"Połamałbym ją i uwięził w bagnie, zatrzymałbym ją, zanim zdąży uciec. Nie byli martwi, ci ludzie z bagien, nie dla tych, którzy ich zabili. Trzeba ich było przytwierdzić do grobów zaostrzonymi patykami wbitymi w łokieć i kolano, ogrodzić plecionym, drewnianym parkanem, żeby nie wracali, nie zakradali się nocą do domów, martwi, ale nieumarli." - s.109-110
Nie ma nic przyjemniejszego od spędzenia wolnego czasu na realizowaniu swojej pasji. Tym bardziej, gdy to, co znamy jedynie z książek, można przełożyć na praktykę. Któż nie chciałby znaleźć się w takim miejscu, które pozwoli mu urzeczywistnić marzenia. Co jednak, jeśli przekroczymy granicę między zabawą a rzeczywistością? Jeśli nasze postępowanie wymknie się spod kontroli i pójdzie w stronę, do której nigdy nie powinno dotrzeć, a uleganie pokusie okaże się brzemienne w skutki?
Nagrzana słońcem ziemia, przesycone upałem powietrze. Lniana tunika przylega do skóry, lepi się do spoconego ciała, drażni świeże rany. Mimo nieznośnej pogody Silvie z uporem wykopuje kolejne bulwy. Doskonale zna to wewnętrzne drżenie, które jeśli nie zrobi wszystkiego na czas, wydostanie się na zewnątrz. Obejmie palce, jeden po drugim. Przejdzie na dłonie, przedramiona, zagnieździ się w żołądku, w końcu spłynie falą lęku w nogi. Już tyle razy czuła ten stan, że stał się niemal jej towarzyszem. Tyle, że tym razem jest inaczej, nie jest sama.
Wakacje spędzone bez jakichkolwiek wygód w spartańskich warunkach to dla niej nic nowego. Wie dokładnie, jak odnajdywać kierunki, gdzie szukać jadalnych roślin. Bez tego eksperyment przecież by się nie udał. Wszystko ma być jak w epoce żelaza. Proste narzędzia z kości, cienkie buty ze skóry, drapiące ubrania, zbieractwo i łowiectwo. Bohaterka z zaciekawieniem i lękiem przygląda się studentom, którzy obóz archeologii eksperymentalnej traktują jak dobrą zabawę. Nerwowo zerka na ojca i z rosnącym strachem odczytuje jego sygnały. Kolejne pomysły, niezdrowy błysk w oku profesora i jej rodzica. Mięśnie dziewczyny napinają się boleśnie. Czuje, że zbliża się coś niedobrego. Zabawa wymyka się spod kontroli i przeradza w niepokojący spektakl, w którym nie chce brać udziału.
Sarah Moss wprowadza czytelnika w świat twardej, męskiej ręki, w którym nie ma miejsca na dyskusje, odmowy, własne decyzje czy nawet odmienne zdanie. Tradycyjna, patriarchalna rodzina zostaje odmalowana w całej swej okazałości poprzez działania Billa, marazm i słabość matki oraz zarzewie buntu Sulevy. Obserwujemy mężczyznę jako pana i władcę, właściciela żony i córki, z którymi może zrobić, co zechce. Jednocześnie słabości, uległości i lękowi kobiet zostaje przeciwstawione postępowanie młodej studentki Molly. Zderzają się tu również światopoglądy i reakcje ojca bohaterki z czynami i podejściem do życia profesora i studentów. A jednak zdaje się rysować tylko jednak konkretna opozycja Bill kontra wszyscy.
Tytułowy mur duchów staje się pretekstem do rozmowy o wielu innych, które znajdziemy na kartach książki. Na pierwszy plan wyłania się mur strachu, który otacza Silvie i jej matkę, jednak im dalej zagłębiamy się w lekturę, tym lepiej widzimy, że to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Widzimy alienowanie się od bliźnich, niezgodę na inność, odrazę wobec kobiet, pogardę w stosunku do słabszych, zamykanie się w sobie, słabość i obojętność, zrzucanie winy na zachowanie drugiej osoby. Kolejne mury, jeden za drugim powstają w zastraszającym tempie, tworząc koszmarny labirynt, z którego nie widać wyjścia. Im więcej ścian, tym bardziej bohaterka zapada się w sobie, obojętnieje i z przerażeniem zmieszanym z rezygnacją poddaje się biegowi wydarzeń. Cienka ściana dzieląca obłęd od zdrowia zaczyna się kruszyć, a na zewnątrz wydostają się demony.
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu.
Sarah Moss, Mur duchów, przeł. Paulina Surniak, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020.
Komentarze
Prześlij komentarz