czwartek, 27 kwietnia 2017

Sen o raju - Lauren Groff "Arkadia"



"Nie odczuwa braku. Jeżeli się skoncentruje, może wyobrazić sobie świat w jego licznych formach: parną gęstość dżungli; czysty zgrzyt piasku pustyni; zimną klarowność Arktyki. Wyobraża sobie miasta jak większe Arkadie, ale twardsze, niebezpieczniejsze, ludzi wpychających sobie nawzajem gotówkę. Widział monety jak wytłoczone podkładki, prostokąty zielonego papieru. Ludzie na Zewnątrz są groteskowi: Skrooge i Jellyby, brudne sieroty w czeluściach czarnych fabryk, w samotnych, wyludnionych domach, plaga zwana telewizją jak ciasna jaskinia Platona w każdym pokoju. Na Zewnątrz jest bardziej ponuro. Na Falklandach trwa wojna, są sandiniści i contras, są pobicia i gwałty, straszne rzeczy, o których rozmawiają dorośli, sam czyta, kiedy uda mu się znaleźć starą, zmiętą gazetę w Wolnym Sklepie. Prezydent jest aktorem obdarowanym władzą, aby gładko podawać kłamstwa korporacji. Wśród gwiazd są bomby i morderstwa w miastach, czerwony deszcz nad Londynem, nawet teraz istnieją kidnaperzy i niewolnicy, nawet w Ameryce." - s. 118-119

Gdy dostałam propozycję zrecenzowania "Arkadii" zgodziłam się od razu. Zapowiadała się bardzo ciekawie i byłam przekonana, że to będzie interesująca pozycja. Gdy zaczęłam czytać, ze zdumieniem pojęłam, że to całkiem inna książka niż mi się wydawało, zupełnie odmienna... :)

Dzieci kwiaty, hipisi marzący o całkowitej wolności. Ludzie pragnący egzystować z dala od korporacji, władzy, polityki, praw rządzących społeczeństwem. Mający swój sposób na życie, swoje poglądy, swój wymarzony świat. Zakładają komuny, które znacząco różnią się od tego, co istnieje wokół. Ich sposób bycia to bunt wobec wszystkiego, co wydaje im się niewłaściwe. Zamiast wojny i bomb wybierają pokój, zamiast przemocy narkotyki i wolną miłość, zamiast technologii naturę. Pragną stworzyć na ziemi raj i tak właśnie zaczyna się powieść Lauren Groff. Wyrasta z marzenia o stworzeniu Arkadii, miejsca idealnego, w którym każdy jest równy, w którym społeczność jest jedną wielką rodziną, dbającą o siebie i żyjącą w miłości i akceptacji. Rączka wraz ze swoimi kompanami sprowadza się na teren ze zrujnowanym domem. To tutaj na spokojnej ziemi zbudują swój idealny świat. Będą pracować, remontować, świętować i żyć tak, jak można najlepiej. Początki przepełnione zapałem, ale i ciężką pracą, zimnem i biedą nie zniechęcają nikogo. Dzieci biegają nago, ludzie otaczają się opieką, tworzą utopijną wręcz społeczność i czekają na powrót lidera, który wyjechał gromadzić fundusze. Całość Arkadii zdaje się funkcjonować naprawdę dobrze. Organizacja jest przemyślana i choć ma to być miejsce totalnej wolności, to wykształcają się z czasem prawa i struktura społeczna. Mieszkańcy tworzą jedną wielką rodzinę i z niecierpliwością czekają na przeprowadzkę do domu. 

Dalszy ciąg to opis życia, z jednej strony fascynującego, naturalnego, całkiem oderwanego od tego, co dzieje się na świecie, z drugiej to narastające napięcie, związane z powiększającą się liczbą mieszkańców, stałym brakiem gotówki, pożywienia, walką o przetrwanie, problemami osobistymi bohaterów, niechęcią władzy wobec nich. Odchodzenie od pierwotnych reguł, zgoda na kompromisy wszystko to wkrada się w ideały. Gdy dochodzi do upadku harmonijnej społeczności, ludzie zaczynają wracać do rzeczywistości. Również główny bohater wraz ze swoją rodziną udaje się w końcu do miasta, jednak dziecku komuny ciężko przyzwyczaić się do nowych, odmiennych warunków życia. Świat musi zostać poznany od nowa. Czy mały Akradianin odnajdzie szczęście w mieście? Jak potoczą się jego losy?

"Arkadia" to opowieść o Lutku, dziecku urodzonym i wychowanym w społeczeństwie hipisów. Wolnym człowieku w każdym calu, choć wszyscy mieszkańcy utopijnego miejsca zwą siebie Wolnymi Ludźmi. Oni jednak znają świat zewnętrzny. Dla Ridley'a to jedynie książkowa wiedza i wyobrażenia nabyte z rozmów z innymi. Główny bohater to charakterystyczny, zamknięty w sobie, introwertyczny chłopiec, który dzięki wielkiej wrażliwości i inteligencji widzi naprawdę wiele. Jest zawieszony gdzieś między troską o matkę, zdumieniem nad światem a rodzącą się w nim miłością do Helle. Próbuje objąć świat, stale większy od niego, nieskończony, tajemniczy, nie pozwalający się zamknąć w ciasne ramy słów. Najważniejsi w świecie bohatera są jego rodzice. Ciepła, czuła, piękna Hanna, która potrafi mieć też drugie oblicze oraz charyzmatyczny, zaradny Abe. Jest legendarny Rączka, świetny mówca, marzyciel, przywódca, człowiek porywający innych. Helle - wolne dziecko, dziewczyna, która próbuje wszystkiego, gubi się, szuka swego miejsca i jest pierwszą miłością Lutka. Są i inni mieszkańcy komuny, przyjaciele, ludzie z zewnątrz. To jednak tylko postaci poboczne, nadające historii kolorytu.



Lauren Groff stworzyła niezwykłą powieść, która mimo obiektywnego narratora, ukazuje wszystko niejako z perspektywy bohatera. Początkowo stanowią ją rwane opowiastki, obrazki świata widziane oczami dziecka, które opisuje swój dom, komunę, bliskich mu ludzi, uczucia. Z czasem jednak akcja zaczyna nabierać ciągłości. Bohater dorasta, powieść zaczyna się pogłębiać. "Arkadia" to książka o niedoścignionych marzeniach, budowie utopijnego świata, życiu w nieosiągalnej harmonii. To historia ludzi, którzy postanowili wieść życie po swojemu, w przyzwoleniu na eksperymentowanie, wolne związki, konsumpcję ograniczoną do minimum. To także opowieść o upadających ideałach, nieuchronnych zmianach, zmierzchu pięknej wizji, ale i swoistej apokalipsie. Melancholia i tęsknota miesza się tu z dziecięcym zachwytem. Smutek i radość przeplatają się, a całość tworzy niezwykłą mieszankę. Nostalgia za słodkim czasem dzieciństwa kontrastuje z szarym życiem w realnym, brutalnym świecie. Mądrość wynoszona jest tu z lekcji, książek, własnych obserwacji oraz nauki praktycznych rzeczy. Kraina szczęśliwości bohatera to szkoła życia, ale też oaza spokoju, miejsce diametralnie różne od drapieżnego i pozbawionego ducha miasta. Rodzi się jednak pytanie, czy to jedynie wizja dziecka czy można się w niej dopatrzeć czegoś więcej.

"Arkadia" ujmuje nie jakąś szybką akcją, o której początkowo myślałam, bo wręcz przeciwnie wszystko toczy się tutaj bardzo, bardzo wolno. Bohaterowie też są dość specyficzni a świat opiera się na kontraście natura-miasto, konsumpcjonizm-szczęście, duch-materializm. Jej siłą jest piękny język, świetny styl oraz symbolika. Nie jest to łatwa powieść. Im głębiej się w nią wchodzi, tym więcej skojarzeń pojawia się w głowie i tym bardziej się ją docenia. To wymagająca lektura, która skłania do przemyśleń i która zostaje w czytelniku na dłużej. Zdecydowanie warta przeczytania, choć moim zdaniem przeznaczona przede wszystkim dla koneserów i prawdziwych miłośników dobrej literatury.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak.




Lauren Groff, Arkadia, tłum. Wiesław Marcysiak, wyd. Znak, Kraków 2017.

wtorek, 25 kwietnia 2017

O moich nieliterackich perełkach :) - WAM




Dziś będzie nieksiążkowo. Lubię ładne rzeczy i wcale nie chodzi mi o ubrania (choć te też muszą być ładne). Staram się nie nie mieć wielu gadżetów, ale te które wybieram muszą coś w sobie mieć :). Jak kiedyś wspominałam mam trochę przedmiotów z mądrymi i pięknymi hasłami. W ogóle lubię napisy z czcionkami podobnymi do pisma ręcznego albo przypominające, że mogę i powinnam coś robić ;). A co lubię jeszcze? Zaraz zobaczycie. Dziś będzie o tym, co pięknego pojawiło się u mnie dzięki Wydawnictwu WAM. Są to gadżety, które dostałam bądź sama kupiłam na targach lub przez księgarnie internetową. 

1. Kubki 

Lubię kubki, szczególnie jeśli mają jakieś fajne napisy. Na targach w Krakowie kupiłam sobie ten straszak na problemy, bo tak, trzeba je straszyć Bogiem ;). Cytat mądry, bo warto odwrócić sytuację, a do tego kubek w wersji termicznej, dzięki któremu herbatka nie wystygnie i można ją ze sobą zabrać nawet zimą na spacer :). Nowość, która się pojawiła ostatnio, inspirowana ks. Kaczkowskim to naprawdę dobry pomysł. Kubeczek "Żyję na pełnej petardzie" od razu kojarzy mi się z pierwszą książką ks. Jana, którą przeczytałam i motywuje mnie do działania. Piję w nim rano kawę, by faktycznie rozpocząć dzień na pełnej petardzie i potem gnać jak dziki tapir :D.

ks. Kaczkowski - to pierwsze co się nasuwa patrząc na ten kubek i jego wezwanie do życia na pełnej petardzie. Realizowania się, bycia dobrym, radosnym, zadowolonym. Wychodzenia do ludzi. Nie jakiejś tytanicznej roboty, ale takiego dobrego życia, na które stać każdego. 



Strasznie spodobał mi się pomysł z tym hasłem. Bo codziennie zdarza się coś, o czym mówimy Bogu. Mamy wiele problemów, życie nie jest bajką i bywa naprawdę trudne. Szukamy rozwiązań a tu całkiem inna myśl. Mów problemom o Bogu, dla Którego nie ma niczego nie do przeskoczenia, Który otwiera okno, gdy drzwiami przejść się nie da. Bogu, Który w końcu zawsze wyprowadza dobro z każdej sytuacji. 




2. Notatniki 

Uwielbiam wszelkiego rodzaju zeszyty, notesy i notatniki. Czasami zapisuję w nich fragmenty przeczytanych książek, czasami robię notatki, można je przekształcić w bullet journal, zrobić sobie szkicownik albo zapisywać najważniejsze rzeczy. Zaletą jest to, że są gładkie, zatem żadna kratka czy linie nie będą przeszkadzać. Do notatnika z labiryntem dodawany jest ołówek z napisem "Ad maiorem Dei gloriam" czyli "Na większą chwałę Bożą" i gadżety z tym właśnie hasłem pojawiły się niedawno w Wydawnictwie WAM. 

Ugryź się w język, jeśli będziesz unikać plotkowania staniesz się święty. Oj tak czasami by się tak przydało ugryźć. Moja ulubiona nauczycielka w liceum mówiła, że niektórzy, gdyby przestali plotkować, w zasadzie by zamilkli. Coś w tym jest, ale to niezbyt optymistyczna refleksja, choć trochę śmieszy. Warta jest jednak przemyślenia, używania słów do dobrych celów. 


Najnowszy notatnik (w pakiecie z ołówkiem) z labiryntem prowadzącym do Boga jest symboliczny i zastanawiam się nieustannie, czy fakt, że ten labirynt można tak prosto pokonać to aluzja do tego, że do Boga droga jest prosta, ale my ją komplikujemy wybierając nie te ścieżki i idąc okrężną drogą ze ślepymi zaułkami. 








Robię na cały etat. Nie możemy być na pół etatu. A czasami by się chciało, prawda? Odpocząć, przystanąć, odetchnąć. Ale nie o to w tym chodzi. Trzeba dać z siebie wszystko. Tak sobie myślę, że to całkiem fajny notatnik do tego, by zamieszczać w nim plany i postępy ich realizacji, pamiętając, że przy pracy trzeba być na całym etacie. 




3. Torby i opaski

Mam naprawdę wiele ekologicznych, materiałowych toreb, w których noszę zakupy, książki i inne szpargały. Jedną z moich ulubionych jest ta z hasłem papieża Franciszka "Weź się uśmiechnij. Chrześcijanin nie może być smutny". Nie wiem, czy drugą część tak bardzo ludzie zauważają, ale na pierwszą reagują fajnie :). Teraz poluję jeszcze na czarną torbę z napisem AMDG (nowa linia WAMowych gadżetów do zobaczenia tutaj), ale muszę poczekać na wypłatę ;). Z targów przywiozłam również dwie ciemne torby granatową i szarą z logo wydawnictwa i napisem "daje WAM dobre książki". Torby były dodawane do targowych zakupów w Krakowie.


Wraz z przesyłką, w której dostałam masę książek, mogliście je zobaczyć w marcowym book haul'u, przyszły do mnie kolorowe, silikonowe opaski z napisem "Bóg jest dobry", które można kupić osobno lub w pakiecie z książką Grzegorza Kramera pod tym właśnie tytułem. Fajne przypomnienie, szczególnie jak dzień nie należy do najlepszych a ktoś lubi nosić opaski :). 






To już tyle z WAMowych gadżetów, które mam u siebie. Jeśli któryś Was zainteresował, to możecie zajrzeć na stronę wydawnictwa i zobaczyć, co jeszcze się tam znajduje, a są i podstawki pod kubek i koszulki. A wszystko z dobrymi hasłami, które warto propagować :). Kliknijcie TUTAJ. A Wy macie jakieś swoje ulubione gadżety? Piszcie :).


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Rzecz o człowieku w biegu - Marek Zając "Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach"



"Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że uważam się za przyjaciela wszystkich ludzi - bez względu na ich pochodzenie i wyznanie. Nie oznacza to jednak, że w praktyce jednakowo kocham wszystkich Żydów i wszystkich Polaków. Jednakowo kocham jednak porządnych ludzi. Jeśli mam przekonanie, że są porządni, wówczas drugorzędne znaczenie ma dla mnie rodowód ich babci czy prababci." - s. 54

Bohatera książki kojarzyłam najbardziej z uczestnictwa w uroczystościach w Auschwitz, z powiedzenia o dyplomatołkach oraz mocnego, głośnego i twardego wyrażania swojego zdania. Słowem, za dużo nie wiedziałam. Skusił mnie najbardziej tytuł tej książki, zabawny, lekki i świadczący o dystansie do siebie. Warto poznać człowieka lepiej, nim zamknie się go w jakiejś szufladce. 

Władysław Bartoszewski był człowiekiem nieprzeciętnym, temu zaprzeczyć się nie da. Niezwykle inteligentny, potrafił znaleźć rozwiązanie nawet w najtrudniejszych sytuacjach, może nie zawsze takie, jakie by się wszystkim podobało (choć nigdy nie będzie tak, że wszyscy są zadowoleni), ale wielogodzinne dyskusje nad newralgicznymi kwestiami zamykał krótko i treściwie. Gdy ktoś przychodził do niego z jakimś problemem, często odpowiadał z humorem, który myślę, że pomógłby polityce. Czytając książkę Marka Zająca odnosi się wrażenie, że był to człowiek, dla którego nie istniały rzeczy nie do przeskoczenia. Miał odpowiedź na wszystko i co charakterystyczne znajdywał ją niemal natychmiastowo. Wygadany i rozgadany był świetnym mówcą i potrafił odnaleźć się w każdej sytuacji.

"Jestem i byłem po stronie słabych i krzywdzonych, przeciw terrorystom - po stronie ofiar terroru, przeciw krzywdzicielom i wyznawcom metod gwałtu, jakkolwiek by je ideologicznie uzasadniali. Nie znoszę dyktatorów i systemów autorytarnych, trzeba przyznać, że z wzajemnością." - s. 76

Autor przedstawia go również jako osobę, która nie lubiła o sobie opowiadać. Genialna pamięć, z której zakamarków potrafił wydobywać imponujące ilości informacji sprzed wielu lat, dokładne daty, tematy rozmów, sprawiła że działał w ścisłej czołówce AK. Również w okresie komunizmu, nie tolerował tego, co działo się w państwie. W obozie koncentracyjnym, w którym przebywał doświadczył bestialstwa i zła i wyczulił się jeszcze bardziej na wszelkie przejawy totalitaryzmu. O samym pobycie w Auschwitz opowiadał niewiele, ale ogromnie dbał o to, by pamięć o tej straszliwej zbrodni i jej ofiarach nie zginęła. Potrafił jednak nawet żartować z tego, co przeraża, ale były to żarty zarezerwowane jedynie dla ludzi, którzy przeszli przez to piekło i nigdy nie ocierały się nawet o granicę niesmaku. Profesorem był z mądrości, studiów nie skończył, gdyż przeszkodziła mu w tym władza, a potem nie widział takiej konieczności. Jego mądrość sprawiła jednak, że wykładał na uniwersytecie. Szczególnie zaskoczyły mnie słowa, które pisał już jako młody, mający zaledwie 21 lat mężczyzna. Sam jednak przyznawał, że solidne podstawy mądrości i wychowania wyniósł z domu, a inteligencja i dobre wybory zrobiły resztę.



"Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach" to pełna humoru, optymizmu, ironii, ciętych ripost, ale i mądrości książka, która ukazuje profesora inaczej, niż pokazywały to media pod koniec jego życia. Czytelnik poznaje bowiem niezmordowanego, będącego stale w biegu, cechującego się wielką niespożytą energią, mądrością i troską o kraj człowieka. Rozgadanego intelektualistę, który nigdy nie miał problemu z wypowiadaniem się, rozładowywaniem sytuacji, załatwianiem spraw. Był przeciw wszelkim niesprawiedliwościom, nie dzielił ludzi na rasy, poglądy, narodowości. Widział porządnych ludzi i tych, których szanować ciężko. Innych zarażał energią i zadziwiał aktywnością zawodową oraz ostrym jak brzytwa umysłem. Nie lubił bezczynności i motywował do ciągłej troski i dbałości o życie, siebie, kraj. Książka Marka Zająca jest króciutka, zbyt krótka, bo porywa i nie wypuszcza. Usiadłam do niej wieczorem i przepadłam. Pochłaniałam łapczywie kolejne strony, odkrywając człowieka, którego pojmowałam przez pryzmat jedynie części informacji. Uśmiechałam się, podziwiałam ironię i riposty, zdumiewałam wypowiedziami. Każde wspomnienie nosi w sobie lekkość, szczyptę lub więcej optymizmu i mądrość. Pędziłam niemal jak dziki tapir przez kolejne rozdziały, by uświadomić sobie coś bardzo ważnego, warto wgłębić się w to, co pozostawił po sobie profesor Bartoszewski, wyrobić głębszą o nim opinię, pomyśleć o tym, co przekazywał. Co mnie zdumiało, że nawet cięższe tematy poruszone są w sposób, który nie ciąży, inteligentnie i bardzo przystępnie. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.




Marek Zając, Pędzę jak dziki tapir. Bartoszewski w 93 odsłonach, wyd. WAM, Kraków 2017.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Bóg wiecznie obecny - Piotr Durak "Świątynie wygnane"




"Ale najpierw było olśnienie. W tych wygnanych i smutnych świątyniach, uszkodzonych przez czas i wandali odnalazłem większą moc wiary, niż w większości aktywnych kościołów i katedr, w jakich miałem okazję bywać. Te świątynie, porzucone i biedne, obdarte z sacrum jak człowiek z bogactwa ziemskiego, wciąż jednak godne i szczere - budowane były przez ludzi, którzy często sami posiadali bardzo niewiele, utrzymywali się tylko z pracy własnych rąk. Stawiane były nie dla zysku, a z czystej miłości do Najwyższego i odłamek tej miłości pozostał w nich do dziś, a nawet - paradoksalnie, przez ten stan opuszczenia i ruiny stał się dla mnie głośniejszy, lepiej słyszalny. Był jak echo głosu wołającego na pustyni: wielka wiara, wielki ból i wezwanie o pomoc. Usłyszałem ten głos. Coś, czego nigdy nie doświadczyłem w betonowych, współczesnych nam kościołach (...)." - s. 19-20



Kiedy sięgnęłam po ten album wiedziałam, z czym będę miała do czynienia. Piotra znam już trochę lat jako człowieka  - wrażliwego, kolegę po fachu, fotografa, pisarza, podróżnika. Myślę jednak, że przede wszystkim to ktoś poszukujący. Taka niespokojna dusza, którą ciągle gdzieś niesie, na spotkanie przygody, samotności, natury, człowieka, być może samego siebie, a tutaj widać, że i Boga. Mało jest ludzi w dzisiejszym zwariowanym świecie wrośniętych w historię, sięgających do przeszłości, zainteresowanych żywo spuścizną poprzednich pokoleń po prostu dla samego siebie. To rzadkie w społeczeństwie, w którym ciągle brak nam czasu, chęci, w którym żyć znaczy mieć a nie być. Tym bardziej cenię takie osoby i ich inicjatywy. A zaczyna się różnie, czasem od wycieczki rowerowej zainspirowanej odczuciem przemijania jak u autora, czasem może od słowa, obrazu, dróg jest wiele. 



Pierwszy tom albumu "Świątynie wygnane" to owoc licznych wędrówek po opuszczonych cerkwiach, które rozpoczęły się w 2009 roku. Z tymi odkryciami bywało różnie, jak wspomina Piotr Durak. Czasem to bezproblemowe wejścia, nieraz pukanie od drzwi do drzwi w poszukiwaniu klucza, tłumaczenie się zdziwionym ludziom, po co i dlaczego, a czasami przedostawanie się całkiem innymi sposobami. Trzeba przyznać, że uporu autorowi nie brakło i dotarł do 76 świątyń, dokumentując ich stan oraz zarysowując historię i architekturę miejsc, które nikną z dnia na dzień. 

Z każdej strony publikacji wyłania się nostalgia, poczucie utraty czegoś ogromnie ważnego. Tęsknota za cichą modlitwą, która wypełniała ściany marniejących dziś świątyń. Tu czas się nie zatrzymał. Odeszło coś pięknego, pozostała pewna pustka i głęboka cisza. Swoiste wyczekiwanie na powrót spragnionych Boga wiernych. Z cerkwiami jest trochę jak z domem, zostaje w nich serce człowieka. Zostaje Pan, który w tej przejmującej samotności przemawia do człowieka, który być może zbłądzi w te miejsca. Choć opisy z reguły są dość encyklopedyczne, wyławiałam z nich perełki, gdy mogłam czytać o spokojnej nocy spędzonej na podłodze cerkwi, śnie pełnym wytchnienia pod Boską opieką, czy milczącej zadumie której towarzyszył wpadający przez dziurawy dach śnieg. Przyznam, że tego właśnie szukałam między architektonicznymi informacjami, tej nieuchwytnej relacji, jaka wyłania się z obcowania z sacrum, intensywnego sam na sam z Bogiem. Zatrzymania się i spotkania z tym, czego tak ogromnie brakuje na co dzień, kontemplacją.



Piotr Durak uparcie twierdzi, że nie jest artystą-fotografem. Ja niezłomnie odpowiadam, ideą zdjęcia jest widzenie i przekazywanie emocji, a to czytelnik znajdzie na każdej stronie. To nie tylko gra światła i cienia, powracanie do tych samych miejsc w różnych porach roku, świadomość tego, jak zrobić dobre zdjęcie, czy spędzanie godzin, by uchwycić odpowiednie światło. "Świątynie wygnane" to przede wszystkim pewien wyraz wędrówki, myślę, że również i duchowej. Tęsknoty za prostą i żarliwą wiarą, miejscem w którym czuć miłość. To widzenie głębiej i dalej niż się po prostu patrzy. I to widać, nie po kadrowaniu, czekaniu na odpowiednią sekundę, ale w samym zajęciu się tematem, pięknych detalach, emocjach towarzyszących fotografiom. Na ponad dwustu stronach odnaleźć można Boga czekającego na ludzi, jego domy popadające w zapomnienie, ale nadal przepełnione spokojem, ciszą, dobrą ludzką modlitwą, która choć już niepraktykowana w tych murach unosi się gdzieś wokół, przypominając o tym, że trzeba ratować te miejsca. Zdjęcia zawarte w albumie sprawiają, że chce się dotknąć tej rzeczywistości drgającej na pograniczu zmysłów, emocji, świata duchowego.



Kiedy patrzę na pozostałości po niektórych cerkwiach, zamknięte jeszcze możliwe do renowacji świątynie niemal natychmiast nasuwa mi się na myśl św. Franciszek odbudowujący kościółek San Damiano i jego wezwanie "Miłość nie jest kochana". Tu było nieco inaczej, jak zaznacza autor. Przesiedleni mieszkańcy zostawiali swoje miejsca modlitwy, wyrzucani z różnych powodów, stąd też i tytuł książki. Sama nie wiem, czy ten album to bardziej unikalna publikacja, dokument historyczny, głos wołający o uwagę dla tych niezwykłych miejsc, czy po prostu wyraz ludzkiej wrażliwości i duchowości, spotkania z sacrum, tym mocniejszego i bardziej emocjonalnego, że opuszczonego. A właściwie lepiej byłoby powiedzieć, że jest każdą z tych rzeczy, dla mnie jednak to bardzo emocjonalna książka, a na pewno taka, z którą trzeba się zapoznać. 



Za udostępnienie albumu serdecznie dziękuję Autorowi. 


Piotr Durak, Świątynie wygnane. Niszczejące cerkwie greckokatolickie w Polsce, t. 1, Oficyna Wydawnicza RuthenicArt, Krosno 2017.

Książka do kupienia TUTAJ.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z albumu "Świątynie wygnane" t. 1, udostępnione zostały za zgodą Autora. 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Chwila na medytację - Adam Boniecki MIC "Powroty z bezdroży. Notatki na marginesach Biblii"




z cyklu książki z duszą

"Co innego jednak iść własną drogą, a co innego zmylić kierunek. Któż z nas nie zmienił kierunku, bo uległ pokusie pięknych widoków, bo mu się wydało, że droga wiodąca nieco w bok będzie mniej męcząca albo że będzie wygodnym skrótem? Dopiero widząc, gdzieśmy zabrnęli, zaczynaliśmy pytać o kierunek. Historia naszej wiary to historia odejść z drogi i powrotów. Dla wierzącego Wielki Post powinien być czasem sprawdzenia kierunku i powrotu na właściwy szlak. Kierunek wskazuje nam Ewangelia: słowa i czyny Jezusa. Dlatego te zapiski zatytułowałem 'Powroty z bezdroży'." - s. 8

Zaczął się Wielki Tydzień, za oknem ciepło i słonecznie. Przyroda już obudzona, zielono, robi się cicho, choć wszyscy się gdzieś spieszą, pracują, zaczynają przedświąteczne porządki. Czuć jednak już zbliżającą się powagę dni i to tak charakterystyczne dla nich skupienie. Myjemy okna, pierzemy firanki, kupujemy produkty na świąteczne potrawy, sprzątamy, idziemy do spowiedzi i po raz kolejny zdumiewa nas Miłosierdzie Pana. Ja zapraszam do chwili refleksji wśród obowiązków, może wieczorem po Triduum a może wcześniej jeśli znajdziecie czas, bo książka, o której będę pisać jest piękna i skłania do zastanowienia się, a nadchodzący czas jest właśnie takim na zatrzymanie się, duchowe przeżycia, spotkanie z Chrystusem. 

Z autorem czytelnik przechodzi przez wszystkie niedziele Wielkiego Postu, by pochylać się nad Słowem Bożym. Zostaje postawiony przed zagadnieniem, jak w swojej wolności wykorzysta dane mu tygodnie, czy ulegnie pokusie, czy będzie to owocne przeżywanie przygotowania do najważniejszych świąt w chrześcijaństwie. Padają pytania, jak mówić o Bogu, Który wymyka się naszej logice, ludzkiemu pojmowaniu. Czym jest pustynia i co symbolizuje liczba 40, która ma wielkie znaczenie, bo wiąże się nie tylko z postem Pana, ale czasem, kiedy lud wybrany wędrował po pustyni, przez tyle dni ukazywał się Jezus uczniom po Zmartwychwstaniu. Zastanawia się nad próbą, przed którą Bóg postawił Abrahama, jednym z największych dylematów na kartach Pisma Świętego. Pokazuje mieszanie się świętości i niezwykłych wydarzeń z codziennością, gdy dochodzi do Przemienienia na górze Tabor. Reakcje uczniów, olśnienie, którego doznali, podobnie nieraz jak człowiek wierzący, gdy nagle uderza go prawda o czymś, co znał od dawna. Mówi o Bogu, Który JEST, tak różnym od nas, niepojętym, kochającym, Który czeka na owocowanie drzewa, nawrócenie, Który styka się z niewiarą ludzi, a trwa to od czasów Jezusa. Podkreśla odpowiedzialność człowieka za głoszenie Chrystusa, szczególnie zaś za to, co czynimy w Jego imię. Ogromnie w tym kontekście spodobało mi się wspomnienie Danuty Szaflarskiej o ks. Jerzym Popiełuszce i choćby tylko dla tego jednego fragmentu warto sięgnąć po tę książkę. Nie brak tu słów o urynkowieniu wiary, procederach zarabiania na niej, na co reagował już Jezus, wyrzucając kupców ze świątyni. Rozważania obejmują łatwość, z jaką człowiek wydaje sądy o innych, fałszywą tolerancję, zło które głośne i rzucające się w oczy, zakrywa ciche i piękne dobro. Ksiądz Boniecki snuje refleksje o przypowieści o synu marnotrawnym. W końcu pisze o bezinteresowności, miłości i zdradzie. Gubieniu się jak Piotr, jawnogrzesznica czy Judasz i łatwym osądzaniu ludzi. Miłości, z jaką Bóg podchodzi do grzesznika, tym piękniejszej, że nie wypomina ona, zrobiłeś to źle, przeproś, to warunek przebaczenia. Dochodzi tym samym do Wielkiej łaski, jaką Bóg pozostawił na ziemi czyli Eucharystii i Zmartwychwstaniu, które jest udziałem każdego człowieka. 

"Powroty z bezdroży. Notatki na marginesach Biblii" to owoc spotkań z grupą przyjaciół i wspólnego rozważania tekstów Biblijnych. To również żywe świadectwo głębokiego przeżywania wiary, ukazywania aktualności Ewangelii, co ciągle mnie zdumiewa i co staram się odkryć na nowo. Ujął mnie styl pisania ks. Bonieckiego, prosty, piękny, emocjonalny, ale tak w sam raz. Szukam odpowiedniego słowa, ale ciężko mi je znaleźć. To przemodlona i przeżyta przez Autora książka, delikatna, ale mocna w każdym słowie. Krótkie i ogromnie treściwe rozdziały to pisane sercem refleksje, może już nie notatki, bo są bardzo szczegółowe, konkretne, nie ma tu chaotyczności, którą cechują się prowadzone na marginesach zapiski (przynajmniej ja tak mam, że albo są to hasła wywoławcze, terminy, pytania, albo dłuższy tekst, który potem jeszcze na pewno wymaga korekty, to coś dla mnie, nie do publikacji) czy niejasności. Wszystko jest proste, uporządkowane, pomocne i idealne do czytania nawet przy niewielkiej ilości czasu na lekturę. Nowa książka byłego redaktora Tygodnika Powszechnego to idealna lektura na zakończenie Wielkiego Postu, ale jednocześnie pozycja do której trzeba wracać, pomyśleć, odnieść do życia. Ja ze swojej strony serdecznie polecam, naprawdę warto.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Adam Boniecki MIC, Powroty z bezdroży. Notatki na marginesach Biblii, wyd. WAM, Kraków 2017.

piątek, 7 kwietnia 2017

Życie wiarą - Leon Knabit OSB "Przestań narzekać. Zacznij żyć"




z cyklu książki z duszą


"Święty Grzegorz, który to zdarzenie opisał, zwraca uwagę na to, że miłość człowieka, który nas w tej chwili naprawdę potrzebuje, jest ważniejsza od ludzkich przepisów, choćby takich, jak powinność mnicha, by starał się spędzać noc w klasztorze.Warto pomyśleć, czy trzymamy się przepisów naszej wiary, a jeśli już się trzymamy, czy czasem nie czynimy tego bezdusznie, nie licząc się z wymaganiami miłości bliźniego." - s. 48

Najbardziej ze spotkania z Ojcem Leonem na Krakowskich Targach Książki pamiętam kilka rzeczy. Po pierwsze spędzał z każdym chętnym chwilę na rozmowie i był autentycznie zainteresowany człowiekiem naprzeciw. Po drugie uśmiechnięty i bardzo miły. Po trzecie Ojciec Leon zapytał mnie, co robię i powiedział jedno zdanie "Bądź dobra dla klientów". I po tym już wiedziałam, że mam do czynienia z człowiekiem głęboko wierzącym, oddanym Bogu i dbającym o bliźniego. I to zdanie chodzi za mną od tego czasu, jest takim przypomnieniem, żeby nawet mając gorszy dzień i tak się uśmiechnąć do kogoś.

Nowe książki Benedyktyna z Tyńca urzekły mnie już samym tytułem, takim na przekór naszej polskiej specjalności czyli narzekaniu. Podczytywałam je przy kawie, wieczorami i w wolnym czasie w ciągu dnia i dawały mi do myślenia. Autor w felietonach porusza wiele spraw związanych z parafią, równocześnie odnoszących się do każdego czytelnika. Zastanawia się nad brakiem powołań, odchodzeniem z Kościoła młodzieży po bierzmowaniu, zanikaniem wielu tradycji. Przybliża sylwetki świętych jak choćby św. Perpetua i Felicyta, znane mi z litanii do Wszystkich Świętych czy Scholastyka, która potrafiła zatrzymać przy sobie św. Benedykta, omawia różne uroczystości, wspomina o nabożeństwach, dekalogu, wraz z Nim przechodzimy przez cały rok liturgiczny i wiele życiowych rozterek. Czytając ma się wrażenie, że dzieli się swoimi refleksjami niemal na bieżąco. Z namysłem, ale i dosadnie Ojciec Leon pisze o rzeczywistości duchowej. Nie boi się odważnie mówić o dzisiejszym podejściu, które trzeba zweryfikować, o mentalności odstającej od chrześcijaństwa, targowaniu się o własne sumienie. Wspomina czasy, gdy religijność była żywsza, ludzie chętniej uczęszczali na nabożeństwa, włączali się w życie Kościoła. To swoista polemika ze współczesnym luźnym stylem bycia, w którym nie mamy czasu zabiegani za zarobkiem, przyjemnościami, w którym nagina się zasady, bo przecież wszyscy tak robią i niemal tworzy religię po swojemu. 

Tymczasem z kart "Przestań narzekać. Zacznij żyć" płynie bardzo prosty komunikat, spójrz jakie jest naprawdę twoje życie? Czy nie robisz wszystkiego, by znaleźć się nad przepaścią? Z kim trzymasz? Czy wiara jest dla ciebie ważna? Autor zwraca wielką uwagę na rolę Eucharystii w życiu człowieka oraz postępowania zgodnie z zasadami ewangelicznymi. Wielokrotnie wspomina również Jana Pawła II i jego przywiązanie do Tyńca. Wydana w dwóch tomach książka to świetna pozycja dla zabieganych, którzy przy kawie mogą spokojnie przeczytać felieton i pozostawić go do rozważenia podczas dnia. Sama tak robię z krótkimi tekstami i powiem, że to świetna praktyka, bo zawsze znajdzie się kilka minut na przypomnienie sobie tekstu i wysnucie wniosków, a potem jakoś łatwiej sięgnąć po Pismo Święte, wejść na adorację, czy pójść na nabożeństwo lub Mszę Świętą w dzień powszedni. Ojciec Leon zwraca bowiem uwagę nie na tytaniczny wysiłek, ale proste codzienne czynności, wprowadzenie w życie pewnych tradycji, trwanie przy nakazach religijnych. Ważne, by nie rozmywać wiary o współczesne luźne standardy tyczące się wszystkiego, ale postępować z głową i zbliżać się do Boga. Co bardzo mi się podobało to fakt, że język Autora jest z jednej strony bardzo prosty, ale ma też w sobie coś ze stylu który często słyszałam z ambony będąc dzieckiem i z którym zetknęłam się w starszych książkach. Nic w tym dziwnego, Ojciec Leon w końcu został zakonnikiem, gdy tak właśnie nauczano i to jest dla mnie nostalgiczne, przypomina dzieciństwo. Jednocześnie ujmuje mnie nieraz twarde postawienie sprawy, bo przecież nasza mowa ma brzmieć "tak, tak, nie, nie". Nie brak tu pogody ducha Benedyktyna, gdyż jest ona nieodłączną częścią osoby Autora, ale jest również powaga w mówieniu o najważniejszych rzeczach i wielka miłość i troska o Kościół, którą bardzo mocno czuć oraz poszanowanie i miłość do bliźniego.  

Jeśli szukacie książki, która da wam do myślenia, będzie pisana z autentyczną troską, da się czytać przy kawie, gdy w czasie doby brakuje czasu na dłuższą lekturę, w końcu jeśli chcecie zatrzymać się i pomyśleć, co mogę poprawić, to lektura zdecydowanie dla was. Nie ma tu bowiem marudzenia, wytykania palcami, jest refleksja nad tym, czego unikać, a co naśladować i prosta recepta, nie narzekaj, żyj z głową i sercem. 

Za egzemplarze recenzenckie serdecznie dziękuję Ojcu Leonowi Knabitowi i Wydawnictwu Benedyktynów Tyniec.



Leon Knabit OSB, Przestań narzekać. Zacznij żyć, cz. 1 i 2, Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2017.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Złap się za Słowo - dzień osiemdziesiąty szósty - dziewięćdziesiąty drugi




Zaczął się ostatni tydzień marca. Czas szybko ucieka, kończy się powoli Wielki Post. Za oknem coraz częściej świeci słońce, zrobiło się ciepło, pojawiły fiołki, przyroda budzi się do życia, coraz więcej zieleni dookoła. Jest cudownie <3

dzień osiemdziesiąty szósty


Jezus wyrzuca z opętanego złego ducha, wcześniej jednak pyta go jak ten ma na imię. Okazuje się, że to Legion ponieważ jest ich wielu. Zły prosi Pana, by nie wyganiał ich z okolicy.

Legion to jednostka taktyczna, która składała się z ok. 5000-6000 żołnierzy. Jeśli zatem przełożymy to na zniewolonego człowieka, wydaje się to naprawdę przerażające. Tak wiele złych duchów w jednej osobie. Nie dziwi zatem cierpienie i fakt, że żadne więzy nie pomagały. Strach myśleć, co działo się w tej osobie. 

Czasami coś, co wydaje się niewinne przylega na naszego stylu życia. Drobne, z pozoru nieistotne przyzwyczajenia, malutkie kłamstewka, delikatne naginanie praw. To wszystko rośnie coraz bardziej i sprawia, że przypominamy człowieka z Ewangelii. Tłamszą nas nie wielkie rzeczy czy rzecz, ale duża liczba niby delikatnych spraw. Powoli zatracamy wolność, nieraz tego nie zauważając. Warto zatrzymać się, popatrzeć na życie z dystansu i zobaczyć, czy gdzieś nie zatraca się moja relacja z Panem i moja wolność. 


dzień osiemdziesiąty siódmy


Legion prosi Chrystusa, by mógł wejść w pasące się świnie, na co Nauczyciel wyraża zgodę. 

Zawsze zastanawiał mnie ten fragment, czemu świnie, o co chodziło. W komentarzu do tego fragmentu znalazłam informację, że przyzwalając na opętanie świń Jezus sprawił, że złe duchy nie wchodziły już więcej w ludzi. Pozostały w zwierzętach. 

Nurtuje pytanie, dlaczego Bóg pozwala na opętania. Przecież nie zapomina o swoich dzieciach. Nie robi jednak niczego na siłę, szanując wolną wolę człowieka. Zło wchodzi w życie każdą możliwą drogą, czasami w wielkich rzeczach, ale zwykle w malutkich, cicho, podstępnie, niezauważenie. Zwodzi, że przecież nic złego się nie dzieje, że to dla dobra człowieka, jego szczęścia i dajemy się nabrać na takie podszepty. Jak mówił O. Adam Szustak, jeśli usłyszelibyśmy, co naprawdę się stanie, że coś nam zaszkodzi, będziemy przez to cierpieć, to kto by się dał namówić? Każdy pragnie przecież szczęścia, a jednak wybiera złe drogi, brnie w bagno i czasami jest już tak głęboko, że dochodzi do zniewolenia. Co ochrania? Przede wszystkim spowiedź i czynne uczestnictwo w Eucharystii. Wtedy trudniej kogoś oszukać, bo człowiek zapatrzony w Chrystusa jest czujny, silny, nie daje się. 


dzień osiemdziesiąty ósmy


Duchy wchodzą w świnie, te zaś natychmiast ruszają przed siebie i spadają z urwiska do jeziora. Widząc to pasterze uciekają przerażeni i opowiadają w mieście i okolicznych domach, co się stało. 

Nie dziwię się pasterzom też wiałabym na ich miejscu. Zwierzęta, które stały się opętane chyba normalnie, instynktownie czując, że zaszło coś złego, zaczęły biec. Zdezorientowane, przestraszone, być może chciały uciec przed tym, co poczuły. Skończyły jednak topiąc się w jeziorze. Zło w tym obrazie jest bardzo mocne. Świnie traktowane jako nieczyste przez Żydów lądują w jeziorze, które przecież jest siedliskiem zła. Sugestywne, prawda? 

Czasami wydaje nam się, że świat jest zły. Wojny, ludzka chciwość, nienawiść, zawiść, wyzysk. Rzeczywistość jawi się w ciemnych barwach, ale jest przecież Bóg, który wyrywa nas z tego. Pochyla się z miłością i pozwala zacząć od nowa. W pracy zauważyłam jedną rzecz, gdy jest ciężko, pojawiają się problemy, ktoś nakrzyczy, słowem dzień nie należy do najlepszych, może się zdarzyć jakiś drobiazg, który wszystko zmieni. Pamiętam pewien zimowy dzień, byłam zmęczona, przed chwilą sprawa była dość nerwowa i podchodzi do mnie klient i od razu padają słowa "Dzień dobry, jaki pani ma ładny kolor włosów, taki ciepły, a na polu biało i zimno". Zatkało mnie. Ja tu normalne dzień dobry, a ten człowiek do mnie od razu z uśmiechem i ciepłem. Popatrzyłam na mężczyznę, uśmiechnęłam się, podziękowałam i zrobiło się jakoś jaśniej, lepiej. Powiem wam, że zło jest duże, krzykliwe, hałaśliwe, wredne, rzuca się w oczy. Ale ja kocham te drobiazgi, cudowne perełki dnia, które sprawiają, że inaczej patrzy się na człowieka i rzeczywistość. Na pewno ten pan nie czyta mojego bloga, ale jeśli jakimś cudem, by tu trafił, to pewna rzeszowianka dziękuje za piękny gest, który poprawił jej dzień :). Także dajcie się ponieść miłości, radości, życzliwości. Szczególna prośba, jeśli jesteście w sklepie, uśmiechnijcie się do sprzedawcy, życzcie miłego dnia, sama to praktykuję i widzę, że tego potrzeba tym wszystkim pracownikom, bo nie mają łatwo, a cudownie widzieć uśmiech na ich twarzach <3. 


dzień osiemdziesiąty dziewiąty


Do Jezusa przychodzą ludzie z okolicy. Widzą uzdrowionego człowieka, który był opętany i przerażeni proszą Pana o to, by odszedł. 

Moc Chrystusa wywołuje niepokój. Przybyli nie wiedzą, kim jest ani skąd pochodzi Jego moc. Nie pragną się dowiedzieć, nie pytają. Ostrożni proszą, by Nauczyciel odszedł, bo według nich pewnie stwarzał zagrożenie. Strach urazić człowieka, który potrafi uwolnić opętanego. Jest coś w ludzkiej naturze, że nawet piękne i dobre rzeczy, których nie umiemy pojąć są dla nas w jakiś sposób przerażające. 

Czy mam się bać Boga? Nie. Stwórca nie pragnie lęku, ale miłości i właśnie z tego powodu, że mogłabym Go zranić, może wynikać pewien niepokój, a właściwie to jedynie lampka z tyłu głowy, że nie powinnam tak robić. Nigdy nie chce się ranić, kogoś kogo się kocha. A jedna zdarza się to, prawda? Nieraz dość często. Nie rozumiem i nigdy nie pojmę, Kim jest Bóg, mam za mały rozumek i tak jest, że wobec nieskończoności Pana jesteśmy jak Kubuś Puchatek i to jest całkiem normalne i dobre. Kiedy jednak widzę piękno świata, ludzi, którzy po prostu urzekają, gdy zdumiewa mnie najmniejszy dobry odruch, czuję, że nie mogę bać się Tego, Który mnie stworzył. Nie powinnam. "Kocham, więc nie muszę się bać" :), nawet jak nie rozumiem. 


dzień dziewięćdziesiąty


Uzdrowiony chce iść za Jezusem, prosi Go, by mógł przy Nim zostać. Pan jednak nakazuje mu iść do domu i mówić o tym, co Bóg dla niego uczynił. Posłuszny tym słowom człowiek wraca do siebie i opowiada o łasce, która go spotkała. 

Dlaczego mężczyzna musiał odejść? Może z tego powodu, że jego pobratymcy bali się Jezusa a jego wysłuchają? Innym powodem mogło być to, że nie był on Żydem, zatem nie nadawał się jeszcze na ucznia Chrystusa. Warto przypomnieć sobie problemy z nauczaniem wśród pogan, jakie przeżywał św. Paweł. Słowem nie był to jeszcze moment na wprowadzanie tak monumentalnych zmian. 

Zdarza mi się chcieć wszystkiego od razu. Zaczynam i czekam na wielkie efekty, a przecież trzeba się natrudzić, często poszerzyć wiedzę, wypróbować kilka dróg. Planować, weryfikować postępy lub ich brak. Nieraz rzucam się z motyką na słońce jak ów człowiek, zamiast szukać swojej drogi. To może być nieco frustrujące, ale przecież Bóg wie lepiej, którędy powinnam iść. O. Adam Szustak zachęca do znalezienia siebie, swojej właściwości a nie podążania drogami innych, warto o tym pamiętać.


dzień dziewięćdziesiąty pierwszy


Mistrz przeprawia się na drugą stronę jeziora. Tam czeka już na niego tłum a w nim Jair, jeden z przełożonych synagogi. 

Ci, którzy widzieli cuda niestrudzenie podążają za Nauczycielem. Pojawiają się także nowi ludzie. Opowieści o dziełach Jezusa musiały krążyć wśród ludu i pobudzać ciekawość i wyobraźnię. Pragnienie zobaczenia cudu, doświadczenia czegoś niesamowitego, nauczenia się czegoś nowego, to kierowało ludzi do Mistrza. Łaska rozlewała się a przypowieści sprawiały, że Królestwo Niebieskie przybliżało się. 

Są takie dni, kiedy wstaję i pragnę od razu uśmiechnąć się, podziękować Panu za spokojną noc, powiedzieć, fajnie że zaczął się nowy dzień i właśnie dziś chcę uśmiechać się i być dla ludzi. Jestem jak Jair, który wychodzi do Jezusa. Innym razem jedyne o czym marzę to kubek kawy, żebym się przebudziła a przy nim podczytuję sobie #jeszcze5minutek i wtedy cały dzień jak mam wolne chwile mogę wracać do przeczytanych słów. Co ogromnie mi się podoba, to fakt, że rozdziały w tej książce są krótkie i faktycznie można je przeczytać przy kawie i śniadaniu i dobrze rozpocząć dzień. A zatem, bez narzekania, wstań, wypij kawę lub nie, powiedz Bogu kilka dobrych rzeczy i ruszaj z Nim w nowy dzień :).


dzień dziewięćdziesiąty drugi


Gdy tylko Jair dostrzegł Pana, padł mu do stóp i błagał, by położył ręce na jego dogorywającej córeczce. Mężczyzna wierzył, że dzięki temu jego dziecko ozdrowieje. 

Czekanie przełożonego synagogi nie było bierne, on wypatrywał Chrystusa. Pragnął odnaleźć go jak najszybciej, by móc uratować swoje dziecko. Był zapewne niecierpliwy, ale i rozważny. 

Ks. Jan Kaczkowski pisał, by rozmawiać z Bogiem, prowadzić dialog, a nawet spierać się. Szukać odpowiedzi, nie zapominając, że trzeba wsłuchiwać się w to, co Bóg ma do powiedzenia, a nie chcieć potwierdzenia własnych wniosków. Czasem Pan pewnie zgodzi się z tym, co nam się wydaje, jeśli to dobra odpowiedź, innym razem zaskoczy nas tym, na co byśmy nie wpadli. Pewnie, że będą sytuacje, gdy będziemy burzyć się przeciw temu, co usłyszymy, bo człowiek ma tendencję do dochodzenia do wniosku, że wie lepiej. Nie wie i ta świadomość, choć trudna i boli, powinna być zaakceptowana. Rozmawiaj z Bogiem, ale szczerze, otwarcie, nie uciekaj, nie rób tak jak być może Cię uczono, że grzecznie dziękujesz za dobro i uparcie milczysz o tym, co boli. Czy przed Bogiem można się skarżyć? Myślę, że tak, bo przecież zna moje serce. Wie, że są sprawy, które bolą, wkurzają, gryzą. Czy o takich rzeczach nie rozmawia się z kimś, kogo się kocha? Czy nawet nie spiera się o to? Zdarza się nam być takim pluszowym misiem dla Boga. Leżeć gdzieś w kącie, gdy jesteśmy już trochę poszarpani, zabrudzeni a wychodzić, kiedy uszkodzenia się naprawi a brud spierze. A Bóg chce nas takimi, jakimi jesteśmy, z całym bagażem, raną, niepewnością, z naszym poirytowaniem, radością, szczęściem, nadzieją i miłością. Pragnie nas prawdziwych do bólu. 



sobota, 1 kwietnia 2017

Podsumowanie marca 2017




Nawet nie mam pojęcia, kiedy minął mi marzec, ale stało się. Czytelniczo było średnio, jednak zważywszy na problemy ze zdrowiem i komputerem i tak nie mam, co narzekać. Przyszła do mnie cała góra książek, które są po prostu przecudowne <3. Zatem zapraszam :)



Recenzje:

1. Robert Małecki "Najgorsze dopiero nadejdzie" - zaczęłam mocno, bo książka jest wciągająca, porażająca a autor stale ma asa w rękawie, czekam niecierpliwie na dalszy ciąg <3

2. Eugeniusz Zamiatin "My" - pierwsza antyutopia, która jest mniej znana niż "Rok 1984" czy "Nowy wspaniały świat", a przecież wszystko zaczęło się od niej. Chaotyczna, wysublimowana i sterylna.

3. Zbigniew Leśnicki "Kraków. Historie, anegdoty i plotki" - świetne uzupełnienie przewodników i kulturowy smaczek o jednym z najstarszych miast Polski. 

4. Adam Szustak OP "Garnek strachu. Droga do dojrzałości. Lekcje Gedeona" - pozycja, która mną wstrząsnęła, kazała mi stanąć i myśleć nad życiem. 

5. Kerry Drewery "Cela 7" - młodzieżówka, która ma w sobie to, co ogromnie lubię - wizję świata, który trzeba naprawić, bohatera takiego całkiem normalnego jak czytelnik i co najważniejsze nie jest wtórna, ale zachęca pomysłem i wykonaniem.

Na blogu pojawiło się:





Poza zrecenzowanymi książkami:

- przeczytałam "Magię słów" Joanny Wryczy-Bekier
- nadal podczytuję "Lolitę" Nabokova
- czytam "Bóg w wielkim mieście" Katarzyny Olubińskiej i "Powieść (anty)feministyczna z mięsem w tle" Poli Styx
- przesłuchałam "Kato-botoks" Szymona Hołowni

Nowe książki u mnie:


Od Wydawnictwa WAM otrzymałam ogromną paczkę wypełnioną dobrem <3, za którą serdecznie dziękuję <3



- Katarzyna Olubińska "Bóg w wielkim mieście"
- Grzegorz Kramer SJ "Bóg jest dobry... I dam się za to zabić"
- Adam Boniecki MIC "Powroty z bezdroży. Notatki na marginesach Biblii"
- ks. Jan Kaczkowski, Katarzyna Szkarpetowska "Dekalog księdza Jana Kaczkowskiego"
- Richard Rohr "Nieśmiertelny diament. W poszukiwaniu prawdziwego ja"
- ks. Mirosław Maliński "Zatrzymaj się albo giń"
- Tomasz Nowak OP, Tomasz Gaj OP "Mirra i pomarańcze"
- "Miłość. Mądrość świętych kobiet" pod. red. Klaudii Adamus

Od Wydawnictwa Czwarta Strona otrzymałam dwie perełki <3 dziękuję 



- Natalia Sońska "Kropla zazdrości, morze miłości"
- Remigiusz Mróz "Inwigilacja"

Od Wydawnictwa Młody Book otrzymałam młodzieżówkę, za którą bardzo dziękuję



- Kerry Drewery "Cela 7"

Od Wydawnictwa Poczytne.pl otrzymałam dwie ciekawe pozycje, za które dziękuję :)



- Pola Styx "Powieść (anty)feministyczna z mięsem w tle"
- Łucja Brzozowska "Zadziwiające losy wyrazów. Zbiór felietonów"


Pod koniec miesiąca dotarły do mnie dwie książki od O. Leona Knabita, za które serdecznie dziękuję :)



- Leon Knabit OSB "Przestań narzekać, zacznij żyć" cz. 1 i 2


Moje zakupy :)



- A. Scott Berg "Geniusz"
- Adam Szustak OP "Plaster miodu"
- Adam Szustak OP "Góra obietnic"
- Matthew Syed "Metoda czarnej skrzynki"



A Wam jaki minął marzec?