Kiedy dostałam nową książkę Zośki Papużanki byłam ogromnie szczęśliwa, bo uwielbiam pisarzy, którzy mają swój własny, niepowtarzalny styl. Nie wiedziałam jeszcze, co mnie czeka, ale czułam, że będzie to dobra lektura. Nie byłam jednak przygotowana na to, co dostałam.
"Ty sobie poradzisz, Kryśka. Najgorsze, co można powiedzieć dziecku. Bo co to znaczy poradzić sobie. To znaczy przeżyć życie mimo wszystko, mimo że jest nieznośnie kanciaste jak buty po starszej siostrze, mimo że boli jak obowiązkowe szczepienie. Poradzisz sobie. Wiem, że nie będzie ci dobrze ani wygodnie, ani miło, ani nic, ale i tak sobie poradzisz, stwierdza tata i przytula się do Basi. Mama przed śmiercią mówiła, jak wy sobie beze mnie poradzicie. Ale umarła bez odpowiedzi." - s. 41
Nie do końca wiem, co napisać o „Żadnym końcu”, tak by
niczego nie zaspoilerować. Wydaje mi się, że nie można mówić
o fabule bez zdradzania szczegółów. Spróbuję jednak być najbardziej lakoniczna
i elokwentna, jak to tylko możliwe.
Dekonstrukcja rodziny
Zaczynamy od końca, ponieważ akcja wiedzie od śmierci aż do
dalekiej przeszłości kilka pokoleń wstecz. To historia ludzi spokrewnionych ze
sobą, których mimo najszczerszych chęci nie można nazwać rodziną, bo łączą ich
jedynie więzy krwi, nazwisko i nic więcej. Jak inaczej powiedzieć, kiedy po
latach okazuje się, że sąsiad z klatki obok, któremu mówicie dzień dobry to rodzina, o czym nic nie wiedzieliście? Jak podsumować samotnicze życie i
pielęgnowanie w sobie urazy, zgorzknienia, bólu, niemożebnego krytykanctwa i wypowiadanie
słów, które nigdy nie powinny padać?
Mamy zatem dawne czasy, gdy pewien mężczyzna staje się mężem
najpierw jednej, potem drugiej siostry, z czego kocha go tylko ta pierwsza.
Potem cichą wojnę trwającą lata. Nieszczęśliwe życie dzieci, poszukiwania
miłości, której nie umie się określić, bo czym ona naprawdę jest i na litość boską,
gdzie można ją znaleźć? Co powiedzieć o przywiązaniu, które przypomina syndrom
sztokholmski i w którym odrzucenie jest formą bycia potrzebnym? Brzmi
absurdalnie? Bo tak jest.
Zetkniecie się z ludźmi, którzy nie rozmawiają ze sobą, a
jeśli to czynią, są to powierzchowne albo bolesne zdania. Poznacie niechcianą
bohaterkę, pokornie przyjmującą na siebie rolę dźwigającej świat. Wiecznie
niedorosłego chłopca, który nie umie odciąć pępowiny. Kuzynów praktycznie sobie
nieznanych. Żonę, matkę i babcię, która nie mogła i nie potrafiła żyć własnym życiem. Kłamliwego kota, wiecznie miauczącego o jedzenie, choć jest
ustawicznie przekarmiany i niestety to on wydaje się najsympatyczniejszą i
najbardziej właściwą postacią tej opowieści.
Wybierzecie się w podróż wstecz, jak przy cofaniu taśmy
(jeśli ktoś jeszcze je pamięta) do smutnych czasów, gdy niewiele się myślało o
drugich, bo przecież tak trzeba, wypada, należy. A o zdanie pytać nikt nie
zamierzał. Jeśli zaś padały odpowiedzi trafiały idealnie w próżnię. Prześledźcie szamotaninę bohaterów z życiem i sami zdecydujcie, co myślicie.
„Żaden koniec” – moja opinia
Sięgając po tę lekturę musicie przygotować się na książkę
bolesną, trudną, fragmentaryczną, choć jest tu i humor. Zośka
Papużanka rozprawia się z mitem rodziny. Nie idealnej, jakiejkolwiek w ogóle.
Jak pisałam mamy tu zbiór spokrewnionych ze sobą ludzi, których nie łączą
więzi, a jeśli chcecie się uprzeć, że łączą, to na pewno żadne pozytywne.
„Żaden koniec” to dekonstrukcja od najniższego poziomu i przewrotnie żaden koniec, bo o początku nie mogło być mowy. Wszystko jest tu na opak, począwszy od historii rozpoczynającej się śmiercią, przez dojrzewanie jawiące się jedynie jako rośnięcie, bo mentalnie zmienia się niewiele, po akcentowanie egoizmu, żalu, odrzucenia, braku empatii. Nie znajdziecie tu szokujących brutalnością wydarzeń. Największe okrucieństwo, jakie się pojawia, to brak miłości, przywiązania, współczucia. Rodzina u Papużanki to przykry obowiązek, który pęta kobietę. Stan, w jaki zostają wrzucone dzieci. Tak uciążliwy, że wielokrotnie udaje się śmierć i nie waha się mówić słów, których dzieci usłyszeć nie powinny nigdy. Nawet zupa kminkowa smakuje tu goryczą i czymś ostrym. Jakby w świecie nie było dobrych uczuć, a jedynie posłuszeństwo i smutne pogodzenie się ze stanem faktycznym.
To swoista gra z każdym rozpisana na głosy i formy, bo ich
także jest tu wiele. Kunsztowna, dopracowana, ale szokująca swoim wydźwiękiem.
Obrazoburcza w stosunku do zakonnic o dziwacznych imionach, ale przede
wszystkim w stosunku do instytucji rodziny samej w sobie. Równocześnie
skłaniająca do refleksji nad samą istotą podstawowej komórki społecznej,
szczęściem, spełnieniem, frustracją i konsekwencjami źle podjętych decyzji.
Nieco filozoficzna, wymagająca czasu. To rzecz o zacieraniu przeszłości i
niszczeniu jej śladów. Odcinaniu się od korzeni i życiu w swoistej pustce.
Szamotaniu się w codzienności. I codziennym umieraniu w życiu, którego się nie chciało, uciskającym
jak za małe buty.
Zośka Papużanka ogromnie mnie zaskoczyła. Już w poprzedniej
powieści krytykowała rodzinę, ale tu poszła nie o krok dalej, ale o całe mile.
„Żaden koniec” jest pesymistyczny, gorzki, momentami nawet absurdalny. To obraz rozpadający
się w rękach, który mozolnie próbujemy złożyć mimo trudności. Efekt tych
działań przejmuje trochę grozą. Kłóci się z wszystkim co wiemy i czego byliśmy
uczeni. To ironicznie opowiedziana historia, bywa że z czarnym humorem, zabawą
jaką serwuje czytelnikowi autorka, wyjaśnianiem wszystkiego. Aczkolwiek nie
jest to jedyna powieść, która obrazuje rodzinę całkowicie dysfunkcyjną. Postać
podobną do Krystyny znajdziecie w książce Filipa Zawady „Zbyt wiele zim minęło,
żeby była wiosna”. Nie wiem, co zrobić z tą historią. Z jednej strony
zaplanowaną z rozmysłem, napisaną z rozmachem, bawiącą się formą i językiem, szczerą do bólu, z drugiej przerażającą swoim wydźwiękiem. Dobrą formalnie, ciekawą fabularnie, kompletnie nie moją emocjonalnie.
Zośka Papużanka, Żaden koniec, wyd. Marginesy, Warszawa 2023.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.
Post powstał we współpracy reklamowej (barter) z Wydawnictwem Marginesy.
Komentarze
Prześlij komentarz