niedziela, 10 lutego 2019

Spacerowe rozkminy #13




Staram się, by weekendy były dla mnie. To czas na regenerację, czytanie, spacery, spotkania i to, co zostaje gdzieś zepchnięte na bok w czasie tygodnia. W zasadzie zasypiając w piątek, mogłabym nucić "I do południa budzikom śmierć...". Nie nastawiam alarmu, zwalniam, mam czas się wyspać. W tym tygodniu jednak jakoś nie bardzo to wysypianie mi się udaje. Budzę się po szóstej i ze spania nici. Jestem jakaś zabiegana, zmęczona. Nie czytam tego, co chcę, bo całość czasu zajmuje mi przygotowanie się do spotkania, które prowadzę, obowiązki. 

A jednak dziś rano nie czułam się zmęczona. Przypomniałam sobie, jak dobrze jest wstać wcześniej, wyjść na Mszę. Iść ulicami Warszawy, gdy ruch nie jest jeszcze taki duży (część mieszkańców nie wróciła jeszcze z ferii), a spotkanie kogoś na ulicy to nadal wyczyn ;-). Zrobić sobie spacer w drodze do i z Kościoła. Posłuchać dobrego kazania i pięknego śpiewu braci. Wystawić twarz do słońca i nawdychać się zapachu nadchodzącej wiosny. 

Po raz pierwszy od dawna poczułam się po prostu spokojna i szczęśliwa. Mam dużo do zrobienia dzisiaj, a jednak nie martwię się. Może przez nadciągającą wiosnę, może przez świadomość, że pomimo wcześniejszej niż zwykle pory mam już pewne rzeczy ogarnięte. A może przestałam wariować, że wszystko muszę.



Tęsknie patrzę na stosiki poezji, które zalegają na oknie i na książkę, z którą powinnam się już zapoznać dawno temu, choć ciągle brakuje mi czasu. "Nie musisz niczego udowadniać", no właśnie. Czekam na wolną chwilę, by zabrać się za lekturę, bo uczę się mądrego podejścia do życia. Warszawa ma swoje tempo, wymagania. Cała współczesna kultura narzuca pewne schematy i wymogi. A ja widzę, że coraz bardziej wariujemy. Mamy być najlepsi, niezmordowani, szybcy, prawie nieludzcy. A przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto na studiach będzie miał wyższą średnią, kto ma szybciej pracuje, ma większą odporność, ładniejszą figurę, lepszy gust, wyższe IQ. I co z tego? Mam się załamywać z tego powodu? Zapisywać się na lekcje stylu, szybsze czytanie, pochłaniać stosy literatury o tym, jak skuteczniej, szybciej, efektywniej myśleć i robić wszystko? Nie jestem maszyną. Mam zalety i wady. Jestem sobą i z tym mam być szczęśliwa. Jasne, że warto się dokształcać, ćwiczyć, rozwijać, ale bez przesady. Trzeba żyć.

Uczę się dbania o siebie. Ucinania tego, co mi nie służy. Jestem trochę z tego pokolenia, które uczono być dobrym, ale w dziwnych granicach. Ze zbyt dużą wyrozumiałością dla tego, co nie powinno być akceptowalne. Tłumaczeniem a bo ktoś miał zły dzień, zły okres, wybuchowy charakter. I tak, jak komuś puszczą nerwy i będzie musiał się wywrzeszczeć lub po doznanej krzywdzie sam nie do końca będzie panował nad tym co mówi, to jestem to w stanie zrozumieć. Ale to są normalne ludzkie sytuacje, gdy człowiek staje na skraju jakiegoś nieszczęścia, bólu, gdy przepełniła się przysłowiowa czara goryczy i potrzebne mu katharsis. Nie godzę się jednak na ciągłe tłumaczenie typu ktoś miał ciężkie życie. Tak, ale to nie daje mu prawa krzywdzenia drugiego człowieka. Znalazłam ostatnio bardzo dobrą myśl: "Unikanie toksycznych osób nie jest aktem okrucieństwa, tylko wyrazem troski o siebie". Uczę się zatem reagować i jasno mówić, że coś mi się nie podoba, bez wyrzutów sumienia, że może nie miałam cierpliwości, zbyt pochopnie zareagowałam, że może ktoś był w trudnej sytuacji a ja ucięłam rozmowę. Bo pozwalanie na wszystko, ponieważ ktoś ma trudno, dawanie przyzwolenia na wchodzenie sobie na głowę, wcale nie jest dobre, ani dla tej osoby, ani dla nas samych. Czasem bywa to ogromnie trudne, zwłaszcza gdy relacja trwa długo, ale myślę, że pewnego dnia trzeba po prostu wstać i zacząć troszczyć się o siebie. Nie dawać się zwariować, bo inaczej cały nasz świat stanie na głowie. 



poniedziałek, 4 lutego 2019

Georgi Gospodinow "Fizyka smutku"




„Historia, w której czasy się doganiają i przeplatają. Niektóre wydarzenia dzielą się teraz, inne w dalekiej i zapomnianej przeszłości. Przestrzenie także się mieszają, pałace z piwnicami, kreteńscy władcy z tutejszymi pasterzami budują labirynt historii o chłopcu-Minotaurze, póki się w niej nie pogubisz. Opowieść wije się niczym labirynt, więc nie jestem w stanie wrócić po jej śladach, niestety. Historia głuchych korytarzy, nici, które się rwą, ślepych zakamarków i oczywistych niedopasowań. Im bardziej nieprawdopodobna ci się wydaje, tym bardziej jej wierzysz. Blada i prosta linia, tylko tak mogę ją teraz przekazać, bez magii tamtej opowieści, głosi mniej więcej, co następuje.” – s. 14


Wszyscy jesteśmy Minotaurami zagubionymi w labiryncie życia. Błądzimy nie wiedząc, dlaczego świat nas nie akceptuje, czemu natura, którą przyjęliśmy nie spotyka się ze zrozumieniem. Zamknięci uciekamy przez nieznanym. Pragniemy wydostać się na wolność, znaleźć swoje miejsce, zakotwiczyć się gdzieś. Z czasem możemy stać się Tezeuszem, który wyłania się z kolejnego skrzyżowania korytarzy. Tropi potwora, napawającego świat lękiem. Zna go jedynie z legend, ale nie przeszkadza mu to kroczyć na rzeź, której istoty nie rozumie. Nie docieka prawdy, po prostu ma spełnić swoje zadanie. Po lekturze powieści Georgi'ego Gospodinowa zadaję sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje? 

Można istnieć raz w wielu życiach. Można również przeżyć jedno w wielu istnieniach. Bohater książki potrafi znaleźć się w ciele każdego. Nie tylko człowieka, ale wręcz każdej istoty czy rzeczy. Poznaje wspomnienia, odczuwa wszystko, co osoba, w której wnętrzu przebywa. Wędruje nie tylko przez historię i świat, ale przede wszystkim przez skomplikowane ludzkie emocje i doznania. Posiada magiczną zdolność, nieskończoną empatię, pozwalającą lepiej zrozumieć rzeczywistość, poznać jej tajemnice. Czysty i nieskażony jako dziecko, przeskakuje z ciała do ciała, z istoty do istoty. Rzeczywistość wchłania go, zatrzymuje przy sobie, prosząc, poznaj mnie. Przystań, poczuj, zrozum. 

Autor pięknie i pomysłowo przedstawia empatię, obrazowaną jako głębokie zjednoczenie ze światem. Otwartość na poznawanie i rozumienie, świeżość spojrzenia i umysłu. Życie jednak płynie a zdolność przyjmowania świata i ludzi, takimi jakimi są, zaczyna się kurczyć. Naleciałości społeczne, doświadczenia, pierwsze rany, wszystko to sprawia, że coraz trudniej wejść w cudzą skórę. Człowiek staje się istotą coraz bardziej odległą i obcą. Już nie jest bezpieczną i upragnioną przystanią, podświadomość robi swoje. Zdolność zanika. Przychodzi coraz rzadziej, trudniej. Gubi się, jak Minotaur w labiryncie. 

Czytelnik wędruje w czasie i przestrzeni. Zatrzymuje się w różnych miejscach, by poznać wycinki rzeczywistości. Przystaje niczym przed fotografią, by skonfrontować swoje odczucia z tym, co podaje mu narrator. Błąka się w meandrach historii, jej zawiłościach. Wydaje się, że postawiony przed różnymi doświadczeniami ma szansę odkryć o sobie prawdę. Wyciągnąć na światło dzienne tęsknoty, pragnienia, myśli i uczucia, które chowają się pod maską codzienności. O których nie myśli się i nie analizuje, bo zwyczajnie nie ma na to czasu. Poznawanie siebie to luksus, poznawanie innych, sztuka, którą opanowali jedynie nieliczni.


Podróż przez strony "Fizyki smutku" to bardziej wędrówka po własnej duszy. Konfrontacja z myślami, na które często sobie nie pozwalamy z wielu względów. Prozaiczność przysłania melancholijne westchnienia, idealizm, ułudy, za którymi się tęskni. Dziecięcą naiwność, szczerość i otwartość w rozumieniu innej istoty. Im więcej lat mija, tym większe zagubienie. Coraz częściej zdarza się wchodzić w ślepy zaułek labiryntu. Pojawiają się nierozumienie, próba obrony przed systemem, niezgoda na pewien stan rzeczy, bunt, gorzka refleksja nad światem. Baśniowość miesza się z prozą życia. Mądrość z egoizmem. Tkliwość ze zdziwaczeniem i strachem. A jednak przemierzam ten świat, niejednorodny, nierówny, fragmentaryczny, wyrwany z kontekstu. Idę przez niego z zadziwieniem, poczuciem bliskości, nostalgią, niepokojem. Schodzę coraz niżej rozumiejąc, że tym co spaja fabułę jest samotność, smutek, zagubienie, odmienność. Że ludzie czujący więcej, nawet po stracie większości swojej empatii, nadal pozostają inni, bardziej podatni na zranienie, wyobcowanie. Są jak Minotaur - obcy, stwarzający zagrożenie, choć nikt w rzeczywistości nie sprawdza, jaka jest prawda. 

"Fizyka smutku" wywołuje we mnie sprzeczne uczucia. Z jednej strony jest liryczna, cudownie poetycka, z drugiej są w niej i fragmenty, które mi się dłużyły. Styl wydawał się nierówny, odmienny w niektórych rozdziałach. Tematyka wymagała pewnego wysiłku, przestawienia się na wędrówkę po wielu zagadnieniach. Samo podejście do odczuwania ulegało zmianie. Było czymś dobrym, ale jednocześnie wyobcowywało, doprowadzało niemal na skraj dziwactwa. A jednak nie czułam, że autor chce powiedzieć, dostosuj się, bądź jak każdy. Powieść Gospodinowa jest nostalgiczna, przesycona delikatnym smutkiem, zadziwieniem nad zjawiskami. Domaga się reinterpretacji mitu i wpojonych prawd społecznych. Oscyluje na granicy liryzmu i prozy, oniryzmu i codzienności. Urzeka emocjonalnym podejściem do spraw przedstawionych a jednocześnie momentami bywa wręcz oschła. Niejednoznaczna, niejednorodna, nie pozwalająca o sobie zapomnieć. To książka, którą się docenia i jednocześnie czuje lekki zawód. Momentami się ją pochłania, innym razem czyta nieco opornie, a jednak zostaje w głowie. Nie daje o sobie zapomnieć. Drąży w swojej inności, szczerości, oryginalności. Nie udaje niczego, co już było. Po prostu jest do głębi boleśnie prawdziwa, odmienna. 


Georgi Gospodinow, Fizyka smutku, przeł. Magdalena Pytlak, wyd. Literackie, Kraków 2018