niedziela, 26 lutego 2017

Złap się za Słowo - dzień pięćdziesiąty pierwszy - pięćdziesiąty siódmy




Tydzień zaczyna się dobrze :). Poopowiadałam w telewizji trochę o książkach o miłości (jeśli chcecie zobaczyć kliknijcie tu). Udało mi się dziś wygrać książkę o. Adama Szustaka "Garnek strachu. Droga do dojrzałości", znów nauczyłam się czegoś nowego, a teraz wieczorem zaczynam kolejny tydzień ze Słowem i cudownie pachnącą cynamonowo-śliwkową herbatą <3. Do tego uzmysłowiłam sobie, że czasami naprawdę trudno mi znaleźć jakiś punkt zaczepienia, ożywienia tego, co mówi Słowo. To nie jest łatwa rzecz, tym bardziej szanuję kaznodziejów i powala mnie o. Szustak. 


dzień pięćdziesiąty pierwszy




Jezus ustanawia pewne zwyczaje w swojej działalności. Zleca uczniom przygotowanie łodzi, która ma czekać w pogotowiu. To też zabezpieczenie przed ogromnym tłumem, który przybywa i pragnie Go dotknąć, by zostać uzdrowionym. 

Czy Jezus tak po ludzku bał się trochę tego tłumu? Ludzie, którzy czegoś pragną potrafią być bardzo skuteczni. Jak pomyślę o otwarciach nowych sklepów i szalonej kolejce, która nie zważa na bezpieczeństwo drugiej osoby, to mam wrażenie, że nawet Chrystus musiał zachować jakieś środki ostrożności. Gdy w grę wchodzi uzdrowienie, wielu okazuje się niecierpliwych. Chcą dotknąć, znaleźć się przy Panu jak najszybciej. Łódka kojarzyła mi się dotąd raczej ze środkiem transportu, który ułatwiał Mistrzowi głoszenie, pozwalał złapać nieco przestrzeni. Tymczasem była ona też zabezpieczeniem. Tak wielu chorych a tak mało czasu.

Choroba to nie jest kara boska. To jedno z tych stwierdzeń, z którymi trzeba walczyć całą mocą i skutecznością. Najgorzej, że takie przeświadczenie tkwi w bardzo wielu osobach. Niepowodzenia, choroby, złe dni odbieramy jako karę za grzechy. Tak, nie jestem wyjątkiem, to też przechodzi mi wiele razy przez myśl. A przecież Bóg to dobry Ojciec. Jego słońce wschodzi nad złymi i dobrymi (Mt 5,45) i nie zsyła na nikogo choroby za grzechy. Bóg jest tym, który leczy rany, jeśli tylko Mu na to pozwolę. Muszę zatem przyjąć prawdę o tym, co we mnie chore, poprosić o uzdrowienie i być cierpliwą, bo wszystko ma swój czas. Szatan to ojciec kłamstwa i tą metodą się posługuje. Jak łatwo uwierzyć w fałsz, w to że Bóg robi mi krzywdę. A jednak w jakiś sposób to reakcja większości. Bóg karze mnie za to, co złego zrobiłam. Czasami nawet ciężko mi wskazać konkretną rzecz, ale jeśli coś psuje się w moim życiu, to zdecydowanie konsekwencja moich czynów. Stop! Bóg nie znęca się nad nikim! On nie segregował ludzi, nie stawiał w rządku i mówił, ci do uzdrowienia tu, reszta idzie do domu, nie zasługujecie na łaskę. Przecież był jedynym, który nie tylko nie rzucił kamienia w Marię Magdalenę, ale uświadomił pozostałym, że oni sami nie są bez grzechu. Nie wierzyć kłamstwom i umieć sobie z nimi poradzić, to jedno z ważniejszych zadań, jakie stoi przed każdym.


dzień pięćdziesiąty drugi




Jezus zabrania duchom nieczystym ujawniać, Kim jest. A jednak krzyczą "Synu Boży".

Reakcja złych duchów dobitnie świadczy o prawdziwej naturze Chrystusa. Nie tylko padają przed Nim, ale wyznają, że jest Mesjaszem. Świadczą o Jego relacji z Ojcem. O. Paweł Krupa pisze o tym, że wszystkie przymiotniki, którymi określamy Boga, nie oddają Jego istoty. Nakreślają cechy, których jednak nie da się objąć. To On wyznacza czym jest dobro, miłość, radość - bo nimi jest.

Przedziwna jest istota Pana. Niepojęta i tak bliska człowiekowi. Roman Brandstaetter w dramacie "Powrót syna marnotrawnego" opisuje krzyż, który codziennie widzi bohater. Twarz wiszącego na nim Chrystusa jest twarzą zwykłego człowieka. Mijanych na ulicy ludzi, Marii Magdaleny - słowem słabego i grzesznego człowieka. Zatrzymuję się przy tym fragmencie i zastanawiam się, czy więcej tu Boga w człowieku czy człowieka w Bogu. Pan tchnie Swego ducha w stworzenie. Człowieka czyni najbardziej podobnym do siebie. A on odkrywa ten boski pierwiastek, podobieństwo do Stwórcy, przez co zbliża się do Niego. Brat Albert w ubogich widział twarz umęczonego Chrystusa. Wymowny obraz, który powinien zapaść w pamięć. Dojrzeć Boga w bliźnim i w sobie samym. Zachwycić się nad tym, co we mnie niesamowitego i nad tym, że noszę w sobie piękno Stwórcy.


dzień pięćdziesiąty trzeci




Jezus powołuje swoich uczniów. Czyni to po wejściu na górę.

Najważniejsze rzeczy w historii zbawienia miały miejsce na górze - ustanowienie 10 przykazań, kazanie na górze, powołanie apostołów, śmierć Pana Jezusa. Góra staje się zatem symbolem wywyższenia, wzmocnienia, podkreśla ważność wydarzeń. Daje również nieco prywatności, ponieważ tłumy wśród których przebywał Chrystus, nie mogły wejść na szczyt. Głoszenie jest dla wybranych, pozostałym zostają łąki i równiny. To nie jest dyskryminacja, każdy przecież powołany jest do czego innego.

Góra, oj tak, wiecie doskonale, że trafił swój na swoje ;). Po pierwsze droga - czasami prosta i nie taka bardzo męcząca, nieraz trudna i wymagająca. Zawsze jednak ciekawa, nawet jeśli idzie się lasem przez długi czas. Pamiętam jak w liceum na katechezie wypisywaliśmy góry i wydarzenia na nich. Dziś poza oczywistymi faktami, myślę o pewnej intymności, jaka zachodzi między Bogiem a człowiekiem na wysokości. Stamtąd bliżej do nieba, tak wiem, to już utarty frazes, ale przecież łatwiej otworzyć się wyżej. Coś jest w górach, jakaś magia, która przemienia człowieka. Wchodząc na nią i powierzając apostołom misję, wybierając ich na swoich uczniów, Pan wywyższył ich, ale też nauczył pokory. Świat, który oglądam ze szczytu jest zatarty w szczegółach, bo są one malutkie, widzę jednak więcej, szerzej. To sprawia, że inaczej podchodzi się do życia. To, że wysokie drzewo, po wejściu na szczyt staje się niewielkie, nie oznacza, że zmalało. Patrzę na nie z innej perspektywy, ono pozostaje takie samo. Gdy Bóg powierza mi misję, przemienia mnie i muszę pamiętać o tym, by nie ulec pysze, nie wywyższać się. Jestem takim samym człowiekiem jak każdy, mam inne cechy, talenty, zadania. W oczach Boga znaczę jednak tyle samo, co mój bliźni. Nie pozwól mi o tym zapomnieć Boże.

dzień pięćdziesiąty czwarty




Dwunastu mężczyzn dostaje szansę stałego towarzyszenia Nauczycielowi. Pan nie tylko ich naucza, wysyła także apostołów, by głosili Ewangelię i wypędzali złe duchy.

Różnili się od siebie. Celnik, rybacy, młodsi i starsi. Wszystkich połączyło powołanie i misja, która została im przekazana. To byli prości ludzie i nagle zostali przeznaczeni do wielkich dzieł. Musieli być zdziwieni, gdy okazało się, że mają nie tylko słuchać i się uczyć, ale także nauczać. Dana im została moc wypędzania złych duchów. Jezus mógł to robić jako Syn Boga, ale niewykształceni ludzie z nizin społecznych? Po prostu ludzie. Na pewno był w nich strach, jak to będzie, czy im się uda. Zadanie przed jakim zostali postawieni nie należało do łatwych. Bóg jednak nie opuszcza nikogo, zawsze towarzyszy swoim dzieciom w drodze.

O. Tomasz Nowak pisze, że Pan darzy swoje dzieci miłością i wierzy w nie. "Bóg jest największym fanem mojego talentu", głosi plakat sprzedawany w RTCK. Jest On także tym, kto wierzy w niego najbardziej. Trzeba pracować nad sobą. Stawiać sobie cele, podwyższać poprzeczkę. Nie poddawać się przy porażkach. Skoro Pan daje możliwości, da też siłę i pomoc. Trzeba tylko uwierzyć, pracować i umieć tracić czas z Bogiem. Siedzieć i gadać z Nim przed Tabernakulum, jak wspomina s. Małgorzata Chmielewska. Opowiadać o tym, co dzieje się w moim życiu i słuchać tego, co On ma mi do powiedzenia. Dzięki temu, zawsze łatwiej znaleźć drogę, rozwiązanie, wzrastać, nie tylko duchowo. Panie, naucz mnie wiary w to, czym mnie obradowałeś.


dzień pięćdziesiąty piąty




Ewangelista wymienia z imienia najbliższe grono uczniów Chrystusa. Wspomina przydomki a także fakt, iż Jezus zmienia imię Piotra.

Czy wy też macie problem z podaniem imion wszystkich apostołów? Część z nich umyka szybko  z pamięci. Pismo Święte wspomina najczęściej o Janie, Jakubie i Piotrze. Mateusza pamiętamy dlatego, że był celnikiem. Pozostali są trochę cichymi świadkami historii zbawienia, a przecież jakże ważnymi. Imię - istota człowieka, wszystkie jego cechy, predyspozycje, charakter. Nazwać kogoś, to określić kim jest, nadać mu kształt. Bóg niejednokrotnie zmieniał imiona tych, których powoływał. Wraz z misją dostawali oni także nową tożsamość - Abram stał się Abrahamem, Saraj Sarą, Jakub Izraelem a Szymon Piotrem. Jakub i Jan otrzymali przydomek synowie gromu, to również wiele o nich mówiło. W księdze życia jest zapisane prawdziwe imię każdego z nas. Poznamy je po śmierci, wtedy w pełni odkryjemy, kim jesteśmy.

Bóg daje człowiekowi talent, misję, potrzebne cechy. Życie jest wędrówką podczas której muszę odkryć swoją tożsamość. Przekonać się kim jestem, odnaleźć jedyne właściwe mi imię. Czasami udaje się to za życie. Myślę, że św. Franciszek z Asyżu w niebie nadal jest św. Franciszkiem, choć przecież nazywał się Giovanni, Helena Kowalska Faustyną. Ci święci odnaleźli swoje powołanie i nie zdziwiłabym się, gdyby swoje prawdziwe Boże imiona poznali już tu na ziemi. Ja nadal szukam. Cieszy mnie fakt, że moje ziemskie imię oznacza światło i radość. Zawsze to dobry start w poszukiwaniu mojego najgłębszego ja.


dzień pięćdziesiąty szósty



Za Jezusem stale podąża tłum. Ludzie nie dają mu wytchnienia i chwili na posiłek. Jego zachowanie wywołuje wśród rodziny niepokój. Bliscy udają się zatem na spotkanie, by powstrzymać swojego krewniaka, o którym mówi się, że odszedł od zmysłów.

Wykroczenia przeciw przepisom prawa, odpuszczanie grzechów, przebywanie i jedzenie z grzesznikami i celnikami wzbudza nie tylko niechęć uczonych w Piśmie, ale również niesmak wśród ludzi. Rodzina Jezusa boi się o Niego. Mimo wielkiego tłumu, który podążą za Panem, nie brak głosów krytyki. Sytuacja jest napięta i nie wiadomo, do czego doprowadzi. W trosce o Chrystusa bliscy postanawiają interweniować.

Odstępstwo od normy rzuca się w oczy. Nieraz nie godzę się na nie, choć nie rozumiem. Zdarza mi się oceniać bez kompletu informacji. A Bóg przecież widzi i myśli inaczej. Droga z Nim to przechodzenie przez porażki, ale i doznawanie sukcesów. Dzięki nim jest się bliżej Boga. To nie usłany różami szlak, ani też nie ścieżka z tarniny. Raz idzie się piękną łąką, innym razem ciemną doliną. Wielu jednak może nie rozumieć, tego co robię. Widzieć wszystko całkiem na opak. Warto wsłuchać się w to, co robią inni, nim wydamy wyrok. To, co nie mieści mi się w głowie, może być pięknem zaplanowanym przez Pana.

dzień pięćdziesiąty siódmy




Uczeni w Piśmie uważają, że zdolności Jezusa to sprawka złego ducha.

Wielu ludzi nie było w stanie uwierzyć w to, co się działo. Przeraża ich moc, jaką dysponuje Chrystus. Uzdrawianie, wypędzanie złych duchów, człowiek nie ma takiej władzy. To przekracza możliwości jego istoty. Jedynie Bóg może czynić cuda. Działanie nadprzyrodzonej siły, może budzić niepokój, szczególnie gdy podejrzewa się, że jest ono związane ze złym duchem.

Bóg działa w człowieku. Jest stale obecny w jego duszy. Nigdy nie zostawia nikogo samego. Z Bogiem ludzie są zdolni do naprawdę pięknych i wielkich rzeczy. To, co wywołuje jednak zdumienie, może też budzić lęk. Mimo licznych charyzmatów pewne rzeczy nadal przepełniają nas strachem. Wielka łaska udzielona przez Pana zobowiązuje, ale i może budzić dystans wobec pewnych ludzi. To, co jest niezwykłe dla człowieka, co nie jest jego naturą, zawsze stwarza pewne obawy. Mimo zapewnień Jezusa, że gdybym posiadała wiarę jak ziarnko gorczycy, mogłabym góry przenosić, jestem człowiekiem małej wiary. Pewien lęk budzi we mnie człowiek, który może to, co Bóg. Tak też zapewne było z uczonymi w Piśmie i innymi ludźmi. Widzieli tylko po ludzku, nie otwierając serca.


2 komentarze:

  1. Znowu w telewizji <3 Obejrzę! I w ogóle mam mnóstwo do nadrabiania, ale spokojnie... Znajdę czas w tygodniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak wyszło ;) Nie przejmuj się, ja u Ciebie też muszę nadrobić, bo ostatnio praca zajęła mi trochę czasu. Będziemy nadrabiać nawzajem. Pozdrawiam serdecznie :*

      Usuń