wtorek, 10 listopada 2015

Słuchając zeznań – Remigiusz Mróz „Zaginięcie”



„- Koniec pomiatania kancelarią Żelazny & McVay. Przystępujemy do kontrataku.
- I jak mamy zamiar go wyprowadzić?
- Kultywując najszlachetniejsze tradycje naszej firmy.
- Będziemy łgać, przeinaczać fakty, naginać prawdę, stosować manipulacje i zastraszać ludzi?
- Lepiej bym tego nie ujęła”. – s. 345


   




   




   








   






W związku ze złożeniem apelacji do sądu bukowego, doszło do kolejnego procesu, w którym rozpatrywano sprawę Remigiusza Mroza (akt oskarżenia tutaj) znanego jako Maestro Książkowych Suspensów. Podczas rozprawy przedstawiono nowe dowody związane z pojawieniem się na rynku wydawniczym kolejnej książki oskarżonego, niejakiego „Zaginięcia”, które podobnie jak poprzednie pozycje wywołało szok wśród czytelników.

   Dnia 4.11.2015 r. Ewelina C. z bloga Spacer wśród słów została wezwana w charakterze świadka w rozprawie toczącej się przeciwko pisarzowi. Jak widomo autor oskarżany jest o wydawanie kolejnych rewelacyjnych książek w zastraszającym tempie, co nie tylko destrukcyjnie wpływa na stan finansowy czytelników, ale na ich samopoczucie. Mole książkowe krążą po swoich miejscach pracy z podkrążonymi oczami, chronicznym zmęczeniem i syndromem „Mroza” objawiającym się totalnym zszokowaniem, zdezorientowaniem, i pustką w głowie wywołaną finałem, którego się nie spodziewali jak i faktem, że muszą czekać na kolejną książkę, by śledzić rozwój wypadków. Pracodawcy apelują do rządu o pomoc, ponieważ kilkudniowa absencja lub niedyspozycja mentalna wspomnianych osób znacząco przyczynia się do spadku obrotów i obniżenia PKB. Zdezorientowana młodzież trafia do przypadkowych szkół nie mogą odnaleźć poprawnej drogi do swojej placówki oświatowej, pojawiają się problemy z komunikacją miejską, pomylone przesyłki, wydawanie błędnych posiłków w restauracjach, a to zaledwie mała część konsekwencji jaką wywołuje czytanie książek oskarżonego.  Nie wiadomo jeszcze czy książki Remigiusza M. trafią na indeks ksiąg zakazanych czy będą dopuszczone do czytania jedynie podczas urlopów (do wypożyczenia będzie wymagane specjalne zaświadczenie z zakładu pracy o co najmniej tygodniowym urlopie, podobnie przy zakupie) i czy w pakiecie czytelnik nie będzie zmuszony do czytania czegoś, co skutecznie przywróci go do pionu (krążą słuchy, że ma to być amerykańska literatura erotyczna ;) ), podobno trwają narady co do wykazu takich książek. Tymczasem sąd przystąpił do przesłuchania świadków. Poniżej przedstawiamy Państwu fragment stenogramu przesłuchania niejakiej Eweliny C, blogerki, która na własnej skórze doświadczyła syndromu „mroza”. Wszystkich o słabych nerwach informujemy, że poniższy zapis jest pełen dramatyzmu i może wywołać szok.

-Proszę powiedzieć, kiedy po raz pierwszy spotkała się Pani z twórczością oskarżonego?

- To było ponad rok temu. Niewiele wcześniej zaczęłam moją przygodę z blogowaniem. Nie pamiętam jak, ale trafiłam na yt na kanał Book Reviews by Anita i zaczęłam go oglądać. Anita jest niesamowicie sympatyczna, żywiołowa i pozytywna i spodobało mi się, jak opowiada o książkach, więc oglądałam jeden filmik za drugim i notowałam, co warto przeczytać. I tak oto pewnego dnia trafiłam na recenzję „Parabellum” Remigiusza Mroza. Anita tak go zachwalała, że nie było innej opcji, zamówiłam wszystko, co się znajdowało w księgarni. Potem ukazał się „Chór zapomnianych głosów” i choć nie czytam sci-fi, to stwierdziłam, że warto kupić i poznać i tak oto zaczął się mój nałóg. To właśnie wspomniana książka wciągnęła mnie w swój świat i zamrozowała. A przecież było to moje pierwsze spotkanie z tym autorem.

- Co działo się potem?

- Później przyszedł czas na „Kasację”, która ogromnie mi się spodobała, ze względu na nietuzinkowych bohaterów, którzy tworzyli niesamowicie ciekawy duet i ta zagadka kryminalna, po prostu świetne! Po niej sięgnęłam po „Wieżę milczenia” znów bardzo konkretne charaktery, które ścierały się ze sobą i podążanie za tajemnicą, która wymagała wyjaśnienia. To był debiut autora. Wiedziałam, że kolejne pozycje były lepsze, ale jak na pierwszą książkę poprzeczka była postawiona niezwykle wysoko. W końcu „Ekspozycja”, która rozłożyła mnie na łopatki, przyprawiła o palpitację serca, podniosła ciśnienie, zdewastowała moje paznokcie i sprawiła, że deszczowe wieczory w Zakopanem biegły sama nie wiem, kiedy. Zakończenie powieści było jak upadek z Giewontu, rozbiło moje serce na tysiące kawałków i całkowicie zdemolowało moją psychikę. A teraz „Zaginięcie”, na które ogromnie czekałam. I wie pan, ja już to mówiłam autorowi, ja się boję czytać jego książki, a jednocześnie nie potrafię się  bez nich obejść…

- Kontaktowała się pani z autorem?

- Tak, wszystko zaczęło się od recenzji „Chóru zapomnianych głosów”, krótka wymiana zdań przez fb, a osobiście poznaliśmy się na Warszawskich Targach Książki. Zdziwiłam się, że mnie poznał, choć było to bardzo miłe, potem wywiad, kontakt przez fb, bo wie pan, oskarżony ma świetne relacje z czytelnikami, a ostatnio było spotkanie na Krakowskich Targach Książki, gdzie przyznałam, że ja się boję tych książek…

- Proszę wyjaśnić, co takiego kryje się we wspomnianych lekturach?

- Weźmy ostatnie „Zaginięcie”. Wszystko zaczyna się od telefonu koleżanki Chyłki. Dowiadujemy się, że od sprawy Langera minęło trochę czasu a relacje między głównymi bohaterami nieco się rozluźniły. Sytuacja zmienia się z chwilą podjęcia niezrozumiałej decyzji o wzięciu w obronę dawnej znajomej i jej męża. Do akcji znów wkracza przebojowy duet Zordon-Joanna, który nie cofnie się przed niczym, by zagwarantować swoim klientom wygraną sprawę. Tym razem prawnicy mają za zadanie udowodnić niewinność Awita i Angeliki Szlezyngier, których oskarża się o zabicie córki. Mała Nikola bowiem wyparowała jak kamfora z pilnie strzeżonego domu. Włączony alarm, brak jakichkolwiek śladów włamania wokół domu czy nawet bytności kogoś postronnego, wszystkie dowody zdają się świadczyć przeciw małżeństwu, które oczywiście zaprzecza temu, że skrzywdziło dziewczynkę. Dodatkowo jeden z sąsiadów widział biznesmena w nocy z jakimś dzieckiem. Sytuacja zagęszcza się, pojawiają się kolejne poszlaki, które tylko zdają się potwierdzać winę rodziców. Chyłka jednak nie rezygnuje i stara się dowieść, że nikt nie rozpływa się w powietrzu, a nawet najbardziej oczywiste dowody da się obalić. Zaczyna się wyścig z czasem. Prawnicy odkrywają tajemnice, które rzucają nieco inne światło na sprawę. Ginie świadek i podejrzany. Dochodzi do wypadku, a to dopiero początek komplikacji w tej dziwnej sprawie. Czy prawda jest tak oczywista jak się zdaje czy może wydarzenia tamtej nocy mają w sobie drugie dno? Kto kłamie i co ukrywają bohaterowie? Zadawałam sobie te pytania wielokrotnie podczas czytania.

Od samego początku napięcie rośnie. Nie jest ono tak wielkie jak w „Ekspozycji”, ale autor stopniowo je potęguje, podsuwa nowe wątpliwości,  wodzi czytelnika za nos, wprowadza kolejne zdarzenia, które stale podnoszą ciśnienie i sprawiają, że serce coraz mocniej bije, a od książki nie sposób się oderwać. Jednym słowem wbija kij w mrowisko! Intrygi, nowe postaci, wydarzenia, które zaskakują nie tylko czytelnika, ale i samych bohaterów. Do tego świetnie zgrany duet, któremu nie sposób się oprzeć. „Zaginięcie” to naprawdę świetna kontynuacja okraszona znanym humorem i wielką dawką ironii, którą prezentuje Chyłka. A dodatkowo to kolejna odsłona relacji bohaterów, która jakby nie było jest trudna, bo niby mają się ku sobie, ale nie do końca. Zbliżają się do siebie i oddalają, uzupełniają, ale również ogromnie się różnią, przez co wszystko staje się ciekawsze.

Panie prokuratorze, bo to czyste szaleństwo. Porwanie dziecka, potem malutkie aluzje do przeszłości Joanny, następnie poszukiwania, porwania, wypadek, jakaś przygraniczna mafia, obarczanie się winą, szpital, wgląd w relację między bohaterami. W końcu nawet sam narrator zaczyna mówić głosem Chyłki! Te wszystkie momenty i podteksty, gdy czytelnik normalnie drży z emocji i nagle kubeł zimnej wody na głowę, bo to nie tak, bo znów wziął górę rozsądek, bo nagle okazało się, że po raz kolejny źle typowało się rozwiązanie zagadki. I tak cały czas… i koniec, gdy czuje jakby mi ktoś strzelił w głowę z rusznicy przeciwpancernej, bo świat stanął do góry nogami i mam wrażenie, że autor pomylił przypasowanie wydarzeń do bohaterów. Uczeń zamienia się w mistrza, a mistrz staje się uczniem. Bohaterowie wymieniają się duszami, mentalnością, charakterem. Po prostu jedno wielkie bum, jak wybuch bomby atomowej. A ja zastanawiam się, czy zwariowałam czy jeszcze nie… Ja mam ślady zębów na marginesach „Zaginięcia”! No, ile można…!

- Chwileczkę, pani wie co to jest rusznica przeciwpancerna?

-Tak, ale czy ma to jakiś związek ze sprawą?

-Absolutnie żadnego, ale jestem ciekawy, skąd taka wiedza?

- Z filmów.

-Proszę kontynuować.

- Z kart powieści wyłania się z tajemniczym uśmiechem autor i mówi, nie czuj się bezpiecznie, nie możesz być niczego pewien. Potem wyciąga rękę i zaprasza na spacer w głąb historii. Początkowo idzie się pewnym i szybkim krokiem wśród wydarzeń, które wprowadzają w akcję, potem jednak wszystko nabiera tempa. Szybki marsz przeradza się w trucht po lesie stale zmieniających się przed naszymi oczami zdarzeń, pojawiają się nowi bohaterowie, piętrzą się przeszkody, autor rzuca pod nogi kolejne kłody, z którymi zarówno bohaterowie jak i czytelnik muszą sobie poradzić, gdyż Remigiusz Mróz lubi wodzić za nos. Nie zdradza zbyt wiele, myli tropy, kieruje ku ścieżkom, które nie prowadzą do celu, a przynajmniej nie bezpośrednio. Rekompensuje to jednak humorem, ironią, niezwykle barwnymi i żywymi postaciami, choć nadal niewiele wiadomo nawet o ich wyglądzie, a co dopiero o przeszłości. Ale to wcale nie przeszkadza. Może to celowy zabieg, by czytelnik miał tutaj pole do wypełnienia tekstu swoją wyobraźnią, by uczynił prawników bardziej swoimi, stworzył ich wygląd tak jak mu się podoba, przecież to pozwala się z nimi bardziej zaprzyjaźnić. Wskakujemy w „tu i teraz” i niezwykle szybko zżywamy się z bohaterami. Trucht zamienia się w bieg, a potem gdy już jesteśmy na szczycie, dzieje się coś, czego kompletnie się nie spodziewaliśmy. Lecimy więc na łeb na szyję, na złamanie karku z prędkością, za którą grozi sowity mandat i dożywotnie odebranie prawka, nie bacząc na kończyny, zdrowie psychiczne czy czynniki zewnętrzne. Autor bowiem wciągnął nas do świata tak, że już nie da się go już opuścić. Szaleńczy bieg kończy się w najmniej spodziewanym momencie, w sposób którego kompletnie nie podejrzewalibyśmy. Stajemy jak wryci i próbujemy pozbierać naszą szczękę i resztki psychiki. Po głowie kołacze się jedno wielkie „ale jak?”. A pisarz, cóż, przystaje obok ze swoim tajemniczym uśmiechem, który zdradza, że on wie, co będzie dalej, ale nie powie, że czytelnik jeszcze musi zaczekać. Szepcze jedynie, że to koniec tego tomu i niczym George R. R. Martin zdaje się mówić, nie bądź niczego pewien na przyszłość, a może zginą wszyscy… I zostaje się po tym totalnie ogłupiałym, ogłuszonym, rozklekotanym, rozmemłanym, przeczołganym, pojęcia nie mając, co ze sobą zrobić. I jak tu żyć panie prokuratorze, jak żyć?!?

- Czy to  ten stan po zakończeniu książki czytelnicy nazywają syndromem „Mroza”?

- Tak, wówczas chodzi się jak zombie. To stan, w którym nie mam ochoty na nic. Nie rozumiem, nie pojmuję, nie ogarniam. Czuje się wrzucona w jakąś pustkę, zostawiona sama sobie, na pastwę pytań, na które nie ma odpowiedzi. I burzę się na to, co nie miało prawa się zdarzyć, a zdarzyło!!! I czekam na kolejną książkę a jednocześnie boję się, bo znów zostanę ze złamanym sercem i totalnym chaosem w głowie. Kac książkowy to pikuś w porównaniu z tym. Nie mam pojęcia, co dzieje się w pracy, nie śpię, nie jem. Snuję się bezsensownie, zadając sobie w kółko te same pytania. Czasami ponoć nawet coś mruczę pod nosem. A gdy nadchodzi kolejny tom drżę z obawy a jednocześnie nie mogę doczekać się, gdy znów zanurzę się w historię w nim zawartą. I tak to błędne koło się zamyka. To nałóg! Nie sposób żyć bez tych książek, choć są niczym tajfun, tsunami, wybuch wulkanu, trzęsienie ziemi, pożar i grad w jednym! Porażają i przerażają a zarazem pociągają swoją magią.

- Zatem przyznaje pani, że autor jest winny zarzucanych mu czynów?

- Oczywiście, że tak! Nie mam co do tego wątpliwości! Takich emocji nie wywoła byle książka, takich historii nie stworzy pierwszy lepszy autor. Tak piszą nieliczni. Świadczą o tym nie tylko moje słowa, ale wszystko, co padło na temat jego książek w blogo i vlogosferze. A te kolejki na targach? To mówi samo za siebie!!!

   Proces trwa. Obecnie przesłuchiwani są inni świadkowie. O rozwoju wydarzeń będziemy państwa informować na bieżąco. Tą sprawą żyje cała czytająca Polska. Czy Remigiusz Mróz zostanie skazany? Tego dowiemy się niebawem.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu CzwartaStrona.  


Remigiusz Mróz, Zaginięcie, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015. 

3 komentarze:

  1. Ta recenzja jest mistrzowska :D Chyba najlepsza recenzja książek Mroza, jakie czytałam! Ups, zdradziłam nazwisko oskarżonego ;) I w ogóle czemu mnie sąd nie powołał na świadka? Też bym miała co zeznawać!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję kochana :* <3 Hmm..., będę miała dla Ciebie propozycję :) ale cicho sza!

      Usuń
    2. O! No to teraz mnie zaintrygowałaś :D

      Usuń