niedziela, 25 lutego 2018

Adrian Wawrzyczek "Ogarniacz. Opanuj swoją codzienność"

z cyklu książki z duszą


"Dzięki tej metodzie udało mu się wydostać z długów i depresji. Zaproponowany przez niego program zmiany sposobu życia składa się z 6 kroków, których wdrożenie może być łatwe i bardzo przyjemne. Od pierwszych liter angielskich nazw każdego z nich Elrod utworzył skrót SAVERS, który można rozumieć jako ratujące życie nawyki. Składowe tego skrótu to Silence (Cisza), Affirmations (Afirmacje), Visualizations (Wizualizacje), Exercise (Ćwiczenia fizyczne), Reading (Czytanie), Scribing (Pisanie)." - s. 20-21

Od jakiegoś czasu zapanowała moda na przeróżne plannery, bullet journal'e, organizery, kalendarze. Im bardziej kreatywne, tym lepiej. Pomysł jest dobry, trend na ozdabianie i ruszanie głową, by wszystko wyglądało ciekawie i estetycznie również jest całkiem w porządku, gdyż rozwija wyobraźnię i kształtuje umiejętności manualne ;). Na rynku pojawiło się sporo propozycji, nawet takich, które pozwalały odbiorcy zaplanować, jaki układ jest mu bardziej na rękę. 

Nie należę do osób, które ściśle trzymają się tego, co pojawia się na kartach kalendarzy czy plannerów. Wiem dobrze, że życie różnie się układa, że często zapisuję więcej niż jestem w stanie zrobić. Dlatego postanowiłam nieco zmienić postępowanie. Sięgnęłam po "Ogarniacz" z kilku powodów. Po pierwsze sama nazwa mnie urzekła. Tak, to coś zdecydowanie dla mnie, z humorem, zawierającego jednak pewną prawdę, życie trzeba ogarnąć ;). Po drugie w plannerze nie ma wpisanych miesięcy, można zacząć go prowadzić w każdym czasie, nic nie ogranicza użytkownika i to jest naprawdę świetne, bo jeśli ktoś trafi na niego później niż z początkiem roku, nie poczuje, że coś stracił, że część plannera się zmarnuje (dlatego też specjalnie nie pisałam o nim początkiem roku, by pokazać, że można zacząć od kiedy kto chce :) ). W końcu po trzecie naprawdę jest tu wiele wartościowych rzeczy i szerokie pole do dostosowania go do siebie. 



Każdy miesiąc rozpoczyna się od tekstu, który mówi coś mądrego o życiu, jakie prowadzimy, szczególnie w wielkich miastach. Rzeczywistości zabiegania, deadline'ów, zmęczenia, często zbyt wielu do tego niewłaściwych priorytetów. Tymczasem autor, który nie ukrywa swojej depresji, otwarcie mówi, że trzeba zwolnić, przeanalizować swoją codzienność, ustalić pewne reguły. Nie dopuścić, by obowiązki i nadmierna ambicja odebrały nam radość codzienności. Żyć z głową, pracować dobrze, ale też pozwolić sobie na odpoczynek, małe przyjemności. Nie zamykać się w klatce powinności, pozwalających osiągnąć lepsze jutro, które i tak nas nie ucieszy z powodu chronicznego przemęczenia. 

Proponuje zatem plan miesięczny, do którego wpisałam głównie wizyty, spotkania, wyjazdy, rzeczy konieczne. Tym sposobem w miesiącu nie piętrzą mi się niezwykłe ilości powinności, którym nie sposób sprostać. Czuć, że mogę złapać oddech. 

Następny pomysł to tracker nawyków. Daje on szansę na wykształcenie w sobie pewnych zwyczajów. Jego wygląd pozwala na osobiste dostosowanie, można zrobić mapę kolorów do zaproponowanego układu, uzupełniać go na zasadzie punktów, dni, jak wolicie. Wszystko zależy od waszej wyobraźni :). 



Kolejny punkt to kierunkowskaz tygodnia. Bardzo podoba mi się pomysł umieszczenia cytatów w prawym górnym rogu. Rozkład jest bardzo przejrzysty. 3 priorytety na dzień, które naprawdę pozwalają uporządkować to, co najważniejsze, box "wdzięczny za", miernik samopoczucia, tracker modlitwy i ilości wypitej wody. To właśnie on przypadł mi do gustu, gdyż przypomina, że jednak powinnam więcej pić (wody ;) oczywiście). W każdym tygodniu jest sporo miejsca na notatki, które można dowolnie wykorzystać. Ja na jednej ze stron zanotowałam przeczytane książki, co na pewno ułatwi mi potem ułożenie listy recenzji. Następnie pojawiają się ćwiczenia na odprężenie, które zajmują 15 minut, więc nie jest to jakaś niemożliwa do wygospodarowania ilość czasu. Warto wspomnieć również o pięknych cytatach, które pojawiają się na całej stronie. 



"Ogarniacz" to planner z duszą. Poza miejscem na zapisywanie zadań, spotkań, ustalanie priorytetów, kontrolowanie spożycia wody, wyrabianie zdrowych nawyków, przestrzenią na notatki lub kreatywność w dowolnej formie, zawiera w sobie elementy, które porządkują sferę duchową. Jest prosty, przejrzysty, naprawdę ładnie wykonany i pozostawia szerokie pole dla własnej inwencji i kreatywności. Nie ogranicza, każe zastanowić się nad mądrym wykorzystaniem czasu i życiem, które ma dawać radość. Nie bez znaczenia jest wstęp, w którym autor pisze o swoich problemach, walce z nimi i wyciągniętej do użytkownika dłoni. Naprawdę warto sięgnąć po tę publikację, by ogarnąć się tak całościowo, zawodowo, duchowo, fizycznie i emocjonalnie. 


Więcej możecie zobaczyć TU

Za "Ogarniacz" serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM



Adrian Wawrzyczek, Ogarniacz. Opanuj swoją codzienność, wyd. WAM, Kraków 2017.

wtorek, 20 lutego 2018

Michał Kociołek "Projekt życie. Nie zatrzymuj się"




"Nie musisz być idealny. Nie bój się, że ktoś będzie lepszy od ciebie. Nie wiesz przecież, jaki był, kiedy zaczynał. Nie martw się, jeśli coś ci nie wyjdzie. Życie bez ponoszenia porażek nie jest możliwe. Wszyscy się mylą, chyba, że żyją tak ostrożnie, że nigdy nie ryzykują. Zadaj sobie pytanie: co bym zrobił, gdybym się nie bał? A potem zrób to." - s. 116

Nie jest łatwo stanąć twarzą w twarz ze swoimi lękami, ograniczeniami, niepowodzeniami. Podnieść się po kolejnej porażce, zacząć wszystko od nowa. Zniechęcenie, obawy, strach, gniew, żal to wszystko towarzyszy człowiekowi, gdy znów musi starać się budować swoje życie, nierzadko na zgliszczach poprzedniego. Gdy buzują w nim negatywne emocje zapomina, że jednego nie można mu zabrać, wiedzy i doświadczenia, które zdobył przez lata. Bywa, że nie da się go wykorzystać w obecnej chwili, nie znaczy to jednak, że jest bezużyteczne.

Michał Kociołek miał ambitne plany. Zaczął od bycia kierowcą ciężarówki, co bardzo kochał. Z czasem zapragnął jednak więcej. Postanowił założyć firmę. Miał pieniądze, znajomych, był szczęśliwy, ale gdy wszystko zaczęło się psuć, gdy znajomi odeszli, zaczęły się długi, które tylko rosły, nie było już tak wesoło. Ciężko było pogodzić się z porażką. Decyzja o likwidacji firmy nie należała do łatwych. To jednak nie jedyna rzecz, która poszła nie tak, jakby chciał bohater książki. Wiadomość o chorobie była jak grom z jasnego nieba. Zamykała drogę do ukochanego zawodu, co było nieodłączną częścią życia mężczyzny. Stanął on przed wyzwaniem pokonania naprawdę silnego wroga i nie poddał się. Jeśli sięgniecie po książkę Michała Kociołka przekonacie się, dlaczego ta walka była decydująca. 

"Nie jest ważne, byś był lepszy od innych. Najważniejsze jest, byś był lepszy od siebie z dnia wczorajszego." - s. 33

Co mnie pociąga w tej małej książeczce to pokora autora. Mówi otwarcie o swoich porażkach, złych decyzjach. Akceptuje błędy, które popełnił. Nie wypiera ich, nie udaje, że nie miał wpływu na to, co się stało. To pierwszy krok do tego, by ulepszyć swoje życie. Drugi to wykonywanie malutkich kroczków, nawet takich które dla nas są niemal niezauważalne. Trzeba uświadomić sobie, że czas i tak płynie nieubłaganie, więc jeżeli osiągnięcie celu wymaga wielu nakładów i jawi się gdzieś w dalekiej przyszłości, warto rozpocząć działania. Dni i tak miną, a można je dobrze spożytkować. Michał Kociołek wyraźnie zaznacza, że niepowodzenie nie wynika z tego, że ktoś inny osiągnął sukces, ale z prostego faktu, że nie daliśmy z siebie wszystkiego. Zwraca uwagę na to, że trzeba mieć w życiu plan, znaleźć coś, co będzie nas motywować, potem wiedzieć, jaką drogą podążać, w końcu nie dawać się zwątpieniu. W życiu nie chodzi o to, by się nie bać, ale by wiedzieć, że spełnianie marzeń jest ważniejsze od najsilniejszego lęku. Nie rzucaj się z motyką na słońce, uczyń to co konieczne, potem to co realnie jesteś w stanie zrobić, a z czasem zauważysz, że dojdziesz do tego, co wydawało się nierzeczywiste. To tylko niektóre z rad, jakie daje człowiek, którego można śmiało nazwać wojownikiem. 

Gdy sięgałam po "Projekt życie" myślałam, że to po prostu kolejna książka motywacyjna, których już trochę w życiu przeczytałam. Ale ta historia to coś więcej. To opowieść o życiu zwykłego człowieka, który chciał spełnić swoje marzenia, który znalazł swoje miejsce na świecie a potem musiał walczyć o to, co większość ludzi ma na co dzień. Nie poddał się, choć było trudno, choć też odczuwał chwile zwątpienia. Uwierzył w słowa Louisa L'Amoura, który twierdził, że koniec wszystkiego jest początkiem nowego. Nauczył się czerpać z wiedzy innych, z książek, filmów, przemówień. Gdy nie mógł ćwiczyć ciała, ćwiczył umysł. Zrozumiał, że wszystko zaczyna się w głowie i trzeba zacząć od nastawienia, od wiary we własne siły, wyrobienia sobie uporu do parcia do przodu mimo przeciwności, wyciągania wniosków z porażek, ale i sukcesów. Książka porywa, nawet jeśli kogoś nie pociągają opowieści o kierowaniu ciężarówką ;). Zatrzymuje czytelnika i każe się zastanowić, co z tobą? Jak ty rozgrywasz swoje życie? Czemu poddajesz się? Nie wierzysz we własne siły? Czyta się ją z jednej strony szybko, gdyż język jest prosty, a z drugiej wymaga czasu, na przemyślenie nie tylko drogi bohatera, ale swojej. Podobało mi się wyróżnienie graficzne fragmentów, które warto przemyśleć, choć niekoniecznie powtórzyłabym je w treści, ale jak to mówią "powtarzanie jest matką wiedzy", więc rozumiem zamysł. Sama okładka już czaruje i zachęca do sięgnięcia po tę pozycję a w środku jest jeszcze lepiej. 

Jeśli chcecie coś zmienić w swoim życiu, potrzebujecie jakiegoś bodźca do rozpoczęcia zmian to "Projekt życie" jest właściwą pozycją. Nie liczcie jednak na prostą radę i gotowy scenariusz. To nie życiowa recepta podana na tacy. To publikacja, która skłania do pracy nad sobą, znajdywania własnych dróg, rozwiązań, bo przecież każdy jest inny. To książka tchnąca nadzieją, motywująca, dająca pewne narzędzia, ale wszystko zależy od czytelnika, bo jak udowadnia autor, nikt nie wykona za ciebie twojej pracy. Wszystko zaczyna się w Twojej głowie, a potem powinno przejść na ręce i nogi. Przeczytaj, przemyśl i zacznij działać. Ja serdecznie polecam, gdyż pewne słowa z niej już mi towarzyszą. 

Fragment książki możesz przeczytać TU

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM



Michał Kociołek, Projekt: Życie. Nie zatrzymuj się, wyd. WAM, Kraków 2017.

piątek, 16 lutego 2018

Kerry Drewery "Dzień 7"




"Nie zapominajmy, jak diametralnie spadła liczba przestępstw z użyciem przemocy, odkąd wprowadziliśmy Głosowanie dla Wszystkich. Czy chcą państwo wyrzucić całe to bezpieczeństwo przez okno? Wątpię. Takie oskarżenia nie są niczym więcej niż właśnie oskarżeniami i nie zasługują na nasze zainteresowanie. Przecież jednym z powodów, dla których rozwiązano sądy, było ciągłe zagrożenie korupcją, często uniemożliwiającą wymierzanie sprawiedliwości. Dilerzy narkotyków dostawali niższe wyroki za to, że wsypywali wspólników, morderców sądzono za nieumyślne spowodowanie śmierci, jeśli przyznali się do winy i w ten sposób zaoszczędzili sądowi wydatków, policjantom odpuszczano, jeśli godzili się przymykać oko na cudze grzechy. To musiało się skończyć!" - s. 39

Zastanawialiście się kiedyś, jakby to było być sędzią? Dzierżyć w rękach czyiś los? Być odpowiedzialnym za przyszłość nie tylko drugiego człowieka, ale również wszystkich wokół? Tylko czy podjąłbyś dobrą decyzję? Czy ważniejsze są suche fakty, motywacje, stan oskarżonego, w końcu jakaś doza miłosierdzia? Podjęcie decyzji wcale nie jest takie oczywiste. A potem trzeba z nią żyć. 

Po wielkim finale "Celi 7" Martha jest już bezpieczna. Za to do celi śmierci trafia jej ukochany Isaac. Wszystko powtarza się od nowa. Tortury, pogrywanie sobie z ludzką psychiką, program "Sprawiedliwością jest śmierć", głosowanie. Bohaterka uczestniczy w tym zamkniętym kole, nie wiedząc, co może zrobić. Zaskakuje ją komplikująca się rzeczywistość i działania władz. Są jednak ludzie, którzy nie zgadzają się z wizją rządzących. Sytuacja zagęszcza się, a chłopak nie mając pojęcia, co dzieje się za murami, balansuje na granicy nadziei na wydostanie się na zewnątrz i pogodzenia się z nieuchronną śmiercią.  Czy uda się go uratować? 


"Cóż za niespodziankę nam zgotowałeś! Panie i panowie, przyznam wam się, że jestem wstrząśnięta! Sądziłam, że sprawa jest oczywista, a tymczasem nie! Swoją drogą, bardzo to smutne, gdy ktoś przedkłada jednostkę ponad społeczeństwo. Najwyraźniej Jase jest zgorzkniały i stracił z oczu priorytety." - s. 237

Przyznam, że myśląc o kontynuacji powieści Kerry Drewery spodziewałam się czegoś zgoła innego. Nie chcę pisać za wiele, by nie spoilerować i nie psuć nikomu czytelniczej przyjemności, ale autorka mnie zaskoczyła. Nadal mamy do czynienia z rwaną opowieścią i patrzeniem na świat z wielu różnych perspektyw, co jest ciekawe. Język często jest kolokwialny, momentami nieco irytuje, innym razem pokazuje jak łatwo dzięki niemu sterować innymi. Wszystko jednak wypływa z wydarzeń, które mają miejsce. Sama fabuła z jednej strony zaskakuje prostotą, z drugiej kilka razy zbiła mnie z tropu. Podczas lektury miałam czasami wrażenie, że przepraszam za to dosadne stwierdzenie, czytam o ogłupiałej masie, która nawet, gdyby bezpośrednio i dotkliwie zderzyła się z prawdą niczym ze ścianą i tak nic by z tym nie zrobiła. Sam fakt istnienia wytwórni "Oko za oko" i pierwsze strony dają do myślenia na temat kondycji nie tyle moralnej, co intelektualnej społeczeństwa opisanego w powieści. Jest jak poprzednio głęboki rozdział między bogatymi i biednymi, ale powoli zaczynają ukazywać się smaczki, perfidia, zaszczucie, wygodnictwo, rezygnacja, niemal szaleństwo. Motywacje są różne, a często jest nią po prostu omotanie i głupota. Szerzej rozwinięty jest sam problem sprawiedliwości i nabiera tu on głębszego sensu, nawet jeśli uwidacznia się to nieraz w kilku prostych zdaniach. Zadziwia fakt, jak łatwo wmówić innym, że system jest dobry i działa tak, jak powinien. Usunąć wątpliwości, moralność, podstawowe prawa należne człowiekowi. 

Autorka porusza ważny temat w przystępnej formie. Pokazuje, do czego może dojść, gdy zrezygnujemy ze znanego wymiaru sprawiedliwości. Zarówno "Cela 7" jak i "Dzień 7" to polemika z wypaczoną wersją demokracji, a może lepiej byłoby powiedzieć z systemem autorytarnym, który daje tylko złudzenie wolności, bo praktyki stosowane przez rządzących zarówno w stosunku do więźniów, jak i do społeczeństwa są naprawdę straszne. Momentami miałam dość odległe, ale jednak skojarzenia z "Rokiem 1984" Orwella, tylko tu wszystko jest uładzone, schowane pod przykrywką szeroko pojętej demokracji. Zdumiewa jednak zaślepienie ludzi. Czytając aż uderzała mnie tendencyjność "Sprawiedliwością jest śmierć" i "Dzwoń po sprawiedliwość" i nie chodzi tu o sztuczki władzy, tuszowanie prawdy, szykanowanie, odwracanie kota ogonem. Sama warstwa językowa jest bardzo znacząca i wiele mówi. Podobała mi się przemiana bohaterów, gdyż po tym, co przeżyli nie są już tacy sami. Dotykają swoich granic, wycieńczenia, strachu, bezsilności, dojrzewają do prawdy. Zaskakujące jest zakończenie, które po raz kolejny zostawia czytelnika z masą pytań. 

Plusem książki jest to, że pokazuje jakie szkody może wywołać pojmowanie świata jedynie w czarno-białych barwach. Kierowanie się zasadą oko za oko bez względu na wszystko, manipulowanie ludźmi. Pogłębiający się rozdźwięk społeczny między myślącymi a zmanipulowanymi. Choć zastanowić się należy, czy bezsilność jest tu jedynie wynikiem przekonania o sile przeciwnika, zmęczenia w walce o przetrwanie czy wynika z innych pobudek. Z jednej strony książka dostarcza tematów do dyskusji i przemyślenia, z drugiej irytuje zaślepieniem wielu postaci. Emocji na pewno nie zabraknie. 

Kerry Drewery udowadnia, że formuła powieści dystopijnych jeszcze się nie wyczerpała. Nadal można zaskoczyć czytelnika, rozniecić złość, frustrację, niezgodę, bunt wobec przedstawionej rzeczywistości. Mówi się, że jeśli książka nie wywołuje żadnej reakcji, jest źle. Zapewniam, że "Dzień 7" nie pozostawi was obojętnych. Zmieniające się koleje losu, przyszłość, z którą ciężko się pogodzić, walka o lepsze jutro, knowania rządu i przerażający system sprawiają, że powieść naprawdę wciąga. Prosty język, krótkie rozdziały i wywołujący emocje bohaterowie to kolejne plusy. "Dzień 7" to młodzieżówka, ale taka, która skłania do zastanowienia się nad postawionymi problemami i pytaniami. Dyskutowania z wydarzeniami, przed którymi zostają postawione postaci. Czasami można się z tym nie zgodzić, innym razem uśmiechnąć się, gdy w końcu coś idzie do przodu, ale na pewno nie jest to książka, która przechodzi bez echa. Finał oczywiście jak przystało na autorkę zostawia czytelnika z mętlikiem w głowie i prawdopodobną wizją rozwiązania sytuacji, która niekoniecznie okaże się prawdopodobna, gdyż Kerry Drewery lubi zaskakiwać. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Młody Book

Kerry Drewery, Dzień 7, przeł. Iwona Michałowska-Gabrych, wyd. Młody Book, Katowice 2018. 

niedziela, 4 lutego 2018

Joanna Podsadecka "Sztuka czułości. Ks. Jan Kaczkowski o tym co najważniejsze"


z cyklu Książki z duszą


"Proszę szukać bliskości, czasem za cenę zranień, ale nie rezygnować z walki o wartościowe związki międzyludzkie. Jesteśmy sobie nawzajem potrzebni do szczęścia." - s. 43

W życiu najważniejsze jest to, by mieć serce. Umieć otwierać się przed drugim człowiekiem, traktować go ze zrozumieniem, ale tym mądrym, które potrafi powiedzieć - stop, robisz głupio. Bez oceniania, nagonki, odwracania się od kogoś. Jeśli miałabym wymienić ludzi, którzy są dla mnie autorytetem, od których ogromnie wiele mogę się nauczyć, to bez wątpienia na szczycie tej listy znalazłby się ks. Jan Kaczkowski. Niezmiennie imponuje mi to, że miał ogromnie otwarty umysł, kierował się dobrem drugiego człowieka. Gdy trzeba było, tupnął nogą, innym razem w ciszy potrafił wysłuchać drugiej osoby, a potem mocnymi słowami, ale nie takimi, które ranią powiedzieć, co warto zrobić.

Gdy pojawiła się kolejna książka ks. Jana wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Uśmiechnęłam się do wydawnictwa :) i czekałam na lekturę. Przyznam, że "Sztuka czułości" zauroczyła mnie już samą reklamą. Piękna okładka, zapowiedź mądrej i wartościowej treści. Niewielka, ale liczy się przecież jakość a nie ilość. Zabrałam się za czytanie pod koniec stycznia, to był dobry czas na to, by podbudować się trochę i zaczerpnąć mądrości autora. Sama publikacja jest dość charakterystyczna. Zawiera w sobie wypowiedzi kapłana, które przeplecione są dwoma historiami pochodzącymi z wyjazdu do Australii. Czytelnik wchodzi w rzeczywistość codziennego życia z drugim człowiekiem. Uczy się, jak wielką wagę mają najprostsze słowa oraz nieraz niemal niezauważane dla nas gesty. To nie namowa do wielkich czynów i heroicznych zachowań. Ks. Kaczkowski pokazuje jak pięknie żyć w zwykłym codziennym zabieganiu. Być człowiekiem przez duże "C" w ferworze dnia codziennego, w kurczącym się czasie, szarzyźnie zmęczonych godzin, w czasie tym lepszym i gorszym. Co uderza w książce to prosta recepta na życie, którą można w zasadzie sprowadzić do jednej maksymy "bądź człowiekiem dla siebie i innych". Bądź uważny, czuły, wyrozumiały i ciepły. Założyciel puckiego hospicjum wierzył w codzienną mistykę, te delikatne dotknięcia Boga, które trzeba zauważać. To Pan, który jak do Eliasza przychodzi w szmerze łagodnego powiewu, który mówi cicho, ale dosadnie,  który jest zawsze przy nas. Dotyka człowieka, ale nigdy na siłę. 

Nie brak tu słów o odpowiedzialności zarówno za swoje postępowanie jak i za bliźniego. Szczególnie tego, który choruje, odchodzi. Nie ma łatwych odpowiedzi na pytania o sens cierpienia, połamane, pokiereszowane życie. Przykładem tego jest opowieść o Barbarze Borowieckiej, która doświadczona mocno przez los otworzyła się na Boga dopiero dzięki wizycie ks. Jana. Jej historia przeraża a jednocześnie wzrusza i udowadnia jak mocny jest człowiek. Niewybaczalne rzeczy, które przeszła i o których opowiedziała ks. Kaczkowskiemu, dzięki jego charyzmie i mądrej postawie, ukazują jak dużo znaczy nieraz sama obecność i poświęcony czas. Nie trzeba wiele mówić. Wysłuchanie człowieka i powstrzymanie się od oceniania i wyciągania pochopnych wniosków, to wielka siła. Dzięki prostocie i dobroci kapłana kobieta pojednała się z Bogiem, przyjęła pierwszą Komunię Świętą, pozwoliła sobie wreszcie żyć. Nie brak tu również trudnych słów dotyczących odchodzenia, żegnania się z ukochanymi ludźmi. Mimo nieraz bardzo bolesnych sytuacji, straconego czasu ks. Jan udowadnia, że ważne, by mądrze trwać przy umierających. Wspomina o błędach, które pojawiają się, gdy wieloletnie złe relacje i niezaleczone krzywdy próbuje się naprawić w krótkim czasie, gdy okłamuje się chorych lub na siłę każe trzymać się im życia. Umieranie nie jest nigdy łatwe ani dla osoby dotkniętej chorobą ani dla jej rodziny. Nieraz wystarczy zapewnić o miłości i być obok. "Wrażliwe słowo, czuły dotyk wystarczy" jak śpiewał Stanisław Soyka. A potem trzeba żyć dalej, oswajać się z żałobą. Tutaj wkracza historia Marka Kuligowskiego, który ogromnie przeżył śmierć swojej żony i nie mógł poradzić sobie z jej odejściem. "Pewność siebie trzeba drugiemu pomóc zbudować, by dało się go wyciągnąć z rozpaczy." (s. 30). Te słowa niezmiennie brzmią mi w uszach. Szczególnie wobec łatwych i szybkich metod, które często pojawiają się i które lansują eksperci od wszystkiego. Czas, cierpliwość, obecność, rozwaga i czułość to recepta na wielorakie bóle i trudności życiowe.



"Sztuka czułości" to niewątpliwie bardzo wartościowa książka. Pełne ciepła, mądrości i skłaniające do refleksji wypowiedzi ks. Kaczkowskiego pokazują jak żyć dniem codziennym i stawać się coraz lepszym człowiekiem. Wskazują jak wielkie zadanie mamy wobec bliźnich i samego siebie. Część z wypowiedzi pojawiła się już we wcześniejszych publikacjach, ale myślę, że zawsze warto wrócić do tych słów, przypomnieć je sobie po raz kolejny. Zastanowić się nad dwoma trudnymi historiami, które pojawiają się na kartach. Dla mnie osobiście to nie tyle podręcznik o tym co najważniejsze, co lekcja tego, na co trzeba zwracać uwagę w życiu, jakich błędów uniknąć, jak kształtować siebie, by codzienność była lepsza i piękniejsza. Nie zdziwi nikogo, gdy napiszę, sięgnijcie po tę publikację, bo warto, wszak ks. Kaczkowski uczył i nadal uczy, jak być człowiekiem przez duże "C" i to trzeba sukcesywnie budować w sobie, powtarzać, wracać do jego słów, by nie zapomnieć, by zacząć żyć tym, co najważniejsze i najpiękniejsze. 

Przeczytaj fragment książki TU




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Joanna Podsadecka, Sztuka czułości. Ks. Jan Kaczkowski o tym, co najważniejsze, wyd. WAM, Kraków 2017.