czwartek, 31 grudnia 2015

Podsumowanie roku 2015 na blogu i nie tylko ;)





Cóż, skończył się rok 2015, zaczyna się 2016, pełen nowych wyzwań, ciekawych pomysłów, rzeczy które pociągają ;). Patrząc na to, co udało mi się zrobić jestem zadowolona. Przeczytałam co prawda mniej książek niż w zeszłym roku, ale też pracy było więcej i innych zawirowań życiowych. 


Na pewno wielką radością było dla mnie nawiązanie współpracy recenzenckiej z Wydawnictwami Czwarta Strona i WAM. To dało mi okazję nie tylko do zapoznania się z nowymi pozycjami i autorami, ale sprawiło, że w moim życiu pojawili się nowi ludzie i przyniosło mi ogromną radość. Tym przemiłym mężczyznom, którzy się ze mną kontaktują w sprawie książek serdecznie dziękuję i pragnę dodać, że ogromnie cieszę się, że Was poznałam :). Jesteście wspaniali!!!

Po raz pierwszy wybrałam się w tym roku również na Targi Książki i to jako bloger, najpierw do Warszawy, potem do Krakowa. Było ogromnie dużo książek, poznałam kilku Autorów, w końcu na żywo zobaczyłam Remigiusza Mroza :D, obkupiłam się :D, wzięłam udział w niesamowitym spotkaniu i poznałam przemiłych ludzi, z którymi mam kontakt przez neta. To właśnie dla takich chwil rzuca się wszystko, bierze urlop i jedzie, nawet na drugi koniec Polski. Bo WARTO!!!

Wzięłam udział w jednym BookAThonie, w drugim nie będę mówić. Praca uniemożliwiła mi przeczytanie czegokolwiek, ale intencje były dobre ;-).

Założyłam też kanał na yt i pojawiło się na nim kilka filmików. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie ich więcej :).

Co zaś do książek. Hmmm…. Ok. będzie krótko, bo wszystkie recenzje są na blogu. Ale parę rzeczy warto wspomnieć. 

1. Książka roku – bezapelacyjnie „Ekspozycja” Remigiusza Mroza - jak na kogoś, kto dość wolno czyta, pochłonęłam ekspresowo i szczęka mi opadła…. (ale nadal czekam na dalsze losy Dijy Udina!)

2. Mój zachwyt roku – „Pocałunki piasku” Reyes Monforte – piękna, poetycka, wciągająca….

3. Najbardziej poruszająca pozycja – „Życie na pełnej petardzie” ks. Kaczkowskiego i Piotra Żyłki – trzeba przeczytać!!!!

4. Największe zaskoczenie roku – tu muszę podać trzy książki – po pierwsze „Przypadki pewnej desperatki” Magdalena Wala, ponieważ to całkiem inna jakość powieści dla kobiet i świetny poprawiacz humoru; po drugie „Jutro zaświeci słońce” Joanny Sykat książka niesamowicie wciągająca, a końcówka całkowicie zaskakująca i „Antipolis” Tomasza Fijałkowskiego pochłonęła mnie bez reszty i dzięki niej stwierdziłam, że sięgnę po fantastykę, nie mogę doczekać się kontynuacji

5. Książka do serca – „Robot w ogrodzie” Deborah Install – rozgrzewa serce i uczy <3

6. Książka mrożąca krew w żyłach – Olga Rudnicka „Cichy wielbiciel” i „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn – nie przyszłoby mi do głowy, że takie rzeczy mogą być realne…. Przerażające….

7. Oczekiwałam więcej - S.J. Watson „Zanim zasnę” – książka dobra i ciekawa, ale jednak miałam ochotę na coś więcej


Tak w skrócie przedstawia się mój rok. A jak było u Was?

niedziela, 27 grudnia 2015

Dostrzec człowieka – Jonathan Odell „Pani Hazel i klub Rosy Parks”


„Uczucie, jakiego doznała w następnej chwili, było dla niej całkowitym zaskoczeniem. Miała wrażenie, że ktoś ujmuje jej twarz w ciepłe dłonie. Dusza poszybowała wysoko – ponad rosnące przed nią rozłożyste dęby, ponad otaczające ją szczyty przedgórza Appalachów. Zrozumiała, dlaczego ojciec pije. Jemu też brakowało nadziei. Teraz, kiedy bezskutecznie szukała nadziei w oczach Floyda, łyk lub dwa Burbona pomagał jej przetrwać okres suszy. (s. 82). (…) Odwróciła się i zerknęła w lustro wiszące w przedpokoju. Zobaczyła w nim wariatkę, która miała poszarpane włosy, a długie, czarne smugi tuszu do rzęs spływały jej aż na szyję. Ślad rozmazanej szminki dochodził prawie do uszu, nadając jej twarzy wygląd obłąkanego klauna. Para martwych oczu patrzyła na nią z najgłębszych otchłani piekieł. (s.142) (…) Ludzie jej pokroju powinni omijać nadzieję szerokim łukiem. Nie dlatego, że nie byli do niej zdolni, ale dlatego, że nie byli w stanie jej podtrzymać (s.235)”.



Bardzo lubię obserwować relacje międzyludzkie. Dostrzegać, jak kształtują się teraz i jak ewaluowały na przestrzeni wieków. Zmieniają się czasy, zmienia podejście do różnych spraw. To, co dziś jest normą jeszcze nie tak dawno było czymś nowym. W latach 50-tych XX wieku czarnoskóra część społeczeństwa walczyła o prawo wyborcze i równe przywileje. Nie chciała być nazywana czarnuchami, traktowana jako obywatele gorszej kategorii, opłacani niewolnicy. Wszystko zaczęło się od cichego protestu Rosy Parks, która nie zgodziła się ustąpić miejsca białemu mężczyźnie w autobusie, którym wracała do domu. Ten gest niesubordynacji zapoczątkował protesty, które wstrząsnęły całym krajem i doprowadziły do zmian. W końcu otwarcie i coraz głośniej zaczęto domagać się zniesienia segregacji rasowej i równych praw. Choć kobiety były ogromnie zaangażowane we wszelkie działania, na czoło Ruchu Praw Obywatelskich wysunęli się mężczyźni, w tym późniejszy laureat pokojowej Nagrody Nobla Martin Luther King. Jak wspomina Johnathan Odell, to właśnie kobiety były nieraz odważniejsze, bardziej zdecydowane, to one działały na wszelkich polach, nierzadko biorąc na siebie najtrudniejsze działania. Ich praca, choć nieoceniona, znalazła się nieco w cieniu. Przyćmiona sukcesami mężczyzn. O wielkich kobietach, które zainspirowała Rosa Parks, dzięki której doszło do wielomiesięcznego bojkotu transportu miejskiego opowiada książka „Pani Hazel i klub Rosy Parks”. Jeśli jednak ktoś myśli, że to jedynie opowieść o walce czarnoskórych kobiet o prawo do głosowania i godnego życia, grubo się myli…

Hazel nie jest bogata, dobrze wykształcona ani niezwykła. Pewnego dnia, gdy uświadamia sobie, że nie może poszczycić się nawet urodą, rodzi się w niej pragnienie bycia piękną. Robi wszystko, co może i jest w swoich działaniach naprawdę uparta i skuteczna. Dzięki wielu zabiegom udaje się jej przemienić w uroczą kobietę. Z małej nieugiętej gąsienicy rodzi się pełen marzeń motyl. Gdy poznaje Floyda szczęście zdaje się być bardzo blisko. Jak w bajce dochodzi do ślubu, a mąż spełnia daną jej obietnicę. Jego ukochana dostaje dom i nie musi już zajmować się niczym na co nie ma ochoty. Nie pracuje w polu, nie zajmuje się domem. Całą jej misją jest wspieranie małżonka i dobre prezentowanie się w nowej społeczności, które zapewni ukochanemu powodzenie w interesach. Trzeba przyznać, że Hazel bardzo się stara, ale ciągle tkwi w niej niepewność, zagubienie i dość duża doza łatwowierności. Nie pasuje ona do świata wytwornych dam, które nigdy nie skalały się pracą i zajmują się jedynie kulturą, sztuką i dobroczynnością, kryjąc swoje prawdziwe myśli za fasadą przesadnie dobrego wychowania i erudycji. Boleśnie ranią ją podsłuchane przypadkiem uwagi sąsiadek. Słabo też odnajduje się w roli matki. Gdy zaś dochodzi do rodzinnej tragedii, kobieta po prostu się załamuje. Pogrąża się w coraz większej depresji i alkoholizmie aż w końcu doprowadza do wypadku i trafia do szpitala psychiatrycznego. Po powrocie do domu również nie ma lekko. Całe dnie spędza w łóżku otumaniona lekami.

Tymczasem  Vida młoda czarnoskóra kobieta przeżywa utratę swojego synka, owocu gwałtu białego mężczyzny, który nagle z powrotem pojawia się w jej życiu i nie cofnie się przed niczym, by utrzymać swoje stanowisko. W wyniku jego działania ojciec dziewczyny traci Kościół, swoją pozycję a także utrzymanie. Tragedia goni tragedię. Mija czas, a Vida Snow pragnie zemsty coraz bardziej. Rozwiązaniem staje się dla niej praca u Floyda, bogacza handlującego samochodami. Zajmując się jego domem i chorą żoną, kobieta ma sposobność do obserwowania Billego Deana, który zniszczył jej życie. Tęsknota za synem, problemy ze zdziwaczałym ojcem i rosnąca nienawiść do białego, od którego zaznała tylu krzywd i chwil przepełnionych lękiem, skłania ją do snucia planu odwetu. Dziewczyna stara sobie również poradzić z Johnnym synem pracodawcy, który jest szczerze jej nienawidzącym i zagubionym dzieckiem. Sprawy komplikują się. Levi zostaje oskarżony o zabicie córki senatora, którą niemal wychował. A służąca Hazel ma dość jej bezczynności i użalania się nad sobą. By wydostać ojca z więzienia postanawia podjąć niespodziewane kroki i zawalczyć o znacznie więcej. Czy przepełniona goryczą, twarda i wydawać by się mogło nieczuła kobieta może uratować rozpadającą się rodzinę? Czy skłoni swoje otoczenie do działania, o którym nawet nie myślała? Czy zafascynowana oporem młodej czarnoskórej buntowniczki stworzy podwaliny wolności w Missisipi?
Książka Jonathana Odella jest dziełem wielowarstwowym. Ukazuje nie tylko walkę o samego siebie, własne szczęście, borykanie się z problemami, przeciwnościami losu czy nawet tragediami. Przedstawia także zmaganie się z niesprawiedliwością i nierównością społeczną. Autor tworzy galerię postaci, które są bardzo różnorodne i przechodzą w powieści przemianę. Hazel z marzącej o byciu piękną dziewczyny staje się zagubioną kobietą, która ciągle szuka, dąży do czegoś, co da jej radość i satysfakcję. W swojej drodze jest sama. Nie ma oparcia ani w matce, ani w mężu. Gdy obowiązki mamy zaczynają ją przerastać, jako receptę na trudności mąż doradza jej urodzenie kolejnego dziecka, które sprawi, że nie będzie miała czasu na zamartwianie się. Bohaterka jednak nie doznaje olśnienia. Czuje się coraz gorzej i jedyne ukojenie odnajduje w alkoholu. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest złą matką, ale nie ma żadnego wzorca postępowania, nie wie co i jak robić. Pragnie być kimś i radzić sobie z życiem, ale brak jej siły, motywacji i schematu działania, szczególnie po życiowej tragedii i powrocie ze szpitala psychiatrycznego. Jest postacią dość słabą, która jeszcze nie znalazła swojego celu. Potrzebuje miejsca na ziemi i wsparcia, którego nie dostaje. Z czasem jednak zaczyna przechodzić metamorfozę.

Jej przeciwieństwem jest doświadczona życiowo Vida. Zgwałcona, potem brutalnie pozbawiona dziecka i postrzelona, nie jest w stanie zrozumieć jak można być kimś tak słabym i nieporadnym jak biała kobieta, którą się opiekuje. Dziewczyna jest harda, silna i zdawać by się mogło pozbawiona uczuć. Po wielu ciosach losu i stracie wszystkiego, gdyż trzeba przyznać, że wcześniej żyła w dostatku, nie uzewnętrznia swoich uczuć, poza tymi negatywnymi. Pozbawiona wszystkiego zamyka się w sobie i myśli jedynie o zemście. Dzięki otaczającym ją ludziom powoli się otwiera. Ciepło, które było zarezerwowane jedynie dla synka, udziela się na powrót ojcu, staje się również lepsza dla nowej przyjaciółki. Nawet inne służące, które początkowo traktowała jedynie jako źródło informacji, z czasem stają się jej bliskie.

Ciekawą postacią jest również Floyd. Kiedy o nim myślę przychodzi mi na myśl jedynie jedno słowo -  perfekcjonista. To człowiek dobry, ale nieumiejący nawiązać głębszej relacji, opartej na zrozumieniu drugiej osoby. Zafascynowany książką, którą nieustannie cytuje, święcie wierzy w każde napisane w niej słowo. Muszę przyznać, że czasem irytowały mnie te wszystkie aforyzmy, choć naprawdę lubię motywujące słowa. Nie dostrzega, że czasami ból może być większy niż potęga umysłu i nie wszystko da się załatwić za pomocą szumnie brzmiących maksym. Potrzeba również cierpliwości, czułości, zrozumienia i wsparcia. Nie można zarzucić mu braku miłości ani do żony, ani do dzieci lecz jest to postać dość płaska i patrząca jedynie w jednym kierunku. Całkowity kontrast dobrego Floyda stanowi szeryf, który jest bezdusznym, bezwzględnym i zapatrzonym jedynie w siebie człowiekiem, dla którego nie istnieje coś takiego jak moralność czy prawo. To on jest wyrocznią tego, co można robić i nie cofnie się przed żadnym czynem, by utrzymać władzę i lukratywne stanowisko.

Warto wspomnieć również o czarnoskórych przyjaciółkach Vidy, które nadają powieści życia. Wszelkie uszczypliwe uwagi dotyczące ich pracodawczyń wywołują uśmiech a działania, jakich podejmują się na koniec, wzbudzają podziw dla odwagi tych kobiet. Z postaci pobocznych najbardziej polubiłam Leviego, tajemniczego pastora, ojca Vidy. Choć nie zawsze rozumiałam, o czym mówi, podobnie jak Johnny odczuwałam niezwykłą aurę spowijającą tego człowieka. Jego głębokie zawierzenia i życie treścią Biblii było naprawdę niesamowite. W końcu pani Pearl, najbardziej niejednoznaczna bohaterka powieści. Co prawda poznajemy ją głównie z perspektywy innych bohaterów, co nie stawia jej w dobrym świetle, ale kiedy w końcu sama zaczyna mówić, nie sposób jej nie polubić, choć to osobliwa kobieta, zresztą jak cała jej rodzina.

Przeplatające się ze sobą losy kilku rodzin, walka o spełnianie marzeń i godne życie, odnajdywanie siebie a wszystko to w czasach, kiedy zaczynało się mówić o zanikaniu różnic rasowych. Autor pisze nie tylko o najgłębszych potrzebach serca i tęsknotach człowieka, takich jak miłość, akceptacja, szczęście, nadzieja, wiara, rodzina, zrozumienie, wsparcie. Opowiada o poszukiwaniach swojego miejsca na ziemi, wybieraniu różnych dróg. Upadaniu i powstawaniu. Oddziaływaniu na siebie ludzi i tworzeniu relacji. To też opowieść o ścieraniu się dobra ze złem, tolerancji z uprzedzeniami. O współegzystowaniu dwóch światów, które powoli zaczynają się łączyć, bo ani kolor skóry, ani wykształcenie czy urodzenie nie może dzielić ludzi na lepszych i gorszych. Jonathan Odell zabiera nas do świata, w którym każdy odnajdzie coś swojego. Który uczy zrozumienia, potrzeby istnienia różnych charakterów, ale i współistnienia z drugim, całkiem innym od nas człowiekiem. Autor cicho mówi, że każdy jest potrzebny i to właśnie jest piękne w relacjach międzyludzkich. Naucza poszanowania drugiego człowieka i kierowania się jego dobrem, bo wówczas dzieją się naprawdę niezwykłe rzeczy – nikną podziały, rodzą się piękne przyjaźnie, świat nabiera barw i sensu, którego czasem nie możemy odnaleźć. Mogłabym pisać jeszcze wiele, ale powiem krótko, serdecznie polecam tę ciepłą, pełną mądrości, nadziei ale i bólu i trudnych spraw książkę, gdyż skłania do myślenia, porusza duszę i uczy, jak być lepszym i bardziej wyrozumiałym człowiekiem.




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.


Jonathan Odell, Pani Hazel i klub Rosy Parks, przeł. Zbiegiew Kasprzyk, wyd. WAM, Kraków 2015.


piątek, 25 grudnia 2015

Życzenia świąteczne :*








"Miłość przyszła na świat,
Zajaśniała Płomieniem...
Bierzmy tę Miłość w swoje serca
I zapalajmy nią innych.
A tajemnica Bożego Narodzenia
Przyniesie pokój, którego
Aniołowie życzyli ludziom dobrej woli..."

Radosnych, ciepłych, pełnych miłości, pokoju
radości, czułości Świąt Bożego Narodzenia. 
Odpoczynku, rodzinnych chwil, spotkań z przyjaciółmi,
wspaniałych prezentów, nowych książek, porywających historii,
spełnienia wszystkich marzeń i magii w te niezwykłe dni
dla Was wszystkich życzy 
                                                        
                                             Ewelina - Spacer wśród słów :*







piątek, 4 grudnia 2015

Stracone złudzenia – Piotr Durak „Ostatni rok”


„Podszedłem do krawędzi okna i stanąłem na deskach przy dzwonie. Poczułem się naprawdę wolny! Stałem na najwyższym budynku w mieście, wiatr rozwiewał mi włosy, światła w blokach zajaśniały pełnym blaskiem… Jeżeli to sen, niech trwa wiecznie! Chciałem aż krzyczeć z radości do ludzi na dole. Jestem tu! Nareszcie! Zwyciężyłem!” – s. 280

Zrobiło mi się jakoś nostalgicznie. Przypomniały mi się czasy, gdy życie było inne. Dzieci nie siedziały przed komputerami i tabletami, bo na pierwsze stać było nielicznych a drugich nie było. Nikt nie domyślał się inwazji telefonów komórkowych, a żeby się dobrze bawić wystarczyło towarzystwo i odrobina wyobraźni. Czasy te pod jednym względem nie były za ciekawe, ale jednocześnie kolorowe i pełne magii. Wtedy wyjątkowy był człowiek a nie to, co dookoła niego. Ludzie mieli czas i nie biegali aż tak bardzo jak dziś. Było po prostu inaczej…

Mielec, lata 90-te. Czas, w którym w niegdyś rozwijającym się i skupiającym wielu inżynierów mieście panuje stagnacja. Upadek zakładów lotniczych, masowe zwolnienia, bezrobocie, brak perspektyw na przyszłość. Szara, trudna do zniesienia codzienność, podszyta ciągłą obawą o pracę. W tym ponurym klimacie dorasta Piotr Gumiecki zwany Durexem. Z braku lepszych perspektyw wakacje spędza w domu, próbując każdym możliwym sposobem zabić nudę, gdyż jak sam zauważa „Machiavelli utrzymywał, że nuda gorsza jest niż troska, niż nędza, niż rozpacz, niż choroba, nawet niż śmierć.” (s. 91). Trzeba przyznać, że pomysłów na wykorzystywanie czasu nie tylko wakacyjnego mu nie brak. Począwszy od wycieczek kanałami, wypraw nad Tamę, palenia ognisk czy marzanny, podpisywania się niemal na każdej nadającej się do tego powierzchni, przez przechodzenie po linie nad wzburzoną rzeką, włażenie na drzewa, farbowanie włosów na niebiesko, wspinanie się na dach kościoła, na sprawdzaniu czy można ugotować np. denaturat skończywszy. Braku wyobraźni nie można mu z pewnością zarzucić. Razem ze swoim przyjacielem Przemkiem, nazywanym Koreniem bohater tworzy niezły duet, który nieco odstaje od pozostałych bohaterów i jest niezwykle ciekawy, choć muszę zaznaczyć, że chłopcy znacząco się od siebie różnią.

Cała akcja kręci się właśnie wokół dwójki chłopaków, do których czasami dołącza Duszyk lub inni bohaterowie. Trzeba przyznać, że Piotrek mógłby śmiało zaśpiewać na całe gardło „To ja typ niepokorny. Nikt nie wie, co we mnie tkwi”. Notorycznie chodzi na wagary, nie z powodu przerażenia jakimkolwiek przedmiotem, w żadnym wypadku. Bohater podważa podstawy edukacji. Wybiera, to co dla niego ważne, inne rzeczy spokojnie odpuszcza, dbając o to by rodzice nie dowiedzieli się o nieobecnościach (które sam sobie usprawiedliwia), nie czepiali się za bardzo ocen i by można było przejść z klasy do klasy. Jednocześnie bardzo lubi czytać, jest refleksyjnym i ciekawym świata chłopakiem. Owszem, ma niespotykane pomysły, ale patrząc na to, co kiedyś nastolatkowie robili można przyjąć, że mieści się w normach ;). Przeżył ucieczkę z domu, wielokrotne starcia z rodzicami, duszenie się w szkolnym systemie edukacji. Buntuje się, jak każdy, choć nie jest to działanie na zasadzie przypadłości młodzieńczej. Piotr z ironią, ale i zrozumieniem rozprawia się z truizmami, narzucanymi mu obyczajami, schematami czy wizją świata. Nie sprzeciwia się dla samego sprzeciwu. Próbuje znaleźć swoje własne miejsce w świecie i zrozumieć pozbawione logiki prawa i działania innych. Jednocześnie umie przyznać się do własnych błędów, choć bywa w pewnych sprawach zaślepiony.  Dziwią jedynie dwie rzeczy. Durex to wrażliwy, nieprzeciętnie inteligentny człowiek, dojrzały, jednak zastanawiałam się, czy nie za bardzo jak na swoje 15 lat. Czytając miałam nieraz wrażenie, że owszem, ktoś taki jest jak najbardziej realny, ale powinien być nieco starszy. Jego słowa, reakcje nie pasują mi do kilkunastoletniego chłopca, nawet jeśli nieco uwiarygodniają je zwykłe zachowania jak zamiłowanie do przygód czy zostawianie po sobie wszędzie śladów. W sumie można byłoby go całkiem śmiało nazwać uduchowionym wandalem ;). Zastanawia mnie również pesymizm w stosunku do miłości. Słowa, które padają są podszyte goryczą, bólem, żalem, rozczarowaniem, a pojawiają się nim Gumiecki zetknie się z Wiktorią i przeżyje swoją pierwszą miłość. Można powiedzieć, że to powtarzane za kimś zdania, ale nie odnosi się takiego wrażenia. Po części wynikają z obserwacji, po części z wątpliwości rodzących się w Durexie. Również Koreń jest nieco za dojrzały jak na swój wiek, ale pewne zachowania czynią go jednak bardziej zbliżonym do zwykłego nastolatka. Pomimo tych małych „ale” polubiłam bohaterów, którzy są oryginalni i pełni wrażliwości. Z chęcią poznawałam ich ciekawe spostrzeżenia, wątpliwości i młodzieńcze dylematy. Nie odstraszyły mnie nawet wulgaryzmy, gdyż jak pisałam wielokrotnie, niespecjalnie je lubię w literaturze.

Sama fabuła wciąga. Podzielona na cztery części książka, pokazuje różne wydarzenia, pozwalając lepiej poznać bohaterów i  targające nimi emocje. W „Ostatnim roku” znajdziemy sceny, przy których pojawi się na twarzy uśmiech, fragmenty, nad którymi zatrzymamy się dłużej, ale przede wszystkim poznamy świat widziany oczami nastolatków z miasta, w którym brak perspektyw na lepsze jutro. Pomimo wielu pomysłów, kreatywności w szczególnym wydaniu i tego nieznanego dzisiejszym dzieciom używania fantazji i cieszenia się naprawdę wszystkim, z książki Piotra Duraka bije pesymizm. Słońce wychodzi tu zza chmur za rzadko. Owszem, jeśli się pojawia jest magiczne, a każda dobra chwila jest doceniana, a jednak tych momentów pojawia się naprawdę mało. Z jednej strony można odnaleźć pragnienie afirmacji życia, szacunek wobec wszystkiego, co wzniosłe, dobre, co porusza serce. Z drugiej jednak starcie z rzeczywistością, konfrontacja pragnień, marzeń i wyobrażeń bohaterów jest bolesna. Ideały zdają się uderzać o bruk, świetlana przyszłość tłuc niczym szkło a dobry czas przeciekać przez palce. Najmocniejsze jest zakończenie powieści, które nieco przytłacza. Nie dziwi, bo sama zastanawiałam się, czy po tym wszystkim, co przeszedł bohater, można jeszcze normalnie egzystować…  I powiem szczerze, że nie wysnułam pozytywnych wniosków. Powieść jest zróżnicowana pod względem językowym. Nie brak tu potocznych wyrażeń, młodzieżowego języka, wulgaryzmów, ale odnajdziemy także słowa, mogę się pokusić o stwierdzenie, że wzniosłe, może i patetyczne. Dostosowane do sytuacji, a także do bohaterów.

Czy warto przeczytać „Ostatni rok”? Tak. To inna książka, pewnie nie dla każdego, bo bohater jest naprawdę specyficzny. Sama fabuła to powrót do niełatwej przeszłości, świata który czasami pozbawia nadziei i perspektyw i w którym inny i wrażliwy człowiek boleśnie zderza się z rzeczywistością, co kończy się różnie. Przyznam, że tego co stało się w części czwartej się nie spodziewałam. Może dlatego powieść wywarła na mnie większe wrażenie niż się spodziewałam, po przeczytaniu pierwszych stron. Podsumowując powiem tak, jeśli nie boicie się trudnych historii, to sięgnijcie po tę książkę, nie rozczarujecie się.



Piotr Durak, Ostatni rok, wyd. Samorządowe Centrum Kultury w Mielcu, Mielec 2009.

niedziela, 29 listopada 2015

Cud Bookowe igraszki, czyli kreatywnie o wierze i samym sobie ;)

z cyklu książki z duszą

Nie będę porównywała "Cud Booka" do "Zniszcz ten dziennik" czy jakiejkolwiek innej pozycji. Wiem, że część z Was stwierdzi, że to po prostu katolickie wydanie takiego gadżetu. Powiem jedno, otwórzcie, przekonajcie się :).

Gdy "Dziennik o niebo lepszy" do mnie doszedł, przypomniała mi się pewna scena z duszpasterstwa akademickiego, na które uczęszczałam. Otóż pewnego wieczoru O. Marek (pozdrawiam Ojcze :D) dał nam ciekawe zadanie. Kazał narysować przesadzanie morwy do wody za pomocą wiary. Normalnie zgłupieliśmy, ale każdy zaczął kombinować. To było ćwiczenie nie tylko na kreatywne podejście do słów Pisma Świętego, ale i trochę lekcja o nas samych. Podobnie jest tutaj. Jest sporo łatwych zadań, które pomagają się odprężyć, ale nie brakuje również tego, z czym trzeba się zmierzyć, o czym pomyśleć, a także i ćwiczeń, które mają na celu ukazanie tego, co myślimy o sobie. Jak dla mnie dobra zabawa i chwila zastanowienia się nad wiarą i sobą. Bo wiecie..., wiara nie jest dla nudziarzy i smutasów :)

Jeśli przetrwacie ten milczący filmik, będę z Was dumna :) To coś jak "Wielka cisza" nie trzeba się jej bać ;).

Za egzemplarz "Cud Booka" serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM



poniedziałek, 23 listopada 2015

Wychodząc z mroku - C.J. Roberts „Zapach ciemności”



„Chciał powrócić do czasów, kiedy jeszcze się nie znali, kiedy jego życie było czarno-białe, a szarość nieistotna. Tęsknił za tą prostą egzystencją, wolną od moralnych dylematów, wyrzutów sumienia, wstydu, wszechogarniającego pożądania, a także najgorszego z grzechów – marzeń. Pragnął znowu móc położyć się do łóżka, wiedząc dokładnie, czego się spodziewać po przebudzeniu. Chciał, żeby Kotek zniknęła z jego życia i jego myśli”. – s. 61


On naznaczony jest tragicznym i pełnym brutalności dzieciństwem. Uratowany postanawia udowodnić wybawcy swą wdzięczność i nie cofnie się przed niczym, by dopełnić upragnionej przez Rafiqa zemsty. Zdaje się nie znać litości, wyrzutów sumienia ani żadnych wyższych uczuć. Jego zadaniem jest wykonywać polecenia i przyuczać dziewczyny do bycia seksualnymi niewolnicami. Ma się za potwora, którego nie stać na ludzkie reakcje, pewnego dnia wszystko jednak się zmienia. Dzięki niepozornej dziewczynie dociera do pokładów uczuć, o których nawet nie wiedział…

Ona nie ma dobrego kontaktu z matką. Wydaje się wycofana i nieco zagubiona, choć twarda z niej sztuka. Pragnie miłości, jak każda kobieta. Tymczasem ma stać się narzędziem zemsty i seksualną zabawką pewnego miliardera. Porwana uczy się nie tylko sztuki przetrwania, ale wprowadzana jest w świat, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Poznaje rzeczywistość erotycznych doznań i ekscesów seksualnych, w której wstyd przeplata się z rozkoszą, zażenowanie z przyjemnością, ból z podnieceniem. A zwykły związek nie ma szans zaistnieć. Początkowo stara się uwieść porywacza, by odzyskać wolność, z czasem zaczyna jednak darzyć go uczuciem…

Livvie budzi się w szpitalu. Jest rozbita psychicznie. Cierpi z powodu straty ukochanego. Nie dziwi jej ciągła obserwacja, ma wrażenie, że traci zmysły. Z piekła, przez które przeszła, nie da się wyjść bez szwanku. Zatrzymano ją, gdy z pieniędzmi i bronią próbowała przekroczyć granicę. Przesłuchujący ją agent Reed, pracujący dla FBI, stara się ustalić fakty i poznać historię dziewczyny, która może pomóc w rozbiciu podejrzanej o terroryzm grupy zajmującej się handlem ludźmi. Olivia snuje swoją opowieść o tym, co działo się po ucieczce i odbiciu jej przez Caleba. Pobita i ocalona przed gwałtem bohaterka udaje się wraz ze swoim panem do domu tajemniczego człowieka o imieniu Felipe. Tutaj poznaje Rafiqa i ostatecznie przekonuje się, czym jest niewola seksualna. Powoli traci złudzenia, co do tego, że rozkocha w sobie Caleba, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jako kobieta działa na niego i nie jest mu obojętna. Jakby wbrew jej samej narasta w niej uczucie, do tego, który zgotował jej taki los. Również mężczyzna jest rozbity pomiędzy lojalnością wobec swego wybawcy i pragnieniem dokonania zemsty a tym, co odczuwa do podwładnej. Przerażają go uczucia, które w nim kiełkują, które sprawiają, że powoli przestaje być jedynie zimnym, wyrachowanym i bezwzględnym typem. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dziewczyna poruszyła w nim strunę, która nigdy się nie ujawniała. Nie jest w stanie traktować jej przedmiotowo jak powinien i co gorsza, nie potrafi zataić tego faktu. Chce niemożliwego, czyli zachowania kobiety tylko dla siebie.

„Nadal lubił smak łez Kotka i zmuszanie jej do błagania o przyjemność, której z początku nie chciała. Krótko mówiąc, nie przestał być chorym bydlakiem, którym był od zawsze, i zamierzał cieszyć się każdą chwilą tego, co niedługo miało się wydarzyć w podziemiach”. – s. 295

Caleb nie przechodzi gruntownej przemiany, otwiera się w nim jednak coś ludzkiego, jakieś obszary, których nie znał od dziecka, a które miały nigdy nie pozostać odkryte. A to dopiero początek…

Cała podróż do willi, w której rozegrają się najważniejsze wydarzenia, to ścieranie się uczuć bohaterów, targających nimi namiętności, wątpliwości, emocji. Z jednej strony to przesycone seksem sceny, z drugiej zaś wgląd w to, co dzieje się w psychice postaci. Nadzieja miesza się z brutalną prawdą o przyszłym losie i niewoli, miłość z krzywdą, a to wszystko okraszone seksem i pytaniem, co będzie dalej. Sytuacja zaognia się, gdy trafiają do domu, w którym wyraźne staje się to, o czym chcieli zapomnieć. Wzmożona tresura, odtrącenie, kolejne doznania, które są dla bohaterki nie tylko upokorzeniem i pozbawieniem jej wszelkiej godności, ale również poznawaniem świata erotycznych fantazji, którego częścią ma się stać. Na przykładzie Celii dziewczyna odkrywa, że w rzeczywistości rządzonej przez popęd i specyficzne upodobania seksualne niezwykle rzadko, ale zdarzają się uczucia. Czas ucieka a Kotek wie, że może już liczyć jedynie na dobrą wolę i niejasne przekonanie, że jej pan w jakiś sposób pragnie jej i nie pozwoli oddać obcemu mężczyźnie. Felipe zaś nieprędko odkryje karty, które trzyma w zanadrzu. Napięcie rośnie, sytuacja komplikuje się, a Rafiq jest coraz bliżej. Czy Caleb ulegnie uczuciom czy pozostanie wierny złożonej dawno obietnicy? Jakie tajemnice skrywa jego przeszłość? I co zaszło w tym dziwnym miejscu?

„Za każdym razem, kiedy myślę, że się zastanowiłeś. Za każdym razem, kiedy pozwalam sobie mieć nadzieję… ty mnie miażdżysz. Rwiesz mnie na strzępy! Czasami myślę sobie, że cię nienawidzę. Czasami mam co do tego pewność. A mimo to! Mimo to, Caleb, kocham cię. Wierzę w ciebie. Wierzę, gdy mówisz, że wszystko będzie dobrze.” – s. 380-381

Druga część serii „The dark duet” rozjaśniła mroki tajemnicy zasianej pod koniec pierwszej części. Z relacji prowadzonej przez Livvie, która ogromnie się zmieniła od czasu porwania, czytelnik zaznajamia się z jej dalszymi losami. Pojawiają się nowi bohaterowie, którzy nieco uczłowieczają mroczny świat seksualnej niewoli. Celia i Felipe na swój sposób pokazują łagodniejsze oblicze tej przedziwnej sytuacji, choć nigdy wprost nie mówią sobie o uczuciach i jedynie podejrzewają, że druga strona może odczuwać pozytywne emocje. Przepych bogatego domu, przyjęcia, które nasuwają na myśl starożytne orgie, a w tym wszystkim para bohaterów, która zmaga się z rodzącą się miedzy nimi relacją. Wszystko to w cieniu nadchodzącej zemsty, która ma ich rozdzielić i złamać życie dziewczyny. Erotyki jest dla mnie więcej i jest ona znacznie mocniejsza niż w pierwszym tomie, przez co po raz kolejny podkreślę, że jest to lektura jedynie dla dorosłych czytelników (!!!) i nie tych, którzy marzą o romantycznych scenach z dodatkiem pieprzu. To mocna, momentami brutalna książka, która pokazuje mroczny świat fantazji seksualnych. Owszem pewne momenty mogą nasuwać podobieństwa do innych erotyków, ale to jedynie za sprawą opisów cielesnych doznań. Język w tej kwestii jest nieco bardziej dosadny i frywolny niż w poprzedniej części, co akurat niespecjalnie przypadło mi do gustu, ale pewne sceny rządzą się swoimi prawami. Bardzo ciekawe jest wnikanie w psychikę bohaterki, choćby przez to, z jaką szczerością i w jaki sposób relacjonuje wydarzenia oraz jak się zachowuje. Gesty oraz reakcje, które nasuwają agentowi Reedowi na myśl syndrom sztokholmski, przypominają zachowanie osoby, która straciła ukochanego, a nie wyrwała się spod seksualnej niewoli. Faktem jest, że Livvie wie, że nie jest to zwykła miłość rozwijająca się w normalnych warunkach. Zdaje sobie jednak sprawę, że w jakiś zawiły sposób to, co czuje, nie wynika jedynie z reakcji jej psychiki na zaistniałą sytuację. Mimo koszmaru, w jakim się znalazła, wierzy, że pokochała prawdziwie.

„Liczyło się to, że ja się zmieniłam. Naiwne dziewczę, którym byłam wcześniej, wkroczyło w kobiecość w okrutny sposób. Ukształtował mnie ból, żal, poczucie straty i cierpienie, a dzieła dopełniło pożądanie, gniew i rozpaczliwa chęć pozostania przy życiu.
   Zrozumiałam rzeczy, które kiedyś były dla mnie niewyobrażalne. (…) Zauważałam, jak często wykorzystywał moje ciało przeciwko mnie – ponieważ nie przestawałam pragnąć Caleba. A przede wszystkim nauczyłam się jednej rzeczy, której nauczyć powinien się każdy, kto chce przetrwać na tym świecie: jedyną osobą, na której naprawdę możesz polegać, jesteś ty sam”. – s. 102

Najciekawszą częścią książki jest niewątpliwie historia Caleba i jej zakończenie oraz obserwowanie jego wewnętrznych dylematów. Sama relacja z bohaterką pociąga i zaciekawia, jednak rozwiązanie pewnych kwestii, ujawnienie sekretów, których totalnie nikt się nie spodziewa, przykuło moją uwagę i wprawiło mnie w zdumienie. Przyznam, że nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Samo zakończenie odstaje od całego klimatu książki, ale przyznam, że udowadnia, iż świat nie jest czarno-biały a ludzie nie są naznaczeni tylko jednym zestawem cech. Jeśli zatem ktoś lubi mocniejsze erotyki, które zahaczają o mroczną stronę seksualności, nie przeszkadza mu dosadny język, ma ochotę zdziwić się zagadką, to „Zapach ciemności” jest zdecydowanie dla niego. Dla mnie niejednoznaczność tej książki to jej największa zaleta.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona


C.J. Roberts, Zapach ciemności, przeł. Agnieszka Brodzik, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

wtorek, 10 listopada 2015

Słuchając zeznań – Remigiusz Mróz „Zaginięcie”



„- Koniec pomiatania kancelarią Żelazny & McVay. Przystępujemy do kontrataku.
- I jak mamy zamiar go wyprowadzić?
- Kultywując najszlachetniejsze tradycje naszej firmy.
- Będziemy łgać, przeinaczać fakty, naginać prawdę, stosować manipulacje i zastraszać ludzi?
- Lepiej bym tego nie ujęła”. – s. 345


   




   




   








   






W związku ze złożeniem apelacji do sądu bukowego, doszło do kolejnego procesu, w którym rozpatrywano sprawę Remigiusza Mroza (akt oskarżenia tutaj) znanego jako Maestro Książkowych Suspensów. Podczas rozprawy przedstawiono nowe dowody związane z pojawieniem się na rynku wydawniczym kolejnej książki oskarżonego, niejakiego „Zaginięcia”, które podobnie jak poprzednie pozycje wywołało szok wśród czytelników.

   Dnia 4.11.2015 r. Ewelina C. z bloga Spacer wśród słów została wezwana w charakterze świadka w rozprawie toczącej się przeciwko pisarzowi. Jak widomo autor oskarżany jest o wydawanie kolejnych rewelacyjnych książek w zastraszającym tempie, co nie tylko destrukcyjnie wpływa na stan finansowy czytelników, ale na ich samopoczucie. Mole książkowe krążą po swoich miejscach pracy z podkrążonymi oczami, chronicznym zmęczeniem i syndromem „Mroza” objawiającym się totalnym zszokowaniem, zdezorientowaniem, i pustką w głowie wywołaną finałem, którego się nie spodziewali jak i faktem, że muszą czekać na kolejną książkę, by śledzić rozwój wypadków. Pracodawcy apelują do rządu o pomoc, ponieważ kilkudniowa absencja lub niedyspozycja mentalna wspomnianych osób znacząco przyczynia się do spadku obrotów i obniżenia PKB. Zdezorientowana młodzież trafia do przypadkowych szkół nie mogą odnaleźć poprawnej drogi do swojej placówki oświatowej, pojawiają się problemy z komunikacją miejską, pomylone przesyłki, wydawanie błędnych posiłków w restauracjach, a to zaledwie mała część konsekwencji jaką wywołuje czytanie książek oskarżonego.  Nie wiadomo jeszcze czy książki Remigiusza M. trafią na indeks ksiąg zakazanych czy będą dopuszczone do czytania jedynie podczas urlopów (do wypożyczenia będzie wymagane specjalne zaświadczenie z zakładu pracy o co najmniej tygodniowym urlopie, podobnie przy zakupie) i czy w pakiecie czytelnik nie będzie zmuszony do czytania czegoś, co skutecznie przywróci go do pionu (krążą słuchy, że ma to być amerykańska literatura erotyczna ;) ), podobno trwają narady co do wykazu takich książek. Tymczasem sąd przystąpił do przesłuchania świadków. Poniżej przedstawiamy Państwu fragment stenogramu przesłuchania niejakiej Eweliny C, blogerki, która na własnej skórze doświadczyła syndromu „mroza”. Wszystkich o słabych nerwach informujemy, że poniższy zapis jest pełen dramatyzmu i może wywołać szok.

-Proszę powiedzieć, kiedy po raz pierwszy spotkała się Pani z twórczością oskarżonego?

- To było ponad rok temu. Niewiele wcześniej zaczęłam moją przygodę z blogowaniem. Nie pamiętam jak, ale trafiłam na yt na kanał Book Reviews by Anita i zaczęłam go oglądać. Anita jest niesamowicie sympatyczna, żywiołowa i pozytywna i spodobało mi się, jak opowiada o książkach, więc oglądałam jeden filmik za drugim i notowałam, co warto przeczytać. I tak oto pewnego dnia trafiłam na recenzję „Parabellum” Remigiusza Mroza. Anita tak go zachwalała, że nie było innej opcji, zamówiłam wszystko, co się znajdowało w księgarni. Potem ukazał się „Chór zapomnianych głosów” i choć nie czytam sci-fi, to stwierdziłam, że warto kupić i poznać i tak oto zaczął się mój nałóg. To właśnie wspomniana książka wciągnęła mnie w swój świat i zamrozowała. A przecież było to moje pierwsze spotkanie z tym autorem.

- Co działo się potem?

- Później przyszedł czas na „Kasację”, która ogromnie mi się spodobała, ze względu na nietuzinkowych bohaterów, którzy tworzyli niesamowicie ciekawy duet i ta zagadka kryminalna, po prostu świetne! Po niej sięgnęłam po „Wieżę milczenia” znów bardzo konkretne charaktery, które ścierały się ze sobą i podążanie za tajemnicą, która wymagała wyjaśnienia. To był debiut autora. Wiedziałam, że kolejne pozycje były lepsze, ale jak na pierwszą książkę poprzeczka była postawiona niezwykle wysoko. W końcu „Ekspozycja”, która rozłożyła mnie na łopatki, przyprawiła o palpitację serca, podniosła ciśnienie, zdewastowała moje paznokcie i sprawiła, że deszczowe wieczory w Zakopanem biegły sama nie wiem, kiedy. Zakończenie powieści było jak upadek z Giewontu, rozbiło moje serce na tysiące kawałków i całkowicie zdemolowało moją psychikę. A teraz „Zaginięcie”, na które ogromnie czekałam. I wie pan, ja już to mówiłam autorowi, ja się boję czytać jego książki, a jednocześnie nie potrafię się  bez nich obejść…

- Kontaktowała się pani z autorem?

- Tak, wszystko zaczęło się od recenzji „Chóru zapomnianych głosów”, krótka wymiana zdań przez fb, a osobiście poznaliśmy się na Warszawskich Targach Książki. Zdziwiłam się, że mnie poznał, choć było to bardzo miłe, potem wywiad, kontakt przez fb, bo wie pan, oskarżony ma świetne relacje z czytelnikami, a ostatnio było spotkanie na Krakowskich Targach Książki, gdzie przyznałam, że ja się boję tych książek…

- Proszę wyjaśnić, co takiego kryje się we wspomnianych lekturach?

- Weźmy ostatnie „Zaginięcie”. Wszystko zaczyna się od telefonu koleżanki Chyłki. Dowiadujemy się, że od sprawy Langera minęło trochę czasu a relacje między głównymi bohaterami nieco się rozluźniły. Sytuacja zmienia się z chwilą podjęcia niezrozumiałej decyzji o wzięciu w obronę dawnej znajomej i jej męża. Do akcji znów wkracza przebojowy duet Zordon-Joanna, który nie cofnie się przed niczym, by zagwarantować swoim klientom wygraną sprawę. Tym razem prawnicy mają za zadanie udowodnić niewinność Awita i Angeliki Szlezyngier, których oskarża się o zabicie córki. Mała Nikola bowiem wyparowała jak kamfora z pilnie strzeżonego domu. Włączony alarm, brak jakichkolwiek śladów włamania wokół domu czy nawet bytności kogoś postronnego, wszystkie dowody zdają się świadczyć przeciw małżeństwu, które oczywiście zaprzecza temu, że skrzywdziło dziewczynkę. Dodatkowo jeden z sąsiadów widział biznesmena w nocy z jakimś dzieckiem. Sytuacja zagęszcza się, pojawiają się kolejne poszlaki, które tylko zdają się potwierdzać winę rodziców. Chyłka jednak nie rezygnuje i stara się dowieść, że nikt nie rozpływa się w powietrzu, a nawet najbardziej oczywiste dowody da się obalić. Zaczyna się wyścig z czasem. Prawnicy odkrywają tajemnice, które rzucają nieco inne światło na sprawę. Ginie świadek i podejrzany. Dochodzi do wypadku, a to dopiero początek komplikacji w tej dziwnej sprawie. Czy prawda jest tak oczywista jak się zdaje czy może wydarzenia tamtej nocy mają w sobie drugie dno? Kto kłamie i co ukrywają bohaterowie? Zadawałam sobie te pytania wielokrotnie podczas czytania.

Od samego początku napięcie rośnie. Nie jest ono tak wielkie jak w „Ekspozycji”, ale autor stopniowo je potęguje, podsuwa nowe wątpliwości,  wodzi czytelnika za nos, wprowadza kolejne zdarzenia, które stale podnoszą ciśnienie i sprawiają, że serce coraz mocniej bije, a od książki nie sposób się oderwać. Jednym słowem wbija kij w mrowisko! Intrygi, nowe postaci, wydarzenia, które zaskakują nie tylko czytelnika, ale i samych bohaterów. Do tego świetnie zgrany duet, któremu nie sposób się oprzeć. „Zaginięcie” to naprawdę świetna kontynuacja okraszona znanym humorem i wielką dawką ironii, którą prezentuje Chyłka. A dodatkowo to kolejna odsłona relacji bohaterów, która jakby nie było jest trudna, bo niby mają się ku sobie, ale nie do końca. Zbliżają się do siebie i oddalają, uzupełniają, ale również ogromnie się różnią, przez co wszystko staje się ciekawsze.

Panie prokuratorze, bo to czyste szaleństwo. Porwanie dziecka, potem malutkie aluzje do przeszłości Joanny, następnie poszukiwania, porwania, wypadek, jakaś przygraniczna mafia, obarczanie się winą, szpital, wgląd w relację między bohaterami. W końcu nawet sam narrator zaczyna mówić głosem Chyłki! Te wszystkie momenty i podteksty, gdy czytelnik normalnie drży z emocji i nagle kubeł zimnej wody na głowę, bo to nie tak, bo znów wziął górę rozsądek, bo nagle okazało się, że po raz kolejny źle typowało się rozwiązanie zagadki. I tak cały czas… i koniec, gdy czuje jakby mi ktoś strzelił w głowę z rusznicy przeciwpancernej, bo świat stanął do góry nogami i mam wrażenie, że autor pomylił przypasowanie wydarzeń do bohaterów. Uczeń zamienia się w mistrza, a mistrz staje się uczniem. Bohaterowie wymieniają się duszami, mentalnością, charakterem. Po prostu jedno wielkie bum, jak wybuch bomby atomowej. A ja zastanawiam się, czy zwariowałam czy jeszcze nie… Ja mam ślady zębów na marginesach „Zaginięcia”! No, ile można…!

- Chwileczkę, pani wie co to jest rusznica przeciwpancerna?

-Tak, ale czy ma to jakiś związek ze sprawą?

-Absolutnie żadnego, ale jestem ciekawy, skąd taka wiedza?

- Z filmów.

-Proszę kontynuować.

- Z kart powieści wyłania się z tajemniczym uśmiechem autor i mówi, nie czuj się bezpiecznie, nie możesz być niczego pewien. Potem wyciąga rękę i zaprasza na spacer w głąb historii. Początkowo idzie się pewnym i szybkim krokiem wśród wydarzeń, które wprowadzają w akcję, potem jednak wszystko nabiera tempa. Szybki marsz przeradza się w trucht po lesie stale zmieniających się przed naszymi oczami zdarzeń, pojawiają się nowi bohaterowie, piętrzą się przeszkody, autor rzuca pod nogi kolejne kłody, z którymi zarówno bohaterowie jak i czytelnik muszą sobie poradzić, gdyż Remigiusz Mróz lubi wodzić za nos. Nie zdradza zbyt wiele, myli tropy, kieruje ku ścieżkom, które nie prowadzą do celu, a przynajmniej nie bezpośrednio. Rekompensuje to jednak humorem, ironią, niezwykle barwnymi i żywymi postaciami, choć nadal niewiele wiadomo nawet o ich wyglądzie, a co dopiero o przeszłości. Ale to wcale nie przeszkadza. Może to celowy zabieg, by czytelnik miał tutaj pole do wypełnienia tekstu swoją wyobraźnią, by uczynił prawników bardziej swoimi, stworzył ich wygląd tak jak mu się podoba, przecież to pozwala się z nimi bardziej zaprzyjaźnić. Wskakujemy w „tu i teraz” i niezwykle szybko zżywamy się z bohaterami. Trucht zamienia się w bieg, a potem gdy już jesteśmy na szczycie, dzieje się coś, czego kompletnie się nie spodziewaliśmy. Lecimy więc na łeb na szyję, na złamanie karku z prędkością, za którą grozi sowity mandat i dożywotnie odebranie prawka, nie bacząc na kończyny, zdrowie psychiczne czy czynniki zewnętrzne. Autor bowiem wciągnął nas do świata tak, że już nie da się go już opuścić. Szaleńczy bieg kończy się w najmniej spodziewanym momencie, w sposób którego kompletnie nie podejrzewalibyśmy. Stajemy jak wryci i próbujemy pozbierać naszą szczękę i resztki psychiki. Po głowie kołacze się jedno wielkie „ale jak?”. A pisarz, cóż, przystaje obok ze swoim tajemniczym uśmiechem, który zdradza, że on wie, co będzie dalej, ale nie powie, że czytelnik jeszcze musi zaczekać. Szepcze jedynie, że to koniec tego tomu i niczym George R. R. Martin zdaje się mówić, nie bądź niczego pewien na przyszłość, a może zginą wszyscy… I zostaje się po tym totalnie ogłupiałym, ogłuszonym, rozklekotanym, rozmemłanym, przeczołganym, pojęcia nie mając, co ze sobą zrobić. I jak tu żyć panie prokuratorze, jak żyć?!?

- Czy to  ten stan po zakończeniu książki czytelnicy nazywają syndromem „Mroza”?

- Tak, wówczas chodzi się jak zombie. To stan, w którym nie mam ochoty na nic. Nie rozumiem, nie pojmuję, nie ogarniam. Czuje się wrzucona w jakąś pustkę, zostawiona sama sobie, na pastwę pytań, na które nie ma odpowiedzi. I burzę się na to, co nie miało prawa się zdarzyć, a zdarzyło!!! I czekam na kolejną książkę a jednocześnie boję się, bo znów zostanę ze złamanym sercem i totalnym chaosem w głowie. Kac książkowy to pikuś w porównaniu z tym. Nie mam pojęcia, co dzieje się w pracy, nie śpię, nie jem. Snuję się bezsensownie, zadając sobie w kółko te same pytania. Czasami ponoć nawet coś mruczę pod nosem. A gdy nadchodzi kolejny tom drżę z obawy a jednocześnie nie mogę doczekać się, gdy znów zanurzę się w historię w nim zawartą. I tak to błędne koło się zamyka. To nałóg! Nie sposób żyć bez tych książek, choć są niczym tajfun, tsunami, wybuch wulkanu, trzęsienie ziemi, pożar i grad w jednym! Porażają i przerażają a zarazem pociągają swoją magią.

- Zatem przyznaje pani, że autor jest winny zarzucanych mu czynów?

- Oczywiście, że tak! Nie mam co do tego wątpliwości! Takich emocji nie wywoła byle książka, takich historii nie stworzy pierwszy lepszy autor. Tak piszą nieliczni. Świadczą o tym nie tylko moje słowa, ale wszystko, co padło na temat jego książek w blogo i vlogosferze. A te kolejki na targach? To mówi samo za siebie!!!

   Proces trwa. Obecnie przesłuchiwani są inni świadkowie. O rozwoju wydarzeń będziemy państwa informować na bieżąco. Tą sprawą żyje cała czytająca Polska. Czy Remigiusz Mróz zostanie skazany? Tego dowiemy się niebawem.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu CzwartaStrona.  


Remigiusz Mróz, Zaginięcie, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015. 

niedziela, 8 listopada 2015

Porozmawiaj ze mną czyli o sztuce modlitwy – Paweł Krupa OP „Jutro ma na imię Bóg. O modlitwie bardzo osobiście”


Z cyklu książki z duszą

„»Boję się Boga przechodzącego obok«, inaczej mówiąc: nie chciałbym pozwolić, aby Bóg przeszedł koło mnie niezauważony. I po to jest rutynowa modlitwa – wyczekiwanie na ławce: umówiliśmy się z Bogiem, że na pewno będę na Niego czekał, zawsze o tej samej porze i zawsze w tym samym miejscu. I często się zdarza, że podczas oczekiwania nie myślę wyłącznie o Nim, że się rozpraszam, ale jeżeli już siedzę i czekam, to daję Mu sygnał: »Ja tu jestem, halo, można się przysiąść!«. Nie ma co grymasić, lepsza rutynowa modlitwa niż żadna”. – s. 127


   Mówić o rzeczach trudnych prostym, zrozumiałym i przyciągającym uwagę językiem to prawdziwa sztuka. Można pięknie przekazywać pewne treści, ale co z tego jeśli kwiecisty wywód jest niezrozumiały? Co jeśli zanudzi? Pamiętam pewne kazanie z rekolekcji adwentowych, było charakterystyczne i niesamowicie interesujące. Rekolekcjonista mówił o tym, czym mogła być gwiazda betlejemska i zaczął podawać różne opcje. Początkowo bałam się, że nic z tego nie zrozumiem, bo daleko mi do astronomii i generalnie fizyka nie była moją najmocniejszą stroną. Jednak on mówił prosto, krótko, zwięźle, niesamowicie interesująco. Siedziałam jak zaczarowana i naprawdę mi się podobało. Oczywiście przeszedł potem do innych zagadnień, w tym samym stylu, co sprawiło, że do dziś są to jedne z najbardziej owocnych rekolekcji, jakie przeżyłam. Podobnie powinno być z przekazywaniem wszystkiego. W odpowiedniej formie, ciekawie i przede wszystkim zrozumiale. Nie chodzi o żadne show, ale o przekaz, który dotrze do drugiego człowieka bez względu na jego wykształcenie.

   Przyznam, że lubię sięgać po różne książki. Czytałam trochę trudniejsze dzieła, które zaliczają się do teologicznych, ale spodobała mi się kiedyś prosta książeczka ks. Twardowskiego o modlitwie. Kiedy przeczytałam „Jutro ma na imię Bóg” byłam urzeczona i nadal pozostaję w tym stanie. O. Paweł Krupa podchodzi do tematu nie jak pies do jeża, że posłużę się frazeologizmem, ale prosto i porywająco. Na początku przyznaje, że nie czyta książek o modlitwie, ponieważ go nudzą. Szczerze i na temat, a zatem co proponuje Dominikanin, który podjął się napisania książki z serii tych których nie czyta?

   Przede wszystkim wyjaśnia czym jest modlitwa, jak mało o niej wiemy a z drugiej strony, intuicyjnie jak czasami poruszamy się w dobrym kierunku. Ewangelia opiera się na paradoksach, sam autor wskazuje w swojej książce wiele sprzeczności, których nie zawsze sposób zrozumieć. Nie wystarczy podkreślić, że przecież Bóg nie jest z tego świata, że nie wytłumaczymy Go, nie wyjaśnimy naszym językiem, słowami, terminami, bo najzwyczajniej w świecie wymyka się spod naszego rozumowania i pojmowania, trzeba dodać, że wiara to nie wiedza. Sprzeczności pojawiają też się odnośnie modlitwy, która potrafi być bardzo prosta a zarazem niesamowicie trudna. Głowa może zaboleć od tego wszystkiego, ale ze strony na stronę, powoli bez pośpiechu O. Krupa wyjaśnia najważniejsze rzeczy. Rozprawia się z błędnym pojmowaniem pewnych pojęć, które psują nasz obraz chrześcijaństwa, pokazuje drogi, wyjaśnia terminy.  

   Porusza temat, który chyba jest najczęściej poddawany w wątpliwość, bo jeśli modlę się dobrze, to powinienem coś czuć, powinna się we mnie otworzyć jakaś furtka, namiastka nieba. Ten nasz życiowy romantyzm, a właściwie jak to się mawiało, nasze romantyczne fatum. Czekamy na doświadczenia, które mieli mistycy, zapominając, że nie jest to wyznacznikiem dobrej rozmowy z Bogiem. Wystarczy wspomnieć bł. Matkę Teresę z Kalkuty, która nie odczuwała niczego poza pustką i osamotnieniem. Czy źle się modliła? Na pewno nie! Modlitwa nie jest tożsama z uczuciami, podkreśla mocno autor, rozwiewając najczęstszy dylemat wiernych. To nie fruwanie pod sufitem, ale ciężka praca, której towarzyszą trudności, rozproszenia, zawiedzione nadzieje, niezrozumienie. Bywa bowiem, że traktujemy Boga jak złotą rybkę, tymczasem niewysłuchane modlitwy nie wynikają z tego, że byliśmy źli, ale z prostego faktu, że Bóg wybiera dla nas większe dobro.

   Na kartach książki Dominikanina czytelnik odkryje wiele starych-nowych prawd. Przypomni sobie lub dopiero uświadomi różnice między poddaństwem i przywiązaniem, dowie się od czego tak naprawdę powinna zacząć się dobra rozmowa z Panem, jak powinna przebiegać, czy lepsze są spontaniczne słowa czy sięganie do znanych treści. Przeczyta o tym, czym jest modlitwa nieustanna i czy jest ona osiągalna, jak bywa z obietnicami i naszymi prośbami. Autor rzuci nieco światła na modlitwę Pańską, która w swojej krótkiej formie, zawiera ogromnie wiele treści. Wypowie się również na temat rutyny w modlitwie oraz wyłuszczy błędy, które popełniamy. Poruszy temat ukręcania łebka wróbelkowi czy ascezy.

   Wszystko to w pisanych prostym językiem, niemal gawędziarskim stylem z domieszką lekkiego humoru, okraszonych przykładami nie tylko z życia, ale i z historii, opowieści ojców pustyni rozdziałach, które czyta się niemal jak felieton czy powieść. Jestem pod wielkim wrażeniem nie tylko wyczucia tematu, człowieka który otwarcie mówi, że nie czyta tego typu książek, ale i umiejętności prostego i pociągającego przekazywania treści dotyczących, jakby nie było trudnego zagadnienia. Ojciec Paweł Krupa udowadnia, że o modlitwie można mówić czy właściwie pisać tak, by czytelnik nie tylko chłonął treść z zainteresowaniem, ale zatrzymywał się i odnosił ją do swojego życia. Podczas lektury zazwyczaj zaznaczam fragmenty, które są dla mnie ważne. W przypadku tej książki było coś więcej. Nie tylko używałam karteczek indeksujących, rozmyślałam nad tematem, ale wynotowywałam zagadnienia, które muszę przeanalizować i przemyśleć. A jak pisze autor, modlitwa to właśnie wypowiadanie słów i zastanawianie się nad ich znaczeniem. Nie muszą to być wielogodzinne dumania, które mogą przerodzić się w dywagacje, ale proste, nawet krótkie pochylenie się nad treścią. Takie, które nie kończy się na wymówieniu kilku słów, ale obejmuje choćby chwilową refleksję nad tym, co wypowiadam, a co zbliży mnie do Boga i rozwinie duchowo. Modlitwa to nie duchowe fajerwerki, ale żywa relacja, która nie zawsze jest łatwa, ale na pewno owocna, choć czasem na owe owoce trzeba długo czekać, uświadamia Paweł Krupa.

   Wszystkim, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś nowego, uporządkować wiedzę i zadziwić się, gorąco polecam!!!

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.



Paweł Krupa OP, Jutro ma na imię Bóg. O modlitwie bardzo osobiście, wyd. WAM, Kraków 2015.

wtorek, 27 października 2015

Spacer z autorem – Joanna Sykat



Dziś zabieram Was na spacer z Joanną Sykat, Autorką klimatycznych i wciągających książek, matką, żoną, pisarką i przede wszystkim niesamowicie wnikliwą obserwatorką świata. Osobą, która łapie ulotne chwile, ważne problemy, ciekawe historie i tworzy z nich ogromnie plastyczne opowieści, które działają na wyobraźnię, emocje, ducha i skłaniają do zadawania pytań i rozważania pewnych spraw. Zatem zaparzcie herbatę, otulcie się ciepłym kocem i powędrujcie z nami J




1.   Jaka jest Joanna Sykat? Jakie wartości sobie ceni i jakie ma marzenia?

Cenię sobie spokój, kontakt z naturą i czas, kiedy nie muszę się spieszyć. Kiedy nie poganiają terminy i niesprzątnięte mieszkanie. Kiedy mogę spokojnie usiąść na trawie czy w fotelu i wiem, że umysł też siedzi, a nie wykonuje dziesięć zadań na minutę. Uwielbiam wyjeżdżać z miasta; takie weekendowe wypady są dla mnie największą nagrodą po całym tygodniu pracy i wdychania smrodliwego powietrza. Jednak z takiego opisu wcale nie wynika obraz spokojnej osoby. Z tym bywa różnie. Czasem cierpliwości mam na kilogramy, czasem wyprowadzi mnie z równowagi byle co. Zdarza mi się też narzekać, ale szybko się pionizuję. Nie ma co psuć sobie aury. Staram się cieszyć drobiazgami i widok jesiennego liścia obok stopy potrafi „zrobić” mi dobry dzień.

2. Jest Pani niezwykle wnikliwą obserwatorką, czy dostrzega Pani te wszystkie ulotne chwile, ważne tematy łatwo, czy to raczej wynik zamiłowania do przyglądania się temu, co dzieje się dookoła?

Nie wiem, ale zdaje mi się, że ja po prostu coraz bardziej lubię przyglądać się światu; budynkom, przyrodzie, bo ludziom to już mniej koniecznie. Nie tropię tematów czy drobnych detali, wokoło które potrafię potem obdziergać historią. Ja po prostu zauważam mimowolnie. Ot, przykład z paru dni wstecz. Przechodzę obok kapliczki, takiej kolumnowej z wnękami na figurki. Oglądam uważnie, bo lubię. Ale to, co zapamiętuję, to bukiecik kwiatków włożony w kubeczek po śmietanieJ. Szczegół zachomikowany w pamięci i z pewnością odżyje w jakiejś książce.  

3. Gdyby nie pisała Pani książek, co chciałaby Pani robić?

Do tej pory nie wiem, co chciałabym robić w życiu oprócz pisaniaJ Cały czas pracuję na jakiś fragment etatu i pewnie będę tak jeszcze długo. A oprócz pracy to ja dobrze wiem, co chciałabym robić. Nie ganiać codziennie jak wariatka, mieć świadomość minut, a nie tylko godzin. Móc spokojnie pójść na codzienny, godzinny spacer i pogapić się przez okno na góry. Więc, w sumie, ja nie mam innych planów na życie. Kocham pisać i kocham po prostu żyć.

4. Czy mogłaby Pani opisać najbardziej wzruszające zdarzenie związane z Pani twórczością?

Na pewno wydanie pierwszej książki. Myślałam, że spadnę krzesła, gdy przeczytałam maila na „tak”. Potem był moment, gdy wzięłam do ręki pierwszą książkę… Żadna inna potem już tak nie smakuje. Poza tym uwielbiam momenty, gdy ludzie mi piszą, że dzięki moim książkom coś sobie przemyśleli. Od jednej pani usłyszałam, że gdyby wiedziała to, co wie teraz, a co ja opisałam we „Wszystko dla ciebie”, nie rozwiodłaby się. Z kolei inna osoba, dzięki historii z „Tylko przy mnie bądź” zdecydowała się na przedłużenie urlopu macierzyńskiego. Jeszcze inna (czytelniczka z Targów Książki w Krakowie) podziękowała za literaturę nie wymyśloną. Polską. Prawdziwą. Traktującą o problemach Polek. To są takie największe highlighty. Przynajmniej dla mnie.

5. W „Jutro zaświeci słońce” przedstawiła Pani bardzo złożoną i trudną historię, skąd pomysł na taki temat książki?

Akurat ja nie lubię pytań, typu: skąd pomysł, skąd inspiracja. Zżymam się, bo nigdy jakaś historia czy zdarzenie nie jest samo w sobie motorem do napisania książki. Na to składają się bowiem przeróżne doświadczenia, sytuacje, relacje, sny, dziwne zdarzenia. Potem jakoś się to ładnie składa „do kupy” i daje bogatą całość. Także odpowiedzi na takie pytania trzeba szukać w moich książkach. Ja na to odpowiedzieć nie potrafięJ

6. Anita ze wspomnianej wyżej pozycji ogromnie mnie zaciekawiła. To niezwykła osoba naznaczona wieloma ranami. Jak tworzy się takie postaci?

Na pewno z doświadczeń cudzych i własnych. Na pewno z obserwacji, z umiejętności wyciągania wniosków. U mnie często jest tak, że byle się zaczepić, a już bohater ciągnie i historię i siebie jako osobę. Pozwalam się bohaterowi prowadzić, bo wierzę, że ma mi coś ciekawego do pokazania i powiedzenia. Że w odpowiedniej chwili podsunie taki pomysł na siebie, którego nie wymyśliłabym z kartką w ręku. Bo ja nigdy nie planuję postaci. Czasem nawet imiona przychodzą na samym końcu. Zwykle mam tylko ogólny zarys, który potem przepięknie tka się w osobę. 

7. Zastanawia mnie, dlaczego miłość Pawła nie wystarczyła Anicie? Czy nie była na tyle mocna, by oprzeć się na niej i budować nowy dom bez lęku?

Była mocna, ale Anita umiała funkcjonować tylko w schemacie strachu, w czymś, co dobrze znała, stąd każda nowa sytuacja napawała ją niepewnością i powodowała, że dziewczyna chowała głowę w piasek. Bo umiała żyć tylko jako ofiara. Nikt nie był w stanie jej pomóc, za wyjątkiem jej samej. Tylko od odwagi w zmienianiu siebie zależy nasze przyszłe życie. Także i relacje z drugim człowiekiem. Mam nadzieję, że Anita skutecznie ukręciła łeb swojemu potworowi i mogła wreszcie docenić to, co ofiarował jej Paweł.

8. Przykłada Pani wielką wagę do strony psychologicznej książek, z czego to wynika?

Szczerze powiedziawszy, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Od wielu osób słyszę, że moje książki są mocno upsychologizowane. Ja widzę w nich głównie historię, przesłanie, a wcale nie skupiam się na całej reszcie. Po prostu piszę i postaci same wyciągają na wierzch to, co istotne.

9. Często jest tak, że w książkach szukamy mądrości, złotych myśli, rad czy czegoś, co zmusi nas do refleksji. Czy pisząc stara się Pani tworzyć aforyzmy czy pokazywać różne rozwiązania problemów?

Owszem, sama lubię czerpać mądrości i trafne cytaty z książek. Wiem też, że w moich książkach jest ich sporo. Akurat mogę zacytować coś z kolejnej, która czeka na wydanie: „Takie to byłoby banalne i nie moim stylu, zakochać się na wiosnę. Czy rzeczywiście absolutnie każdego, prędzej czy później, musiał dopaść taki schemat? Zmusić do odrobienia zadania z wiosennej miłości? Jeżeli już, to ja wolałbym wcześniej. Te przynajmniej piętnaście lat temu, kiedy mogłam do woli całować się na parkowych ławkach, a ciało zgadzało się oporem na grawitację z twarzą i poglądami na świat. Później, kiedy i jedno, i drugie, i to trzecie obrasta tłuszczem schematów, doprawdy trudno już robić dyplomy i repetować zaległe klasy.” I znowu: nie siedzę i nie biedzę się nad takimi sformułowaniami. Po prostu przychodzą same pod pióro w odpowiednim czasie. Czasem się zastanawiam, kto za mnie te książki pisze…;)

10. W „Jutro zaświeci słońce” padają słowa, nad którymi zatrzymałam się dłużej. Paweł pyta: „Dlaczego ty oceniasz ludzi według siebie? Przecież oni są inni, nic im do twojej głowy”. Właśnie, oceniamy ludzi według tego, co znamy, naszych doświadczeń, preferencji. Jak skomentowałaby Pani ten fragment? Co powinien nam uzmysłowić?

To, że to, co myślimy i co myślą inni, niekoniecznie jest zbieżne. Próbujemy ludzi oceniać i upychać do szufladek własną miarą. Dodatkowo, z jakiegoś powodu, często ludziom wydaje się, że to, co oni myślą o sobie, w jaki sposób siebie postrzegają, rzutuje na sposób, w jaki odbierają ich inni. Niestety, sama muszę mierzyć się z tym idiotyzmem. Zbyt często myślę, że inni odbierają mnie tak samo jak ja siebie:D

11. Jakich 10 książek innych autorów poleciłaby Pani swoim czytelnikom?

Dziesięciu nie wymienię, bo pamięć mam jak sito. W każdym razie mało jest takich, które robią na mnie wrażenie, w sensie: książka musi mną łupnąć tak, żebym zapamiętała ją na długo. Jeśli przeleci przez głowę… to już wiadomo. Książka musi wywoływać dreszcze lub naprawdę nieudawane wybuchy śmiechu. Wreszcie, musi dać się ponownie przeczytać i pozwolić wyłuskać z siebie coś nowego. Na pewno: „Owoc żywota twego”, „Przewrotność dobra”, po których już wiedziałam, że chcę pisać podobnie. „Senność” za cudowną przejrzystość „Polkę”, za styl Manueli Gretkowskiej, oczywiście „Pestkę”, za to, że mogę ją czytać wciąż i wciąż i ciągle się dziwię, że autorka tak wnikliwie sportretowała bohaterów i ich relacje.   

12. Blogerzy ciepło wypowiadają się o „Jutro zaświeci słońce”, a jak Pani zachęciłaby czytelników do sięgnięcia po tę pozycję i Pani wcześniejsze dzieła?

Staram się tak pisać, aby ludzie, dzięki moim książkom mogli sobie coś przemyśleć. Żeby książka nie przeleciała im przez głowę w trakcie jednego popołudnia i żeby kolejnego nie musieli się zastanawiać, o czym tak naprawdę była. Próbuję pokazywać relacje międzyludzkie z różnych stron, motywować je, słowem, opisuję prawdziwą rzeczywistość, która rzadko kiedy jest różowa. Ale, żeby nie było smutno, pokazuję, jak z tej pozornej szarości wydobyć dla siebie promyczki. Bo się daJ

13. Powiedziała Pani, że woli stać w cieniu. Jakie emocje zatem wywołują w Pani spotkania z czytelnikami, dla których jest Pani osobą szczególną, kimś ważnym, lubianym, podziwianym?

Spotkania z czytelnikami czy te osobiste, czy na przykład via Internet są dla mnie ważne. To jest informacja zwrotna. Wysyłam swoje książki w świat i potem czekam na to, co do mnie powróci. Często słyszę, że piszę prawdziwie, że ktoś przeżył coś podobnego, że moja książka w jakiś sposób komuś pomogła i to są dla mnie najpiękniejsze, najistotniejsze słowa. Potwierdzające słuszność tego, co robię i motywującego do pisania kolejnych książek.


Serdecznie dziękuję za odpowiedzi i życzę dalszych sukcesów literackich.



Dziękuję za zaproszenie do rozmowy i serdecznie pozdrawiam, życząc wszystkiego dobrego. A czytelników zapraszam do swoich książek. 


poniedziałek, 26 października 2015

Wrażenia po Krakowskich Targach Książki :)



Zdjęcie z Remigiuszem Mrozem obowiązkowe!!!


Targi przywitały mnie ogromną kolejką, która jakoś nijak nie pasuje do stwierdzenia, że ludzie nie czytają książek. Ale dzielnie przebiłam się do stoiska, w którym otrzymałam wejściówkę i mogłam rozpocząć bieganie po stoiskach :D. 

Zaczęłam od tego, że spotkałam Pana Michała z Wydawnictwa WAM, który jest ogromnie sympatyczny, serdeczny i który oprowadził mnie po Targach, dzięki czemu miałam rozeznanie w stoiskach, bo mój wewnętrzny GPS czasami szwankował i szukałam wyjścia. Spotkać się z kimś tak miłym to prawdziwy zaszczyt i dobrze poznać kogoś, z kim się współpracuje :)



Pani Karolina Wilczyńska :)

Następne było Wydawnictwo Czwarta Strona. Przywitanie i rozmowa z uroczym Panem Piotrem, którego poznałam na moich pierwszych targach książkowych w Warszawie :D Wielka przyjemność rozmowy i jak pisałam Pan Piotr to klasa sama w sobie i jest lepszy niż św. Mikołaj ;). Dziękuję za książkę :D. Patrząc na półki miałam wrażenie, że mam w domu połowę tego, co było na stoisku :D to o czymś świadczy ;).

Potem było czyste szaleństwo, bieganie, wydawanie tego, co udało mi się zaoszczędzić, wyszukiwanie stoisk, podpatrywanie autorów, do niektórych nawet podeszłam :D i ogólnie bieganie, bieganie i jeszcze raz bieganie. Czyste szaleństwo! <3



Pan Ryszard Ćwirlej :)


Zdobyłam kilka podpisów, kupiłam prawie wszystko, co chciałam i nawet jedną rzecz, o której istnieniu nie wiedziałam, ale musiałam ją mieć. 

No i przede wszystkim ludzie!!!! Zacząć targi od spotkania Anity z Book Reviews bezcenne :) Big, big love <3 <3 <3, jesteś kochana, wspaniała i tak Cię namówię następnym razem do zdjęcia :*, potem szłam sobie i słyszę moje imię. Rzut oka w lewo, w prawo, za siebie i nie kojarzę nikogo ;), ale słyszę nadal, a tu Hasacz skutecznie się przyczaił i siedzi sobie. No więc ja na kolana i z misiaczkiem :D, bo jak nie kochać Hasacza <3 :* i usłyszeć, że jestem malutka, awww...., Hasacz urocze stworzenie, ponoć stwierdził, że jestem kieszonkowa :D <3, następnie w kolejce do Mroza Karolina <3 z Tanayah czyta :* świetna jesteś :), Esa mi nawet mignęła na targach :D. Szkoda, że przez korki musiałam lecieć i odpadła mi godzina, którą miałam z Wami spędzić :(, ale mam nadzieję, że spotkamy się niedługo i pogadamy. 


Puchar dla Remigiusza Mroza od Karoliny :)


Co do spotkań, żałuję że uciekło mi spotkanie ze Szczepanem Twardochem, ale nową książkę i tak kupię, ach ta okładka... <3 :) nie ogarnęłam też spotkania z Sofią Caspari, a szkoda, bo chciałam ją zobaczyć. Ale wszystko przede mną. Za to była Karolina Wilczyńska, Ryszard Ćwirlej, Łukasz Orbitowski, Remigiusz Mróz <3, widziałam ks. Bonieckiego i Kaczkowskiego :).




Największą niespodzianką było dla mnie, gdy Pani Magdalena Wala powiedziała, że zna mnie z recenzji i że się Jej podobała :) szalenie miło coś takiego usłyszeć. Dziękuję za ciepłe słowa :)

Pewnie nie tylko ja miałam zbyt małą ilość tlenu, by dobrze się trzymać przez dłuższy czas. Kolejka do szatni była jak kolejka do Mroza ;) i trochę mało miejsca i szkoda, że książki trochę tańsze nie były, ale i tak wyniosłam, co chciałam i generalnie jestem zadowolona, ale w przyszłym roku faktycznie wybiorę się na dwa dni, by spokojnie pochodzić, spotkać się z blogerami i vlogerami, autorami i nie biegać w szalonym tempie po hali ;). 




A poniżej moje nowe nabytki :) <3


Bartek Doroch, Przemysław Wilczyński, Broad Peak. Niebo i piekło, wyd. Poznańskie, Poznań 2015.

"W tej książce nie znajdziecie spekulacji. To rzetelna relacja z dokonań "Lodowych wojowników", porywająca opowieść o wyjątkowych ludziach, którzy przesunęli granicę naszych możliwości i na zawsze przejdą do historii. Wierzę, że każdy z bohaterów tej książki zginął robiąc, to co kochał najbardziej i nie nam, którzy pozostali bezpiecznie na nizinach, to oceniać. Warto przeczytać Broad Peak. Niebo i piekło i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, jaka jest cena marzeń, którą warto zapłacić." - Martyna Wojciechowska

Choć nie słyszałam o tej książce, to jak tylko zobaczyłam ją i przeczytałam tę notkę, wiedziałam, że jako góroholik muszę ją mieć, nie ma innej opcji <3





Katarzyna Krenz, Julita Bielak, Księżyc myśliwych, wyd. Znak, Kraków 2015.

"Sylt wciąga. Miękką, mglistą przestrzeń wyspy otacza morze opowieści i tajemnic. Tutaj za sznurki pociąga piąty żywioł - księżyc. Thomas znika. Po jego córce Sophie zaginął słuch, a jej przyjaciel Cyryl w zagadkowym wypadku traci pamięć. Wdowę po Thomasie odwiedza tajemniczy gość, którego urokowi trudno się oprzeć. Czy kluczem do wszystkiego okaże się muszla? Z każdą kolejną fazą księżyca Sylt odkrywa swoje ponure sekrety, które łączą obcych ludzi więzami silniejszymi od więzów krwi. 
Niepokój, tajemnica i niszczycielska siła żywiołów w Księżycu Myśliwych splatają się w nieprzewidywalną opowieść o pogoni za wymykającą się prawdą i o ułudzie szczęścia. Ta mroczna, malarska i pełna smaków proza pulsuje zniewalającym rytmem przypływów i odpływów morza." 

Same dobre recenzje i zachwyty tą książką spowodowały, że musiałam ją mieć, zwłaszcza że blurb rozpala wyobraźnię i zachęca do sięgnięcia po lekturę i zanurzenia się w tej historii... <3


Łukasz Orbitowski, Inna dusza, wyd. Od deski do deski, Warszawa 2015.

"Miasto. Zniszczone, obdrapane i brudne kamienice. Zmęczeni ludzie w ubłoconych, wiecznie spóźnionych i zatłoczonych autobusach. Przygnębienie i pustka. I nagle w jednej głowie kiełkuje ta dziwna myśl, nieodparte pragnienie. Bez motywu, bez powodu, jak głód. Tak jakby ciało przejmowała inna dusza, która nakazuje to zrobić. Nie można od niej uciec. Pewnego dnia miasto zatrzyma się przerażone zbrodnią." 

Tym tytułem zainteresowałam się dzięki przyjacielowi, który sam był ciekawy Innej duszy. Stwierdziłam, że choć to coś innego niż zwykle czytam, to oprę się na guście wspomnianej osoby, liczę że mi się spodoba, bo wielu czytelników przyjęło tę pozycję dobrze. 




Autograf od Łukasza Orbitowskiego



Ryszard Ćwirlej, Tam będzie ci lepiej, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

"Poznań, początek 1924 roku. Mieszkańcami miasta wstrząsa fala brutalnych morderstw. Z rąk nieznanego sprawcy giną prostytutki. Śledztwo prowadzą komisarz Antoni Fischer oraz jego zastępca Albin Siewierski. Ten pierwszy to dystyngowany i elokwentny oficer najpierw pruskiej, a potem polskiej armii, przystojny trzydziestokilkulatek, znany ze swojego roztropnego i przemyślanego działania, ponad wszystko ceniący sobie poznański sznyt. Ten drugi to pochodzący z Kongresówki jegomość, dla którego najważniejsze są efekty pracy, blichtr i brylantyna. I choć reprezentują zupełnie inne wartości, muszą połączyć siły, żeby złapać bezwzględnego zabójcę. 
W międzywojennym Poznaniu, gdzie niemal w każdej bocznej uliczce czają się drobni złodziejaszkowie, a także zwyrodniali mordercy, trudno utrzymać mores i ład. W mieście, które mimo wszystko szczyci się tradycją pruskiego porządku i mieszczańskiej stabilizacji, dochodzi do serii bestialskich morderstw. A jakby tego było mało - śledztwo utrudniają bolszewiccy szpiedzy. Czy zatem uda się powstrzymać mordercę?"

Zauroczyła mnie pieczątka, którą widziałam kiedyś na zdjęciu z podpisywania książki :) Sama treść brzmi intrygująco, a do tego rekomendacja Hasacza :D. Będzie świetnie!


Świetne, prawda? :D



Patrycja Gryciuk, 450 stron, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

"W świecie, w którym wszystko jest na sprzedaż, skrajne i drastyczne posunięcia marketingowe nie dziwią już nikogo. Ale czy ktokolwiek zdecydowałby się na zabójstwo, aby wypromować książkę?
Wiktoria Moreau to królowa kryminału, która w przeddzień wyczekiwanej przez miliony czytelników premiery najnowszej książki zostaje posądzona o plagiat. Zamiast cieszyć się ze spotkań z wielbicielami, uczestniczy w procesie sądowym i policyjnym śledztwie w sprawie serii morderstw popełnianych według fabuły powieści jednego z jej największych konkurentów."

W końcu mam w łapkach tę książkę, na którą czekałam tak długo i która nie mogła się u mnie pojawić. Będzie zaczytanie... 





Karolina Wilczyńska, Zaplątana miłość. Stacja Jagodno, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

"Trzy generacje kobiet i smak konfitur z fiołków, które potrafią osłodzić nawet najbardziej gorzkie życie. (...) książka Karoliny Wilczyńskiej to pełna ciepła opowieść o miłości, szczęściu i poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi."

Pani Karolina jest bardzo sympatyczną osobą, która z tego co wiem świetnie pisze. Myślę, że Zaplątana miłość umili mi zimne już wieczory :)











Na pewno będzie ciepło i uroczo :)



Sofia Caspari, W krainie srebrnej rzeki, tłum. Paulina Filippi-Lechowska, wyd. Otwarte, Kraków 2015.

"Franka i Minę połączyła młodzieńcza miłość. Przyrzekli sobie, że jeśli kiedykolwiek los ich rozdzieli, będą się spotykać w Święto Niepodległości na Plaza de Mayo w Buenos Aires. Co roku Frank czeka na ukochaną w umówionym miejscu, ale ona się nie pojawia. Czy tych dwoje ma szansę na upragnione szczęście? Na argentyńskich estancjach i ulicach Buenos Aires rozgrywa się historia miłości na przekór wszystkiemu i wszystkim."

W krainie kolibra urzekło mnie okładką a do tego zaciekawiła mnie ta historia. Pierwszą część wygrałam w konkursie i chciałam mieć drugą, bo tak ;)






Anne-Sophie Constant, Jean Vanier. Biografia, przeł. Katarzyna i Piotr Wierzchosławscy, wyd. WAM, Kraków 2015.

"Vanier określany jest jako Matka Teresa w spodniach. Założył wspólnoty życia z osobami niepełnosprawnymi. Arka oraz ruch Wiara i Światło, działające od wielu lat również w Polsce. Kanadyjczyk, mając kilkanaście lat, rozpoczął karierę w marynarce wojennej. Co więc doprowadziło w jego życiu do tak gwałtownej przemiany, że stał się światowym symbolem chrześcijaństwa? Co sprawiło, że prestiżowa Nagroda Tempeltona - we wcześniejszych latach honorująca m. in. ks. Michała Hellera, Aleksandra Sołżenicyna czy Matkę Teresę - trafiła właśnie do Vaniera? Anne-Sophie Constant kreśli barwny portret człowieka, który dzięki tej książce wychodzi z cienia własnego dzieła." 

Vanier od dawna mnie interesował, pociąga mnie to, co zrobił i chciałam bliżej poznać jego życie i sylwetkę, więc jakkolwiek mało biografii czytam, tę musiałam mieć. <3



Harper Lee, Idź, postaw wartownika, przeł. Maciej Szymański, wyd. Filia, Poznań 2015.

"Maycomb, Alabama. Dwudziestosześcioletnia Jean Louise Finch zwana Skautem, powraca z Nowego Jorku w rodzinne strony, do starzejącego się ojca. Na południu Stanów Zjednoczonych panuje zamęt polityczny, trwają spory wokół kwestii nadania Murzynom pełni praw obywatelskich. Powrót Jean Louise do domu staje się gorzko-słodkim doświadczeniem, gdy na jaw wychodzi bolesna prawda o jej krewnych, o mieszkańcach miasta, w którym dorastała, o ludziach najbliższych jej sercu. 
Wspomnienia z dzieciństwa wracają falą, lecz teraźniejszość Maycomb wystawia na ciężką próbę wszystkie prawdy i wartości, w które Skaut niezłomnie wierzyła. Szkicując zupełnie nowy portret bohaterów Zabić drozda, powieść Idź, postaw wartownika jest zarazem znakomitym studium młodej kobiety wkraczającej w dorosłe życie w trudnych czasach - czasami bolesnych, ale i niezbędnych przemian, czasach rozliczenia z iluzjami przeszłości. To dziennik podróży, w której jedynym przewodnikiem jest sumienie człowieka." 

Harper Lee jest klasą samą w sobie. Powieść moja, bo poruszająca świat wartości, zmagania się z otoczeniem, wyrabiania swojego charakteru. Coś czuję, że będzie piękna i poruszająca.



Kat Zhang, Co ze mnie zostało, przeł. Gabriela Jakubowska, wyd. Papierowy Księżyc, Słupsk 2015.

"Co ze mnie zostało to historia dwóch dusz uwięzionych w jednym ciele, przepiękna historia o miłości, odwadze i walce o przetrwanie. To bolesna opowieść mówiąca o tym, aby nigdy się nie poddawać i walczyć o to, co jest dla nas najważniejsze. 
Wyobraźcie sobie, że macie dwa umysły dzielące jedno ciało. Wy i wasze drugie ja jesteście sobie bliżsi niż bliźnięta, jesteście czymś więcej niż przyjaciółmi. Znacie się od zawsze. 
Potem wyobraźcie sobie, że wszyscy nienawidzą i boją się ludzi takich jak wy. Że rząd waszego kraju chce was wytropić, wyrwać waszą drugą duszę, oddzielając od osoby, którą kochacie najbardziej na świecie. 
A teraz poznajcie Evę i Addie. 
One nie muszą sobie niczego wyobrażać."

Zaciekawiła mnie ta książka. Wiem, że to YA, ale ja je lubię, poza tym słyszałam, że napisana jest świetnym językiem i to było głównym powodem, dla którego chcę ją przeczytać. No i okładka przyciągająca uwagę :D


Z moich nowych nabytków i powodów, dla których je kupiłam to tyle. Za jakiś czas, jak będę ogarniać życie, pojawią się recenzje tych piękności <3. 

Ogólnie targi były naprawdę udane, choć miałam mało czasu :). 



Tym razem torba od uśmiechu :D