niedziela, 19 marca 2017

Złap się za Słowo - dzień siedemdziesiąty drugi - siedemdziesiąty ósmy




Zastanawiam się, jak będzie wyglądać ten tydzień. Jest trochę rzeczy, które mnie martwią, kilka spraw do przerobienia, średni humor i może nie "ciemność, ciemność widzę", ale jakoś tak pochmurno się zrobiło i wiosny nie widać ani w pogodzie ani w sercu. Ale nie daję się. 


dzień siedemdziesiąty drugi



Jezus pyta, czy światło jest po to, by postawić je pod łóżkiem lub korcem czy po to, by świeciło i rozświetlało ciemność. Nie istnieje bowiem żadna rzecz, która by nie była ujawniona.

Sam pomysł chowania światła pod łóżko lub przykrywania go korcem, czyli naczyniem jest dość absurdalny. Nikt bowiem nie zapala świecy, by potem schować ją w jakieś czeluście, ona ma rozjaśniać mrok. Jeśli jednak chcę ją przykryć, to tak jakbym próbowała być niewidoczna, kombinowała coś, żeby nikt mnie nie nakrył. Następnie zaś padają słowa, które być może przejmą grozą niejednego - nie ma niczego, co nie będzie ujawnione. Włosy się zjeżyły? Tajemnice, sekrety, to czego się wstydzę, o czym chciałabym zapomnieć, wszystkie głupoty, jakie zrobiłam w życiu, krzywda, którą komuś wyrządziłam. Jest wiele rzeczy, których nie mam ochoty wspominać, a co dopiero mówić o nich innym. Każdy ma takie sprawy. Czasami to może nawet nic strasznego, ale nie chcemy, by ktoś o tym wiedział. Tymczasem nie ma tajemnic, sekretów, nie ma niczego, bo by nie wyszło na jaw. 

Zatrzymałam się przy tym i zastanowiłam, jaki sens mają te słowa. Czy faktycznie będzie tak, że nagle ktoś zacznie mówić o tym, co zrobiłam przez całe moje życie? Może na sądzie ostatecznym tak. Da się w życiu zataić pewne rzeczy, ale Bóg przecież widzi wszystko. Wie, że nie podoba mi się nieraz to, co dzieje się u mnie, że bywam strasznie wkurzona, bezsilna, że mam ochotę krzyczeć i tak po ludzku bywam wredna. Nie jestem aniołem, czasem ktoś mocno mnie zdenerwuje, odgryzę się a potem mi głupio, bo można było inaczej, a tu nerwy wzięły nade mną gorę. Są słabości i rany, o których nie chcę z nikim rozmawiać i chowam się nawet przed Panem, choć wiem że gdybyśmy je przegadali i przepracowali, pewnie byłoby lepiej, ale to trudne tematy. Napomykam Mu o nich, ale nadal boję się całkiem otworzyć i przeżyć jeszcze raz to, co boli. On wie, ale czeka cierpliwie, bym sama zdecydowała, że to mój czas, że chcę Mu powiedzieć o wszystkim. I to jest piękne, bo pewnie czasami załamuje nade mną ręce i mówi "Dziecko, po co Ty się tak męczysz? Przecież wszystko może być pięknie. Pozwól mi tylko działać". Nie robi jednak nic na siłę. 

Cyprian Kamil Norwid pisał w "Promethidionie"

"Bo nie jest światło, by pod korcem stało,Ani sól ziemi do przypraw kuchennych,Bo piękno na to jest, by zachwycałoDo pracy - praca, by się zmartwychwstało"

Nie, nie chodzi mi o to, by być przodownikiem pracy ;) nic z tych rzeczy. Światła się nie zasłania, podobnie jak nie czeka się aż sól straci smak. Piękno ma wywoływać wrażenia, poruszać człowieka, ale na tym nie powinno się kończyć. Ono ma być na tyle silne, by skłonić człowieka do działania, zainspirować. To właśnie wtedy zacznie pracować, a może to robić w przeróżny sposób. Nie tylko chodzi o pracę zawodową, ale pracę nad sobą, tworzenie piękna, wcielanie w życie dobra. Piękno i dobro bez czynów jest martwe, to taka niesłona sól czy zakryte światło. Istnieje, ale nie spełnia swojej roli. Zachwyciły mnie słowa Ojca Szustaka, szukanie ciekawostek w świecie i przekładanie tego na rozwój duchowy. Najważniejsze to iść dalej, nie poddawać się, kołatać, próbować, brać się za bary ze światem i nie gasić w sobie światła i nie tracić smaku. 

Jeśli nie wklejałam tego filmu to zobaczycie go po raz pierwszy, jeśli już się pojawił to dobrze go sobie przypomnieć, bo on zachwyca do pracy, do małych codziennych gestów, które zmieniają świat. 



Bezpośredni link do flimu z YT:


dzień siedemdziesiąty trzeci




Wszyscy słyszący powinni słuchać.

Kolejny raz padają te słowa i kombinuję, co bym jeszcze o tym mogła napisać. Było już o słuchaniu i słyszeniu. Może teraz o wsłuchiwaniu się w siebie? Paweł Krupa OP wspomina, że Bóg porozumiewa się z człowiekiem na różny sposób przez słowa Pisma Świętego, ludzi, sny, wizje, przez wydarzenia i wiele sytuacji. Przemawia nieustannie i niezmordowanie, mogłabym rzec. 

Staram się w ciągu dnia znaleźć choćby kilka minut na to by usiąść i ogarnąć się ;). Pobyć w ciszy, wsłuchać się w to, co pojawia się głęboko we mnie. Uciszyć gonitwę myśli, skupić się na najważniejszym, przemyśleć jakąś ważną sprawę, czasem po prostu pobyć z Bogiem bez żadnych słów. To nie jest łatwe, bo na głowie wiele rzeczy, duch niespokojny i w ogóle jedno wielkie szaleństwo. Ale uczę się tego czasami z przerwami, czasem dość regularnie. Chciałabym wyrobić sobie taki nawyk, by nie dać się zwariować w świecie. Umieć zatrzymać się i ustawić wszystko na właściwym miejscu. Nie martwić się niepotrzebnie, tylko słuchać, tego co ważne, niekoniecznie tego, co najgłośniejsze. Uwielbiam odnajdywać takie małe skarby dnia codziennego, radości, które niezmiernie łatwo pominąć, nie docenić. To dla mnie takie zatrzymanie się, bo te drobiazgi zawsze dają do myślenia i pielęgnuje je w sobie. Są trochę jak dmuchawce, delikatne, ulotne, ale czarujące :). Wam także życzę takich życiowych dmuchawców, które pozwolą przeżyć piękno dnia codziennego. 


dzień siedemdziesiąty czwarty




Pan nakazuje uważać na rzeczy, których słuchamy. Uzmysławia, że będziemy traktowani tak, jak my traktujemy innych, według używanej przez nas miary. Wspomina, że ci, którzy mają, dostaną więcej, a nieposiadającym odebrane zostanie nawet to, co mają.

Zawsze zastanawiają mnie te słowa. Dlaczego ci, którzy już mają dostają więcej, a ten komu brakuje jeszcze traci? Jaka sprawiedliwość się z tego wyłania? Zżymałam się na te słowa strasznie długo, bo to nie fair. Siedzi sobie taki biedak i jeszcze dostaje po głowie od życia. Za co? Tak mogłoby się wydawać, gdyby analizować ten tekst dosłownie. Ostatnio jednak łączyłam go z przypowieścią o talentach. Ten, który miał najmniej, utracił nawet to mało przez swoją gnuśność. Czy nie jest tak, że jeśli nie będę pracowała nad sobą, to stracę to, co mi ofiarowano? Nieważne czy miałam mało czy dużo. Po prostu nie wykorzystam tego, co otrzymałam, więc będzie się to marnować. 

Kto będzie współpracować z Bogiem otrzyma więcej niż może pragnąć. Więcej niż potrafi zrozumieć i Pan sobie poradzi, i z niedoświadczeniem człowieka i jego słabościami i "nadmiarem" jego talentu. Trzeba tylko pozwolić się poprowadzić. Mam znajomych, którzy mają tyle umiejętności, że głowa mała. Czasami zastanawiam się, czy jest coś, czemu by nie sprostali. I wcale nie jest tak, że to jacyś geniusze, którzy nie muszą się starać, mają wszystko od razu i bez wysiłku. Owszem trzeba mieć talent np. do śpiewu czy rysunku, bo warunki zawsze jakoś ograniczają człowieka. Jeśli nie mam tzw. "głosu" to nie będę śpiewać jak rasowa wokalistka, mogę co najwyżej nauczyć się tak, by nie terroryzować bliźnich w ławce ;). Mogę wyrobić sobie rękę, ale Matejką nie zostanę. I nie o to chodzi, by iść na przekór temu, co mam i czego nie posiadam. Jeśli chcę malować i zaakceptuję, że mam jakąś granicę, której nie pokonam to w porządku. Będę sobie malować dla własnej przyjemności i to też mnie rozwinie. Ale podobnie jak w tym, co jest moim ewidentnym talentem, będę musiała ćwiczyć, starać się, rozwijać. Rozmawiam ze znajomymi o tym, jak podoba mi się to, co robią i słyszę zawsze mądre słowa. Że to wszystko to wypracowane metodą prób i błędów, godzinami ćwiczeń, wysiłkiem, który w końcu przyniósł efekty i rezultaty. Ojciec Adam Szustak w #jeszcze5minutek mówił kiedyś, że trzeba spędzić 10 000 godzin, by stać się w czymś dobrym. Nic nie przychodzi człowiekowi samo, trzeba się starać, pracować, czasami pewnie zarywać godziny snu. Ale przecież to sprawia, że docenia się swoje dzieła, swój talent. Szczególnie jeśli to jest 10% talentu i 90% pracy. 

Tym, którzy chcieliby coś więcej posłuchać o tych 10 000 godzin, zostawiam link do kanału o. Szustaka :)




Link tutaj: 10 000 Beatlesów



dzień siedemdziesiąty piąty




Królestwo Boże podobne jest do ziarna, które zostaje wrzucone w ziemię i wyrasta.

W wierze nie chodzi tylko o wydanie plonu, Bóg dba o ziarno przez cały czas. Opiekuje się człowiekiem od momentu, gdy go stworzył (zasiał ziarno), przez cały proces wzrostu, po czas, gdy wyda ono owoc. Nie ma ważniejszych i mniej ważnych momentów. Liczy się każda chwila, czas, gdy zachwycam się Słowem, kiedy z trudem próbuje je wprowadzić w życie, upadam, podnoszę się, uczę się na błędach, zaczynam od nowa i w końcu, gdy mi się udaje. Życie wiarą to nie tylko wielkie decyzje, ale przede wszystkim takie codzienne zmaganie się z trudnościami, brak zgody na coś, co z pozoru może być niewinne, a w rzeczywistości jest złe. Bóg jest obecny wszędzie. Nie ogranicza się do kościoła, On jest w pracy, rozrywce, tym co pozwala mi odpocząć i tym, co nieraz przysparza mi nerwów. Nie ma dziedziny życia oderwanej od Niego, choć czasami może wydawać się to męczące, stale mieć się na baczności, myśleć o tym, że jest tyle zakazów, które należy przestrzegać. 

Tak, piszę to z przekorą. bo często tak to widzimy, nie jestem wyjątkiem. Zmęczona po dniu pracy, czy problemach, czasami po prostu chciałabym odetchnąć i powiedzieć, czemu nie może być łatwiej? Ale to nie chodzi o stawanie na rzęsach, terroryzowanie siebie, czy cokolwiek innego, ale postępowanie z miłością. Bóg daje ogromną wolność, nie prześladuje nikogo. Jest obecny we wszystkich płaszczyznach życia, by umacniać człowieka, a nie go sprawdzać. Tak, życie w zgodzie z wiarą nie jest łatwe, ale to także żadna mordęga. To świadomy wybór i zrozumienie, że to co wydawałoby się mnie ograniczać jest dobre i daje mi poczucie wolności. Dziwnie brzmi? Ale tak jest. Owszem łatwiej odpuścić, ale co wtedy powstanie? Zrobi się bałagan. Zresztą czy da się tak długo żyć? Wiara to nie przymus, to przyjęcie tego, co mówi Bóg i uczynienie najważniejszym w życiu, czerpanie radości z postępowania, przemyśleń, wszystkiego. Bo nawet trud może dać wiele satysfakcji. 

A na koniec trochę przekornie o tym, co można byłoby zrobić - Jola Szymańska czyli hipster katoliczka



Adres do vloga Joli: Hipster katoliczka tam znajdziecie film, który wrzuciłam.



dzień siedemdziesiąty szósty




Nasionko kiełkuje, rośnie, wypuszcza źdźbło, kłos, ziarno bez wiedzy siewcy. Nie jest ważne czy śpi czy czuwa, wszystko dzieje się poza nim. Reaguje on dopiero, gdy trzeba ściąć plony, bo pora na żniwo.

Wiele rzeczy dzieje się poza nami i przychodzi spoza nas. Czasem jest tak dobrze, że aż trudno w to uwierzyć. Przychodzi piękna, niepojęta obecność, radość. Nagle uderza mnie, że rozumiem słowa, które słyszałam tysiące razy. Widzę je całkiem inaczej i zachwycona wołam, przecież ja tak robię, a nawet o tym nie wiedziałam! Coś we mnie rośnie a ja nawet tego nie widzę. Robię swoje, czasami nawet niespecjalnie dobrze, nieraz tak po prostu i bum! Okazuje się, że mam plon. Bywa i odwrotnie, męczę się, staram, biję niemal głową w mur i nic. Przychodzą rzeczy, od których chciałabym uciec z krzykiem. I czekam zmęczona na koniec dnia, zasnąć, odpocząć, zapomnieć. Nie jestem herosem, doskonale to wiem. Czasami uciekam w książki, żeby nabrać dystansu, uspokoić się, ukoić to, co boli. Nieraz próbuję przegadać sprawę z przyjacielem. Bywa różnie. 

Najtrudniej zgodzić się na ciężkie chwile i doświadczenia, które ogromnie mocno dotykają. Uwierzyć, że są po coś i może z nich wyrosnąć wielkie dobro. Zaakceptować to, z czym przychodzi się zmagać. Nie powiem, że wszystko przyjmuję z otwartymi rękami, Są sprawy, które wymazałabym z życia, choć ktoś powie mi, że nie, tak nie wolno. Ale tak czuję i mam do tego prawo. To nie grzech, to po prostu emocje, bardzo silne. Żeby zrozumieć pewne rzeczy chyba nie wystarczy kilka miesięcy. Bywa, że trwa to latami. Czy dlatego, że człowieka szamocze się sam ze sobą? Czy nie chce odpuścić? Pogodzić się, zrozumieć? Nie wiem. Myślę, że każdy ma jakiś czas, w którym dojrzewa do określonych wniosków i nie ma sensu go popędzać, wyrzucać mu czegokolwiek. Po prostu można porozmawiać, przytulić, starać się zrozumieć, być. To może wydawać się niczym wielkim, a jest prawdziwą pomocą. Ziarno kiełkuje bez mojej wiedzy, w lepszych czy gorszych warunkach, ale rośnie. Cichutko, niemal niezauważalnie, czy śpię, czy patrzę na nie. 


dzień siedemdziesiąty siódmy




Nauczyciel porównuje Królestwo Niebieskie do ziarnka gorczycy, które jest niezwykle drobne, ale zasiane w ziemię rozrasta się do wielkiego drzewa, dającego cień i schronienie ptakom. 

Często jest tak, że to co niepozorne rozrasta się do wielkich rozmiarów. Ludzie, którzy w szkole byli szarymi myszkami, kujonami, zepchnięci gdzieś na margines, w życiu dorosłym stają się celebrytami, biznesmenami, doskonale sobie radzą. Osiągają sukces i przeganiają szkolne gwiazdy. Nikt nie spodziewałby się po nich czegoś takiego, a jednak budzą podziw i zaskoczenie. Amerykańskie marzenie od pucybuta do milionera to trochę taki obraz ewangeliczny. Dzięki uporowi i ciężkiej pracy, ktoś zdobywa wszystko. Tak jak malutka gorczyca okazuje się być ogromnym drzewem. 

Nie ma człowieka, który nie umiałby niczego. Czasami społeczeństwo skazuje niektórych na ostracyzm, lituje się zamiast wspierać. Krótkowzroczność sprawia, że nie widzę potencjału, a jedynie przeszkodę. Nie daję wędki, tylko rybę, a nie tędy droga. Można osiągnąć bardzo wiele w ogromnie trudnych warunkach. Do tego trzeba jednak wiary, uporu, siły, wsparcia. Podziwiam ogromnie Nick'a Vujicic'a który ma w życiu naprawdę pod górkę, a jednak uświadamia, że można wszystko. Zawstydza zdrowe osoby, ale nie w złym znaczeniu tego słowa. On wie jak to jest, poddać się, nie widzieć światła w tunelu, zmagać się z naprawdę trudnym życiem i brakiem akceptacji. A jednak jest dziś człowiekiem sukcesu, nie tylko pod względem finansowym (choć życzę mu tu również jak najlepiej), ale obalania mitów o ograniczeniach. Udowadnia, że miłość można znaleźć niezależnie od wszystkiego, że można robić coś dobrego, to co się kocha mimo wszystko. Cieszyć się życiem, próbować nowych rzeczy i to jest niezwykle piękne i inspirujące. Czasami jak mam doła lubię wracać do pewnego filmu, który na nowo przypomina mi, że każdy coś umie, może być dobry w jakiejś rzeczy, może inspirować. 

Zachęcam do obejrzenia, film wrzucony z kanału Sukces Marketingu:





dzień siedemdziesiąty ósmy




Chrystus głosi naukę jedynie w przypowieściach, nie przemawia do ludzi inaczej, swoim uczniom wyjaśnia zaś je osobno. 

Pan mówi do tłumów. Posługuje się obrazami, które powinni zrozumieć. Apostołom dodatkowo tłumaczy wszystkie przypowieści. Jakie mogły być tego przyczyny? Uczniowie pochodzili z prostych rodzin, podobnie jak większość słuchaczy Jezusa. Oni jednak musieli nawiązać z nim głębszą więź, czuć się wtajemniczeni w naukę, lepiej rozumieć, bo przecież mieli głosić ją innym. Musieli sprostać pojawiającym się pytaniom, wątpliwościom. Rozumieć, co tak naprawdę chce przekazać im Mistrz. Jezus uczył ich również otwartości dziecka, zaufania Bogu i bycia odpowiedzialnym za słowa, które będą przekazywać. Oni potrzebowali umocnienia, siły, zażyłości z Panem. 

Czy łatwo jest mówić o wierze? Chyba nie do końca. Ludzie reagują przeróżnie. Czasami patrzą się jak na kosmitę, gdy żegnam się przechodząc obok kościoła. Innym razem przyglądają się uważnie, bo przecież rozmawiam o wierze, jestem katolikiem, staram się żyć tym, co dla mnie ważne. No właśnie. To jednak nie czyni mnie nieskazitelną. Popełniam błędy, czasami coś psuję. Jak apostołowie potrzebuję relacji z Bogiem i Jego wsparcia. Muszę szukać odpowiedzi, zadawać pytania, wsłuchiwać się i nie załamywać, jak coś idzie nie tak. Poszukiwać swojej drogi, samej siebie i Boga. Brać odpowiedzialność za to, jaka jestem, ale i za drugiego człowieka. Nie będę nigdy doskonała, ale nie o to chodzi, ani też o to, by patrzeć komuś na ręce, rozliczać go ze wszystkiego. Ogromnie podoba mi się to, co robi Jola Szymańska. Odziera świat z pompy, niepotrzebnego patosu, pokazuje, że katoliczką można być całkiem na luzie, że nie trzeba być spiętym, zestresowanym, posępnym. Jest pogodna, otwarta, bardzo kobieca i udowadnia, że nie ma co komplikować sobie życia. Trzeba podejść do wszystkiego z głową, a wtedy widać jak wiele jest jasnych stron i jak to wcale nie musi być skomplikowane i karkołomne. Bo życie wiarą to nie wchodzenie z panicznym lękiem wysokości na wielką górę, na której nie ma barierek, łańcuchów, to nie przeskakiwanie przez wielkie przepaście bez asekuracji. To wymagająca, ale piękna wędrówka z kimś doświadczonym i to w pełnym zabezpieczeniu, zachwycanie się pięknem, odpoczynek, to miłe zmęczenie i pragnienie wchodzenia wyżej. Zatem nie kombinujmy, nie utrudniajmy sobie życia.

Zapraszam Was na bloga i vloga Joli, a tutaj podrzucam z nią wywiad. Warto przeczytać :)


Jeśli chcielibyście się ze mną czymś podzielić odnośnie wiary, tego co piszę, serdecznie zapraszam, będzie mi bardzo miło :) Do następnego tygodnia :).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz