piątek, 30 czerwca 2017

Waleczne serce - Monika Piątkowska "Prus. Śledztwo biograficzne"



"Aby już nic nie wymknęło mu się spod kontroli, Aleksander wdrożył w życie coś, co było swego rodzaju samoobserwacją lub autotresurą. Uznał, że choć wiele jest w nim "niedoskonałości", ma jednak jakiś charakter i może go nawet rozwinąć, byle tylko, jak pisał, "czuwać, ciągle czuwać nad sobą" (ZN). Niczym surowy nauczyciel postanowił sumiennie rozliczać się z wyników: pracował po osiemnaście godzin na dobę, mniej spał, rzucił palenie i ćwiczył pamięć, regularnie czytając notatki. Praca ta była prawdziwie katorżnicza, aby się więc jakoś do niej zmotywować, tłumaczył sobie w zeszycie, że dzięki niej będzie mógł wreszcie "zostać człowiekiem wielkim", o co mu "najwięcej chodziło"." - s. 158

Pamiętam jak będąc w liceum prowadziłam z mamą dysputę o literaturze pozytywistycznej. Mówiłam, że podobała mi się bardzo "Lalka". Stanisław oczarował mnie i wywołał dużo emocji, bo był postacią łączącą wiele sprzeczności, polubiłam poczciwego Rzeckiego i zżymałam się na Izabelę Łęcką, której do dziś szczerze nie cierpię. Mama zaś bardziej darzyła sympatią "Nad Niemnem", w którym mi czegoś jednak brakowało. Uznałam wyższość powieści Prusa i to zdanie się nie zmieniło, ale to sprawa gustu :). 

Gdy zobaczyłam zapowiedź książki Moniki Piątkowskiej stwierdziłam, chcę to przeczytać! Ja, która do niedawna jak ognia unikałam wszelkich biografii, ale człowiek w końcu dojrzewa, prawda? Zasiadłam zatem do lektury i przeniosłam się do całkiem innego świata. Bolesław Prus, pisarz owiany legendą, nieustanny konkurent Henryka Sienkiewicza, człowiek naznaczony cierpieniem fizycznym, ale bardziej psychicznym. Dziecko z opóźnieniem uznane przez ojca i porzucone przez niego. Sierota, która tułała się po rodzinie, wędrując od zgorzkniałej, surowej babki, przez wujostwo, które nie darzyło go uczuciem, choć malec o nim marzył, do osobliwego brata. Zbuntowany chłopiec dokazujący na lekcjach i powtarzający klasę, z czasem wzorowy uczeń, nadal skory do psot, ale obowiązkowy. Patriota, który wyruszył do walki w powstaniu styczniowym. Student, kronikarz, satyryk, inteligent. Mąż, kochanek, ojciec, opiekun. Człowiek całe życie walczący ze światem i z sobą. Udowadniający, że może więcej, ale jednocześnie boleśnie i ciężko znoszący porażki. Drażliwy i wrażliwy. Komentator, pasjonat słowa, dziennikarz, ironista. Z kart książki wyłania się Aleksander Głowacki, który niejedno ma imię. To niewątpliwie ciekawy, choć wzbudzający pewną dozę litości człowiek. Mężczyzna owładnięty całą paletą lęków, które skutecznie utrudniały mu życie i normalne funkcjonowanie. Zapisujący nerwowo całe szeregi określeń, próbujący na papierze uspokoić myśli i ogarnąć świat, pisarz. Społecznik, który upominał się o konkretne czyny, nawet gdy tracił przez to czytelników. Bystry obserwator bezlitośnie piętnujący zło i wszelkie przywary, zwłaszcza własnej rodziny. Samotna osoba, która całe życie poszukiwała uczucia i zdaje się, że go nie odnalazła. W końcu zaś opiekun powielający błędy swojego wujostwa.



Bolesław Prus mimo, że wyglądał niepozornie, okazał się ogromnie ciekawą osobą. Inteligentem, który pragnął być kimś wielkim. Opowieść o jego życiu wciąga, jest tekstem nie tylko o interesujących losach pisarza, ale rzuca światło na życie w tamtej epoce, ukazuje mentalność ludzką. Autorka portretuje człowieka, który całe życie musiał zmagać się z przeciwnościami losu. Pracował wiele godzin, by utrzymać rodzinę. Spędzał czas na zapisywaniu najróżniejszych notatek, obserwacji, z niemal matematyczną precyzją starał się uporządkować rzeczywistość, co dawało mu niejakie poczucie bezpieczeństwa i koiło stale skołatane nerwy. Wymagał ogromnie wiele, choć najsurowszym sędzią był dla siebie. Przyjaciół otaczał troską i ciepłem, wydaje się, że był dla nich lepszy niż dla swojej rodziny. A do tej miał ogromny żal za surowe, zimne dzieciństwo i  wiele rozczarowań. Jego małżeństwo wydało mi się swego rodzaju wykalkulowanym związkiem, który był, co prawda spokojny, ale dość nudnawy, chwilami odnosiłam wrażenie, że wręcz nieudany, mimo anielskiej cierpliwości żony pisarza. Sprawy społeczne zajmowały ważne miejsce w jego sercu i wiele czasu. Uważał, że dziennikarz powinien przykładać wielka wagę do swojego tekstu, skupiać się na najważniejszych rzeczach, jeśli chodzi o sprawy dotyczące społeczeństwa. Z dużą dozą ironii piętnował przywary, obłudę, głupotę. Często wychodził przed szereg i niejednokrotnie był krytykowany za swoje podejście, które wielu się nie podobało. Jako pisarz przez długi czas był niedoceniany, stawiany na drugim miejscu. Pisał jednak dalej, choć wiele zapisanych pomysłów nie ujrzało światła dziennego lub pozostało niedokończonych. Mimo wad i problemów, był wielkim człowiekiem, światłym, inteligentnym, bystrym, miał poczucie humoru, choć często doskwierał mu smutek, strach i żal. 

Monika Piątkowska wykonała iście tytaniczną pracę. Z pasją przedzierała się przez książki, wspomnienia, relacje, artykuły, by przybliżyć czytelnikowi postać autora "Faraona". Nie stroni od przedstawiania trudnych faktów, niewygodnych opinii. Szczerze i ciekawie nakreśla przebieg życia Jana w Oleju. Ukazuje jego zabawny rys, zacięcie humorystyczne, ale równocześnie troskę o najuboższych i wszystkich, którzy potrzebują pomocy. Niezłomność w poglądach, które niejednokrotnie były nierozumiane czy wręcz wyśmiewane. Zmaganie się z lękami, szczególnie tymi, które uniemożliwiały mu podróżowanie, a z czasem nawet zwykłe opuszczanie domu. Zaznacza, że ciężkie dzieciństwo odcisnęło się bolesnym piętnem na jego dalszym życiu, ale nie zapobiegło błędom w wychowaniu Emila Trembińskiego. Wspomina również o rywalizacji z autorem "Trylogii", nieustannie obecnej w życiu Głowackiego. Opowiada o miłosnym życiu pisarza, które zaowocowało spokojnym, nieco nudnym małżeństwem oraz romantycznymi uniesieniami i romansami. Autorka przedstawia portret człowieka ciężko pracującego nad każdym słowem, zmagającego się z trudnymi warunkami życia, wystarczy wspomnieć o licznych pożyczkach, jakie zaciągał dziennikarz, pracowitego, ale i chorowitego. Ograniczonego przez swój stan psychiczny, którego się wstydził. 

Sięgając po "Prus. Śledztwo biograficzne" miałam nadzieję, że tytuł nie okaże się zwodniczy, że będzie to prawdziwe śledztwo w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę był jeden z najznakomitszych polskich pisarzy. Nie zawiodłam się. Książka obfituje w przeróżne fakty z życia autora "Emancypantek", jest niezwykle obszernym i wyczerpującym materiałem. Czasem styl Moniki Piątkowskiej przechodzi w znany mi ze studiów uniwersytecki ton, ale biografię czyta się naprawdę dobrze. Podzielona na rozdziały, okraszona licznymi cytatami, odniesieniami do twórczości, jest naprawdę świetną i interesującą pozycją do dłuższego czytania, ponieważ jest tu naprawdę sporo wiedzy. A co najważniejsze, autorka udowadnia, że to, kim był bohater książki najlepiej odzwierciedla się w jego twórczości, przepełnionej osobistymi dylematami, wspomnieniami, przeżyciami. Gorąco polecam!



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak


Monika Piątkowska, Prus. Śledztwo biograficzne, wyd. Znak, Kraków 2017. 


czwartek, 22 czerwca 2017

Wędrówka w poszukiwaniu sensu - Marek Kamiński "Idź własną drogą"




"Camino skonfrontowało mnie z samym sobą. Zrozumiałem, że spotykając innych ludzi, tak naprawdę spotykam samego siebie. Spotykając cudze problemy, w jakimś sensie spotykam swoje. W związku z tym łatwiejsze było życie w pewnej izolacji od tego." - s. 156

Niezmiennie zachwycają mnie ludzie, którzy przełamują kolejne bariery. Osoby głodne życia, ciekawe świata, inteligentne, poszukujące. Do tego grona niewątpliwie zalicza się Marek Kamiński, podróżnik, zdobywca biegunów, w tym jednego z Jaśkiem Melą, wyznaczający sobie kolejne zadania założyciel fundacji, wędrowiec, do tego głowa rodziny i człowiek naprawdę godny podziwu.

"Każdy musi odkryć w życiu własny biegun. Później wystarczy go zdobyć", mówi bohater rozmowy z Joanną Podsadecką. I wokół tego zdania zdaje się ogniskować nie tylko cała treść książki, ale życia każdego człowieka. Odkrywanie swojego miejsca zdecydowanie nie jest prostym zadaniem, często trwa wiele lat. To trochę taka polska droga, często biegnąca przez prawie niezamieszkane miejsca jak np. w Bieszczadach, pełna dziur, w które się wpada, czasami pnąca się pod górę, innym razem ostro spadająca w dół, kręta, z niemałą liczbą serpentyn, różnie oznakowana, miejscami naprawdę dobra, zawsze jednak prowadząca do celu. Sam podróżnik przyznaje, że poszukiwania nigdy się nie kończą. Zawsze znajdzie się coś, czego jeszcze nie wiemy na swój temat, co nas rozwinie. Osobowość oczywiście kształtuje się od najmłodszych lat, ale w każdym wieku, są doświadczenia, które zmieniają człowieka.

"Odwaga, wbrew pozorom, nie jest brakiem strachu. Nie polega na nieodczuwaniu strachu, ale uznaniu, że jest coś ważniejszego niż lęk. Strach przed nami coś zamyka, a przecież chodzi o to, by otwierać się na nowe możliwości, odsłaniać nieznane lądy. Strach nas więzi, więc to logiczne, by dążyć do uwolnienia." - s. 31



Dzieciństwo Marka Kamińskiego to przede wszystkim samotność przebywania w szpitalach i sanatoriach. Długie godziny spędzane na salach z dala od bliskich, często z personelem, który był bardzo oschły lub wręcz straszył dzieci. To doświadczenie zahartowało chłopca, usamodzielniło go i skłoniło do czytania, bo w lekturach odnajdywał to, czego potrzebował. Dzięki książkom przeżywał przygody, poznawał świat. Z nich wyłonił się apetyt na podróże, które zaczęły się bardzo wcześnie, za zgodą rodziców. Potem był okres studiów i fascynacji filozofią, docierania do sensu istnienia, długich dysput i rozmyślań. W końcu zaś wyjazd do Niemiec. Z czasem pojawiły się kolejne wyprawy w najróżniejsze miejsca świata. Za trudami podróży, zmaganiem się z pogodą, naturą i własnymi ograniczeniami przyszła sława, która jednak nie uderzyła bohaterowi do głowy, w zasadzie nie miał na to czasu. Po jednej ekspedycji przychodziła następna, życie stało otworem a ciekawych miejsc i wyzwań nie brakowało. Zaproszeń na rożne prelekcje pojawiało się coraz więcej. Marek Kamiński starał się je przyjmować, ale miał także świadomość, że nie może wszędzie być. Zakiełkowała w nim myśl, by ukonkretnić bardziej to, czego nauczyły do ekspedycje, by stworzyć program, który pomoże zarówno dzieciom jak i dorosłym. 

"Życie nauczyło mnie, że granice na ogół są sztuczne, że szlabany zbudowane są z obaw albo braku wiedzy. Granice są najczęściej w naszych głowach." - s. 28

Wszystko o czym czytałam na kartach zdaje się potwierdzać tę tezę. Samotne wyprawy jako chłopiec, późniejsze ekspedycje, szczególnie ta z Jaśkiem Melą, ciągłe powracanie do bycia w drodze, to coś charakterystycznego dla Marka Kamińskiego. Nie chodzi jednak tylko o przełamywanie barier, określanie, ile jeszcze jest w stanie znieść ciało, jaką wytrzymałość ma człowiek. To również zgłębianie wiedzy i poszukiwania duchowe. Byłam zdumiona szerokimi horyzontami podróżnika, lekturami, które do łatwych nie należą, wyciąganymi wnioskami, łączeniem życia duchowego z jogą. Zdrowym podejściem do wielu tak różnych od siebie rzeczy, które bardzo często zdaję się sobie przeczyć. Zdobywca biegunów zdecydowanie nie daje się zaszufladkować a do wszelkich nowości podchodzi z otwartością, ale i rozwagą. Przypomina, że największym problemem jest to, co nosimy w sobie. Nasze podejście, lęk, obawa przed reakcją otoczenia, brak wiary we własne możliwości czy w końcu wątpienie w sukces to najczęstsze przyczyny, dla których marzenia pozostają niezrealizowane. On ustosunkowuje się wobec sytuacji inaczej, nie uda się to trudno, ważne, by próbować, dać z siebie wszystko. Powiedziałabym, nieco niewspółczesne podejście w świecie sukcesów i nastawienia na wyniki. A jednocześnie to najbardziej naturalna postawa, starania się, podejmowania wyzwań, poznawania siebie i budowania poczucia własnej wartości. Stawiania czoła rzeczywistości i podchodzenia z pokorą zarówno do sukcesu jak i porażki, które są nieodłączną częścią życia.



Kolejnym ważnym punktem jest dla mnie podkreślenie tego, że istnieje medytacja chrześcijańska, którą można praktykować np. u Ojców Dominikanów i że jest to bardzo pomocna w rozwijaniu wiary praktyka. Jogę bohater traktuje jako formę aktywności fizycznej i nie widzi w niej niczego złego. Skojarzyło mi się to z pewnym artykułem, w który czytałam, że nazbyt rozrosło się przekonywanie, że wszystko jest niebezpieczne, jakbyśmy zwątpili we wszechmoc Boga. Interesująco brzmi wspomnienie o podroży z dziećmi i o tym, że czasami to droga nas prowadzi a nie my podążamy ustaloną trasą. Marek Kamiński nie boi się mówić o tym, że będąc ojcem rodziny potrzebuje też swoich wypraw, jakiejś dozy samotności, czasu na rozmyślanie i bycie ze sobą. Sama wyprawa do Camino przez wielu była uważana za dość specyficzny i nie bardzo "spektakularny" wyczyn, ale podróżnik stwierdził, że robi to dla siebie, to była jego duchowa wędrówka, która miała pogłębić wiarę. Santiago de Compostela dało bohaterowi kolejną życiową lekcję, jak każda wyprawa nauczyło go pokory, ale wydaje się, że nieco innej niż ekspedycja na biegun czy zdobywanie szczytów.  


"A ja wierzę, że "przypadek" to inna nazwa na posunięcia Pana Boga. Że on się objawia właśnie poprzez tak zwane przypadki." - s. 30

Niesamowitych zdarzeń w życiu rozmówcy Joanny Podsadeckiej jest dość dużo. Najbardziej jednak obfituje w nie droga, którą przebył do grobu św. Jakuba. Ten szlak słynie z tego, że udają się nim ludzie pragnący pogłębić swoją wiarę, spotkać Boga, odnaleźć się, podziękować lub prosić o coś. Czytając o tym co dzieje się na owej trasie, budzi się we mnie jakaś tęsknota, coś zdaje się mnie pchać ku temu, by pewnego dnia wyruszyć na pieszą wędrówkę właśnie do Santiago de Compostela. I tu zdaję się doskonale rozumieć Marka Kamińskiego i ten niezgłębiony bodziec, który szepcze, idź tam. A droga jest osobliwa, nagle znajduje się na niej długo poszukiwaną łyżeczkę, spotyka ludzi, którzy noszą w sobie to, co nas najbardziej przeraża, z czym sami się zmagamy lub takich, którzy przepełnią nas zachwytem. Otwartość z jaką pielgrzymi dzielą się swoimi historiami zdumiewa, nie ma tematów tabu. Wydaje się, że nigdzie indziej mówienie o tym, co chowa się przed światem, nie przychodzi tak naturalnie i nie do końca wiem, czy sprzyja temu to, że prawdopodobieństwo spotkania kogoś z tego szlaku jest nikłe czy fakt, że tam nie będzie się ocenianym. Takich przypadków, gdy odkrywamy coś pięknego lub wręcz przerażającego jest w tej rozmowie wiele. Mnie tak zafascynowało to, o czym wspomina bohater, że postanowiłam przeczytać "Trzeci biegun".

Może coś się we mnie zmieniło, że ostatnio czytam dużo biografii, wywiadów i książek trudniejszych, ale pewne jest to, że "Idź własną drogą" mnie oczarowało. Poznałam Marka Kamińskiego nie jako podróżnika, ale filozofa, chrześcijanina i człowieka pełnego głębi, stale poszukującego. Świetna rozmowa z Joanną Podsadecką jest lepsza niż wiele powieści, które przeczytałam. Widać, że rozmówcy dobrze się rozumieją, czytają wymagające lektury, szukają odpowiedzi na fundamentalne pytania i są ciekawi świata. Uderzyła mnie nie tyle szczerość tego wywiadu, co wgłębianie się w psychologię, religię, filozofię, czego absolutnie się nie spodziewałam. Przyznam, że to bardziej motywująca pozycja niż niejedna z książek, które przeczytałam. O czym jest "Idź własną drogą"? O człowieku głodnym życia, ciekawym świata, poszukującym, odważnym. Kimś, kto nie boi się stawiać sobie wyzwań i pytań, przełamywać barier i kto tego samego uczy innych w swojej fundacji. O nauce pokory, mądrości, siły i odwagi. Lekki styl rozmówców, ważne i szalenie wciągające tematy, masa informacji do przemyślenia, piękne zdjęcia, mówią same za siebie. Rozpoczynając lekturę "Idź własną drogą" przepadniecie, a po skończeniu będziecie żałować, że ten wywiad ma tak mało stron. Podsumowując, jedna z najlepszych książek, jakie czytałam.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Marek Kamiński, Joanna Podsadecka, Idź własną drogą, wydawnictwo WAM, Kraków 2017. 

piątek, 16 czerwca 2017

Szukając motywu - Przemysław Borkowski "Zakładnik"



"Gdy chcesz się czegoś dowiedzieć, nigdy nie pytaj o to wprost. Zataczaj kręgi. Najpierw szerokie, potem coraz węższe. Ta metoda jest skuteczna zwłaszcza wtedy, gdy sam nie wiesz, czego szukasz. Zacieśniając krąg, odsiewasz rzeczy ważne od mniej ważnych i skupiasz swoją uwagę na tych pierwszych. Odpowiedź w końcu pojawi się sama. Czasami wraz z niezadawanym nawet jeszcze pytaniem". - s. 331

Czasem zachowanie człowieka może być niezrozumiałe. Każdy jest inny i kieruje się różnymi pobudkami. Na jednych wpływają mentorzy, na innych wszelakie emocje i bodźce, są osoby, które działają dopiero po gruntownym przemyśleniu sprawy. Co jednak zrobić, gdy było się uczestnikiem wydarzenia, które na pozór jest całkowicie pozbawione sensu? Gdy dochodzi do tragedii i nie ma żadnego jej uzasadnienia i rozwiązania? 

To miał być szybki występ w telewizji, kilka słów wypowiedzianych na wspomniany w materiale temat. Życie jednak zaserwowało Zygmuntowi Rozłuckiemu istny rollercoaster wrażeń. Podczas programu w telewizji śniadaniowej dochodzi do tragicznego i całkiem niezrozumiałego zdarzenia. Pewien człowiek wkracza do studia, bierze zakładników i domaga się transmisji jego oświadczenia. W czasie pertraktacji, w których główny bohater spełnia rolę mediatora dochodzi do zabicia jednego z pracowników telewizji. Po tym zdarzeniu władze stacji uginają się i zgadzają na spełnienie żądania Dariusza Jakubca. Po wygłoszeniu całkiem bezsensownego komunikatu mężczyzna odbiera sobie życie. Wydarzenie na tyle wstrząsa Karoliną Janczewską, młodą, obiecującą dziennikarką, że postanawia znaleźć powody, dla których doszło do tragedii. Wraz z Zygmuntem będzie starała się odkryć prawdę. Prywatne śledztwo tej pary doprowadzi ich do zniknięcia i śmierci, która wydarzyła się 20 lat wcześniej. Jak doszło do tego wydarzenia i czy jest ono powiązane z obecną sprawą? Czy bohaterom uda się ustalić, co stało za dziwnym komunikatem Dariusza Jakubca?

"Zakładnika" czytałam w drodze do i z Warszawy. Zaczęło się od spotkania z ironicznym i wypalonym psychologiem, który zmarnował swoje życie, tkwi w marazmie i egzystuje jedynie dzięki dobremu sercu swojego profesora, by potem przejść do wydarzenia, po którym moje oczy zrobiły się naprawdę duże. Dziwny napastnik, niespodziewana śmierć, potem niezrozumiałe słowa wypowiedziane przed kamerą i samobójstwo. Pierwsze podejrzenie zostało rozwiane, ale pojawiła się druga myśl. Wraz z rozwojem akcji wiedziałam, że wytypowałam dobrze, jeśli idzie o powód, ale o co chodziło. Nic nie wydawało się łączyć, pojawiali się kolejni bohaterowie, którzy mieli naprowadzić Zygmunta i Karolinę na jakiś przełom w śledztwie, tymczasem prawda nadal pozostawała zakryta. Autor dawkuje czytelnikowi wiedzę, sprytnie żongluje emocjami, przeskakuje między szukaniem odpowiedzi a relacją między dziennikarką i psychologiem. Umiejętnie dodaje nieco informacji z przeszłości i wciąga. Jeśli chodzi o bohaterów to chętnie przeczytam o nich po raz kolejny. Zygmunt jako wypalony psycholog, człowiek żyjący z piętnem przeszłości, znajdujący się na skraju upadku doskonale kontrastuje z pełną życia, pochodzącą z dobrej rodziny, bystrą i żywiołową Karoliną. Bardzo wiele ich dzieli, ale świetnie się uzupełniają i potrafią wykazać się sporą dawką ironii i inteligencji. On nie pragnie już niczego, żałuje wielu rzeczy popełnionych w przeszłości, wie, że traumy niszczą mu życie, tym bardziej, że mechanizmy psychologiczne nie mają przed nim tajemnic. Ona ma chrapkę na życie, pragnie zrobić karierę, czerpać z codzienności garściami, choć wydaje się, że na polu miłosnym zbyt wiele szczęścia nie ma. Barwną postacią okazał się również Rafał Sądecki, który batalie z byłą dziewczyną rozgrywał na płaszczyźnie informator-policjant. Co mnie zaskoczyło to naprawdę spora dawka informacji z zakresu psychologii i bardzo zróżnicowane postaci, nawet jeśli idzie o bohaterów drugoplanowych. Długie trzymanie czytelnika w niepewności to duży plus powieści, a samo zakończenie również zaskakuje.



"Zakładnik" to zdecydowanie lektura, przy której trzeba ruszyć głową, wyłapywać pewne informacje, ale zarazem taka, która trzyma w napięciu i pozwala niejednokrotnie się uśmiechnąć, gdy stykamy się z ironią bohaterów. Dopracowany wątek tajemnicy z przeszłości, ciekawe śledztwo, intrygujący bohaterowie, sprawiają, że powieść pochłania się naprawdę szybko. Dla wszystkich miłośników zagadek i kryminałów oraz lubujących się w psychologii książka Przemysława Borkowskiego to lektura obowiązkowa. Jest dla mnie w niej coś nostalgicznego, pewnie tak kojarzy mi się styl pisarza, ale cóż w tworzeniu tekstów ma doświadczenie :). Wszystkich miłośników kabaretowej twórczości autora zapewniam, że humor również jest tu obecny, dyskretny i cięty, taki jak lubię :). Powieść stawia ciekawe pytania i problemy, o których nie mogę powiedzieć, by nie spoilerować, ale to naprawdę interesująca pozycja, która zapewnia nie tylko rozrywkę, ale i chwilę refleksji, szczególnie nad ludzką emocjonalnością i psychiką. Jednym słowem - kawał dobrej literatury. 

A na koniec Przemysław Borkowski to naprawdę sympatyczny i pozytywny człowiek, o czym mogłam się osobiście przekonać na Warszawskich Targach Książki, gdzie na szczęście nie zdradził mi o co chodzi w "Zakładniku" ;). Panie Przemysławie, dziękuję za miłe spotkanie i mam nadzieję, że następnym razem uda nam się porozmawiać wyczerpująco o książkach :).



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona. 

Przemysław Borkowski, Zakładnik, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017. 


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Nowa rzeczywistość - Robyn Schneider "Początek wszystkiego"

PRZEDPREMIEROWO 


"Powiedz, co jeszcze należy zrobić?/ Przecież wszystko umiera zbyt prędko./ Powiedz, co ty zamierzasz zrobić/ Ze swoim życiem dzikim i cennym?" - s. 110

Gdy zobaczyłam okładkę myślałam, że to będzie jedna z tych prostych opowieści, które namiętnie pochłania się latem, odpoczywając przy nich. Taka niewymagająca historia o pierwszych miłościach, szkolnych niepowodzeniach i sukcesach, którymi zaczytywałam się, gdy sama chodziłam do gimnazjum i liceum. I po części tak było, jednak tylko po części. 

Jedna nieudana impreza licealna, nerwowy wieczór, zawiedzione zaufanie i Ezra Faulkner musi wszystko zaczynać od nowa. Marzenia o stypendium sportowym, które miał otrzymać, bycie w składzie tenisowej drużyny, szkolna popularność okazują się przeszłością. Jest za to moc strasznych wspomnień z wypadku, pobytu w szpitalu, świadomość tego, co ominęło bohatera i samotność. Przyjaciele poza zdawkową kartką nie dają znaku życia, tkwiąc w swoim świecie, a chłopak sam musi radzić sobie z traumą, zaskoczeniem i poczuciem odrzucenia. Dla kogoś, kto był królem licealnego życia brak możliwości powrotu do sportu, jest bolesny. Ale gorsza jest świadomość tego, że będąc w nastoletnim wieku, trzeba używać laski, że ruchy ma się ograniczone, a zewsząd padają  wymowne spojrzenia. 

Pierwszy dzień w szkole na pewno nie należy do udanych. Chłopak zmaga się z własnymi, piętrzącymi się emocjami, ograniczeniami, musi przystosować się do nowej sytuacji i wielu zmian, które zaszły, gdy wracał do zdrowia. Dawni przyjaciele niby zachowują się tak jak zawsze, ale sam Ezra nie jest już tym samym chłopakiem, co poprzednio. Silnie odczuwa, że nie pasuje do swojej paczki. Na szczęście na horyzoncie pojawia się Toby, przyjaciel z dzieciństwa i jego grupa debatancka, która okazuje się całkiem interesująca. W szkole pojawia się także nowa dziewczyna Cassidy, jak się okazuje niektórym dobrze znana. Owiana legendą słynna królowa debat, która wygrywała wszystkie pojedynki a potem nagle zniknęła. Jej pojawienie się w Eastwood High to wielka zagadka, ale również szczęście dla byłego sportowca, któremu wpadła w oko, choć początek ich znajomości jest dość specyficzny. Ezra nie bez obaw wkracza do świata potyczek słownych, zyskuje nowych przyjaciół i szuka swojego miejsca a także pomysłu na to, co robić dalej. Przewodniczką po nieznanej fascynującej rzeczywistości okazuje się rudowłosa piękność, której cięty język i ostry jak brzytwa umysł nadają wszystkiemu całkiem innego wyrazu. Jak potoczą się losy chłopaka, który musi zacząć od nowa i dziewczyny z tajemnicą? 

"Nigdy dotąd nie wyszedłem z lekcji z mózgiem na najwyższych obrotach dzięki temu, czego się właśnie nauczyłem, i chciałem delektować się tym uczuciem jak najdłużej. Jakby mój umysł nagle zyskał zdolność postrzegania świata na wyższym poziomie złożoności, jakbym właśnie uświadomił sobie, ile jeszcze jest do zobaczenia i do zrozumienia. Po raz pierwszy pomyślałem, że może studia wcale nie będą przypominać liceum, że może wykłady rzeczywiście będą coś warte (...)." - s. 106 



"Początek wszystkiego" przyciągnął mnie okładką i obietnicą odpoczynku. Letni romans pomyślałam i postanowiłam przeczytać, bo potrzebowałam oddechu od cięższych historii. I faktycznie dostałam pozycję lekką, przyjemną, młodzieżową. Przypomniały mi się moje lata szkoły. Co mnie jednak zaskoczyło to fakt, że w niby banalnej fabule nagle pojawiają się przebłyski dydaktyki. Zafascynowanie wiedzą i tym, że edukacja jest ważna i może wciągać było dla mnie zaskoczeniem w tego typu książce, ale zostało to wplecione całkiem zgrabnie, wynikało z charakteru bohaterów, którzy żyją w świecie bardzo prostym, niemal dualnym. W Eastwood High panuje dość jasny podział na popularnych lekkoduchów, najczęściej związanych ze sportem, którzy nauką zbytnio się nie przejmują. Zajmują się byciem w centrum uwagi, imprezowaniem, utrzymywaniem swojego statusu. Po drugiej stronie czytelnik odnajdzie bohaterów z zespołu debat, którzy mają specyficzne usposobienie, zainteresowania, są postrzegani jako kujoni i hipsterzy, ale ich wiedza jest imponująca i co bardzo mi się spodobało, potrafią świetnie władać słowem. W skrócie starcie pustych i próżnych jak Evan czy Charlotte z intelektualistami, którzy do czegoś dążą. Co charakterystyczne w narracji prowadzonej przez głównego bohatera to właśnie Luke, Toby, Phoebe są szerzej opisywani i ukazywani jako osoby naprawdę ciekawe i warte poznania, mimo że niektórych zna krócej. Najbardziej zachwyca Cassidy, która ma odwagę wyrażać się zarówno przez strój, zachowanie jak i naprawdę inteligentne i cięte riposty. Dziewczyna ma imponującą wiedzę, ale nosi w sobie coś, co kładzie się cieniem na jej radosnym i oryginalnym charakterze. To ona sprawia, że świat staje się ciekawy i otwarty. Ezra jest postacią bardzo specyficzną, jako sportowiec stara się wpasować w swoje środowisko, choć wyraźnie od niego odstaje inteligencją i sposobem patrzenia na świat. Wpadek przygniata go i wywołuje bunt, jednak mimo trudnej sytuacji potrafi on odnaleźć się w potyczkach słownych i nauce. 

Powieść Robyn Schneider to lektura lekka, ale i pouczająca. Rzecz o dorastaniu, szukaniu siebie samego, wadze edukacji, która choć nie zawsze daje od razu przepustkę do świetlanej przyszłości, to czyni nas tym, kim jesteśmy. To powieść o miłości, która pochłania na całego i wywołuje trzęsienie ziemi, zauroczeniu, w którym druga osoba wydaje się kimś zupełnie wyjątkowym. Chwilami historia przypominała mi "Szukając Alaski" Jonha Greena, pewnie dlatego że mamy tu tajemnice i bardzo charakterystyczną i inteligentną bohaterkę. Jest to także rzecz o rozczarowaniach, pogłębionym spojrzeniu na rzeczywistość, marzeniach, które rodzą się z czasem i odwadze do stawiania poważnych kroków. To także rozprawa ze stereotypem kujona i pokazanie, że  często pierwsze wrażenie bywa mylne. Część tajemnicy udało mi się przewidzieć, jednak zakończenie mnie zaskoczyło, co jest dla mnie wyznacznikiem dobrej powieści. Podoba mi się przewrotność historii, która wyłania się na ostatnich stronach i odniesienia do literatury oraz szeroko pojętej wiedzy, za co autorka ma u mnie dużego plusa. Jak dla mnie bardzo fajne połączenie letniej fabuły z inteligentnymi rozważaniami, które świetnie czyta się nie tylko w ciepłe wieczory :). 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte. 


Robyn Schneider, Początek wszystkiego, tłum. Aga Zano, wyd. Moondrive, Kraków 2017. 


niedziela, 11 czerwca 2017

Spacerowe rozkminy #2




Świat zmusza do bycia pięknym, szczupłym, podobnym do innych. Od najmłodszych lat nakłada na wszystkich masę obowiązków. Bycie innym albo jest w modzie albo nie, zależy od czasu. Często lepiej wtopić się w tłum lub wyróżniać, ale w jakiś "określony", dający się zaszufladkować sposób. Boimy się jednak wyróżniać tak po prostu, mając swoje indywidualne pasje, zainteresowania, przekonania, by nie przylepiono nam łatki. Słowo dziwny i inny nie jest w dobrym tonie. Świat gna na łeb na szyję, próbując większość wpędzić w określony schemat, ale moim zdaniem nie warto temu ulegać. 

Powinniśmy być najlepszą wersją samego siebie i to początek budowania szczęścia. Powinniśmy dawać z siebie wszystko. Próbować nowych rzeczy, smaków, poznawać nowe miejsca, rozwijać się i nie dać sobie wmówić, że czegoś nie potrafimy lub do czegoś się nie nadajemy. Owszem każdy ma inny talent i pewne ograniczenia, ale większość barier mamy w głowie i to one nas stopują. Nawet w bardzo ciężkich sytuacjach jest jakieś wyjście. 

Nick Vujicic udowadnia, że z ograniczeniami można mieć życie bez ograniczeń. Fascynuje mnie ten człowiek, który mając tak bardzo pod górkę nie poddał się, stał się inspiracją dla wielu innych, który żyje pełnią życia. Ostatnio znalazłam pewien filmik, który ogromnie mnie wzruszył. To kolejny dowód na to, że po największej nawet burzy wychodzi słońce i nie należy porzucać marzeń. Co mnie tak wzruszyło? 

Filmik pochodzi z kanału America's Got Talent


Mandy udowodniła, że można odnosić sukcesy, mimo że życie stawia poważne przeszkody. Słuchałam wczoraj audiobooka "Mirra i pomarańcze", o którym niebawem napiszę. Co najbardziej utkwiło mi w pamięci? Pozwól się przyjąć z raną, bo każdy jakąś ma. Jedni mniejsze, inni większe. Czasami to choroba, czasami trudna relacja, niepowodzenie, przykre słowo, samotność. Jest wiele możliwości, ale na pewno nie powinno to być czymś, co ogranicza, co sprawia, że spada nasza samoocena. Na trudnych doświadczeniach można budować, można starać się, by stały się punktem wyjścia do czegoś lepszego. To nie jest łatwe, wymaga wiele odwagi, samozaparcia i niepoddawania się. 

Życie w wolności pozwala na bycie sobą i zgodę na posiadanie ran, o czym opowiadają O. Tomasz Nowak i O. Tomasz Gaj. Akceptacja siebie, pozwala również na rozwinięcie skrzydeł. Czasami ludzie mówią, że ktoś jest dziwny. Ja owszem, taka jestem. Uwielbiam zaszywać się z książką w parku lub w domu, wstawać o 5 rano, by poczytać przed pracą, zachwycać się tym, wobec czego inni przechodzą niewzruszenie. Kocham słowa i uwielbiam się nimi bawić, tworząc różne teksty. Wiem także, że można nimi pomóc, ale mimo że gaduła ze mnie, lubię też milczeć z ludźmi i wcale nie czuję się z tym źle, bo jeśli relacja jest prawdziwa i szczera, milczy się naprawdę dobrze. Nieraz potrafię w nieskończoność nad czymś dumać. A to zaledwie część mojej "inności" ;). Na biurku leżą kolejne lektury, jakie zamierzam przeczytać. Jest wśród nich "Nieśmiertelny diament" Richard'a Rohr'a, który będzie dla mnie świetnym uzupełnieniem "Mirry i pomarańczy". Jeśli ktoś spyta, lubię książki o poszukiwaniu siebie, bo jestem przekonana, że człowiek całe życie odkrywa o sobie prawdę. 

Wisława Szymborska napisała "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono" i jest to wielka prawda. Czasem po latach można odkryć talent, o którym się nie wiedziało. Ważne, by być ciekawym, rozwijać się, próbować, nie zamykać się, nie poddawać. Jeśli nie wiadomo, co jest naszą mocną stroną, szukać tym bardziej, nie na siłę, gwałtowanie, ale spokojnie, poznając różne rzeczy. Ja staram się rozwijać w pisaniu, ale szukam także innych form wyrazu. Pracuję nad tym, by odkryć o sobie prawdę, odrzeć się z masek, jakie zakłada się codziennie, często nawet nieświadomie. Autor pyta, czy jest we mnie odwaga, by odkryć nieśmiertelny diament, jaki mam w sobie. Podejmuję wyzwanie, bo cały czas trzeba pracować nad sobą. Nie dawać się, gdy wszystko i wszyscy wokół próbują przekonać nas, że nie damy rady. Damy, osoby takie, jak wspomniana Mandy dają nadzieję i stają się wzorem. Są ludźmi godnymi naśladowania, by codziennie wstawać i znajdować w sobie siłę, z ranami czy bez. Na pewno z ciekawością, wielkim głodem świata i szerokim uśmiechem. 



I tego Wam i sobie życzę, trochę mirry, która otwiera na życie, trochę pomarańczy, będącej symbolem słodyczy i pięknego diamentu, który odnajdziecie w sobie. O audiobooku i książce Rohr'a niebawem przeczytacie na blogu. Pamiętajcie, czy jesteście na pustyni czy w pięknym ogrodzie, szansa na rozwój i spełnianie marzeń jest. Tylko okoliczności są różne. 


czwartek, 8 czerwca 2017

Kosmiczna historia - Pola Styx "Powieść (anty)feministyczna z mięsem w tle"




"Nalewając sobie następnego drinka, miała przez moment wizję, że stała się ofiarą dywersyjnej akcji chińskich feministek pragnących za pośrednictwem wadliwego towaru zwrócić uwagę na wyzysk miejscowych szwaczek. Zarzuciła jednak szybko tę odważną teorię, bojąc się, iż weźmie ją sobie do serca i poczuje się zobowiązana do protestu w imię poprawy warunków pracy w Chinach. A wtedy musiałaby usunąć z mieszkania wszystkie pochodzące z tego kraju produkty i na demonstracji wystąpić nago." - s. 186

Czytałam tę książkę naprawdę długo. Niewiele krócej zastanawiałam się, co o niej napisać. Pierwsza myśl jest taka, że ta powieść jest kosmiczna. Lubię dziwne i specyficzne książki, a ta taka jest, naprawdę bardzo odjechana. 

Ewa postanawia zorganizować manifestację wyrażającą poparcie dla zespołu Pussy Riot. W tym celu musi przygotować transparenty, kupić prześcieradła, kije, potem wszystko zaplanować, rozkręcić wydarzenie na facebooku, uporać się z wszystkimi hejterami, zyskać pozwolenie i przypilnować, by wszystko poszło zgodnie z planem a to wcale nie taka prosta sprawa. Henryka Engel, wykładowca w Instytucie Empirycznych Badań nad Kanibalizmem ma raczej mroczne zainteresowania. Pewnego dnia staje przed zadaniem pozyskania funduszy na kolejny projekt. Jest to tym trudniejsze, że musi zmienić nieco swój wizerunek. Oprócz tego stara się znaleźć sposób na ożywienie prywatnego życia i pokonanie panujących w pracy niesnasek. Bianka po wydarzeniu z dzieciństwa, które sprawiło, że musiała porzucić swoje marzenia, stała się zagorzałą feministką, która nie daje żyć Markowi. On zaś zaczyna być zmęczony związkiem, który przypomina plac boju. Wilhelm Hering naczelny informator założycieli Instytutu pracuje nad wyeliminowaniem nielubianej koleżanki z pracy, a Zuzanna próbuje odnaleźć swoje miejsce w życiu i zacząć od nowa.

Powieść Poli Styx to seria perypetii kilku bohaterów powiązanych ze sobą pracą we wspomnianym wyżej instytucie bądź poglądami feministycznymi. Przeplatające się ze sobą, zwariowane losy całkiem nietuzinkowych postaci osadzone w mieście matki Nerona (zapewne dzisiejszej Kolonii, ponieważ została ona nazwana właśnie na jej cześć) na pewno do standardowych nie należą. Przypominają bardziej migawki z aparatu niż zwartą historię. Praca na uczelni zajmującej się poszukiwaniem kanibali w każdym możliwym miejscu, na każdej możliwej płaszczyźnie przeplata się z jedną z najgłośniejszych współczesnych ideologii i bardzo niecodziennymi poglądami bohaterów, bo cóż powiedzieć, gdy mamy do czynienia z zamrożonymi psami wypadającymi z samolotów czy maltretowanymi psychicznie przez właścicieli? Nastawiona na oprotestowanie niemal wszystkiego Ewa, wojowniczo nastawiona Bianka, zafascynowana kanibalizmem i voodoo Henryka, wiecznie przepraszający za wszystko Goethe, Berta, która uknuła całkiem niezły plan na zakamuflowanie pewnego czworonoga, zagubiona życiowo Zuzanna, która zabiła wykładowcę czy profesor Hering, który wiedzie z Henryką Engel bój o prym pierwszeństwa w pracy, jeszcze bardziej podkreślają koloryt powieści. Co można powiedzieć o samej akcji? Jest po prostu z kosmosu. Czytałam i sama nie wiedziałam, co się dzieje na kartach tej książki. Z jednej strony często mnie irytowała i nużyła, czasem wręcz dość mocno nie podobało mi się to, co czytam, jeśli idzie o religię, to znów bawiła absurdem, który aż wylewa się z tej pozycji. Jednego na pewno nie można jej zarzucić, mianowicie schematyczności. 

Feministką w tym "współczesnym" tego słowa znaczeniu na pewno nie jestem i nie będę. O ból polonistycznej głowy przyprawia mnie forma filolożka czy psycholożka (naprawdę, lepiej się wówczas do mnie nie zbliżać), śmieszą mnie nachalne manifestacje ideologii, podżeganie do głośnych dyskusji, odrzuca siłowe przekonywanie do swojego zdania (nawet w sensie słownym). Nie lubię pogardy wobec innego światopoglądu, nawet jeśli się z nim nie zgadzam. Uważam, że ludzie powinni przede wszystkim kierować się szacunkiem do siebie. Byłam ciekawa, jak treść ma się do charakterystycznego tytułu. Książka jest dość nierówna. Czasami wydaje mi się przeintelektualizowana, pojawia się za dużo terminów, które trzeba rozszyfrować, same przemyślenia postaci bywają trudne do zrozumienia za pierwszym razem i choć oczywiście służy to podkreśleniu cech bohatera czy wyśmianiu pewnych zjawisk, treść przyswaja się wówczas mozolnie. Innym razem lektura płynie okraszana inteligentnym humorem, ironią, niemal groteską. Autorka zdecydowanie jest osobą inteligentną i ma poczucie humoru, jednak momentami miałam wrażenie, że chce zawrzeć na stronach zbyt wiele informacji. Żałuję, że o samej Poli Styx niestety nie znalazłam żadnych informacji, poza kilkoma zdaniami na stronie wydawnictwa, o których też do końca nie jestem pewna czy nie są swego rodzaju kreacją. 

"Do rangi cnoty bowiem urosła umiejętność zainteresowania bliźnich swoją wyjątkowością, przy czym nie było istotne, czy oni mają na to ochotę czy nie. Najważniejsze to stworzyć wrażenie, że nawet gdy jemy w barze za rogiem kebab ze znajomym, robimy to jak nikt inny na świecie". - s. 41

Choć dumałam dość długo nad "Powieścią (anty)feministyczną z mięsem w tle" do dziś ciężko mi określić grono odbiorców tej książki. Jeśli lubicie całkowicie nieszablonowe, nieschematyczne i specyficzne utwory, ta pozycja może się Wam spodobać. Dla mnie miała swoje plusy i minusy. Stworzenie satyry na bardzo popularny, dziś wypaczony obraz feminizmu, wyśmiewanie zjawisk kulturowych (jak dziki pęd do zrobienia kariery, siłowe niemal udowadnianie innym swojej wyjątkowości, protestowanie absolutnie przeciwko wszystkiemu, zacieranie się granic między człowiekiem a naturą, podporządkowanie człowieka mediom społecznościowym, usilne wybijanie się z tłumu), wykazanie się inteligencją, humorem, niebanalnym pomysłem na książkę i postaci (nawet najbardziej dziwne) to niewątpliwe zalety tej książki. Autorka wyśmiewa wiele zjawisk, dając jednocześnie pole do refleksji nad problemami. Z drugiej strony zbytnie teoretyzowanie przechodzące w dłużyzny fabularne, dla mnie niemiłe przytyki w stronę religii są słabszą stroną powieści. Na pewno jest to jednak inna od znanych mi lektur.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Poczytne.pl

Pola Styx, Powieść (anty)feministyczna z mięsem w tle, wyd. Poczytne.pl, Gdańsk 2017.


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Miłość niejedno ma imię - "Miłość. Mądrość świętych kobiet" pod. red. Klaudii Adamus

z cyklu książki z duszą



Mój ulubiony i najbardziej niezgłębiony na świecie temat. Ilu ludzi tyle definicji, a i tak zawsze będzie to jedynie część prawdy, ułamek tego, czym naprawdę jest siła napędowa świata. Miłość niezmiennie zachwyca, inspiruje, prowadzi. Każdy o niej marzy, każdy pragnie, tęskni, cieszy się nią. 

Książeczka jest malutka, wielkości standardowego notesu i wygląda niepozornie. W środku zawiera jednak moc mądrości, która dotyczy nie tylko tytułowego tematu, ale śmiem twierdzić, że są to myśli o tym, co najważniejsze i jak żyć w zażyłości z Bogiem i bliźnimi. Na niecałych stu stronach zawarto wiele refleksji Katarzyny ze Sieny, Teresy z Ávili, Małgorzaty Marii Alacoque, Urszuli Ledóchowskiej, Teresy Benedykty od Krzyża, Leonii Nastał oraz Matki Teresy z Kalkuty. Każdy rozdział rozpoczyna się od króciutkiego życiorysu, następnie zaś podaje wspomniane myśli o miłości z pism bohaterek książki.  



Kiedy Chrystus powiedział: "Byłem głodny, a daliście mi jeść", nie chodziło Mu tylko o głód chleba; chodziło Mu także o głód doznawania czyjejś miłości. - s. 85 (Matka Teresa z Kalkuty)

Z kart książki wyraźnie wynika, że miłość to nie jedynie uczucie, to coś znacznie więcej. Nie polega na patrzeniu na siebie nawzajem, choć wpatrywanie się w Boga w Najświętszym Sakramencie to dobra metoda adoracji. Miłość to jednak przede wszystkim czyny. Pomaganie bliźnim w najróżniejszy sposób. Sam sposób jej pojmowania wynika z charakteru danej osoby. Na kartach czytamy przemyślenia mistyczki, filozofa, nauczycielki i reformatorki systemu edukacji, zakonnicy pracującej z największą biedą i chorymi, od których wszyscy się odwracali. Każde zdanie zapisane w tej książeczce wymaga przemyślenia, rozważenia i może stanowić świetne ćwiczenie w rozwoju wiary. Poranna porcja miłości do kawy czy herbaty, na pewno pozwoli nam lepiej funkcjonować w świecie. 



Samo wydanie jest bardzo ciekawe, na kartach dominuje biel i fiolet. Cytaty są ponumerowane i zaczynają się wytłuszczonym fioletowym drukiem, by przejść w zwykłą czarną czcionkę. Rozdziały rozpoczynają się od znajdującej się na okładce, minimalistycznej grafiki winnego krzewu. Twarda oprawa pozwala zaś zabrać ze sobą książkę w torebce bez obawy, że ulegnie ona zniszczeniu i oddawać się w wolnej chwili myślom o miłości.





Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Miłość. Mądrość świętych kobiet, pod red. Klaudii Adamus, wyd. WAM, Kraków 2017. 


Jako bonus najpiękniejsza piosenka o miłości :) z kanału Cisza jak ta



sobota, 3 czerwca 2017

Duch pustyni - Alwyn Hamilton "Buntowniczka z pustyni"





"Przez chwilę wyglądał jak zwykły koń. Po chwili był samym piaskiem. Zmieniał kolor od jaskrawozłotego po wściekle czerwony, niczym ogień i słońce na smaganej wiatrem pustyni. Przeszedł przeze mnie dreszcz podniecenia - w końcu płynęła we mnie krew mieszkańców pustyni. Fabryka zmieniła nasze zwyczaje. Nie byliśmy już pustynnym ludem polującym na Buraqi. Ale nadal zastawialiśmy na pustyni żelazne pułapki. Kiedy jedna z nich została poruszona, każdy wiedział, co ma robić." - s. 77

Wpatruję się urzeczona w okładkę i nie mogę się napatrzeć. Gwieździsta noc, pustynia, kobieta na koniu, baśniowe miasto i wiele mówiący tytuł obiecują emocjonującą i fascynującą lekturę. Przenoszę się do całkiem innego świata i wszystko dookoła przestaje istnieć. 

Są miejsca, w których nie ma perspektyw. Życie toczy się ustalonym biegiem, nic nie ulega zmianie, każdy dzień jest podobny do poprzedniego, jeśli nie identyczny. Do tej kategorii należy Dustwalk, w którym mieszka Amani. Wszystko kręci się tutaj wokół fabryki broni i przetrwania. Ludzie zamieszkujący je są twardzi, jak każda osoba, która żyje na pustyni. Nauczeni dbać o swoje interesy, zdobywać to czego pragną, nie boją się konfrontacji, dużo piją i biorą to, co im się należy. Kobiety nie mają tu wiele do powiedzenia. Rodzice pragną wydać córki bogato lub po prostu pozbyć się ich z domu. Nie jest to wymarzone miejsce do życia, szczególnie dla kogoś takiego jak bohaterka, osoby twardej, nieustępliwej i dość pyskatej. Jej położenie staje się jednak jeszcze gorsze, gdy dowiaduje się o planach swoich opiekunów, którzy pragną wydać ją za mąż. Dziewczyna już zdeterminowana do tego, by opuścić miasto, zostaje niemal postawiona pod ścianą. Wie, że jeśli nie ucieknie, całe życie będzie nieszczęśliwa. Przepustką do lepszego świata okazuje się być konkurs strzelecki. W męskim przebraniu walczy o pieniądze, które pozwolą jej udać się do Izmanu, miejsca zamieszkania jej ciotki. Coś jednak idzie nie tak, zawody okazują się stracone przez pewien incydent, a dziewczyna wraca do domu z niczym. Los jednak szykuje dla niej niespodziankę. Wraz z poszukiwanym przez wojsko Jinem, cudzoziemcem, którego poznała poprzedniego wieczora, opuszcza miasto i udaje się w podróż w nieznane. Cel jest jeden - Izman, czy jednak tak łatwo będzie do niego dotrzeć? Pustynia jest wielka i kryje w sobie mnóstwo niebezpieczeństw i tajemnic, a szczęście czasami jest tam, gdzie go nie dostrzegamy.



Jest coś, co sprawiło, że pokochałam tę lekturę od pierwszych stron. Nie chodzi mi o klimat, o którym wspomnę później. Na pierwszy plan bowiem wysunęli się bohaterowie. Amani jest nieprzeciętna. Twarda, rzeczowa, ma niezwykle cięty język i brawurę. Czasem bywa pochopna i nierozważna. Ma jednak świadomość swoich wad i przez to nie da się jej nie lubić. To bardzo energiczna a jednocześnie refleksyjna osoba, ironiczna, ale i ciepła. To połączenie skrajnych cech sprawia, że jest nie tylko ciekawa i niezwykle żywa, ale prawdziwa. Jin to dość opanowany człowiek, ale również potrafi być ironiczny i odpowiadać w dosadny sposób. Wydaje się nieco bardziej otwarty od Amani. Ta dwójka sprawiła, że wszystkie pozostałe postaci powieści zeszły na bardzo daleki plan. Zafundowała niezły taniec emocji i nie dała się nie lubić. Alwyn Hamilton odmalowała pustynię jako niezwykłe, przesycone magią i wywołujące w czytelniku pokorę miejsce. To ocean piasku, śmiertelnie niebezpieczne bezdroże, ale również dom, który kochają mieszkańcy. Skrawek świata, w którym walczy się o przetrwanie lub goni za marzeniami, kocha i nienawidzi, styka się z codziennymi obowiązkami lub doświadcza działania istot z innej rzeczywistości. Nasyciła drogę bohaterów przygodami, ale również poszukiwaniem własnego miejsca w świecie. Wprowadziła baśniowe postaci, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Cała książka aż epatuje atmosferą niesamowitości i kipi od emocji. Tajemnica miesza się tutaj z ciszą pustyni oraz pragnieniami Amani i Jina. Ucieczki przemieniają się w drogę w poszukiwaniu siebie. Tajemnice przeradzają się w odkrywanie prawdy. A świat pod firmamentem usianym gwiazdami zdaje się nie mieć granic.

Relacje są tu niezwykle subtelne, by potem znów przejść w gorączkowe spory, ścieranie się charakterów. Im bardziej rozwija się fabuła tym większe zdziwienie. Czytając nasuwały mi się Baśnie tysiąca i jednej nocy, Indiana Jones, niektóre sceny z filmów akcji. Całkowicie pochłonął mnie świat wykreowany przez autorkę i przemożna chęć poznania dalszych losów bohaterów, z którymi ogromnie się zżyłam. Co więcej, choć to świat patriarchalny, Amani niczym nie odstaje od mężczyzn. Doskonale posługuje się bronią, jest silna, odważna, wytrzymała, ma swoje zdanie, którego nie waha się manifestować, czasami nawet zbyt mocno. Jin również nie tłamsi dziewczyny. Kieruje się lekką dozą opiekuńczości, ale nie sytuuje się ponad nią. To jedna z tych powieści, w których bohaterka bierze los w swoje ręce i nie boi się podejmować wyzwań, które przed nią stoją. 



"Buntowniczka z pustyni" to niesamowita, pełna przygód powieść, która przypomina Baśnie tysiąca i jednej nocy dla starszych czytelników. Pisana plastycznym językiem i pięknym stylem uwodzi czytelnika. Prowadzi go przez pustynię pełną magicznych stworzeń, ludzi poszukujących, wędrowców. Ukazuje konfrontację z planami i marzeniami, a do tego swoisty taniec charakterów. Książka Alwyn Hamilton to porywająca opowieść, zabierająca do dalekich krajów, które rozbudzają wyobraźnię, obiecują nieco awanturniczą przygodę i relacje na całkiem innym poziomie. Powieść zachwyca, płynie jak muzyka, zostaje w pamięci i robi naprawdę duże wrażenie. Po lekturze zostałam z niedosytem i świadomością, że muszę czekać na kolejną część.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.

Alwyn Hamilton, Buntowniczka z pustyni, przeł. Agnieszka Kalus, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.

piątek, 2 czerwca 2017

Spacerowe rozkminy #1


Wolny dzień i choć mam masę roboty na blogu, kilka recenzji do napisania, postanowiłam zorganizować ranek tylko dla siebie. Wstałam i po śniadaniu wyszłam sobie na Bulwary, posiedzieć na słońcu z dobrą książką. Tak spokojnie, bez presji czasu, w ciszy, na świeżym powietrzu. Wybrałam się zatem na wędrówkę w podwójnym sensie z Markiem Kamińskim. 



Już jakiś czas temu dostałam od Wydawnictwa WAM "Idź własną drogą" i zapragnęłam dzisiaj sięgnąć po tę książkę. Pospacerowałam zatem, całkowicie wsiąkając w lekturę. Totalnie zaskoczyła mnie ta książka i po kilkudziesięciu przeczytanych stronach, już mogę powiedzieć, że będzie to jedna z ulubionych pozycji w tym roku, jeśli nie w ogóle. O głębszych przemyśleniach napiszę w recenzji, która niebawem pojawi się na blogu. Teraz jednak krótka refleksja nad tym, co wywołał we mnie przeczytany fragment. 

Czasami sięgam do różnych motywacyjnych publikacji, ale jakoś to, co mówi Marek Kamiński przemówiło do mnie bardzo mocno. Może to też fakt, że stwierdziłam, że trzeba głębiej odetchnąć. Zrobić coś dla siebie, pójść na spacer tak po prostu. Może to wynik tego, że po dość intensywnych ostatnich dwóch tygodniach maja po prostu stwierdziłam, że jak zrobię coś dobrego dla siebie, wszystko pójdzie jakoś sprawniej. Żyjąc w świecie, w którym zabieganie to norma, pracując w korporacjach, prowadząc własną firmę czy biegając między jedną pracą a drugą zapominamy o tym, co najważniejsze. 

Dobrze mieć dzień, w którym można dwie, trzy godzinki przeznaczyć na odcięcie się od wszystkiego. Usiąść z dobrą lekturą albo się z nią przespacerować. Powygrzewać się w słońcu, zachwycić pięknem otaczającej nas przyrody. Nauczyć się czerpać radość z tego, co małe i piękne. Dostrzegać detale, to ułatwia funkcjonowanie. I przestawić się na myślenie, że damy radę, że warto próbować i iść za głosem serca, realizować marzenia. Czytam więc urzeczona to, co opowiada Marek Kamiński i myślę o wszystkich rzeczach, jakie działy się ostatnio i o tym, o czym tak naprawdę marzę. I wzbiera we mnie nadzieja. Odkładam na chwilę książkę, rozglądam się dookoła. Patrzę na drzewa, rzekę, szuwary ;). Zamykam oczy i wystawiam twarz do słońca i po prostu czuję się szczęśliwa. Nie gnam na łeb na szyję, mimo że jest co robić. Telefon co prawda tkwi w torebce, ale coraz częściej zdarza mi się wychodzić na spacer bez niego, przez dwie godziny świat się nie zawali. 

A ja wierzę, że "przypadek" to inna nazwa na posunięcia Pana Boga. Że on się objawia właśnie poprzez tak zwane przypadki. 
                                                  Marek Kamiński, Joanna Podsadecka "Idź własną drogą" s. 30 





Marek Kamiński wspomina, że często działa pod wpływem intuicji. Tak, to problem podążać za nią, zwłaszcza, jeśli trzeba odejść od tego, co znane i bezpieczne. Trzeba odwagi. Pora wracać. Zrelaksowana i zachwycona książką kieruję się w stronę domu. Spacer jeszcze potrwa, bo kawałek drogi jest. Tym lepiej, więcej przeczytam. Zaglądam do sklepu i kupuję mały sok pomarańczowy, witaminy zawsze się przydadzą. Pod nakrętką napis, który mogę interpretować jako mały znak ;). Ktoś do mnie mówi? Chyba tak, bo od dawna nie było tak dobrego dnia. :)