sobota, 31 stycznia 2015

Naznaczony – Martin Sixsmith „Tajemnica Filomeny”


Są rzeczy, które zawsze będą budzić oburzenie. Sytuacje, które niszczą człowieka i zmieniają go na stałe. Trudno czytać o ludzkich dramatach, szczególnie gdy brakuje happy endu…



„- Proszę zwrócić uwagę na niezbite dowody, że matki, które pozwalają sobie na urodzenie takich dzieci, to w większości niereformowalne grzesznice z ogromnymi deficytami moralnymi. Jak wynika z badań, potomstwo upadłych kobiet jest skazane na rozmaite wynaturzenia. Zostało to potwierdzone naukowo. Ich dzieci są skazane na cierpienie i porażkę. Wsparcie finansowe ani społeczne, które pan proponuje, tego nie zmieni, dopóki dusze matek trawi grzech. Upadłe kobiety nie są zdolne zaopiekować się swoimi dziećmi. Zostawienie ich razem byłoby okrucieństwem zarówno dla matki, jak i dziecka” (s.44). 


   Wszystko zaczyna się w pewien świąteczny wieczór, gdy kobieta nie wytrzymuje i wyznaje swojej rodzinie sekret, który skrzętnie ukrywała przez wiele lat. Od tego czasu rozpoczyna się podróż w towarzystwie dziennikarza Martina Sixsmitha, który ma pomóc jej w rozwikłaniu przeszłości. A wierzcie mi przyłoży się do tego zadania z całą starannością.
   Wieczór, zabawa, Filomena Lee pozwala sobie na chwilę zapomnienia. Jest młoda, pragnie miłości, popełnia błąd… Kiedy okazuje się, że jest w ciąży rodzina odsyła ją do Roscrea do klasztoru, gdzie rodzice ukrywają swoje zhańbione córki. Dziewczęta są niejako wyklęte i pozostawione samym sobie. Nikt ich nie odwiedza, nie interesuje się ich losem. Siostry zapewniają im pracę, która ma pomóc spłacić dług za pobyt w klasztorze i być pokutą za grzech nieczystości. Praca jest ciężka, poród trudny, a najgorsze dopiero przed nimi…, gdyż każda z dziewcząt zmuszana jest do zrzeczenia się praw rodzicielskich i jakiegokolwiek prawa do poszukiwania swojego dziecka. Kobiety, które trafiają do klasztoru wychowują swoje pociechy przez krótki czas, a następnie przeżywają największy koszmar, jaki może spotkać matkę. Na ich oczach dzieci są sprzedawane zagranicę, odbierane mimo protestów. Adopcja na siłę, w której matka nie ma nic do powiedzenia, bo nawet prawo pożegnania się z dzieckiem zostało jej odebrane. A wszystko to w milczącym przyzwoleniu otoczenia.
Zarówno Filomena jak i jej przyjaciółka tracą dzieci. Mały Anthony, który w surowym środowisku zakonnym był otoczony miłością i łagodnością wraz ze swoją przyjaciółką Mary zostają adoptowani przez amerykańską rodzinę. Mają dobre życie, Anthony, któremu zmieniono imię na Michael zostaje znanym prawnikiem a następnie ważną osobistością w rządzie George’a Bush’a Seniora. Jego życie jednak tylko na pozór wydaje się wspaniałe. 
  „Tajemnica Filomeny” w niewielkim stopniu opowiada o tytułowej bohaterce i jej zmaganiach z odnalezieniem utraconego dziecka, w większości poświęcona jest osobie jej syna. To właśnie Anthony Lee – Michael Hess wysuwa się na pierwszy plan. Autor dokładnie odmalowuje portret kochanego dziecka wychowywanego przez matkę i zakonnice, potem przybranego syna państwa Hess, wreszcie człowieka sukcesu szukającego swojej tożsamości. Towarzyszący mu nieustannie przymus udowadniania, że musi być najlepszy, nie może sprawiać najmniejszych problemów, gdyż znów zostanie oddany, pozbawiony miłości, na zawsze naznaczają jego życie. Najpierw chłopiec, a następnie mężczyzna zmaga się z kompleksem niższości, poczuciem odmienności, własną seksualnością. Żyje w poczuciu winy i strachu. Tłumiony przez lata gniew, w końcu wybucha ze zdwojoną siłą, prowadząc do zachowań autodestrukcyjnych. Na przykładzie życia bohatera doskonale widać, jakim bagażem emocjonalnym może być obciążone dziecko, które zostało porzucone przez swoją matkę, dziecko któremu nikt nie wyjaśnił, prawdziwych powodów adopcji. 
  Kolejnym tematem jest podejście do adopcji i posiadania przez kobiety samotne dzieci w Irlandii. Dziwi mnie, że ludzie, którzy mówią o miłosierdziu tak ostro traktowali dziewczęta, które popełniły grzech rozwiązłości. Nieczułość siostry Barbary i Hildegardy, wysyłanie dzieci za granicę, uniemożliwianie kontaktu i odnalezienia się rodzin oraz odmowa podania jakichkolwiek informacji nawet w obliczu śmierci były dla mnie szokiem. Dodać należy, że Filomena sprawiedliwie przyznaje, że nie wszystkie siostry były takie jak wymienione wyżej zakonnice. Niektóre wspomina jako naprawdę wspaniałe i ciepłe jak np. s. Anuncjata. Sam zaś proceder adopcji budził wątpliwości władz świeckich, które starały się zmienić istniejące prawo. Zatrważającymi mogę nazwać praktyki rozdzielania matek z dziećmi bez pożegnania, wymuszania zgody na adopcję, zastraszania kobiet, które żyły z piętnem hańby, a następnie niszczenia dokumentów i utrudniania odnajdywania się rodzinom, dlatego ciężko mi przyjąć wyjaśnienia, że to wszystko dla dobra potomstwa. 
   Książka Martina Sixsmitha to próba ukazania historii człowieka, który odniósł sukces, ale przez całe życie był nieszczęśliwy, szukał wypełnienia pustki, odpowiedzi na najważniejsze pytanie, dlaczego ktoś, kto powinien mnie kochać, oddał mnie obcym ludziom. Dlaczego nie walczył, choć Anthonemu zawsze towarzyszyło poczucie, że matka stara się go odnaleźć. Narzucona przez siebie rygorystyczna dyscyplina nakręcana paraliżującym strachem przed ponownym odtrąceniem, sprawiła, że odpychał od siebie ludzi, którym na nim zależało, że odrzucał to, czego najbardziej pragnął – miłość i akceptację. Złożoność tego człowieka, prowadzącego podwójne życie Irlandczyka-Amerykanina, kochanego syna i porzuconego dziecka, człowieka sukcesu i zalęknionego perfekcjonisty a w końcu republikanina i geja, naznaczyła jego życie dość mocno. Powiem szczerze, że czytając tę historię, żal mi było Michaela, który wytrwale brnął ku autodestrukcji i często chyba sam nie wiedział, kim tak naprawdę jest. 
  Napisana prostym językiem, na szczęście nie z perspektywy oburzonego obywatela czy przepełnionego gniewem i niechęcią dziennikarza, ale dość obiektywnego obserwatora opowieść, stanowi ciekawą lekturę o czasach i wydarzeniach, o których może nie wszyscy słyszeli. To także relacja o tym, jak bardzo przeżywamy pewne wydarzenia, bez względu na wiek. O tym, że powinniśmy reagować na to, co się dzieje obok nas, gdyż „Aby zło zatriumfowało, potrzebna jest tylko bierność dobrych ludzi” (s. 399-400).


Martin Sixsmith, Tajemnica Filomeny, przeł. Magdalena Rychlik, wyd. I, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.


czwartek, 29 stycznia 2015

Odnalezione dusze – Gayle Forman „Wróć, jeśli pamiętasz”




„Nie widziałam cię już od miesiąca.

I nic. Jestem może bledsza, 
trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
lecz widać można żyć bez powietrza!”

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska „Pocałunki




„-Nie mogę tak dłużej!

   Wrzeszczę do fal, do Liz, Fitzy’ego, Mike’a i Aldousa, do szefostwa naszej wytwórni, do Bryn i Vanessy, do paparazzi i dziewczyn w bluzach Uniwersytetu Michigan, do fanów w metrze i każdego, kto chce wyszarpać kawałek mnie, chociaż dla wszystkich nie starczy. Ale przede wszystkim wrzeszczę do siebie”.



   Byłam ciekawa tej książki. Autorka urwała wszystko wraz z ocknięciem się Mii. Dziewczyna wróciła do żywych i puff…, czekajcie na drugą część książki. Więc czekałam, zaglądają na zagraniczne strony, z których co nieco się dowiedziałam. Gdy zatem „Wróć, jeśli pamiętasz” pojawiło się na naszym rynku, zrobiłam małe zakupy i czekałam na przesyłkę, by poznać kontynuację losów Adama i Mii.


„chciałbym cię zobaczyć raz jeszcze
(…)
chciałbym przeżyć jeszcze jedno
lub nawet dwa życia
żeby móc cię zobaczyć

i tamten ból
który mnie wyniósł
na rozżarzony piasek

i tamten deszcz 
kwietniowej niepogody
(…)”

Halina Poświatowska „***chciałbym cię zobaczy raz jeszcze

   Od wydarzeń, którymi zakończyło się „Zostań, jeśli kochasz” upłynęło trzy lata. Długi czas niełatwy zarówno dla głównej bohaterki, jak i jej ukochanego. Męcząca rehabilitacja, zmaganie się z własnymi słabościami, usilne pragnienie powrotu do normalności, codzienna walka z bólem fizycznym i psychicznym oraz pustką po wypadku, stały się zwyczajowym rozkładem dnia młodej wiolonczelistki. Wydawać by się mogło, że dzięki wsparciu najbliższych wszystko pójdzie łatwiej, będzie okupione mniejszym bólem, ale z pewnymi problemami i uczuciami człowiek musi poradzić sobie sam, bez względu na to, jak kochających i wspierających ludzi ma obok. 
   Mia robi wszystko, by wyzdrowieć i zacząć naukę w Julliard. Adam stara się być pomocny, ale nie zawsze mu to wychodzi. Towarzyszenie komuś po takich przeżyciach to ciężki kawałek chleba, zwłaszcza, że nie wiadomo, co dzieje się w umyśle najbliższej osoby. Czas mija i ukochana w końcu wraca do siebie i wyjeżdża do wymarzonej szkoły. Rozpoczyna się kolejny rozdział ich historii, rozdział którego Adam się nie spodziewał…


„więc jesteś jesteś jesteś
daj niech sprawdzę
niech dotknę raz jeszcze dłonią i ustami
niech w oczy spojrzę chociaż najmniej wierzę
oślepłym ze zdumienia oczom
(…)

Halina Poświatowska „***więc jesteś jesteś jesteś


   Adam jest wielkiej sławy rockmanem, Mia stoi u progu światowej kariery. Mieszkają z dala od siebie, nie utrzymują kontaktów. Żyją tak, jakby przeszłość nigdy się nie wydarzyła. Kiedy jednak wyczerpany idol nastolatek robi aferę podczas wywiadu i na uspokojenie dostaje jeden wolny wieczór przed wyruszeniem w trasę, nie wie, że ten czas odmieni jego życie. Przez przypadek trafia na koncert dawnej miłości. Chce po prostu posłuchać muzyki, odnaleźć coś znajomego, jakiś okruch przeszłości. Nie podejrzewa nawet, że to tylko preludium do trudnej nocy, podczas której będzie wraz z Mią przemierzał ulice Nowego Jorku i meandry przeszłości, próbując znaleźć odpowiedzi na nurtujące go od lat pytania. 
   Niepozorna wyprawa przez miasto, które nigdy nie śpi, stanie się okazją do wyjaśnienia minionych wydarzeń, zamknięcia pewnego rozdziału, rozpoczęcia nowego życia. Czy można wybaczyć komuś, kto odchodzi bez słowa i po prostu zacząć od nowa? Mając za przewodnika Mię, Adam będzie starał się poradzić sobie z nagromadzonymi przez lata emocjami, lękami, pytaniami. 


„jeszcze głos twój usłyszeć chcę
zapachem się zaciągnąć 
pojąć cię raz i na zawsze wszystkimi zmysłami
i nigdy nie zrozumieć i ciągle na nowo
dochodzić prawdy pocałunkami.” 

Halina Poświatowska „***więc jesteś jesteś jesteś


   „Wróć, jeśli pamiętasz” wstrząsnęło mną. W pierwszej części autorka przedstawiła historię w większej części z perspektywy Mii. Tym razem to Adam relacjonuje wydarzenia bieżące oraz przeszłość. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest to już ten sam chłopak. Z pewnego siebie, zabawnego, wyluzowanego, pragnącego intensywnie żyć i osiągać sukcesy rockmana nic nie zostało. Adam, jakiego poznajemy w kontynuacji „Zostań, jeśli kochasz” to wypalony, bezbronny, pełen gniewu, żalu i lęku chłopiec. Muzyka nie sprawia mu przyjemności, sprawy zawodowe tylko na pierwszy rzut oka wyglądają różowo. Ataki paniki, ból który nosi w sobie od czasu porzucenia, cały wachlarz nieuporządkowanych emocji, niezamkniętych spraw, sprawiają, że nawet oddychanie staje się do niego trudne. Wszystko o czym marzył odeszło, a rzeczywistość stała się kieratem, złotą klatką, z której nie sposób uciec.
   Chłopak nie potrafi nawiązać relacji z ludźmi z otoczenia. Zraża do siebie innych, nawet najwytrwalszych. Jest również mocno rozczarowany przemysłem muzycznym i towarzyszącą mu otoczką. Czytając odnosiłam wrażenie, że jest swoim katem i sędzią. Nie potrafi oderwać się od bólu, mimo że stwarza sobie namiastkę związku i normalnego życia. Cierpienie i paraliżujący lęk stają się jego nieodłącznymi towarzyszami. Nie tak łatwo uciec jednak od przeszłości, która stanowi wielką zadrę w sercu. 
   Gayle Forman przejmująco ukazała sprzeczności, jakie targają człowiekiem, mechanizmy, które niszczą nas, choć nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Na przykładzie Adama widać, jak mimo sukcesów można być nieszczęśliwym. Jak bardzo może zranić odejście kogoś, kogo się kocha. Jak człowiek potrafi zamknąć się we własnym bólu oraz nieszczęściu i nie widzieć niczego poza nimi, być niezdolnym do normalnego funkcjonowania. Pewnie niektórzy powiedzą, że to przerysowany obraz, ale ogradzanie się od świata, kierowanie cierpienia i innych uczuć w niewłaściwą stronę, ucieczka przed zmierzeniem się z problemem i bólem, a niejednokrotnie ich pielęgnowanie, to częsta reakcja. Właśnie dlatego Adam wydaje mi się taki realny, może nie stereotypowy, bo większość ludzi chyba nie zareagowałaby tak mocno, ale po prostu prawdziwy w swojej nadwrażliwości. 
   Narracja prowadzona z perspektywy kogoś, kto ma świadomość swoich przepełnionych bólem i goryczą poczynań, wplatanie na początku rozdziałów fragmentów piosenek Shooting Star, to wielkie zalety tej książki. Ona aż kipi od emocji, tych trudnych i często niechcianych, ale pozwalających wniknąć w psychikę i serce bohatera, który nade wszystko pragnie i tęskni za miłością. Podobało mi się to tym bardziej, że narratorem jest mężczyzna. Trochę zabrakło mi tutaj Mii, głębszego wyjaśnienia tego jak radziła sobie przez te lata, ale ta książka jest w znaczącej części o Adamie, jego tragedii, więc nie będę się czepiać. O samym zakończeniu ciężko mi mówić, po chwytającej za serce treści, chciałoby się czegoś spektakularnego, co powali na kolana, ale tak naprawdę każde zakończenie było możliwe…, czy czuje się nieusatysfakcjonowana? Trudno mi to określić… Myślę, że „Wróć, jeśli pamiętasz” to jedna z tych książek, którą trzeba przeżyć, przetrawić w sposób emocjonalny. Odłożyć i popatrzeć na nią z dystansu, by w pełni tę docenić historię. Niemniej jednak przyznam, że zapadła ona we mnie głęboko i szczerze polecam ją każdemu.
   A na koniec, jeszcze trochę poezji, wiersz, który tak bardzo pasuje mi do Adama, że nie sposób go tutaj nie zamieścić


„chcę pisać o tobie
twoim imieniem wesprzeć skrzywiony płot
zmarzłą czereśnię
o twoich ustach
składać strofy wygięte
o twoich rzęsach kłamać że ciemne
chcę
wplatać palce w twoje włosy
znaleźć wgłębienie w szyi 
gdzie stłumionym szeptem
serce zaprzecza ustom
chcę
z krwią
być w tobie
(…)"

Halina Poświatowska „***chcę pisać o tobie



Gayle Forman, Wróć, jeśli pamiętasz, przeł. Hanna Pasierska, wyd. I, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2015.




środa, 28 stycznia 2015

W świecie iluzji – Paula Daly „Co z ciebie za matka?”


Podążała krok w krok za zwyrodnialcem, który krzywdził niewinne dziewczynki. 
– Kogo znów porwie i czemu policji wszystko idzie tak opornie? – zadawała sobie pytania – Niech go ktoś w końcu dorwie, wszystko mi jedno kto!!! Po prostu niech go złapią!!!



  „To uczucie narasta w nim z każdą chwilą, dociera do punktu, w którym nie może już nad nim zapanować. To najlepsza część. Część przed. Tuż przed.
   Leży na plecach, ma otwarte, szkliste oczy. Patrzy, ale nie widzi. Wolałby, żeby go widziała, ale to niemożliwe. Może później.”



   Wszystko zaczyna się niepozornie. Lisa Kallisto znów zapomniała przygotować córce rzeczy potrzebne do szkoły, przez co po raz kolejny będzie zmuszona poprosić o pomoc męża, który dopiero co wrócił z pracy. Jeden dziwny telefon od Kate, przyjaciółki Lisy z pytaniem o dziewczynki, które nic jej nie mówi, szybkie ogarnięcie sytuacji i już można jechać do pracy, podrzucając po drodze syna. I byłby to dzień jak co dzień, gdyby nie jeden mały szczegół. Zaginęła Lucinda, córka Kate, która miała nocować u Lisy… 
   Nagle wszystko się wali. Świat ulega rozbiciu, kobieta nie wie, co zrobić. Jej nierozwaga doprowadziła do zniknięcia nastolatki. Histeria miesza się z przerażeniem, bólem, poczuciem winy, dezorientacją. Zrozpaczona Lisa stara się odpokutować swoją nieodpowiedzialność i znaleźć dziewczynkę, której szuka nie tylko policja, ale całe miasteczko. Pomiędzy pracą w schronisku i zajmowaniem się rodziną, usiłuje pomóc przyjaciółce poradzić sobie z sytuacją i być dla niej oparciem, co wcale nie jest takie proste.
   W międzyczasie detektyw Joanne Aspinall stara się dowiedzieć, czy Lucinda uciekła z domu, została porwana czy padła ofiarą pedofila, który jakiś czas temu odurzył i zgwałcił nastolatkę a następnie porzucił ją w nieznanej dziewczynce okolicy. Pod lupę bierze również męża Kate, Guy’a który ewidentnie coś ukrywa. 
   Bohaterowie powieści są autentyczni, szczególnie Lisa – pracująca, wiecznie zaganiana matka, która czuje się winna z tego powodu, że nie poświęca swoim dzieciom wystarczającej ilości czasu, nie umie perfekcyjnie gotować, jej dom nie przypomina katalogowych mieszkań, a ona sama nie jest dość inteligentna, błyskotliwa i piękna. Ma dobre serce, co uwidacznia się szczególnie, gdy czytelnik spotyka ją w pracy w schronisku. Jej ciepło i pragnienie zapewnienia dobrego domu dla zwierzaków oraz uczucia do rodziny zjednują sympatię. Wspomnieć należy, że ma niezwykle wyrozumiałego i wspaniałego męża, który jest w nią wpatrzony jak w obrazek. A jednak bohaterka czuje się gorsza od innych, zmaga się z kompleksem niższości podsycanym porównywaniem się z przyjaciółką. Nie zwraca jednak uwagi na to że Kate, która ma pod dostatkiem pieniędzy, nie musi pracować, wobec czego cały czas i uwagę może poświęcać swojej rodzinie.   
   No właśnie, urocza, piękna, bogata, niezwykle inteligentna i zabawna, poświęcająca się bez reszty mężowi i dzieciom Kate – po prostu ideał pod każdym względem, ktoś z kim nie można rywalizować. Czytając jednak nasuwa się pytanie, czy to jedynie wyobrażenie o bohaterce czy jest ona jakimś ewenementem w skali światowej? Bo czy możliwe jest, by taki człowiek istniał? 
   Napięcie narasta, znika kolejna dziewczynka. Pojawiają się następne tragedie i podejrzenia. Co kryje się za zniknięciami nastolatek? Kim jest potwór, który je porywa i krzywdzi? Co podczas swojego śledztwa odkryje Lisa? Bo przecież za pięknymi obrazkami kryją się czasem bardzo nieprzyjemne historie…
   Paula Daly opowiedziała ciekawą, wciągającą historię o zwykłych ludziach z problemami z różnych sfer życia. W sposób ciekawy przekazała relację z wydarzeń wprowadzając aż trzech narratorów - Lisę, detektyw Aspinall i porywacza. Budowała napięcie, myliła nieco czytelnika, jednak pod koniec, powiem szczerze, byłam rozczarowana. Spodziewałam się mocnego rozwiązania, a wszystko jakoś tak ułożyło się samo… Cała misternie budowana atmosfera niepokoju po prostu się ulotniła. Pstryk - bohaterowie nagle wyszli z ról a sytuacja rozwiązała się błyskawicznie. Nie takiego, płytkiego zakończenia się spodziewałam. Mimo to całkiem miło spędziłam czas na lekturze „Co z ciebie za matka?”. Jeśli więc, ktoś lubi książki o życiowych problemach z odrobiną kryminalnej zagadki, której zakończenie nie musi być trzęsieniem ziemi, polecam. 


Paula Daly, Co z ciebie za matka?, przeł. Janusz Ochab, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

niedziela, 18 stycznia 2015

Cztery oblicza cierpienia – Eric-Emmanuel Schmit „Intrygantki”


Będzie poetycko - takie myśli nasunęły się jej kiedy sięgnęła po "Intrygantki". Książki autora znała dobrze. Sięgnęła po znaczniki do książek, doskonale wiedząc, że na pewno się jej przydadzą.
- A więc, pora zacząć przygodę - pomyślała otwierając książkę i zanurzając się w świat dramatów... 



   Cztery różne dramaty, cztery różne historie, jednak połączone ze sobą pewnymi tematami. Eric-Emmanuel Schmit po raz kolejny przedstawia złożone opowieści w sposób niezwykle przystępny. „Intrygantki”, bo o nich mowa są książką łączącą w sobie kilka zdarzeń, które wciągają i skłaniają do przemyśleń. 

„Noc w Valognes”

   Kilka kobiet zostaje ściągniętych do podupadającej już posiadłości, przez Księżną de Vaubricourt. Żadna z nich nie wie, z jakiego powodu się tu znalazła, ani czego oczekuje od niej wysoko urodzona dama. Z czasem zagadka się wyjaśnia, a nić łącząca damy zostaje ujawniona. Pod przywództwem Księżnej postanawiają ukarać Don Juana, człowieka, który zranił każdą z nich i zmusić go do ustatkowania się u boku Małej, krewnej Księżnej. Jak to jednak bywa, serce nie sługa, a życie bywa przewrotne i okazuje się, że mimo cierpienia kobiety nadal ulegają czarowi uwodziciela i puszczają swoje krzywdy w niepamięć. Los mimo tego gotuje kobietom niespodziankę. Misternie ułożony plan legnie w gruzach, a damy będą w szoku metamorfozą, jaka zaszła w obiekcie ich westchnień. Czy Don Juan naprawdę się zmienił, czy po raz kolejny odegrał znakomicie swoją rolę w teatrze życia, przewidując wszystkie reakcje kobiet?
    Mocne charaktery bohaterów to niewątpliwa zaleta dramatu. Każda z niewiast bowiem inaczej reaguje na krzywdę, jakiej doznała i stara się poradzić sobie z cierpieniem na swój sposób. Hrabina de la Roche-Piquet staje się damską wersją Don Juana i bezpruderyjnie używa życia, Panna de la Tringle wyzwala swoje emocje w publikowanych książkach, Hotrensja de Hauteclaire staje się siostrą zakonną Bertylią od Ptaków i poświęca swoje życie Bogu, Pani Cassin zawiera związek małżeński, jednak czegoś w nim brak. Każda z nich nosi w sobie nieukojone rany wywołane oszustwem kobieciarza, dla którego nic nie znaczą poza anonimową zdobyczą odgrywanego po raz kolejny przedstawienia. Don Juan to bowiem cyniczny typ, który bez cienia współczucia wyjawia im, że niczym się od siebie nie różnią. By je zdobyć nie trzeba się było zbytnio wysilać, gdyż kobiety zawsze postępują w ten sam, niezmienny sposób. Teraz jednak sytuacja wygląda inaczej… Czy to co mówi i przeżył jest prawdą? Czy człowiek, który zdaje się nie mieć żadnych uczuć, może się zmienić? Czy miłość naprawdę przychodzi do każdego, gdy się tego nie spodziewamy? A może sprytny kochanek po raz kolejny usiłuje omamić kobiety, by wyjść cało z opresji?
   „Noc w Valognes” to studium charakterów oraz ludzkiej psychiki. Autor doskonale pokazuje jak głęboko można skrywać marzenia i cierpienie oraz do czego prowadzą niezaleczone rany. Zakładanie masek oraz manipulowanie innymi to tylko niektóre z kwestii jakie porusza w swoim dramacie.

"Gość"

    Kolejnym utworem jest „Gość”. Sztuka o psychoanalityku Zygmuncie Freudzie rozgrywa się w czasie, kiedy po ulicach Wiednia chodzą naziści a słynny lekarz i jego córka muszą podjąć decyzję dotyczącą ich przyszłego życia. Co prawda mają możliwość wyemigrowania, ale bohater nie chce podpisać lojalki, która jest przepustką do lepszego świata, podczas gdy inni giną i są traktowani przez Niemców jak zwierzęta. Momentem przełomowym okazuje się zabranie przez gestapo córki doktora. To właśnie po tym wydarzeniu pojawia się u niego tajemniczy człowiek – ni to uosobienie Boga ni szaleniec zbiegły z zakładu dla obłąkanych. Dość powiedzieć, że właśnie z tym tajemniczym jegomościem Freud prowadzi dysputę o samotności i cierpieniu każdego człowieka oraz istocie zła i istnieniu Boga, w którego trudno uwierzyć w przepełnionym niezrozumieniem, bólem czy alienacją świecie. A co dopiero w czasie, gdy niegodziwość pod przykrywką partii politycznej triumfuje i niszczy ludzkość. Odwieczne pytania o zło i Stwórcę oraz Jego interwencję pojawiają się na kartach dramatu i każą zastanowić się nad światem oraz sobą. Czytając „Gościa” do końca nie wiadomo, z kim tak naprawdę mamy do czynienia, czy to przez szaleńca przemawia Bóg, czy jest to jedynie próba czy Stwórca po raz kolejny schodzi na ziemię, by być blisko swoich dzieci.

"Knebel"

  „Knebel” krótki tekst o niezrozumieniu, inności, która jest niebezpieczna, cierpieniu i szukaniu wsparcia i akceptacji. Treść dramatu, nadpobudliwość i przerażenie bohatera, który boi się, że nie zdąży oczyścić się ze swoich lęków i obaw budzi w czytelniku współczucie. Poprzez historię zmarłego homoseksualisty, pragnącego miłości i zrozumienia ze strony rodziny, a zyskującego tylko odizolowanie od świata, podczas gdy najbliżsi czekają na jego śmierć Schmitt pokazuje, że nawet w obliczu odejścia bliscy nie zawsze są w stanie sprostać sytuacji, przebaczyć i kierować się sercem. Potrzeba wysłuchania i wyrzucenia z siebie emocji, które przez lata narastały w mężczyźnie i pozostały nieujarzmione splata się tu z pragnieniem zrozumienia, dlaczego został odrzucony przez rodziców, którzy nie potrafili go zaakceptować. Jego cierpienie spotęgowane jest bólem spowodowanym obawą o ukochanego, dla którego nie jest on w stanie być ostoją i ulgą w ostatnich chwilach życia. 

"Szatańska filozofia"

   Tekstem dotykającym zła w świecie jest ostatni dramat „Szatańska filozofia”. Przedstawia on pogrążonego w depresji diabła, który nie może znaleźć sposobu na pognębienie ludzkości i rozszerzenie swoich wpływów. Kataklizmy, wojny, konflikty, bieda, nienawiść, zawiść oraz wszelkie inne pola jego działania nie są już wystarczające. Zło panuje, ale nie rozszerza się tak, jakby tego żądał szatan. Tymczasem przybywają do niego trzej poddani, którzy z radością stwierdzają, że znaleźli lek na jego bolączki. Rozwiązanie tak idealne, że nie może się nie przyjąć…

  Eric-Emmanuel Schmitt w „Intrygantkach” nieraz w sposób humorystyczny czy za pomocą poetyckich metafor lub symboli ukazuje to, co w życiu najważniejsze. Odwołując się do religii oraz filozofii rozważa najistotniejsze zagadnienia ludzkiego życia. Pisze o potrzebie miłości, która nie zawsze jest rozumiana i akceptowana w swojej postaci. Rozważa problem cierpienia zarówno jednostkowego jak i powszechnego oraz jego wpływu na życie. Odwołuje się do zagadnienia istnienia zła na świecie oraz jego rozprzestrzeniania się. Na warsztat bierze również kwestię dotyczącą wolnej woli i reakcji Boga na totalitaryzm, tematów którymi zajmowała się większość literatury po Oświęcimiu. Pragnie dotrzeć również do samej istoty Boga, Jego miejsca i roli w życiu człowieka. 
   Klarowny język, ciekawa fabuła, odwołania literacko-filozoficzne, złote myśli i cele puenty a nade wszystko stawianie pytań i wywoływanie refleksji u czytelnika to zalety ”Intrygantek”, które łączy wątek cierpienia i intrygujące tematy. Autor nie rości sobie prawa do jedynych poprawnych odpowiedzi. Zostawia swoich czytelników z zadaniem znalezienia własnych rozwiązań i snucia przemyśleń, co do przedstawionych problemów i tematów. Sygnalizuje pewne kwestie zostawiając resztę w rękach odbiorcy. Ten nienachlany, subtelny, momentami metaforyczny styl w połączeniu w głębokimi treściami, lekkim humorem i zachętą do podjęcia wysiłku intelektualnego stanowią to, co lubię w twórczości autora najbardziej. 



Eric-Emmanuel Schmitt, Intrygantki, tłum. Wawrzyniec Brzozowski, wyd. Znak litera nova, Kraków 2013.

środa, 14 stycznia 2015

Podróż do nowego życia - Wanda Szymanowska "Zielone kalosze"



 Nie chciała słuchać już o kolejnych tragediach, ustawach, wydarzeniach. Czasami potrzeba światła, odskoczni. Przykryła się kołdrą i udała do sielskiej wsi, gdzie wszystko wydawało się prostsze, a ludzie, choć może za bardzo ciekawi i rozgadani, mieli wielkie, dobre serca... 
   Ruczaj Dolny przywitał ją promieniami słońca i błotem... 



   Mówi się, że nigdy nie jest za późno na zmiany. Więc, gdyby nie bacząc na wiek po prostu któregoś dnia wstać i zacząć wszystko od nowa? Poukładać sobie życie tak, jak się o tym marzyło. Poprawić stare błędy, zrobić to na co zawsze miało się ochotę…
   Takie wyzwanie podejmuje Antonina główna bohaterka książki Wandy Szymanowskiej „Zielone kalosze”. Po latach snucia marzeń o lepszym jutrze postanawia działać. Wyrzuca karty kredytowe, kartę sim, zaciera za sobą większość śladów i osiedla się w malutkiej wsi Ruczaj Dolny. Wynajmuje tam stojący na uboczu domek i zaczyna się cieszyć swoją wolnością i samotnością. 
   Niby można powiedzieć, że bohaterka jest znudzona życiem, bo wiodło się jej za dobrze. Nie musiała pracować, domem zajmowała się praktycznie pani Władzia, Antonina wyjeżdżała z córką na zagraniczne wakacje, stać ją było na drogie rzeczy. Cóż jednak, jeśli te luksusy przypłaciła utratą wolności, niezależności, najpierw zazdrością, a potem całkowitą obojętnością ze strony męża. Trzeba przyznać, że typ ten to nie tylko nerwowy despota, który traktuje swoją żonę jak własność, ale i alkoholik, któremu nieobce jest używanie przemocy fizycznej i emocjonalnej. 
   Po latach upokorzeń kobieta w końcu nie wytrzymuje i zaczyna układać sobie życie na nowo. Poznaje Stenię, która z ekspedientki, sprzedającej zielone kalosze staje się jej przyjaciółką. Z jednej strony sprzedawczyni stanowi całkowite przeciwieństwo przyjezdnej, ma nadwagę, nie umie się ubrać, jej włosy można określić jako wiecheć, z drugiej zaś podobnie jak pancia z miasta wie, co to życie z alkoholikiem, panem i władcą, któremu należy usługiwać. Antonina zna świat, natomiast dla jej przyjaciółki jest on wielką niewiadomą, wiele rzeczy jest jej obce, nieznane, nowe. I choć Stenia jest ogromnie rozgadana, wydziera się wniebogłosy ;-) oraz tuczy wszystkich dookoła, nie sposób jej nie kochać za ogromne serce. To właśnie ją polubiłam najbardziej za dobroć, serdeczność, siłę i lekką naiwność. 
   Jak na dobrą książkę przystało musi pojawić się w niej mężczyzna idealny. Wybór pada na Edka, brata bliźniaka Mundka, męża Steni. To przystojny, obyty ze światem, kulturalny, zaradny, umiejący wszystko naprawić facet, który potrafi czytać w myślach i zjawia się dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Rycerz na swym białym rumaku, o którym się czyta, będąc małą dziewczynką. Któż nie wzdychałby do idealnego mężczyzny? No i wzdychają, nasze dwie główne panie. Mamy więc swoisty trójkąt, który jednak zbyt szybko i jakoś dość niemrawo się rozwiązuje, a szkoda, bo mogłoby być ciekawie. 
   Zgodnie ze stereotypem miastowej Antonina robi sporo zamieszania, ożywia dom kultury, wprowadza nieco świeżego powiewu do życia spokojnej wsi, nawiązuje nowe znajomości i oddziałuje na innych w bardzo mocny sposób. Dzięki niej przyjaciółka zmienia się nie do poznania, nie tylko w sensie wizualnym, ale również psychicznym. I tu małe zastrzeżenie – rozumiem, że można mieć dość dotychczasowego życia, ale czy możliwe jest tak szybkie przemeblowanie całego swojego świata? Chyba, że po prostu czasami potrzeba jedynie kogoś, kto popchnie nas do działania, którego sami baliśmy się podjąć… 
  Żeby historia nie była taka kolorowa muszą pojawić się przed bohaterką problemy. Wszystko jednak zbyt łatwo się rozwiązuje w wyniku czego mamy prawdziwą sielankę, zadośćuczynienie świata za lata cierpień.
 „Zielone kalosze” to książka bardzo ciepła, motywująca do podejmowania działań w każdym wieku, ale jednocześnie właśnie tak sielankowa, że aż nierealna. Trochę w niej naiwnych rozwiązań, zbyt klarownych i łatwo rozwiązywalnych sytuacji, podczas gdy życie wcale takie nie jest. Po trudnym czasie, przychodzi lepsze, jak po burzy wychodzi słońce, ale życie nie jest bezproblemowe, nie ścieli przed nami dywanu, po którym przechodzi się w zielonych kaloszach z łatwością mijając problemy i przystosowując się do sytuacji. 
   Książka Wandy Szymanowskiej to dobra lektura na zimowe wieczory, kiedy chcemy poczuć, że wszystko może się udać, że kłopoty wcale nie są takie duże, a świat jest jasny, pełen ciepła i dobrych rzeczy. To lektura prosta, przyjemna, przytulna, po prostu w porządku.


Wanda Szymanowska, Zielone kalosze, wyd. Novae Res, wyd. I, Gdynia 2014.

Kosmiczne wojaże - Remigiusz Mróz "Chór zapomnianych głosów"




Wyszła wraz z nimi na korytarz. Wszędzie było pełno rozbebeszonych ciał. Z przerażeniem obserwowała rozerwane ludzkie szczątki, które ciężko było zidentyfikować. 
Nagle poczuła gęsią skórkę jakby jej też ktoś mógł zrobić krzywdę. Kiedy usłyszała nieludzki głos, włosy zjeżyły się jej na głowie:
-Rah’ma’dul – przerażenie sięgnęło zenitu. – Już po ptokach – pomyślała czując dreszcze na plecach i zamykając książkę…


z dedykacją dla Autora


   Powiem szczerze, że ostatni raz książkę spod znaku sci-fi czytałam mając naście lat i chodząc do gimnazjum. Potem jakoś nie ciągnęło mnie do tego gatunku. Jednak obok książek Remigiusza Mroza nie można przejść obojętnie, zwłaszcza, że spokojnie można kupować je w ciemno i na pewno będą to dobrze wydane pieniądze. 
  Ludzkość od zawsze marzyła o przekraczaniu swoich granic. Począwszy od Dedala i Ikara, którzy zapragnęli latać, przez lądowanie na księżycu czy wysyłanie sond na inne planety, by zbadać na nich życie, aż po śmiałe marzenia kolonizacji kosmosu. Jednak większość kosmicznych książek i filmów nie jest optymistyczna. Za bohaterami albo biegają przerażająco i odstręczająco wyglądające kreatury, dyszące z nieraz niejasnych przyczyn chęcią mordu albo to sami ludzie wcielają się w rolę panów podbijających kosmos. Byłam ogromnie ciekawa, co zatem zaserwuje czytelnikom autor. 
   Wyruszyłam więc w podróż kosmiczną z załogą a raczej niedobitkami załogi ISS Accipiter i muszę przyznać, że już od początku akcja powieści rusza pełną parą. Po przebudzeniu z kriogenicznego snu astrochemik Håkon Lindberg widzi nie piękną pielęgniarkę, ale dowódcę statku, którego ktoś lub coś pozbawiło życia. Po chwili poznaje jedyną osobę, która poza nim ocalała z kosmicznej rzezi, muzułmanina Diję Udina Alhassana. Przerażeni bohaterowie kierując się instynktem przetrwania postanawiają znaleźć sobie bezpieczne schronienie i przy okazji sprawdzić, co tak naprawdę się wydarzyło. Sytuacja jednak wygląda tragicznie, wszędzie stosy rozbebeszonych ciał i towarzyszące przeczucie, że w każdej chwili zza rogu może wyskoczyć na nich jakiś kosmiczny stwór, który przerobi ich na kaszankę. Mężczyznom udaje się jednak dotrzeć do mostka i nawiązać kontakt z inną jednostką, ISS Kennedy’m, który zostaje oddelegowany do pomocy Accipiterowi. Sęk jednak w tym, że od upragnionego ratunku załogę dzieli 50 lat hibernacji. Czy w tym czasie nieznana siła znów zaatakuje? A może Kennedy zdąży ich ocalić? Co dzieje się w kosmosie i jakie przygody czekają jeszcze na bohaterów?
   Trzeba przyznać, że Remigiusz Mróz doskonale zbudował napięcie. Rozpoczął mocnym punktem i ani na chwilę nie pozwalał czytelnikowi odetchnąć, sukcesywnie budując napięcie, nie tylko zwrotami akcji, ale również przeskokami - początkowo między wydarzeniami na statkach, potem zaś pomiędzy grupami bohaterów. Tajemnicze, wywołujące dreszcze na plecach „Rah’ma’dul” ciągle zaprzątało mój umysł, który tworzył przeróżne teorie dotyczące jego znaczenia. Sami bohaterowie, doskonale skontrastowani ze sobą i niezwykle realni podbili moje serce, szczególnie zaś Dija Udin, którego charakter i odzywki wielokrotnie wywoływały uśmiech na mojej twarzy ;-). Akcja czasami przywodziła mi na myśl „Obcego” czy „Prometeusza”, zwłaszcza te wędrówki po statku, w którym czai się niezidentyfikowane zło. Podczas lektury czułam strach, gdy sytuacja rozwijała się, a ja miałam wrażenie, że zaraz skądś wyskoczy kosmita i zacznie kolejną rzeź. Schemat odwiecznej walki o byt osadzonej w kosmosie, starcia dwóch cywilizacji różniących się stopniem zaawansowania jest u Mroza nieco inny. „Chóru zapomnianych głosów” nie można określić jako kolażu czy kalki znanych już opowieści. Historia nie jest wtórna, to coś nowego osadzonego w popularnych ramach. Świetny język, wciągająca akcja, żywe dialogi, ciekawie opisane światy, o których chętnie dowiedziałabym się nieco więcej oraz zaskakujące wyjaśnienie zagadki, to niewątpliwe zalety tej książki. 
   Smutno tylko, że jednak potwierdza się teoria, że kosmos jakoś nie sprzyja ludziom i nie jest specjalnie gościnnym miejscem. Że istnieje zakamuflowane zło, zdawać by się mogło w czystej postaci, którego obecności do końca nie jesteśmy świadomi. Trzeba się mieć na baczności, gdyż czyha ono ukryte… Nie ma jednak sytuacji beznadziejnych, z których nie dałoby się znaleźć wyjścia. 
   Pomimo teorii czasoprzestrzennych, które ciężko mi było ogarnąć moim polonistycznym rozumem, ale pocieszam się, że bohaterom książki także sprawiały one problemy ;-) jestem pod ogromnym wrażeniem „Chóru zapomnianych głosów”, z którym spędziłam trzymające w napięciu chwile J. A na koniec, żeby równowaga w przyrodzie była, 
J    za poetycki tytuł książki 
za oczy zachodzące czarnym bielmem jakoś mi to nie grało.
   Podsumowując, bez zdziwienia, książkę spokojnie polecam zarówno tym, którzy lubią kosmiczne opowieści, jak i tym którzy nie mieli z nimi jeszcze do czynienia. Naprawdę warto po nią sięgnąć!!! 


Remigiusz Mróz, Chór zapomnianych głosów, wyd. Genius Creations, wyd. I, Bydgoszcz 2014.

A na koniec mały bonus J






sobota, 10 stycznia 2015

Wyścig z czasem w poszukiwaniu wyjścia - James Dashner "Więzień labiryntu"


   Wszystko zaczęło się od filmu. Kolejny obraz o przyszłości, która nie jest różowa. Chłopak zamknięty z innymi w labiryncie. Dziwne zdarzenia, stwory nie z tej ziemi pełzające między korytarzami budynku-zagadki. Spodobało się jej. Z zachwytem pobiegła do biblioteki po książki. Nie było pierwszej części. 
   -Cóż, musi mi póki co wystarczyć film – pomyślała. – Nie będę czekać dłużej, by poznać zakończenie tej historii.
   W weekend pochłonęła całe dwa tomy. Po kilku miesiącach w jej ręce trafił w końcu pierwszy tom trylogii… Z zapartym tchem otworzyła książkę i znalazła się w tajemniczym świecie labiryntu…



-Czy ktoś czasem nie powinien wygłosić jakiejś mowy zagrzewającej do boju, czy coś – zapytał Minho, odwracając uwagę Thomasa od Alby’ego.
-Śmiało – odpowiedział Newt.
Minho skinął głową i odwrócił się twarzą w stronę tłumu.
-Uważajcie na siebie – powiedział oschle. – I nie dajcie się zabić.
Thomas zaśmiałby się, gdyby mógł, jednak był na to zbyt przerażony.
-Świetnie, no to żeś nas zagrzał – odpowiedział Newt (…).



   Tak, wiem. Popełniłam pierwszy grzech mola książkowego, najpierw książka – potem film. Ale ja jakoś nie mam problemu z kolejnością. Czasami szybciej można oglądnąć film niż wypożyczyć z biblioteki książkę. Podobnie zaczynałam z „Igrzyskami śmierci” i film zachęcił mnie do sięgnięcia po trylogię Suzanne Collins. Tym razem pozostałe dwa tomy miałam już za sobą, ale nie przeszkodziło to w niczym, by zapoznać się z „Więźniem labiryntu”. 
  Thomas jest zwykłym szesnastolatkiem, który ocknął się z przerażeniem w czymś w rodzaju windy. Nie wie, kim jest, gdzie się znajduje, ani ku czemu zmierza. Stopniowo podczas jego podróży narasta w nim lęk, który przez najbliższe dni będzie się tylko potęgował. Bohater wydostaje się w końcu ze swojego „środka transportu” i trafia do dziwnego, otoczonego olbrzymimi murami miejsca pełnego nastolatków. 
   Chłopcy nazywają go świeżakiem i z wolna wprowadzają w swój świat. Zdezorientowany i przepełnionymi wieloma emocjami nastolatek powoli poznaje nowe miejsce i panujące w nim reguły, jednak co charakterystyczne nikt nie odpowiada na niektóre jego pytania. Jedyne, co słyszy to, że ma się podporządkować i nie być dociekliwym. Jak to mówią wszystko w swoim czasie, ale wyczuwamy, że wśród mieszkańców Strefy, bo tak nazywa się miejsce, w którym znalazł się Thomas, panuje jakaś niepisana zmowa milczenia. Chuck, chłopiec którego poznaje bohater czasami uchyla rąbka tajemnicy, ale pokazuje mu również, że z pewnymi rzeczami trzeba się po prostu pogodzić, nie pytać i zapomnieć o nich. 
    Świat strefy jest dobrze prosperującym społeczeństwem, w którym role zostały rozdane a zadania podzielone. Jedni zajmują się uprawą roli czy hodowlą zwierząt, inni ubojem, część grzebaniem zmarłych, usuwaniem nieczystości, budownictwem czy gotowaniem. W końcu najważniejszą klasą społeczną są opiekunowie czyli dowódcy poszczególnych grup oraz Zwiadowcy, najlepsi z najlepszych, którzy przeszukują labirynt w poszukiwaniu wyjścia i to do nich zapragnie dołączyć Thomas. Wszędzie panuje tu harmonia, decyzje zapadają poprzez głosowanie, najważniejsze sprawy są omawiane na Zgromadzeniu, słowem nastolatkowie stworzyli doskonale zorganizowane państwo, w którym każdy ma swoje miejsce.
    Nie wiadomo, co łączy bohaterów, gdyż każdy z nich ma wymazaną pamięć. Wie do czego służą poszczególne rzeczy, ma wiedzę, ale o swojej tożsamości nie wie prawie nic. Chłopcy posiadają jedynie strzępy wspomnień i to nie wszyscy. Nie mają pojęcia kim są, ani dlaczego znaleźli się w Strefie. Jedyne czego pragną to przeżyć i wydostać się z labiryntu strzeżonego przez ohydne stwory zwane buldożercami. Thomas z biegiem czasu przypomina sobie coraz więcej. W procesie odtwarzania przeszłości pomaga mu Teresa, jedyna dziewczyna wśród streferów, która na dodatek potrafi porozumiewać się z nim telepatycznie. Jak potoczą się losy bohaterów? Nie zdradzę ;-)
   Autor stworzył ciekawy świat z żywymi, charakternymi postaciami. Odwołując się do jednej z najstarszych zagadek ludzkości, mianowicie labiryntu, znanego już z mitu o Minotaurze, opowiedział historię przyszłości, w której rzeczony labirynt nie jest budynkiem odgradzającym potwora od świata, ale częścią misternie utkanego planu DRESZCZ-U czyli Departamentu Rozwoju Eksperymentów Strefy Zamkniętej Czasu Zagłady. 
  Moim zdaniem największymi atutami książki Dashnera są bohaterowie – odkrywający siebie Thomas, który potrafi przejść od strachu do zauroczenia Teresą, Minho pewny siebie Zwiadowca, inteligentny i zrównoważony Newt, ciągle nachmurzony i nieco despotyczny Alby i nieziemsko wredny Gally oraz niesamowity język. To chyba urzekło mnie i na pewno nie tylko mnie  w powieści najbardziej. Swoisty slang, używany przez bohaterów, którego czytelnik, podobnie jak Thomas dopiero musi się nauczyć. Wraz ze świeżakiem, czyli nowo przybyłym poznajemy świat klumpów, twarzostanów, purw, buldożerców, mordowni, żukolców i innych magicznych słów, które nadają smaku całej historii.
   Wartka akcja, świetny język, ciekawi bohaterowie, zagadka labiryntu i jeden cel – uciec przed śmiercią. Gorąco polecam (zwłaszcza, że książka jest o niebo lepsza niż film!).



James Dashner, Więzień labiryntu, tłum. Łukasz Dunajski, wyd. Papierowy Księżyc, wyd.II, Słupsk 2014.

piątek, 9 stycznia 2015

Uciekając przed życiem – Charlotte Link „Ostatni ślad”



Kolejna książka trafiła w jej ręce. 

-Znów Charlotte Link – pomyślała z zadowoleniem. – Czekała na tę powieść w bibliotece kilka tygodni.

Oto kolejna zagadka, z którą będzie się zmagała. Znów czekają ją strony pełne dociekań, analiz bohaterów i wyczekiwania tej chwili, gdy okaże się czy miała rację. Otworzyła „Ostatni ślad” i zaczęła czytać. Przed jej oczami pojawił się całkiem inny świat…



   „Ruszyła w ślad za nim przez tłum. Pomimo dużego tłoku posuwał się prędko do przodu, tak że z trudem za nim nadążała. Serce biło jej szybciej i mocniej niż zwykle. 
(…)
    Dyskretnie wsunęła rękę do taniej torebki z dermy i wyszukawszy w środku telefon komórkowy, wyłączyła go. To podłe z jej strony, ale wyjątkowo nie chciała, by Geoffrey ją dopadł. 
   Tylko w tę jedną noc”.


   Wszystko zaczyna się od banalnej podróży na ślub znajomej. Elaine Dawson niepozorna, cicha, zahukana i do bólu przeciętna kobieta postanawia uwolnić się od swojego zgorzkniałego brata, który przykuł ją do siebie swoim kalectwem i po raz pierwszy zrobić coś dla siebie. Choć raz udaje się jej wyrwać ze swojej stagnacji, by poczuć wiatr przygody, otworzyć szeroko ramiona, głęboko odetchnąć i poznać, czym jest życiowa radość i małe przyjemności. Kiedy wszystko wydaje się iść ku dobremu lot bohaterki zostaje odwołany. Świat Elaine w kilka sekund rozpada się na kawałki, przypominając bolesną prawdę, nic dobrego na nią nie czeka. Jej życie jest bezbarwne i pozbawione szczęścia. Zrozpaczona kobieta wpada na przystojnego mężczyznę. Ten choć niechętnie, oferuje jej nocleg i opuszcza z nią lotnisko.
   Kilka lat później Rosanna Hamilton dostaje zlecenie na cykl artykułów o zaginionych osobach. Wśród nich znajduje się także jej znajoma, która nigdy nie dotarła na ślub dziennikarki. Początkowo historia dawnej koleżanki ma być jedną z wielu, z czasem jednak Angielka coraz głębiej zanurza się w wydarzenia z przeszłości, pragnąć odkryć prawdę. Czy Marc Reeve jest jak domniemywał niewinny? Jaką rolę odegrał w zniknięciu Elaine? Czy jest naprawdę takim szczerym i porządnym człowiekiem, za jakiego ma go Rosanna? I jak zakończy się śledztwo nieustępliwej dziennikarki? 
    W innej części Anglii w jednym z lokalnych pubów pracuje niepozorna kobieta. Dziewczyna jest dziwna. Właściwie nic o niej niewiadomo. Nawet właściciel domu, który wynajmuje jej mieszkanie nie wie, czemu nigdy nie przyprowadza znajomych, z nikim nie wychodzi i stale ogląda się za siebie. Kobieta zdaje się skrywać w sobie wielką tajemnicę. Niegasnące przerażenie w jej oczach, sposób zachowania, ciągły lęk nawet przed własnym cieniem sprawiają, że mężczyzna nabiera coraz większych podejrzeń… Kiedy przypadkowo natrafia na pewien program telewizyjny jest pewien, że odkrył tajemnicę swojej lokatorki. Kim jest ta tajemnicza kobieta i jaka jest jej historia? Czy wścibski staruszek trafił w sedno czy jedynie przyczynił się do ujawnienia kolejnej tragedii?
  Tymczasem w Londynie ginie nastolatka. Jej śmierć przypomina dawną nierozwikłaną zbrodnię sprzed lat. Czyżby uderzył ten sam brutalny morderca? A może podobieństwo jest przypadkowe? 
  „Ostatni ślad” to nie tylko historia zaginięcia młodej, pokrzywdzonej przez los kobiety, ale wielowątkowa opowieść o tym, z jak niewłaściwymi osobami można się związać, jakie skutki wywołują nasze decyzje oraz tym jak postrzegamy nasze życie. Powieść ciekawa, wciągająca i wielowątkowa. Czytałam ją z wielką chęcią i rosnącym zaciekawieniem oraz nawarstwiającymi się wątpliwościami i hipotezami dotyczącymi winnego oraz tożsamości kobiety pracującej w pubie. Autorka jak w innych książkach wodziła mnie za nos sprawiając, że kluczyłam i żonglowałam podejrzeniami. Ogromnie przypadło mi do gustu długie skrywanie tożsamości jednej z bohaterek, co doskonale budowało napięcie i mnożyło pytania w umyśle czytelnika. Udało mi się jednak dość wcześnie ustalić, kto jest odpowiedzialny za wydarzenia sprzed lat, nie spodziewałam się jednak rozwiązania, które zaserwowała autorka. Ani wyjaśnienie zagadki, ani zakończenie historii nie pojawiło się w moich dywagacjach. Szczerze mówiąc oczekiwałam czegoś zgoła innego i zostałam całkowicie zaskoczona.
    Charlotte Link stworzyła żywych bohaterów, z których każdy cechuje się swoistymi cechami. Mamy więc Elaine – ofiarę losu, Geoffreya – jej zgorzkniałego i władczego brata, Marc’a Reeve’a – ambitnego i sympatycznego adwokata, Rosannę – inteligentną i przenikliwą dziennikarkę, która dusi się w swoim małżeństwie, jej despotycznego męża, zagubionego pasierba Roberta, tajemniczą kobietę targaną zwierzęcym przerażeniem oraz inne postaci. Historie tych wszystkich osób nie tylko przeplatają się ze sobą na kartach kryminału, ale łączą ze sobą tworząc spójną całość i absorbującą opowieść. Charlotte Link po raz kolejny dała pokaz swoich literackich możliwości tworząc historię pełną ludzkich dramatów, zbrodni i cierpienia.
   „Ostatni ślad” czyta się pragnąc dociec, kto stoi za wszystkimi wydarzeniami, wyobrażając sobie zarówno przeszłość jak i przyszłość bohaterów oraz pogrążając się w świecie zwykłych rodzinnych problemów, większych tragedii i kryminalnych zagadek. 

Na zimowe wieczory z herbatą i kocem – gorąco polecam J




Charlotte Link, Ostatni ślad, przeł.. Małgotrzata Rutkowska-Grajek, wyd. Sonia Draga, wyd. II, Katowice 2009.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Pierwszy w 2015 roku motywator czytelniczy :-)

Trzeba zacząć dobrze Nowy Rok! Napis mówi sam za siebie :-)


Ze specjalną dedykacją i serdecznymi pozdrowieniami dla
 Pana Remigiusza Mroza :-)


piątek, 2 stycznia 2015

czwartek, 1 stycznia 2015

Czytelnicze podsumowanie 2014 roku :-)


    Rok się skończył, nowy post trochę późno, gdyż mój komputer zastrajkował i urządził sobie sylwestra, by zacząć działać dopiero dzisiaj ;-)

    Moim założonym planem w 2014 roku było przeczytanie 54 książek i udało się :-) Myślę, że gdyby nie pewne zawirowania, byłoby ich trochę więcej, ale plan zrealizowany z nadwyżką :D
A oto moja piękna lista :-)

  1. Camilla Läckberg „Syrenka” 
  2. Lisa Genova „Motyl” 
  3. Katarzyna Michalak „Bezdomna” 
  4. George Orwell „Rok 1984” 
  5. Eric Emmenuel Schmitt „Kiki van Beethoven” 
  6. Szymon Hołownia “Ludzie na walizkach” 
  7. Orhan Pamuk „Nowe życie” 
  8. Ryszard Kapuściński „Heban” 
  9. Aldous Huxley „Nowy wspaniały świat” 
  10. Grażyna Jagielska „Miłość z kamienia. Moje życie z korespondentem wojennym” 
  11. C.S. Lewis "O modlitwie" 
  12. Marcin Jakimowicz "Drugie dno czyli muzyka i świąteczny nastrój" 
  13. Marcin Jakimowicz „Radykalni” 
  14. Kazuo Ishiguro „Nie opuszczaj mnie” 
  15. Katarzyna Michalak „Nadzieja” 
  16. J. K. Rowling „Trafny wybór” 
  17. Eric Emmanuel Schmitt „Zapasy z życiem” 
  18. Adam Boniecki „Dookoła świata” 
  19. Elif Safak „Bękart ze Stambułu” 
  20. Margaret Atwood „Opowieść podręcznej” 
  21. Stephen King „Joyland” 
  22. Charles Martin „Umarli nie tańczą” 
  23. Charles Martin „W pogoni za świetlikami” 
  24. Henri J.M. Nouwen „Droga serca” 
  25. Charles Martin „Pomiędzy nami góry” 
  26. Cormac McCarthy „Droga” 
  27. Charles Martin „Maggie” 
  28. Charlotte Link „Obserwator” 
  29. Monika Szwaja „Nie dla mięczaków. Historia krótkiej wolności Piotra V.” 
  30. Anselm Grün „Sztuka zdrowego życia. Jak zachowa zdrowie duszy i ciała” 
  31. José Saramago „Miasto ślepców” 
  32. Martin Zusak „Posłaniec” 
  33. Katarzyna Michalak „Czarny książę” 
  34. Eben Alexander „Dowód” 
  35. Nicolas Sparks „Pamiętnik” 
  36. Michael Neale „Rzeka” 
  37. Charles Martin „Kiedy płaczą świerszcze” 
  38. N. H. Kleinbaum „Stowarzyszenie umarłych poetów” 
  39. Nicholas Sparks „Dla ciebie wszystko” 
  40. George R.R. Martin „Gra o tron” 
  41. Marguerite Duras “Kochanek” 
  42. Markus Zusak “Złodziejka książek” 
  43. Charlotte Link "Przerwane milczenie" 
  44. John C. Parkin, Gaia Pollini "Filozofia sukcesu, czyli f**k it" 
  45. Charlotte Link „Dom sióstr” 
  46. Jerome David Sallinger „Buszujący w zbożu” 
  47. James Dashner “Próby ognia” 
  48. James Dashner “Lek na śmierć” 
  49. David Foenkinos „Nasz rozstania” 
  50. Marcin Jakimowicz „Ciemno czyli jasno” 
  51. Marta Fox „Paulina w orbicie kotów” 
  52. Gayle Froman „Zostań, jeśli kochasz” 
  53. Allan Philips, John Lathusky „Porzucony. Droga z koszmarnego rosyjskiego domu dziecka do nowego życia w Ameryce” 
  54. John Green „Gwiazd naszych wina” 
  55. Simon Becket „Chemia śmierci” 
  56. Iza Korsaj „Kostka” 
  57. Charlotte Link „Ostatni ślad”


To teraz czas na wybór 5 książek, które zawładnęły moim sercem i wyobraźnią, 5 lektur, które zrzuciłabym z urwiska albo które będę omijać szerokim łukiem, a na koniec bonus, czyli, co znalazłam tego roku w literackim świecie, co mnie zainteresowało oraz, jakie buki znalazły u mnie dom :-) A więc do dzieła.


5 najlepszych buków roku, które przeczytałam:


1. Cormac McCarthy „Droga”

To książka, która sprawiała, że robiło mi się zimno, po plecach przechodziły mi ciarki, czułam strach, moje mięśnie zrywały się do ucieczki a oddech przyspieszał. Bałam się i cierpiałam z bohaterami. Książka niezwykle oszczędna w słowach, ale ogromnie poruszająca, gorąco polecam każdemu!!!



2. Charles Martin „Pomiędzy nami góry”

Historia o tym jak wielkie serce i jaką odpowiedzialność za drugą osobę może mieć człowiek. Jak pomimo trudów ratuje się swoje oraz czyjeś życie. Rzecz o miłości, która jest tak głęboka, że nic nie jest jej w stanie przerwać, nawet najbardziej dramatyczne zdarzenia.

3. Markus Zusak “Złodziejka książek"
Powiem szczerze, że miałam trudny orzech do zgryzienia, bo historia Eda z "Posłańca" była dla mnie bardzo ważna, jako że udowodnił, że człowiek nie jest bezsilny, ale zawsze może coś zmienić w swoim życiu. Pojawiła się tu jednak Liesel z prostego powodu, kochała książki tak samo jak ja. Nie poddała się nazistowskiemu praniu mózgu, była człowiekiem wśród wilków i miała ogromne serce. Kreacja bohaterów oraz wybór narratora, którego ogromnie polubiłam były dla mnie kolejnym argumentem za tym, by "Złodziejka książek" pojawiła się w tym zestawieniu. Po prostu czytać!!!


4. Elif Safak „Bękart ze Stambułu”
W tej książce aż roi się od kolorów, emocji i stosów jedzenia przy których człowiek robi się ogromnie głodny. Poleciła mi ją moja koleżanka Aneta, jeszcze raz ogromnie Ci dziękuję :* i powiem szczerze, że trafiłam do innej rzeczywistości. Nie umiem szybko czytać, ale "Bękart ze Stambułu" pochłonął mnie tak bardzo, że nie mogłam się od niego oderwać i kilka wolnych dni spędziłam właśnie w jego towarzystwie. Wschodnia kultura, dżiny, kolejna bohaterka uzależniona od książek, trochę trudnej historii i tajemnica pewnego dziecka. Elif Safak stworzyła świetną książkę, po którą naprawdę warto sięgnąć!!!



5. „Syrenka”, Camilla Läckberg 

No i tu mam problem ;-) Bo najchętniej wrzuciłabym tutaj trzy książki, a muszę ograniczyć się do jednej... heh... no cóż, choć "Próby ognia" i "Lek na śmierć" mogę spokojnie polecić każdemu ,to pod względem literackim bardziej przekonujące były dla mnie kryminały, wybieram więc "Syrenkę", ponieważ do końca nie miałam pojęcia, kto tak naprawdę był odpowiedzialny w tej historii za zaistniałe wydarzenia. A lubię, gdy autor wodzi mnie za nos.


5 najgorszych książek z mojej listy w 2014 roku:


1. Orhan Pamuk „Nowe życie”
Może niektórzy odżegnają mnie od czci i wiary, ale chyba męczyłam się tak strasznie tylko z jeszcze jedną książką, którą czytałam w podstawówce i nie była to lektura. Chciałam dobrnąć do końca, żeby udowodnić sobie, że nie porzucam nawet czegoś, czym miałam ochotę nakarmić niszczarkę. Dobrze, że książka nie była moja, bo zapoczątkowałabym "Zniszcz Nowe życie" i może byłoby to tak sławne jak "Zniszcz ten dziennik" ;-). W każdym razie nawet, kiedy autorowi w jakiś niewytłumaczalny sposób udało się na chwilę przyciągnąć moją uwagę, kończyło się to ponownym spadkiem w otchłań beznadziei... Nie polecam!!!


2. Kazuo Ishiguro „Nie opuszczaj mnie”

Uwielbiam dystopie i książki o totalitaryzmach i na pewno będę kontynuowała ich czytanie. Kiedy więc znalazłam w necie informację, że ta pozycja wlicza się do wspomnianego grona od razu ją wypożyczyłam. Jaki był mój zawód, gdy zbyt wcześnie odkryłam co i jak... Jednak nie to było najgorsze, po prostu nie mogę zrozumieć, że bohaterowie postąpili tak a nie inaczej, że zabrakło im ikry, pomysłowości, uporu, czegokolwiek, po prostu odpuścili... Powiem szczerze, że "Wyspa", którą pamiętam jeszcze z liceum była w podobnym klimacie, a życia było w niej nieporównanie więcej. Szkoda, że rozczarowała mnie tak ta książka...

3. Katarzyna Michalak „Czarny książę”
Jeżeli wydawało mi się, że nie istnieje już bardziej naiwna historia od "50 twarzy Greya" to życie udowodniło mi, że ogromnie się myliłam. Po lekturze "Mistrza" Katarzyny Michalak miałam nadzieję, na podobny klimat. Wiem, nie jest to literatura wysokich lotów, ale czasami trzeba przeczytać coś z tej półki, by po prostu odpocząć. Tutaj jednak nie dało się odetchnąć. Historia po prostu mnie rozwaliła. Wszyscy lecą na jedną kobietę, tak jakby Helena trojańska zstąpiła na ziemię, nawet tytułowy książę, niewyżyty seksualnie niczym Grey nie może się jej oprzeć. A ta sierotka oczywiście biedna i sprzedana przez ojca, walczy jak na dziewicę przystało ze swoimi żądzami, do tego dołóżmy historię kryminalną, inteligentnego inspektora, któremu jednak brakuje na tyle rozumu, by nie poddać się czarowi owej nieziemsko pięknej istoty, jakieś dziwne zakończenie i mamy książkę, która jak dla mnie okazała się totalnym niewypałem...

4. Marta Fox „Paulina w orbicie kotów”
Chyba jestem już za stara na takie powieści. Może moja zgryźliwość wynika z tego, że oczekiwałam czegoś na miarę "Magdy.doc" a okazało się, że gimnazjalistka Paulina nie jest ani taka inteligentna, ani ironiczna. Być może faktycznie jestem niesprawiedliwa, bo książka nie jest taka zła, czasami nawet mnie śmieszyła, ale znając twórczość autorki dość dobrze, bo mając te naście lat zaczytywałam się w niej i czasami później wracałam do tych książek, które leżą sobie u mnie w domu, zawsze podziwiałam sposób, w jaki przedstawiono w nich historie. Nie dotarły do mnie kocie wiadomości, ani fakt, że ktoś może się nimi interesować, gdy obok snuta jest o wiele bardziej porywająca opowieść. Ale o kotach się nigdy tak dużo nie dowiedziałam.


5. Eben Alexander „Dowód”
Ta książka miała mnie powalić, a tymczasem już dawno się tak nie zawiodłam. Było o niej bardzo głośno, jaka to znowu odkrywcza i wspaniała rzecz. Tymczasem ani nie jest specjalnie dobrze napisana, co rozumiem, bo Eben Alexander nie jest pisarzem, ani nie jest ciekawa... Autor bronił się jak mógł, powtarzając, że będzie zapewne niezrozumiany, że nie ma słów w ziemskim języku, by oddać piękno zaświatów i że nie pamięta wszystkiego. Odnosił się do swojego lekarskiego dorobku, by uwiarygodnić swoją historię, ale wszystko psu na budę, jak mawiają. Nic wstrząsającego ani pociągającego nie znalazłam na kartach tej lektury. Powiem więcej, jeśli zaświaty miałyby tak wyglądać to jak Grumpy Cat jestem na nie!!!



Moje odkrycia roku 2014


1. Remigiusz Mróz - czyli autor, którego książki można kupować w ciemno :-)
2. Book Reviews by Anita
3. Wielki Buk


A na koniec w tym roku wcieliłam w życie plan pisania bloga, co mnie bardzo cieszy i mam nadzieję, że innych też. Spacer wśród słów jest dopiero w powijakach, wiele przede mną, ale jestem na dobrej drodze 
:-). 
Moja biblioteczka wzbogaciła się o 38 książek :D co jest dobrym wynikiem. Wszystkie książki, które nabyłam i jedna którą wygrałam są na zdjęciach. Prezenty gwiazdkowe opisywałam osobno :-). 
















Noworoczne życzenia



Noworoczne życzenia