poniedziałek, 18 marca 2019

Maria Paszyńska "Instytut Piękności"




"Pamięć to przedziwna rzecz. Tak wiele przeżyłam dni, a z większości nie pamiętam nic. Z reszty także pozostały tylko wycinki, strzępki, urywki, przebłyski. Chwile, które tak bardzo chciałam zatrzymać, gdy trwały, rozpłynęły się we mgle, te zaś, które pragnęłabym na zawsze wymazać z pamięci, nie tracąc barw, są wciąż żywe." - s. 216

Zbieram myśli. Wiem, że każde słowo, jakie napiszę, będzie otwierać mnie coraz bardziej. Czuję nieprzepartą chęć opowiedzenia o tej historii, a jednak tli się we mnie jakaś potrzeba nabożnej ciszy, zadumania się nad tym, co przeczytałam, co przeżyłam z tą opowieścią. Jestem trochę jak dziecko, które pragnie mówić, ale i zatrzymać w sekrecie to, co przeżyło.

To zaskakujące jak ludzie, którzy ryzykowali życie dla innych podchodzą do swoich czynów. Najczęściej spotykam się ze stwierdzeniem, że to przecież nie było nic wielkiego, że każdy porządny człowiek zrobiły to samo na ich miejscu. To było naturalne, jasne, oczywiste - mimo lęku, konspiracji, narażania się. Bo człowiek człowiekowi bliźnim. A jednak to nie była żadna zwykła postawa. Heroizm powinien zostać nazwany po imieniu, bo nie każdego było stać na poświęcenie. Więcej nawet, niektórzy po prostu wyłamali się z szeregu, działając na szkodę. "Kto ratuje życie, ratuje cały świat" i to chyba najwłaściwsze słowa, jakie powinny padać, gdy mowa o tych, którzy okazali się bohaterami.

Okupowana Warszawa a w niej Instytut Piękności. Pod samym nosem Niemców. Zakład prowadzony przez Madę Walter słynną w całej stolicy. Kobietę na wskroś nowoczesną, kruchą a jednak z gigantycznym hartem ducha. To właśnie tu pod przykrywką dbałości o piękno kobiet ratuje się życie. Uczy tuszowania swojego pochodzenia, wtapiania się w tłum, kuchni i katechizmu. Nie wszyscy to rozumieją, ale to realna pomoc. Główna bohaterka robi co może, by ocalić jak najwięcej ludzkich istnień, bo każde jest na wagę złota. 

Sara, Zoja. Dalila, Lea. Każda z nich jest inna. Ma swoją niepowtarzalną historię, okupioną cierpieniem. Ich szczęście i marzenia należą do przeszłości, a jednak jest w tych kobietach ogromna siła, samozaparcie. Choć ich przeszłość wydaje się zaledwie pięknym snem, teraźniejszość to strach i trud, a przyszłość nawet nie pojawia się w snach, nie przeszkadza to bohaterkom pomagać innym. Artystka, przykładna żona i matka, utalentowana tłumaczka, młodziutka dziewczyna rozdzielona z matką. Każda z nich ma za sobą bolesne doświadczenia. Łączy je jedno - los zgotowany przez Niemców, który zburzył ich świat. 



Maria Paszyńska kreśli przejmujący obraz Warszawy targanej wojną. Odmalowuje ludzkie dramaty i  cierpienie tak dosadnie, że nie sposób nie współodczuwać z podopiecznymi Mady Walter. Czytelnik zostaje lekko wprowadzony w historię przez zapoznanie się z tą niezwykłą kobietą. Zaczyna od końca, prawie teraźniejszości, by następnie przenieść się do okupowanej stolicy. Tu poznaje historie Żydówek, które zagościły w życiu założycielki Instytutu Piękności. Nie są to łatwe losy, historie, wobec których można przejść obojętnie. Każda z nich ukazana jest z perspektywy opowiadającej ją bohaterki. Zróżnicowana narracja oddaje charakter kobiet, pozwala je lepiej zrozumieć, wczuć się w to, co przeżywają. Wiele jednak dzieje się między słowami i bez problemu da się to wyczuć. Rodząca się przyjaźń często rozwija się właśnie pod płaszczykiem milczenia, niedopowiedzeń, otwartości na to, że czasami trzeba pozwolić komuś przeżyć coś w pojedynkę. Mada Walter zdaje się doskonale rozumieć, że wszystko ma swój czas i to właśnie taka postawa jest najlepszą drogą do drugiego człowieka. 

Spokojne, charyzmatyczne, porywcze, skryte, żywiołowe, takie są bohaterki "Instytutu Piękności". To nie żadne salonowe mimozy, tylko kobiety z krwi i kości, które mimo swoich ran i lęków nie boją się stawiać czoła przerażającej wojennej codzienności. Nie brak w książce pogodnych fragmentów, nawet lekkiego humoru, a jednak czuje się powagę tej historii. Unoszący się nad nią smutek i melancholię. Nowa powieść Marii Paszyńskiej porusza. Wgryza się powoli w duszę czytelnika, nie pozwala pozostać mu obojętnym. Na kartach książki zło przeplata się z dobrem, nadzieja z rezygnacją, szczęście z nieszczęściem. To na wskroś życiowy obraz tamtych czasów, choć przecież jest w tej historii wiele fikcji. Mam jednak świadomość, że przecież Instytut istniał, Mada robiła co mogła, kobiety walczyły, bliźni pomagali sobie, inni robili wszystko wyłącznie z myślą o własnej osobie. Lęk unosił się nad dachami Warszawy, przeplatając się z ulotnymi chwilami szczęścia i nadzieją na lepsze jutro. Gdy myślę o tamtych czasach, mam nieodparte wrażenie, że ludzie, którzy przeżyli wojnę są tak różni od nas. Silniejsi, bardziej zaradni, uświadomieni lepiej niż ktokolwiek w kwestii dobra i zła, niezwykli. 



"Instytut Piękności" wyróżnia się spośród poprzednich książek autorki, dzięki narracji prowadzonej z perspektywy bohaterek. To mocna, dosadna, ale momentami poetycka opowieść o losie kobiet, które walczyły o przetrwanie swoje i drugiego człowieka. Rzecz o bólu, stracie, heroizmie, bezinteresowności, pamięci, która zachowuje to, co wolelibyśmy utracić i traci to, co pragnie się zachować. Bezpośredniość, postępowość i wielkie serce głównej bohaterki dodaje powieści kolorytu. Nie odbiera jednak nic ze wzruszeń, które towarzyszą lekturze. Maria Paszyńska nadal bezbłędnie gra na strunach duszy czytelników, by pod koniec książki doprowadzić ich do łez. Nie oszczędza czytelnika, bo najważniejsza jest prawda, nawet ta po płaszczykiem wymyślonej częściowo historii, bo przecież to, co spotkało fikcyjne bohaterki, było udziałem wielu mieszkających w Warszawie kobiet. Trwam w ciszy i zadumie nad tym, co wywołała we mnie ta powieść. Tak po prostu na wskroś ludzka, trudna, niepozbawiona piękna w ogromie zła. Świadcząca najlepiej o tym, co znaczy być człowiekiem. I z tym Was zostawiam, bo to książka, którą trzeba przeżyć bardziej niż przeczytać. Myślę, że kto sięgnie po nią, zrozumie co mam na myśli. Przecież czasami milczenie mówi więcej niż słowa. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Pascal. 

Maria Paszyńska, Instytut Piękności, wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2019.

niedziela, 3 marca 2019

Robert Seethaler "Trafikant"




"Ale w zasadzie naszym przeznaczeniem jest raczej nie wiedzieć dokąd idziemy. Naszym przeznaczeniem jest raczej n i e wiedzieć o tym. Nie przychodzimy na świat po to, by znaleźć odpowiedzi, lecz by stawiać pytania. Można by rzec, że na ślepo wymacujemy drogę w wiecznych ciemnościach i tylko czasem, przy mnóstwie szczęścia, widzimy błysk światełka. I tylko dzięki mnóstwu odwagi lub uporu, lub też głupoty, lub najlepiej dzięki temu wszystkiemu naraz udaje się czasami tu i ówdzie zatknąć własny drogowskaz!" - s. 256

Są książki, na które czeka się naprawdę niecierpliwie. Tak też było i tym razem. Po lekturze "Całego życia" chciałam więcej, pragnęłam znów zanurzyć się w pozbawioną zbędnych słów, esencjonalną, filozoficzno-poetycką prozę Roberta Seethalera. Chciałam chłonąć ją całą sobą.

Kolorowa okładka z dachami kamienic przypomniała mi widok z okna mieszkania mojej koleżanki. Skojarzyła się z Warszawą oglądaną z wieżowca na Pradze, w którym zjawiałam się co roku, by wziąć udział w Warszawskich Targach Książki. Obiecywała klimatyczną i dobrą lekturę. Wyruszyłam zatem najpierw na prowincję, gdzie poznałam głównego bohatera i jego matkę. A potem podążyłam z nim do Wiednia, w którym zaczął nowe życie. Jak dobrze rozumiałam uczucia towarzyszące mu podczas pierwszych kroków na nieznanej ziemi, w wielkim mieście, obcym i nie do końca zrozumiałym.

Poznawałam uroki oraz problemy życia trafikanta. Dowiedziałam się, że znajomość towaru, umiejętność prowadzenia konwersacji, odpowiednie powitanie gości, dobra pamięć i świadomość tego, co dzieje się w świecie, to konieczne minimum, by utrzymać się w pracy. Choć zasadniej byłoby powiedzieć, że to nie zajęcie, ale wręcz powołanie. A gdzie, jeśli nie w Wiedniu najlepiej żyć? To tu można pewnego dnia spotkać słynnego profesora, pomagającego innym. Człowieka znanego i poważanego, nie do końca rozumiejącego własny sukces. Tego, który wnika w głąb człowieka, posyła go na nieznane ścieżki, choć sam uważa, że życie do jedna wielka niewiadoma. Tylko w tym klimatycznym miejscu zwykły, prosty człowiek jakimś zrządzeniem okoliczności może prowadzić rozmowy ze światowej klasy specjalistą prosto i tak, jak nie rozmawia się z pacjentami. 

Próbuję określić temat przewodni nowej książki Seethalera. Z jednej strony to opowieść o relacji ludzi z całkiem różnych środowisk. Wzajemnym porozumieniu i rodzącej się więzi zarówno z właścicielem trafiki, jak i Zygmuntem Freudem. Z drugiej historia o uczuciu, które rodzi się w człowieku, zawłaszcza go, popycha do działania. W końcu zaś to rzecz o narodzinach zła. Tym jak ludzie dają się ponieść okrutnej ideologii, jak człowiek, którego spotyka się przez lata jako sąsiada, staje się wilkiem. Autor z wnikliwością i w oszczędny sposób opisuje spustoszenie, jakie nazizm czynił w ludziach. Jest to tym mocniejsze, że dzieje się jakby mimochodem. To często wspomnienia w stosunku do głównej historii, ale tak silne, że nie sposób nie czuć niepokoju. Atmosfera napięcia narasta, ludzie zmieniają się i nie wiadomo już, co jest maską a co prawdziwym obliczem. 


"Trafikant" rezonuje we mnie. Zatrzymuję się nad pewnymi fragmentami. Wczytuję w nie po raz kolejny. Razem z Franzem wędruję uliczkami Wiednia, ale to w pewnym sensie smutne spacery. Bo jak uśmiechać się w obliczu nadciągającej katastrofy? I przyznam, że mam lekki żal do autora. Nie potrafię się zaciągnąć tą historią, jak pisze Zośka Papużanka. Staram się, ale pomimo świetnego stylu autora, ciekawej i niebanalnej historii, czegoś mi brakuje. Nie rekompensują tego nawet poetycko-filozoficzne fragmenty. "Trafikant" nie sprzedał mi przyjemności i pożądania. Zapewnił za to głęboką, osadzoną w ciszy refleksję nad człowieczeństwem. Kazał przystanąć nad decyzjami i drogami, które wybiera się w codzienności. Pochylić się nad tym, do czego popycha mnie społeczeństwo a tym, co powinnam wybrać w zgodzie ze swoim sumieniem. Szepnął mi kilka gorzkich słów o pewnym rodzaju miłości i konieczności wybierania trudniejszych dróg. I za to ogromnie cenię tę książkę. A jednak, mając w pamięci "Całe życie" tęsknię boleśnie za liryczną historią, w której odnajduję się od początku do końca. Tym swoistym traktacie o życiu. 

Zadowolenie miesza się we mnie z niedosytem. Nowa powieść Seethalera jest dobra, warta przeczytania, ciekawa i filozoficzna. A jednak wiem, że autora stać na więcej, to więcej którego tak głęboko pragnę i potrzebuję. Ale może taki był zamysł tej książki? Pozwolić zatęsknić? Chcieć więcej? 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Oli z bloga Parapet Literacki i Wydawnictwu Otwarte. 

Robert Seethaler, Trafikant, tłum. Ewa Kochanowska, wyd. Otwarte, Kraków 2019.