sobota, 2 listopada 2019

Maria Paszyńska "Dwa światła"



"Świat się dla mnie zatrzymał. Byłem ja i muzyka przenikająca każdy fragment mojego ciała. Nie wiem, dlaczego akurat to wykonanie zapamiętałem, przecież w moim domu było dużo pięknych dźwięków, często słuchałem rozmaitych koncertów orkiestrowych i występów solistów, a jednak zdarzają się czasem takie chwile, po których nic nigdy nie jest takie samo". - s. 110

Lubię muzykę, ostatnio przy pisaniu muszę słuchać jazzu. Ot taka fanaberia, rzekłby ktoś, że lansowanie się, bo dobra literatura, jazz. Nic bardziej mylnego. To raczej tropienie piękna niż wywyższanie się. Jak w powyższym fragmencie, szukam i czasami zatrzymuję się, nad dźwiękami, słowami, obrazami. Zapisuję je głęboko w sercu i już wiem, że wrócą, w odpowiednim miejscu i czasie. Będą pracować we mnie, choć nie zawsze mam świadomość, że tak się dzieje. Ale wiem, że pewnego dnia zaświtają w mojej pamięci, odezwą się czystym i pięknym głosem, by pozwolić zrozumieć, wyjaśnić coś, pomóc. Tym jest siła literatury i sztuki, której nie sposób pojąć i objąć rozumem. 

Warszawa lat wojennych. Niszczycielska siła i opętańcza mania Hitlera burzy świat, który wydawał się przyjaznym miejscem. Dzieli ludzi na lepszych i gorszych. Wznosi materialne, realne mury i bariery w ludzkiej mentalności. Niczym nieuzasadniona nienawiść rozszerza się, przelewa jak fala ciemności po europejskim kontynencie. Pożera coraz większe ilości osób. Mały chłopiec w getcie próbuje przetrwać i pomóc swojej wątłej i nieprzygotowanej na los, który ją spotkał matce. Znalazłszy przyjaciela zahartowanego w trudach życia, pilnie odrabia każdą lekcję, którą ten mu daje. Na swoje barki bierze odpowiedzialność za ukochaną rodzicielkę. W wieku kilku lat staje się dorosłym. Lęk, głód, niepewność jutra, to codzienność dla mieszkańców getta. Na zewnątrz istnieje świat, którego Robert zdaje się nie pamiętać. Nieco lepszy od pełnej napięcia i brutalności codzienności. Za murem tli się rzeczywistość, do której można powrócić. Wyjście z getta to jednak dopiero początek zmagań z własnymi słabościami, przeciwnościami losu, bólem, tęsknotą i traumą. Pogodzenie się z losem wymaga wiele siły, wyrozumiałości, przepracowania emocji, które nie są przyjemne. To ciężka praca, która rozciąga się na lata. Tym trudniej to zrobić, gdy jest się człowiekiem porywczym, impulsywnym i mocno poranionym. 



Maria Paszyńska snuje historię o genialnym muzyku. Chłopcu tak niezwykłym, że ciężko to zrozumieć. Jednocześnie małym człowieku naznaczonym ogromem cierpienia. Obarczonym ciężarem zbyt wielkim dla kilkuletniego chłopca. Przedwcześnie dojrzały Robert, który ucieka  z getta przebrany za dziewczynkę z nadmiernie surową babką, trafia pod opiekę profesora Edwarda Sokołowskiego. Podczas, gdy za oknami czai się śmierć a każdy odgłos wojskowych butów może być ostatnim dźwiękiem w życiu, starszy mężczyzna stwarza dla chłopca piękną enklawę, dzięki której łatwiej przetrwać koszmarny czas. To właśnie muzyka, która była wielką miłością nauczyciela, staje się dla obydwu mężczyzn ucieczką. Przynosi ulgę, pozwala zatracić się w pięknie, koi zmęczoną duszę. Wspólna nić porozumienia między bohaterami nawiązuje się niemal natychmiast. Istnieje na płaszczyźnie dostępnej jedynie dla wtajemniczonych. Przepiękna więź i niebywała przyjaźń rozjaśniają mroki historii. Zadziwiają dojrzałością, pokazują co w człowieku najlepsze. Bezbrzeżne oddanie drugiemu człowiekowi, zawierzenie serca komuś, kto jest obok. To nie tylko relacja uczeń-nauczyciel czy genialne dziecko muzyk. To swoista opowieść o ludziach, którzy odnaleźli się wzajemnie, tak samo niezwykłych na granicy dwóch światów, tego rzeczywistego i artystycznego, niedostępnego dla wszystkich. 

Na tle dwóch rozmarzonych, nieco oderwanych od świata, zatopionych bez reszty w muzyce mężczyzn inne postaci wydają się mocno pragmatyczne i życiowe. Urzeka mocne skontrastowanie bohaterów. Wanda Sokołowska i jej córki to niezwykle silne postaci. Oddane walce, nieustraszone, gotowe nieść pomoc, a jednocześnie niepozbawione ciepła, wyrozumiałości, życzliwości i współczucia. Całkiem inne od Celiny, owładniętej szaleńczą ideą, zimnej, nieprzystępnej, surowej. Autorka na przykładzie Roberta-Andrzeja odmalowuje całą paletę emocji i zmian w psychice człowieka, który przeżył piekło. Wojenna rzeczywistość, bestialstwo nazistów, rozstania i dalsze losy bohatera czynią z niego postać tragiczną. Z małego, pełnego empatii i troski chłopca, zmienia się w rozhisteryzowanego, pewnego swojej wielkości, sterowanego przez opiekunkę i przepełnionego złością człowieka. 


Pisarka ma niebywały talent do odnajdywania i opisywania historii, które zdarzyły się naprawdę. Korzystając z faktów tworzy poruszające opowieści, skłaniające do sięgnięcia do źródeł. Niezwykle plastycznie opisując rzeczywistość, pozwala lepiej zrozumieć okropności wojny, los jaki ludzie zgotowali ludziom. To wyjątkowo ważna lekcja, którą każdy powinien odebrać. Klasyczna, literacka, piękna polszczyzna, wyrobiony styl, który jest charakterystycznym znakiem pisarki i ogromne dopracowanie szczegółów sprawiają, że książkę po prostu się pochłania. "Dwa światła" prowadzą czytelnika od natchnienia i piękna do okrucieństwa i bestialstwa. Grają na każdej znanej strunie duszy. Podobnie jak Andrzej z łatwością wygrywa melodie, tak Maria Paszyńska tworzy kolejne fabuły. Rozwija je, pozwala im płynąć, dbając o najpiękniejszą z możliwych form i wierność historyczną. Nie ucieka od trudnych tematów. "Dwa światła" to powieść o pożegnaniach, porzuceniu, wyborach, które po ludzku ciężko zrozumieć. Przerwanych relacjach, domagających się wyjaśnienia. Bólu, którego dziecko nigdy nie powinno doznać oraz życiu w cieniu traumy i gorzkiej przeszłości. To powieść, w której muzyka i piękne momenty rozświetlają fabułę. Pokazują, że nawet wśród największej burzy nie da się zniszczyć piękna i dobra. Rozpędzona machina wojenna naznacza mimo tego życie bohaterów tragizmem. Niezmiennie zdumiewa mnie przygotowanie Marii Paszyńskiej do tworzenia opowieści, umiejętność przedstawiania historii tak, by była ciekawa i łatwa do przyswojenia dla każdego. Najbardziej jednak cenię język autorki, stale kojarzący mi się z Bolesławem Prusem (tak, to komplement), emocjonalność, przekaz jej dzieł i to, że ufa czytelnikowi. Stawia pytania i zmusza do refleksji, samodzielnego wyciągania wniosków. Nie daje wszystkich odpowiedzi. Prowadzi czytelnika na tyle, na ile jest to konieczne, wierząc w jego inteligencję, uczuciowość, intuicję i za to ogromnie cenię jej dzieła. Zawsze pozostawiają mnie z niedosytem, dzięki któremu drążę, szukam, rozwijam się. A tu dodatkowo jestem wdzięczna za postać Szlomo, który potrafił mimo wszystko patrzeć nieugięcie w niebo, jak powinniśmy czynić my wszyscy. 

"Dwa światła" były dla mnie historią o migoczących gwiazdach. Ludziach, którzy poświęcali się dla innych. Wybijali w czasach, gdy zachowanie człowieczeństwa kosztowało najwięcej. Podróż do czasu drugiej wojny światowej okazała się wyprawą do ludzkich serc. Tych ukształtowanych i dopiero co formowanych. Pokazywała niezwykłość człowieka, ale i jego wybory, nie zawsze zrozumiałe, być może nie zawsze właściwe. Stała się historią o walce z demonami i niespełnionymi obietnicami. Pozwoliła mi spoglądać na rodzący się geniusz, ale i poczucie bezradności, osamotnienia. Pozostawiła z ciszą, w której muszą wybrzmieć moje wątpliwości, pytania, emocje. I ciekawością, jak grał Andrzej Czajkowski - człowiek, o którym dotąd nie słyszałam. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Pascal.

Maria Paszyńska, Dwa światła, wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2019.  


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz