sobota, 27 stycznia 2018

Maria Paszyńska "Willa pod Zwariowaną Gwiazdą"

PRZEDPREMIEROWO


"Ten jeden jedyny raz nie myślałem nawet o niej. Cała moja świadomość skupiła się na jednym jedynym pragnieniu. Chciałem wyjść z ruin i pójść do parku. Położyć się w świeżej, zielonej trawie z twarzą zwróconą ku słońcu, zasłuchać się w brzęczenie pszczół, pozwolić, by mrówki oblazły całe moje ciało. Zbyt długo otaczały mnie cienie i śmierć. Musiałem poczuć życie." - s. 286

Praga nie była dostatnią dzielnicą, ani taką którą wybierało się z własnej woli. Wszechobecna bieda, niedożywienie, obojętność, samotność, przemoc. A jednak w świecie, w którym przeżyć mogli tylko najsilniejsi, w którym życie zmuszało do codziennej walki o przetrwanie, używania sprytu, chronienia się w grupie, pewien chłopiec zaczął żyć marzeniem. Piotr dzięki uporowi, nauczył się czytać. Fascynowało go to, że nieczuła i szorstka babka zmieniała się nie do poznania, gdy brała w rękę książkę. Niezrozumiałe czarne szlaczki sprawiały, że jej twarz jaśniała. Zaintrygowany malec wiedział, że rzecz, która tak odmieniała kobietę musi być wyjątkowa. Tak długo dopytywał o każdy wyraz, aż w końcu zaskoczony zauważył, że wszystko nabiera sensu. Czytanie oddaliło go od kolegów i sprawiło, że w sercu zagościło wielkie marzenie, zobaczyć słonia. 

Trudno orzec czy dzięki uporowi, zbiegowi okoliczności czy sile wyższej, chłopiec z Pragi stał się kornakiem i zaprzyjaźnił ze słoniami z warszawskiego zoo. Kochał i rozumiał zwierzęta, którym poświęcał całą swoją uwagę. Gdy na świat przyszło słoniątko, Piotr szalał z radości. Dni mijały a świat bohatera przepełniała jasność i radość. Spełnił swoje marzenie, pracował u państwa Żabińskich, miał piękną żonę, która spodziewała się dziecka. W ten idylliczny świat wkradła się jednak wojna. Niebo zasnuły ciemne chmury, w ludzkich sercach zaczął budzić się lęk i gorycz. Marzenia odchodziły w niepamięć. Świat Piotra jednego dnia przestał istnieć.

Ada nie pamiętała niczego. Pod powiekami pojawiały się krótkie przebłyski, których nie potrafiła złożyć w logiczną całość. Nie wiedziała, gdzie jest, ani kim jest. Wokół panowała wojenna zawierucha. Nikt nie był bezpieczny. Na jej drodze stanął pewien mężczyzna. Podał pomocną dłoń, ocalił. Kobieta znalazła schronienie, w którym szukała odpowiedzi na zasnute mgłą niepamięci pytania dotyczące przeszłości. To w "Willi pod Zwariowaną Gwiazdą" zaczęła żyć ponownie. 

Ludzka nienawiść osiągała coraz bardziej wyrafinowane kształty. Niemcy prześcigali się w zabawach drugim człowiekiem, w okrutnej grze polegającej na zadawaniu coraz wymyślniejszego cierpienia. Getto warszawskie spływało krwią, bólem i lamentem. Nadzieja gasła w ludziach, jednak Daniel starał się nie poddawać. Wierzył, że mimo ogromnego bólu i straty, jakiej doznał, gdzieś wśród ruin jest ktoś bliski. Dokonywał nieludzkich wysiłków, by ratować innych i siebie. Nie był bohaterem, celem jego życia było niesienie nadziei i ukojenia. 



Trzy ludzkie losy opisane na tle wojennej zawieruchy. Historie o tym, jak wyglądała codzienność poddana nieludzkiemu reżimowi, o tym jak przyszło żyć, gdy zło triumfowało. A jednak mimo bolesnych zdarzeń, okrucieństwa, które zdaje się zabierać wszystko, nie ma w tej książce beznadziei. Jest ogromne cierpienie, które dotyka człowieka, ale go nie niszczy, nie jest w stanie pokonać. Czas zdaje się lekarstwem na rany, a może są nim bardziej ludzie znajdujący się dookoła, pokazujący, że można się nie poddawać, zarówno zwątpieniu jak i złu. Bo gdy ciemność zasnuwa świat, nawet maleńki promyk zdaje się dawać więcej światła. Jan i Antonina Żabińscy są właśnie tą jasnością, która rozświetla beznadzieję wojennych dni. Nie boją się ryzykować życia, by przygarniać kolejnych Gości, ratować bezcenne ludzkie życie, troszczyć się o zwierzęta, przyrodę. Dwoją i troją wysiłki, by pomimo spadających bomb, łapanek, wdzierającego się wszędzie strachu, a może właśnie ze względu na nie, tworzyć oazę wartości, piękna i dobra. Wiedzą, że tylko ono może uratować świat, być zaczątkiem nowego życia, gdy wojna dobiegnie końca. Życie w Willi pod Zwariowaną Gwiazdą płynie swoim rytmem. Nie brak tu ciepła, radości, mądrości. Gdy myślę o niej, przychodzi mi na myśl Arka Noego. Bo istotnie dom Żabińskich jest swoistą arką, do której przychodzą wszyscy, którzy pragną ocalenia przez znieczulicą, tragizmem, cierpieniem i panoszącym się złem. Przychodzą obmyć się z tego, co niesie ze sobą dramatyczna codzienność, zaczerpnąć tchu. 

Mimo wojny kwitnie miłość, taka która zaskakuje samych zainteresowanych. Rozbudza pokryte popiołem i umęczone serca. Przynosi zapach wiosny, uczy bardziej troszczyć się o innych niż siebie. Nie jest łatwym uczuciem, bo bohaterowie dojrzewają, zmieniają się, są naznaczeni bolesnymi przeżyciami. A jednak w najbardziej nieludzkim czasie są ludźmi w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Niosą pomoc, troszczą się o bliźnich, nauczają. Żabińscy pełnią w powieści rolę mentorów, którzy instynktownie wyczuwają, co jest dobre, rozumieją drugą osobę. Szczególnie Antonina potrafi komunikować się pomiędzy słowami. Trzeba być przyzwoitym, to powtarzają wszystkim dookoła i w tym prostym sformułowaniu zawiera się cała filozofia ich działania. To pod ich skrzydłami Piotr wyrasta z małego kieszonkowca, na silnego mężczyznę. Mimo wielu trudności, umie odróżnić dobro od zła, potrafi postawić czyjeś szczęście ponad swoim. 

"Chciałam opowiedzieć historię o różnych odcieniach miłości, wojnie, trudnych wyborach i konsekwencjach podejmowanych decyzji, o marzycielach i śnionych przez nich snach, o wierności, o odwadze graniczącej z szaleństwem, o pięknie ginącego świata, a wreszcie o tytułowej Willi pod Zwariowaną Gwiazdą, samotnej wyspie dobra i wartości na morzu ginącego świata." - s. 365

Tak pisze w "Posłowiu" Maria Paszyńska. I rzeczywiście autorce udaje się to zrobić. Tworzy skomplikowaną historię miłosną, w której bohaterowie muszą podejmować trudne decyzje, dorastać do bycia ze sobą, zgłębiać własne pragnienia, w końcu zaś kierować się dobrem ukochanego człowieka. Muszą stawiać sobie ważne pytania i szukać bolesnych nieraz odpowiedzi. Pisarka snuje piękną opowieść o ludzkich marzeniach i snach, które nie gasną mimo ogromu nienawiści, zwyrodnienia i zła. Co więcej, zdają się nabierać siły, wdzierają się w rzeczywistość tym silniej. Im większa beznadzieja i ciemność, tym mocniej rośnie dobro bohaterów, ich szaleńcze plany, czyste i pozbawione wyrachowania uczucia i czyny. W świecie, w którym człowiek zdaje się bać drugiego człowieka Żabińscy i ich przyjaciele zdają się nie tylko żyć, ale oddychać prawdą i dobrem. Natura bycia przyzwoitym, konieczność oraz potrzeba ocalania wartości i piękna, gna ich ku wielkim czynom, które pozostają zakryte. Tytułowa Willa to nie tylko miejsce, w którym dzieją się zabawne, nieraz dziwaczne a na pewno wspaniałe rzeczy. To przystań dla każdego, kto pragnie ocalenia. Samo zakończenie jest słodko-gorzkie, stwarza ogromne pole dla wyobraźni czytelnika, ale nie daje jednoznacznych odpowiedzi właśnie przez swoją otwartość.

Są takie powieści, w których chce się zamieszkać. Historie, które otulają ciepłem, dobrem, urzekają językiem, bohaterami. Stają się trochę moje, bo odnajduję w nich własne pytania, tęsknoty, marzenia. Są jak dom, do którego wraca się zmęczonym, by odpocząć, nasycić się spokojem, ukoić serce przy cieple domowego ogniska. To miejsca, do których się ciągle zagląda, bo nie są zwykłą fabułą, zbitkami liter, wyobraźnią człowieka zapisaną na kartach książki. Są czymś znacznie więcej, stają się drogowskazami, nicią łączącą ludzi, którzy przecież noszą w sercach te same marzenia, tęsknoty, radości i smutki. Właśnie ta magia literatury sprawiła, że wiele lat temu pokochałam książki, bo widziałam w nich człowieka, często w najpiękniejszym wydaniu. Jeśli rozumiecie, co mam na myśli, odnajdziecie to wszystko na kartach "Willi pod Zwariowaną Gwiazdą", bo to nie tylko książka, to piękno i mądrość w czystej postaci. 

Maria Paszyńska, Willa pod Zwariowaną Gwiazdą, wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2018.

piątek, 26 stycznia 2018

Tomasz Nowak OP "Śmiałość w modlitwie"

Audiobook z duszą



"Chciałbym Wam powiedzieć, że Chrystus mnie kocha" - tak kiedyś powiedział podczas Nocy Miłosierdzia w Poznaniu młody dominikanin o. Michał Zioło, dziś trapista. Jestem przekonany, że to proste zdanie i proste przyjęcie prawdy o miłości Boga do mnie jest podstawą modlitwy. Nie to, że Bóg kocha wszystkich, czy to, że ja kocham Boga, ale że On kocha mnie." - s. 3

Ten tekst miał się ukazać jeszcze przed Nowym Rokiem. Słuchałam tego audiobooka chyba z 10 razy i ciągle nie wiedziałam, co mam napisać. Rosło we mnie przekonanie, że to jeszcze nie czas. Jak wspominałam ta publikacja dotarła do mnie w momencie, gdy bardzo jej potrzebowałam. A potem włączałam ją raz za razem, wsłuchiwałam się w słowa O. Tomasza Nowaka i wyłapywałam kolejne niuanse, bo z modlitwą bywa różnie. Chyba nie do końca wiem co i jak robić, mimo że przecież uczę się jej od dziecka. A jednak ciągle pojawiają się jakieś kłopoty, rozproszenia, nie jestem zadowolona z tego, jak wygląda moja rozmowa z Bogiem. Różaniec kojarzy mi się często ze starszymi paniami i sprawia wiele trudności, niejednokrotnie nachodzi mnie refleksja nad tym, że klepię regułki, myślami będąc bardzo daleko. Rodzą się pytania, czy nie rozumiem modlitwy, czy robię coś źle? Tymczasem przecież wcale nie musi tak być. Żywa relacja z Bogiem polega na tym, by chcieć zarówno mówić, jak i słuchać. To nie tylko doświadczenie wspięcia się na wyżyny, ale też ciszy, w której czekam na słowa, które nie zawsze przychodzą. Ciężko mi zaakceptować ten fakt, gdy niemal boleśnie potrzebuję nieraz znaku, słowa, obecności. Tymczasem tak jak są góry i doliny tak rozmowa z Bogiem to nieraz radosne, innym razem trudne doświadczenie. Nie wiem, czemu czasem milczy, pewnie tego potrzebuję, choć wcale tak nie uważam. 

Zdarza mi się zastanawiać, czy moja modlitwa jest dobra, nie skuteczna, po prostu dobra. Staram się, by była zróżnicowana. Bywa milczeniem, obecnością, wypowiadaniem znanych słów, rozmową. A jednak chciałabym czuć, że jest żywa. Zacznij od miłości, to pierwsza rada, jaka płynie z audiobooka. Nie kryguj się. Łatwo powiedzieć. O. Tomasz opowiada o sytuacjach, które wydają się wykraczać poza znane mi ramy. Wspomina o siostrze Rozarianie, która się nie patyczkowała ;). Była bardzo autentyczna w swoim podejściu do Boga, pełna emocji, choć wiele osób mogłoby być nawet oburzonym jej podejściem. A jednak Bóg jej wysłuchiwał.  Przypomina biblijne postaci, które targują się z Panem. Lota pragnącego ocalić Sodmoę i Gormorę, oburzonego Eliasza, który nawrócił Niniwę wbrew sobie i był zły za to na Boga. Słuchając o tym rodzi się w człowieku przekonanie, że jak to tak. To wykracza poza ramy dobrego smaku czy kultury, przecież to Bóg. Nie można się obruszać, wymuszać, targować się. Tymczasem szczerość ma być na pierwszym miejscu, bo Pan zna serce człowieka i nie karze za to, że otwarcie zwracam się do Niego z tym, co jest we mnie. 

"Może nam się w swej warstwie zewnętrznej wydawać nawet niegrzeczna czy niestosowna, może niewdzięczna i bez kultury, ale jeśli jest szczera i powodowana miłością do Boga, natury, drugiego człowieka czy wreszcie samego siebie, będzie się Bogu podobała i jej wysłucha. Czytamy: "Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam" (Mt 7,7), "Chodźcie i spór ze Mną prowadźcie!" (Iz 1,18a). Bóg mnie kocha i bardzo pragnie, bym korzystał z Jego dobroci. Jestem dzieckiem Boga nie z mojej woli i mojego chcenia, lecz dlatego, że On sam tego chce i chciał od początku. To właśnie powoduje, że jestem dziedzicem Jego Królestwa, a tym samym mogę i mam korzystać z darów, które są tam dla mnie przygotowane." - s. 14-15

Rodzi się we mnie chęć, by spróbować. Powiedzieć prosto z mostu, właśnie bez ubierania wszystkiego w piękne słowa, uładzenia, niemal pracy, takiej jaką często prowadzę nad tekstem, by brzmiało właściwie. Chcę zebrać w sobie odwagę i chyba wypowiedzieć to wszystko na jednym wydechu. Wylać przed Nim swoje serce, a potem zaczerpnąć tchu. Być trochę jak wspomniana siostra, jak Lot, jak wielu bohaterów "Śmiałości w modlitwie". Słucham dalej o zakonniku, który był w stanie wymodlić wszystko a jego wiara w skuteczność modlitwy była niezachwiana. Dzięki niemu powstało wiele Kościołów na Ukrainie. Myślę o historii pewnego cystersa, który głośno i bardzo dosadnie, niemal siłą przekonał św. Jacka do tego, by nosił jego imię w zakonie. I nie ma nic złego w tej śmiałości, stawianiu na swoim. Jest akceptacja co do tego, że można głośno mówić o tym, czego się pragnie. O. Nowak podkreśla, że trzeba zaufania. Nie można się bać, bo Pan nie widzi niczego niewłaściwego w szczerości. On pragnie wysłuchiwać, choć nie zawsze tak, jakbym chciała. Warto pamiętać, że modlitwa to nie droga do spełniania wszelkich życzeń, towarzyszy jej zgoda na przyjęcie tego, co się dzieje. Nie zawsze jest łatwo, ale warto zawierzyć i dać się poprowadzić. Jestem tylko człowiekiem z ograniczeniami i słabościami. Potrzebuję interwencji z góry, która umocni moją wiarę i często mnie zaskoczy. Bóg działa, widać to niesamowicie w opowiadaniach O. Tomasza, choćby wspomnieniu o O. Joachimie Badenim, który uzdrawiał nawet telefonicznie, bo dla Boga nie ma żadnych przeszkód. 



Całość wykładu obfituje w wiele ciekawych i zaskakujących przykładów i często okraszona jest zabawnymi anegdotami. Co najważniejsze przepełniają ją treści zachęcające do odwagi, śmiałości. Otwierania serca Temu, Który czeka na rozmowę. To dla mnie bardziej rzecz o modlitwie płynącej z serca, maksymalnie szczerej, niejednokrotnie właśnie wypowiadanej swoimi słowami, których nie musi być dużo. To nie o wielomówstwo chodzi, czy o takie ilości różańców i innych modlitw, że człowiek popada w stan frustracji, bo jeszcze koronka, a tu obowiązki, zmęczenie, kończąca się doba. Ilością nie wyhandlujemy z Bogiem łaski. On daje za darmo, ale ważne, by mówić o tym, czego się pragnie. O. Nowak zachęca do tego, by prosić o wiele, jak Piotr, który chciał chodzić po wodzie. Myślę o tym wszystkim i dochodzę do wniosku, że ze "Śmiałości w modlitwie" płynie przesłanie o tym, by chcieć więcej, sięgać wyżej, pragnąć z rozmachem, bo minimalizm Boga nie interesuje. On daje w nadmiarze i wydaje mi się, że woli, gdy proszę o obfitość, gdy ufam, że w Swojej dobroci zaspokoi potrzeby i pragnienia mojego serca z górką. Chciej otworzyć się przed Panem, mówić otwarcie i ze śmiałością i wierzyć, że On przyjdzie i będzie Go radować ta szczerość i odwaga. "Śmiałość w modlitwie" to wykład, do którego dorasta się za każdym przesłuchaniem, do wielokrotnego odtwarzania i przypominania sobie, jak ma wyglądać modlitwa. 

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu W drodze :). 

O. Tomasz Nowak OP, Śmiałość w modlitwie, wyd. W drodze, 2016 czas 1:34:41

sobota, 20 stycznia 2018

Spacerowe rozkminy #7

Uwaga! Jeśli chcesz oglądać "Black Mirror" ten post może Ci coś zaspojlerować!!!



Odwykłam od spontanicznych zakupów. Wejścia do sklepu i wybrania czegoś tak po prostu, bo mam ochotę, bo coś mi się spodobało. A jednak ostatnio sprawiłam sobie notatnik w kolorze fuksji i "Wielki ogarniacz życia" Pani Bukowej. Lubię ładne zeszyty albo takie, które można kreatywnie wykorzystać a Pani Bukowa dała mi trochę śmiechu, którego potrzebowałam. Poza tym lubię także ironię, choć nie wszyscy o tym wiedzą ;). 

Za oknem śnieg, dzieci eksploatują górkę do granic możliwości, bo białego puchu nie przybywa a są ferie, więc trzeba korzystać, póki można. Po okolicy grasuje bałwanowy dewastator, który chyba śniegową fokę pozbawił łebka. Nieładnie swoją drogą. Dzień miał być wyjątkowo wypoczynkowy, jak cały zresztą weekend, a skończyło się na sprzątaniu (bo trzeba i lubię) i sprawdzaniu pewnego tekstu. Czasami powiedzenie "Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach" wydaje mi się aż nadto prawdziwe ;). 

Od dwóch tygodni zmagałam się z serialem "Black mirror", na który natrafiłam przez przypadek. Ktoś pisał o nim pod filmikiem Joli Szymańskiej. Sprawdziłam co i jak i odpaliłam. I wiecie co? Z jednej strony wciągnęło mnie jak nie wiem co, z drugiej wywołało niemały dyskomfort. Pochłaniam wszelkiej maści antyutopie i tym podobne dzieła, ale ta wizja jest bardzo realistyczna. Świat idzie do przodu, wszystko się technologizuje. Zaciera się granica między tym, co można robić samemu, a tym do czego niezbędne są maszyny. Już "Tekst" Głuchowskiego nasunął mi sporo myśli o tym, jak stajemy się niewolnikami telefonów czy komputerów. Jak rządzą nami portale społecznościowe. Teraz zaś "Black mirror" postawiło kropkę nad "i". 



Świat, który rządzony jest przez aplikacje i systemy to wcale nie wymysł twórców, to tylko sugestia o tym, co jak może wyglądać przyszłość. Owszem to przerysowana wizja, w której związki dobierane są przez program, świadomość można przeszczepiać, a ludzie przestają się liczyć. Człowiek staje się sumą gwiazdek przyznawanych przez innych, szuka sposobu, by zabłysnąć, pokazać się, bo przecież chce mieć świetlaną przyszłość. Własne, prawdziwe myśli i uczucia chowa za maską z idealnie przyklejonym uśmiechem, uładzonymi zdaniami, wiecznie dobrym humorem, który jest sztuczny podobnie jak cały świat. Poprawność i nienaturalność to pożądane cechy a pragnienie wpasowania się w system jest kluczem do szczęścia. Wszystko skupia się na tym, by napisać ciekawy komentarz, wrzucić super zdjęcie, przyciągnąć obserwatorów i unikać ludzi poniżej swojego rankingu. Grać w wymyśloną przez kogoś grę, być marionetką, pozwalać pozbawiać się uczuć, odruchów, samodzielnego myślenia. Nowy, wspaniały świat, w którym prawda nie ma żadnego znaczenia a codzienność podszyta jest strachem o to, by nie spaść niżej. Prawdziwa arkadia, w której trzeba być stworzoną na potrzeby innych postacią, każdym, tylko nie sobą. Złota klatka, w której nie ma wolnych wyborów, nie ma wolności. 

To nasuwa mi w ten wieczór myśli o tym, jak bardzo przejmujemy się innymi. Chęć bycia akceptowanym to normalna potrzeba. Człowiek nie powinien być sam, jednak coś coraz częściej się wymyka, dryfuje w niedobrą stronę. Zamiast mówić do ludzi, wysyłamy w eter posty, zamiast usiąść i rozkoszować się słońcem, śniegiem, pięknym dniem, kawą, ciastkiem wolimy wrzucić zdjęcie. Nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam fotografie, przeglądam Instagrama i dobrze mi się obserwuje piękne ujęcia codzienności, ciepłej, przytulnej, dobrej. Chodzi jednak o to, że coraz bardziej zaczynamy żyć online. Czy marudzę zatem? Być może, ale naprawdę mocno wstrząsnęła mną wizja zaproponowana w serialu. Owszem wpisuje się w cały facebookowo-instagramowy świat, ba lubię go. Ale potrafię się wyłączyć, nie pisać absolutnie o wszystkim. Czasami jest on dla mnie platformą, w której lubię mówić o istotnych rzeczach, niekoniecznie tylko o książkach, bo życie powinno być piękne, powinno być "przystanią zachwytu", tego codziennego. Bo czy jest coś lepszego niż odnajdywać urok i dobro w drobiazgach? Szarym, niekoniecznie zawsze dobrym dniu? Trudnych chwil nie brakuje. Dobrze wtedy usiąść z kawą, zagłębić się w lekturze, filmie, posłuchać muzyki. Odetchnąć i powiedzieć, chcę być najlepszym sobą, dawać z siebie wszystko, ale z głową. Nie myśleć, co inni powiedzą, jak zareagują. 



Niby jesteśmy tacy do przodu, ale wielu brakuje siły i odwagi, by być innym. Robić rzeczy po swojemu. Wiele poradników od dłuższego czasu krzyczy o tym, że porażka może być szansą, niebanalne podejście jest w porządku, wychodzenie przed szereg też nie jest niczym złym. Ale ile jest osób, które faktycznie robią to, czego pragną? Jasne, że nie jest łatwo. Próby, porażki, zniechęcenie to codzienność. Czasami trzeba uzbierać fundusze, by zacząć, jeśli hobby wymaga sporych nakładów finansowych. Ale warto i co najważniejsze trzeba to robić dla siebie, nie gwiazdek, lajków, udostępnienień. Mam znajomych, którzy robią świetne rzeczy, piszą po swojemu, mimo że nie mogą równać się zasięgami z vlogami. Co ich wyróżnia to cudowny styl, mądre przemyślenia, wartościowe tematy, piękna prezentacja treści i ma to wielką wartość. Inna osoba robi rzeczy, o których istnieniu miałam mgliste pojęcie. Dzięki temu rozwija się, poznaje nowych ludzi i miejsca. Kolejna odwiedza zakamarki, do jakich większość by nie zaglądnęła. Odkrywa piękno, tam gdzie pozornie wydaje się go nie być, utrwala coś, co mi kojarzy się z zatrzymanym czasem. Balansuje na granicy teraźniejszości i przeszłości. Lubię ich obserwować, fascynują mnie ich pasje i oni sami. Są po prostu sobą. 

Jeśli jesteś w tym punkcie, to gratuluję przebrnięcia przez te wszystkie zdania i powiem jeszcze raz jedno. Bądź sobą, spełniaj marzenia i nie myśl o żadnych gwiazdkach i lajkach. Świat jest na tyle zwariowany, że pomieści wszystkich, a naprawdę nie warto stawać się niewolnikiem czegokolwiek. 

niedziela, 14 stycznia 2018

Charles Martin "Pomiędzy nami góry"




"Wyraźny obraz. W jednym kawałku. Potem wydarzyło się coś, co nas rozbiło i roztrzaskało. Pozostawiając we fragmentach, rozdartych, i w drzazgach. Niektórzy z nas leżą w setkach kawałków. Inni w tysiącach. Niektórzy zarysowani są ostrymi krawędziami. Niektórzy zamazani w szarych odcieniach. Niektórzy odkrywają, że brakuje im pewnych elementów. Innym wydaje się, że mają ich zbyt wiele. W każdym przypadku zostaje nam tylko kręcić głowami - tego nie da się zrobić.
Wtedy pojawia się ktoś, kto naprawia postrzępione brzegi lub kto oddaje brakujący fragment. Ten proces jest mozolny, bolesny i nie ma wtedy drogi na skróty. Każda, która zdaje się obiecywać, że jest taką, nie jest nią."  - s. 325


To jedna z moich ulubionych książek. Taka, do której wraca się, co jakiś czas. Piękna, magiczna, urzekająca. Gdy czytałam ją pierwszy raz byłam zachwycona, przy kolejnej lekturze zastanawiałam się, czy moje odczucia się zmienią. Zrozumiałam ją lepiej, głębiej, bardziej do mnie przemówiła, bo stałam się dojrzalsza. Nie zmieniło się jedno. Nadal jestem zakochana w tej historii a właściwie w obrazie miłości bohaterów.

On leciał do pracy po pobycie w górach. Ona wybierała się na swój ślub. Spotkali się na lotnisku. Wymiana kilku zdań, wspólna niedola z powodu odwołanego lotu. Ben nie dał za wygraną. Czekał na niego pacjent. Mimo śnieżycy, musiał dostać się do szpitala. Postanowił wynająć prywatny, mały samolot i zdążyć na czas. Coś tknęło go, by zawrócić po poznaną niedawno dziennikarkę. Ashley miała w końcu przed sobą najważniejszy dzień w życiu. W towarzystwie przemiłego pilota para obcych ludzi postanowiła pokonać góry. Coś jednak poszło nie tak i przyjemny lot, zmienił się w prawdziwą walkę o przetrwanie. Dwoje rozbitków musiało stawić czoła własnym ograniczeniom, słabościom, naturze. Rozpoczęła się walka z bólem, głodem, zimnem, wszechobecnym śniegiem i własnymi emocjami. Połamane żebra lekarza wydawały się pestką w porównaniu do stanu jego współtowarzyszki, która nie tylko pilnie potrzebowała pomocy, ale i bardzo cierpiała. Kobieta okazała się jednak bardzo silna, a Ben rozpoczął walkę o wspólne przetrwanie. Postanowił sprowadzić ich na dół i odnaleźć pomoc.

Gdy myślę o książkach Charlesa Martina na pierwszy plan wysuwają się zawsze relacje i emocje. Tak też jest w tym przypadku. Pomimo, że "Pomiędzy nami góry" jest historią o parciu do przodu wbrew wszelkim przeciwnościom losu, o niemal szaleńczej walce o przetrwanie, która wydaje się być z góry skazana na klęskę, w końcu zaś o przekraczaniu wszelkich ograniczeń i barier, to ja widzę w niej przede wszystkim hołd oddany miłości. Historię uczucia, które chciałby przeżyć każdy. Cały fenomen tej powieści tkwi w zasadzie w jednym bohaterze. Ben to świetny lekarz, który jest prawdziwie oddany pacjentom. Poza byciem doskonałym fachowcem, rewelacyjnym biegaczem, niezłym wspinaczem, to ogromnie odpowiedzialny i empatyczny człowiek, któremu nie brak poczucia humoru. Twardo stąpa po ziemi, realnie ocenia szanse, a jednocześnie jest niezwykle kochającym mężczyzną. Podczas przeprawy przez góry nagrywa na dyktafon wiadomości dla żony. Przypomina całą historię ich związku i ten przepiękny obraz miłości zostaje w czytelniku na zawsze. To nie przesłodzona historia o wzdychaniu do siebie czy odbierającej oddech namiętności, ale opowieść o prawdziwym uczuciu, które dosięga człowieka, przepełnia go całego, spaja i każe pracować nad związkiem. Bo to, co łączy Bena i jego żonę to nie tylko zachwyt, zauroczenie, wzajemna fascynacja. To kompromisy, czułość, opiekowanie się sobą, wyrozumiałość i wiele trudności, bo nie zawsze bywa dobrze. Poznając Bena Ashley zaczyna inaczej patrzeć na świat, uczy się, czym jest prawdziwe życie, jak człowiek może być dla drugiego ważny, jakie znaczenie ma odpowiedzialność i troska. Zaczyna rozumieć, czym jest prawdziwe uczucie na które warto czekać. Posiadanie u boku dobrego człowieka, który nie rozumie jej wydaje się zbyt minimalistyczną opcją. Rodzą się pytania, czy to jej wystarczy.



"Pomiędzy nami góry" jest lekturą do której warto wracać. Przypomina, że człowiek jest odpowiedzialny za drugą osobą. Może sprawić, by jej życie było piękne, ukazać jasną stronę rzeczywistości. Relacja Ben - Rachel odzwierciedla mądre i piękne budowanie związku. Nie brak w niej ustępstw, kompromisów, zauroczenia drugą połówką, dostrzegania piękna, nawet przez rany. Rachel potrafi jak mało kto zarażać optymizmem, jest otwarta, szczera i umiejętnie leczy nie tylko kompleksy Bena, ale wszelkie jego bolączki. Pokazuje mu, że świat nie jest zły, że nie musi gonić za nieosiągalnym, nie musi niczego udowadniać, jest wartościowy sam w sobie. Poczucie bycia nie dość dobrym, które wyrobił w nim ojciec zastępuje zachętą do dawania z siebie wszystkiego, ponieważ stać go na wiele. To nie przymus, ale przekonanie, że może być najlepszą wersją siebie. Żona Bena bywa momentami nierealna, to jednak symbol kobiety, która potrafi wydobyć z mężczyzny to, co najlepsze bardzo delikatnymi metodami. Ashley jest jej przeciwieństwem. Wydaje się, że nic nie przychodzi jej tak łatwo. Zdaje sobie sprawę, że życie bywa trudne, a miłość, jaką przedstawia jej towarzysz zdarza się nielicznym. Wie, że albo zgodzi się na bardzo niedoskonały związek pozbawiony głębszego uczucia albo zostanie sama. Nie wierzy w bajkowe historie, które opowiadają o uczuciu zmieniającym cały świat. W końcu Ben na pół idealista, na pół realista. Potrafi zrobić niemal wszystko, jest niezmordowany, ogromnie silny zarówno fizycznie jak i psychicznie. W jego słowniku "nie mogę" zdaje się zupełnie nie istnieć. Doskonale wie, że woli umrzeć starając się, niż opuścić kogoś w potrzebie. Bardzo podoba mi się przemiana, jaka w nim zachodzi, choć wolałabym poczytać o niej więcej. Warto wspomnieć też o Groverze, odgrywającym w tej historii rolę swoistego mędrca. Starszy pan, który zna już większość odpowiedzi i wierzy w to, że życie nadal zaskakuje sympatycznie uzupełnia historię.

Książka Charlesa Martina to opowieść survivalowa. Historia o tym, ile jest w stanie znieść człowiek, by pomóc innym. Opowiada o pokonywaniu barier zarówno tych fizycznych jak i psychicznych. To również rzecz o stawianiu czoła samemu sobie, metamorfozie, jaką można przejść przy odpowiednim człowieku. Godzeniu się z faktami, otwieraniu na nowe możliwości. Dla mnie jak pisałam to przede wszystkim słodko-gorzka, tchnąca nadzieją i siłą historia o miłości i byciu lekiem dla bliźniego. Spokojna, mądra, ciepła, pisana dobrym językiem książka, która pozwala odetchnąć i wierzyć, że warto czekać i być dla innych. Naprawdę warto po nią sięgnąć i wracać, szczególnie, gdy życie nie rozpieszcza.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Edipresse Książki 

Charles Martin, Pomiędzy nami góry, tłum. Jacek Bielas, wyd. Edipresse Książki, Warszawa 2017.

* Jeśli chcecie oglądnąć film to chciałabym powiedzieć, że nie ma on wiele wspólnego z książką. Jest w nim tak dużo zmian, że moim zdaniem całkowicie zabiły tę historię. Nijak ma się do opowieści, którą autor czaruje czytelnika. Szczerze mówiąc to ogromny zawód i jedna z najgorszych ekranizacji powieści, jakie kiedykolwiek widziałam. 

niedziela, 7 stycznia 2018

Spacerowe rozkminy #6




Podsumowując rok na blogu napisałam, że będzie nieco zmian. Nie chodzi tu o to, że dojrzałam do nich czy nagle zapragnęłam wszystko zmienić. Powód jest bardziej prozaiczny i dotyczy nie tylko mnie. Czytając wiele podsumowań innych blogerów, a wierzcie mi zapoznałam się z wcale niemałą ilością, bo po prostu je lubię :), zauważyłam, że nie tylko ja doszłam do wniosku, że narosło pewne zjawisko, które niekorzystnie wpływa nie tylko na blogosferę, ale i na czytelników w ogóle, nie chodzi mi tu tylko o osoby zaglądające na blogi. 

Odnosiłam trochę wrażenie, że czasem zakradała się korporacyjna atmosfera wyścigu, kto przeczytał więcej, pierwszy coś zrecenzował, częściej publikował. Wszystko fajnie, cieszyłam się z tego, że ludzie piszący o książkach robią świetne rzeczy, są za to doceniani, potrafią prowadzić ciekawe projekty. Ale rosła jakaś presja związana z tym, by nie być gorszym, wpisać się w dyskusje o popularnych powieściach, być na czasie, pracować nad statystykami. Myślę, że niektórzy też oceniali blogi właśnie pod tym kątem, a przecież liczy się różnorodność, styl, wiele czynników. 

Zatrzymałam się zatem blogowo, bo życie ruszyło u mnie do przodu nawet nie z kopyta, ale z iluś tam koni mechanicznych ;). Doszły nowe obowiązki, zupełnie inny tryb pracy niż ten do którego byłam przyzwyczajona od kilku lat. Zmieniłam się ja, zmienić się mój blog, na którym coś pojawiało się raz dość rzadko, raz często. Starałam się czytać jak najwięcej, bo to kocham. Ale przyznam, że nie zawsze miałam czas czy ochotę siadać do pisania. Chciałam poznać nowe miejsce, zadomowić się, przemyśleć wiele spraw. Trochę się z Wami dzieliłam swoim życiem, ale też obserwowałam to, co dzieje się poza mną. I stwierdziłam, że nie chcę za nikim gonić. Czytać na akord, stawać się niewolnikiem cyferek, bo moje życie jest takie, że mam określony czas wolny, czytam w zasadzie powoli, ale uważnie i jednym nie dorównam, innych nie przegonię ;). Chcę być najlepsza, ale to ma być najlepsza wersja mnie. 



Spacer jak zdążyliście zauważyć jest nieco inny. Nikogo nie dziwi, że piszę często o wierze i recenzuję religijne książki. Literatura kobieca pojawia się, choć z zupełnie inną częstotliwością niż u wielu blogerów. Staram się stworzyć tu miejsce, w którym będzie ciepło, trochę nostalgicznie, bo sama taka jestem, prawdziwie. Nie lubię wystawiać negatywnych opinii, ale czasem trzeba, o czym przekonałam się ostatnio ;). Jednym słowem to tak mój świat, do którego zapraszam każdego, kto lubi spacerować wśród słów, dzielić się przemyśleniami. Nie wszystkie książki zainteresują wszystkich, to oczywiste, ale mam nadzieję, że czujecie się u mnie dobrze i rodzi się w Was ciekawość danej lektury czy refleksja, bo na tym mi szczególnie zależy. Bloga założyłam właśnie po to, by ktoś mógł zainspirować się czymś, co mnie poruszyło. By zadawać sobie pytania, o  najważniejsze rzeczy, szukać, drążyć. 

Po trzech latach cel się nie zmienił. Nadal jest taki sam. Nadal pozostaje we mnie głód lektur i miłość do książek i nie stałam się gwiazdą medialną ;) czy człowiekiem social mediów ;). Dlatego w tym roku nie chcę już myśleć, że za kimś nie nadążam, że mogłabym szybciej, więcej czytać. Wolę skupić się na klasyce, w której będę się rozczytywać, wyczytać egzemplarze recenzenckie, które zostały jeszcze w rodzinnym mieście i które sukcesywnie przywożę do stolicy. Chcę z Wami rozmawiać o problematyce literatury wysokiej i trochę pozachwycać się pięknem. Po prostu zależy mi, by było miło i wartościowo. Mam nadzieję, że zostaniecie a może pojawi się ktoś nowy. Będzie mi z tego powodu miło, bo każdy człowiek to wielka radość. A czytanie to wspaniała droga do odkrywania świata, piękna i wielu wartości. 



środa, 3 stycznia 2018

Rzeczywistość z papieru - Dmitry Glukhovsky "Tekst"




"Przez siedem lat telefony stały się bardziej spostrzegawcze i pamiętliwe - szesnaście razy. Teraz telefon widział w ludziach to, czego człowiek by nie dojrzał. Teraz można było wrócić, sprawdzić samego siebie. Pietia miał wygodnie: nie trzeba niepotrzebnie zaprzątać sobie głowy. Wygodnie ma i Ilja: może oglądać cudze sny." - s. 88

Ilja w końcu wraca do domu. Świat, jaki znał kilka lat temu bezpowrotnie odszedł. Chłopak kuli się na dworcu, przypomina trochę zaszczute zwierze, które doskonale wie, że aby przetrwać nie może rzucać się w oczy. Byle szybciej, wsiąść do pociągu i bezpiecznie dotrzeć do matki. Zacząć wszystko od nowa, zapomnieć o koszmarze, który przeżył, choć czy to realne, by dało się wymazać z pamięci ostatnie lata? Poza matką nikt nie czeka. Bohater przekonuje się powoli, że los nie chce dać mu szansy. To na co tak bardzo liczył nigdy nie nadejdzie. Pozostaje samotność, żal, gorycz i chęć zemsty. Wszystko układa się nie tak, jak powinno. Mężczyzna gnany impulsem i emocjami popełnia błąd. Odtąd wchodzi w skórę innego człowieka, to przecież takie łatwe dzisiaj. Wystarczy telefon komórkowy. Historia rozmów, nagrania, zdjęcia, sms-y, pliki, aplikacje. To wszystko mówi o człowieku więcej niż prawdziwa rozmowa z nim. Ilja ma niewiele czasu, by wyrwać się z kłopotów i uciec. Czy uda mu się wszystko zakończyć nim ktoś dowie się, kim naprawdę jest osoba po drugiej stronie smartfona?

Już na spotkaniu autorskim Głuchowski przekonał mnie, że na pewno będzie to interesująca lektura. Nie spodziewałam się jednak tego, co przeżyłam. Uderzyła mnie szczerość autora, który nie upiększa rzeczywistości, nie odżegnuje się od tego, jak naprawdę jest. Mówi otwarcie, że on też jest niewolnikiem technologii. Żyjemy w czasach, w których faktycznie komputery i telefony wiedzą o nas więcej niż przyjaciele. Staliśmy się zakładnikami aplikacji, zabiegania, pragnienia bycia akceptowanym i podziwianym. Jak słusznie zauważa pisarz, to co chciały zrobić reżimy totalitarne udało się prostym aplikacjom, które zniewalają i podporządkowują. Granica między prywatnością a tym, co dostępne dla każdego wyraźnie się zaciera. Sekrety przestają istnieć, chcemy zaspokoić potrzeby społeczne zamieszczając kolejne zdjęcia, przemyślenia, filmiki. Niby nic złego, ale problem zaczyna się, gdy prawdziwe życie przenosi się do wirtualnego świata, gdy zamiast być wśród ludzi, rozmawiać i tworzyć prawdziwe relacje prowadzimy życie na facebookowej tablicy, licząc na kolejne komentarze i lajki. "Tekst" tchnie smutną refleksją na temat dzisiejszego społeczeństwa, które coraz bardziej się alienuje, a z drugiej strony rozpaczliwie szuka kontaktu z drugim człowiekiem. Warto zastanowić się, co i gdzie się zamieszcza, czego tak naprawdę się pragnie i takie przemyślenia wwiercają się w świadomość czytelnika podczas lektury. 


"Niby wszystko zrobił prawidłowo, a i tak pójdzie do piekła. Życie na ziemi jest tak zorganizowane, żeby wszyscy ludzie koniecznie trafiali do piekła. Szczególnie w Rosji." - s. 141

"Tekst" to również opowieść o Rosji, ale nie tej świetnej, pełnej potęgi. Tu jawi się ona jako państwo, w którym człowiek nie może być pewny swojego losu. W każdej chwili można stracić wolność, nawet jeśli jest się niewinnym. Prawda nie ma nic do rzeczy. Jedni wspinają się po szczeblach kariery kosztem drugich, niszczą, by zapewnić sobie sukces, lepsze życie, spełnienie marzeń. Wtrącają w trybiki rozpędzonej maszynerii destrukcji prostych ludzi, nie wiedząc, że sami stają się pionkami w grze innych. Z czasem po prostu godzą się na kolejne układy. Państwo niewolników, którzy nie cofną się przed niczym, by zaspokoić swoje żądze, zwłaszcza, że sprawiedliwość tu nie istnieje, przeraża. Jedyny ład, jaki działa to prawo silniejszego. Z kart książki wyłania się mroczny, smutny i zatrważający obraz kraju, w którym nie ma poczucia bezpieczeństwa, a każdy dzień jest walką o przetrwanie, chyba że ma się przyjaciół na górze, ale i relacje z nimi to bardzo niepewna i niestabilna płaszczyzna. Rosja jako piekło to nie metafora, ale realnie namalowany obraz. Bo jak inaczej nazwać miejsce, w którym bez względu na wszystko jest się z góry skazanym na klęskę? Literacka rozprawa z obecnym stanem rzeczy poważnie daje do myślenia i czyni autora kimś więcej niż tylko pisarzem czy krytykiem. 

Dmitry Głuchowski oddaje w ręce czytelnika przygnębiającą, pesymistyczną i mroczną powieść, w której bohaterowie osaczeni są nie tylko przez aparat państwowy, korupcję, układy, bezprawie, ale nawet przez technikę. Nikomu nie można ufać, taki wniosek nasuwa się podczas lektury. Słabsi skazani są na niepowodzenie, silniejsi na stałą walkę o siebie. Jesteśmy niewolnikami a wolność to jedynie ułuda. Częściowo sami odpowiadamy za ten stan rzeczy, dając się ogłupiać aplikacjom i czyniąc telefon kopią samych siebie. Świat w powieści to rzeczywistość, w której dobre chwile są niczym oddech, haust świeżego powietrza, który łapczywie się łapie wobec dusznej, brutalnej i ponurej rzeczywistości. Są to jednak tylko znikome momenty przedłużające rzeczywistą agonię. A jednak jest coś co sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury. Autor tak umiejętnie wnika w psychikę, tak buduje opowieść, że to właśnie ona wydaje się bardziej realna niż świat zewnętrzny. Gdy musiałam odkładać lekturę, bo dojeżdżałam do pracy, potrzebowałam chwili by wrócić do rzeczywistości, która wydawała mi się czymś nierealnym. Po raz pierwszy tak mocno wciągnęłam się w książkę, by mieć problem z wyjściem z niej. To doświadczenie było niezwykłe, fascynujące, ale zarówno niepokojące. Trzeba jednak podkreślić, że Głuchowski w mistrzowski sposób operuje słowem, wnika w głąb bohaterów, tworzy fabułę. Nie jestem w stanie powiedzieć o żadnym niedociągnięciu, co więcej, nawet ten pesymistyczny wydźwięk powieści przypadł mi do gustu. Zaskoczona własnymi odczuciami i emocjami, które wywołał we mnie "Tekst" mogę śmiało stwierdzić, że jest to nie tylko jedna z najlepszych książek tego roku, ale i jedna z najlepszych, jakie kiedykolwiek czytałam.


Dmirty Glukhovsky, Tekst, przeł. Paweł Podmiotko, wyd. Insignis Media, Kraków 2017.