piątek, 28 września 2018

Spacerowe rozkminy #9




Tak się złożyło, że dziewiąte rozkminy załapują się jeszcze na wrzesień. Nie planowałam tego. Myślałam wręcz, że napiszę je wcześniej, po powrocie z urlopu, gdy w mojej głowie kotłowało się tak wiele myśli. Ale musiałam się chyba przegryźć z pewnymi tematami. Coś zmienić, coś przemyśleć, inne rzeczy ułożyły się we mnie powoli. Czas biegł jednak nieubłaganie. Tematów przybywało, dużo się działo i nagle nadeszła jesień. Cicha i spokojna, której zaznałam podczas urlopu. Nie mówię tu oczywiście o temperaturze, bo ta była wysoka, ale o tej niespiesznej atmosferze, która mi towarzyszyła. 

Nie pochodziłam zbyt wiele po szlakach z kilku powodów, których nie będę tu przytaczać, ale cieszyłam się każdym kilometrem, który zrobiłam, choć dla większości nie jest to nic nadzwyczajnego. Ja jednak czerpałam radość z wszystkich szlaków, wypraw i będę to robić dalej. Nie jestem wyczynowcem, mam inny charakter pracy niż rok temu i już dobrze wiem, że muszę poczynić pewne zmiany w trybie życia, dlatego mierzę siły na zamiary. Jestem szczęśliwa z tego, co mogę osiągnąć i zrobić. Nieważne, że inni twierdzą, że to przecież standard, nic wielkiego. Dla mnie każda chwila w górach jest piękna, czy idę Doliną Kościeliską ,czy podążam Czerwonymi Wierchami. Spokorniałam jakoś. Przyjęłam własne słabości i cieszyłam się tym, co daje mi każdy dzień, nawet gdy nie wyglądał tak, jakbym tego chciała. To ważna lekcja i ogromnie cenna.



Co mnie jednak zdziwiło, to zapatrzenie się w komórki. Nie w sensie robienia zdjęć i wrzucania do sieci. Ale docierania do schroniska i natychmiastowego wsadzania nosa w telefon. Dzieci, które obserwowałam, nawet nie patrzyły gdzie są. Siadały i od razu wsiąkały w sieć. Nie pomagały zachęty rodziców czy dziadków, zobacz jak tu pięknie. Głowa nadal pozostała opuszczona. To ogromnie przykre, bo w górach doświadcza się piękna w najczystszej postaci, zachwytu, spokoju, swoistego oczyszczenia. Nie osiągnie się tego z twarzą przy smartfonie. Tak można się tylko zagubić, stracić w życiu ogromnie wiele, bo rzeczywistość to nie media społecznościowe, ale otaczający nas świat i ludzie dookoła.

Pobyt w domu uświadomił mi, że jestem rozerwana między dwoma miejscami. Tym znanym, które staje się coraz bardziej obce i obcym, które jest moją codziennością. Doświadczam dziwnego wyrwania ze świata, jakbym nie była w pełni w żadnym miejscu. I zastanawiam się, gdzie jest mój świat, ten prawdziwy, który można śmiało nazwać domem. Bo wszystko ulega zmianie, miejsca, relacje, odczucia. Zaskakujące, że po całym życiu przeżytym w jednym miejscu można przestać postrzegać je jako coś swojego. Zmieniam się i ja. 



Przyszła jesień. Z przytupem, choć malowała liście niespiesznie, od niechcenia. Delikatnie kładąc barwy na drzewach. Nagle jednak zawitała chłodem, krótszym dniem. Wieczorami pod kocem z herbatą w kubku i dobrą lekturą. Taką smutnawą, melancholijną, długą i powoli toczącą się swoim rytmem. Jesień poza czasem bajecznych spacerów i żywych barw, jest dla mnie momentem zadumy. Zastanowienia się nad tym, co było i tym co będzie. Chwilą, gdy robię coś dla siebie. Gdy lubię zaszyć się w pokoju i nie wychodzić z świata książek, choć ostatnio przyznam, że nie mogłam przemóc się do czytania. Nie sprawiało mi ono przyjemności. Lektury nie wciągały, czytałam jedną, zaczynałam drugą i kontynuowałam ogromnie powoli z czystego obowiązku, skoro rozpoczęłam. Nie lubię zostawiać niedokończonych historii, nawet gdy czytanie nie idzie. To nie była wina książek, po prostu czegoś brakowało. I nadal zastanawiam się czego, powolnie przewracając strona za stroną. Czekam w tym specyficznym pokoju, którego zaznałam w górach.

Jesień, czas na milczące spacery, fantazyjne zdjęcia, melancholijną muzykę, przemyślenia i plany. Czas na odpowiednie książki, które pochłoną mnie bez reszty. A jak u Was? Jak postrzegacie jesień?


poniedziałek, 24 września 2018

Gabriel Tallent "Moja najdroższa"




"A jeśli czuję się skrzywdzona, to dlatego, że Martin mnie skrzywdził, ale prawie udaje mi się uwierzyć, że winna jest temu tamta tragedia, a nie jego okrucieństwo. Zaraz potem myśli: wykoślawiasz to, kim jesteś, i gdy raz zaczniesz kłamać, będziesz kłamać dalej i oglądać rzeczywistość tak, żeby ci było wygodnie, a jak raz się zacznie, trudno przestać. Dziadek zawsze to powtarza. Może jak się poprzekręca rzeczy, nie da się ich już odkręcić. Może to tak jak ze słuchem: już nie wraca, tylko z dnia na dzień go ubywa." - s. 127

Drewniany dom w lesie. W zaniedbanej kuchni, pełno brudnych naczyń, ślady po gryzoniach, ewidentnie widać, że nie dba się tu o czystość. W łazience na parapecie rosną grzyby a przy wannie mieszka czarna wdowa. Po ścianach pną się zdziczałe róże, wokół rozsiane wzrastają obok siebie chwasty, rośliny jadalne, drzewa. W tym dziwnym miejscu wychowuje się Julia, zwana Turtle. Dziewczyna jest niezwykle wysportowana, trochę zdziczała, doskonale posługuje się bronią, wie jak przetrwać w dziczy. W każdym calu jest inna od swoich rówieśniczek, o których nie myśli niczego dobrego i których kompletnie nie rozumie. Nie dla niej są różowe sukienki, kosmetyki, pogaduchy z koleżankami i dziewczęce śmiechy. Turtle nie radzi sobie z nauką, świat słów jest dla niej abstrakcyjny, podobnie jak sama szkoła. Oliwy do ognia dolewa jej ojciec. Sam bez krzty szacunku do instytucji, uczy ją po prostu, by tam przetrwała i nie wychylała się za bardzo. Martin i ona bowiem mają sekret, którego nikt nie powinien poznać. Lepiej więc siedzieć cicho, nie wychodzić przed szereg, nie zwracać na siebie uwagi. Ale cisza nie trwa zbyt długo. Po kilkunastu latach dzieje się coś, co zmienia życie w tym oddalonym od ludzi miejscu.

Ona skrajnie niepodobna do dziewczynek w swoim wieku. Tajemnicza, zagadkowa, butna. Nie wzbudza sympatii, nie jest podobna do nikogo, kogo znacie. Nawet myśli całkiem inaczej. Składa się z dziwnego splotu miłości i nienawiści, zahartowania i swoistej słabości, niepokorności i agresji. Jest zdecydowanie inna, tą innością o jaką nie podejrzewalibyście kilkunastolatki. Potrafi rzeczy, jakich nie powstydziłby się niejeden wojskowy. Umie sobie radzić w naprawdę ciężkich sytuacjach. Spokojnie wędruje po lesie i daje sobie radę bez jedzenia i GPS-u. Jest niezwykle wytrzymała, zachowuje zimną krew, a jednak pod tą skorupą pozostaje po prostu człowiekiem, ze swoimi słabymi stronami. Czasami ciężko było mi nadążyć za jej myślami, szokującymi, ciężkimi, momentami brutalnymi. Nie do końca wiem, co z tego co mówiła i myślała było prawdą, a co sposobem na przetrwanie. Łączy w sobie kompletny brak zrozumienia z czymś, co kojarzyło mi się z filozofią. Ot, taka osobliwa mieszanka przemyśleń. Jedno jest natomiast pewne, jest wewnętrznie okaleczona.

On połączenie brutala-filozofa. Człowiek, którego nie chciałabym nigdzie spotkać, nawet w najjaśniejszy dzień. Uciekałabym raczej, by nie spędzić ani chwili w jego pobliżu. Kocha ją, tak cały czas powtarza swojej kruszynce, choć ogromnie ciężko w to uwierzyć. Nie do końca rozumiem, co stało się z jego żoną, co stało się z nim samym, że jest takim, jakim poznaje go czytelnik. Wysoki, zahartowany, z przekonaniem, że świat chyli się ku upadkowi i przetrwają tylko najsilniejsi. Martin nie przechodzi przemiany w książce, co więcej, nie dziwi do końca jego zachowanie, ale pozostaje dzwoniące w uszach czytelnika pytanie, jak do tego doszło?

"A co, gdybyś nigdy więcej nikomu nie pozwoliła się pokonać? I myśli: potrzebujesz bardzo dużo odwagi, żeby przerosnąć to wyobrażenie Martina o tobie. Może nie muszę być taka, jaka według niego jestem, może on będzie mnie nienawidził i kochał, nieważne, co zrobię. Różnica polega na tym, że tym razem, jak nigdy wcześniej, uczyłam się i jestem gotowa, a samo bohaterstwo bez rzetelnej pracy nigdy nikogo daleko nie zaprowadziło." - s. 138-139

To jedna z najbardziej specyficznych powieści, jakie czytałam. Pochłania się ją z jakąś niezdrową ciekawością, co będzie się działo dalej, z niedowierzaniem, chwilami z oburzeniem i obrzydzeniem. Mieszanka wybuchowa narasta, wciąga człowieka niczym bagno do tego ciemnego świata, w którym szaleństwo miesza się z uczuciem, psychoza z nauką. Od atmosfery panującej w domu Turtle robi się duszno, słabo wręcz, niepokój nasila się, wiemy, że najgorsze dopiero przed nami, choć nie sposób przeczuć tego, co zdarzy się faktycznie. W czasie lektury zastanawiałam się, co ja właściwie czytam? Dlaczego to robię, skoro książka wywołuje we mnie tak wiele negatywnych emocji, bo faktycznie odnosi się wrażenie, że to jedna z książek zakazanych. A jednak przewracałam szybko kolejne kartki, chłonęłam rozdziały. Czekałam na coś więcej, nie w sensie następnej rzeczy, o której nie chciałam wiedzieć, ale czułam, że w tej dziewczynie, tak niejednoznacznej, pogubionej, łączącej w sobie ogromnie sprzeczne emocje i dywagacje, musi tlić się jakaś iskra. Chciałam czegoś więcej niż przykrej i wypełnionej ciemnością historii i faktycznie to dostałam. 

"Moja najdroższa" nie powaliła mnie, choć muszę przyznać, że autor naprawdę dobrze radzi sobie z językiem i budowaniem historii. Rzekłabym więcej, często zdania zatrzymują na dłużej, skłaniają do refleksji, nawet dziwią w kontekście tej historii. Nakreślone postaci są żywe, budzą szereg emocji, zapadają w pamięć. Chciałabym powiedzieć, że zabrakło mi głębszego wniknięcia w psychikę bohaterów, ale czy to możliwe? Czy dałoby się wejść głębiej w szaleństwo Martina i zagubienie Turtle? Gabriel Tallent świetnie zbudował napięcie, wprowadził epizody, które miały nieco uspokoić czytelnika, by potem mocno nim wstrząsnąć z kilku powodów. Zdecydowanie nie poleciłabym tej książki większości czytelników. Nie dlatego, że jest zła. To dobrze przemyślana i napisana powieść. Jednak sam temat, to co dzieje się między bohaterami jest toksyczne, złe, niemoralne. Dużo tu agresji, nienawiści, sytuacji, które nie powinny mieć miejsca. Szaleństwo, wypaczenia, okrucieństwo, bezduszność, tyrania wręcz przewija się przez karty. To nie zimny wychów, robienia z dziewczynki chłopaka, musztrowanie, to niezdrowa i odpychająca skrajność. Nie da się tej powieści czytać z przyjemnością. Ale nie da się jej również odłożyć, choć raz byłam tego bardzo bliska, bo wchodzenie w działania Marina i Turtle są o tyle mroczne, co wciągające. Obserwowanie tego wymyślonego przecież świata stawia największe pytanie o nas samych, dlaczego wkraczam w tę historię głębiej, co we mnie wywołuje, czy tak powinno być. Jest coś głęboko niepokojącego w tym, żeby przyznać się przed sobą, że opowieść o tych wszystkich zdarzeniach jest nieszablonowa, dobra w sensie wykonania, wciągająca. Zaznaczyć muszę, że osoby o słabych nerwach, mocnej wrażliwości, wyczulone na wszelkie odchylenia od normy i młodzi czytelnicy zdecydowanie nie powinni po nią sięgać. Ja przyznam, że nie żałuję, ale nie jest to książka do której kiedykolwiek wrócę. Aczkolwiek ciekawi mnie, co autor jeszcze napisze. 

Gabriel Tallent, Moja Najdroższa, przeł. Dariusz Żukowski, wyd. Agora, Warszawa 2018.

niedziela, 9 września 2018

Bea Uusma "Ekspedycja. Historia mojej miłości"




"Zbliżam się do obozu, poruszam się niemrawo, jak we śnie, chociaż nigdy nie byłam bardziej rozbudzona niż teraz. Nosiłam w sobie to miejsce przez tak długi czas, że teraz, kiedy tędy idę, mam wrażenie, jakbym błądziła wewnątrz siebie samej.
Chodzę po własnym wnętrzu." - s. 271-274

O tej książce słyszałam już jakiś czas temu od znajomych blogerów. Ciekawość mieszała się we mnie z wątpliwościami, czy to coś, co chciałabym przeczytać. Sama nie wiedziałam, więc postanowiłam poczekać aż pojawi się w bibliotece. W czerwcu uczestniczyłam w Big Book Festival i miałam okazję wziąć udział w spotkaniu z Beą Uusmą. Zachwyciła mnie jej charyzma. Świetnie się słuchało tego, co mówiła. Oczarowała mnie sobą i przeżywaniem tej historii. Sięgnęłam zatem po "Ekspedycję" niemal od razu. 

Trzech mężczyzn postanawia zrobić coś niezwykłego. Chcą zyskać uznanie, zapisać się na kartach historii, przełamać rutynę życia? A może wszystkiego po trochu. Plan jest prosty. Wsiadają do świetnie wyposażonego balonu, przelatują nad biegunem, a potem wracają do swoich domów w glorii chwały. Ot, taki sobie krótki wyczyn, który zostanie zapamiętany na zawsze. To nie miała być nawet tygodniowa wyprawa. A jednak coś spektakularnego, choć prostego. Początki nie były łatwe, odlot przekładano, ale bohaterowie się nie poddawali. Coś gnało ich w kierunku przygody, choć nie rozumieli, skąd się to bierze. W końcu się udało. Od początku nie sprzyjał im los, świat zdawał się mówić, że ekspedycja nie skończy się dobrze, ale optymizm, niewiedza i parcie do przodu zrobiły swoje. Salomon August Andrée, Knut Frænkel i Nils Strindberg postawili na swoim i chcieli zrealizować wielkie marzenie. Zostawili rodziny, narzeczoną, posady, wszystko. Mieli wrócić tak szybko, nie powrócili nigdy. Zostali ze swoim marzeniem na lodowej pustyni, która skrywa tajemnicę ich śmierci.



Balon zawiódł po niedługim czasie. Trzeba było więc dotrzeć do lądu na piechotę. Były zapasy, ubrania, sanie. Ale wszystko to nieprzemyślane. Za ciężkie, niedostosowane do pogody. Uderzająca okazała się niewiedza na temat tego, jak przeżyć na biegunie, poruszać się po lodzie, w zimnie, zmieniającej się temperaturze. Ludzie spędzający czas za biurkiem, nie mieli odpowiedniej kondycji fizycznej. Okazali również skrajną naiwność nie przygotowując się na każdą ewentualność, a tym bardziej na awaryjne lądowanie i konieczność powrotu inną drogą niż powietrzna. Przeliczyli swoje siły. Z niewyjaśnionych przyczyn obciążyli sanie całkowicie nieprzydatnymi rzeczami, z którymi nikt inny by nie wyruszył. Z dzienników wyłania się lapidarny przekaz tego, co się działo, ale najwięcej pozostaje niedopowiedziane. Pomimo posiadania żywności, odzieży na zmianę, broni mężczyźni umierają. Popełniają wiele błędów, ale co ostatecznie zdecydowało o ich śmierci, rozpala wyobraźnię.
Autorka oczarowana historią, złapała detektywistycznego bakcyla i zrobiła wszystko, by dowiedzieć się, co stało się na Białej Wyspie. Zasnuta mgłą tajemnicy wyprawa nie dawała spokoju nie tylko jej. Powstało wiele opracowań i hipotez, co spotkało mężczyzn. Bea Uusma z uporem przedzierała się przez każdą z nich, starając się dotrzeć do prawdy. Przeczytała wszystkie zapiski, raporty, doniesienia. Skończyła studia medyczne, odwiedziła muzeum, dotykała rzeczy, które niewiele pomagają, gdyż wyczyszczone po odnalezieniu, nie dadzą prawidłowych wyników, starała się stąpać ich śladami w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wydaje się, że nie można zrobić nic więcej dla jednej historii, która staje się niemalże drugim życiem. Autorka skrupulatnie obala kolejne teorie, tłumacząc, dlaczego je odrzuca. Zwykłą narrację, przeplata ze zdjęciami, fragmentami dzienników, tabelkami, urozmaicając ogromnie książkę. To nie opowieść o tym, co stało się ponad 100 lat temu. To zapis detektywistycznej pracy Bey Uusmy. Pięknie wydany, opatrzony licznymi komentarzami, dopracowany. Efekt ponad 20 lat pracy, jeśli dobrze pamiętam. Napisaną naprawdę przystępnie i wciągająco książkę czyta się bardzo szybko. Ale, co mnie zaskoczyło, w tym tempie ma się czas na dywagacje, snucie własnych hipotez. Jedyna rzecz, która mi przeszkadzała to gęsto liniowane strony, od których nieprzyjemnie mieniło mi się w oczach, do niczego innego nie mam żadnego zarzutu. Zdziwiłam się, że "Ekspedycja" tak mocno oderwała mnie od świata zewnętrznego i zabrała do historii, o której nie słyszałam, ani która nie interesowała mnie wcześniej. Gdybym miała odpowiedzieć, dlaczego tak się stało, nie wskazałabym ani na świetny materiał, ani na liczne zdjęcia czy ciekawe opracowanie tematu, choć ogromnie doceniam te rzeczy. Odpowiedziałabym, że zadziałała postawa autorki, odczuwalne zafascynowanie tematem i fakt, że to zdecydowanie historia jej miłości. 

Klikając TU znajdziecie zapis spotkania z Beą Uusmą z Big Book Festival 2018, zachęcam do obejrzenia :) naprawdę warto. 

Bea Uusma, Ekspedycja. Historia mojej miłości, przeł. Justyna Czechowska, wyd. Marginesy, Warszawa 2017.