niedziela, 22 kwietnia 2018

Arlette Cousture "Dzieci stamtąd"




"Jest pan bardzo miłym człowiekiem, panie Favreau, ale niech mnie pan nie rozczula odrobiną racjonowania żywności. Bo wojna to coś innego. Wojna to czujne spanie w dzień i nocne marsze. Wojna to nieustający strach. Wojna to śmierć z miłości, bo chciało się nazbierać truskawek dla żony. Wojna to taki ból, że nie odróżnia się dnia od nocy, nie czuje się upływu czasu i życia. Wojna to pragnienie śmierci, bo człowiek czuje się winny, że przeżył." - s. 233

Rok 1939. Czas wypełniony pracą, marzeniami, odpoczynkiem. Młodzi ludzie wkraczający w dojrzałość, pełni planów, przeżywający pierwsze miłości, rozpoczynający studia, podejmujący poważne decyzje. Dorośli przyglądający się z niedowierzaniem kolejnym poczynaniom Hitlera, ale nadal pewni, że to po prostu pieniacz, któremu świat nie pozwoli przekroczyć pewnej granicy. Koniec roku szkolnego. Upalne letnie dni zwieńczone tragedią Polski i świata. W życie bohaterów wkracza wojna, którą przewidział Tomasz, przenikliwy profesor historii, której obawiała się jego żona Zofia, w końcu z którą przyszło zmierzyć się również ich dzieciom. Codzienność nabiera gorzkiego smaku samotności, głodu, obawy o życie swoje i bliskich. Staje się swoistym teatrem, grą prowadzoną z Niemcami. Ale aktorów jest wielu. Nie brak oddanych ojczyźnie patriotów i konspiratorów, jak i uległych najeźdźcy donosicieli. W tym dualistycznym świecie inteligencka rodzina próbuje odnaleźć swój skrawek bezpiecznej przestrzeni, przetrwać zachowując człowieczeństwo i wrażliwość. Wojenne dni przepełnione są walką o byt. Lekcje muzyki przeplatają się ze zdobywaniem pożywienia, coraz wymyślniejszymi sposobami dorabiania, w końcu koniecznością uczenia się życia od nowa i znoszenia okupanta. Jedno wydarzenie rzuca się cieniem na przyszłość rodziny. Potem następuje ciemność, wymagająca i wyniszczająca przeprawa przez góry. Pełne czujności dni, noce spędzane na marszu, strach przed drugim człowiekiem, zwątpienie i miłość, w końcu zaś wyzwolenie. Czy jednak można ułożyć sobie szczęśliwe życie po tragediach, które się przeszło?

Arlette Cousutre kreśli historię rodzinną naznaczoną przez wojenne wydarzenia. Z jednej strony opowiada o inteligentach, którzy pragnęli ocalić polskość, zapewnić dzieciom nieco radości, choćby przez wspólne muzykowanie, z drugiej zaś pokazuje, że wojna nie zna litości. Niszczy wszystko i wszystkich, sprawia że rodzina się rozpada. Autorka nie oszczędza żadnego z bohaterów. Pokazuje jak inteligentny i wyciągający wnioski z dziejów świata Tomasz staje się ofiarą wojny, jak zmienia się w człowieka, którego nie poznają własne dzieci. Zofię stawia w trudnej sytuacji opiekowania się rodziną, zapewnienia jej bytu. Obala mit romantycznej walki o niepodległość, bohaterskich czynów na przykładzie Jerzego, który doświadcza prozy żołnierskiego życia, cieni wojny, która jest rozpędzoną machiną siejącą zniszczenie. Doznaje on lęku, bólu, poznaje stratę, beznadzieję. Jest pod wpływem tego, co przeżył nawet wtedy, gdy panuje pokój. Nie potrafi uwolnić się od przeszłości i zacząć żyć jak niegdyś, z nadzieją patrząc w przyszłość. Jana i Elżbietę rzuca najpierw w Krakowską konspirację, udział w kompletach, następnie zaś w wielką ucieczkę. Stawia ich przed licznymi wyzwaniami, codziennością, w której przeplata się marazm i strach.

Gdy kończy się wojna bohaterowie nie są już tymi samymi ludźmi, którymi byli wcześniej. Przeżyte wydarzenia odciskają na nich nieusuwalne piętno. Zmienia się ich sposób patrzenia na świat, charakter. Uczuciowo są nieco otępiali, podchodzą do życia z większą dozą pragmatyzmu, ale i rezygnacji. Marzą o szczęśliwej przyszłości, miłości, rodzinie, ale nie są to już piękne, jasne i czyste marzenia. To swoista proza życia, budowanie świata z elementów, które powinny się na niego składać, ale z ogromną ostrożnością. Rodzi się w nich jakieś przekonanie, że strata to nieodłączna część egzystencji. Każdą radość spowija lekka mgła utraty, przekonanie, że życie po raz kolejny może wyrwać im ich poczucie bezpieczeństwa, radość, szczęście. Czytelnik obserwuje jak z niefrasobliwych dzieci, zanurzonych w swojej rzeczywistości, wyrastają niemalże natychmiast mali dorośli. Jak Jan zmienia się z nieco zapatrzonego w siebie dziecka w mężczyznę, który musi wziąć odpowiedzialność za siostrę, bycie głową rodziny. Dziewczynka idzie inną drogą. Jej opiekuńczość na skutek doznanych tragedii niknie. Ela tkwi w marazmie, nie potrafi pogodzić się z przeżytymi tragediami, zapomnieć o wszystkich okropnościach wojny, stratach, których doznała. Odnajduje siebie w muzyce, ale jej życie nie jest usłane różami.

Bohaterowie mimo przerażających doświadczeń starają się znaleźć swoje miejsce na ziemi. Nie jest to jednak sielanka. Ich los naznaczony jest piętnem tragizmu, które zdaje się trwać. Nie są już dziećmi, które bezgranicznie się kochały. Wiele ważnych kwestii pozostaje nierozwiązanych, przemilczanych wręcz. Ich dorosłe decyzje mieszają się z dziecinnymi pretensjami, jakby z jednej strony szybko zmężniali, by przeżyć, ale nie dojrzali w pełnym tego słowa znaczeniu. Narastają między nimi konflikty i wzajemne niezrozumienie. Każde z nich wybiera własną drogę w bezpiecznej Kanadzie. Część bohaterów nie dojrzewa jednak do zrozumienia, że w życiu człowieka przychodzi moment, gdy wybiera on własną drogę oderwaną od reszty rodziny i nie jest to niczym złym. Czytelnik obserwuje jak postaci oceniają się wzajemnie, pragną własnego dobra, ale nie zawsze wyciągają właściwe wnioski.

Arlette Cousture stworzyła pełną emocji i obserwacji książkę, która pozostaje w czytelniku i skłania go do zadawania sobie pytań. Do tematu przedstawienia świata drugiej wojny światowej w Polsce przez kanadyjską pisarkę podchodziłam z lekkim sceptycyzmem. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale szybko moje obawy zostały rozwiane. Autorka naprawdę dobrze odmalowała  obraz tamtych dni. Przygotowała się do podjętego zadania. Przede wszystkim jednak stworzyła ciekawą, pełną napięć i dobrze napisaną historię o ludzkich przeżyciach i emocjach. O tym, jak błyskawiczne dorastanie i doświadczenia wojenne naznaczają życie i prowadzą do konfliktów nie tylko wewnętrznych, ale również międzyludzkich. "Dzieci stamtąd" to refleksyjna powieść o tym, jak budować swój świat od nowa, jak stawiać pierwsze kroki na nowym lądzie, którym przecież może być inne miejsce życia, niekoniecznie oddalone o setki kilometrów. W końcu zaś to historia o zmaganiu się ze sobą, własnymi demonami, lękami, o wyborach, które nie zawsze podobają się innym, ale które trzeba podjąć. Dla mnie najważniejszy wniosek, jaki z niej płynie to fakt, że kluczowa jest wolność drugiego człowieka, bo to czego chcę ja, niekoniecznie jest najlepszym wyborem dla bliźniego. Na koniec króciutko o warstwie językowej powieści. Książkę czyta się naprawdę dobrze, jednak widać różnice w poszczególnych częściach i tu nie bardzo wiem czy jest to związane ze stylem autorki czy wynika z faktu, że mamy kilku tłumaczy. Najlepsza zdecydowanie jest dla mnie część pierwsza i ją czytało mi się najlepiej. Całość jest jednak naprawdę dobra i tylko niektóre sformułowania mogą nie przypaść wymagającym czytelnikom do gustu.

Jeśli lubicie historie, które budzą silne emocje, z którymi chcielibyście się momentami kłócić, ostro polemizować, które zostawiają was z wieloma pytaniami i rozterkami natury filozoficznej ;) to "Dzieci stamtąd" są zdecydowanie dobrym wyborem. Ja choć czytałam ją kilka tygodni temu nadal mam wiele do powiedzenia.

Fragment książki do przeczytania TU



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Arlette Cousture, Dzieci stamtąd, przeł. Iwona Badowska, Grażyna Majcher, Katarzyna Chojnowska, wyd. WAM, Kraków 2017.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Szymon Żyśko "Po tej stronie nieba. Młodzi święci"

z cyklu Książki z duszą



"Im trudniej ci dostrzec w bliźnim przyszłego świętego, tym większe prawdopodobieństwo, że jego życie skrywa prawdziwe perły." - s. 126

Zacznę od tego, że żałuje, że nie znałam treści tej książki, w niedzielę, gdy byłam na spotkaniu z autorem. Usłyszałam o niej od Eryka z bloga "Przez pryzmat wiary" (zaglądnijcie do niego, pisze dobre i mądre teksty), a potem powiedział mi o niej Michał z Wydawnictwa WAM (dziękuję :) Michał). Zaczęłam czytać czekając na spotkanie Łobuzów. I wiedziałam już, że to będzie coś naprawdę dobrego.

Czym jest świętość? Mówi się o niej w Kościele przecież niemal cały czas. Chyba ciężko byłoby mi zliczyć, ile razy w życiu słyszałam, że mam być święta. Czy mnie to jednak pociągało? Dziecko ma w głowie obraz aniołków, radości, spokoju, jakiegoś pięknego miejsca i tego, że ludzie podziwiają osobę wyniesioną na ołtarze. Mówi mu się o dobrych czynach świętego, który jawi się jako duchowy superbohater, ale bez wielkich przygód. Gdy ma się naście lat i czyta książki o osobach, które powinniśmy naśladować włącza się coś, o czym już na pierwszych stronach pisze autor, czyli dystans i brak zainteresowania. To nawet nie kwestia dzisiejszego świata, który jest całkiem inny, niż gdy ja byłam nastolatką. Nikt nie uwierzy, że młody człowiek zafascynuje się postacią, o której pisze się, że modliła się od rana do wieczora, czekała na cierpienie, męczeństwo czy śmierć. Po prostu nie. Na człowieka, który przyjmuje ciężkie doświadczenia z pogodą ducha, pokojem i zachowuje radość można patrzeć z podziwem, ale nie chce się go naśladować. Ludziom kojarzy się to bardziej z rezygnacją. Święci przywodzą na myśl cierpiętnictwo i pragnienie opuszczenia tego świata. A przecież nastolatkowie chcą żyć, spełniać swoje marzenia, plany, cieszyć się każdym dniem. 

Szymon Żyśko pokazuje całkiem inną stronę świętości, która z dawną hagiografią niewiele ma wspólnego. Pisze o postaciach, w większości mi nieznanych. Słyszałam zaledwie o czterech bohaterach. Pokazuje na kartach ludzi z jednej strony niesamowitych, pełnych energii, życia, radości, z wielkimi talentami, ogromnie inteligentnych i zdolnych do wielkich rzeczy, z drugiej tych zwykłych, którzy żyli po prostu dobrze i to właśnie stanowi ich piękno. Czytelnik poznaje Stanisława Kostkę, który tak zafascynował się jezuitami, że zapragnął spędzić całe życie w zgromadzeniu. Nie zawahał się postąpić wbrew woli rodziców, uciec i dopiąć swego czyszczeniem toalet, ciężką fizyczną pracą i gorliwością. Nie przywykł do służenia, pochodził przecież z bogatego rodu, marzenie jednak było ważniejsze. Autor pisze o Antonim Marczewskim, dominikaninie wyłapującym ptasi śpiew w głośnej Warszawie. Opowiada historię Agaty Mróz, dla której spełnianie marzeń, w tym tego o byciu mamą, było sensem życia. Wspomina Janinę Jandulską założycielkę Żywego Różańca, Antoniettę Meo, mającą szansę stać się najmłodszym doktorem Kościoła. Przedstawia Carlo Acutis'a, który pewnego dnia może zostać ogłoszonym patronem Internetu. Część z bohaterów jest już błogosławiona, inni czekają na decyzję Kościoła w swojej sprawie. Nie tytuł jest tu jednak ważny, ale ich życie, które jest wzorem do naśladowania i może nas wszystkich wiele nauczyć.

To nie ludzie z legend, odlegli od zwykłego zjadacza chleba jak to tylko możliwe, ponad wszystko idealni, wybrani. Nie, to postaci z krwi i kości, które były ciekawe świata, miały swoje marzenia, pasje, plany życiowe, wady, czasami trudny charakter. Nie znajdziecie wśród nich uładzonych i nieskazitelnych osób, budzących w niektórych frustracje. Bohaterowie "Po tej stronie nieba" są niezwykli i to bardzo. Czytając balansuje się gdzieś między nadzieją, że ja też mam szansę na świętość a obawą, że jednak jestem inny, że brak mi czegoś. To właśnie pokłosie myślenia o tym, że trzeba być doskonałym. Nic bardziej mylnego. Nie jestem w stanie spać po 3-4 godziny jak Helena Kmieć, nie znam się na ptakach ani specjalnie na komputerach, wiem, że nie byłabym zdolna do heroicznych czynów, ale Szymon Żyśko pisze coś ogromnie ważnego. Świętość jest dostępna dla wszystkich! To walka o powołanie, które trzeba odkryć prędzej czy później, wyzbycie się nienawiści, umiłowanie życia, miłość do ludzi (szczególnie tych, których kochać najtrudniej), bycie dla innych i patrzenie na świat oczami Boga. Taka jest właśnie recepta na świętość i oś przewodnia książki, bo z tych sześciu perspektyw czytelnik poznaje młodych świętych. W tym wszystkim trzeba zadbać o czas na modlitwę i budowanie głębokiej relacji z Bogiem, gdyż w Nim jest źródło, z którego czerpie się siłę do jakby to ujął ks. Kaczkowski "życia na pełnej petardzie".



"Po tej stronie nieba" polemizuje z obrazem człowieka, który zamknął się na świat i całą swoją siłę skupia na kontemplacji i pracy. Obala mit nienawiści do świata, bo przecież to miejsce, które stworzył Bóg, piękne, pełne dobra, ale jednocześnie trudne do życia, wymagające. Świętość to działanie, chęć zmieniania przede wszystkim siebie, pracy nad swoimi wadami, rozwijaniem talentów, byciem dla innych, korzystaniem z każdej minuty życia. Największa przeszkoda do jej osiągnięcia jest zawsze w nas, bo tu nie "rzeczywistość skrzeczy", ale lenistwo i wygodnictwo. Jak mówił Czepiec w "Weselu" Stanisława Wyspiańskiego "duża by już mogli mieć/ ino oni nie chcom chcieć". Co ogromnie podoba mi się w książce Szymona Żyśko to fakt, że udowadnia, iż nie trzeba być geniuszem, siłaczem i nie wiadomo kim, by uczynić świat lepszym. Zmieniła go siedmioletnia dziewczynka, zmienił ponad trzydziestoletni mężczyzna. Czy zrobili coś wielkiego? I tak i nie. Czasem po prostu czynili najmniejsze gesty i to wystarczyło. 

Jak pisze autor, Bóg mówi do każdego w jego własnym języku i trzeba być przede wszystkim sobą, żeby rozpocząć dialog. Nie każdy zostanie prorokiem, który ujmowany jest tu jako pionier, ktoś kto po prostu widzi dalej, wprowadza rzeczy, które teraz dla nas są normalne, ale wówczas były odkryciem. Nie każdy będzie w stanie znieść cierpienie czy pogodzić się z ekstremalnie krótkim życiem, ale myślę, że Bóg nie wymaga tego od ludzi, którzy nie daliby rady. Co prawda nadal mam problem z tym, że ktoś zbyt wcześnie odchodzi, choć bohaterowie książki udowadniają, że można w pełni przeżyć nawet najkrótsze życie. Po ludzku ciężko mi się z tym zgodzić, budzi się we mnie jakiś bunt, a jednak podziwiam te osoby. Każdy jest inny, ma swoją niepowtarzalną drogę do świętości, uszytą na jego miarę, zdolności, ograniczenia, dopasowaną do charakteru. Trzeba tylko wysiłku, bo nie czarujmy się, samo nic się nie zrobi. Muszę podnieść się z kanapy, otworzyć oczy, budować relację z Bogiem i człowiekiem. Poznać swoje mocne i słabe strony i każdego dnia pracować nad tym.

"Mówimy, że Bóg nas stworzył, ale ja wolę myśleć, że Bóg nas sobie wymarzył. Byliśmy Jego wielkim marzeniem, którego spełnienia nie mógł się doczekać. Nie ma ludzi przypadkowych, wszyscy są chciani, kochani i wyczekiwani na tym świecie." - s. 268

"Po tej stronie nieba" to książka, pokazująca że świętość jest czymś pięknym, fascynującym. To otwarcie się na Boga, świat i człowieka. Bycie najpiękniejszą wersją samego siebie. Nie ma w niej nic z nudy czy ponuractwa. To przygoda, która czasem trwa naprawdę długo, innym razem krótko, choć nie wiem, dlaczego. W świetnym, nieco gawędziarskim stylu, prostym i obrazowym językiem Szymon Żyśko opowiada o ludziach, którzy przewrócili świat do góry nogami, zainspirowali wielu, choć nie każdy z nich dokonał wielkich czynów. Po prostu byli sobą i pozwolili się prowadzić. Dali sobie prawo do kochania siebie, życia, bliźniego i świata. Nade wszystko kochali Boga. Nie stracili nic z tego, co najważniejsze, choć musieli dokonywać wyborów. Autor odbrązawia pojęcie świętości, pokazując że jest ona czymś dostępnym dla każdego, przygodą, która porywa. Książka redaktora portalu Deon.pl jest pozycją, do której trzeba wracać, czytać wciąż na nowo, przypominać sobie o tym, że warto się starać, że są ludzie, od których trzeba się uczyć. To opowieść dla każdego, rozbudzająca pragnienia, wzruszająca, dająca do myślenia.

Gdy przeczytałam dedykację od autora nieco się zdziwiłam. Teraz wiem, że nie są to czcze słowa czy pobożne życzenie. To przesłanie nabrało realności i bliskości. Jest mało książek, przy których płaczę, ale w tej jest tyle dobra i słów, które bezpośrednio dotykają człowieka, że nie sposób pozostać obojętnym. Myśli kołaczą się po głowie i jest inaczej, może już nigdy nie będzie tak jak było? Jeśli jakimś cudem autor przeczyta tę recenzję to dziękuję, za każde słowo, które mam nadzieję zakiełkuje i wyda owoc i za piękna lekturę. Szkoda tylko, że tak krótką.

Fragment książki do przeczytania TU


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Szymon Żyśko, Po tej stronie nieba. Młodzi święci, wyd. WAM, Kraków 2018.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Warszawskie Targi Wydawców Katolickich - 15 kwietnia 2018





Grzegorz zastanawia się, co przeczytać, coś czuję, że może dojść do starcia ;) o książki...

Warszawa nadal jest dla mnie ogromnym miastem, które pędzi. Są jednak chwile, gdy mam wrażenie, że stolica zwalnia. Szczególnie doświadczam tego, gdy stykam się tu z wydarzeniami duchowymi i katolickimi. Chodzi mi o zajęcia u Ojców Dominikanów, Eucharystię, czuwania, również Targi Książki, szczególnie tej katolickiej. 



Wstaję o 6 rano, choć chętnie bym pospała, ale wiem, że czeka na mnie fantastyczna niedziela. Za oknem piękne słońce, dzień już zbudził się porządnie. Wybieram się na Eucharystię do Dominikanów. Na spotkaniu z Łobuzami usłyszę później, że Zakon Kaznodziejski zainwestował w piękno liturgii i teraz ich kościoły są pełne. Zgadzam się z tym. Msze mają cudowną oprawę muzyczną i nie tylko, widać, że dba się tu o każdą minutę spotkania z Bogiem :). Czekam na przystanku. Podchodzi Pani i mówi, że mam fajną torbę. Jest zainteresowana tym, gdzie ją kupiłam. Od razu odpowiadam, że pandziowa torba (bo pytało mnie o nią jeszcze kilka osób na targach, także zrobiła furorę) jest do kupienia na stronie Wydawnictwa WAM w zakładce gadżety. 



Wsiadam w autobus, przesiadam się na następny. Potem już tylko kilka minut spaceru i zaczynam swój targowy dzień. Siostra Małgorzata Chmielewska onieśmiela mnie swoją mądrością. Czekałam na to spotkanie. Przysłuchuję się temu, co mówi i chłonę. Wiem, że to niesamowita osoba, od której powinniśmy się uczyć. 



Potem udaję się na spotkanie z "Łobuzami" i to jest naprawdę wartościowy czas. Rozmawiamy o tym, co dzieje się obecnie w Kościele, o katechezie, naszym przekonaniu, że Polska jest ostoją katolicyzmu. Pojawiają się pytania o język kazań i listów biskupów. Z dyskusji i padających pytań wyłania się prosty wniosek, w życie Kościoła musimy być zaangażowani wszyscy. Nie chodzi o żadne fajerwerki, ale o szczere rozmowy, tworzenie wspólnoty, zadawanie pytań, robienie czegoś, by było lepiej. Autorzy przekonują, że nie ma tematów tabu. Słucham i myślę, że szybko pochłonę lekturę. Jestem ciekawa poruszanych na kartach zagadnień, otwartości, z jaką uczestnicy spotkania mówią o wielu sprawach, w tym także o byciu odpowiedzialnym za swoje słowa i czyny. Chyba nie będę dziś spać...


"Łobuzy" w akcji :)




Zagaduję krótko do Przemysława Wilczyńskiego. Mówimy o hospicjach, ale również o powstawaniu jego książki. Rozmówcach, którzy często zaskakiwali autora oraz o tym, że o ks. Kaczkowskim trzeba pisać szczerze. Przypomnieć, że poza tym, że stał się niemal mityczną postacią, był przecież też człowiekiem, z poczuciem humoru, pazurem, stanowczym i szalenie ciekawym. 



Maria Miduch podbiła moje serce już w trakcie lektury "Biografii Boga Ojca". Trafiłam na tę książkę podczas okresu, w którym szukałam odpowiedzi na pewne pytania, poruszenia emocjonalnego, doświadczenia żywej wiary. Zaskoczyło mnie to z jaką lekkością pisze o ogromnie trudnych rzeczach. Pięknie, z pasją i w nieco nawet gawędziarskim stylu. Staram się to wszystko z siebie wydobyć podczas rozmowy, choć słowa uciekają. Czasami, gdy spotykasz kogoś, kto pisze tak, że czujesz się w książce niczym w domu, trudno wypowiedzieć wszystko, co by się chciało. Jest mi jednak ogromnie miło, że mogę zamienić z Panią Marią choć kilka słów. 



Następnie udaję się do Szymona Żyśko, który pisze o młodych świętych. Przed spotkaniem z Łobuzami podczytuję nieco "Po tej stronie nieba" i doskonale rozumiem, co autor miał na myśli. Poznaję własne przemyślenia i wątpliwości sprzed lat. Pytania, które wówczas wydawały się nie na miejscu, bo jak to tak myśleć, że powszechne przekonanie o świętości nie jest pociągające. A przecież było to łaaadnych "parę" ;) lat temu, a co dopiero dziś, w dobie Internetu i całkiem innego stylu życia. Czuję jednak, że ta książka wywróci wiele do góry nogami, zatrze błędne pojęcie o tym, kim jest święty. 



Mój targowy dzień kończę w Wydawnictwie Bratni Zew. O. Andrzej Zając, z którym miałam przyjemność prowadzić spotkanie, opowiadał mi o żywocie św. Franciszka autorstwa Tomasza z Celano, o którego istnieniu nie wiedziałam. Zaglądam właśnie po tę książkę. A Wam polecam "Kodeks rycerski" O. Zająca, bardzo pouczająca lektura, warta przemyślenia :).

Ogromnie podoba mi się hasło "Bratamy ludzi ze Słowem" <3 Serdecznie dziękuję za książkę :)

Dzień powoli dobiega końca. Jestem trochę zmęczona i szczęśliwa. W głowie kotłuje mi się tak wiele myśli. Pociągają mnie "Łobuzy". Zerkam również na książkę, która przykuła moją uwagę "Niczego nie musisz udowadniać. Dlaczego możesz przestać tak bardzo się starać". Przekorny tytuł, który daje do myślenia, szczególnie w dobie bycia najlepszym, ścigania się z innymi. Jestem ciekawa, co znajdę w środku. 

Na koniec przesłanie od Łobuzów i ks. Kaczkowskiego. Po pierwsze, nie bójmy się pytać i być w Kościele, bo to ważne, po drugie pamiętajmy, by żyć na pełnej petardzie :). 

Moje zakupy i książki od Wydawnictwa WAM. Dziękuję bardzo :) 






Skusiłam się u Wydawnictwa W drodze :) (dziś nie podchodziłam, bo musiałabym do końca miesiąca jeść książki ;) ale odbiję sobie w maju) i u Bożych Krówek, zapewniam, że to najlepsze krówki świata :)


poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze "Krótka historia o długiej miłości"



"Ukochana! Niechaj Ci nie będzie nigdy smutno - w takich chwilach wspominaj zawsze o Twoim Ju, który lubi patrzeć na Twój uśmiechnięty buziak (tak jak na fotografii, którą od Ciebie dostałem - pamiętasz?). Wiesz przecież, Malutka, że jesteś promykiem oświetlającym drogę mego życia, promykiem, bez którego ciepło życia zamiera. Mała - czy wyobrażasz sobie nasze spotkanie po tylu latach rozłąki?
[...] Ten dzień, ta jedna chwila radości zrekompensuje nam cały trud, wszystkie nasze niedole, całą naszą rozłąkę." - s. 112-113

Mówi się o miłości od pierwszego wejrzenia, o gromie z jasnego nieba, pewności, że to właśnie ta właściwa dla nas osoba. Skąd takie przekonanie? Czasem się to po prostu wie, jak mówią niektórzy. Czy można jednak zakochać się w kimś, kogo się nie widziało? Z kim rozmawiało się nie w normalny sposób, ale za pomocą alfabetu Morse'a? Z kim połączyła nas wspólna niedola?

Lata po zakończeniu drugiej wojny światowej nie były łatwe, szczególnie dla tych, którzy brali udział w walce z okupantem, należeli do AK lub robili cokolwiek, by przywrócić Polsce wolność. Gdy tylko zapanował pokój paradoksalnie zaczął się kolejny terror. Nie było wiadomo, kto i za co zostanie aresztowany. Pewnego dnia Wiesława Pajdak, studentka stomatologii dostała się do więzienia. Jej grzechem była działalność antyniemiecka podczas okupacji i posiadanie dolarów. Jerzy Śmiechowski również nie uniknął aresztowania. Długa tradycja patriotyzmu w rodzinie, udział w walce o niepodległość, w końcu pomoc w wyjeździe z kraju ostatniemu delegatowi rządu londyńskiego na kraj sprawiły, że stanowił zagrożenie dla państwa. Oboje trafili do więzienia. Jej nikt nie torturował, za to sytuacja mężczyzny była zgoła inna. Poznali się przez ścianę. Krótka rozmowa o tym, kim jest, za co siedzi i czy wie, co dzieje się na zewnątrz.

Potem konwersacje przybrały na sile. Podstawową zasadą w więzieniu było wybadanie, czy ktoś jest godny zaufania, czy donosi. Bohaterowie zapałali do siebie wzajemną sympatią i pewnością, że jedno nie skrzywdzi drugiego. Ich uczucie przypominało historię o Tristanie i Izoldzie, którą Wiesława opowiedziała kiedyś Jerzemu. Dzieliły ich ściany, a jednak czuli, że są bratnimi duszami. Nie rozdzieliło ich wyjście na wolność Wiesławy, nie pokonał utrudniony kontakt najpierw jedynie przez ojca Jerzego, potem przez własne listy, w końcu sporadyczne spotkania ani odwrócenie się sytuacji. Bohaterowie przeszli przez naprawdę trudny czas. Rozłąka i piętrzące się trudności nie zniszczyły ich związku, który pozostaje dla mnie niesamowitą zagadką, ponieważ rozwijał się przede wszystkim poprzez więzienne rozmowy i krótką korespondencję. Przeciwności losu przynosiły niepewność, zakochani potwierdzali swoje uczucia, mając nadzieję na wzajemność. Łączyła ich swoista emocjonalna karuzela, ale nie zachwiała ona miłością, którą się darzyli, która musiała czekać na lepsze czasy. Która zakwitła i rosła pomimo wszystkiego.

Angelika Kuźniak i Ewelina Karpacz-Oboładze przestawiły zaskakującą historię uczucia, które zrodziło się w więziennej celi między ludźmi, którzy nie tylko się nie znali, ale nawet przez bardzo długi czas nie widzieli. Autorkom udało się wychwycić drgające emocje, wahania nastrojów, przypomnieć towarzyszące bohaterom nadzieje, lęki, niepewności. Z książki wyłania się opowieść o ludziach, którzy stracili kilka lat życia przez władze komunistyczne, ale pozostali pełni ufności, optymizmu i nadziei na lepsze jutro. Ludzi, którzy wbrew wszystkiemu stworzyli piękną relację, rozwijającą się w bardzo niesprzyjających warunkach. Więź, która pozwoliła przetrwać najtrudniejsze chwile i zbudować szczęśliwą przyszłość. Z jednej strony lakoniczność książki sprawia, że czytelnik chciałby czegoś więcej, z drugiej jest zrozumiała, oddaje naprawdę ograniczoną komunikację, jaka możliwa była w więzieniu. Zabrakło mi jednak rozwinięcia historii, choćby rozdziału o tym, jak wyglądało życie bohaterów po więzieniu, gdy w końcu mogli realizować swoje plany, być razem. Mimo tego "Krótka historia o długiej miłości" jest interesującą lekturą, ukazującą siłę uczucia, które przetrwało nawet w warunkach komunistycznego więzienia, niepewności, rozłąki. To opowieść o relacji, która zrodziła się inaczej niż większość i zwyciężyła.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak.

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze, Krótka historia o długiej miłości, wyd. Znak, Kraków 2018.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Marta Guzowska "Ślepy archeolog"



"Jednak to jedno zdanie zapamiętałem jeszcze z czasów, kiedy widziałem i mogłem sam czytać książki. I kiedy bawiły mnie jeszcze takie rzeczy. "Kiedy wyeliminujemy już wszystko, co niemożliwe, cokolwiek by zostało, jakkolwiek byłoby nieprawdopodobne, musi być prawdą". Logika przydaje się w życiu każdemu, ale ślepcowi szczególnie. To, czego nie widzę, muszę uzupełnić dedukcją." - s. 361

Grecja państwo, które nadal kryje w sobie mnóstwo tajemnic. Kolebka cywilizacji śródziemnomorskiej. Raj nie tylko dla turystów, ludzi pragnących spokojnego życia, ale i archeologów. Ziemia niezmiennie kryje w sobie ślady przeszłości, które tylko czekają aż ktoś je odkryje. Piękne widoki, ciepły klimat, wspaniałe jedzenie i tajemnicza zagadka. 

To miał być kolejny zwykły dzień dla pracowników Kreteńskiego Centrum Badań Archeologicznych w Pachia Ammos. Wczesna pobudka, wyjazd do stanowisk archeologicznych, wykopaliska, papierkowa robota i miły wieczór w gronie grupy. Coś jednak zakłóciło pracę młodych ludzi. Zamiast ceramiki znaleźli oni martwych turystów, który mieli przy sobie starożytne skorupy naczyń. Nie minęło wiele czasu a dyrektor ośrodka omal nie zginął przez zepchniętego ze skały psa asystentki. Następnie pojawiły się dziwne esemesy o zastanawiającej treści. To był początek zabawy, którą dla archeologa przygotował osobliwy przeciwnik. Zaproszenie było obowiązkowe, gdyż odrzucenie gry równało się śmierci asystentki. Wyścig z czasem, zmieniające się jak w kalejdoskopie podejrzenia, kradzieże wewnątrz Centrum i tykający zegar. Czy Bohaterowi uda się znaleźć prawidłowe odpowiedzi, uratować współpracownicę oraz powstrzymać szaleńca? Kto stoi za kradzieżami, morderstwem i podejrzeniami, które rzucają się cieniem na Toma Marę?

Lubię wyraziste postacie a główny bohater "Ślepego archeologa" niewątpliwie do takich należy. Młody, przystojny, inteligentny i ogromnie ironiczny Tom Mara momentami wkurza, innymi zadziwia. Nienawidzi roztkliwiania się, woli nie mówić, ale potocznie rzecz ujmując "rąbać" prawdę prosto w oczy. Nie dla niego są określenia niewidomy, nie. On jest ślepy i tak każe to wszystkim ujmować. Lata praktyki i ćwiczeń pamięci, którą doprowadził do granic wręcz nierealnych sprawiają, że porusza się po miejscu pracy bez trudności. Laską posługuje się jedynie, gdy chce wzbudzić litość dla własnych celów. Jest niezwykle pewny siebie, zarozumiały, bywa arogancki, irytujący i wyrachowany. Wie, co i jak wykorzystać, by osiągnąć zamierzone cele. Pod maską profesjonalisty i aroganta, który często krzyczy na współpracowników i nie potrafi okiełznać własnych emocji tkwi  jednak mężczyzna, który momentami jest po prostu bezradny. Cała brawura i samodzielność po prostu ulatują, gdy dochodzi do momentu, w którym nie może polegać na zmysłach i wyćwiczonych sztuczkach. To specyficzny bohater, ale choć jak pisze sama autorka jest dupkiem, można go polubić właśnie przez to, że jest charakterny i lubi szczerość. 

To własnie Tom jest narratorem powieści, co nadaje jej specyficzny klimat, ponieważ czytelnik poznaje otaczający go świat i bohaterów przez pryzmat osoby niewidomej. Rzeczywistość opisywana jest z perspektywy dźwięków, nawet tych najcichszych lub niesłyszalnych dla zwykłego człowieka, ruchu, dotyku, zapachu i ciętego języka bohatera. Co więcej, narrator zwraca się bezpośrednio do czytelnika. To, co wiemy o wyglądzie postaci jest tylko informacją od nich podaną, inaczej rzecz ma się z charakterem i specyficznymi cechami bohaterów.  Wszystko niemal jest subiektywnym punktem widzenia archeologa, przepuszczonym przez jego niecierpliwość wobec świata i ludzi. Odbieranie rzeczywistości innymi zmysłami niż wzroku jest naprawdę interesujące, zwłaszcza, że Tom zwraca uwagę na to, co pomijają osoby, które widzą. Kieruje się niezwykle wyćwiczoną pamięcią, korzysta z wiatru, promieni słonecznych, odległości mierzy za pomocą kroków i swoistej wyobraźni. Potrafi też określić czy jest ciemno czy jasno. To wszystko nadaje powieści smaczku, zwłaszcza że osobie takiej jak Mara nie jest łatwo rozwiązywać zagadki tajemniczych zniknięć zbiorów czy tragedii, które się rozgrywają. 

Lakoniczne esemesy, piętrzące się pytania, ginące figurki, czyhające zagrożenie i wyścig z czasem to wszystko serwuje czytelnikom Marta Guzowska. Wybierając na głównego bohatera osobę niewidomą z bardzo trudnym charakterem, stawiając go wobec niezrozumiałych niebezpieczeństw i tajemnic, które trudno byłoby odkryć zwykłej osobie, a co dopiero komuś, kto nie widzi, zapewnia nie tylko dreszczyk emocji, ale również trzymający w napięciu kryminał. Z gracją myli tropy, podsuwa tezy, które okazują się mylne czy niepewne. Zarysowuje delikatnie pozostałych bohaterów, by byli dokładnie takimi, jakimi widzi ich Tom. Ludźmi złożonymi z czynów, zapachów, dźwięków, często nie do końca rozpoznanymi przez charakternego bohatera. Dzięki temu też siłę zyskuje gra, jaka toczy się między niezidentyfikowanym nadawcą sms-ów a archeologiem. Przesycony ironią język, niespodziewane zwroty akcji, humor oraz dobry styl autorki sprawiają, że "Ślepy archeolog" nie pozwoli wam się nudzić, wodząc za nos, bo nic nie jest takim jakim się wydaje. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy. 

Marta Guzowska, Ślepy archeolog, wyd. Marginesy, Warszawa 2018.