteroseksualnymi. Ludzie dokonują wyborów, ale nigdy nie są to wybory niezależne. Każdy wybór zależy od szeregu uwarunkowań biologicznych, społecznych i jednostkowych, na które nie mamy wpływu." - s.13

Jego nazwisko słyszał niemal każdy. Jedni mają go za człowieka renesansu, kogoś, kto wskazuje drogę w dzisiejszej zwariowanej rzeczywistości i wyjaśnia świat. Inni patrzą pobłażliwie. Niektórzy wręcz nie chcą o nim słyszeć, oskarżając go o uprawianie pseudonauki. Jest znany, lubiany, nienawidzony, uznaje się go za autorytet lub traktuje jak bajkopisarza. W bibliotekach jego książki są stale w wypożyczeniu lub rezerwacji. Czytamy go, słuchamy audiobooków, oglądamy na youtube. Po prace Yuvala Noaha Harariego sięgają nawet ci, którzy nie za często łapią za książkę, bo niezręcznie powiedzieć, nie znam człowieka i nie wiem, co mówi. 

Nim jednak sięgniemy po "Homo Deus. Krótką historię jutra", "Sapiens od zwierząt do bogów" czy "21 lekcji na XXI wiek" warto zapoznać się z listopadowym numerem Miesięcznika Znak. Tematem numeru jest pytanie czy możemy ufać Yuvalowi Noahowi Harariemu. Z kart wyłania się sylwetka wykładowcy, specjalisty z wąskiej dziedziny wojskowości epoki średniowiecza i odrodzenia, który nagle stał się człowiekiem od wszystkiego. Swoistym mentorem ogromnej ilości ludzi. Sam bohater numeru portretuje się w dyskusji z Stevem Paulsonem oraz swoim eseju "Mit wolności". Czytamy zatem o rozwoju techniki, postępie, o mechanizmach manipulacji, budowaniu algorytmów, które niedługo mogą poznać nas lepiej niż my sami się znamy. Harari przywołuje nasz brak perspektywicznego myślenia i wyobraźni oraz niezdolność zrozumienia, w jakim kierunku zmierzamy i co się z tym wiąże. Wspomina o tym, że jesteśmy warunkowani zbyt wieloma czynnikami, by mówić o wolnej woli. Kształtuje nas społeczeństwo, nasze pożądliwości, marzenia, pragnienia (nierzadko wywoływane sztucznie przez reklamy). A liczba bodźców stale rośnie. Czy można zatem zhakować nasze mózgi i serca? Jaką wartość ma oderwanie się od mediów społecznościowych i technologii w życiu człowieka, dowiecie się z listopadowego "Znaku". 

By lepiej zrozumieć poglądy Harariego redakcja przygotowała krótki przegląd najważniejszych terminów używanych przez niego w książkach. Kluczowe zagadnienia w łatwo przyswajalnej pigułce. Tezy, które wysuwa w swoich publikacjach omawiane są w różnych aspektach. O swoich zastrzeżeniach wobec jego działalności i uproszczeniach autora "Homo Deus" opowiadają Mateusz Hohol, Aleksandra Przegalińska, Jakub Bohuszewicz, Adrian Wesołowski oraz Marta Soniewicka. Zdecydowanie nie należą oni do wielbicieli Harariego, jego sposobu postrzegania rzeczywistości oraz wysnuwania wniosków. Mimo iż każdy z wymienionych autorów tekstu zajmuje się czym innym, są zgodni co do tego, że jednak autor "21 lekcji na XXI wiek" odchodzi od metody naukowej na rzecz domysłów, uproszczonego analizowania i interpretowania. Każdy ma mu coś do zarzucenia. 



Poza tekstami o Hararim w "Znaku" znajdziecie wciągający artykuł o tym, dlaczego niektórzy wręcz chorobliwie nie znoszą papieża Franciszka. Karol Kleczka pisze o rodzących się mitach i plotkach, niezadowoleniu hierarchów, wrogości wobec następcy św. Piotra. Zderzeniu kościoła, którzy tworzą ludzie z  kościołem hierarchicznym. Trzeba przyznać, że papież ma wiele ze św. Franciszka i chce skierować kapłanów na drogę pomocy najsłabszym, najbiedniejszym i odrzuconym. Pragnie, by docierali oni szczególnie tam, gdzie jest najtrudniej - w miejsca niemal zapomniane. A to wymagające wielkiego poświęcenia zadanie. Ojciec Święty zdaje się wyprzedzać swoje czasy, skupiać się na tym, co najważniejsze. Wielu nie potrafi zrozumieć, że godności i bogactwa nie mogą mieć znaczenia dla ludzi Kościoła. Rodzą się zatem dyskredytujące historie, fake newsy, używa się wyrwanych z kontekstu wypowiedzi, by oddalić nas od człowieka, pragnącego dobra Kościoła i jego wiernych. O tym jak wygląda prawdziwy Kościół papieża Franciszka możecie przeczytać w książce Mirosława Wlekłego "Raban! O Kościele nie z tej ziemi". Na jej kartach odnajdziecie niesamowite historie, o których pewnie większość nigdy nie słyszała. To ogromnie dający do myślenia tekst i wspaniały materiał na szeroką dyskusję w Kościele. 

Przeczytacie również o działaniach prowadzonych w Chile w ramach "Operacji Kondor". Walce z komunizmem w Ameryce Południowej, która przerodziła się w krwawe rządy wspierane przez USA oraz system niszczący ludzi, posiadający tajne centra zatrzymań wzorowane na obozach koncentracyjnych. Stosowanie tam praktyki torturowania wcale nie odbiegają od tego, co znamy z historii. Zapoznacie się z tekstem o empatii i tym, jakie rodzi problemy. Jej jasnych i ciemnych stronach, bo choć to rzadko podejmowany temat, empatia nie jest jedynie pozytywna. Jeśli macie wątpliwości co do bycia dawcą organów, nie do końca wiecie co się z tym wiąże, zachęcam was do lektury zapisu rozmowy Bohdana de Barbaro, s. Barbary Chyrowicz, Marka Krawczyka i Piotra Grzegorza Nowaka, która odbyła się podczas 19. Dni Tischnerowskich. Miłośnicy literatury zanurzą się natomiast w świecie kobiecej poezji jidysz zarówno od strony wydanej niedawno monografii jak i związanej z nią antologii. Tekstów jest oczywiście więcej, ale w tym numerze te zatrzymały mnie na dłużej. 


Dowiedziałam się bowiem czegoś nowego o historii współczesnej i jej niechlubnych kartach. Poszerzyłam swoją wiedzę o empatii. Zapoznałam się z różnymi podejściami w kwestii oddawania organów, jak choćby ograniczoną zgodą, co do tego, kto je może otrzymać. Przypomniałam sobie przeglądaną kilka miesięcy temu publikację "Moja dzika koza. Antologia poetek jidysz". Lepiej zrozumiałam, skąd bierze się niechęć do Papieża. W końcu zaś poznałam niebezpieczeństwa, jakie rodzi bezkrytyczne przyjmowanie poglądów Harariego. Choćby z tych kilku powodów zachęcam Was do sięgnięcia po listopadowy "Znak". 



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Redakcji Miesięcznika Znak. 


niedziela, 24 listopada 2019

Jaroslav Rudiš "Grandhotel. Powieść nad chmurami"



"Wiem, że to wszystko brzmi jak wariackie gadanie. Może jestem wariatem. Nie jesteście jedynymi, którzy tak myślą. (...) Może jestem chory. A może nie, może chory jest świat wokół mnie, choć uznaję, że szanse na to, że tak jest, są niewielkie." - s. 35

Chmury są piękne, majestatyczne. Pobudzają wyobraźnię, pozwalają się zrelaksować. Z dzieciństwa większość z nas pamięta słodkie leżenie na trawie i wpatrywanie się w niebo, odgadywanie kształtów, w które układały się pierzaste olbrzymy. To po chmurach można odgadnąć zmieniającą się pogodę. Obserwacja nieba pozwala poznać niektóre tajemnice świata. Daje wytchnienie, jest czymś, co powinno nam towarzyszyć.

Trzydzieści lat życia to wcale niemało. W tym wieku powinno się mieć już w miarę ustabilizowane życie. Pracę, może rodzinę, odłożone nieco gotówki. To punkt, w którym mamy jasno sprecyzowane cele, realizowane już od jakiegoś czasu. Jesteśmy młodzi, silni i wiemy, czego chcemy. Jednak bohater "Grandhotelu" różni się od większości ludzi. Podczas, gdy inni szukają lepszych lub gorszych sposobów na osiągnięcie sukcesu, on zdaje się dopiero poznawać świat. Fleischman jest przekonany, że wszystkim rządzi pogoda, którą uparcie obserwuje, zapisując każdą zmianę i anomalię, a trzeba przyznać, że ma doskonałe do tego warunki. Mieszka w położonym wśród chmur hotelu, do którego przyjeżdżają spragnieni wrażeń goście. Pogoda to całe jego życie, bo prywatnie nie ma się czym chwalić. Łatwiej mu opowiadać o zmieniającej się aurze i następstwach zjawisk atmosferycznych niż snuć własną historię, ale jakby powiedział bohater, do tego jeszcze dojdę.

Poszukiwanie swojego miejsca na ziemi to temat wielu książek. Tu przewija się w dość charakterystycznej formie, wpleciony w historię o życiu połączonym z pogodą. W istocie można powiedzieć, że bohater przeszedł niejedną burzę i nadal błądzi we mgle, szukając swojej przystani. Wie, że wiatr wieje mocno i potrafi zburzyć kruchy spokój życia. Że jedno wydarzenie, zupełnie niepozorne i wydające się bez znaczenia potrafi wywołać piorunujący efekt. Bo wszystko ma zawsze jakiś oddźwięk. Tak więc pośród chmur, zapatrzony w niebo stara się rozwiązać zagadkę własnej niemocy oraz sytuacji, w której się znalazł.

Autor pisze o stagnacji, lekko melancholijnym i smutnym, może nieco niewygodnym zasiedzeniu się. Lękiem przed nowością, wyruszeniem w nieznane. Czasem o paraliżującym strachu, który niweczy wszystkie życiowe plany. Bohater ma jednak świadomość, że jeśli coś się nie udaje, to należy szukać innego rozwiązania. Jest trochę dziecinną postacią, zatrzymaną w czasie, niezmiennie zadziwioną rzeczami, które zdają się być oczywiste dla innych.

"Pani doktor powiedziała, że nie ma w tym nic złego, ale ta nasze nieruchomość, niemoc, nieumiejętność wyrwania się spowalnia nas i zatrzymuje. Mówi, że właśnie w ten sposób gnijemy za życia. Zamarzamy. Że wprawdzie jako naród nikogo nie krzywdzimy, ale za bardzo nam nie przeszkadza, że ktoś krzywdzi nas. Pani doktor uważa, że brakuje nam morza i świeżego powietrza. Albo porządnych gór i widoków. Że utknęliśmy w kotlinie, z której wystają nam tylko włosy. I dlatego jako naród jesteśmy tacy zamknięci. Skupieni na sobie. I niespokojni." - s. 166

Świat głębszych emocji również pozostaje dla niego tajemniczy. Przeszłość rzuca się cieniem, pozbawiając go pewnych możliwości oraz umiejętności nawiązywania głębszych relacji. Pytanie, które stawiałam sobie brzmiało jednak, czy z osobami, które ma w otoczeniu, takie więzi da się zacieśnić. Przyznam, że ogromnie trafne wydaje mi się porównanie jego losu do marazmu społeczeństwa. Czesi ze swoim nizinnym położeniem, bezpieczną doliną w której się znajdują bez względu na sytuację są nieco jak Fleischman. Nawet, gdy czują się źle, nie podejmują żadnych kroków, by zmienić swój los. Wolą być biernymi, niewychylającymi się obserwatorami. A mimo tego, coś nieustannie gna bohatera ku górze. Wyżej niż szczyt Ještěd na którym mieszka. Wyżej niż chmury. Choć zawsze natrafia on na granicę, której przekroczenie go przerasta.

Potrzeba akceptacji, przynależności, znalezienia swojego miejsca grają tu pierwsze skrzypce. Nieodłącznym elementem ludzkiej natury jest świadomość tego, kim się jest i gdzie należy podążać. Wyrwanie z korzeni rodzi dezorientację, wyobcowuje człowieka. Sprawia, że czuje się zagubiony i niezdolny do budowania relacji i kreowania swojej przyszłości. Jeden z bohaterów mawia, że "człowiek musi skończyć tam, gdzie się urodził". Słowa te wybrzmiewają naprawdę mocno w perspektywie poruszanego na kartach powieści wątku Niemców mieszkających w Sudetach. Historia wkracza w świat bohatera i kształtuje lokalne relacje. Jaroslav Rudiš nie boi się poruszać trudnych tematów, nie stroni od czasami szokujących zachowań i słów, niekiedy dość osobliwych. Jednak mimo wszystkich niecodziennych czy trudnych sytuacji, nie sposób odmówić tego, że czasami to świat zewnętrzny wydaje się szalony, a nie poszczególni bohaterowie.

Ciekawym zabiegiem jest portretowanie postaci z perspektywy głównego bohatera a zarazem narratora powieści. O osobach z otoczenia Fleischmana wiemy niewiele. Tyle, ile uda się zaobserwować niezbyt dociekliwemu mężczyźnie. Większość informacji pozostaje niewypowiedziana, ale to też doskonale portretuje samego narratora. Jego sposób widzenia człowieka i świata. Bohater bowiem nie analizuje, często nie zastanawia się nad przyczynami pewnych reakcji. Przyjmuje je po prostu takimi, jakie są, bez zbędnych pytań. Nierzadko nie rozumie, dlaczego jest wyobcowany i wyraźnie inny od pozostałych ludzi. Nie pomagają wizyty u lekarki. Długie rozmowy, podczas, których opowiada historię swojego życia. Inność pozostaje zagadką.

"Grandhotel. Powieść nad chmurami" to specyficzna literatura. Pełna zdumienia, zagubienia, zdziwienia. Nie odnalazłam w niej dużej dawki humoru, choć na to liczyłam. Jest za to trochę ironii, lekko podane trudne tematy, tajemnica, osobliwość i zaskakujące zakończenie, które pozostawia czytelnika z pewną dozą pytań. To z jednej strony pełna niedopowiedzeń i zawiłości historia, z drugiej opowieść pozwalająca wyzwolić się z konieczności posiadania wiedzy wszelakiej i odpowiedzi na każde pytanie. Odnajduję w niej dużą dawkę uniwersalizmu, bo każdy z nas jest trochę Fleischmanem, próbującym zrozumieć, kim jest, dokąd dąży, zmagającym się z wyrwaniem z konwenansów, nałożonych nam w ramach cywilizacji oczekiwań, ról do spełnienia. Z naszą walką z tymi wymogami jest trochę jak z zakończeniem powieści. Pozostają otwarte. Ostatnie wersy niczego nie narzucają, dają za to swobodę interpretacyjną w snuciu domysłów. Zaskakująca, zastanawiająca, czasami lekko drażniąca, ironiczna, momentami za prozaiczna i dosłowna, ale uniwersalna, poruszająca trudne tematy, w końcu inna, po prostu czeska. Taka jest najnowsza powieść Jaroslava Rudiša. Pewnie nie będzie to lektura dla każdego, ale ja nie żałuję jej przeczytania. Wszystkim miłośnikom osobliwych historii, poszukiwania odpowiedzi na podstawowe pytania i po prostu literatury niszowej powinna przypaść do gustu.

Jaroslav Rudiš, Grandhotel, Powieść nad chmurami, przeł. Katarzyna Dudzic, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

środa, 13 listopada 2019

Małgorzata Rejmer "Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii"




"Był sobie raj, stworzony w najsłuszniej socjalistycznym kraju na świecie. 

Gdzie wszystko należało do wszystkich i nic nie należało do nikogo. 

Gdzie każdy umiał pisać i czytać, ale pisać można było tylko to, z czym zgadzała się władza, a czytać tylko to, co władza zatwierdziła.

(...)
W raju nie było jednak więzień politycznych, a jedynie "obozy reedukacji", służące do zmiany świadomości wrogów ludu za pomocą lektur, tortur i katorżniczej pracy.
W raju wszyscy byli równi, ale ludzi dzieliło się na lepszych i gorszych - tych z dobrą biografią, którzy wiedli żywot poczciwy, i tych ze złą, gnębionych od urodzenia. (...).
Władza trzymała w rękach życie każdego obywatela i decydowała: (...) Komu będzie się wiodło, kto będzie wegetował, komu ukradnie się życie. 
(...)
Ci, którzy żyli zgodnie z regulaminem raju, wierzyli, że są najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Wprawdzie niektórzy przed zaśnięciem zastanawiali się, czym jest wolność, ale inni uważali, że nie brakuje im niczego. Władza dawała dach i jedzenie, szkołę i pracę, więc obywatele nie musieli martwić się o nic. Musieli tylko uważać na to, co mówią, robią i myślą." - s. 11-13.

W spokojny jesienny wieczór usiądźcie i posłuchajcie. Opowiem Wam o książce, która zostanie w Waszej pamięci i nie pozwoli o sobie zapomnieć. Nie będzie to radosna opowieść, więcej nawet, nie będzie choćby spokojna. Wejdziemy do świata, o którego istnieniu lepiej nie wiedzieć. Rzeczywistość, która się przed nami otworzy, będzie jak z powieści Kafki z tą różnicą, że to nie powieść. Wszystko wydarzyło się naprawdę. Będziecie zachodzić w głowę jak można było tak żyć, przyjdą chwile zwątpienia i zastanowienia się, czy faktycznie to prawda. A jednak. Małgorzata Rejmer przedstawi Wam opowieść o kraju ogrodzonym murami i drutem kolczastym. Raju, z którego nie można było wyjść. Z tą różnicą, że będzie ona złożona z samych faktów, nie zaś jak w przypadku baśni, fikcji z ziarnem prawdy.

Istniał niegdyś kraj, w którym człowiek nie doświadczał wolności. Pozostawała ona dla niego pustym sloganem, nic nie znaczącym słowem, zbitką liter ułożoną w pewne brzmienie. Terminem pamiętanym z przeszłości, do którego niektórzy tęsknili, choć jego znaczenie coraz bardziej zacierało się w zakamarkach pamięci. Wokół wszystko mówiło obywatelom, że żyją w najszczęśliwszym z możliwych miejsc. Mieli zaszczyt i wielki przywilej bycia obywatelami Ludowej Socjalistycznej Republiki Albanii. Arkadii, jakiej nigdzie jeszcze nie zbudowano. Był to kraj mlekiem i miodem płynący, w którym ludzie na właściwych stanowiskach nie mieli powodów do narzekania, podczas gdy zwykli mieszkańcy stali w kolejkach po podstawowe produkty. Gdzie komunizm mieszał się ze zdobyczami zachodu, ale jedynie w wybranych mieszkaniach. Gdzie szerzono oświatę, ale najważniejsza była wiedza o ustroju, metodach pracy i władzy. Alfabetyzm przestawał istnieć, co wcale nie szło w parze z podnoszeniem samoświadomości i mądrości społeczeństwa. Lektury opiewały zasługi władzy, kształtowały bezwolne umysły. Kultura sławiła wszechobecne sukcesy państwa, które było samowystarczalne i nie musiało utrzymywać kontaktów z krwiożerczymi kapitalistami. Tworzyła idealnego obywatela niezdolnego do podejmowania samodzielnych decyzji, nienawykłego do krytycznego myślenia, obojętnego wobec problemów egzystencjalnych. Stale skupionego na tym by przetrwać.

Albańczyk był najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Jego myślami i sercem nie targały żadne troski. Dobroduszna władza kierowała jego życiem, pozbawiając go tym samym kłopotu. To ona wskazywała jedyną i możliwą drogę życia. Przydzielała do pracy, aranżowała małżeństwa, edukowała, mówiła, co trzeba myśleć. W pozbawionym barw kraju nie można było być sobą. Wszelkie przejawy indywidualizmu, samodzielności, kreatywności były niedopuszczalne. Ściany miały uszy, a za twarzami ludzi kryły się wilki. Każdego można było złamać, każdy miał jakiś słaby punkt, który zawsze potrafił odnaleźć reżim. Za przewiny pokutowali wszyscy, całe rodziny, nawet najdalsi krewni, przyjaciele, znajomi. Tracili swoje w miarę stabilne życie, by skończyć w najbardziej zapomnianych miejscach kraju czy obozach, w których życie zmieniało się w piekło. To tam mieli zostać przywróceni do społeczeństwa jako wartościowi obywatele, tam odkupywali nie swoje winy. Tortury, znęcanie się psychiczne i fizyczne, bestialstwo i niekończące się cierpienie było codziennością tysięcy osób. Wielu było usuwanych, gdy tylko zaczynali stwarzać choćby pozorne zagrożenie. W perspektywie powszechnej radości nie mówiło się jednak o tysiącach dramatów, które rozgrywały się każdego dnia.



Odważniejsi starali się przetrwać i uczynić rzeczywistość bardziej znośną, ale niekiedy nie można było ufać nawet rodzinie. Indoktrynacja zmieniała dorosłych i dzieci w narzędzia aparatu władzy. Niektórzy jednak mimo wszystko kształtowali innych, pozwalając im czytać prawdziwą literaturę. Zesłanie zdarzało się być wytchnieniem od wszędobylskich szpiegów i propagandy. Prości ludzie z wioski mieli w sobie więcej życzliwości a stare nietknięte latami biblioteki okazywały się kopalnią wiedzy i kształtującą myślenie skarbnicą. Z każdego kąta zdawał się wyzierać strach i autokontrola. Ludzie cenzurowali samych siebie, nie byli pewni nawet własnych przyjaciół. Stosy raportów rosły, a legendy o powodach aresztowania wskazywały na najbardziej absurdalne przyczyny. A jednak pośród biedy, zaszczucia, szarości ludzie starali się przetrwać. Mrok rozjaśniały paczki z Włoch, nadzieja na koniec irracjonalnych rządów, zdobyte książki, słuchane ukradkiem audycje czy programy. Wszyscy marzyli, że któregoś dnia terror dobiegnie końca.

Wiecznie żywy Enver, dobrotliwy ojciec, którego sławiło każde dziecko w kraju, szaleniec zmieniający życie Albańczyków w piekło, wizjoner samowystarczalnego państwa, architekt, który pokrył kraj siecią bunkrów, w końcu znienawidzony dyktator - tak historia zapamiętała tego bezwzględnego człowieka opętanego obłąkańczą wizją świata.  Jego krwawe rządy doprowadziły do śmierci tysiące ludzi i wykształciły system donosicielstwa, wrogości, braku zaufania oraz podejrzliwości do tego stopnia, że zwykła ludzka życzliwość stawała się rzadkością.

"Błoto słodsze niż miód" poraża ogromem cierpienia i bólu. Zniewolenia zarówno w sensie dosłownym, gdy żyje się w jednym wielkim więzieniu, którego nie sposób opuścić oraz mentalnym. Albania na kartach książki Małgorzaty Rejmer to miejsce, gdzie nie można pozwolić sobie nawet na wolność myślenia. Wszelkie refleksje, wnioski, wątpliwości należy ukrywać jak najgłębiej. Udawać kogoś, kim się nie jest. Jedynym sposobem na względne bezpieczeństwo było pochylenie głowy i milczące przytakiwanie. Coś jednak nadal drżało. Nigdy nie można było mieć pewności tego, że wszystko będzie się układać. Zbiorowa odpowiedzialność wydawała się niemal nieskończona. Bieda, smutek, strach - to nieodłączni towarzysze mieszkańców raju Envera Hoxy. Zmieniające się nastroje i paranoja rządzącego, powtarzające się czystki - sprawiały, że nikt nie mógł być pewny swojego losu. Zesłanie bywało ocaleniem, choć zawsze kojarzyło się z karą. A jednak dawało szansę na przetrwanie w kraju, gdzie nadal nie rozliczono winnych, w którym prawda pozostaje utajniona w stosach teczek a ofiara mieszka obok kata.


Małgorzata Rejmer stworzyła niezwykły reportaż o tym, co wydaje się opowieścią żywcem wyjętą z "Procesu" Franza Kafki, a co wydarzyło się i to niejeden raz. W swojej książce pozwala mówić tym, którzy stracili wszystko - dom, rodzinę, przyjaciół, nawet zaufanie do drugiego człowieka, bo do dziś Albania to kraj, w którym bliźni jest potencjalnym zagrożeniem. Reżim zdaje się trwać i mieć się całkiem dobrze. Ci, którzy pamiętają obezwładniający strach, słowa czy czyny, które mogły sprowadzić na nich nieszczęście do dziś nie uwolnili się od traumy przeszłości. Nie pomagają przypomnienia, że reżim upadł i można swobodnie mówić i czuć się bezpiecznie. Zło raz zasiane zdaje się bezustannie zbierać żniwo. Autorka "Błota słodszego niż miód" wnika w opowieści swoich bohaterów. Nie stroni od trudnych, niezwykle bolesnych wspomnień. Pokazuje jednak i dobro, które dało się odnaleźć w przeszłości. Wspomnienia z dzieciństwa, delikatne gesty, piękne i ryzykowne związki.

Obserwuje i wyciąga wnioski. Szuka odpowiedzi na kotłujące się w głowie pytania. Wynajduje najróżniejsze relacje. Dociera do więźniów obozów reedukacyjnych, ludzi zesłanych w najbardziej zapomniane zakątki Albanii, osób zdradzonych przez własne rodziny, zwolenników systemu i Hoxy,  osób ukaranych za winy dalekiej rodziny, zwykłych szarych ludzi, strąconych z piedestału dostojników. Z uwagą wsłuchuje się w ich historie i tworzy z nich zapadający w pamięć reportaż. Dokument o jednej z najciemniejszych kart historii Europy XX wieku. Przed niektórymi odkrywa zdarzenia, których nie znali, innym pozwala poszerzyć i uzupełnić wiedzę, dla kolejnych tworzy zapis cierpienia, które nie powinno zostać zapomniane.

Najnowszy reportaż Małgorzaty Rejmer przejmuje do głębi. Przedstawia gehennę ludności i irracjonalność poczynań władzy. Przygnębia zagubieniem społeczeństwa, które pozbawione możliwości podejmowania jakichkolwiek decyzji, po upadku reżimu stanęło wobec wyzwania zbudowania nowego, lepszego państwa. Dojrzałym oraz ukształtowanym językiem i stylem reportażystka opowiada o ważnych kartach historii Albanii, oddając niewątpliwie ogromną zasługę krajowi, który do dziś zmaga się z problemami dotyczącymi swojej przeszłości i rozliczenia z nią. To niezwykle ważna publikacja nie tylko dla mieszkańców byłego raju Hoxy, ale wszystkich ludzi, którzy powinni pamiętać, do czego może doprowadzić nieograniczona niczym władza.

Małgorzata Rejmer, Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii, wyd. Czarne, Wołowiec 2018. 

sobota, 2 listopada 2019

Maria Paszyńska "Dwa światła"



"Świat się dla mnie zatrzymał. Byłem ja i muzyka przenikająca każdy fragment mojego ciała. Nie wiem, dlaczego akurat to wykonanie zapamiętałem, przecież w moim domu było dużo pięknych dźwięków, często słuchałem rozmaitych koncertów orkiestrowych i występów solistów, a jednak zdarzają się czasem takie chwile, po których nic nigdy nie jest takie samo". - s. 110

Lubię muzykę, ostatnio przy pisaniu muszę słuchać jazzu. Ot taka fanaberia, rzekłby ktoś, że lansowanie się, bo dobra literatura, jazz. Nic bardziej mylnego. To raczej tropienie piękna niż wywyższanie się. Jak w powyższym fragmencie, szukam i czasami zatrzymuję się, nad dźwiękami, słowami, obrazami. Zapisuję je głęboko w sercu i już wiem, że wrócą, w odpowiednim miejscu i czasie. Będą pracować we mnie, choć nie zawsze mam świadomość, że tak się dzieje. Ale wiem, że pewnego dnia zaświtają w mojej pamięci, odezwą się czystym i pięknym głosem, by pozwolić zrozumieć, wyjaśnić coś, pomóc. Tym jest siła literatury i sztuki, której nie sposób pojąć i objąć rozumem. 

Warszawa lat wojennych. Niszczycielska siła i opętańcza mania Hitlera burzy świat, który wydawał się przyjaznym miejscem. Dzieli ludzi na lepszych i gorszych. Wznosi materialne, realne mury i bariery w ludzkiej mentalności. Niczym nieuzasadniona nienawiść rozszerza się, przelewa jak fala ciemności po europejskim kontynencie. Pożera coraz większe ilości osób. Mały chłopiec w getcie próbuje przetrwać i pomóc swojej wątłej i nieprzygotowanej na los, który ją spotkał matce. Znalazłszy przyjaciela zahartowanego w trudach życia, pilnie odrabia każdą lekcję, którą ten mu daje. Na swoje barki bierze odpowiedzialność za ukochaną rodzicielkę. W wieku kilku lat staje się dorosłym. Lęk, głód, niepewność jutra, to codzienność dla mieszkańców getta. Na zewnątrz istnieje świat, którego Robert zdaje się nie pamiętać. Nieco lepszy od pełnej napięcia i brutalności codzienności. Za murem tli się rzeczywistość, do której można powrócić. Wyjście z getta to jednak dopiero początek zmagań z własnymi słabościami, przeciwnościami losu, bólem, tęsknotą i traumą. Pogodzenie się z losem wymaga wiele siły, wyrozumiałości, przepracowania emocji, które nie są przyjemne. To ciężka praca, która rozciąga się na lata. Tym trudniej to zrobić, gdy jest się człowiekiem porywczym, impulsywnym i mocno poranionym. 



Maria Paszyńska snuje historię o genialnym muzyku. Chłopcu tak niezwykłym, że ciężko to zrozumieć. Jednocześnie małym człowieku naznaczonym ogromem cierpienia. Obarczonym ciężarem zbyt wielkim dla kilkuletniego chłopca. Przedwcześnie dojrzały Robert, który ucieka  z getta przebrany za dziewczynkę z nadmiernie surową babką, trafia pod opiekę profesora Edwarda Sokołowskiego. Podczas, gdy za oknami czai się śmierć a każdy odgłos wojskowych butów może być ostatnim dźwiękiem w życiu, starszy mężczyzna stwarza dla chłopca piękną enklawę, dzięki której łatwiej przetrwać koszmarny czas. To właśnie muzyka, która była wielką miłością nauczyciela, staje się dla obydwu mężczyzn ucieczką. Przynosi ulgę, pozwala zatracić się w pięknie, koi zmęczoną duszę. Wspólna nić porozumienia między bohaterami nawiązuje się niemal natychmiast. Istnieje na płaszczyźnie dostępnej jedynie dla wtajemniczonych. Przepiękna więź i niebywała przyjaźń rozjaśniają mroki historii. Zadziwiają dojrzałością, pokazują co w człowieku najlepsze. Bezbrzeżne oddanie drugiemu człowiekowi, zawierzenie serca komuś, kto jest obok. To nie tylko relacja uczeń-nauczyciel czy genialne dziecko muzyk. To swoista opowieść o ludziach, którzy odnaleźli się wzajemnie, tak samo niezwykłych na granicy dwóch światów, tego rzeczywistego i artystycznego, niedostępnego dla wszystkich. 

Na tle dwóch rozmarzonych, nieco oderwanych od świata, zatopionych bez reszty w muzyce mężczyzn inne postaci wydają się mocno pragmatyczne i życiowe. Urzeka mocne skontrastowanie bohaterów. Wanda Sokołowska i jej córki to niezwykle silne postaci. Oddane walce, nieustraszone, gotowe nieść pomoc, a jednocześnie niepozbawione ciepła, wyrozumiałości, życzliwości i współczucia. Całkiem inne od Celiny, owładniętej szaleńczą ideą, zimnej, nieprzystępnej, surowej. Autorka na przykładzie Roberta-Andrzeja odmalowuje całą paletę emocji i zmian w psychice człowieka, który przeżył piekło. Wojenna rzeczywistość, bestialstwo nazistów, rozstania i dalsze losy bohatera czynią z niego postać tragiczną. Z małego, pełnego empatii i troski chłopca, zmienia się w rozhisteryzowanego, pewnego swojej wielkości, sterowanego przez opiekunkę i przepełnionego złością człowieka. 


Pisarka ma niebywały talent do odnajdywania i opisywania historii, które zdarzyły się naprawdę. Korzystając z faktów tworzy poruszające opowieści, skłaniające do sięgnięcia do źródeł. Niezwykle plastycznie opisując rzeczywistość, pozwala lepiej zrozumieć okropności wojny, los jaki ludzie zgotowali ludziom. To wyjątkowo ważna lekcja, którą każdy powinien odebrać. Klasyczna, literacka, piękna polszczyzna, wyrobiony styl, który jest charakterystycznym znakiem pisarki i ogromne dopracowanie szczegółów sprawiają, że książkę po prostu się pochłania. "Dwa światła" prowadzą czytelnika od natchnienia i piękna do okrucieństwa i bestialstwa. Grają na każdej znanej strunie duszy. Podobnie jak Andrzej z łatwością wygrywa melodie, tak Maria Paszyńska tworzy kolejne fabuły. Rozwija je, pozwala im płynąć, dbając o najpiękniejszą z możliwych form i wierność historyczną. Nie ucieka od trudnych tematów. "Dwa światła" to powieść o pożegnaniach, porzuceniu, wyborach, które po ludzku ciężko zrozumieć. Przerwanych relacjach, domagających się wyjaśnienia. Bólu, którego dziecko nigdy nie powinno doznać oraz życiu w cieniu traumy i gorzkiej przeszłości. To powieść, w której muzyka i piękne momenty rozświetlają fabułę. Pokazują, że nawet wśród największej burzy nie da się zniszczyć piękna i dobra. Rozpędzona machina wojenna naznacza mimo tego życie bohaterów tragizmem. Niezmiennie zdumiewa mnie przygotowanie Marii Paszyńskiej do tworzenia opowieści, umiejętność przedstawiania historii tak, by była ciekawa i łatwa do przyswojenia dla każdego. Najbardziej jednak cenię język autorki, stale kojarzący mi się z Bolesławem Prusem (tak, to komplement), emocjonalność, przekaz jej dzieł i to, że ufa czytelnikowi. Stawia pytania i zmusza do refleksji, samodzielnego wyciągania wniosków. Nie daje wszystkich odpowiedzi. Prowadzi czytelnika na tyle, na ile jest to konieczne, wierząc w jego inteligencję, uczuciowość, intuicję i za to ogromnie cenię jej dzieła. Zawsze pozostawiają mnie z niedosytem, dzięki któremu drążę, szukam, rozwijam się. A tu dodatkowo jestem wdzięczna za postać Szlomo, który potrafił mimo wszystko patrzeć nieugięcie w niebo, jak powinniśmy czynić my wszyscy. 

"Dwa światła" były dla mnie historią o migoczących gwiazdach. Ludziach, którzy poświęcali się dla innych. Wybijali w czasach, gdy zachowanie człowieczeństwa kosztowało najwięcej. Podróż do czasu drugiej wojny światowej okazała się wyprawą do ludzkich serc. Tych ukształtowanych i dopiero co formowanych. Pokazywała niezwykłość człowieka, ale i jego wybory, nie zawsze zrozumiałe, być może nie zawsze właściwe. Stała się historią o walce z demonami i niespełnionymi obietnicami. Pozwoliła mi spoglądać na rodzący się geniusz, ale i poczucie bezradności, osamotnienia. Pozostawiła z ciszą, w której muszą wybrzmieć moje wątpliwości, pytania, emocje. I ciekawością, jak grał Andrzej Czajkowski - człowiek, o którym dotąd nie słyszałam. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Pascal.

Maria Paszyńska, Dwa światła, wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2019.  


poniedziałek, 21 października 2019

O spoglądaniu w niebo z 773 nr "Miesięcznika Znak"



"Wszystko zaczyna się mniej więcej po godzinie patrzenia. Tutaj nie da się tego zrobić w trybie fast. Jest jeszcze jeden warunek: nie analizować, nie interpretować. Mniej więcej po godzinie umysł z oporem przyswaja fakt, że obserwuje nieskończoność, a w perspektywie znajduje się punkt, w którym załamują się znane prawa fizyki. Patrząc horyzontalnie, nie można tego doznać. Ta reakcja zachodzi spokojnie i długo, lecz na jakiś czas, nim nie skołuje nas codzienność, zmienia strukturę świadomości, otwierając ją na nieopisywalny a dominujący fragment rzeczywistości. Człowiek czuje się, jakby żył tam, na dole, w płytkim, ale ponurym kłamstwie, które wszystko to, co zbyt trudne do przyswojenia, błyskawicznie przypisuje do kategorii fikcji". - s. 26

Od zarania dziejów spoglądamy w niebo. Wznosimy wzrok z zafascynowaniem, zauroczeniem, odpoczywamy, podziwiamy, pozwalamy myślom płynąć. Dzięki gwiazdom odnajdujemy drogę do domu, jesteśmy w stanie ustalić nasze położenie i właściwy kierunek podróży. To nocne niebo daje otuchę nawet tym, którzy znajdują się w trudnej sytuacji. Wszyscy mieszkamy pod jednym sklepieniem, dachem świata. Patrzymy na te same gwiazdy, dzięki temu wydajemy się być bliżej tych, za którymi tęsknimy. Od wieków marzyliśmy o tym, by wznieść się w przestworza. Latać jak ptaki. Gdy to osiągnęliśmy nasze marzenia poszły dalej. Zapragnęliśmy polecieć w kosmos, stanąć na Księżycu. Dziś coraz śmielej mówimy o locie na Marsa a kolonizacja innej planety wcale nie wydaje się wyjęta z filmu science fiction. Niebo zdaje się być bliżej niż kiedykolwiek. 

Coraz lepiej poznajemy nie tylko własną galaktykę, ale i inne miejsca wszechświata. Udoskonalamy sprzęt obserwacyjny, pragniemy odkrywać coraz to nowe gwiazdy. Naukowcy snują odważne plany i pomysły. Jednocześnie poznając niebo coraz łatwiej zrozumieć nam nas samych i zjawiska, które zachodzą na Ziemi. Sytuujemy się w bardzo konkretnym miejscu, spoglądamy w nieograniczoną dla naszych umysłów przestrzeń i bardzo mocno odczuwamy swoje miejsce we wszechświecie. To zmienia punkt widzenia, każe oceniać swoje działania całkiem inaczej, bardziej racjonalnie, perspektywicznie. Wziąć odpowiedzialność za to, co robimy tu i teraz, by móc iść wyżej i dalej. O tym i swojej fascynacji astronomią opowiada Joanna Maria Mikołajewska pracownik Centrum Astrologicznego im. Mikołaja Kopernika PAN w Warszawie.

Idąc dalej poznajemy historię rozwoju astronomii w pigułce oraz podboju kosmosu. Warto bowiem pamiętać, że rywalizacja między USA a ZSRR to nie tylko wyścig zbrojeń, ale wielka walka o to, kto pierwszy pojawi się na orbicie okołoziemskiej, a następnie zjawi się na Księżycu. O ogromnych nakładach finansowych, wsparciu geniuszy XX wieku, a także wielkich katastrofach i tym, co wpłynęło na realizację chyba najdroższego w historii projektu, dowiecie się z najnowszego numeru "Znaku". Przekonacie się również jak znacząco zmieniło się oblicze kosmicznych projektów, które są dziś bardziej międzynarodowe i oparte o współfinansowanie, jeśli nie finansowanie firm sektora kosmicznego. Dzisiejsza odsłona podboju kosmosu diametralnie różni się od tego, co było w przeszłości. To już nie tylko sposób na udowodnienie, kto jest najsilniejszy, ale realny projekt, mający na celu pokazanie wielkości człowieka, jego zdolności do pokonywania kolejnych barier, poszerzania swoich wpływów. To dalekosiężna i rozłożona na lata inicjatywa, w której biorą udział ludzie posiadający całkowitą świadomość tego, co poświęcają i jak wygląda bilans zysków i strat.

W końcu kosmos to ogrom piękna, które nie mieści się nam w głowie. Obserwowanie gwiazd pozwala poczuć własną znikomość, ale i wielki spokój, gdy trzepoczący umysł nagle zaczyna rozumieć, że przecież jest częścią czegoś nieskończenie wielkiego i pięknego. Chęć poznania nieba, nauka gwiazd układających się w konstelacje, odwiedzanie parków ciemnego nieba, w końcu zadzieranie głowy do góry, by napawać oczy magią gwiazd, to wszystko dostępne jest dla każdego. Wystarczy jedynie ruszyć się nieco i pozwolić sobie na szaleństwo spoglądania do góry w wiecznie zabieganym świecie. 



Wybieram kilka kosmicznych lektur na jesienne popołudnia, bo zafrapował mnie szaleńczy bieg ku podbojowi kosmosu i wielkie rozpościerające się nad moją głową niebo. Przeglądam katalog, znajduję odpowiednie tytuły, podchodzę do półki. Do domu zabieram trzy, które będą mi towarzyszyć. W codziennym pośpiechu decyduję się na "Astrofizykę dla zabieganych" Neila DeGrasso Tysona. Będę również czytać o tych, dla których kosmos nie jest już nieznaną przestrzenią. Andrew Smith i jego "Księżycowy pył. W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na ziemię" opowiedzą mi o kosmicznych kowbojach i ich historii. Słyszałam już o tej książce i tym bardziej nie mogę doczekać się lektury. Na koniec kompendium wiedzy wprost od astronauty, czyli to co powinniśmy wiedzieć o kosmosie w pigułce. "Zapytaj astronautę. Wszystko, co powinieneś wiedzieć o podróżach i życiu w kosmosie" Tima Peake'a zapowiada się obiecująco. 

Tęsknię za moim rodzinnym Podkarpaciem, gdzie jakoś łatwiej obserwować gwiazdy niż w stale zabieganej i pokrytej siatką lotów stolicy. Brakuje mi spokojnych wieczorów i sycenia wzroku migotliwym światłem gwiazd. Tej świadomości, że jestem znikoma, a jednak mam swoje miejsce pod niebem. I ciągle marzę o asyskim firmamencie, o którym Roman Brandstaetter pisał:

 "Noce są ciche i pełne aniołów. Te noce oswajają człowieka z gwiazdami i uczą go modlić się milczeniem. Wystarczy o północy stanąć na Piazza Vescovado, gdzie ongi przed wiekami dokonało się dziwne misterium franciszkańskie, oczy wznieść ku gwiazdom a cała nasza modlitwa wyrazi się w jednym spojrzeniu. Ludzie, którzy zapomnieli się modlić, powinni pielgrzymować do Asyżu. Modlitwa sama na nich spłynie. Takich nocy jak w Asyżu nie ma nigdzie na świecie. Pozbawione tragizmu ciemności przechodzą spokojnie przez miasteczko jak kierdel czarnych owiec. Pod osłoną nocy nie dzieją się tutaj żadne dramaty. Nikt w nikogo nie godzi. Nikt przeciwko nikomu nie spiskuje. Noc jak łuk przymierza łączy człowieka z człowiekiem." (Roman Brandstaetter "Kroniki Assyżu").

Patrzenie w niebo, oglądanie gwiazd nierozerwalnie odsyła do myślenia o tym, co wieczne i co przemijające. Przypomina powiedzenie Immanuela Kanta "Niebo gwieździste nade mną, prawo moralne we mnie". Niezmiennie nasuwa skojarzenia z Bogiem. Od początku pontyfikatu papież Franciszek bezustannie nawołuje do zrobienia rabanu w Kościele. Jeśli chcecie odsłonić oblicze owego "zamieszania" odsyłam was do książki Mirosława Wlekłego "Raban! O kościele nie z tej ziemi". Trzeba przyznać, że mamy problem w pojęciu idei owego rabanu. Wychodzeniu poza schematy, otwieraniu się, rozumieniu i przyjmowaniu słów obecnego następcy św. Piotra. Widać to w oporze wobec pewnych zachęt czy nawet dokumentów. Nad sytuacją osób w ponownych związkach i praktyką duszpasterską zaproponowaną w adhortacji "Amoris Laetitia" pochyla się ks. Eligiusz Piotrowski. Naświetla ważny temat osób pragnących być w Kościele i szukających Boga mimo trudnej sytuacji rodzinnej i osobistej. Oliwy do ognia dolewa również postać Cornela Westa aktywisty, filozofa, intelektualisty, który głośno i wyraźnie nawołuje do zmian, krytykuje zarówno poprzedniego jak i obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, domaga się wysłuchania osób zepchniętych na margines. Mówi głośno, wyraźnie, jest tam, gdzie ktoś potrzebuje pomocy, gdzie łamane są podstawowe prawa i potrzeba najzwyczajniej w świecie dobra i życzliwości. Stawia pytania o to czym jest człowieczeństwo i jego ideę odnajduje w postaci Jezusa i Jego czynach.

Jeśli chcecie poczytać więcej o Kościele i tym, jak wyglądał niegdyś i co dziś powinniśmy zmienić, gorąco polecam Wam książkę ks. Grzegorza Strzelczyka "Kościół. Niełatwa miłość". Ta krótka publikacja przekazuje informacje, których nie wyniesiecie z lekcji religii, a które dają szansę zrozumieć to, co dzieje się dzisiaj. Prześledzić rozwój Kościoła i zauważyć, dlaczego zmiany są tak potrzebne. Następnie polecam lekturę "Łobuzów" Grzeszników mile widzianych", w których ks. Grzegorz Kramer i Piotr Żyłka rozmawiają z Łukaszem Wojtusikiem o tym, co dziś boli w Kościele po obu stronach ołtarza. Niepokorne dusze bohaterów głośno i wyraźnie mówią, co leży im na sercu i zachęcają do aktywności w relacji parafia - parafianin. Z niecierpliwością czekam również na zapowiedziane na listopad "#wrzenie" czyli książkę Karoliny Korwin Piotrowskiej i ks. Grzegorza Kramera. 



Październikowy numer "Znaku" to również podróż na Kubę. Niepokojąca i dziwna to wyprawa, w której Ola Gracjasz opowiada o miejscowych wierzeniach  i praktykach, podczas których dochodzi do opętania. Dowiecie się, skąd wypływa popularność przerażających seansów rodem z horroru, uznawanych są za element uduchowienia. Ponieważ tegoroczny październik to oczywiście czas wyborów nie mogło zabraknąć podsumowania ostatnich czterech lat rządów PIS-u. Jeśli interesuje Was polityka, w "Znaku" czekają  dwa teksty. Zachęcam również do lektury cyklu "Pod niskim niebem - o kulturze Holandii", w którym możecie przeczytać o Johannesie Thopasie. Na koniec zaś ogromnie ważna rozmowa o burzeniu barier w dostępie do kultury osób niepełnosprawnych, kompleksowym planowaniu i włączaniu wykluczonych nie tylko w odbiór, ale i tworzenie szeroko pojętej sztuki - czytając "Znak" nie przegapcie "Kultury dostępnej dla wszystkich".

Czytajcie, zadzierajcie głowy do góry, bujajcie w obłokach, spoglądajcie w gwiazdy, czyńcie dobrze i korzystajcie z kultury. A na zakończenie kilka nut. 






Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Redakcji Miesięcznika "Znak".




środa, 16 października 2019

Sławomir Wernikowski "Passacaglia"


"Ciąłem bezbronne powietrze uderzeniami klawiszy, a niebiosa załamywały się pod ciosami, jakie zadawałem pedałom. Moje dźwięki wracały do mnie odbite i potrzaskane, a ja odprawiałem je w nicość jeden za drugim. Byłem już tylko ja i ściana dźwięku, odgradzająca mnie od pamiętania o świecie, od pamiętania o ludziach, od pamiętania o sobie. (...) Uwielbiałem to oszustwo. Poddawałem się mu. Rozdmuchiwałem nadzieję, że przeznaczenie można oszukać, że nie wszystko jeszcze stracone, że teraz po wsze czasy przyszło nam się radować, nie pamiętać o śmierci, cierpieniu, przemijaniu." - s. 33

Życie pisze najciekawsze scenariusze. Nieraz człowiek nie wpadłby na to, co go spotyka. Czasami nawet technika płata takiego figla, że nie wiadomo, co powiedzieć. Książka, o której opowiem trafiła do mnie przez chochlika, wujka Googla, który uparcie twierdził, że ją zrecenzowałam i powinnam mu za ten upór podziękować. To dzięki niemu mogłam zapoznać się z "Passacaglią" Sławomira Wernikowskiego. A było to naprawdę przyjemne i wartościowe doświadczenie czytelnicze, ale po kolei.

Zwykłe polskie miasteczka, podwórka, mniej znane na mapie miejsca. Spokojne, może czasami nieco senne a w nich historie ludzi, które poznaje czytelnik. Genialny muzyk mieszkający na odludziu z niewiadomych nikomu przyczyn. Ot, taka fanaberia zdziwaczałego geniusza, którego odwiedza bezczelny i wszechwiedzący młodzieniec. Opowieść o legendarnej ciotce, będącej opiekunką dziesiątek maluchów. Niani idealnej, dla której nie było zbyt krnąbrnego dziecka. Wychowawczyni pokoleń, znanej w całym mieście i polecanej sobie pocztą pantoflową. Dziwne spotkanie niezwykłego samouka i prostytutki w pewnej piwnicy, zaowocuje mocną wymianą zdań. Urodziny bohatera zamienią się w ożywioną dyskusję, której przyczyny czytelnik będzie starał się dociec. Niejasna sprawa pewnego piosenkarza, nad którą policja łamie sobie głowę. Krzyk nieodnalezionej i niewidzianej dziewczyny zmienia całe życie muzyka a przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości musi zdecydować, co dalej. Podroż nad morze dwójki nieznajomych. On wychowawca na kolonii, ona turystka. Różni ich niemal wszystko, choć podskórnie zdają się mieć ze sobą więcej wspólnego niż mogliby przypuszczać. Kilka godzin w samochodzie pozwala im zadać sobie ważne pytania. Historia egzaminu z prawa rzymskiego. Rzecz o wykładowcy i studencie, będąca w rzeczywistości walką nierównorzędnych sił. W końcu opowieść o straconych szansach, żalach, przeszłości, która już nie wróci i związku młodego artysty z ambitną kobietą. Ona chce cofnąć czas, uratować to, co odeszło, co straciła przez własną krótkowzroczność i głupotę, on uważa rozdział za zamknięty a osobę, którą niegdyś kochał za martwą. Czy uda im się odnaleźć wspólną drogę?



Siedem krótkich, ale treściwych historii. Migawek z codzienności tętniących życiem i emocjami. Mikroobrazów, które aż kipią życiową energią i mnogością uczuć. Autor wpuszcza czytelnika do życia bohaterów zaledwie na kilka godzin. Wrzuca ich do świata, w którym postaci są niemal jak aktorzy. Wychodzą i śmiało wypowiadają swoje kwestie. Nie krygują się, nie przybierają fałszywych masek, chyba że wymaga tego profesja. Potrafią mówić dosadnie, szczerze, nie zważając na konwenanse. Nie boją się urazić współrozmówcy. Są hardzi, momentami bezczelni, silni, bawią się swoją przewagą, ale nie są źli. Umiejętnie żonglują słowami, odczytują emocje, gesty, milczenie, czytają między wierszami. Wydają się być takimi, jakimi nieraz chcieli byśmy być. Pewnymi siebie, inteligentnymi, znającymi siebie na tyle, by mieć zaufanie do swoich reakcji, gestów i słów. To indywidualiści, którzy zdają się wymykać schematom i społecznym ograniczeniom. Wyróżnia ich cięty język, namysł, nietuzinkowość, choć z pozoru nie wydają się w żaden sposób wyjątkowi. Pokazują, że czasami rozmowa jest naprawdę trudną sztuką, że wyjście poza swój punkt widzenia wymaga odwagi, otwartości i pokory, a nie każdego na nie stać. Bywa, że słowa odbijają się od drugiego człowieka i upadają na ziemię, niezrozumiane, przebrzmiałe.

Sam świat opowiadań Sławomira Wernikowskiego jest zbudowany oszczędnie, zarysowany jedynie do potrzeb opowieści. Nie ma zbyt wielu szczegółów. Tyle, by móc umiejscowić akcję i spójnie opowiedzieć historię. Autor skupia się bardziej na opisaniu bohaterów i ich zmagań. Oddaje czas temu, co najważniejsze i robi to z wielką gracją. Bardzo sprawnie posługuje się językiem. Czasami jest on jak muzyka, opatula, uwodzi, by następnie wrzucić czytelnika w wir emocji. Napięcie narasta. Pod kolejnymi wypowiedziami gromadzą się kolejne odczucia, które zaczynają wrzeć, by w końcu wybuchnąć. Struktura opowiadań Sławomira Wernikowskiego przypomina nieco grę bohatera z tytułowego, otwierającego zbiór opowiadania. Autor, gdy trzeba, tworzy spokojny obraz, by następnie zmienić go w rozszalałe morze. Posługuje się językiem sprawnie i lekko, zachowując ciężar gatunkowy wydarzeń. Na niewielu stronach zawiera skondensowane i wciągające historie. 


Pisanie opowiadań wymaga pewnego rygoru, zdolności językowych, pohamowania gawędziarstwa. Trzeba niemal matematycznej precyzji, by skonstruować dobre opowiadanie zarówno pod względem fabularnym, emocjonalnym jak i językowym. A autorowi się to udaje. Czuje się w krótkich formach pewnie. Wydają się wręcz stworzone dla niego. Kolejne opowieści snute są z lekkością, kiedy trzeba literackim a innym razem dosadnym językiem. Z tym narzędziem pisarz bardzo dobrze sobie radzi. Czytelnik poznaje wycinek życia, zaledwie obrazek kilkunastu bohaterów. Przeżywa z nimi wspólnie krótkie chwile. Zżywa się, co również jest niezwykle trudne przy tak niewielkiej formie. I choć odczuwa się podskórnie teatralność tej prozy, to zapada ona w pamięć. Eksponuje problem i zostawia czytelnika z pytaniami, które domagają się odpowiedzi. Z chęcią snucia dalszych losów bohaterów.

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Autorowi. 

Sławomir Wernikowski, Passacaglia, wyd. Forma, Szczecin 2019.