poniedziałek, 29 października 2018

Spacerowe rozkminy #10




Październik prawie się kończy. Minęły ciepłe, bajeczne, wypełnione słońcem dni, w które można było grzać się w parku z książką. Spacerować, podziwiać cudownie kolorowe drzewa. Dziś za oknem deszcz, mocny wiatr, zimno i jakoś tak melancholijnie. Na biurku leży zaczęty "Sekret Tatiany", "Ucho igielne" i "Nikt nie idzie". Jesień to dla mnie czas refleksyjnych, trudnych i smutnych książek, o czym już wspominałam. To dobry okres na klasykę, coś co wypełni człowieka smutkiem, ale jednocześnie wleje nadzieję, skłoni do zadumy, każe pomyśleć. Specyficzna pora i konkretne lektury.



Tym razem październik przyniósł mi moc wrażeń w sensie literackim. Dziś śmiało mogę powiedzieć, to był owocny miesiąc. 10 października wraz BajkochłonkąKsiążkojadamiLiterackimi skarbami świata całego oraz Literacką Kavką wzięłam udział w debacie "Promotorzy czytania" zorganizowanej przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Rzeszowie. Moderatorką naszej dyskusji była Anna Dziewit-Meller, która świetnie poprowadziła całą rozmowę od a do z. Mówiłyśmy najpierw o sobie, kim jesteśmy, skąd wziął się pomysł na nasze blogi, co się na nich znajduje. Padło wiele słów o projektach, które wyróżniają każdą z nas, naszych literackich sympatiach. Rozmowa dotyczyła wielu tematów. Poruszyłyśmy kwestię recenzji zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych, sprawę warsztatu, naszego stylu, chęci pisania dla szerszego grona, ale już w nieco innym wydaniu. Zastanawiałyśmy się, jaką rolę pełnią dziś blogerzy, jak wpływają na czytelników. Nie zabrakło oczywiście pytań dotyczących etyki blogerskiej, spraw związanych z tym, czy możemy otrzymywać wynagrodzenie za recenzję. Poruszyłyśmy również temat zasięgów, które nieraz spędzają sen z powiek.



Przede wszystkim jestem pod ogromnym wrażeniem doboru zaproszonych osób. Każda z nas jest inna, ma swoje własne literacko-blogowe "poletko", dzięki czemu rozmowa była ciekawa, żywiołowa i przyniosła konkretne wnioski. Rzetelność, prawdziwość, zaangażowanie, pasja i pozostawanie sobą. To przede wszystkim powinno cechować blogera. Ważne jest również doskonalenie siebie i swojego warsztatu. W dobie kultury obrazkowej, w której nie mamy za wiele czasu, blogi zdają się odchodzić do lamusa, choć to co dzieje się na naszych stronach zaprzecza temu. Piszemy z pasji, chęci dzielenia się swoimi przemyśleniami, otwartości na rozmowę i ukłon w stronę Instargama, który staje się coraz popularniejszy, tego nie zmieni. Kocham pisać i nie potrafiłabym się ograniczyć do kilku zdań i zdjęcia. Zachęcać do czytania, propagować dobre książki, ale pozostawiając czytelnikowi wolność. Nie wprowadzać absolutnie żadnych podziałów, gdyż one czynią szkodę, a nie uświadamiają, że istnieje proces dojrzewania czytelnika. To zadanie, które sobie stawiam a jednocześnie dobre podsumowanie naszej debaty, zachęcać do czytania w wolności wyboru.

Jeśli chcecie posłuchać nieco o tym, co miałyśmy do powiedzenia, zapraszam do relacji w Radio Rzeszów - Relacja z debaty oraz do krótkiej informacji z TVP3 Oglądajcie od 22 minuty 40 sekundy.

Październik był też miesiącem nowości, które starałam się jak najszybciej recenzować i po raz kolejny naszła mnie refleksja, że muszę bardzo uważnie dobierać lektury. Bo taki naprawdę intensywny maraton recenzencki jest fajny, ale raz na jakiś czas. Cieszy mnie fakt, że pisałam o naprawdę dobrych książkach, ale wszystko w swoim czasie i przekładane lekturami spoza nowości. Wróciłam jednak do pisania o poezji i mam zamiar robić to częściej, bo jak głosi hasło kampanii "kultura leczy" - "Poezja leczy prozę życia". Ja co prawda uważam, że codzienność jest piękna, ale poezja znacznie ją wzbogaca <3





Idąc tym tropem chciałam wspomnieć o premierze tomiku "Atropina" Adriana Sinkowskiego, w której uczestniczyłam. O samym tomiku już pisałam, ale szalenie ciekawie było powrócić do niemalże akademickiego świata miłośników literatury, którzy wgryzają się w poezję, by wyciągnąć z niej mnogość emocji i sensów. Wielowątkowość tomiku, różnorodność interpretacji gości była świetnym świadectwem tego, że nie istnieje jeden właściwy sposób odczytywania utworu. Poezja tętni życiem, czaruje, ukazuje coraz to nowe obrazy, poddaje się doświadczeniu i wiedzy czytającego i to jest jej siłą. Tego wieczoru pojawiły się pytania o to, co kryje się poza dosłownym znaczeniem słów. Znam to, miałam podobnie. Pozostawałam jakoś bezradna, ze świadomością tego, że coś mi ucieka, drga na brzegu świadomości i podświadomości, nieznanego i znajomego, wymyka się, pozostając nieuchwytne, choć praktycznie jest w zasięgu ręki. Czy brakowało nam cierpliwości, wiedzy? Myślę, że w każdym czytelniku drzemie pokusa, by skonfrontować swoje przekonania z zamysłami autora, dowiedzieć się więcej, przekonać czy dobrze odgadło się tropy, odczytało sensy. To pokłosie szkolnej interpretacji tak innej od tego, co usłyszałam i co dało mi autentyczną radość. Jednak przekonać się, że zrozumiało się poetę tak jak on widzi teksty, to dobre doświadczenie. Wielką przyjemność sprawiło mi słuchanie dociekań, zamysłów interpretatorów i samego autora, który mówił o tym, co chciał przekazać, pozostawiając jednak niedopowiedzenia, by czytelnik mógł sam odkryć "Atropinę".



Poezja nadal jest niedoceniana. Wydaje się trudna, odstrasza skutecznie po latach szkoły. Brakuje nam do niej serca. Brakuje pokory i wolności wyciągania wniosków. Niby istnieje hermeneutyka (rozumiana jako otwarcie się na dialog), ale jakoś mało jej w szkole. Czy tak bardzo przeraża nas, że ktoś widzi w tekstach coś, czego my nie dostrzegamy? Czym innym jest całkowite odejście od tekstu, a czym innym strach przed wyjściem poza klucz. Drugim tomikiem, całkiem innym od "Atropiny" był "Raport zza mgły" Piotra Duraka, typowo jesienna lektura. Smutna, wgryzająca się w duszę, z pesymistyczną refleksją, zapisem rozczarowań podmiotu lirycznego, upadkiem ideałów, przeniesieniem zainteresowań człowieka z ludzi na maszyny. Jednocześnie w tym ponurym świecie ogromną wartość zyskuje wyszukiwanie piękna i prostych radości. Manifestowanie wolności i szukanie człowieka wśród tłumu, w którym jest się dogłębnie samotnym. To bolesna literatura, ale skłaniająca do przemyśleń i pisana pięknym językiem proza poetycka.



Jesień to również drugi tom "Owocu granatu", który czytałam aż do rana, czując, że ta książka powstała dla mnie. To zapis pytań i szukania na nie odpowiedzi, z którym zmagałam się na różnych etapach życia. To nie sielankowa powieść o miłości, ale historia dogłębnie życiowa, taka która każe zatrzymać się i zastanowić, jakim cudem odnajduję siebie na kartach książki, jak powieść o zabarwieniu historycznym może być jednocześnie traktatem o człowieku i jego odwiecznych problemach. Jeśli nie czytaliście, nie traćcie czasu. Wypożyczajcie, kupujcie, zamawiajcie, bo takiej literatury się nie zapomina, nie omija, nie pozwala się przejść obok niej obojętnie.



Jeśli jesteśmy przy Marii Paszyńskiej to październik to również czas, w którym pojawił się pierwszy spacerowy patronat <3 czyli "Córka gniewu", trzeci tom trylogii sułtańskiej. O mojej bezgranicznej miłości do książek tej pisarki nie muszę chyba nikomu mówić. Jestem ogromnie szczęśliwa, dumna i zaszczycona, że mogłam objąć patronatem tę powieść, bo jak sami wiecie, dobrej literatury nigdy dość!

Skończył się czas zbierania kolorowych liści, zaczął przeziębień, herbaty z imbirem i miodem oraz spokojnych wieczorów spędzanych z książką przy lampce. I choć żal mi ogromnie Krakowskich Targów Książki, na których nie byłam, to listopad zapowiada się naprawdę ciekawie literacko i spotkaniowo, ale o tym następnym razem. Ubierajcie się ciepło, nie zapominajcie o czapce, herbacie i dobrej lekturze. 

P.S. Po kliknięciu w pogrubione tytuły książek, przeniesiecie się do ich recenzji :). Miłej lektury.



środa, 17 października 2018

Maria Paszyńska "Córka gniewu"

RECENZJA PREMIEROWA



"Żyła życiem, którym nie chciała żyć, a z którego nie mogła się wydostać. Trwała więc, unosząc się na falach niemocy. Nie miała dość odwagi, by to wszystko skończyć, choć nie miałaby nic przeciwko temu, żeby nie obudzić się kolejnego dnia. Jej życie pozbawione było jakiejkolwiek perspektywy zmiany. Żyła bez przyszłości, a i przeszłość nie miała dla jej teraźniejszości żadnego znaczenia, nie niosła nadziei na lepsze jutro." - 101-102

Jest ranek, słońce zagląda przez kuchenne okno, mocnym, złotym, jesiennym blaskiem. Wokół cisza, wszyscy jeszcze śpią. Słychać tylko szum gotującej się wody. W końcu znad kubka unosi się zapach kawy. Siadam przy komputerze i już nie mogę się doczekać aż opowiem Wam o pewnej powieści. Orientalno-jesiennej, która rezonuje jeszcze we mnie i sprawia, że po raz kolejny pochylam się nad pewnymi wnioskami. 

Losy jednej z największych bitew morskich zostały rozstrzygnięte za sprawą Jeleny. Chrześcijański świat pokrzepiony zwycięstwem nabiera ducha. Tymczasem w Imperium dzieje się źle. Selim II nie tylko ponosi klęskę militarną, ale i duchową. Coś łamie się w sułtanie, który z pełnego przywar człowieka prowadzącego hulaszczy tryb życia zmienia się w ascetę. Nagła metamorfoza jest prawdziwie niepokojąca. Synowie władcy muszą być gotowi, by zareagować w odpowiednim momencie, w końcu przyjdzie im walczyć o władzę. Mehmed Pasza Sokollu mimo podeszłego wieku nie ustaje w wysiłkach, mających na celu utrzymanie Imperium Osmańskiego w jak najlepszym stanie. Zadanie zdaje się być karkołomne, ale mężczyzna twardo wypełnia swoje obowiązki i obietnicę złożoną przyjacielowi. Jelena po wygranej bitwie wcale nie staje się wolna. Ojciec Vincenzo ma swój plan i doskonale wie, że dziewczyna może mu się jeszcze nieraz przydać. Kobieta cierpi. Nie może otwarcie zapytać o ukochanego, gdyż to ściągnęłoby na niego niemałe kłopoty, wszak duchowny nie cofnie się przed niczym, by w pełni ją kontrolować. Powrót do brata również nie wydaje się dobrym pomysłem. Bohaterka ma coraz mniej czasu, by uciec spod uważnych oczu szpiegów kapłana i uratować siebie i swoich bliskich.




Imperium Osmańskie po raz kolejny pokazało na kartach książki swoją pozorną siłę i kruchość zarazem. Jeszcze bardziej uwypuklił się świat kontrastów, które skrzętnie ukrywane przed oczami poddanych, stale się pogłębiają. Unoszący się ambicją dowódcy i dostojnicy dworscy, przekonani o swej sile i nieomylności, rozrywają państwo, każdy w swoją stronę. Potężny jedynie tytularnie władca zajmuje się tylko uciechami życia i nie dostrzega tego, co dzieje się dookoła. Butny, zadufany w sobie, krótkowzroczny i jakże nierozważny, nie przystaje do obrazu sułtana znanego z pierwszego tomu trylogii. To człowiek miotany namiętnościami. Słaby, ale wykorzystujący władzę, która spadła na niego niczym brzemię. Wszystko jest dobrze, dopóki historia płynie swoim spokojnym rytmem. Gdy dochodzi do porażki, człowiek w którego rękach spoczywa los tysięcy ludzi, gnie się pod ciężarem klęski. Osobą, która dźwiga na barkach całe Imperium jest Sokollu. Jednak czytelnika nachodzi przykra refleksja, jaka jest zapłata za oddanie idei państwa stworzonego przez jego przyjaciela całego siebie? Czy cena, którą przychodzi płacić paszy nie jest za wysoka? Wieczne intrygi, ciągła czujność, niekończąca się dyplomacja, zależność od kaprysów i humorów władcy czy radzenie sobie ze spiskami zazdrosnych urzędników zdają się nie mieć końca. To właśnie praca paszy na rzecz dobra państwa ogromnie kontrastuje z postępowaniem sułtana. Odnosi się wrażenie, że bohaterowie powinni zamienić się miejscami, wówczas wszystko byłoby dobrze. Jelena niczym towar przekazywana jest z rąk do rąk. Staje się wiecznym więźniem coraz to innych ludzi, pragnących wykorzystać ją do realizacji własnych celów. Nieustannie zmaga się z przeciwnościami losu, pragnąc jedynie tego, by w końcu zaznać szczęścia przy boku ukochanego. Czy to jednak możliwe?

Maria Paszyńska maluje piękny i złożony obraz bogatej zarówno pod względem materialnym jak i duchowym krainy. To miejsce, w którym nawet niewolnik może liczyć na awans społeczny, w którym wykorzystuje się drzemiący w ludziach potencjał. Jest jednak i druga strona medalu. Pod urzekającą maską wdzięku i mądrości kryje się państwo tysięcy intryg, bezduszności, skrywanych sekretów, pozornej wolności. Niewolnik pozostaje niewolnikiem, za wierność ideałom często przychodzi płacić najwyższą cenę. Można powiedzieć że każdy jest swoistym zakładnikiem piastowanego stanowiska, żądz, namiętności, wyżej postawionych ludzi, wydarzeń, nawet kaprysów. Bohaterowie ulegają historii i ją tworzącym. Walczą o swoją przyszłość, choć często wydają się być skazani na klęskę. Budują i niszczą, dokonując wyborów, których woleliby uniknąć. Imperium to złożony organizm, który tętni życiem, niespokojnie szarpany kolejnymi podnietami, zdany na łaskę i niełaskę władcy, ludu, ideologii. 



"Córka gniewu" jest przemyślanym i urzekającym językiem zakończeniem trylogii. Nie brak w niej perełek, które warto zapamiętać. Mądrości, mówiących o ludziach sprawujących rolę przewodników, pojawiających się w życiu, by po odegraniu swojej roli odejść, błahostkach - ulotnych chwilach, z których budujemy ten prawdziwy świat, tak inny od rzeczywistości dworskiej. To historia o wykorzystywaniu szans, budowaniu siły, braniu odpowiedzialności za swoje czyny, ale również powieść o godzeniu się ze sprawami, na które nie mieliśmy wpływu. Historia Jeleny i Sokollu idealnie podkreśla to, że z każdej nawet najcięższej sytuacji można wyprowadzić dobro. Często jest ono okupione wysoką ceną, ale prawdziwą wolnością, której nikt nam nigdy nie odbierze jest bycie sobą, rozwijanie swojego człowieczeństwa, mądrości, ducha, by czynić dobrze. Możemy nie mieć wolności wyboru, ale to jak przeżywamy sytuacje, co rodzi się w sercu, jest tylko nasze. Finał sułtańskiej trylogii zaskakuje swoim wydźwiękiem. Tym jesiennym, głębokim przekonaniem, że wszystko zdąża ustalonym torem. Nieco melancholijnym, nieco smutnym, ale wypełnionym pogodzeniem się z sytuacją, tym wewnętrznym przekonaniem, że tak ma być. Jakby czytelnik czekał na z góry ustalony scenariusz. I nie chodzi tu o przewidywalność, ale świadomość tego, że wybory prowadzą do konkretnych rozwiązań. To słodko-gorzkie pożegnanie ze światem, który mocno podkreśla, kim tak naprawdę jest człowiek, do czego jest zdolny, jaka jest definicja wolności. Bo wszyscy jesteśmy liśćmi tańczącymi na wietrze, ale od nas zależy, czy w tych jesiennych pląsach pokażemy całą naszą krasę i spokojnie opadniemy na karty historii, czy bezwolnie poddamy się podmuchom, zrywami próbując coś uzyskać. 

Nie spodziewałam się, że orientalna opowieść będzie tak naprawdę głęboką refleksją o kondycji człowieka, tak przerażająco współczesną i realną. Wzruszenia, zachwyty, cudowny język, pełnokrwiści bohaterowie, akcja a miejscami poetycka fabuła, te wszystkie walory sprawiły, że z dumą mogę powiedzieć patronuję tej książce. Jednak pochylenie się nad wartościami, istotą człowieczeństwa i styl, w jakim robi to Maria Paszyńska powodują, że dzisiejszy dzień to wspólne święto moje i Pisarki, bo jest co świętować. Każde słowo, które rezonuje w duszy czytelnika zasługuje na swój czas, a tych w tej powieści nie brakuje. 




Za możliwość objęcia patronatem "Córki gniewu" i egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Autorce i Wydawnictwu Czwarta Strona. 




Maria Paszyńska, Córka gniewu, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2018. 


wtorek, 16 października 2018

Ursula Poznanski, Arno Strobel "NIEznajomi"

PRZEDPREMIEROWO


"Spoglądam mu prosto w oczy, choć kusi mnie, by odwrócić wzrok. Ma w sobie coś, co sprawia, że żałuję braku noża w zasięgu ręki. Takiego, którym mogłabym go dźgnąć. Raz za razem.
O Boże, co mi w ogóle przychodzi do głowy!
Przyciskam obie dłonie do czoła, a pragnienie, by przemocą wyrwać się z tej sytuacji znika." - s. 23

Joanna marzyła jedynie o tym, by wziąć gorącą kąpiel, następnie usiąść pod kocem z herbatą i dobrą książką. Zwykły, przyjemny wieczór został jednak przerwany w dość nieoczekiwany sposób. W jej domu pojawił się nieznajomy. Włamywacz? Morderca? Porywacz? Myśli szybko przelatywały kobiecie przez głowę, ale stanowczo nie spodziewała się tego, co stało się potem. Stojący przed nią mężczyzna, poirytowany dziwnym zachowaniem bohaterki stwierdza, że jest jej narzeczonym. Joanna nie dość, że widzi go po raz pierwszy, to nie odnajduje w domu nawet śladu, który świadczyłby o tym, że z kimkolwiek mieszka. Brak choćby jednego wspomnienia, jednej rzeczy i fakt, że Erik nie potrafi odpowiedzieć na żadne z zadanych mu pytań, które mogłyby świadczyć o tym, że jest związany z Joanną, świadczą na jego niekorzyść. Choć pewne stwierdzenia wskazują, że faktycznie mieli ze sobą jakiś kontakt. Jest wiele powodów, dla których mężczyzna może kłamać. Żaden z nich nie wróży niczego dobrego.

Erik nie miał dobrego dnia. Chciał zapomnieć o wszystkich niepowodzeniach i nieprzyjemnościach w ramionach ukochanej. To co początkowo wydawało mu się głupim i niesmacznym żartem okazało się bolesnym wstrząsem. Ukochana nie tylko nie wita go uśmiechem, ale wręcz nie poznaje. Jej słowa, gesty, ton głosu świadczą o tym, że ukochany stał się dla niej obcą osobą. A jeszcze kilka godzin temu było tak dobrze. Mężczyzna nie potrafi wyjaśnić amnezji narzeczonej, a tym bardziej tego, dlaczego z domu zniknęły wszelkie ślady jego obecności. Problemy Joanny z pamięcią to jednak dopiero początek kłopotów.



Jak musi czuć się kobieta, która straciła część swojej pamięci, dziwną część. Do tego ma niejasne, napawające ją lękiem przebłyski, które zdecydowanie nie wróżą niczego dobrego. Czy to ona zwariowała czy wszyscy dookoła oszukują ją, pragnąc, by uwierzyła w kłamstwo. Stawka jest przecież wysoka. Mimo wszystko, coś głęboko mówi jej, że trzeba wyjaśnić tę sytuację, choć logicznie rzecz ujmując nie wydaje się to najlepszym pomysłem. Zagubiona między pamięcią a zapomnieniem Joanna będzie starała się odnaleźć choćby okruchy wspomnień. Zrozumieć, kim jest Erik i czego od niej chce. Ma wiele okazji do obserwacji nieznajomego, wydaje się, że zbyt wiele nietypowych zdarzeń może przybliżyć ją do prawdy. Dezorientacja i gniew, to pierwsze, co czuje mężczyzna, który w niewyjaśniony sposób został wymazany z życia narzeczonej. Początkowe reakcje ustępują jednak smutkowi, żalowi, w końcu strachowi, bo dzieje się coś mocno niepokojącego. Czy można oszaleć w przeciągu kilku godzin? A może to po prostu spisek uknuty przez innych? Żadna z wyłaniających się odpowiedzi nie jest optymistyczna a zegar nieubłaganie tyka przyprawiając o dreszcze.

Dwie wersje historii. Ona pamięta wszystko poza nim. On stara się odnaleźć w roli człowieka, który musi udowodnić, że łączy ich miłość. Oliwy do ognia dolewa fakt, że z minuty na minutę sytuacja gmatwa się coraz bardziej. Pojawiają się kolejni bohaterowie, którzy rzucają światło na różne aspekty fabuły. Każdy z nich przechyla szalę podejrzeń czytelnika w inną stronę. Motywów przecież mogło być wiele. Akcja rozkręca się ze strony na stronę. W głowie rodzą się kolejne pytania. Granica między prawdą a fałszem jest płynna. Im więcej poszlak, tym trudniej zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w powieści, komu można zaufać. Kto bezbłędnie odgrywa swoją rolę, a kto padł ofiarą manipulacji. Przyjaciółka od serca, dawna miłość, kolega z pracy i do tego psycholog, szef, lekarz - każde z nich odwodzi czytelnika od prawidłowego rozwiązania. Autorzy umiejętnie budują napięcie, przeplatają sceny pełne akcji z opisami bezradności bohaterów i próbami zmierzenia się z rzeczywistością. Oddają głos zarówno Joannie, jak i Erikowi, kreśląc tym samym pełny obraz sytuacji. Dzięki temu historia rozszerza się. Pisarze nie dublują treści, jeśli opisują to samo zdarzenie kładą naciska na emocje i różne aspekty incydentów. Relacje świetnie się uzupełniają. Doskonale widać różnice między kobiecym a męskim punktem widzenia, sposobem odbierania rzeczywistości, reagowania na zdarzenia. Czytelnik dowiaduje się również o tym, co umknęło jednemu z bohaterów lub tym, co może go czekać, w końcu nie znamy całej prawdy o drugiej osobie. Mistrzowsko podsuwane tropy mają zmylić przeciwnika, by za wcześnie nie odgadł, co tak naprawdę się stało. Kolejne wątki tylko komplikują fabułę, która z dość niezwykłej historii o dwójce próbujących się odnaleźć ludzi przeradza się w coś znacznie większego. A samo zakończenie? Ursula Poznanski i Arno Strobel tak umiejętnie wodzili mnie za nos, że zdziwiona zastanawiałam się, jak mogłam nie wpaść na pewne rzeczy. Całej przyczyny przedstawionych zdarzeń, bym się jednak nie domyśliła, zdecydowanie nie.



"NIEznajomi" to pełna napięcia, wartkiej akcji, tajemnic książka, która nie da Wam spokoju, dopóki nie skończycie. Prowadzona z perspektywy bohaterów narracja nie tylko doskonale oddaje poczucie zagrożenia, osaczenia, dezorientacji i lęku, ale cały towarzyszący postaciom wachlarz emocji. Pozwala wniknąć w ich psychikę, poczuć to, co oni. Samo umiejscowienie fabuły w kilku miejscach podkreśla panującą w książce duszną atmosferę osaczenia i niepewności. Łagodzą ją momenty, gdy bohaterowie nieco bardziej skupiają się na własnej relacji niż zdarzeniach, które mają miejsce w ich otoczeniu. Rozdziały nie są za długie, język żywy, opisy skrócone do minimum. Widać swoistą oszczędność językową, brak przegadania tematu, o co wcale nie byłoby trudno. Pisarze stanęli jednak na wysokości zadania serwując wciągający i skupiony na sednie sprawy thriller psychologiczny, który świetnie oddaje to, co dzieje się w głowie i wnętrzu bohaterów. Rozszalałe emocje, mnożące się pytania, przemyślana intryga, wciągająca treść, ciekawi bohaterowie i zaskakujące zakończenie to wszystko znajdziecie w "NIEznajomych". Czytajcie, warto :)



Na koniec trochę prywaty. Dziękuję Wydawnictwu Mando za egzemplarz recenzencki i to bardzo szczególny, bo nigdy nie podejrzewałabym, że znajdę się na okładce. Świetny, kreatywny pomysł (nie dlatego, że na niej jestem ;-) to taki miły gest w stronę blogerów), który z tego, co widzę w sieci, spotkał się z naprawdę ciepłym przyjęciem :)

Fragment książki możecie przeczytać TU

Ursula Poznanski, Arno Strobel, NIEznajomi, przeł. Anna i Miłosz Urbanowie, wyd. Mando, Kraków 2018. 

poniedziałek, 15 października 2018

Piotr Durak "Raport zza mgły"




"Czasami rzeczy najprostsze do zrozumienia wydają się tak ogromnie trudne. Łatwo dzielimy zjawiska i ludzi na szuflady: dobro i zło. Jakby pomiędzy bielą i czernią nie kryło się nieskończenie wiele odcieni szarości. I jakbyśmy w ogóle mieli prawo być tu sędziami." - s. 19


Jesień kojarzy mi się niezmiennie z pełnymi słońca dniami, które pozwalają jeszcze grzać się wśród tysięcy kolorowych liści. Z długimi wieczorami, gdy przykryta kocem grzeję ręce o kubek gorącej herbaty i zanurzam się powoli w lekturze. To także dni, gdy deszcz niespiesznie bębni o parapet, przez okno sączy się nikłe i mgliste światło, a ja nie mam ochoty wychodzić z ciepłego łóżka. To czas długich lektur, tych trudnych, z którymi trzeba się zmagać, dumać, kłócić nawet. To czas smutku, melancholii, żalu za tym, co utracone. Książek o milionach odcieni szarości i przydymionym świetle. Ciężkich, refleksyjnych, wyrwanych z wszechobecnego nurtu zadowolenia i samouwielbienia. 

Treści nabrzmiałych ciężarem gatunkowym. Wyrosłych z refleksji nad światem i jego stanem. Krzyku o tym, że to wszystko miało nie tak wyglądać, że pod przyjemną i pustą maską  lukrowanej rzeczywistości, kryje się coś więcej. Tętni umęczone serce świata, drży wyczerpane, czekając na jakieś poruszenie w ludzkich duszach. 

problem nie polega na tym
że zbyt cicho krzycząc
jesteśmy niemi
krzyk aby był słyszalny
musi mieć swe centrum
("Punkty odniesienia" s. 24-25)

Sęk w tym, by krzyczeć mądrze. Wiedząc skąd nasz krzyk się wydobywa, co ze sobą niesie, przeciw czemu protestuje. Inaczej jest tylko kolejną pustą skargą rzuconą na wiatr. Wartą tyle, co tysiące innych, błahych i wyolbrzymianych, które codziennie wyrywają się z ust człowieka. On musi mieć sens, swoje głębokie uzasadnienie, cel, który trzeba osiągnąć. Bohater "Raportu zza mgły" wie jednak skąd bierze się jego ból, powiedziałabym śmielej Weltschmerz. 

Nietutejszy i niedzisiejszy. Tak określiłabym osobę mówiącą zarówno w wierszach jak i prozie, którą można śmiało określić jako poetycką, choć czasami z delikatnością i subtelnością poezji nie ma wiele wspólnego. Raz opowiada o wyobcowanym wilku, który chciał żyć inaczej. Odtrącony, niezrozumiany, pozostawiony samemu sobie, ale nie ot tak bez szkody. Stada nie opuszcza się bez uszczerbku czy ran. Trzeba odpokutować swoją decyzję boleśnie, gdy burzy się ustalony porządek rzeczy. On jednak ma śmiałość żyć inaczej. Ale czy przystoi wilkowi wyłamywać się ze swej natury? Przeciwstawiać się całej swej istocie i żyć snem? Tak mocnym, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Czy orzeł może zrozumieć cierpienie Prometeusza i chcieć zerwać z karą, którą wymierza na polecenie greckich bogów? Czy człowiek jest w stanie zrozumieć świat i inne istoty, tak różne od niego? W oszczędnych słowach autor pisze o wyobcowaniu ze świata. Inności, która rzuca się w oczy, prowadzi do odtrącenia, ale jest na tyle silna, że nic poza nią się nie liczy. To mocny wewnętrzny głos, który każe podążać za sobą, otwierać szerzej oczy i dostrzegać to, czego nie widzą inni. To też rzecz o odwadze bycia prawdziwym w świecie, w którym liczy się grupa i jej siła.  Odkrywa się to powoli lub nagle, wystarczy moment lub lata, by zauważyć swoje niedopasowanie, oryginalność, wewnętrzną niezgodę na pewne sprawy. Łamanie konwenansów nie zawsze dobrze się kończy, a jednak z kart wyłania się wniosek, że mimo wszystko warto być innym, nawet jeśli przyjdzie zapłacić za to wysoką cenę. Bo za inność się płaci. 

Rzeczy dostajemy po to by je używać
ludzi po to by kochać
z czasem jednak tracimy orientację
zaczynamy używać ludzi
kochać rzeczy
("Pomieszanie" s. 39)


Świat w utworach wydaje się ulegać degradacji. Ludzie zagubili drogę. Stworzyli sobie własnych bożków, odwrócili porządek rzeczy. Pomylili miłość z posiadaniem. Człowieka z rzeczą. Rodzi się zatem pytanie, czy ktoś jeszcze dostrzega ten stary zburzony ład, przeszłe wartości moralne, które z obecnymi nie mają niczego wspólnego. Buduje się rzeczywistość, w której terminy nabierają nowego znaczenia. Zmienia się styl życia, przemianie ulega sam człowiek, zagubiony między dobrami, stale w biegu, pomijający to, co najważniejsze. To już nawet nie krytyka współczesnego świata. To pesymistyczna refleksja nad codziennością, w której ludzie pozostają bezradni, niezrozumiani, potwornie samotni.

tak wiele myśli pogubiłem
mówisz mi że ty też
amnezja zmysłów
tyle słów do powiedzenia
między nami
nie padnie już
(...)
w kurzu pustego pokoju
unosi się tyle treści
po naszym wyjściu
że tylko wrócić
cofnąć czas
pokochać znów
tylko zamek zardzewiał
zginął klucz
(*** tak wiele myśli pogubiłem s. 51)



Człowiek zdaje się ciągle mijać z właściwym czasem. Popełniać błędy, które zamykają drzwi do przyszłości. Boi się mówić o najważniejszym, ale poświęca swój czas na rzeczy całkiem nieistotne. Ludzie stają się niezdolni do prawdziwych uczuć. Płascy, przyziemni, całkowicie pogubieni. Brak im umiejętności naprawiania błędów, doceniania tego co najważniejsze, rozmawiania ze sobą. Najprostsze czynności, które przez wieki nie sprawiały trudności, były niczym oddychanie, urastają do rangi czynów niemal karkołomnych. Czas mija, zamyka możliwości, a problemy pozostają. Zmieniają się w rany, niespełnione marzenia, zawiedzione nadzieje. Czasami sam czas wyszarpuje brutalnie to, co udaje się stworzyć najpiękniejszego. Zamyka drogę za szybko, tym którzy nie potrafią docenić szczęścia w porę. 

Tak wyszarpano mu połowę serca ale żył
uprawiał pole zarabiał nawet odkładał na przyszłość
Tę z kolei zabrała ciężarówka i Bóg który zaprasza
jak zawsze nie w porę
("Po wizycie w domu na rozstaju dróg" s. 53)

Bóg, który zawsze przychodzi nie w porę. Po ludzku to zrozumiałe. Nigdy nie ma dobrego czasu, by tracić, to co najcenniejsze. Pozwolić odejść komuś, w kim bije część naszego serca. Nie istnieje na to odpowiedni moment, każdy jest bolesny i niechciany, nieważne kiedy nadchodzi. I ta nachalnie nasuwająca się refleksja, co w zasadzie po nas zostanie? Przyszłość znajdzie popękane smartfony, przykryte kurzem laptopy a w nich pamięć naszego życia. Stare książki z nadrukowanymi nazwiskami, fotografie czy pozostałości budynków. Kim będziemy w oczach przyszłych pokoleń, pyta autor i nie snuje wcale optymistycznych wniosków.



Penetrując opuszczone miejsca natrafia na ślady ludzkiego życia. Marzenia i radości ulotne i kruche po latach. Zostaje tancerka, której nikt nie wspomni, chyba, że uwieczni ją poeta. Ten jednak nie ma wcale dłuższego życia niż odnalezione zdjęcie. Czas nieubłaganie płynie do przodu i nie zapewnia wcale pewności tego, że przyszłe pokolenia będą o nas pamiętać. Jak egzystować ze świadomością przemijania pyta "ja" liryczne. Gdzie jest choćby obietnica zapisania się na kartach pamięci dla zwykłego zjadacza chleba? Gdzie pewność, że nie zostanie się jedynie pyłem historii. Jest sztuka, ale i ona wydaje się nikła, bo wszystko zależy od tego, gdzie się rodzi. Czy marzenie o nieśmiertelności może być realne?

przecież tyle nas łączy
czynów przeczących śmierci
tak samo błahych i nietrwałych jak pamięć ludzka
o twoich ruchach i moich słowach
i gdybym tylko wiedział w którą przepaść się rzucić
by nie zginąć jak ty w chłodzie tej kwietniowej nocy
poszedłbym na tę krawędź
choć spojrzeć
("Tancerka 1926" s. 59)

Strach zdaje się narastać. Kruchość życia, ulotność pamięci, życie niby mgnienie, to wszystko sprawia, że człowiek niespokojnie zaczyna szukać drogi wyjścia. Czegoś, co pozwoli mu nie zniknąć z tego świata. Udowodnić, że przecież istniał, żył, kochał, tworzył. Oddychał jak wielu innych, ale nie był taki sam jak pozostali. To pragnienie manifestacji swojej obecności zdaje się tak ludzkie, a jednocześnie jest krzykiem człowieka przepełnionego lękiem. "Non omnis moriar", coś musi pozostać. Pytanie co, pozostaje otwarte.

przestraszyłem się
że nieśmiertelność
oddala się ode mnie
jak pociąg osobowy
niespiesznie
(...)
byłem sam
w dzikim lesie na pustkowiu w tłumie
w tej najgorszej samotni
miliona twarzy
błądziłem
a największym koszmarem
było stać się podobnym
do czasów
w które mnie wrzucono
bez pytania
ot tak
("Ostatni" s. 67-68)

Wrzucony w bieg historii człowiek. Samotny indywidualista, stąpający już za życia po gruzach przyszłości. Zawieszony między butwiejącą przeszłością pełną starych fotografii, duchów lokatorów opuszczonych budynków a futurystyczną wizją przyszłości, w której apokalipsa zatarła znaną codzienność. Rzeczywistość w której o człowieku świadczy pamięć komputera lub telefonu, bo ta ludzka zdaje się nie tylko zawodna, co nieużywana. Zapisujemy ludzi w urządzeniach, nie w sercach. Przestajemy pojmować znaczenie uczuć. Izolujemy tych, którzy nie podlegają naszym standardom, zdaje się mówić autor. W wielkim świecie, pełnym różnorodności i piękna, przestajemy widzieć, słuchać, czuć. Zapominamy o ludziach na rzecz przedmiotów. Odchodzimy od mickiewiczowskiej zasady "miej serce i patrzaj w serce". Ujednolicamy, boleśnie odtrącając tych, którzy nie pasują, szukają czegoś innego. Stajemy się podobni do używanych przez nas przedmiotów, wielofunkcyjnych, szybkich, wydajnych, ale płaskich i zimnych.

Nikt nie pyta, czy chcemy żyć w świecie maszyn, płytkich pojęć, uniformizacji. Jesteśmy wrzuceni we współczesność jak "śliwka w kompot". Zmuszeni do dostosowania się lub wyłamania. A to powoduje niezrozumienie, ból, wyobcowanie. Wszak wszystko, co obce i inne budzi nieufność. Prawdziwy człowiek staje się dziwakiem w dzisiejszym świecie. Ucieka do opuszczonych miejsc, pamiątek przeszłości tak samo innych i niedzisiejszych jak on. Szuka ratunku w świecie, w którym przyszło mu żyć. Niezgodę i samotność chowa za zdziwieniem i nadzieją na znalezienia człowieka w morzu ludzi.





Piotr Durak snuje pesymistyczną wizję współczesnego świata. Czym jest "Raport zza mgły"? Melancholijną elegią o tęsknocie do przeszłości, w której wszystko wydawało się prostsze. Czasach, gdy człowiek nie był człowiekowi wilkiem. Gdy podstawowych pojęć nie wykoślawiała kultura. Czasem, gdy inny nie znaczył gorszy, a bliźniemu można było zaufać. To rzecz o tęsknocie za światem, w którym prostota i piękno są prawdziwymi wartościami, a relacje nie opierają się na sile i podstępach. Urzeka jednak wolność bohatera, który mimo wszelkich trudności, niezrozumienia, lęków, nadal jest sobą. Przychodzi za to płacić wysoką cenę, ale poszukiwanie okruchów piękna i dobra, które przecież są na kartach książki, jakoś bolesne, jakoś magiczne, lekko przyprószone kurzem i niedocenione, ale ważne, wybrzmiewa niezwykle mocno. Właśnie podążanie szlakiem tego, co jest wartością w tym tomie było dla mnie swoistą ścieżką interpretacyjną. Powolnym zanurzaniem się w świecie, który próbuje budować, a często w którym chciałby się znaleźć bohater. 

"Raport zza mgły" to w pewien sposób trudna i brutalna książka. Odziera czytelnika ze złudzeń, że życie to nie instagramowe piękne zdjęcia, łatwe i przyjemne dni. To trochę zderzenie ze ścianą, które boli. Bo ludzi się nie używa a rzeczy nie kocha, choć w codzienności często wydaje się, że tak jest. Dla mnie to głos o przywrócenie podstawowym pojęciom ich pierwotnych znaczeń, nawoływanie do odkrywania ludzi w ludziach, zapisywania ich w sercach i pamięci a nie urządzeniach. To także swoisty dialog z czytelnikiem, który owocuje refleksjami. Proza Piotra Duraka, piękna i niepozbawiona delikatności i subtelności w pewnych chwilach, wgryza się w czytelnika. Dociera głęboko i niepokoi. A jednocześnie mogę powiedzieć, rozumiem. Nie z wszystkim się zgadzam, mam wręcz chęć polemizować na pewne tematy, na momentami głęboki pesymizm, ale podskórnie czuję tę treść. Nie ma tu zbędnych słów. Teksty są krótkie, zwarte, przemyślane, klimatyczne. Nieco inaczej jest z wierszami, przeważnie białymi. W nich wychwytuje główne przemyślenia czy perełki. Mocniej mówi do mnie proza, dlatego żal mi, że jest jej tak mało, choć cenię i poezję autora. Surowość, ulotność, przemijanie, nietrwałość, smutek, żal, odchodzenie to zdaje się najmocniej wybrzmiewać z "Raportu zza mgły". A jednak trzymając w rękach ten niepokaźny tom odnajduję w nim wielką dawkę refleksji i emocji. Takich na jesienne wieczory, trudnych i bolesnych, ale w swoisty sposób pięknych, momentami głębokich i wartych zatrzymania się nad nimi. Wyjścia zza mgły kultury, dzisiejszych przekonań, naleciałości, egoizmu. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Autorowi. 

Piotr Durak, Raport zza mgły, wyd. Ruthenic Art, Krosno 2018.

czwartek, 11 października 2018

Przemysław Wechterowicz, Marcin Minor "O czym myślisz?" oraz Przemysław Wechterowicz, Jakub Grochola "Złota rybka"




Kilka miesięcy temu pojawiła się na świecie wspaniała, piękna, malutka radość. Nawet w życiu ciotki taki szkrab wiele zmienia. Jako książkoholik nagle zaczęłam się mocno interesować literaturą dziecięcą, zastanawiać się, co mogę podsunąć siostrzenicy, by zarazić ją miłością do czytania, choć do tego jeszcze trochę czasu ;). Na co dzień mam do czynienia z dziećmi, obserwuję jak fascynują je proste książeczki, ile radości daje nawet samo przeglądanie pięknie wydanych publikacji. Postanowiłam więc spróbować swoich sił i opowiedzieć o dwóch najnowszych dziełach Przemysława Wechterowicza.

"O czym myślisz?" to króciutka książeczka dla najmłodszych czytelników. Wydana na grubych, twardych stronach, o której w mojej pracy mówi się "twardzioszka", opowiada o myślach bohaterów. Mały czytelnik na stronach poznaje konkretne postaci i dostaje małą podpowiedź, o czym może myśleć, np. foka. Stwarza to wspaniałą okazję do zabawy w zgadywanie, pracy wyobraźni, odkrywania skrytego w dymku sekretu, a nawet snucia bogatych opowieści, wszystko zależy od inwencji czytającego. Na następnej stronie następuje weryfikacja pomysłów z tym, co tak naprawdę pojawiło się w głowie bohatera.





Piękne ilustracje Marcina Minora cieszą oko. Są kolorowe, dopracowane, bardzo szczegółowe (widać nawet konkretne włoski sierści), ale w bardzo przyjazny dla dziecka sposób. Barwy są wyważone, absolutnie nie drażnią wzroku. Realizm przedstawienia połączony z baśniowością sprawiają, że śmiało można pokazywać dziecku jak wygląda miś, sroka, krokodyl, ale także ujrzeć zaraz te zwierzęta w nieco innej, ludzkiej odsłonie, np. w koszulce. 

Siłą książki są przede wszystkich pytania, skłaniające do ruszenia głową, opisywania przedstawionych bohaterów oraz wspomniane już ilustracje. Grube, twarde strony sprawiają, że oglądanie publikacji nie nastręcza trudności i można to robić wielokrotnie bez obawy o zniszczenie książki. Zaokrąglone rogi dają pewność, że dziecko nie urazi rączki podczas przeglądania, co mogłoby zniechęcić je do kolejnego spotkania z lekturą. Dużym zaskoczeniem i myślę, tym co sprawi maluchom największą radość jest zakończenie książki. Urocze i pomysłowe.



Pozycją dla nieco starszych jest druga z książeczek autora "Gwiazdki z nieba" czy "Proszę mnie przytulić", który dał się poznać wszystkim jako pisarz doskonale odnajdujący się w tworzeniu fabuł wyjaśniających dzieciom świat i zachęcających je do poznawania różnych historii. "Złota rybka" , gdyż o niej mowa, skojarzyła mi się przez układ tekstu i obrazków z komiksem. 



Historia jest prosta, choć posiada więcej tekstu niż wspomniane wyżej "O czym myślisz?". Książeczka opowiada o mieszkającej w wodopoju złotej rybce, która spełnia życzenia przychodzących do niej zwierząt. Trzeba przyznać, że potrzeby bohaterów są oryginalne, ciekawe i wywołują uśmiech na twarzy czytającego. Stwarzają również okazję do wspaniałej rozmowy i dociekania, dlaczego właśnie te rzeczy są potrzebne postaciom. Co skłoniło je do tego, by poprosić o takie przedmioty. Fabuła uczy wdzięczności za otrzymane dobra, a także pokazuje konkretne problemy niektórych bohaterów. W zabawny, mądry i prosty sposób wskazuje na ważne i ważniejsze życiowe sprawy. Warto wspomnieć, że humor często jest tu subtelny i oparty na wychwytywaniu szczegółów, co stanowi dodatkowy atut publikacji. 

Ilustracje Jakuba Grocholi ogląda się z uśmiechem na ustach. Proste, stonowane kolorystycznie, zabawne, świetnie komponują się z tekstem Przemysława Wechterowicza, tworząc sympatyczną i ciepłą całość. Warto zwrócić także uwagę na duży, czytelny tekst, rozłożony w taki sposób, by nie odstraszał, ale stanowił być może jedną z pierwszych czytanek dziecka. 




Jako starszy, dużo starszy czytelnik odnalazłam w tej książce kilka rzeczy, których pewnie nie zauważy dziecko, ale przecież literatura dziecięca rządzi się swoimi prawami. Nie musi być wierna rzeczywistości, nie akcentuje podstępów, jest nastawiona na to, by wprowadzić malucha w konkretny świat, zagadnienie i to udaje się autorowi świetnie. Złota rybka nie jest wszechmocna, nie może dać dosłownie wszystkiego, jest bliższa rzeczywistości przez to, że ma swoje ograniczenia i wie, co jest dobre. Niby to krótka książeczka dla dzieci a stwarza naprawdę szerokie pole do rozmów z pociechą, pokazywania jej przeróżnych zagadnień, zabawy i nauki w jednym. Uczę się coraz bardziej doceniać i odkrywać te proste, ale pełne treści przekazy. I polecam obie pozycje tym najmniejszym i nieco starszym.




Za egzemplarze recenzenckie książek serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mando.




Przemysław Wechterowicz, O czym myślisz?, ilustr. Marcin Minor, wyd. Mando, Kraków 2018.

Przemysław Wechterowicz, Złota rybka, ilustr. Jakub Grochola, wyd. Mando, Kraków 2018. 

niedziela, 7 października 2018

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Kraina snów"





"Była pozbawionym substancji powiewem, człowiekiem wiatru, bez własnej woli, miotanym, szarpanym, unoszonym ku górze i zrzucanym z wielkiej wysokości, nie po to, by raz doznać krzywdy, lecz by wciąż cierpieć." - s. 295-296


Gdy chodziłam jeszcze do szkoły marzyłam, by zostać pisarką. To pragnienie było o tyle specyficzne, że nie chodziło o to, bym była rozpoznawana, zarabiała na książkach grube miliony. Miałam jeden cel, dawać ludziom to, czego ja doświadczałam podczas lektury. Przelewać emocje, poruszać, skłaniać do refleksji, pisać o tym, co mogło stać się odpowiedzią na pojawiające się w ich sercach pytania. Taki był dla mnie zawsze cel literatury. I z biegiem lat nic nie uległo zmianie. 

Koszmar Syberii minął. Dziewczęta znalazły się w Iranie, gdzie są bezpieczne. Trzeba zacząć budować przyszłość. Z dala od głodu, niepewności jutra, strachu. Przeszłość jednak czai się tuż za rogiem, nie odchodzi. Daje o sobie znać w snach, wyrzutach sumienia, pretensjach. Stefania żyje jak w bajce. Jej historia potoczyła się w tak niespodziewany sposób, że aż nie można w to uwierzyć. Bogactwo, blichtr, miłość. Wydaje się, że los wynagrodził jej każde cierpienie po wielokroć. Sielanka to jednak tylko pozory. To co z oddali wygląda jak piękny sen, z bliska już takie nie jest. Pojawiają się pęknięcia, drobne ryski, niemal niezauważalne odpryski, które świadczą o prawdziwym obrazie niepojętego szczęścia. Elżbieta tkwi zawieszona między życiem a śmiercią, choć bliżej jej do otchłani ciemności, z której nie może się wyrwać. Koszmary i cierpienie zdają się być jej nieodłącznymi towarzyszami nawet w słonecznym, przepełnionym aromatycznymi przyprawami, pięknymi kwiatami państwie. Niepomna na wspaniałości jakie ją otaczają nadal mentalnie znajduje się w lodowatym piekle, z którego fizycznie się wyrwała. Życie jednak toczy się dalej, a wokół są dobrzy ludzie, którzy pragną jej szczęścia. Czas płynie a losy dwóch kobiet coraz bardziej się gmatwają. Dobre chwile zdają się ulotne. Życie rzuca im kolejne kłody pod nogi i każe dokonywać trudnych wyborów, które zaważą na ich przyszłości. 

Czy wyglądające identycznie kobiety mogą różnić się bardziej niż siostry Łukowskie? Wydaje mi się, że nie. Kolejna powieść Marii Paszyńskiej jeszcze bardziej podkreśla inność bliźniaczek. Czytelnik zaczyna lekturę od spotkania ze Stefanią, głęboko przekonaną, że wszechświat odkupuje swoje winy, pozwalając jej doświadczyć związku, którego jest godna. Butność młodej kobiety, jej krótkowzroczność, pycha, przekonanie o własnej wyższości i niedojrzałość emocjonalna działały mi na nerwy jeszcze bardziej niż w tomie pierwszym. Mam wrażenie, że autorka zrobiła w zasadzie wszystko, by czytelnik czuł niechęć do tej postaci. Na próżno szukam choćby jednej cechy, która pozwoliłaby mi spojrzeć na nią nieco przychylniejszym okiem. Relacja z siostrą, poglądy bohaterki i każde jej działanie oraz znana z pierwszego tomu bezwolność, tylko utwierdzają mnie w moich przekonaniach. Rośnie za to moja sympatia do Elżbiety, która zmaga się ze swoimi demonami. Trzeba przyznać, że choć tego nie dostrzega ma wiele szczęścia. Z trudem przychodzi jej docenianie sytuacji, w której się znalazła, gdyż niezmiennie żyje w syberyjskim piekle. Każdy kolejny dzień zamiast goić rany zdaje się przemijać bez echa. Elżbieta powoli wraca do życia, ale nie jest już tą samą osobą, co kiedyś. Z pozostałości, której nie wydarła jej nieludzka ziemia i oprawcy stara się budować swoją tożsamość.



Maria Paszyńska kreśli tym razem historię o odbudowywaniu świata i samego siebie. Opowiada o ludziach, którzy ulegają historii, oddają się w ręce innych, ale też sami muszą dokonywać wyborów. "Owoc granatu. Kraina snów" to powieść o miłości. Tej prostej, niedojrzałej, niemal dziecięcej jak z bajki, gdy książę przybywa na białym rumaku i zmienia świat Kopciuszka, ale również tej najtrudniejszej, w której trzeba zadawać sobie pytania, co tak naprawdę jest istotą uczucia do drugiego człowieka. Pisarka na przestrzeni ponad 300 stron stawia niezwykle ważne pytania o wybór człowieka, z którym idzie się przez życie, sedno miłości, którą łatwo pomylić z płomiennym zafascynowaniem, oddanie, szczęście, codzienne budowanie swojego świata. Pyta o to, czy człowiek, który utracił część siebie, który poświęcił się dla drugiego niszcząc tym samym swoją nieskazitelność, prostoduszność, dziecięcą czystość, jest w stanie podnieść się i stworzyć swój azyl, odnaleźć szczęście lub choćby namiastkę spokoju. Nie ma łatwych odpowiedzi ani szybkich powrotów, taki wniosek wybrzmiewa w powieści. Każdy jest kowalem własnego losu, musi ryzykować, wybierać, rezygnować, żyć. Mimo bólu, cierpienia, demonów przeszłości i owianej lękiem czy smutkiem przyszłości. 

Pisarka kreśli portrety ludzi targanych namiętnościami, wyrzuconych na brzeg morza historii, cudem uratowanych od śmierci, którzy stają przed dylematem, co teraz. Są jak liście, które podmuch wiatru rzuca to tu, to tam. Jak jednak pisał Roman Brandstaetter "Jedno wiem:/ Wielka jest mądrość / Liścia spadającego", gdyż on poddaje się sile wiatru, pozwala się nieść, ten wiatr wykorzystuje, by łagodnie opaść na ziemię. Również bohaterowie powieści uczą się dostosowywać do świata i odnajdywać w nim okruchy dobra. Zbierać je pieczołowicie, by stworzyć choćby namiastkę szczęściach, choć ma ono przeróżne oblicza. Maria Paszyńska podkreśla wagę milczącej obserwacji. Tej cichej, życiowej mądrości, która zdumiewa, gdy wychodzi na światło dzienne. Nie zawsze jest piękna, to wartość często okupiona bólem, ale niezmiernie ważna. Skrywana za sekretami nauka, jawi się jako życiowa rada, drogowskaz, który pozwala podjąć decyzję. "Kraina snów" obfituje w dobrych ludzi. Począwszy od tych prostych, którzy w trudnym dziejowym momencie przyjmują do siebie polskich tułaczy, po tych nadających słowom miłość, dobroć, bezinteresowność, mądrość, relacja, wolność ich najgłębsze, pierwotne znaczenie, o którym zdajemy się dzisiaj zapominać. 



Pochylam się nad tą lekturą i pochłaniam ją. Kończę o 3.30 rano. Nie zarywam nocy dla książek, nie czuję się dobrze, gdy nie mam wystarczającej ilości snu. Tym razem kończę poruszona. Po raz kolejny odnajduję przystań w powieści opowiedzianej przez Marię Paszyńską. Jestem zafascynowana pięknem opowieści, polszczyzną, której rzadko kiedy używają dziś pisarze, zamiłowaniem do historii. Kontrastowaniem bohaterek, które przecież z wyglądu niczym się nie różnią a mentalnie pozostają swoimi przeciwieństwami. Urzeka mnie wschodni klimat, kolory, zapachy, domowa atmosfera z innego świata, jego ciepło, dobroć i spokojna mądrość. Cieszą nawiązania do pierwszego tomu i słów szamanki. Pod względem językowym, stylistycznym, fabularnym wszystko jak zawsze jest dopięte na ostatni guzik. Tym razem jednak Maria Paszyńska porusza we mnie coś głębszego. Nie ma chyba niczego mocniejszego w doświadczeniu czytelniczym, niż uświadomienie sobie, że powieść zdaje się rozmową z dobrym przyjacielem. Tym dialogiem, w którym odnajduje się nurtujące własne serce pytania, swoje przemyślenia, tropy dotyczące tego, czego się poszukuje. Płaszczyzną, która dociera do istoty pojęć, problemów i podsuwa treści, z których budujemy własne wartości. Która sprawia, że czujesz, że ktoś rozumie, myśli podobnie, ale nie narzuca niczego. Bo w "Krainie snów" nie ma gotowych odpowiedzi. Jest wolność, która pozwala wybrać to, co najważniejsze, mimo wątpliwości i to jest ogromną siłą tej książki. Czymś, co sprawia, że nie można jej ominąć. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Publicat. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu. Kraina snów, wyd. Publicat, Poznań 2018.