niedziela, 14 stycznia 2018

Charles Martin "Pomiędzy nami góry"




"Wyraźny obraz. W jednym kawałku. Potem wydarzyło się coś, co nas rozbiło i roztrzaskało. Pozostawiając we fragmentach, rozdartych, i w drzazgach. Niektórzy z nas leżą w setkach kawałków. Inni w tysiącach. Niektórzy zarysowani są ostrymi krawędziami. Niektórzy zamazani w szarych odcieniach. Niektórzy odkrywają, że brakuje im pewnych elementów. Innym wydaje się, że mają ich zbyt wiele. W każdym przypadku zostaje nam tylko kręcić głowami - tego nie da się zrobić.
Wtedy pojawia się ktoś, kto naprawia postrzępione brzegi lub kto oddaje brakujący fragment. Ten proces jest mozolny, bolesny i nie ma wtedy drogi na skróty. Każda, która zdaje się obiecywać, że jest taką, nie jest nią."  - s. 325


To jedna z moich ulubionych książek. Taka, do której wraca się, co jakiś czas. Piękna, magiczna, urzekająca. Gdy czytałam ją pierwszy raz byłam zachwycona, przy kolejnej lekturze zastanawiałam się, czy moje odczucia się zmienią. Zrozumiałam ją lepiej, głębiej, bardziej do mnie przemówiła, bo stałam się dojrzalsza. Nie zmieniło się jedno. Nadal jestem zakochana w tej historii a właściwie w obrazie miłości bohaterów.

On leciał do pracy po pobycie w górach. Ona wybierała się na swój ślub. Spotkali się na lotnisku. Wymiana kilku zdań, wspólna niedola z powodu odwołanego lotu. Ben nie dał za wygraną. Czekał na niego pacjent. Mimo śnieżycy, musiał dostać się do szpitala. Postanowił wynająć prywatny, mały samolot i zdążyć na czas. Coś tknęło go, by zawrócić po poznaną niedawno dziennikarkę. Ashley miała w końcu przed sobą najważniejszy dzień w życiu. W towarzystwie przemiłego pilota para obcych ludzi postanowiła pokonać góry. Coś jednak poszło nie tak i przyjemny lot, zmienił się w prawdziwą walkę o przetrwanie. Dwoje rozbitków musiało stawić czoła własnym ograniczeniom, słabościom, naturze. Rozpoczęła się walka z bólem, głodem, zimnem, wszechobecnym śniegiem i własnymi emocjami. Połamane żebra lekarza wydawały się pestką w porównaniu do stanu jego współtowarzyszki, która nie tylko pilnie potrzebowała pomocy, ale i bardzo cierpiała. Kobieta okazała się jednak bardzo silna, a Ben rozpoczął walkę o wspólne przetrwanie. Postanowił sprowadzić ich na dół i odnaleźć pomoc.

Gdy myślę o książkach Charlesa Martina na pierwszy plan wysuwają się zawsze relacje i emocje. Tak też jest w tym przypadku. Pomimo, że "Pomiędzy nami góry" jest historią o parciu do przodu wbrew wszelkim przeciwnościom losu, o niemal szaleńczej walce o przetrwanie, która wydaje się być z góry skazana na klęskę, w końcu zaś o przekraczaniu wszelkich ograniczeń i barier, to ja widzę w niej przede wszystkim hołd oddany miłości. Historię uczucia, które chciałby przeżyć każdy. Cały fenomen tej powieści tkwi w zasadzie w jednym bohaterze. Ben to świetny lekarz, który jest prawdziwie oddany pacjentom. Poza byciem doskonałym fachowcem, rewelacyjnym biegaczem, niezłym wspinaczem, to ogromnie odpowiedzialny i empatyczny człowiek, któremu nie brak poczucia humoru. Twardo stąpa po ziemi, realnie ocenia szanse, a jednocześnie jest niezwykle kochającym mężczyzną. Podczas przeprawy przez góry nagrywa na dyktafon wiadomości dla żony. Przypomina całą historię ich związku i ten przepiękny obraz miłości zostaje w czytelniku na zawsze. To nie przesłodzona historia o wzdychaniu do siebie czy odbierającej oddech namiętności, ale opowieść o prawdziwym uczuciu, które dosięga człowieka, przepełnia go całego, spaja i każe pracować nad związkiem. Bo to, co łączy Bena i jego żonę to nie tylko zachwyt, zauroczenie, wzajemna fascynacja. To kompromisy, czułość, opiekowanie się sobą, wyrozumiałość i wiele trudności, bo nie zawsze bywa dobrze. Poznając Bena Ashley zaczyna inaczej patrzeć na świat, uczy się, czym jest prawdziwe życie, jak człowiek może być dla drugiego ważny, jakie znaczenie ma odpowiedzialność i troska. Zaczyna rozumieć, czym jest prawdziwe uczucie na które warto czekać. Posiadanie u boku dobrego człowieka, który nie rozumie jej wydaje się zbyt minimalistyczną opcją. Rodzą się pytania, czy to jej wystarczy.



"Pomiędzy nami góry" jest lekturą do której warto wracać. Przypomina, że człowiek jest odpowiedzialny za drugą osobą. Może sprawić, by jej życie było piękne, ukazać jasną stronę rzeczywistości. Relacja Ben - Rachel odzwierciedla mądre i piękne budowanie związku. Nie brak w niej ustępstw, kompromisów, zauroczenia drugą połówką, dostrzegania piękna, nawet przez rany. Rachel potrafi jak mało kto zarażać optymizmem, jest otwarta, szczera i umiejętnie leczy nie tylko kompleksy Bena, ale wszelkie jego bolączki. Pokazuje mu, że świat nie jest zły, że nie musi gonić za nieosiągalnym, nie musi niczego udowadniać, jest wartościowy sam w sobie. Poczucie bycia nie dość dobrym, które wyrobił w nim ojciec zastępuje zachętą do dawania z siebie wszystkiego, ponieważ stać go na wiele. To nie przymus, ale przekonanie, że może być najlepszą wersją siebie. Żona Bena bywa momentami nierealna, to jednak symbol kobiety, która potrafi wydobyć z mężczyzny to, co najlepsze bardzo delikatnymi metodami. Ashley jest jej przeciwieństwem. Wydaje się, że nic nie przychodzi jej tak łatwo. Zdaje sobie sprawę, że życie bywa trudne, a miłość, jaką przedstawia jej towarzysz zdarza się nielicznym. Wie, że albo zgodzi się na bardzo niedoskonały związek pozbawiony głębszego uczucia albo zostanie sama. Nie wierzy w bajkowe historie, które opowiadają o uczuciu zmieniającym cały świat. W końcu Ben na pół idealista, na pół realista. Potrafi zrobić niemal wszystko, jest niezmordowany, ogromnie silny zarówno fizycznie jak i psychicznie. W jego słowniku "nie mogę" zdaje się zupełnie nie istnieć. Doskonale wie, że woli umrzeć starając się, niż opuścić kogoś w potrzebie. Bardzo podoba mi się przemiana, jaka w nim zachodzi, choć wolałabym poczytać o niej więcej. Warto wspomnieć też o Groverze, odgrywającym w tej historii rolę swoistego mędrca. Starszy pan, który zna już większość odpowiedzi i wierzy w to, że życie nadal zaskakuje sympatycznie uzupełnia historię.

Książka Charlesa Martina to opowieść survivalowa. Historia o tym, ile jest w stanie znieść człowiek, by pomóc innym. Opowiada o pokonywaniu barier zarówno tych fizycznych jak i psychicznych. To również rzecz o stawianiu czoła samemu sobie, metamorfozie, jaką można przejść przy odpowiednim człowieku. Godzeniu się z faktami, otwieraniu na nowe możliwości. Dla mnie jak pisałam to przede wszystkim słodko-gorzka, tchnąca nadzieją i siłą historia o miłości i byciu lekiem dla bliźniego. Spokojna, mądra, ciepła, pisana dobrym językiem książka, która pozwala odetchnąć i wierzyć, że warto czekać i być dla innych. Naprawdę warto po nią sięgnąć i wracać, szczególnie, gdy życie nie rozpieszcza.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Edipresse Książki 

Charles Martin, Pomiędzy nami góry, tłum. Jacek Bielas, wyd. Edipresse Książki, Warszawa 2017.

* Jeśli chcecie oglądnąć film to chciałabym powiedzieć, że nie ma on wiele wspólnego z książką. Jest w nim tak dużo zmian, że moim zdaniem całkowicie zabiły tę historię. Nijak ma się do opowieści, którą autor czaruje czytelnika. Szczerze mówiąc to ogromny zawód i jedna z najgorszych ekranizacji powieści, jakie kiedykolwiek widziałam. 

2 komentarze:

  1. Bardzo chcę przeczytać tę książkę. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że Ci się spodoba. Martin bardzo mądrze i poruszająco opisuje relacje między ludźmi a w tej powieści wyszło mu to świetnie :) Pozdrawiam :)

      Usuń