czwartek, 31 grudnia 2015

Podsumowanie roku 2015 na blogu i nie tylko ;)





Cóż, skończył się rok 2015, zaczyna się 2016, pełen nowych wyzwań, ciekawych pomysłów, rzeczy które pociągają ;). Patrząc na to, co udało mi się zrobić jestem zadowolona. Przeczytałam co prawda mniej książek niż w zeszłym roku, ale też pracy było więcej i innych zawirowań życiowych. 


Na pewno wielką radością było dla mnie nawiązanie współpracy recenzenckiej z Wydawnictwami Czwarta Strona i WAM. To dało mi okazję nie tylko do zapoznania się z nowymi pozycjami i autorami, ale sprawiło, że w moim życiu pojawili się nowi ludzie i przyniosło mi ogromną radość. Tym przemiłym mężczyznom, którzy się ze mną kontaktują w sprawie książek serdecznie dziękuję i pragnę dodać, że ogromnie cieszę się, że Was poznałam :). Jesteście wspaniali!!!

Po raz pierwszy wybrałam się w tym roku również na Targi Książki i to jako bloger, najpierw do Warszawy, potem do Krakowa. Było ogromnie dużo książek, poznałam kilku Autorów, w końcu na żywo zobaczyłam Remigiusza Mroza :D, obkupiłam się :D, wzięłam udział w niesamowitym spotkaniu i poznałam przemiłych ludzi, z którymi mam kontakt przez neta. To właśnie dla takich chwil rzuca się wszystko, bierze urlop i jedzie, nawet na drugi koniec Polski. Bo WARTO!!!

Wzięłam udział w jednym BookAThonie, w drugim nie będę mówić. Praca uniemożliwiła mi przeczytanie czegokolwiek, ale intencje były dobre ;-).

Założyłam też kanał na yt i pojawiło się na nim kilka filmików. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie ich więcej :).

Co zaś do książek. Hmmm…. Ok. będzie krótko, bo wszystkie recenzje są na blogu. Ale parę rzeczy warto wspomnieć. 

1. Książka roku – bezapelacyjnie „Ekspozycja” Remigiusza Mroza - jak na kogoś, kto dość wolno czyta, pochłonęłam ekspresowo i szczęka mi opadła…. (ale nadal czekam na dalsze losy Dijy Udina!)

2. Mój zachwyt roku – „Pocałunki piasku” Reyes Monforte – piękna, poetycka, wciągająca….

3. Najbardziej poruszająca pozycja – „Życie na pełnej petardzie” ks. Kaczkowskiego i Piotra Żyłki – trzeba przeczytać!!!!

4. Największe zaskoczenie roku – tu muszę podać trzy książki – po pierwsze „Przypadki pewnej desperatki” Magdalena Wala, ponieważ to całkiem inna jakość powieści dla kobiet i świetny poprawiacz humoru; po drugie „Jutro zaświeci słońce” Joanny Sykat książka niesamowicie wciągająca, a końcówka całkowicie zaskakująca i „Antipolis” Tomasza Fijałkowskiego pochłonęła mnie bez reszty i dzięki niej stwierdziłam, że sięgnę po fantastykę, nie mogę doczekać się kontynuacji

5. Książka do serca – „Robot w ogrodzie” Deborah Install – rozgrzewa serce i uczy <3

6. Książka mrożąca krew w żyłach – Olga Rudnicka „Cichy wielbiciel” i „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn – nie przyszłoby mi do głowy, że takie rzeczy mogą być realne…. Przerażające….

7. Oczekiwałam więcej - S.J. Watson „Zanim zasnę” – książka dobra i ciekawa, ale jednak miałam ochotę na coś więcej


Tak w skrócie przedstawia się mój rok. A jak było u Was?

niedziela, 27 grudnia 2015

Dostrzec człowieka – Jonathan Odell „Pani Hazel i klub Rosy Parks”


„Uczucie, jakiego doznała w następnej chwili, było dla niej całkowitym zaskoczeniem. Miała wrażenie, że ktoś ujmuje jej twarz w ciepłe dłonie. Dusza poszybowała wysoko – ponad rosnące przed nią rozłożyste dęby, ponad otaczające ją szczyty przedgórza Appalachów. Zrozumiała, dlaczego ojciec pije. Jemu też brakowało nadziei. Teraz, kiedy bezskutecznie szukała nadziei w oczach Floyda, łyk lub dwa Burbona pomagał jej przetrwać okres suszy. (s. 82). (…) Odwróciła się i zerknęła w lustro wiszące w przedpokoju. Zobaczyła w nim wariatkę, która miała poszarpane włosy, a długie, czarne smugi tuszu do rzęs spływały jej aż na szyję. Ślad rozmazanej szminki dochodził prawie do uszu, nadając jej twarzy wygląd obłąkanego klauna. Para martwych oczu patrzyła na nią z najgłębszych otchłani piekieł. (s.142) (…) Ludzie jej pokroju powinni omijać nadzieję szerokim łukiem. Nie dlatego, że nie byli do niej zdolni, ale dlatego, że nie byli w stanie jej podtrzymać (s.235)”.



Bardzo lubię obserwować relacje międzyludzkie. Dostrzegać, jak kształtują się teraz i jak ewaluowały na przestrzeni wieków. Zmieniają się czasy, zmienia podejście do różnych spraw. To, co dziś jest normą jeszcze nie tak dawno było czymś nowym. W latach 50-tych XX wieku czarnoskóra część społeczeństwa walczyła o prawo wyborcze i równe przywileje. Nie chciała być nazywana czarnuchami, traktowana jako obywatele gorszej kategorii, opłacani niewolnicy. Wszystko zaczęło się od cichego protestu Rosy Parks, która nie zgodziła się ustąpić miejsca białemu mężczyźnie w autobusie, którym wracała do domu. Ten gest niesubordynacji zapoczątkował protesty, które wstrząsnęły całym krajem i doprowadziły do zmian. W końcu otwarcie i coraz głośniej zaczęto domagać się zniesienia segregacji rasowej i równych praw. Choć kobiety były ogromnie zaangażowane we wszelkie działania, na czoło Ruchu Praw Obywatelskich wysunęli się mężczyźni, w tym późniejszy laureat pokojowej Nagrody Nobla Martin Luther King. Jak wspomina Johnathan Odell, to właśnie kobiety były nieraz odważniejsze, bardziej zdecydowane, to one działały na wszelkich polach, nierzadko biorąc na siebie najtrudniejsze działania. Ich praca, choć nieoceniona, znalazła się nieco w cieniu. Przyćmiona sukcesami mężczyzn. O wielkich kobietach, które zainspirowała Rosa Parks, dzięki której doszło do wielomiesięcznego bojkotu transportu miejskiego opowiada książka „Pani Hazel i klub Rosy Parks”. Jeśli jednak ktoś myśli, że to jedynie opowieść o walce czarnoskórych kobiet o prawo do głosowania i godnego życia, grubo się myli…

Hazel nie jest bogata, dobrze wykształcona ani niezwykła. Pewnego dnia, gdy uświadamia sobie, że nie może poszczycić się nawet urodą, rodzi się w niej pragnienie bycia piękną. Robi wszystko, co może i jest w swoich działaniach naprawdę uparta i skuteczna. Dzięki wielu zabiegom udaje się jej przemienić w uroczą kobietę. Z małej nieugiętej gąsienicy rodzi się pełen marzeń motyl. Gdy poznaje Floyda szczęście zdaje się być bardzo blisko. Jak w bajce dochodzi do ślubu, a mąż spełnia daną jej obietnicę. Jego ukochana dostaje dom i nie musi już zajmować się niczym na co nie ma ochoty. Nie pracuje w polu, nie zajmuje się domem. Całą jej misją jest wspieranie małżonka i dobre prezentowanie się w nowej społeczności, które zapewni ukochanemu powodzenie w interesach. Trzeba przyznać, że Hazel bardzo się stara, ale ciągle tkwi w niej niepewność, zagubienie i dość duża doza łatwowierności. Nie pasuje ona do świata wytwornych dam, które nigdy nie skalały się pracą i zajmują się jedynie kulturą, sztuką i dobroczynnością, kryjąc swoje prawdziwe myśli za fasadą przesadnie dobrego wychowania i erudycji. Boleśnie ranią ją podsłuchane przypadkiem uwagi sąsiadek. Słabo też odnajduje się w roli matki. Gdy zaś dochodzi do rodzinnej tragedii, kobieta po prostu się załamuje. Pogrąża się w coraz większej depresji i alkoholizmie aż w końcu doprowadza do wypadku i trafia do szpitala psychiatrycznego. Po powrocie do domu również nie ma lekko. Całe dnie spędza w łóżku otumaniona lekami.

Tymczasem  Vida młoda czarnoskóra kobieta przeżywa utratę swojego synka, owocu gwałtu białego mężczyzny, który nagle z powrotem pojawia się w jej życiu i nie cofnie się przed niczym, by utrzymać swoje stanowisko. W wyniku jego działania ojciec dziewczyny traci Kościół, swoją pozycję a także utrzymanie. Tragedia goni tragedię. Mija czas, a Vida Snow pragnie zemsty coraz bardziej. Rozwiązaniem staje się dla niej praca u Floyda, bogacza handlującego samochodami. Zajmując się jego domem i chorą żoną, kobieta ma sposobność do obserwowania Billego Deana, który zniszczył jej życie. Tęsknota za synem, problemy ze zdziwaczałym ojcem i rosnąca nienawiść do białego, od którego zaznała tylu krzywd i chwil przepełnionych lękiem, skłania ją do snucia planu odwetu. Dziewczyna stara sobie również poradzić z Johnnym synem pracodawcy, który jest szczerze jej nienawidzącym i zagubionym dzieckiem. Sprawy komplikują się. Levi zostaje oskarżony o zabicie córki senatora, którą niemal wychował. A służąca Hazel ma dość jej bezczynności i użalania się nad sobą. By wydostać ojca z więzienia postanawia podjąć niespodziewane kroki i zawalczyć o znacznie więcej. Czy przepełniona goryczą, twarda i wydawać by się mogło nieczuła kobieta może uratować rozpadającą się rodzinę? Czy skłoni swoje otoczenie do działania, o którym nawet nie myślała? Czy zafascynowana oporem młodej czarnoskórej buntowniczki stworzy podwaliny wolności w Missisipi?
Książka Jonathana Odella jest dziełem wielowarstwowym. Ukazuje nie tylko walkę o samego siebie, własne szczęście, borykanie się z problemami, przeciwnościami losu czy nawet tragediami. Przedstawia także zmaganie się z niesprawiedliwością i nierównością społeczną. Autor tworzy galerię postaci, które są bardzo różnorodne i przechodzą w powieści przemianę. Hazel z marzącej o byciu piękną dziewczyny staje się zagubioną kobietą, która ciągle szuka, dąży do czegoś, co da jej radość i satysfakcję. W swojej drodze jest sama. Nie ma oparcia ani w matce, ani w mężu. Gdy obowiązki mamy zaczynają ją przerastać, jako receptę na trudności mąż doradza jej urodzenie kolejnego dziecka, które sprawi, że nie będzie miała czasu na zamartwianie się. Bohaterka jednak nie doznaje olśnienia. Czuje się coraz gorzej i jedyne ukojenie odnajduje w alkoholu. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest złą matką, ale nie ma żadnego wzorca postępowania, nie wie co i jak robić. Pragnie być kimś i radzić sobie z życiem, ale brak jej siły, motywacji i schematu działania, szczególnie po życiowej tragedii i powrocie ze szpitala psychiatrycznego. Jest postacią dość słabą, która jeszcze nie znalazła swojego celu. Potrzebuje miejsca na ziemi i wsparcia, którego nie dostaje. Z czasem jednak zaczyna przechodzić metamorfozę.

Jej przeciwieństwem jest doświadczona życiowo Vida. Zgwałcona, potem brutalnie pozbawiona dziecka i postrzelona, nie jest w stanie zrozumieć jak można być kimś tak słabym i nieporadnym jak biała kobieta, którą się opiekuje. Dziewczyna jest harda, silna i zdawać by się mogło pozbawiona uczuć. Po wielu ciosach losu i stracie wszystkiego, gdyż trzeba przyznać, że wcześniej żyła w dostatku, nie uzewnętrznia swoich uczuć, poza tymi negatywnymi. Pozbawiona wszystkiego zamyka się w sobie i myśli jedynie o zemście. Dzięki otaczającym ją ludziom powoli się otwiera. Ciepło, które było zarezerwowane jedynie dla synka, udziela się na powrót ojcu, staje się również lepsza dla nowej przyjaciółki. Nawet inne służące, które początkowo traktowała jedynie jako źródło informacji, z czasem stają się jej bliskie.

Ciekawą postacią jest również Floyd. Kiedy o nim myślę przychodzi mi na myśl jedynie jedno słowo -  perfekcjonista. To człowiek dobry, ale nieumiejący nawiązać głębszej relacji, opartej na zrozumieniu drugiej osoby. Zafascynowany książką, którą nieustannie cytuje, święcie wierzy w każde napisane w niej słowo. Muszę przyznać, że czasem irytowały mnie te wszystkie aforyzmy, choć naprawdę lubię motywujące słowa. Nie dostrzega, że czasami ból może być większy niż potęga umysłu i nie wszystko da się załatwić za pomocą szumnie brzmiących maksym. Potrzeba również cierpliwości, czułości, zrozumienia i wsparcia. Nie można zarzucić mu braku miłości ani do żony, ani do dzieci lecz jest to postać dość płaska i patrząca jedynie w jednym kierunku. Całkowity kontrast dobrego Floyda stanowi szeryf, który jest bezdusznym, bezwzględnym i zapatrzonym jedynie w siebie człowiekiem, dla którego nie istnieje coś takiego jak moralność czy prawo. To on jest wyrocznią tego, co można robić i nie cofnie się przed żadnym czynem, by utrzymać władzę i lukratywne stanowisko.

Warto wspomnieć również o czarnoskórych przyjaciółkach Vidy, które nadają powieści życia. Wszelkie uszczypliwe uwagi dotyczące ich pracodawczyń wywołują uśmiech a działania, jakich podejmują się na koniec, wzbudzają podziw dla odwagi tych kobiet. Z postaci pobocznych najbardziej polubiłam Leviego, tajemniczego pastora, ojca Vidy. Choć nie zawsze rozumiałam, o czym mówi, podobnie jak Johnny odczuwałam niezwykłą aurę spowijającą tego człowieka. Jego głębokie zawierzenia i życie treścią Biblii było naprawdę niesamowite. W końcu pani Pearl, najbardziej niejednoznaczna bohaterka powieści. Co prawda poznajemy ją głównie z perspektywy innych bohaterów, co nie stawia jej w dobrym świetle, ale kiedy w końcu sama zaczyna mówić, nie sposób jej nie polubić, choć to osobliwa kobieta, zresztą jak cała jej rodzina.

Przeplatające się ze sobą losy kilku rodzin, walka o spełnianie marzeń i godne życie, odnajdywanie siebie a wszystko to w czasach, kiedy zaczynało się mówić o zanikaniu różnic rasowych. Autor pisze nie tylko o najgłębszych potrzebach serca i tęsknotach człowieka, takich jak miłość, akceptacja, szczęście, nadzieja, wiara, rodzina, zrozumienie, wsparcie. Opowiada o poszukiwaniach swojego miejsca na ziemi, wybieraniu różnych dróg. Upadaniu i powstawaniu. Oddziaływaniu na siebie ludzi i tworzeniu relacji. To też opowieść o ścieraniu się dobra ze złem, tolerancji z uprzedzeniami. O współegzystowaniu dwóch światów, które powoli zaczynają się łączyć, bo ani kolor skóry, ani wykształcenie czy urodzenie nie może dzielić ludzi na lepszych i gorszych. Jonathan Odell zabiera nas do świata, w którym każdy odnajdzie coś swojego. Który uczy zrozumienia, potrzeby istnienia różnych charakterów, ale i współistnienia z drugim, całkiem innym od nas człowiekiem. Autor cicho mówi, że każdy jest potrzebny i to właśnie jest piękne w relacjach międzyludzkich. Naucza poszanowania drugiego człowieka i kierowania się jego dobrem, bo wówczas dzieją się naprawdę niezwykłe rzeczy – nikną podziały, rodzą się piękne przyjaźnie, świat nabiera barw i sensu, którego czasem nie możemy odnaleźć. Mogłabym pisać jeszcze wiele, ale powiem krótko, serdecznie polecam tę ciepłą, pełną mądrości, nadziei ale i bólu i trudnych spraw książkę, gdyż skłania do myślenia, porusza duszę i uczy, jak być lepszym i bardziej wyrozumiałym człowiekiem.




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.


Jonathan Odell, Pani Hazel i klub Rosy Parks, przeł. Zbiegiew Kasprzyk, wyd. WAM, Kraków 2015.


piątek, 25 grudnia 2015

Życzenia świąteczne :*








"Miłość przyszła na świat,
Zajaśniała Płomieniem...
Bierzmy tę Miłość w swoje serca
I zapalajmy nią innych.
A tajemnica Bożego Narodzenia
Przyniesie pokój, którego
Aniołowie życzyli ludziom dobrej woli..."

Radosnych, ciepłych, pełnych miłości, pokoju
radości, czułości Świąt Bożego Narodzenia. 
Odpoczynku, rodzinnych chwil, spotkań z przyjaciółmi,
wspaniałych prezentów, nowych książek, porywających historii,
spełnienia wszystkich marzeń i magii w te niezwykłe dni
dla Was wszystkich życzy 
                                                        
                                             Ewelina - Spacer wśród słów :*







piątek, 4 grudnia 2015

Stracone złudzenia – Piotr Durak „Ostatni rok”


„Podszedłem do krawędzi okna i stanąłem na deskach przy dzwonie. Poczułem się naprawdę wolny! Stałem na najwyższym budynku w mieście, wiatr rozwiewał mi włosy, światła w blokach zajaśniały pełnym blaskiem… Jeżeli to sen, niech trwa wiecznie! Chciałem aż krzyczeć z radości do ludzi na dole. Jestem tu! Nareszcie! Zwyciężyłem!” – s. 280

Zrobiło mi się jakoś nostalgicznie. Przypomniały mi się czasy, gdy życie było inne. Dzieci nie siedziały przed komputerami i tabletami, bo na pierwsze stać było nielicznych a drugich nie było. Nikt nie domyślał się inwazji telefonów komórkowych, a żeby się dobrze bawić wystarczyło towarzystwo i odrobina wyobraźni. Czasy te pod jednym względem nie były za ciekawe, ale jednocześnie kolorowe i pełne magii. Wtedy wyjątkowy był człowiek a nie to, co dookoła niego. Ludzie mieli czas i nie biegali aż tak bardzo jak dziś. Było po prostu inaczej…

Mielec, lata 90-te. Czas, w którym w niegdyś rozwijającym się i skupiającym wielu inżynierów mieście panuje stagnacja. Upadek zakładów lotniczych, masowe zwolnienia, bezrobocie, brak perspektyw na przyszłość. Szara, trudna do zniesienia codzienność, podszyta ciągłą obawą o pracę. W tym ponurym klimacie dorasta Piotr Gumiecki zwany Durexem. Z braku lepszych perspektyw wakacje spędza w domu, próbując każdym możliwym sposobem zabić nudę, gdyż jak sam zauważa „Machiavelli utrzymywał, że nuda gorsza jest niż troska, niż nędza, niż rozpacz, niż choroba, nawet niż śmierć.” (s. 91). Trzeba przyznać, że pomysłów na wykorzystywanie czasu nie tylko wakacyjnego mu nie brak. Począwszy od wycieczek kanałami, wypraw nad Tamę, palenia ognisk czy marzanny, podpisywania się niemal na każdej nadającej się do tego powierzchni, przez przechodzenie po linie nad wzburzoną rzeką, włażenie na drzewa, farbowanie włosów na niebiesko, wspinanie się na dach kościoła, na sprawdzaniu czy można ugotować np. denaturat skończywszy. Braku wyobraźni nie można mu z pewnością zarzucić. Razem ze swoim przyjacielem Przemkiem, nazywanym Koreniem bohater tworzy niezły duet, który nieco odstaje od pozostałych bohaterów i jest niezwykle ciekawy, choć muszę zaznaczyć, że chłopcy znacząco się od siebie różnią.

Cała akcja kręci się właśnie wokół dwójki chłopaków, do których czasami dołącza Duszyk lub inni bohaterowie. Trzeba przyznać, że Piotrek mógłby śmiało zaśpiewać na całe gardło „To ja typ niepokorny. Nikt nie wie, co we mnie tkwi”. Notorycznie chodzi na wagary, nie z powodu przerażenia jakimkolwiek przedmiotem, w żadnym wypadku. Bohater podważa podstawy edukacji. Wybiera, to co dla niego ważne, inne rzeczy spokojnie odpuszcza, dbając o to by rodzice nie dowiedzieli się o nieobecnościach (które sam sobie usprawiedliwia), nie czepiali się za bardzo ocen i by można było przejść z klasy do klasy. Jednocześnie bardzo lubi czytać, jest refleksyjnym i ciekawym świata chłopakiem. Owszem, ma niespotykane pomysły, ale patrząc na to, co kiedyś nastolatkowie robili można przyjąć, że mieści się w normach ;). Przeżył ucieczkę z domu, wielokrotne starcia z rodzicami, duszenie się w szkolnym systemie edukacji. Buntuje się, jak każdy, choć nie jest to działanie na zasadzie przypadłości młodzieńczej. Piotr z ironią, ale i zrozumieniem rozprawia się z truizmami, narzucanymi mu obyczajami, schematami czy wizją świata. Nie sprzeciwia się dla samego sprzeciwu. Próbuje znaleźć swoje własne miejsce w świecie i zrozumieć pozbawione logiki prawa i działania innych. Jednocześnie umie przyznać się do własnych błędów, choć bywa w pewnych sprawach zaślepiony.  Dziwią jedynie dwie rzeczy. Durex to wrażliwy, nieprzeciętnie inteligentny człowiek, dojrzały, jednak zastanawiałam się, czy nie za bardzo jak na swoje 15 lat. Czytając miałam nieraz wrażenie, że owszem, ktoś taki jest jak najbardziej realny, ale powinien być nieco starszy. Jego słowa, reakcje nie pasują mi do kilkunastoletniego chłopca, nawet jeśli nieco uwiarygodniają je zwykłe zachowania jak zamiłowanie do przygód czy zostawianie po sobie wszędzie śladów. W sumie można byłoby go całkiem śmiało nazwać uduchowionym wandalem ;). Zastanawia mnie również pesymizm w stosunku do miłości. Słowa, które padają są podszyte goryczą, bólem, żalem, rozczarowaniem, a pojawiają się nim Gumiecki zetknie się z Wiktorią i przeżyje swoją pierwszą miłość. Można powiedzieć, że to powtarzane za kimś zdania, ale nie odnosi się takiego wrażenia. Po części wynikają z obserwacji, po części z wątpliwości rodzących się w Durexie. Również Koreń jest nieco za dojrzały jak na swój wiek, ale pewne zachowania czynią go jednak bardziej zbliżonym do zwykłego nastolatka. Pomimo tych małych „ale” polubiłam bohaterów, którzy są oryginalni i pełni wrażliwości. Z chęcią poznawałam ich ciekawe spostrzeżenia, wątpliwości i młodzieńcze dylematy. Nie odstraszyły mnie nawet wulgaryzmy, gdyż jak pisałam wielokrotnie, niespecjalnie je lubię w literaturze.

Sama fabuła wciąga. Podzielona na cztery części książka, pokazuje różne wydarzenia, pozwalając lepiej poznać bohaterów i  targające nimi emocje. W „Ostatnim roku” znajdziemy sceny, przy których pojawi się na twarzy uśmiech, fragmenty, nad którymi zatrzymamy się dłużej, ale przede wszystkim poznamy świat widziany oczami nastolatków z miasta, w którym brak perspektyw na lepsze jutro. Pomimo wielu pomysłów, kreatywności w szczególnym wydaniu i tego nieznanego dzisiejszym dzieciom używania fantazji i cieszenia się naprawdę wszystkim, z książki Piotra Duraka bije pesymizm. Słońce wychodzi tu zza chmur za rzadko. Owszem, jeśli się pojawia jest magiczne, a każda dobra chwila jest doceniana, a jednak tych momentów pojawia się naprawdę mało. Z jednej strony można odnaleźć pragnienie afirmacji życia, szacunek wobec wszystkiego, co wzniosłe, dobre, co porusza serce. Z drugiej jednak starcie z rzeczywistością, konfrontacja pragnień, marzeń i wyobrażeń bohaterów jest bolesna. Ideały zdają się uderzać o bruk, świetlana przyszłość tłuc niczym szkło a dobry czas przeciekać przez palce. Najmocniejsze jest zakończenie powieści, które nieco przytłacza. Nie dziwi, bo sama zastanawiałam się, czy po tym wszystkim, co przeszedł bohater, można jeszcze normalnie egzystować…  I powiem szczerze, że nie wysnułam pozytywnych wniosków. Powieść jest zróżnicowana pod względem językowym. Nie brak tu potocznych wyrażeń, młodzieżowego języka, wulgaryzmów, ale odnajdziemy także słowa, mogę się pokusić o stwierdzenie, że wzniosłe, może i patetyczne. Dostosowane do sytuacji, a także do bohaterów.

Czy warto przeczytać „Ostatni rok”? Tak. To inna książka, pewnie nie dla każdego, bo bohater jest naprawdę specyficzny. Sama fabuła to powrót do niełatwej przeszłości, świata który czasami pozbawia nadziei i perspektyw i w którym inny i wrażliwy człowiek boleśnie zderza się z rzeczywistością, co kończy się różnie. Przyznam, że tego co stało się w części czwartej się nie spodziewałam. Może dlatego powieść wywarła na mnie większe wrażenie niż się spodziewałam, po przeczytaniu pierwszych stron. Podsumowując powiem tak, jeśli nie boicie się trudnych historii, to sięgnijcie po tę książkę, nie rozczarujecie się.



Piotr Durak, Ostatni rok, wyd. Samorządowe Centrum Kultury w Mielcu, Mielec 2009.