wtorek, 24 lutego 2015

Powiew powtarzalności – Douglas Kennedy „Ta chwila”



„Miłość opiera się między innymi na nadziei. A nadzieja to niezwykle delikatne zjawisko istniejące na granicy między wielkimi możliwościami i jeszcze większym lękiem przed ich utratą. Straszne są te chwile, gdy odkrywamy, że równowaga między jednym a drugim została nieodwracalnie zachwiana”. (s. 418)



   Czasami czytając książkę, niemal nie dotykam słów. Płynę przez historię, pożeram ją wzrokiem, całą sobą, a kiedy nadchodzi koniec, czuję zarazem wspaniałe poczucie obcowania z pięknem i głębią, którą autor zawarł w swoim dziele oraz smutek, że postawiono już ostatnią kropkę. Zdarzają się jednak lektury, przez które brnie się z radością, że już bliżej końca. Książki, które czyta się trochę na siłę, z nadzieją, że dalej może będzie lepiej, że wciągnie nas historia. 
   Thomas Nesbitt jest starszym mężczyzną samotnie mieszkającym w Maine. Ma piękną, inteligentną i dorosłą córkę oraz jest autorem licznych publikacji, wydawać by się mogło, że powinien być szczęśliwy, ale do tego potrzebna jest przecież miłość. Jego małżeństwo nie było udane, choć nie nazwałabym go dramatem. Po prostu przeszło do historii. Zważywszy jednak na fakt, że rodzice nie pokazali mu czym jest prawdziwa miłość, nie można winić go za błędy, jakie popełnił. Jego spokojne życie zmienia się wraz z pojawieniem się przesyłki. Pewne imię i nazwisko przywołuje lawinę wspomnień i wprowadza czytelnika w przeszłość bohatera. 
   Cofamy się zatem do lat młodości Nesbitt’a, gdy jako początkujący pisarz, mający na swoim koncie jedną książkę o Egipcie, udaje się do Berlina, gdzie ma zamiar zdobyć materiały do kolejnej publikacji. To właśnie tam zderza się z „żelazną kurtyną”, podziałem tak dziwnym, sztucznym, w pewien sposób nierzeczywistym, jakby żywcem wziętym z powieści Kafki. Miasto podzielone między dwa systemy władzy, dwie strefy wpływów, różne style życia. Całkiem odrębne światy, w których egzystencja diametralnie się różni. NRD – szare, smutne miejsce stwarzające pozory socjalistycznego raju, w którym ludzie są szczęśliwi i wolni, podczas gdy tak naprawdę inwigilacja i donosicielstwo to stały element codzienności pozbawionej poczucia bezpieczeństwa. Czytając o tym miejscu odnosi się wrażenie, że jedynym sposobem na przetrwanie jest szukanie haków na innych i nieustanne zachowywanie czujności, gdyż tak naprawdę nie wiadomo, kto jest naszym przyjacielem, a kto wrogiem. Z drugiej strony mamy RFN – które cechują zachodnie wpływy, wolnościowe tendencje, lepsze zaopatrzenie. Dość powiedzieć, że wystarczy opisać Berlin po wschodniej stronie, by na zasadzie opozycji w zwięzły sposób przedstawić RFN jako lepsze do życia miejsce. To właśnie na granicy tych dwóch tak różnych światów przedzielonych murem pojawia się Thomas. Ma pisać książkę. Nie wie jednak, że jego historia potoczy się całkiem inaczej. 
   Po znalezieniu mieszkania u Brytyjczyka Alastaira Fitzsimonsa-Rossa bohater podejmuje pracę w Radiu Liberty. To tam poznaje Petrę Dussmann, w której zakochuje się bez pamięci. On człowiek, który całe życie uciekał przed prawdziwym uczuciem, nagle nie wyobraża sobie choćby dnia bez ukochanej. Znajduje spokój, ukojenie, szczęście. Również ona, tajemnicza uciekinierka z NRD, kryjąca mroczną tajemnicę i bolesną przeszłość, ulega miłości od pierwszego wejrzenia. Zaczyna się sielanka, wspólnie spędzone chwile, wyjazd do Paryża, snucie planów na przyszłe życie. On zrobiłby dla niej wszystko, ona pragnie wyrwać się z matni, w której się znalazła. Czy los da im szansę? Szczęście jest na wyciągnięcie ręki, jednak przeszłość kładzie się cieniem na wizji świetlanej przyszłości. 
   Przyznam szczerze, że nie zachwyciła mnie książka Kennedy’ego. Gdyby nie fakt, że czytałam ją na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki, pewnie odłożyłabym ją i dała sobie spokój. Przez trzysta stron nie zaciekawiła mnie, a gdy związek bohaterów ograniczył się do wspólnie spędzanych nocy i nieustannych wyznań miłosnych „och, kocham cię, ja też ciebie kocham”, które występowały miejscami w zbytnim, jak dla mnie zagęszczeniu ;-) zwątpiłam. Ja naprawdę lubię historie miłosne, ale nie mogłam już tego znieść… Nieco rozwlekłą akcję, która mocno mi się dłużyła, rozruszała trochę historia Petry, ukazanie reżimu panującego za Checkpointem Charlie. Opowieści o życiu bohemy, donosach, będących codziennością systemu, bezpodstawnych oskarżeniach, metodach przesłuchań, wszystko to sprawiło, że wciągnęłam się w historię, a co za tym idzie, żałowałam, że autor dość lapidarnie potraktował te tematy. Dodatkowym smaczkiem było ukazanie historii z perspektywy zarówno Thomasa jak i Petry, choć jej punkt widzenia mógłby zostać bardziej rozwinięty. Zakończenie mnie jednak rozczarowało, było dość mgliste.
   Jeśli chodzi o bohaterów nie związałam się z nimi zbytnio. Nesbitt okazał się zranionym przez nieudane dzieciństwo człowiekiem, z jednej strony szukającym głębokiej miłości, której potrzebuje niczym tlenu, z drugiej zaś uciekającym przed nią, choć nie mogę powiedzieć, że nie dojrzewa w trakcie powieści. To intelektualista, który godzi się ze swoim losem, nie podejmując walki. Petra, kobieta głęboko zraniona przeszłością, skrzywdzona przez komunistyczny reżim i wielu ludzi, a jednocześnie wyrozumiała i umiejąca wybaczać. Mimo tego, czego dokonuje, nie jest złą postacią. Nie wzbudziła jednak we mnie głębszych emocji. Największą sympatią zapałałam do Alastaira, współlokatora głównego bohatera. Postaci nietuzinkowej, nie ze względu na to, że malarz ten był homoseksualistą uzależnionym od heroiny, ale z racji jego dość złośliwego poczucia humoru, ogromnego dystansu do siebie, i mądrości, którą umiał dzielić się we właściwych momentach z przyjaciółmi. Ogromnie żałuję, że to tylko postać poboczna, ponieważ zawładnął on moim sercem. Doświadczony przez życie, w swoich wypowiedziach przypominał mi czasami mentora, choć jego język nie zawsze był właściwy dla takiej funkcji. Jedyne, co wydawało mi się nierealistyczne w jego postaci, do zerwanie z nałogiem, nakreślone w sposób dość nierealny, zbyt szybkie i mało dotkliwe. 
   Blurb obiecywał mi wiele. To miała być niesamowita historia, która pozwoliłaby mi się oderwać od rzeczywistości. Dzięki niej ziemia miała zatrząść mi się pod nogami, moje serce ścisnąć z żalu, rozrzewnienia i zachwytu. Tymczasem ja brnęłam znudzona przez większość książki, która wcale mnie do siebie nie przekonała. W której najciekawsze okazały się fragmenty związane z działaniem Stasi i historia postaci drugoplanowej. A kiedy wreszcie autor zdobył moją przychylność i z zaciekawieniem przewracałam kolejne strony, bum! Jakby ktoś wyłączył prąd, światło zgasło i wróciłam do klimatu z początku powieści. Nie jestem krytykiem, nie rozpatruję „Tej chwili” z perspektywy czysto literackiej. Po prostu pomimo dobrych ocen, mnie do siebie ta lektura nie przekonała. Choć znalazłam w niej kilka perełek, całość miała dla mnie następujący wydźwięk - dbaj o miłość, nie miej sekretów, uważaj co robisz. Niestety Douglas Kennedy nie ujął mnie swoją historią, podobną do wielu innych miłosnych opowieści. Nie pomogło ciekawe tło historyczne i komplikowanie bohaterom życia. Czegoś mi tu zabrakło. Działania, klimatu, oryginalności…



Douglas Kennedy, Ta chwila, przeł. Barbara Jaroszuk, wyd. Świat Książki, Warszawa 2014.


niedziela, 22 lutego 2015

Imiona kobiety



    Mówi się, że kobieta zmienną jest. Dzisiaj do tego powiedzenia należałoby dodać, że musi być silna, wszechstronnie wykształcona, piękna, uwodzicielska, niezależna, słowem ma być nie tylko kobietą sukcesu, która niczego się nie boi, ale niemalże człowiekiem doskonałym, tak jakby musiała udowodnić całemu światu swoją wartość. Tymczasem wystarczy, że jest kobietą, w tym zawiera się całe jej piękno i magia.
  Czytając tomik Magdaleny Jankowskiej "Skrzyżowanie" towarzyszyło mi właśnie to przekonanie. Urok wierszy poetki polega niewątpliwie na tym, że wszystko jest w nich prawdziwe i nieudawane. Nie ma tu potrzeby silenia się na manifestacje swojej wartości. Jest za to wiele przekory, zdumienia, samotności, dochodzenia do istoty miłości. Jest współczesna kobieta, a może właściwiej będzie powiedzieć współczesny człowiek zagubiony pośród świata, swoich uczuć, próbujący odnaleźć się w świecie własnych doznań i rzeczywistości, która emanuje jednak pięknem i spokojem.
   Wszystko zdaje się mieć tu swoje miejsce, odpowiedni czas i wagę. Poetka doskonale rozumie, że nie można podporządkować sobie świata, który nie zawsze możemy zrozumieć, dlatego ze szczerością wyznaje, że:

czasem wiersz
nie odzwierciedla

i nasza prawa strona
nie jest jego lewą

czasem
w wierszu widać

że jest on
lustrem weneckim

zza szkła podmiotu lirycznego
patrzymy i musimy świadczyć

Poezja staje się swoistym szkłem powiększającym, które ma nam pomóc dojrzeć pewne sprawy, oglądnąć je z innej perspektywy. Nie jest jednak uniwersalnym lekiem na wszystkie problemy. Nieraz staje się zwierciadłem, które zaburza obraz, choć zawsze przekazuje o nim jakąś prawdę. Niczym lustro weneckie daje możliwość spokojnego i pozbawionego strachu oglądania świata, choć pozbawia nas interakcji z innymi, gdy schowani za słowami jesteśmy dla nich niewidzialni.
   Poetka prawdę o życiu i sobie stara się odnaleźć w świecie, w którym trzeba niejednokrotnie ryzykować, zostawiając za sobą zbędną ostrożność. Nasunęła mi się zatem uwaga ogólna/ i przy okazji małe przyzwolenie// w przyszłości sprawdzaj dotykiem/ i daj się unieść trochę wcześniej [z wiersza "UWAGA"]. Zadając sobie podstawowe pytanie Jak żyć?, zauważa, że dom to nie są ściany, co doskonale pamiętała z pewnej czytanki dla czwartoklasistów [z wiersza "po powrocie z wykładu"]. Rozpoczyna więc swoją wędrówkę, w której mapy nie oddają prawdy [gdyż] częściej nas prowadzi/ geografia złudzeń [z wiersza "Początek drogi w połowie trasy"]. Dotyczy ona nie tylko wyboru dróg, ale również praw rządzących światem. Okazuje się bowiem, że nawet proste sygnały, które dajemy sobie nawzajem mogą nie być prawdziwe. Sprzeczności występują nawet w najbłahszych sprawach, kiedy to w sklepie wszystko po 2.99, płacimy więcej ["I tak ze wszystkim"].
   Również świat ludzkich relacji jest bardzo skomplikowany i nacechowany wielką emocjonalnością. Urywa się więź z najbliższymi, którzy tracą swoje miejsce w jej życiu, a nawet jeśli trwa jakiś kontakt, jest on ograniczony do okazjonalnych rozmów telefonicznych i niewiedzy o miejscu zamieszkania ojca [z wiersza "nie utrzymuje z nim kontaktów"].
   Miłość przesycona bywa dużą dozą nieufności, oczekiwania na najgorsze, niemal wyzbyta z uczuć, skoro podmiot liryczny wyznaje:  

ŻADNYCH SZARAD

wszystko jasno i prosto
mówię ci dzień dobry
(zero podtekstów)

biorę się za czytanie
(ani grama aluzji)
potem do supermarketu
(dalej wszystko znaczy to co znaczy)


W świecie, gdzie nie ma miejsca na miłosną grę złożoną z podtekstów i aluzji, gdzie wszystko ma mieć swoje własne, niezmienne miejsce uczucia umierają. Brak fantazji, czułości, codzienna rutyna, której naruszenie kończy się zranioną wargą, sztywność mówienia dzień dobry do osoby, która powinna być całym światem, ogranicza życie do posłusznego spełniania obowiązków, bycia swego rodzaju zastraszonym robotem domowym. Być może dlatego buntując się wobec takiej wizji „miłości” podmiot liryczny w innym wierszu mówi: Nie będę dzwonić// w chorobie// i opuszczę cię/ w godzinie śmierci/[…]// ślubuję/ świadoma praw// bez obowiązków [z wiersza "Nie będę dzwonić"]. Ta swoista modyfikacja przysięgi małżeńskiej rani i przeraża. Uświadamia nie kruchość więzi międzyludzkich, ale egoizm, brak odpowiedzialności za drugą osobę, niedojrzałość. W tomiku odnajdujemy również  zapatrywanie się na szczęście ukochanej, które wiąże się z odejściem, co doskonale oddaje wiersz „Drugi ożenek”.

   W poezji Magdaleny Jankowskiej kobieta i mężczyzna są bardzo podobni. Oboje boją się prawdziwych uczuć, usprawiedliwiają własne postępowanie egoizmem lub altruizmem, nie podejmując jednak próby zbudowania prawdziwego związku. Nie ma tu jedności czy zaufania. Odczuwa się za to niepokój i nietrwałość uczuć, skoro na mocnym fundamencie/ zbudowana klęska// cała szuflada/ gwarancji i miłosnych listów [wiersz "Porządkowanie spraw"], to jedyne podsumowanie życia miłosnego dwojga ludzi. Gwarancje bez pokrycia, puste słowa zapisane w listach, fałszywe obietnice, tak zdaje się pojmować miłość podmiot liryczny. Jawi się ona jako iluzja zbudowana na mocnym fundamencie.

   Jednocześnie „ja” liryczne wyznaje z pokorą, że jego pogląd ewoluuje. Potrafi zmienić swoje zapatrywania na miłość i jej istotę. Ze szczerością wyznaje: zaczęłam zazdrościć/ czego im współczułam// uboższa/ o obydwa razy ["Relacje małżeńskie"]. Stabilizacja, czułość, opiekuńczość, bezpieczeństwo, ktoś czekający w domu, wspólne życie, wszystko to nabiera nowych barw. Staje w innym świetle niż dotychczas, kusząc i wywołując pragnienia. Doznania związku małżeńskiego stają się zatem przedmiotem tęsknoty. Spotykają się ze zrozumieniem, są świadectwem dojrzałości kobiety, która potrafi decydować o sobie i pragnie miłości prawdziwej, pełnej, dającej poczucie stałości i bezpieczeństwa.
   Poetka nie rezygnuje jednak z igraniem z czytelnikiem. Podejmuje z nim swego rodzaju grę. Bawi się skojarzeniami, wprowadza go w świat aluzji, rozbudza wyobraźnię. Opowiada historie, które następnie rozwiązuje w zaskakujący sposób. Tak jest w przypadku wiersza "W jesiennym słońcu":

W JESIENNYM SŁOŃCU

leżę

jak nigdy dopieszczona

pode mną
dłonie

miękkie i takie
ciepłe

nade mną nagi

klon

Ten jeden z najpiękniejszych wierszy, pełen ulotnej, delikatnej zmysłowości, to pełen kokieterii uśmiech autorki. Wprowadzając do wiersza klon, burzy ona obraz powstały w wyobraźni czytelnika, zmusza do ponownego zastanowienia się nad utworem, szukania kolejnych interpretacji. Osoba mówiąca jawi się niejednoznacznie. To kobieta sprawna i stateczna [z wiersza "Skrzyżowanie"]. Już nie jest kamienna// na ustach ma// będzie dobrze/ na pewno/ tylko musisz w to bardzo wierzyć// i nieporadny/ mimo wszystko/ uśmiech [z wiersza "Już nie jest kamienna"] świadczący, jak zaznacza o obojętności. Jest to silna osobowość, która pragnie wiedzieć, jaki zysk czerepie jej mężczyzna z ich związku [z wiersza "Powiedz mi jak"]. Jednocześnie cechuje ją niezwykła przenikliwość w stosunku do ludzi, dlatego zwracając się do mężczyzny, być może przyjaciela, stwierdza: dzwonek w twoim telefonie/ nie pasuje do ciebie/ ale […]// potwierdza wszystko/ co wiem o tobie [z wiersza "Charakterystyka"]. W swoich ocenach umie być ironicznie wyrozumiała, jednak wielką wagę przywiązuje do mówienia prawdy. Mówi to, co myśli i nie boi się sądów innych ludzi. Wręcz przeciwnie, wystawia się krytykę, często niesprawiedliwą. Wyznaje z radością: To ja!// z zachwytem przymierzam/ niesłuszne posądzenia [z wiersza "To ja!"].
   Bohaterką tomiku "Skrzyżowanie" jest silna, świadoma swojej wartości kobieta, która potrafi przyznać się do błędów i słabości. Na kartach tomiku odkrywa miłość, czułość, zmysłowość. Zaczyna pojmować skomplikowany świat relacji międzyludzkich i odnajdywać się w nim. Nie tylko gubi lęki i złe wspomnienia, ale zaczyna kokietować, prowadzić z czytelnikiem grę skojarzeń, przyjmując posądzenia, swoisty kostium przymierzany z zachwytem.
   Wiersze Magdaleny Jankowskiej są pełne różnorakich emocji, począwszy od strachu, lęku, odrzucenia, gniewu, egoizmu, na miłości, radości, zachwycie i zmysłowości skończywszy. Piękne, ciekawe, wciągające czytelnika w niesamowity świat, swoistą podróż w głąb kobiecej duszy, są doskonałą lekturą, skłaniającą do wielu przemyśleń. Sugestywny język, ciekawa metaforyka, poruszające obrazy, tworzą niepowtarzalną całość, którą czyta się z zachwytem. Tomik "Skrzyżowanie" to jak napisała w jednym z wierszy autorka: aksamitna rewolucja pojęć/[w której]// słowo/ warte[jest] doznań jakie budzi [z wiersza "Dyskomfort"].



Magdalena Jankowska, Skrzyżowanie, wyd. ex-libris, Lublin 2011, s. 55.


Wszystkie cytaty są wytłuszczone z podanymi tytułami wierszy, z których pochodzą. 

sobota, 21 lutego 2015

Na uśmiech :-)


z cyklu książki z duszą



   Księdza Twardowskiego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Poeta, który cechował się niezwykłą wrażliwością, spostrzegawczość łączył z wielką miłością do Boga i człowieka. Nadzieja i radość przepełniały jego wiersze, choć nieraz mówił o trudnych tematach i nie szedł ścieżką prostych rozwiązań, „autostradą do nieba z nagrodą u ministra”, która sprawia, że człowieka wezmą diabli. Poza szeregiem tomów wierszy, z których jest znany, pisał i notował również utwory przyprawiające czytelnika o śmiech.
   Tym razem chciałabym przybliżyć dwie małe książeczki, które pokazują poczucie humoru księdza poety i jego zamiłowanie do spisywania anegdot. „Smak radości” i „Niecodziennik” to dwie pozycje, które umilą każdy, nawet niezbyt dobry dzień. Ciepłe, śmieszne, pogodne, momentami wzruszające, krótkie teksty i wiersze sprawiają, że uśmiech sam pojawia się na twarzy, a świat staje się jaśniejszy i lepszy. Jest jakaś magia w tych lekturach, które nieraz pozwalają nabrać dystansu do własnego życia i tego, co się w nim dzieje. Pozycje są ciekawe również ze względu na to, że tak otwarcie pokazują, że i w Kościele nie brakuje radości i uśmiechu, bo jak mawiał autor „Bóg jest uśmiechnięty i ma poczucie humoru”.
            
Na zachętę więc, moja ulubiona anegdota J


„Opowiadano mi również taką historię. Jeden z dziedziców postawił nagrobek, na którym kazał wyryć napis: »Dobry z ciebie był parobek, więc ci stawiam ten nagrobek«. Zdarzyło się, że po pewnym czasie ktoś kredą dopisał: »Kiedyś stawiał mu nagrobek, to już nie był twój parobek, ani tyś mu nie był panem. Pocałuj go w piszczel. Amen«”. („Smak radości, s. 74)


Jan Twardowski, Smak radości. Anegdoty, wybór Krzysztof  Żmuda, wyd. Ad Oculos, Warszawa-Rzeszów 2006.

Jan Twardowski, Niecodziennik, red. Jerzy Illg, wyd. „M”, Kraków b.r.w.

piątek, 20 lutego 2015

Zamrozowana :-)

O Remigiuszu Mrozie będę jeszcze dużo pisała. Tym razem króciutko. 

Przyznam szczerze, że mam kilku ulubionych autorów, a wśród nich jest oczywiście Remigiusz Mróz, dobrze że Charles Martin pisze książki nieco inne, bo miałabym problem z wyborem numeru jeden, choć serce podpowiada mi, że jednak Remigiusz Mróz by wygrał :-). 

Co mogę powiedzieć o Autorze? Cóż, nawet, gdyby napisał instrukcję obsługi wkładania baterii do myszki albo posługiwania się widelcem, kupiłabym ją i pochłonęła z wypiekami na twarzy ;-). Świetne pióro, humor, żywe postaci, wciągająca fabuła i wiele, wiele więcej. Mogłabym pisać i pisać, co mnie urzekło w Jego powieściach, ale będzie na to czas przy okazji recenzji każdej z nich. 

Tymczasem spełniam moją obietnicę daną autorowi i wklejam zdjęcie mojej Mrozowej półki, która mam nadzieję, będzie się rozrastać :))). Muszę sobie zdecydowanie sprawić nowy regał na książki, zwłaszcza, że Remigiusz Mróz pisze i publikuje z zawrotną prędkością. 

Na koniec życzę Autorowi, żeby takie półki gościły w jak największej liczbie domów, by się rozrastały i by nadal cieszył moli książkowych i nie tylko tak wspaniałymi historiami. 


czwartek, 12 lutego 2015

Nie zapomnij – Lisa Genova „Motyl”





„Pamięć
Płynie wciąż z prądem nowych dni
Lecz czasu zamieć
Nierzadko gubi piękne sny
Młodości czysty kwiat
Radości pełen świat
Gdy ja

Szukam
Do drzwi pamięci mojej ciągle stukam
Otwieram drżącą dłonią je
Szukając dobrych słów
Z poezji pięknych snów”

                                  Marek Grechuta „Pamięci wierszy”



   Co by było, gdyby pewnego dnia wszystko zaczęło się zacierać? Kolory nadal oddziaływałyby na zmysły, ale były odbierane inaczej, jako coś pięknego ale i obcego. Gdyby znana muzyka nadal zachwycała, jednak bez świadomości, że nuty i słowa towarzyszyły nam przez lata. Miejsca znane i kochane odeszłyby w zakamarki świadomości, z których tak ciężko wyłowić wspomnienia. Ludzie, na których widok serce biło mocniej, a uśmiech sam pojawiał się na twarzy, stali się nagle obcy. Gdyby człowiek zaczął gubić sam siebie, usilnie starając się chwycić jakiejś liny ratunkowej, by nie zatracić swojej tożsamości, nie zatracić tego, kim jest. Gdyby nagle wszystko było całkiem obce i nieznane. Pomyśl, że budzisz się któregoś dni i nie wiesz gdzie i kim jesteś… 

   Alice Howland jest kobietą sukcesu na każdej płaszczyźnie życiowej. Ma wspaniałą rodzinę, co prawda mocno zapracowanego, ale równie oddanego pracy co ona męża i wspaniałą trójkę dzieci. Owszem jak w każdej rodzinie są lepsze i gorsze chwile, konflikt pokoleń z najmłodszą córką, która dla kariery aktorskiej porzuciła decyzję o studiach, ale każdy ma swoją drogę, prawda? Jakkolwiek by nie było to kochająca się rodzina. Bohaterka jest ekspertem w dziedzinie lingwistyki, wykłada na Harvardzie, jest jednym z najbardziej uznanych profesorów na świecie. Dużo naucza, podróżuje. Nie tylko kocha swoją pracę, ale jest autorytetem dla studentów darzących ją sympatią i szacunkiem. Kobieta całkiem spełniona. Aż wydaje się niemożliwe, że można być takim szczęśliwym, choć Alice zapracowała na swoje szczęście. 
   Wszystko zaczyna się od zwykłych luk w pamięci. A to zapomniany obowiązek, a to słówko. Przepracowanie, stres, okres przekwitania. Wiadomo pamięć z wiekiem staje się gorsza. Trochę ruchu, zdrowy sposób odżywiania, więcej snu, odpoczynek i powinno być po krzyku. Alice wierzy, że choć niepokoją ją pojawiające się objawy, lekarz wie lepiej. Frustracja jednak rośnie, gdy ciężko poprowadzić wykład o mowie, nie mogąc sobie przypomnieć tak dobrze znanych terminów. Chowanie sprzętów w dziwne miejsca, zapominanie pewnych szczegółów, w końcu chwilowa dezorientacja. Bohaterka wybiera się do specjalisty i dowiaduje się, że ma wczesnego Alzheimera. Diagnoza niczym wyrok śmierci… Świat rozsypuje się w drobny mak. Świadomość zmian, jakie w niej zajdą, tego że utraci nie tylko to na co tak ciężko pracowała, swoją pozycję, dokonania, ale przede wszystkim wspomnienia. Codzienna egzystencja z piętnem odchodzenia.
   Przez jakiś czas Alice ukrywa chorobę, ale prawda wychodzi na jaw. Pożegnanie z nauczaniem, konieczność poinformowania rodziny o swoim stanie i niepewność, co do zdrowia dzieci, którym mogła przekazać groźny gen. Bohaterce przyjdzie zmagać się z wieloma przeciwnościami losu. Zwłaszcza, że ten po tłustych latach wydaje się jej nie oszczędzać.
   „Motyla” poleciła mi moja koleżanka Aneta, której pragnę gorąco podziękować w tym miejscu, ponieważ była to niezwykle emocjonująca, ciepła a miejscami przerażająca i przygnębiająca lektura. Na wskroś życiowa. Książka Lisy Genovy wywołuje całą kaskadę uczuć. Współczujemy Alice, gdy powoli traci swój świat, słowa, gdy pragnie normalnie żyć, ale niestety nie może. Cierpimy z jej rodziną, patrząc jak silna kobieta, autorytet dla dzieci staje się niczym dziecko, jak nie rozpoznaje tych, których kocha i którzy ją kochają. Czujemy lęk, gdy bohaterka nie potrafi się odnaleźć na ulicy, czy nawet we własnym domu. W końcu płaczemy, podczas jej przemówienia dotyczącego Alzheimera. Książka nasuwa wiele refleksji dotyczących życia, jego kruchości, teraźniejszości i przyszłości. Zmusza do zatrzymania się nad tym, co robimy, bo jakie wspomnienia nam zostaną? Jeśli zostaną…
   Genova pokazuje świat nie tylko z perspektywy osoby chorej, która nieraz czuje się niezrozumiana i osamotnienia, ale również od strony bliskich, nie zawsze radzących sobie z sytuacją, przytłoczonych, pozbawionych możliwości realizacji marzeń, na rzecz bycia całodobowymi opiekunami. Rodzina swoista ostoja chorego, niejednokrotnie czuje się dla niego obcą, co przysparza cierpienia. „Motyl” odsłania świat odarty z piękna i wzniosłości. To nieraz smutna, podszyta niepokojem i lękiem, szara rzeczywistość, którą rozjaśniają promienie miłości, troskliwości i nieporadności najbliższych. Choć autorka przedstawia wszystko bardzo łagodnie, niemal całkowicie od strony psychologicznej, to jednak w książce pojawiają się napomknienia o kwestii niedołężności fizycznej. I choć to tylko wymyślona historia przedstawiona niejako eufemistycznie, to naprawdę warto po nią sięgnąć ze względu na refleksje, do których skłania, ciepło, piękno i wyjątkową bohaterkę, która zapada w serce czytającego. 

„Życie
Tysiącem ksiąg spisane
Ludzkie życie
Przeżyło tyle różnych chwil
Cudowny serca lot
Tragiczny losu splot

Lecz wiem
Że pamięć zaciera wiele w myślach
Lecz nie kłamie”

                         Marek Grechuta „Pamięci wierszy”


   „Motyl” to książka o tym, jak wielkie znaczenie w naszym życiu ma pamięć i nasze wspomnienia. Bo choć nieraz się one zacierają, zawsze najważniejsze zostaje w naszym sercu, a ulotne chwile powracają niczym migawki przed oczyma. Nasza przeszłość i czyny, mówią o tym, kim jesteśmy. Kim bylibyśmy bez pamięci, wspomnień? Jak zagubiony jest człowiek pozbawiony tożsamości, obcy w każdym miejscu i wobec każdej osoby? Na te pytania można znaleźć odpowiedź w książce. Dla mnie była to ogromnie ważna lektura, skłaniająca do przemyśleń, znalezienia odpowiedzi na pytanie kim i jaka jestem, dokąd idę, co mnie kształtuje, czego pragnę. Może dzięki takim lekturom, łatwiej docenić wagę tego, co mamy, co wydaje nam się tak oczywiste i należne, że niemal niezauważalne.


Lisa Genova, Motyl, tłum. Łukasz Dunajski, wyd. Filia, Poznań 2014.

poniedziałek, 9 lutego 2015

O jedną tragedię za wiele – Barbara Kosmowska „Gorzko”


„Życie nie może być przecież aż tak okrutne, by odzierać z nas miłość do ostatniej nitki rozpaczy. Nie chcę pozostać sama, z wilkami. Wprawdzie bardzo się zmieniły, stępiałby im zęby i apetyt. Leniwe i rozpieszczone jak mopsy, leżą u moich stóp, kudłate zabawki, liniejące i ogłupiałe od ostatnich upałów. Ale wilki to wilki”. – s.232


   
   Każdy z nas marzy o świetlanej przyszłości. Czasem udaje nam się spełnić większość naszych marzeń, nieraz jedynie ich część. Są jednak osoby, którym życie idzie jak po grudzie. Świat z jakichś niewyjaśnionych przyczyn jest dla nich wrogiem. Niebo sypie się im na głowę, los stale rzuca pod nogi jakieś kłody, a ludzie odwracają się lub odchodzą. Słowem fatum, jakby wszystkie siły na ziemi i niebie sprzysięgły się przeciwko człowiekowi, który nie potrafi zrozumieć tego stanu rzeczy. Czy to faktycznie permanentny pech czy raczej owoc jednej źle podjętej decyzji, która pociąga za sobą kolejne katastrofalne skutki? Czasami sama się nad tym zastanawiam, gdy słyszę o nieszczęściach, jakie spotykają innych. Ostatnio przemyślenia takie dopadły mnie podczas lektury „Gorzko”.

   Teresa mieszka w zabitym dechami miasteczku, w obskurnym bloku ze zbyt ciasnym mieszkaniem, w którym miejsca nie starcza na nic. Matka, skupiona na narzekaniu, siostry nieaniołki zapatrzone w siebie i pragnące być podziwianymi, ojciec nieustannie grzebiący przy komarze, cichy, niewidoczny, nieobecny. Wszystko szare, pospolite, bez cienia koloru, ciepła, nadziei. Jedynym promieniem słońca w tym depresyjnym miejscu zdaje się babka bohaterki, Olga Dobrzycka. Kobieta pełna klasy, rozczarowana córką, która zamiast dążyć do odzyskania rodowego bogactwa, popełniła mezalians z niejakim Koprem, czego staruszka nie może jej wybaczyć. 
   W takim to otoczeniu żyje Teresa. Dziewczyna jest rozerwana pomiędzy domem, w którym choć rodzice nie są źli, wieje chłodem i odnosi się wrażenie, że każdy zajmuje się swoimi sprawami, nie zaprzątając sobie głowy innymi członkami rodziny, a właściwie ich problemami oraz mieszkaniem na Słonecznej, gdzie zawsze czeka na nią babka. To właśnie seniorka jest powiernicą myśli Teresy, najbliższą jej osobą w rodzinie. Opowieści kobiety o starym domu, bracie, matce, dawnych dziejach, choć skąpe, są smaczkiem książki. To właśnie te historie uzmysławiają, że poza Dobrzycką nikt w rodzinie nie ma korzeni, do których chciałby powracać, nie jest ze sobą związany.
   Z marazmu, małomiasteczkowej mentalności ludzi żyjących plotkami, potrafiących wziąć kogoś na języki z byle powodu, braku perspektyw na lepsze jutro bohaterka wyrywa się dzięki stypendium sportowemu. Wyjeżdża na studia do miasta, pragnie zostać nauczycielką wychowania fizycznego, udowodnić sobie i innym, że jest lepsza, że może zmienić swoje życie. Trzeba przyznać, że ciężko pracuje i na szansę, jaką dostaje i na utrzymanie się na roku. Zaprzyjaźnia się z dwoma współlokatorkami, Lidką i Lucyną. Pierwsza z nich również szuka szczęścia w mieście, pragnie wyrwać się z domu, w którym rządzi alkohol. Z kart książki wyłania się ciężki los dziewczyny, która zajmuje się rodzeństwem, nie zna prawdziwego domowego ciepła i bezpieczeństwa. To właśnie bieda i obojętność rodziców są motorem do ciężkiej pracy, dzięki której kolejną bohaterkę powieści ma czekać lepszy los. Od dziewcząt nieco odstaje Lucyna. Co prawda mieszka w jednym z tych miejsc, gdzie diabeł mówi dobranoc, ale ma całkiem normalną rodzinę. Jest pobożna, dobra, bardzo zagadkowa i powiem szczerze, że to właśnie ona była dla mnie najbardziej żywą postacią powieści. Z jednej strony delikatna, cicha, z drugiej odważna, kobieca. Lucyna o wielu twarzach, rzec by można.
   Studiowanie, snucie marzeń o przyszłej pracy, szukanie drugiej połówki, akcja powieści powoli się rozkręca. Teresa niczym kopciuszek trafia do bajki. Poznaje Piotra, koszykarza, który gra dla drużyny narodowej. Dostaje drogie prezenty, układa sobie życie z ukochanym, ma to o czym inni tylko mogą marzyć, ale nie jest szczęśliwa. Na jej uczucia już od początku powieści cieniem rzuca się nieodwzajemniona miłość Adama, która wielokrotnie będzie wpływać na decyzje dziewczyny. Jedyną ostoją kobiety jest babcia oraz koleżanki. Dziewczęta powoli poznają siebie, stają się coraz bardziej otwarte, zaprzyjaźniają się. Dzielą się swoimi sukcesami i porażkami, planami na przyszłość. Spędzają niedzielne wieczory przy Białym Mazurze i pomagają sobie nawzajem.
   Wraz z rozwojem akcji wszystko zdaje się iść ku gorszemu. Problemy miłosne, śmierć, porzucanie własnych marzeń, rodzinne zawirowania, choroby, a wszystko to na tle walki o wolność w powojennej Polsce. Troski i cierpienia nie omijają żadnej z bohaterek. Zagłębiając się w lekturę co rusz piętrzą się nieszczęścia i trudności. Tak jakby dziewczyny przyciągały katastrofy niczym magnes. I nawet, gdy wszystko zaczyna się układać, nie jest się spokojnym, bo licho nie śpi…, a wilki stale wracają.
   „Gorzko” to książka poruszająca wiele trudnych tematów. Powieść życiowa z prostą fabułą, jednak zagęszczenie nieszczęść na jednego bohatera jest przerażające. Przyznam jednak, że w życiu czasami tak się zdarza. Bywają chude lata, gdy nijak nie chce się układać i gdy czeka się na coś dobrego. Ważne, że bohaterki nie są bierne, starają się wyrwać z domu, zapewnić sobie życie, o którym marzyły, stworzyć perspektywy na lepszą przyszłość. Walczą, jednak nie zawsze podejmują właściwe decyzje i to zdaje się decydować o ich dalszym losie. Nie pomagają nawet wizyty u wróżki. Jakaś niewidzialna siłą pcha je ku nieszczęściu, któremu na imię samotność, odrzucenie, alkoholizm, szaleństwo. Czy Teresa, Lidka i Lucyna podniosą się ze swoich upadków, otrzepią i odważnie staną do kolejnej walki z losem? Tego nie zdradzę. Powiem tylko, że tytuł książki jest bardzo adekwatny do treści, gdyż autorka doskonale pokazuje jak gorzkie i skomplikowane może być życie, jakimi marionetkami możemy się stać, jak uciekamy przed czymś, co i tak może nas dopaść.
   Wyznam szczerze, że ciężko mi ocenić książkę Barbary Kosmowskiej. Na pewno nie jest to lekka lektura ze względu na treść, choć gdyby autorka głębiej wniknęła w psychikę bohaterów, z pewnością stałaby się lekturą naprawdę ciężkiego kalibru.  Jest to głęboko realistyczna, pełna gorzkich tematów, cierpienia i nieszczęść powieść z elementami symbolicznymi. Historia o trudnym życiu, ucieczce ze złej przeszłości do ciemnej przyszłości. Samo miasto, do którego przybywają bohaterki jawi się jako znany z literatury, przynoszący jedynie ból i pochłaniający wszystkich, twór pełen zła. Czytałam "Gorzko" z zaciekawieniem, co też wydarzy się u bohaterów, ale i z rosnącym przygnębieniem i zdenerwowanie, "ileż można!?!". I miałam mieszane uczucia…, zbyt dużo nieszczęść jak na jednego człowieka, szczerość do bólu  i ciemne barwy tej historii sprawiają, że nie jest to powieść dla wszystkich. 


Barbara Kosmowska, Gorzko, wyd. W.A.B., wyd. I, Warszawa 2014. 

niedziela, 1 lutego 2015

Życie doskonałe – Gillian Flynn „Zaginiona dziewczyna”


  Z dedykacją dla Anity z Book Reviews by Anita. Dziękuję bardzo za "Zaginioną dziewczynę", miałaś rację, zdecydowanie nie był to czas stracony. Jeszcze nigdy nie czytałam takiej książki :-)

 Czuję się jakby ktoś wyjął mi mózg, rozprostował wszystkie zwoje, zawinął z powrotem po swojemu i odłożył go na miejsce. Mam ochotę krzyczeć do tej książki „na poważnie?!?”. Pierwszy raz pochłaniałam lekturę z taką zachłannością, by potem poczuć się jak…, no właśnie…, miesza się we mnie tyle uczuć, że równie dobrze mogłabym być stratowanym Mufasą z „Króla lwa”, kolejnym pacjentem Doktora House’a czy bohaterką książki Franza Kafki. 
  Czy autorka mnie oszukała czy po prostu żaden z pisarzy nie zafundował mi jeszcze takiej jazdy z zakończeniem, którego w życiu bym nie podejrzewała…? Gubię się w meandrach swoich zwojów, myśli przeskakują szybciej niż jestem w stanie je wyłapać. Gillian Flynn rozłożyła moje wyobrażenie o thrillerze i nawet najbardziej niespodziewanym zakończeniu na łopatki. 



Przeczytałeś właśnie książkę, która wywróciła twój czytelniczy świat do góry nogami:

a) Opowiadasz o tym jak najszybciej na swoim blogu, wszak inni muszą się o tym dowiedzieć

b) Siadasz przed komputerem jeszcze nie w pełni sił, ale starannie przemyślawszy wszystko dobierasz kolejne słowa do tekstu

c) Bez problemu tworzysz najlepszy tekst na blogu, w końcu nic nie powstrzyma doskonałego recenzenta. 

Nie, nie jestem Niezwykłą Amy, u mnie to odpowiedź b, staram się opowiedzieć o moim wrażeniu, w chwili, gdy jest ono najświeższe, uważnie szukając słów. 


   „Zaginiona dziewczyna” to istne Theatrum mundi – czyli teatr świata. Motyw ten w literaturze przewijał się od czasu renesansu niejednokrotnie, w końcu przedstawienie świata jako teatru, w którym ludzie są jedynie aktorami odgrywającymi swoje role jednorazowo, bez żadnej próby i powtórki to bardzo ciekawy pomysł. Gillian Flynn czyni podobnie, przedstawia czytelnikowi swoisty teatr życia, zapis wydarzeń relacjonowanych przez Amy i Nicka. I wierzcie mi, te wersje ogromnie się różnią, ale po kolei.

Czas więc zacząć przedstawienie!!!

"Cały świat to scena,
A ludzie na nim to tylko aktorzy.
Każdy z nich wchodzi na scenę i znika,
A kiedy na niej jest, gra różne role".

William Shakespear „Jak się wam podoba?”


AKT I – Tajemnicze zniknięcie

   W piątą rocznicę ślubu w niewyjaśnionych okolicznościach ginie Amy Dunne. Ulatnia się po prostu jak kamfora. Mąż zawiadamia policję, zaczynają się poszukiwania, swoje trzy gorsze dokładają media. Ślady walki w salonie, zmyta krew w kuchni i dziwne zachowanie męża to dopiero początek historii. Żadnych świadków, niemalże wyluzowany Nick, dowody, które niczego nie wyjaśniają.
   Ale zaraz, coś tu nie gra!!! Kto chciałby skrzywdzić taką wspaniałą kobietę? Przenieśmy się do przeszłości…

AKT II – Początek znajomości

   Pewnego wieczoru Nick Dunne poznaje Amy Elliot. Niby zwykłe spotkanie, ale młodzi ogromnie przypadają sobie do gustu, rzec by można  miłość od pierwszego wejrzenia. Ona – perfekcyjna, błyskotliwa, zgrabna i piękna (nawet lalka Barbie mogłaby się schować ze swoim wyglądem, Amy to po prostu chodzący ideał i to nie tylko w kwestii sylwetki). To już nie odbicie książkowej Niezwykłej Amy, ale prawdziwa doskonałość. Bohaterka jest dzieckiem psychologów, absolwentką najlepszego uniwersytetu. Mieszka na Manhatanie, pracuje pisząc quizy psychologiczne, co zważywszy na jej niezwykłe poczucie humoru i wrodzoną inteligencję idzie jej po prostu świetnie. Nie musiałaby tego robić, ale przecież jest idealna, więc lubi mieć kreatywne zajęcie. Nie znosi swojej książkowej imienniczki, która wyprzedza ją o krok, bo jeśli prawdziwa Amy z czegoś rezygnuje, jej literackie alter ego staje się mistrzynią w tej dziedzinie. Wkurzające, prawda? Jest i on, Nick. Szczęściarz z małego miasteczka w Missouri, który oczywiście opuszcza rodzinne strony i odnosi sukces. Jest nie tylko przystojny, zabawny, uroczy, ale i spełniony zawodowo jako dziennikarz. To pewny siebie facet, który zdaje się być idealnie dopasowany do Amy.
   Brak nieśmiałości, gry, po prostu szczerość, otwartość i żarty, a następnie magiczny pocałunek w chmurze cukru pudru. Początek bajki, która zdaje się być wstępem do świetlanej przyszłości. 

AKT III – Związek idealny

   Żadnych sprzeczek i kłótni. Wyrozumiałość, jeśli on nie chce przyjść na spotkanie z jej znajomymi (przecież nie może z niego robić posłusznego zwierzątka czy marionetki), nie musi. Kobieta daje mu swobodę, o której może pomarzyć niejeden facet (wyjście z kumplami? czemu nie), bo przecież tak powinien wyglądać zdrowy związek. On, choć nie jest romantykiem, świata poza nią nie widzi. Doskonale się rozumieją i umieją uszczęśliwić. Podobne upodobania, tajne, zrozumiałe jedynie dla nich żarciki. Nick i Amy są tak dobrani, tak nieskazitelni, tak wspaniale się uzupełniają, że to aż nierealne, niezdrowe. Ale jednak... Pobierają się i są wzorem małżeństwa. Ucieleśnieniem marzeń każdej pary, bo kto nie chciałby mieć tak harmonijnego i pięknego związku? Świeci słońce, śpiewają ptaki, gra muzyka i nikt nie spodziewa się nadciągającej katastrofy.

AKT IV – Pod maskami

   Kiedy Nick traci pracę świat nieco szarzeje, gdy to samo spotyka Amy ciemność zdaje się gęstnieć. Sytuację ma zmienić wyjazd do Missouri, gdzie bohater ma zaopiekować się swoją chorą na raka matką, gdzie wszystko można zacząć od nowa. Tylko czy w niemal wymarłym miasteczku, w którym połowa mieszkańców to bezrobotni, można wieść cudowne życie? Kłopoty finansowe, narastające napięcie, samotność, powolne wyzbywanie się swoich masek w zaciszu domowego ogniska, bo brudy zawsze pierze się w domu i nieszczęście gotowe – oto kolejna odsłona sztuki. Życie, którego nie znali.
   Choć państwo Dunne nie dają za wygraną i kreują się na parę wprost z okładek gazet, bajek czy snów, choć grają idealną żonę i męża, wkładając w to maksimum wysiłku, rzeczywistość okazuje się brutalna. Kochankowie po prostu nie dają rady. Na linii Amy-Nick znacząco się oziębia…, gdyż żadne z nich nie rozpoznaje we współmałżonku człowieka, którego pokochało. 

Powróćmy jednak do teraźniejszości.

   Kiedy więc rozpoczyna się akcja powieści spotykamy Nicka – faceta spokojnego, wycofanego, robiącego totalnie głupie rzeczy, które sprawiają, że czytelnik pragnie zawołać, co za palant!!! Tak wielki, że jego wina budzi wątpliwości… Mamy jego relację, przez którą przebija się gniew, frustracja, nienawiść, gorycz, znużenie, strach i nade wszystko kłamstwa. Nick oszukuje, by nie burzyć muru złudzeń wokół jego małżeństwa. Jest jeszcze jedna rzecz, która go niszczy, lęk przed tym, że mógłby się okazać takim samym mężczyzną jak jego ojciec. Amy zaś to nieszczęśliwa, samotna kobieta, która ciągle stara się sprostać byciu Niezwykłą Amy, a właściwie to nieustannie konkuruje ze znienawidzoną przez siebie i zawsze lepszą od niej postacią literacką. Towarzyszy jej też poczucie bycia wykorzystywaną przez rodziców, wręcz wyeksploatowaną, gdyż jej życie prywatne służy jako wzorzec przygód książkowej imienniczki. W ich małżeństwie wyraźnie coś nie gra. 


"czym jest życie
snem szaleńca
aktem umysłu


czym jest życie
cieniem


poprzestańmy na sobie
na tym małym i ciepłym


życie jest snem 
całe
i wszystkie nasze sny
są snem"

Pedro Calderon de la Barca „Życie jest snem” akt II, sc. 19.


   Wraz z rozwojem akcji fasada idealnego związku dwojga doskonałych ludzi rozpada się. Tynk zaczyna odpadać, farba się złuszcza, fakty wychodzą na światło dzienne. Dziennikarze coraz to zmieniają front a czytelnik wraz z nimi. Bo choć nie wiadomo, kto i co zrobił, to bohater nie zyskuje sympatii, a przesłodzone zapiski jego żony nie wzbudzają zaufania. Tak naprawdę poznajemy dwie wersje historii i nie mamy pojęcia, która z nich jest prawdziwa. To właśnie na zasadzie dezorientacji, na odkrywaniu mrocznych sekretów opiera się klimat „Zaginionej dziewczyny”, bo do trupów w książkach zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Napięcie rośnie, także dlatego że nie wiemy, co tak naprawdę się stało, co jest kłamstwem, a co nim nie jest. Nawet, gdy sytuacja się rozjaśnia, czujemy mrowienie, lęk, stres przed następną katastrofą, która po prostu musi się zdarzyć, bo tu nie ma nic przewidywalnego. Miłość miesza się z nienawiścią, fakty z fikcją.
   Pojawiają się nowe informacje, nowi bohaterowie. Wszystko jest z jednej strony dobrze wyreżyserowane, z drugiej nieprzewidywalne, a zakończenie to już totalna bomba, która rzuca na kolana. Trzeba przyznać, że najmocniejszą stroną książki nie jest zagadka, którą czytelnik pragnie rozwiązać, ani aura grozy spowijająca akcję, ale niezwykli bohaterowie, w których psychikę wnikamy. To ich motywacja i sposób działania zadziwiają, przerażają, czynią tę powieść wyjątkową, niepokojącą. Z pięknej baśni o idealnych kochankach wyłania się brutalny thriller, którego zakończenie zadziwi wszystkich. 
   Czytając książkę Gillian Flynn nie mogłam się od niej oderwać, mimo, że nie lubię przekleństw, a dość brutalny sposób pisania o seksie niespecjalnie przypadł mi do gustu. Nie odstraszył mnie nawet „fakt autentyczny”, który o zgrozo!!!, nie powinien się pojawić w książce o takim poziomie!!! Po prostu czytałam z ciarkami na plecach, zapartym tchem, rosnącym niepokojem, kolejnymi pytaniami. Z przekonaniem, że to wszystko to prawdziwa sztuka w teatrze świata, życie-sen bohaterów. Skończyłam całkiem skonfundowana zakończeniem…, bo co by było gdyby to była prawdziwa historia? Gdyby wszystko faktycznie się tak skończyło? 
Na koniec tylko jedno: POLECAM!!!


Gillian Flynn, Zaginiona dziewczyna, przeł. Magdalena Koziej, wyd. Burda, Warszawa 2014.

Nowe zdobycze książkowe :D




Więcej na Facebooku :-)