wtorek, 31 lipca 2018

Peadar O'Guilin "The Call. Inwazja"



"My zmieniliśmy Sídhe w potwory, teraz oni robią potwory z nas. A to przecież ludzka rzecz, nieprawdaż? Zawsze tak było. Bombardujemy i niszczymy innych. Doprowadzamy ich dzieci do śmierci głodowej i dziwimy się, kiedy zwracają się przeciw nam z podobnym okrucieństwem." - s. 227

W przerażającej rzeczywistości, w której codzienność to oczekiwanie na zbliżające się nieuchronnie wezwanie dobre chwile są ogromnie pożądane. Nessa zwyciężyła. Przechytrzyła Sídhe, ocaliła życie, do tego zyskała zdumiewającą zdolność. Złożyła swoje świadectwo i wydawało się, że odtąd będzie mogła spokojnie żyć. Założy rodzinę z ukochanym Anto, do którego właśnie jechała. Przyszłość jawiła się naprawdę pięknie. Dziewczynie jednak nie dane było cieszyć się szczęściem. Została pojmana i oskarżona o współpracę z wrogiem. Jej niepełnosprawność stała się oczywistym dowodem na to, że przetrwała tylko dzięki układowi z Wróżym Ludem. Nie pomagają tłumaczenia, że nastolatka walczyła ze wszystkich sił i stosowała to, czego uczono ją w szkole. Nikt nie przyjmuje do wiadomości, że ktoś taki, mógł dać sobie radę w okrutnej krainie wroga. Kara dla niej może być tylko jedna, odesłanie do Szaroziemi, gdzie niechybnie zginie. 

Anto niedługo cieszy się spokojem. Wprost z przystanku, na którym czeka na swoją ukochaną zostaje zabrany do specjalnej jednostki. Chłopiec, który brzydzi się przemocą i nie może pogodzić ze zdeformowaną ręką, którą przepełnia agresja, nie jest najlepszym kandydatem na żołnierza. Czasy są jednak nieubłagane i nie można wybrzydzać. Na nastolatka będzie czekać nie tylko wyzwanie pokonania samego siebie i własnych przekonań, ale również bolesnych opinii o ukochanej. Wśród zawirowań związanych z głównymi bohaterami pojawiają się Sídhe. Irlandia się zmienia. Czekają już nie tylko wezwania, ale inwazja ludu, pragnącego powrócić do świata, z którego został wygnany. Nikt nie łudzi się, że tak piękni jak okrutni  mieszkańcy Szaroziemi odpuszczą. Nie cofną się przed niczym, by opuścić przerażające miejsce wygnania i powrócić na Zieloną Wyspę. Czy Irlandczykom uda się wygrać i ocalić swoją przyszłość? Jaki los spotka Nessę, dla które Wróży Lud ma specjalny plan. 

Druga i ostatnia część książki Peadara O' Guilin'a zaskoczyła mnie nie tylko wartką akcją, ale przede wszystkim ogromem okrucieństwa i cierpienia. Wydaje się, że piękno Sídhe jest tak wielkie jak ich bezduszność. Zastanawiało mnie to, czy bezwzględność i krwiożerczość tego ludu jest wynikiem frustracji, złości, nienawiści do ludzi, którzy wygnali ich do Szaroziemi, czy tacy zawsze byli. Autor zarysowuje bowiem ogromny dysonans między tym, jak postępują względem człowieka a radością, jaką czują będąc w Irlandii. Wydaje się, że są wówczas całkiem inni. Sam Anto zadaje sobie pytania, kto tak naprawdę uczynił ich takimi, jakimi są. Ważną rolę odgrywa w książce również kwestia dotrzymywania obietnic, z czego słynie Wróży Lud. Peadar O'Guilin porusza szereg kwestii, które są ważne w życiu, jak prawdomówność i zaufanie do ukochanego człowieka. Wiara pokładana w innych ludziach, współpraca. Bohaterowie zmagają się z samotnością, bólem, strachem, cierpieniem, ale nie poddają się. Są zahartowani dzięki wieloletniemu treningowi. Wiedzą jak walczyć o życie. Rezygnacja nie jest częścią ich natury, nawet gdy są fałszywie oskarżani czy muszą przełamywać swoje słabości. Sympatia, miłość, nadzieja miesza się tu z nienawiścią, złością, chęcią przetrwania za wszelką cenę, altruizm z egoizmem. 

Zdumiewają opisy potworów, które wyłaniają się z wyobraźni autora. Tworów ludzko-zwierzęcych, cierpiących i zmuszonych do zadawania cierpienia. Łaknących go i jednocześnie pragnących nie krzywdzić innych. Sídhe są mistrzami okrucieństwa, łącząc dążenie do mordu z pozostawieniem nieszczęśnikom ich prawdziwej natury, świadomości tego, co robią. Szaroziemia to kraina bólu, który zdaje się nie mieć końca. Piekielna, okrutna, atakująca powietrzem, wodą, roślinami, zwierzętami, tworami wroga i samymi mieszkańcami tej krainy. Mam wrażenie, że drugi a zarazem ostatni tom przygód Nessy jest mroczniejszy, bardziej wypełniony przemocą niż pierwsza książka autora. Jednocześnie pojawiają się w niej refleksje nad tym, co tak naprawdę się stało. Sama zastanawiałam się, czy ludzie nie mogli żyć w zgodzie z Sídhe. Choć zabrakło mi odpowiedzi na wiele pytań, to "The Call. Inwazja" podobało mi się. Nie gustuję w mrocznych, ociekających przemocą i cierpieniem historiach, ale odwołanie się do irlandzkiej mitologii, dobry język, wartka akcja, nietuzinkowi bohaterowie i sam pomysł na książkę, bardzo oryginalny w dzisiejszym świecie, w którym pojawia się tak wiele powielonych historii, sprawiły, że pochłaniałam szybko kolejne strony. Nawet zakończenie, choć wolałabym, by nie było tak owiane tajemnicą przypadło mi go gustu. 



Zdecydowanie "The Call. Inwazja" nie jest dla młodszych czytelników. Za dużo tu mroku, bólu, przemocy, ciemności i bezwzględności. Wiele sytuacji jest wprost przerażających, starszym jednak może dać do myślenia. Książka stawia bowiem ważne pytania, czy wygląd czasami nie bywa złudny? Czy nie jest tak, że nieraz sami przyczyniamy się do tego, że inni stają się źli? Czy potrafimy uwierzyć drugiemu człowiekowi, nawet jeśli wydaje nam się, że logika mówi coś innego? W końcu, jak wielkie zaufanie pokładamy w drogich nam ludziach? Powieść Peadar'a O'Guilin'a jest zdecydowanie frapująca, dobrze napisana, z charakterystycznym autorowi rozmachem, wielką wyobraźnią. Wciąga i nie pozwala się oderwać do ostatniej strony. Jeśli szukacie dobrej młodzieżówki, która dostarczy wam wielu wrażeń, polecam. 

A na koniec mała dygresja. Podczas targów miałam okazję rozmawiać z autorem i przede wszystkim to bardzo miły człowiek, szczerze zainteresowany językami, próbował wielu słów. Nasza dyskusja dotyczyła akurat mrocznej wyobraźni Peadar'a oraz leworęczności, gdyż oboje jesteśmy właśnie leworęczni. Ucieszyła mnie ogromnie dedykacja, taka w pewnym sensie osobista i fakt, że pisarz próbował mnie nauczyć słowa "leworęczny" po irlandzku :). Takie spotkania są właśnie najlepsze :). 


Peadar O'Guilin, The Call. Inwazja, przeł. Agnieszka Kalus, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2018. 

poniedziałek, 23 lipca 2018

Adrian Sinkowski "Atropina"




Określenie rzeczy, czy zjawiska, pozwala je ujarzmić, nadanie nazwy podporządkowuje. Słowa pozawalają lepiej zrozumieć rzeczywistość, mimo że stale wymyka się ona pojmowaniu. Kruchość języka nie pozwala oddać wszystkiego, co dzieje się w człowieku i poza nim. Zawsze widzi się i podskórnie czuje więcej, a jednak człowiek nie ustaje w wysiłkach, by obłaskawić świat wewnętrzny i zewnętrzny, nadać imię, lepiej poznać i pojąć wszystko. Taka jest rola języka i los każdego z nas. To trochę walka z wiatrakami niczym z Don Kichota, a jednak rzecz od której się nie ucieknie, tak naturalna jak oddychanie. Nieodłączna człowiekowi, jakikolwiek by nie był, gdzie by się nie znajdował, jakiego nie miałby wykształcenia. Słowa niosą w sobie siłę, to co nazwane staje się realne. Jest w nas pierwotny lęk przed tym, by nie mówić pewnych rzeczy. Dopóki nie są wypowiedziane, czają się niebezpieczne na skraju rzeczywistości i snu. Łudzimy się, że przemilczane są nierealne, a jednak stają się nawet mimo ciszy. Wyrażone i nazwane przybierają na sile, jednocześnie dając możliwość poradzenia sobie z nimi, stanięcia twarzą w twarz z prawdą, możliwością wykonania pierwszego kroku do wyjaśnienia i rozwiązania sytuacji. 

Adrian Sinkowski pisze o stwarzaniu świata za pomocą słowa. Niczym z biblijnej sceny wyłaniają się kolejne obrazy. Powstaje to, co zostaje nazwane, nieraz z mozołem, innym razem dość prosto. Słowa nie są jednak sprzymierzeńcami człowieka, wymykają się jego wyobraźni, mocy twórczej, gubią się, chowają, nie chcą wychodzić spod pióra. Bywają oporne, nieznośne, nieujarzmione. Są jak żywy organizm, któremu można dać się kierować, choć nie wiadomo dokąd zaprowadzą. Mogą być wszystkim, początkiem flirtu, drogą do kłótni, brakiem przebaczenia (Donikąd, s. 16). Nieposkromione, mają w sobie coś z guseł, niby groźnych, ale też nieco wyśmiewanych, takich które chowa się do kieszeni jak dropsy, wyciągane w odpowiedniej chwili, w czarnej godzinie. Bywają klątwą, w którą się wierzy lub nie, a jednak przejmującą grozą. Wybrzmiewają gdzieś na granicy jawy i snu, nie do końca obłaskawione i ujarzmione. A jednak "Słowa, babciu, na kogo padną, na tego bęc." (Ujazdów, s. 5). Mają moc sprawczą, nie taką, jaką biblijne słowo, ale jednak. Układane w zdania posiadają swoją płaszczyznę, która zawłaszcza coraz więcej miejsca. Rozsiadają się w domu i mnożą.

"Sto zdań, tyle ich weszło za próg domu, w pościel,

do zlewu, pod szafę, między framugę okna,
parapet, wieżę z kartek a wodę na szybie,
kropla za kroplą wolno, jak słowo za słowem,
idąc z dołu w górę, odwrotnie. Ach, zdania

potrzeba im tak wiele, a dają tak mało,
więc kiedy nie będę miał nic do powiedzenia,
pomyślę życzenie: jedno zdanie rodzi sto,
dwieście, trzysta - ile im trzeba - szaf, pościeli,

drzwi, okien, jakąś wersję kartek (żadna wieża)
ciasno złożonych w teczkach na ostatniej półce
pod sufitem. Mnożą się w nich następne zdania
bez podmiotu, pełzają i kradną cząstkę nas."
(Adopcja, s. 18)

A jednak nie potrafią opisać wszystkiego, pozostaje jakaś bezradność ich samych i podmiotu lirycznego. Ta szczelina między światem a jego nazwaniem. Wypływają często natrafiając na opór ze strony dzieci, nim właściwie wybrzmią do końca, Przemyślane czy nie "padają ofiarą wrzasku" (Suplement, s. 13), a przecież praca z nimi nie jest rzeczą łatwą. Są wymagające, pochłaniają dziesiątki godzin, układane od nowa, poprawiane, uładzane, doprowadzane do nieosiągalnej wręcz perfekcji zabierają ze sobą czas, ludzi, zajęcia. Są niczym swoiste bóstwo, któremu poświęca się piszący, stale mając świadomość, że jest tylko lichym wykonawcą, kapłanem, który pewnego dnia uwolni się od swojej służby, by odejść w stronę bzu (Esperanto, s. 10). Ten koniec staje się początkiem nowych poszukiwań, swoistym wyzwoleniem.

"Nikt tego nie zabrania: kiedy nie będę miał
już nic do powiedzenia, zacznę szperać w plikach
w poszukiwaniu słowa, które odstawione,
aby nabrało ciała, coś nam o nas powie.

Słowo nabierze sensu."
(Donikąd, s. 14)

Przekonanie o własnej niemocy i ograniczoności języka staje się punktem wyjścia do rozważania o istocie świata. Świadomość, jaka rodzi się z własnej małości sprawia, że "ja" liryczne podejmuje próbę opisania i zrozumienia rzeczywistości. Czasem musi czekać, by słowa dojrzały i nabrały pełni swej siły. Podmiot liryczny patrzy na współczesny mu świat zabiegania, zmęczenia, kłamstw. Pozwala wypowiedzieć słowa brzmiące niemal jako herezja w dzisiejszej rzeczywistości nastawionej na sukces, pracę ponad normę, sztuczne uśmiechy, niekończącą się pogoń za dobrami, pragnienie by mieć coraz więcej. Możesz być zmęczony wszystkim zarówno pracą, remontem, bałaganem, pensją mówi, ale pamiętaj, że wszystko przemija, ty pozostajesz (Impas, s. 39). Czas biegnie, świat, który nieraz lepi się do oczu o poranku, który wciska się do życia czy domu (Bambetle, s. 23) nie jest czarno-biały. Zmienia się, podlega przekształceniom. Podmiot liryczny zauważa coraz większe paradoksy. Wie, że posiadanie nie idzie w parze ze szczęściem, premia ze zdrowym podejściem do pracy i rozsądkiem. Pojęcia wykrzywiają się, przenika je karykaturalne wyolbrzymienie. Prawdziwe terminy odchodzą, zarezerwowane dla sztuki, choćby teatru. Redefinicja pojęć sprawia, że odpowiedzialnością wydaje się być praca nocami, nawet na zwolnieniu, w walce o lepszą przyszłość, wykoślawioną, inną od dziecięcych wyobrażeń, kreowaną przez świat.




"(...) Pamięć nakręca się
jak zegar, chyba po to, aby iść do tyłu"
(Monidło, s. 17)

Lekarstwem na to jest podróż w przeszłość. Nie ucieczka, ale prześledzenie wszystkiego od nowa, by lepiej zrozumieć, co się stało. Podmiot liryczny wyrusza więc do czasów dzieciństwa, by porozmawiać z babcią. Uchwycić się tego, co znajome, zrozumiałe, jasne. Jednak podskórnie zdaje sobie sprawę z tego, że nostalgia za tamtymi czasami, trzymanie się zdjęcia, które ma ocalić pamięć, nie dopuścić do zapomnienia, jest fikcją, ułudą. (Rozpad, s. 58) Z wiekiem zaczyna rozumieć, że świat nie jest dualny. Czarno-białe definicje nie istnieją. Prawda miesza się z kłamstwem, innym razem z nim kłóci, nawet lustro nie oddaje rzeczywistości, bo to co w nim widzimy, jest kwestią gustu (Inna, s. 28). Zwierciadło zakrzywia obraz, tak jak zakrzywiają się kolejne definicje pojęć. Obiektywizm zdaje się nie istnieć, skoro wszystko jest zależne od punktu widzenia. A jednak w tym dziwnym świecie rodzą się relacje. Powstają powoli, ciche, nierzucające się w oczy.

"(...) Nikomu nie przeszło przez myśl,
że niepozorne postaci chowają się za plecami
szczegółu, między słowami, z dnia na dzień
godząc się na drugoplanowe role: ona, niepewna
gdzie jest ani dokąd ją prowadzi, a także on,
pełen wątpliwości, jeszcze nie gotów, aby dać
z siebie tyle, żeby pomyślała, że jest. Albo będzie."
(Fort Blizne, s. 29)

To właśnie te drugoplanowe role, ostrożne jeszcze związki, niepewne swojej przyszłości, które zdają się ukrywać przed światem są najbardziej prawdziwe. Przypominają o ludzkiej kruchości, niezdecydowaniu, które narasta. Człowiek zdaje się gubić we współczesnym świecie, zatracać świadomość tego, co najważniejsze. Uczyć się postaw, które nie tak dawno były naturalne. Zapatrzeni w to, co faktycznie jest ułudą, w chwilowe dobra, ludzie tracą z oczu najważniejsze wartości. Wygasają powoli marzenia, człowieczeństwo zostaje ogołocone kawałek po kawałku. Z dnia na dzień, jak w wagonach, którymi ludzie byli wywożeni w czasie II wojny światowej.

"idą udawać, że są, mimo że od dawna

jakby ubywali po kawałku. Jeden gest,
myśl, ruch, jedno marzenie - każdego dnia jedna
cząstka, aż coś w nich gaśnie, pęka, tylko nie tu,
wewnątrz wagonu. Tu mija czas, nic poza nim"
(Tranzyt, s. 37)

Dziś to jednak inna strata. To nie przymusowe dostosowanie się do warunków, ale zagubienie. Ciche i nieme odchodzenie od siebie i własnego szczęścia w imię tworzonych miraży. Przybieranie masek, za którymi kryje się pustka i cierpienie z powodu zatracenia własnej tożsamości. Każdy dzień to cząstka mniej w nowym, wspaniałym świecie. Jednak wraz z tą wędrówką przychodzi zrozumienie. Podmiot liryczny zaczyna dostrzegać, że często wiele rzeczy gubi sens przez zbytnią dosłowność, rozproszenia, nadinterpretację (Hipoteza, s. 38). Wraz z dorastaniem człowiek uczy się, że czasami odpowiedź na pytania znajdujemy tam, gdzie jej nie ma. W milczeniu świata i drugiego człowieka. Innym razem jest nią to, czego nie chcemy przyjąć niepomni na to, że prawda bywa bolesna. Należy przyjąć tę odpowiedź, zadumać się nad nią, gdyż jest drogą do poznania świata, choć często się nam nie podoba (Imię, s. 40).

W końcu dochodzimy do tytułowej "Atropiny" leku, który poraża układ nerwowy, prowadząc do rozkurczenia mięśni gładkich układów moczowego, pokarmowego, oskrzeli, przyspieszającego tętno i rozszerzającego źrenice. Po atropinie widzi się nieostro, jest się w pewien sposób bezbronnym, jak dziecko. Świat nagle staje się inny niż przed momentem. 

"Atropina jest w stanie sprawić, że zobaczę,
babciu, kogoś, kogo już nie ma? Albo ciebie,

wtedy czterdziestoletnią, robiącą śniadanie
chłopcu, w przyszłości ojcu, na długo przed mamą,
jednak i ona, i on już za kimś tęsknili.
Inną do tego stopnia, że nie jestem pewien

nikogo, z sobą włącznie, że czas nie wystawi
nas kiedyś do wiatru (...)
(Atropina, s. 66)

Substancja staje się kluczem do nowego poznania. Spojrzenia z innej perspektywy. Zagłębienia się w przeszłość, ale i spojrzenia w przyszłość, owianą tajemnicą, niepewną, w której czas może wystawić "ja" liryczne do wiatru. A jednak konieczne wydaje się to odwrócenie wzroku, by dowiedzieć się, kim się było, jest i kim można się stać. Przypatrzenie się rodzicom jako małym dzieciom, wymaga odwagi, jak wspomina podmiot liryczny, gdyż wówczas stają się kimś zupełnie nieznanym, innym staje się również mówiący. A jednak w tych dzieciach tkwi tęsknota za przyszłym partnerem. Jakby tylko czekała na to, by się obudzić i odnaleźć drugą połówkę. Nieznane przenika się ze znajomym, tworząc ciekawą mieszankę. 

Niepewność własnej tożsamości przeplata się w tomiku z powtarzającym się niczym refren stwierdzeniem "kiedy nie będę miał już nic do powiedzenia". I warto przystanąć tu i zastanowić się, czym dla poety jest wyzbycie się słów. Milczenie tego, kto nimi żyje wydaje się wymowne. Nie ma tu lęku przed tym zdarzeniem, jest za to szukanie dróg, którymi wtedy się podąży. Może w nieco zagubionym stanie, niepewnym jak po atropinie. A przecież można sięgnąć do zapisanych niegdyś, zamkniętych w plikach słów, podążyć ścieżkami z przeszłości, budując na nowo. (Donikąd, s. 14).



Dawno nie pisałam o poezji, zapominając już niemal jak to jest zmagać się ze słowem, nie jako poeta, ale jako ten, kto o słowach pisze. To niełatwe zadanie, gdyż zawsze pozostaje się w pewien sposób bezbronnym, pozbawionym szerszego kontekstu, który częściowo umyka. Świadomość, że między wierszami jest więcej niż się odczytuje, bywa frustrująca, ale uczy również pokory. Poezja jest jak wnikanie w duszę drugiego człowieka, można dojść jedynie tam, gdzie on nam pozwoli. Adrian Sinkowski wpuszcza czytelników głęboko, pozwalając im wniknąć do świata poetyckich zmagań, braku słów czy może natchnienia, z których nie robi jednak tragedii. Głęboki namysł i pewne przygotowanie na tę literacką ewentualność, a może lepiej byłoby powiedzieć konieczność, jest tym, co w tomiku zaskakuje. Podobnie jest z patrzeniem na świat z różnych perspektyw, szukaniem tożsamości, pojęć, swojego miejsca w świecie w momencie, gdy życie wydaje się już przecież ułożone z pracą, rodziną, bagażem doświadczeń. Adrian Sinkowski zatrzymał mnie, by zadać podstawowe pytania o istotę rzeczy, sens, cel. I w tym tkwi siła poezji, w na pozór prostych utworach, które czytane wielokrotnie odkrywając przed odbiorcą coraz to inne przestrzenie. Poezja autora "Atropiny" sprawia wrażenie prostej, obrazy wydają się znajome, jednak pod nimi tkwi prawdziwa refleksja. Trzeba się zatrzymać, sięgnąć głębiej, wydobyć na światło dzienne skojarzenia, odpowiedzieć na pytania, przemyśleć to, co mówi podmiot liryczny. To twórczość, która stawia wymagania, ale w końcu taka jest rola poezji. 

W kartce od Autora dołączonej do tomiku dostałam życzenia, by był on inspirujący oraz otwierający i tak rzeczywiście było, bo co zrobić, gdy brak nam słów, gdy codzienną pracą trzeba w codzienności przywracać pojęciom ich podstawowe znaczenie, gdy trzeba budować ciągle od nowa? Słowo w twórczości Sinkowskiego jest zarazem mocne jak i ulotne. Czytając "Atropinę" miałam skojarzenia zarówno z potężnym Logosem, który tworzy, jak i z hymnem św. Pawła o miłości:

"Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz: 
Teraz poznaję po części, 
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany."


Staję więc wobec wierszy i drążę, szukam pojęć, definicji, nauki z przeszłości, ale staram się również patrzeć w przyszłość, z nadzieją i bez lęku o to, że zabraknie słów, bo zawsze jest jakieś wyjście, są jakieś słowa. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Panu Adrianowi Sinkowskiemu.

Adrian Sinkowski, Atropina, Biblioteka "Toposu", t. 156, Sopot 2018.

wtorek, 17 lipca 2018

Anna Dziewit-Meller "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy"




"Żeby napisać dobrą recenzję, to znaczy ocenić książkę uczciwie, trzeba przede wszystkim porządnie tę książkę przeczytać. Z tym bywa różnie - czasem recenzent męczy się okropnie, co rusz mając ochotę cisnąć czytanym egzemplarzem o najbliższą ścianę lub wyrzucić go przez okno, tak bardzo mało przyjemności niesie z sobą lektura." - s. 50

Tym razem jednak recenzent z ogromną radością stwierdza, że nie było ani sekundy, w której zaświtałaby mu myśl o choćby odłożeniu czytanej książki, a co dopiero o rzucaniu. Po "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy" sięgnęłam, by trochę lepiej zaznajomić się z lekturą dla młodych czytelników. Kierowała mną jeszcze jedna rzecz, mianowicie poznanie publikacji, które pokazują dziewczynkom i chłopcom, że czas na czekające na ratunek księżniczki się skończył. Dziwi mnie to, bo przecież kobiety od tylu lat robią naprawdę fantastyczne rzeczy, przełamują bariery, stereotypy, a książek, które by o tym mówiły wciąż jest jak na lekarstwo. Tym chętniej zabrałam się do lektury dzieła Anny Dziewit-Meller. 

Żółta, słoneczna, niewielka książeczka a w niej masa ciekawych historii. Opowieść o Elizabeth Cochrane, która zainspirowana książką "W 80 dni dookoła świata" postanowiła wyruszyć w podobną podróż, co udało się jej uczynić nawet w jej 72 dni. Reportaż o Sacagawea, przewodniczce indiańskiej pomagającej Lewisowi i Clarkowi zbadać Dziki Zachód. Autorka przedstawia także sylwetkę Hester Stanhope, która podążyła za usłyszaną przepowiednią i zyskała nie tylko sławę, ale przeżyła wiele przygód i została nawet archeologiem. Pisze o Florence Baker, odkrywczyni jeziora Alberta oraz podróżniczce i autorce książek Idzie Pfeiffer. Przybliża sylwetkę Mary Kingsley, która nie bała się kanibali i wędrowała w niewygodnych sukniach, Junko Tabei, pierwszej kobiecie na Mount Everest i pierwszej zdobywczyni Korony Ziemi. Na przykładzie Felicity Aston, która jako pierwsza przebyła Antarktydę na nartach, Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz żeglarki znanej z samotnego opłynięcia świata czy Walentyny Tiereszkowej pierwszej kobiety w kosmosie udowadnia, że nie ma marzeń, których nie dałoby się spełnić. Maria Czaplicka badaczka szamanizmu i Syberii, podróżniczka Alexandrine Tinné, Bessie Coleman pierwsza czarnoskóra pilotka, wszystkie te kobiety mimo przeciwności losu wymknęły się schematom, które nakazywały im pozostawać w domu i wychowywać dzieci. Nie zważając na opór opinii społecznej, negatywne komentarze, konwenanse parły do przodu, wiedząc, że warto walczyć o to, co chce się robić, warto realizować swoje pasje. Były prekursorkami, które przetarły szlaki kobietom na wielu polach.

Ubrana w formę gazety książka Anny Dziewit-Meller to pełna ciekawostek i niezwykłych postaci opowieść o dążeniu do spełniania marzeń. Pokazuje siłę kobiet, ich wielkość, w końcu odwagę, która czasem mogłaby zostać nazwana nawet brawurą. To idealna lektura dla każdego młodego człowieka, mającego wątpliwości czy da radę zrealizować to, czego pragnie. Droga bohaterek nie była usłana różami, stawały wobec mniejszych i większych przeciwności losu, ale nie poddawały się. Siłą woli, ciężką pracą oraz czasami dzięki pomocy innych udowodniły, że jeśli tylko mocno się czegoś pragnie, można to osiągnąć. Na kartach znajdziemy wspomnienia, list do redakcji, artykuły, ogłoszenia, reportaż, odcinek powieści, porady, wywiad, relację, prognozę pogody oraz horoskop. Opowieść o każdej z bohaterek podana jest w innej formie, opatrzona wyróżnionymi graficznie ciekawostkami oraz pięknymi ilustracjami Joanny Rusinek. Dziennikarskie gatunki pisane zrozumiałym dla młodych ludzi, żywym i obrazowym językiem, krótka i zachęcająca forma sprawiają, że "Damy, dziewuchy, dziewczyny" czyta się świetnie zarówno po jednym rozdziale jak i od deski do deski. 



Ogromnie podoba mi się to, że autorka przedstawia kobiety, o których nie usłyszymy na lekcjach historii (a przynajmniej ja o nich nie słyszałam podczas mojej edukacji). Postaci inspirujące do posiadania wielkich marzeń, mierzenia wysoko, obierania dobrego celu i podejmowania działań. To nie księżniczki czekające w wieży na wybawiciela na białym koniu, ale silne osoby biorące ster życia w swoje ręce, zakasujące rękawy i udowadniające, że kobiety mogą wszystko. Przyznam, że po lekturze mam wielką chęć sięgnąć po pierwszą część "Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy", której nie miałam jeszcze okazji przeczytać. W świecie wielkich możliwości, jakie obecnie mamy, na pewno łatwiej jest realizować swoje pasję i trudniej być pierwszą. Ale nie o to chodzi. W życiu liczy się to, by spełniać marzenia, odważnie wkraczać w codzienność, próbować wielu rzeczy, szukać swojego miejsca na świecie, żyć aktywnie. Nie każdy musi zdobyć Mount Everest, przepłynąć samotnie Atlantyk czy polecieć w kosmos. Każdy jednak powinien spełniać swoje marzenia, nawet jeśli nie są wielkie i szumne. I tego uczy ta książka, robienia tego, co sprawia nam radość, pomimo opinii otoczenia, często negatywnej. Pomimo wątpliwości, docinków, obaw. Bohaterki udowadniają, że warto iść z podniesioną głową i wierzyć, że się uda. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak



Anna Dziewit-Meller, Damy, dziewuch, dziewczyny. Podróże w spódnicy, ilustr. Joanna Rusinek, wyd. Znak, Kraków 2018.

środa, 11 lipca 2018

Co z tą naturą? - o czerwcowym numerze magazynu "Znak" słów kilka





Zastanawialiście się kiedyś, jak będzie wyglądać Ziemia, za powiedzmy pół wieku? Nie w sensie odkryć technologicznych, ale w kwestii stanu przyrody? Czy nasze dzieci lub wnuki będą znały te same gatunki roślin i zwierząt, które dla nas nie są niczym niezwykłym? A może powstaną nowe krzyżówki poszerzając świat fauny i flory? Na te i inne pytania odpowiada czerwcowy numer magazynu "Znak" i jego temat miesiąca.

Wydaje się, że człowiek XXI wieku obłaskawił naturę do tego stopnia, że w zasadzie nie powinna mieć ona przed nim żadnych tajemnic, ale nic bardziej mylnego. Wymiera coraz więcej gatunków, przyroda nie radzi sobie z ekspansją ludzi, zmienia się klimat. Pojawiają się szacunki, że znaczna liczba roślin i zwierząt wyginie wręcz do końca tego wieku. 

Człowiek zdaje się nie znać umiaru. Wycina coraz większe połacie lasów, zagarnia łąki, tępi pewne gatunki fauny i flory zapominając, że wszystko w przyrodzie jest potrzebne, by istniała harmonia. Każdy nawet najmniejszy organizm ma swój cel. Przesycone chemią rolnictwo wyjaławia glebę, nie przynosząc takich wspaniałych rezultatów, jakich byśmy oczekiwali. Obecnie udowodniono, że powrót do znanego z przeszłości sposobu gospodarowania byłby nie tylko lepszy dla przyrody, ale także dla ludzi. Brak nowych terenów pod uprawę, wzrastająca liczba ludzi, zbyt mała ilość pokarmu a do tego marnowanie ton jedzenia przez bogate społeczeństwa, takie wnioski pojawiają się w rozmowie Adam Pluszki z Dave'm Goulson'em. Czy można zatrzymać niszczycielską działalność i uratować naszą planetę przed katastrofą? 

"Stoimy w obliczu apogeum powiązanych ze sobą kryzysów środowiskowych: zmian klimatycznych i ekstremalnych zjawisk pogodowych, wyczerpywania się zasobów wodnych, podnoszących się oceanów, degradacji gleb itd. Może to doprowadzić do stopniowego obniżania poziomu życia większości ludzi lub do bardziej dotkliwych katastrof: masowego głodu, migracji na nieznaną wcześniej skalę, wojen, terroryzmu, rewolucji i upadku społeczeństw." (Dave Goulson, Oddać stery naturze, rozm. przepr. Adam Pluszka, "Znak" nr 757, s. 9)

Zadziwia ubóstwo, jeśli chodzi o żywność, pisze w artykule "Lokalnie, sezonowo, smacznie" Agata Michalak. Wśród ogromnej różnorodności, jaką oferuje dzisiejszy rynek zdajemy się tkwić w miejscu lub wręcz cofać w kierunku żywności nieznanego pochodzenia. Niezdrowe dodatki, sztuczne barwniki, substancje stabilizujące to tylko niektóre składniki tego, co znajduje się na naszych stołach. Mimo ogromnej popularności i trendu na zdrową żywność brakuje nam mądrego podejścia. Dziennikarka w swoim artykule zachęca przede wszystkim do różnorodności w doborze pożywienia, poszerzania smaków, mądrego komponowania posiłków, dobrego korzystania z darów natury. Kupowania takiej ilości jedzenia, która się nie zmarnuje. Warto o tym myśleć szczególnie, że są na świecie miejsca, w których jeden skromny posiłek dziennie to wszystko. Zwiększająca się liczba ludności na świecie jedynie przyczyni się do zatrważających statystyk dotyczących głodu. Ważne zatem, by korzystać z tego, co daje ziemia rozważnie. Kupować od małych lokalnych dostawców, dbać o to, by opłacało się naturalne, ekologiczne rolnictwo i pamiętać, że krzyżówki nie uratują całej ziemi, nie odbudują wymarłej populacji. Dążenie do wykorzystania produktów lokalnych i szukania zdrowej żywności ma swoje plusy i minusy, o których można poczytać w miesięczniku. Pada w nim również odpowiedź na pytanie, jak wspierać małych dostawców i kreować rynek pod własne potrzeby.

Ekologiczne i wolne od pestycydów rolnictwo to jednak nie całość ochrony przyrody. Warto wspomnieć o dbaniu o bioróżnorodność fauny. Jest to szczególnie trudne zadanie, gdy zamieszkałe przez ptaki oraz zwierzęta tereny znajdują się na mapie budowlanej. O tym, jakie zagrożenie niesie w sobie rozwijająca się sieć dróg i ekspansja człowieka na coraz to nowe tereny wspomina w rozmowie z Joanną Tomaszkiewicz, Marzena Zdanowska. Obszary chronione, rezerwaty, w końcu teren Natura 2000 domagają się specjalnych praw. Obecna polityka Unijna i krajowa również stara się dbać o zwierzęta. Czy przejścia dla nich sprawdzają się? Odpowiedź na to pytanie w rozmowie "Minogi, chrobotki i borowce na placu budowy".



W końcu wciągający i nastrajający optymistycznie artykuł Małgorzaty Kowalskiej, który zabierze czytelników wprost na porośniętą darami natury łąkę. Krwawnik, dziurawiec zwyczajny, mięta, koniczyna łąkowa, kozibród łąkowy, babka zwyczajna, przytulia właściwa, przywrotnik pasterski, jeśli te nazwy niewiele wam mówią szczerze zachęcam do lektury "O czym szumi łąka". Przepełniony nie tylko zachwytem nad ogromem mądrości przodków, ale docenieniem dóbr, jakimi są poszczególne rośliny, każe się zastanowić, dlaczego odeszliśmy od prostych, sprawdzonych a przede wszystkim naturalnych metod rozwiązywania problemów zdrowotnych. Zwykła łąka niesie w sobie bowiem ogromne bogactwo kwiatów i ziół, które można zastosować w rozmaitych dolegliwościach. To podróż do opowieści babć, które przykładały listki na ranę, parzyły ziółka na złe samopoczucie, korzystały w tego, co naturalne i znane od lat.

Jeśli jesteście ciekawi tego, co może czekać matkę naturę, dokąd dążymy i jak powrócić do mądrego wykorzystywania tego, co daje nam przyroda, zachęcam do lektury czerwcowego numeru miesięcznika "Znak". Znajdziecie w nim również wiele innych, ciekawych artykułów. 

piątek, 6 lipca 2018

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Dziewczęta wygnane"




"W nieprzeniknionych ciemnościach gwizdy wiatru zmieszały się z wyciem ludzi błagających, by nie zostawiano ich tu samych. Nikt jednak się nie zatrzymał. Elżbieta już podczas jazdy pociągiem pojęła, że w kraju Stalina życie ludzkie nie ma żadnej wartości, bo ludzi jest przecież tak wielu. Świt począł przecierać czerń nieboskłonu, wiatr ucichł i świat pogrążył się w ciszy, która Elżbiecie wydała się jeszcze bardziej przerażająca niż zawodzenie wichury." - s. 165

Lato 1939 roku naznaczone było upałem, zabawami, radością, ale i oczekiwaniem tego, co miało przyjść. W dusze ludzkie powoli wsączała się świadomość zbliżającej się wojny. Nadzieja mieszała się ze strachem, niedowierzanie z siłą. Przekonanie o tym, że nawet jeśli Hitler zaatakuje, wojna potrwa tylko kilka miesięcy, państwa zjednoczą się, staną przeciwko wichrzycielowi i w Europie powróci ład, było bardzo popularne. W takiej atmosferze upływają wakacje Stefanii i Elżbiety Łukowskich. W idyllicznym skrojonym na modłę Soplicowskiego dworku domostwie dorastające dziewczęta szukają rozrywki i wytchnienia. Ubóstwiająca romanse, teatr i wszelkie towarzyskie spotkania Stefania po raz pierwszy nie nudzi się u dziadków, planując rozkochanie w sobie Jędrzeja Walickiego, studenta medycyny i żołnierza. Tymczasem Elżbieta nazywana Halszką u dziadków odzyskuje radość życia. Przywiązana do rodziny i ziemi, chętnie podejmująca każdą pracę gospodarską, nieprzystająca do współczesnych panienek zainteresowanych jedynie modą i zdobyciem odpowiedniego kawalera dziewczyna, spędza czas na przechadzkach, pomaga dziadkom i w końcu czuje się wolna i niestłamszona miastem. 

Sielską atmosferę przerywa jednak pewne zdarzenie, które narusza i tak bardzo nadwątloną nić porozumienia między bliźniaczkami. Atak Niemiec na Polskę burzy rodzinny spokój. Wyjazd ojca to pierwszy cios, z jakim przyjdzie zmierzyć się bohaterom. Wojenna zawierucha odbierze im wszystko, w tym ukochane miejsce. Dziewczęta wraz z młodszym braciszkiem Luckiem i matką Anną zostają wsadzone do pociągu, który zawiezie ich wprost do miejsca, przez wielu nazywanym piekłem na ziemi. Syberia przywita Łukowskich zimnem, głodem, ubóstwem, morderczą pracą, chorobami, ale również wieloma ranami, z którymi przyjdzie zmagać się bohaterkom. Każdy dzień będzie walką o przetrwanie, nierównym pojedynkiem ze śmiercią, bezdusznością drugiego człowieka, z samym sobą. 

Niemal identyczne z wyglądu, jednak całkiem odmienne bohaterki "Owocu granatu" chyba nie mogą się bardziej różnić. Typowa panienka z dobrego domu, która mimo surowych napomnień babki jest zainteresowana nielicznymi sprawami i szczerze mówiąc nie umie zbyt wiele. Oczytana, grająca na skrzypcach, z głową przepełnioną marzeniami o romantycznej miłości, całkiem nieprzygotowana do tego, co ją spotka Stefania budziła moją szczerą niechęć. Denerwowała narzekaniem na błahostki, potem zaś na trudy życia, mimo iż inni znajdowali się w takiej samej, jeśli nie gorszej sytuacji. Umiała zjednać sobie ludzi i wykazać się momentami empatią, a jednak mocno zakorzenione zapatrzenie w siebie i dziecięce, roszczeniowe podejście zniechęcało mnie do niej. Całkiem kontrastuje z nią, żywiołowa Elżbieta. Dziewczyna, która od samego początku potrafiła żyć tak, by dawać sobie radę. Silna, przewidująca, opanowana. Budziła moją szczerą sympatię i nawet w najczarniejszych momentach potrafiłam ją zrozumieć. Z bólem czytałam o dalszych losach Halszki, rozumiejąc nieco stan, w którym się znalazła. Próbowałam dociec, jak to jest, że w życiu osoby zaradne i z otwartym sercem cierpią najmocniej, stają wobec wyborów, których każdy chciałby uniknąć, wyborów, które nie powinny dotyczyć tak młodych osób. 



Chciałabym napisać tak wiele o najnowszej książce Marii Paszyńskiej, jednak nie potrafię tego uczynić bez wdawania się w szczegóły. Jest mało powieści, które potrafią wywołać we mnie skrajne emocje. Sprawić, bym przechodziła od tęsknoty za pięknem przyrody i miejscami ukrytymi przed wielkimi skupiskami ludzi, przez radość pierwszych miłości, oburzenie i zdenerwowanie postępowaniem bohaterów, smutek, żal, rozgoryczenie, strach, pustkę, po zrozumienie mieszające się z pewną dozą buntu, bo przecież nie tak miało być. Rzadko kiedy mam w głowie wyobrażenia konkretnych wydarzeń, ale Maria Paszyńska jak nikt potrafi malować w mojej wyobraźni nie tylko całe postaci, ale wręcz sceny niczym z filmu. Wrastam w każdą jej książkę od pierwszych zdań. Wchodzę w przedstawiony świat niczym do domu, w którym babcia i mama opowiadały przeróżne historie. Siadam i wiem, że będzie po prostu pięknie i magicznie. 

Wobec tej książki mam jednak jakiś rodzaj nabożnego milczenia. Staram się uchwycić drgające we mnie emocje. Zrozumieć sens zdarzeń, ludzi odartych z godności, skazanych na wyzbycie się podstawowych odruchów w imię ocalenia swojego życia. Myślę o zwykłej kromce chleba, która staje się najbardziej pożądanym luksusem oraz środkiem do przetrwania i tym, jak dziś narzekamy, mając wszystko. Siedzę w zadumie, wyłapując kolejne myśli. Świadoma tego, że z takich historii trzeba wyciągać wnioski i dzielić się nimi z innymi. "Owoc granatu" to pięknie napisana powieść o tym, jak Polakom przyszło walczyć o przetrwanie w świecie, w którym życie nie tylko jednostki, ale wręcz całych grup ludzi było bezwartościowe. Niepojęta nienawiść Rosjan wobec sąsiadów, skazywanie niewinnych ludzi na katorżniczą pracę, zadawanie fizycznego i psychicznego bólu, to tylko część poruszanych tu tematów. Obezwładniający głód, poświęcenie się dla innych, dotrzymywanie danego słowa miesza się z dobrymi chwilami, które zdarzają się nawet w samym sercu syberyjskiego piekła. "Owoc granatu" jest historią o trudnych relacjach, naznaczonej cierpieniem karcie naszej historii, skomplikowanych więziach, pokonywaniu samego siebie, nadziei przeplatającej się z rezygnacją, w końcu o życiu, w którym trzeba odnaleźć sens. To rzecz o walce dobra ze złem w człowieku. Wyważona, mądra, lekko senna. Zakończenie zostawia czytelnika pełnego pytań, wątpliwości, napiętego do granic możliwości, ale nie zdruzgotanego. Maria Paszyńska już nieraz udowodniła, że przygotowuje książki dopracowane do najmniejszego detalu. Wielokrotnie pisałam o pięknym stylu autorki, chwytających za serce fabułach pełnych ciekawostek historycznych. "Owoc granatu" pokazuje jeszcze inną stronę pisarki. Snucie bardzo poruszających i głęboko przejmujących powieści w onirycznym stylu. Najnowsza książka autorki "Willi pod Zwariowaną Gwiazdą" jest jak stara fotografia w kolorze sepii, na której uchwycono wycinek rzeczywistości skąpany w świetle. Opowiada historię, przekazuje emocje, wartości, nawet te najtrudniejsze, zatrzymuje odbiorcę, nie czyniąc jednak tego w bolesny sposób. 

Jeśli szukacie naprawdę dobrej powieści, sięgnijcie po "Owoc granatu", ja nie mogłam oderwać się od lektury i z niecierpliwością czekam na kolejny tom, na szczęście już niedługo. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu, wyd. Książnica, Poznań 2018. 


wtorek, 3 lipca 2018

Lidia Tkaczyńska "Kobieta z klasą. O wizerunku kobiety i kreowaniu własnego stylu. Praktyczny poradnik dla kobiet"




"Przez odpowiednie zestawienie fasonów, kolorów i deseni możemy optycznie wydłużać, skracać, wyszczuplać lub poszerzać elementy sylwetki. Zniwelujemy w ten sposób jej niedoskonałości i uzyskamy dużo korzystniejsze wrażenie całości. wyważona sylwetka zawsze będzie budziła pozytywne skojarzenia i będzie przyjemna dla oka." - s. 26

Sięgając po poradnik "Kobieta z klasą" myślałam, że dostanę garść rad, ciekawe treści, nie tylko dotyczące sposobu ubierania się, ale także zachowania. Coś, co będzie innym tytułem na blogu. Przyznam, że dużo myślałam o tej recenzji. Potrzebowałam trochę czasu, by emocje opadły a tekst zawierał to, co najważniejsze i co potencjalny czytelnik powinien wiedzieć.

Moda nieustannie się zmienia i faktem jest, że należy z niej wybierać to, co pasuje do danej osoby. Nie każdy będzie dobrze wyglądać w konkretnych fasonach, długościach, kolorach lub nawet ich odcieniach. Nie znaczy to jednak, że trzeba od razu iść pod prąd. Lidia Tkaczyńska przede wszystkim zachęca do określenia swojej sylwetki i dobierania ubrań, które podkreślą zalety i zamaskują słabe strony. W zależności od typu urody proponuje konkretne kolory mające za zadanie uwydatnić barwę oczu i odcień skóry. Pisze o tym, że każda okazja ma swój własny dress code czyli wytyczne dotyczące ubrań, dodatków oraz makijażu. Zachęca również do odpowiedzialnych zakupów, umiaru w rozbudowywaniu swojej szafy. Przybliża zasadę kupowania uniwersalnych rzeczy, które można łączyć w różnorodne zestawy, zyskując wiele stylizacji przy minimalnej liczbie ubrań. Zaznacza także, że moda jest ulotna, przemija bardzo szybko, często jest dość specyficzna, kreowana przez różne marki, podporządkowana wielu trendom. Warto więc kierować się zdrowym rozsądkiem i nie przeciążać własnej szafy i konta.

Jeśli chodzi o powyższe zagadnienia, choć są mi znane dla niektórych okażą się pomocne. Mądry dobór strojów, może nie minimalizm, ale przemyślane zakupy, dobieranie garderoby adekwatne do figury, urody i sytuacji. Umiar w noszeniu dodatków i makijażu, to wszystko za co mogę dać "Kobiecie z klasą" plusa. Są jednak rzeczy, z którymi stanowczo się nie zgadzam. Autorka lubi używać wykrzykników, często moim zdaniem niepotrzebnych, jakby chciała jeszcze bardziej podkreślić prezentowane treści. Nie zgadzam się również z wieloma poradami zawartymi na kartach książki dotyczącymi tego, jaka jest elegancka kobieta. Dobrą rzeczą jest zachęcanie do dbania o siebie nawet w domu, ale pomysł by koszula stała się zwykłym domowym ubiorem wydaje mi się co najmniej chybiony. Nie wyobrażam sobie tego szczególnie w sytuacji sprzątania czy gotowania. Nakłanianie kobiety do biegania po domu w dyskretnym makijażu również nie jest czymś, z czym mogłabym się zgodzić. Jeśli ktoś ma na to ochotę, jak najbardziej, ale mówienie, że kobieta powinna to robić, nie jest dla mnie akceptowalne. Jak wspominałam, odróżniam dbanie o siebie od przesadnego zwracania uwagi na swój wygląd. Nie uważam również, że kobiety, która nosi sukienki czy spódnicę przed kolano, nie można nazwać elegancką. Jestem przekorna, więc zwrócę jeszcze uwagę na dwie rzeczy.

"Nie ma kobiety, która przechodząc obok wystawy sklepowej nie spojrzałaby na nią, by poznać nową tendencję. Niemal każda z nas od czasu do czasu przegląda jakiś dobry magazyn o modzie, żeby dowiedzieć się, co się aktualnie nosi." - s. 143

I tu mam problem, gdyż autorka generalizuje. Czemu? Ponieważ ja tak nie mam i znam osoby, które również nie przejmują się sklepowymi wystawami i wcale nie jest ich mało. Są świadome tego, czego potrzebują i wystawy sklepowe nie są dla nich żadnym wabikiem. Co do magazynów jest podobnie, nie zaglądam, nie tylko ja. W końcu rzecz, która najbardziej mi się nie spodobała. Pani Tkaczyńska pisze o kształtowaniu poczucia smaku, indywidualności, gdyż człowiek ma swoją godność, jest niepowtarzalny i nie powinien się stawać częścią anonimowej masy. Otóż, tu głośno zaprotestuję, gdyż po pierwsze godność człowieka sprawia, że nawet będąc w bardzo dużej grupie, nie jest w masie (samo nazwanie zgrupowania ludzi masą jest nie tylko niegrzeczne, ale i nacechowane pejoratywnie), po drugie pisząc coś takiego autorka przeczy sama sobie. Ludzie mniej lub bardziej wpasowują się w środowisko, grupy rówieśnicze, zawodowe lub inne, ale na pewno nie są częścią masy. 



Podsumowując. Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak określić kształt swojej sylwetki, typ urody, co do was pasuje, znajdziecie tu porady dotyczące doboru stroju, fryzury, dodatków, ubierania się stosownie do okazji. Szczególnie jeśli jesteście dość restrykcyjni pod względem mody. Myślę jednak, że część kwestii w tej książce jest po prostu oderwanych od życia, niedzisiejszych, wyolbrzymionych. Zrąb jest całkiem dobry, jednak rozwinięcie kuleje i trudno mi się z nim zgodzić. Czy skorzystacie z rad autorki? Zdecydujcie sami. Ja pozostanę przy swoim stylu, w którym nie mam zamiaru robić niczego na siłę. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Pomoc

Lidia Tkaczyńska, Kobieta z klasą. O wizerunku kobiety i kreowaniu własnego stylu. Praktyczny poradnik dla kobiet, wyd. Pomoc, Częstochowa 2016.