niedziela, 29 listopada 2015

Cud Bookowe igraszki, czyli kreatywnie o wierze i samym sobie ;)

z cyklu książki z duszą

Nie będę porównywała "Cud Booka" do "Zniszcz ten dziennik" czy jakiejkolwiek innej pozycji. Wiem, że część z Was stwierdzi, że to po prostu katolickie wydanie takiego gadżetu. Powiem jedno, otwórzcie, przekonajcie się :).

Gdy "Dziennik o niebo lepszy" do mnie doszedł, przypomniała mi się pewna scena z duszpasterstwa akademickiego, na które uczęszczałam. Otóż pewnego wieczoru O. Marek (pozdrawiam Ojcze :D) dał nam ciekawe zadanie. Kazał narysować przesadzanie morwy do wody za pomocą wiary. Normalnie zgłupieliśmy, ale każdy zaczął kombinować. To było ćwiczenie nie tylko na kreatywne podejście do słów Pisma Świętego, ale i trochę lekcja o nas samych. Podobnie jest tutaj. Jest sporo łatwych zadań, które pomagają się odprężyć, ale nie brakuje również tego, z czym trzeba się zmierzyć, o czym pomyśleć, a także i ćwiczeń, które mają na celu ukazanie tego, co myślimy o sobie. Jak dla mnie dobra zabawa i chwila zastanowienia się nad wiarą i sobą. Bo wiecie..., wiara nie jest dla nudziarzy i smutasów :)

Jeśli przetrwacie ten milczący filmik, będę z Was dumna :) To coś jak "Wielka cisza" nie trzeba się jej bać ;).

Za egzemplarz "Cud Booka" serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM



poniedziałek, 23 listopada 2015

Wychodząc z mroku - C.J. Roberts „Zapach ciemności”



„Chciał powrócić do czasów, kiedy jeszcze się nie znali, kiedy jego życie było czarno-białe, a szarość nieistotna. Tęsknił za tą prostą egzystencją, wolną od moralnych dylematów, wyrzutów sumienia, wstydu, wszechogarniającego pożądania, a także najgorszego z grzechów – marzeń. Pragnął znowu móc położyć się do łóżka, wiedząc dokładnie, czego się spodziewać po przebudzeniu. Chciał, żeby Kotek zniknęła z jego życia i jego myśli”. – s. 61


On naznaczony jest tragicznym i pełnym brutalności dzieciństwem. Uratowany postanawia udowodnić wybawcy swą wdzięczność i nie cofnie się przed niczym, by dopełnić upragnionej przez Rafiqa zemsty. Zdaje się nie znać litości, wyrzutów sumienia ani żadnych wyższych uczuć. Jego zadaniem jest wykonywać polecenia i przyuczać dziewczyny do bycia seksualnymi niewolnicami. Ma się za potwora, którego nie stać na ludzkie reakcje, pewnego dnia wszystko jednak się zmienia. Dzięki niepozornej dziewczynie dociera do pokładów uczuć, o których nawet nie wiedział…

Ona nie ma dobrego kontaktu z matką. Wydaje się wycofana i nieco zagubiona, choć twarda z niej sztuka. Pragnie miłości, jak każda kobieta. Tymczasem ma stać się narzędziem zemsty i seksualną zabawką pewnego miliardera. Porwana uczy się nie tylko sztuki przetrwania, ale wprowadzana jest w świat, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Poznaje rzeczywistość erotycznych doznań i ekscesów seksualnych, w której wstyd przeplata się z rozkoszą, zażenowanie z przyjemnością, ból z podnieceniem. A zwykły związek nie ma szans zaistnieć. Początkowo stara się uwieść porywacza, by odzyskać wolność, z czasem zaczyna jednak darzyć go uczuciem…

Livvie budzi się w szpitalu. Jest rozbita psychicznie. Cierpi z powodu straty ukochanego. Nie dziwi jej ciągła obserwacja, ma wrażenie, że traci zmysły. Z piekła, przez które przeszła, nie da się wyjść bez szwanku. Zatrzymano ją, gdy z pieniędzmi i bronią próbowała przekroczyć granicę. Przesłuchujący ją agent Reed, pracujący dla FBI, stara się ustalić fakty i poznać historię dziewczyny, która może pomóc w rozbiciu podejrzanej o terroryzm grupy zajmującej się handlem ludźmi. Olivia snuje swoją opowieść o tym, co działo się po ucieczce i odbiciu jej przez Caleba. Pobita i ocalona przed gwałtem bohaterka udaje się wraz ze swoim panem do domu tajemniczego człowieka o imieniu Felipe. Tutaj poznaje Rafiqa i ostatecznie przekonuje się, czym jest niewola seksualna. Powoli traci złudzenia, co do tego, że rozkocha w sobie Caleba, choć doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jako kobieta działa na niego i nie jest mu obojętna. Jakby wbrew jej samej narasta w niej uczucie, do tego, który zgotował jej taki los. Również mężczyzna jest rozbity pomiędzy lojalnością wobec swego wybawcy i pragnieniem dokonania zemsty a tym, co odczuwa do podwładnej. Przerażają go uczucia, które w nim kiełkują, które sprawiają, że powoli przestaje być jedynie zimnym, wyrachowanym i bezwzględnym typem. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dziewczyna poruszyła w nim strunę, która nigdy się nie ujawniała. Nie jest w stanie traktować jej przedmiotowo jak powinien i co gorsza, nie potrafi zataić tego faktu. Chce niemożliwego, czyli zachowania kobiety tylko dla siebie.

„Nadal lubił smak łez Kotka i zmuszanie jej do błagania o przyjemność, której z początku nie chciała. Krótko mówiąc, nie przestał być chorym bydlakiem, którym był od zawsze, i zamierzał cieszyć się każdą chwilą tego, co niedługo miało się wydarzyć w podziemiach”. – s. 295

Caleb nie przechodzi gruntownej przemiany, otwiera się w nim jednak coś ludzkiego, jakieś obszary, których nie znał od dziecka, a które miały nigdy nie pozostać odkryte. A to dopiero początek…

Cała podróż do willi, w której rozegrają się najważniejsze wydarzenia, to ścieranie się uczuć bohaterów, targających nimi namiętności, wątpliwości, emocji. Z jednej strony to przesycone seksem sceny, z drugiej zaś wgląd w to, co dzieje się w psychice postaci. Nadzieja miesza się z brutalną prawdą o przyszłym losie i niewoli, miłość z krzywdą, a to wszystko okraszone seksem i pytaniem, co będzie dalej. Sytuacja zaognia się, gdy trafiają do domu, w którym wyraźne staje się to, o czym chcieli zapomnieć. Wzmożona tresura, odtrącenie, kolejne doznania, które są dla bohaterki nie tylko upokorzeniem i pozbawieniem jej wszelkiej godności, ale również poznawaniem świata erotycznych fantazji, którego częścią ma się stać. Na przykładzie Celii dziewczyna odkrywa, że w rzeczywistości rządzonej przez popęd i specyficzne upodobania seksualne niezwykle rzadko, ale zdarzają się uczucia. Czas ucieka a Kotek wie, że może już liczyć jedynie na dobrą wolę i niejasne przekonanie, że jej pan w jakiś sposób pragnie jej i nie pozwoli oddać obcemu mężczyźnie. Felipe zaś nieprędko odkryje karty, które trzyma w zanadrzu. Napięcie rośnie, sytuacja komplikuje się, a Rafiq jest coraz bliżej. Czy Caleb ulegnie uczuciom czy pozostanie wierny złożonej dawno obietnicy? Jakie tajemnice skrywa jego przeszłość? I co zaszło w tym dziwnym miejscu?

„Za każdym razem, kiedy myślę, że się zastanowiłeś. Za każdym razem, kiedy pozwalam sobie mieć nadzieję… ty mnie miażdżysz. Rwiesz mnie na strzępy! Czasami myślę sobie, że cię nienawidzę. Czasami mam co do tego pewność. A mimo to! Mimo to, Caleb, kocham cię. Wierzę w ciebie. Wierzę, gdy mówisz, że wszystko będzie dobrze.” – s. 380-381

Druga część serii „The dark duet” rozjaśniła mroki tajemnicy zasianej pod koniec pierwszej części. Z relacji prowadzonej przez Livvie, która ogromnie się zmieniła od czasu porwania, czytelnik zaznajamia się z jej dalszymi losami. Pojawiają się nowi bohaterowie, którzy nieco uczłowieczają mroczny świat seksualnej niewoli. Celia i Felipe na swój sposób pokazują łagodniejsze oblicze tej przedziwnej sytuacji, choć nigdy wprost nie mówią sobie o uczuciach i jedynie podejrzewają, że druga strona może odczuwać pozytywne emocje. Przepych bogatego domu, przyjęcia, które nasuwają na myśl starożytne orgie, a w tym wszystkim para bohaterów, która zmaga się z rodzącą się miedzy nimi relacją. Wszystko to w cieniu nadchodzącej zemsty, która ma ich rozdzielić i złamać życie dziewczyny. Erotyki jest dla mnie więcej i jest ona znacznie mocniejsza niż w pierwszym tomie, przez co po raz kolejny podkreślę, że jest to lektura jedynie dla dorosłych czytelników (!!!) i nie tych, którzy marzą o romantycznych scenach z dodatkiem pieprzu. To mocna, momentami brutalna książka, która pokazuje mroczny świat fantazji seksualnych. Owszem pewne momenty mogą nasuwać podobieństwa do innych erotyków, ale to jedynie za sprawą opisów cielesnych doznań. Język w tej kwestii jest nieco bardziej dosadny i frywolny niż w poprzedniej części, co akurat niespecjalnie przypadło mi do gustu, ale pewne sceny rządzą się swoimi prawami. Bardzo ciekawe jest wnikanie w psychikę bohaterki, choćby przez to, z jaką szczerością i w jaki sposób relacjonuje wydarzenia oraz jak się zachowuje. Gesty oraz reakcje, które nasuwają agentowi Reedowi na myśl syndrom sztokholmski, przypominają zachowanie osoby, która straciła ukochanego, a nie wyrwała się spod seksualnej niewoli. Faktem jest, że Livvie wie, że nie jest to zwykła miłość rozwijająca się w normalnych warunkach. Zdaje sobie jednak sprawę, że w jakiś zawiły sposób to, co czuje, nie wynika jedynie z reakcji jej psychiki na zaistniałą sytuację. Mimo koszmaru, w jakim się znalazła, wierzy, że pokochała prawdziwie.

„Liczyło się to, że ja się zmieniłam. Naiwne dziewczę, którym byłam wcześniej, wkroczyło w kobiecość w okrutny sposób. Ukształtował mnie ból, żal, poczucie straty i cierpienie, a dzieła dopełniło pożądanie, gniew i rozpaczliwa chęć pozostania przy życiu.
   Zrozumiałam rzeczy, które kiedyś były dla mnie niewyobrażalne. (…) Zauważałam, jak często wykorzystywał moje ciało przeciwko mnie – ponieważ nie przestawałam pragnąć Caleba. A przede wszystkim nauczyłam się jednej rzeczy, której nauczyć powinien się każdy, kto chce przetrwać na tym świecie: jedyną osobą, na której naprawdę możesz polegać, jesteś ty sam”. – s. 102

Najciekawszą częścią książki jest niewątpliwie historia Caleba i jej zakończenie oraz obserwowanie jego wewnętrznych dylematów. Sama relacja z bohaterką pociąga i zaciekawia, jednak rozwiązanie pewnych kwestii, ujawnienie sekretów, których totalnie nikt się nie spodziewa, przykuło moją uwagę i wprawiło mnie w zdumienie. Przyznam, że nawet by mi to przez myśl nie przeszło. Samo zakończenie odstaje od całego klimatu książki, ale przyznam, że udowadnia, iż świat nie jest czarno-biały a ludzie nie są naznaczeni tylko jednym zestawem cech. Jeśli zatem ktoś lubi mocniejsze erotyki, które zahaczają o mroczną stronę seksualności, nie przeszkadza mu dosadny język, ma ochotę zdziwić się zagadką, to „Zapach ciemności” jest zdecydowanie dla niego. Dla mnie niejednoznaczność tej książki to jej największa zaleta.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona


C.J. Roberts, Zapach ciemności, przeł. Agnieszka Brodzik, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

wtorek, 10 listopada 2015

Słuchając zeznań – Remigiusz Mróz „Zaginięcie”



„- Koniec pomiatania kancelarią Żelazny & McVay. Przystępujemy do kontrataku.
- I jak mamy zamiar go wyprowadzić?
- Kultywując najszlachetniejsze tradycje naszej firmy.
- Będziemy łgać, przeinaczać fakty, naginać prawdę, stosować manipulacje i zastraszać ludzi?
- Lepiej bym tego nie ujęła”. – s. 345


   




   




   








   






W związku ze złożeniem apelacji do sądu bukowego, doszło do kolejnego procesu, w którym rozpatrywano sprawę Remigiusza Mroza (akt oskarżenia tutaj) znanego jako Maestro Książkowych Suspensów. Podczas rozprawy przedstawiono nowe dowody związane z pojawieniem się na rynku wydawniczym kolejnej książki oskarżonego, niejakiego „Zaginięcia”, które podobnie jak poprzednie pozycje wywołało szok wśród czytelników.

   Dnia 4.11.2015 r. Ewelina C. z bloga Spacer wśród słów została wezwana w charakterze świadka w rozprawie toczącej się przeciwko pisarzowi. Jak widomo autor oskarżany jest o wydawanie kolejnych rewelacyjnych książek w zastraszającym tempie, co nie tylko destrukcyjnie wpływa na stan finansowy czytelników, ale na ich samopoczucie. Mole książkowe krążą po swoich miejscach pracy z podkrążonymi oczami, chronicznym zmęczeniem i syndromem „Mroza” objawiającym się totalnym zszokowaniem, zdezorientowaniem, i pustką w głowie wywołaną finałem, którego się nie spodziewali jak i faktem, że muszą czekać na kolejną książkę, by śledzić rozwój wypadków. Pracodawcy apelują do rządu o pomoc, ponieważ kilkudniowa absencja lub niedyspozycja mentalna wspomnianych osób znacząco przyczynia się do spadku obrotów i obniżenia PKB. Zdezorientowana młodzież trafia do przypadkowych szkół nie mogą odnaleźć poprawnej drogi do swojej placówki oświatowej, pojawiają się problemy z komunikacją miejską, pomylone przesyłki, wydawanie błędnych posiłków w restauracjach, a to zaledwie mała część konsekwencji jaką wywołuje czytanie książek oskarżonego.  Nie wiadomo jeszcze czy książki Remigiusza M. trafią na indeks ksiąg zakazanych czy będą dopuszczone do czytania jedynie podczas urlopów (do wypożyczenia będzie wymagane specjalne zaświadczenie z zakładu pracy o co najmniej tygodniowym urlopie, podobnie przy zakupie) i czy w pakiecie czytelnik nie będzie zmuszony do czytania czegoś, co skutecznie przywróci go do pionu (krążą słuchy, że ma to być amerykańska literatura erotyczna ;) ), podobno trwają narady co do wykazu takich książek. Tymczasem sąd przystąpił do przesłuchania świadków. Poniżej przedstawiamy Państwu fragment stenogramu przesłuchania niejakiej Eweliny C, blogerki, która na własnej skórze doświadczyła syndromu „mroza”. Wszystkich o słabych nerwach informujemy, że poniższy zapis jest pełen dramatyzmu i może wywołać szok.

-Proszę powiedzieć, kiedy po raz pierwszy spotkała się Pani z twórczością oskarżonego?

- To było ponad rok temu. Niewiele wcześniej zaczęłam moją przygodę z blogowaniem. Nie pamiętam jak, ale trafiłam na yt na kanał Book Reviews by Anita i zaczęłam go oglądać. Anita jest niesamowicie sympatyczna, żywiołowa i pozytywna i spodobało mi się, jak opowiada o książkach, więc oglądałam jeden filmik za drugim i notowałam, co warto przeczytać. I tak oto pewnego dnia trafiłam na recenzję „Parabellum” Remigiusza Mroza. Anita tak go zachwalała, że nie było innej opcji, zamówiłam wszystko, co się znajdowało w księgarni. Potem ukazał się „Chór zapomnianych głosów” i choć nie czytam sci-fi, to stwierdziłam, że warto kupić i poznać i tak oto zaczął się mój nałóg. To właśnie wspomniana książka wciągnęła mnie w swój świat i zamrozowała. A przecież było to moje pierwsze spotkanie z tym autorem.

- Co działo się potem?

- Później przyszedł czas na „Kasację”, która ogromnie mi się spodobała, ze względu na nietuzinkowych bohaterów, którzy tworzyli niesamowicie ciekawy duet i ta zagadka kryminalna, po prostu świetne! Po niej sięgnęłam po „Wieżę milczenia” znów bardzo konkretne charaktery, które ścierały się ze sobą i podążanie za tajemnicą, która wymagała wyjaśnienia. To był debiut autora. Wiedziałam, że kolejne pozycje były lepsze, ale jak na pierwszą książkę poprzeczka była postawiona niezwykle wysoko. W końcu „Ekspozycja”, która rozłożyła mnie na łopatki, przyprawiła o palpitację serca, podniosła ciśnienie, zdewastowała moje paznokcie i sprawiła, że deszczowe wieczory w Zakopanem biegły sama nie wiem, kiedy. Zakończenie powieści było jak upadek z Giewontu, rozbiło moje serce na tysiące kawałków i całkowicie zdemolowało moją psychikę. A teraz „Zaginięcie”, na które ogromnie czekałam. I wie pan, ja już to mówiłam autorowi, ja się boję czytać jego książki, a jednocześnie nie potrafię się  bez nich obejść…

- Kontaktowała się pani z autorem?

- Tak, wszystko zaczęło się od recenzji „Chóru zapomnianych głosów”, krótka wymiana zdań przez fb, a osobiście poznaliśmy się na Warszawskich Targach Książki. Zdziwiłam się, że mnie poznał, choć było to bardzo miłe, potem wywiad, kontakt przez fb, bo wie pan, oskarżony ma świetne relacje z czytelnikami, a ostatnio było spotkanie na Krakowskich Targach Książki, gdzie przyznałam, że ja się boję tych książek…

- Proszę wyjaśnić, co takiego kryje się we wspomnianych lekturach?

- Weźmy ostatnie „Zaginięcie”. Wszystko zaczyna się od telefonu koleżanki Chyłki. Dowiadujemy się, że od sprawy Langera minęło trochę czasu a relacje między głównymi bohaterami nieco się rozluźniły. Sytuacja zmienia się z chwilą podjęcia niezrozumiałej decyzji o wzięciu w obronę dawnej znajomej i jej męża. Do akcji znów wkracza przebojowy duet Zordon-Joanna, który nie cofnie się przed niczym, by zagwarantować swoim klientom wygraną sprawę. Tym razem prawnicy mają za zadanie udowodnić niewinność Awita i Angeliki Szlezyngier, których oskarża się o zabicie córki. Mała Nikola bowiem wyparowała jak kamfora z pilnie strzeżonego domu. Włączony alarm, brak jakichkolwiek śladów włamania wokół domu czy nawet bytności kogoś postronnego, wszystkie dowody zdają się świadczyć przeciw małżeństwu, które oczywiście zaprzecza temu, że skrzywdziło dziewczynkę. Dodatkowo jeden z sąsiadów widział biznesmena w nocy z jakimś dzieckiem. Sytuacja zagęszcza się, pojawiają się kolejne poszlaki, które tylko zdają się potwierdzać winę rodziców. Chyłka jednak nie rezygnuje i stara się dowieść, że nikt nie rozpływa się w powietrzu, a nawet najbardziej oczywiste dowody da się obalić. Zaczyna się wyścig z czasem. Prawnicy odkrywają tajemnice, które rzucają nieco inne światło na sprawę. Ginie świadek i podejrzany. Dochodzi do wypadku, a to dopiero początek komplikacji w tej dziwnej sprawie. Czy prawda jest tak oczywista jak się zdaje czy może wydarzenia tamtej nocy mają w sobie drugie dno? Kto kłamie i co ukrywają bohaterowie? Zadawałam sobie te pytania wielokrotnie podczas czytania.

Od samego początku napięcie rośnie. Nie jest ono tak wielkie jak w „Ekspozycji”, ale autor stopniowo je potęguje, podsuwa nowe wątpliwości,  wodzi czytelnika za nos, wprowadza kolejne zdarzenia, które stale podnoszą ciśnienie i sprawiają, że serce coraz mocniej bije, a od książki nie sposób się oderwać. Jednym słowem wbija kij w mrowisko! Intrygi, nowe postaci, wydarzenia, które zaskakują nie tylko czytelnika, ale i samych bohaterów. Do tego świetnie zgrany duet, któremu nie sposób się oprzeć. „Zaginięcie” to naprawdę świetna kontynuacja okraszona znanym humorem i wielką dawką ironii, którą prezentuje Chyłka. A dodatkowo to kolejna odsłona relacji bohaterów, która jakby nie było jest trudna, bo niby mają się ku sobie, ale nie do końca. Zbliżają się do siebie i oddalają, uzupełniają, ale również ogromnie się różnią, przez co wszystko staje się ciekawsze.

Panie prokuratorze, bo to czyste szaleństwo. Porwanie dziecka, potem malutkie aluzje do przeszłości Joanny, następnie poszukiwania, porwania, wypadek, jakaś przygraniczna mafia, obarczanie się winą, szpital, wgląd w relację między bohaterami. W końcu nawet sam narrator zaczyna mówić głosem Chyłki! Te wszystkie momenty i podteksty, gdy czytelnik normalnie drży z emocji i nagle kubeł zimnej wody na głowę, bo to nie tak, bo znów wziął górę rozsądek, bo nagle okazało się, że po raz kolejny źle typowało się rozwiązanie zagadki. I tak cały czas… i koniec, gdy czuje jakby mi ktoś strzelił w głowę z rusznicy przeciwpancernej, bo świat stanął do góry nogami i mam wrażenie, że autor pomylił przypasowanie wydarzeń do bohaterów. Uczeń zamienia się w mistrza, a mistrz staje się uczniem. Bohaterowie wymieniają się duszami, mentalnością, charakterem. Po prostu jedno wielkie bum, jak wybuch bomby atomowej. A ja zastanawiam się, czy zwariowałam czy jeszcze nie… Ja mam ślady zębów na marginesach „Zaginięcia”! No, ile można…!

- Chwileczkę, pani wie co to jest rusznica przeciwpancerna?

-Tak, ale czy ma to jakiś związek ze sprawą?

-Absolutnie żadnego, ale jestem ciekawy, skąd taka wiedza?

- Z filmów.

-Proszę kontynuować.

- Z kart powieści wyłania się z tajemniczym uśmiechem autor i mówi, nie czuj się bezpiecznie, nie możesz być niczego pewien. Potem wyciąga rękę i zaprasza na spacer w głąb historii. Początkowo idzie się pewnym i szybkim krokiem wśród wydarzeń, które wprowadzają w akcję, potem jednak wszystko nabiera tempa. Szybki marsz przeradza się w trucht po lesie stale zmieniających się przed naszymi oczami zdarzeń, pojawiają się nowi bohaterowie, piętrzą się przeszkody, autor rzuca pod nogi kolejne kłody, z którymi zarówno bohaterowie jak i czytelnik muszą sobie poradzić, gdyż Remigiusz Mróz lubi wodzić za nos. Nie zdradza zbyt wiele, myli tropy, kieruje ku ścieżkom, które nie prowadzą do celu, a przynajmniej nie bezpośrednio. Rekompensuje to jednak humorem, ironią, niezwykle barwnymi i żywymi postaciami, choć nadal niewiele wiadomo nawet o ich wyglądzie, a co dopiero o przeszłości. Ale to wcale nie przeszkadza. Może to celowy zabieg, by czytelnik miał tutaj pole do wypełnienia tekstu swoją wyobraźnią, by uczynił prawników bardziej swoimi, stworzył ich wygląd tak jak mu się podoba, przecież to pozwala się z nimi bardziej zaprzyjaźnić. Wskakujemy w „tu i teraz” i niezwykle szybko zżywamy się z bohaterami. Trucht zamienia się w bieg, a potem gdy już jesteśmy na szczycie, dzieje się coś, czego kompletnie się nie spodziewaliśmy. Lecimy więc na łeb na szyję, na złamanie karku z prędkością, za którą grozi sowity mandat i dożywotnie odebranie prawka, nie bacząc na kończyny, zdrowie psychiczne czy czynniki zewnętrzne. Autor bowiem wciągnął nas do świata tak, że już nie da się go już opuścić. Szaleńczy bieg kończy się w najmniej spodziewanym momencie, w sposób którego kompletnie nie podejrzewalibyśmy. Stajemy jak wryci i próbujemy pozbierać naszą szczękę i resztki psychiki. Po głowie kołacze się jedno wielkie „ale jak?”. A pisarz, cóż, przystaje obok ze swoim tajemniczym uśmiechem, który zdradza, że on wie, co będzie dalej, ale nie powie, że czytelnik jeszcze musi zaczekać. Szepcze jedynie, że to koniec tego tomu i niczym George R. R. Martin zdaje się mówić, nie bądź niczego pewien na przyszłość, a może zginą wszyscy… I zostaje się po tym totalnie ogłupiałym, ogłuszonym, rozklekotanym, rozmemłanym, przeczołganym, pojęcia nie mając, co ze sobą zrobić. I jak tu żyć panie prokuratorze, jak żyć?!?

- Czy to  ten stan po zakończeniu książki czytelnicy nazywają syndromem „Mroza”?

- Tak, wówczas chodzi się jak zombie. To stan, w którym nie mam ochoty na nic. Nie rozumiem, nie pojmuję, nie ogarniam. Czuje się wrzucona w jakąś pustkę, zostawiona sama sobie, na pastwę pytań, na które nie ma odpowiedzi. I burzę się na to, co nie miało prawa się zdarzyć, a zdarzyło!!! I czekam na kolejną książkę a jednocześnie boję się, bo znów zostanę ze złamanym sercem i totalnym chaosem w głowie. Kac książkowy to pikuś w porównaniu z tym. Nie mam pojęcia, co dzieje się w pracy, nie śpię, nie jem. Snuję się bezsensownie, zadając sobie w kółko te same pytania. Czasami ponoć nawet coś mruczę pod nosem. A gdy nadchodzi kolejny tom drżę z obawy a jednocześnie nie mogę doczekać się, gdy znów zanurzę się w historię w nim zawartą. I tak to błędne koło się zamyka. To nałóg! Nie sposób żyć bez tych książek, choć są niczym tajfun, tsunami, wybuch wulkanu, trzęsienie ziemi, pożar i grad w jednym! Porażają i przerażają a zarazem pociągają swoją magią.

- Zatem przyznaje pani, że autor jest winny zarzucanych mu czynów?

- Oczywiście, że tak! Nie mam co do tego wątpliwości! Takich emocji nie wywoła byle książka, takich historii nie stworzy pierwszy lepszy autor. Tak piszą nieliczni. Świadczą o tym nie tylko moje słowa, ale wszystko, co padło na temat jego książek w blogo i vlogosferze. A te kolejki na targach? To mówi samo za siebie!!!

   Proces trwa. Obecnie przesłuchiwani są inni świadkowie. O rozwoju wydarzeń będziemy państwa informować na bieżąco. Tą sprawą żyje cała czytająca Polska. Czy Remigiusz Mróz zostanie skazany? Tego dowiemy się niebawem.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu CzwartaStrona.  


Remigiusz Mróz, Zaginięcie, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015. 

niedziela, 8 listopada 2015

Porozmawiaj ze mną czyli o sztuce modlitwy – Paweł Krupa OP „Jutro ma na imię Bóg. O modlitwie bardzo osobiście”


Z cyklu książki z duszą

„»Boję się Boga przechodzącego obok«, inaczej mówiąc: nie chciałbym pozwolić, aby Bóg przeszedł koło mnie niezauważony. I po to jest rutynowa modlitwa – wyczekiwanie na ławce: umówiliśmy się z Bogiem, że na pewno będę na Niego czekał, zawsze o tej samej porze i zawsze w tym samym miejscu. I często się zdarza, że podczas oczekiwania nie myślę wyłącznie o Nim, że się rozpraszam, ale jeżeli już siedzę i czekam, to daję Mu sygnał: »Ja tu jestem, halo, można się przysiąść!«. Nie ma co grymasić, lepsza rutynowa modlitwa niż żadna”. – s. 127


   Mówić o rzeczach trudnych prostym, zrozumiałym i przyciągającym uwagę językiem to prawdziwa sztuka. Można pięknie przekazywać pewne treści, ale co z tego jeśli kwiecisty wywód jest niezrozumiały? Co jeśli zanudzi? Pamiętam pewne kazanie z rekolekcji adwentowych, było charakterystyczne i niesamowicie interesujące. Rekolekcjonista mówił o tym, czym mogła być gwiazda betlejemska i zaczął podawać różne opcje. Początkowo bałam się, że nic z tego nie zrozumiem, bo daleko mi do astronomii i generalnie fizyka nie była moją najmocniejszą stroną. Jednak on mówił prosto, krótko, zwięźle, niesamowicie interesująco. Siedziałam jak zaczarowana i naprawdę mi się podobało. Oczywiście przeszedł potem do innych zagadnień, w tym samym stylu, co sprawiło, że do dziś są to jedne z najbardziej owocnych rekolekcji, jakie przeżyłam. Podobnie powinno być z przekazywaniem wszystkiego. W odpowiedniej formie, ciekawie i przede wszystkim zrozumiale. Nie chodzi o żadne show, ale o przekaz, który dotrze do drugiego człowieka bez względu na jego wykształcenie.

   Przyznam, że lubię sięgać po różne książki. Czytałam trochę trudniejsze dzieła, które zaliczają się do teologicznych, ale spodobała mi się kiedyś prosta książeczka ks. Twardowskiego o modlitwie. Kiedy przeczytałam „Jutro ma na imię Bóg” byłam urzeczona i nadal pozostaję w tym stanie. O. Paweł Krupa podchodzi do tematu nie jak pies do jeża, że posłużę się frazeologizmem, ale prosto i porywająco. Na początku przyznaje, że nie czyta książek o modlitwie, ponieważ go nudzą. Szczerze i na temat, a zatem co proponuje Dominikanin, który podjął się napisania książki z serii tych których nie czyta?

   Przede wszystkim wyjaśnia czym jest modlitwa, jak mało o niej wiemy a z drugiej strony, intuicyjnie jak czasami poruszamy się w dobrym kierunku. Ewangelia opiera się na paradoksach, sam autor wskazuje w swojej książce wiele sprzeczności, których nie zawsze sposób zrozumieć. Nie wystarczy podkreślić, że przecież Bóg nie jest z tego świata, że nie wytłumaczymy Go, nie wyjaśnimy naszym językiem, słowami, terminami, bo najzwyczajniej w świecie wymyka się spod naszego rozumowania i pojmowania, trzeba dodać, że wiara to nie wiedza. Sprzeczności pojawiają też się odnośnie modlitwy, która potrafi być bardzo prosta a zarazem niesamowicie trudna. Głowa może zaboleć od tego wszystkiego, ale ze strony na stronę, powoli bez pośpiechu O. Krupa wyjaśnia najważniejsze rzeczy. Rozprawia się z błędnym pojmowaniem pewnych pojęć, które psują nasz obraz chrześcijaństwa, pokazuje drogi, wyjaśnia terminy.  

   Porusza temat, który chyba jest najczęściej poddawany w wątpliwość, bo jeśli modlę się dobrze, to powinienem coś czuć, powinna się we mnie otworzyć jakaś furtka, namiastka nieba. Ten nasz życiowy romantyzm, a właściwie jak to się mawiało, nasze romantyczne fatum. Czekamy na doświadczenia, które mieli mistycy, zapominając, że nie jest to wyznacznikiem dobrej rozmowy z Bogiem. Wystarczy wspomnieć bł. Matkę Teresę z Kalkuty, która nie odczuwała niczego poza pustką i osamotnieniem. Czy źle się modliła? Na pewno nie! Modlitwa nie jest tożsama z uczuciami, podkreśla mocno autor, rozwiewając najczęstszy dylemat wiernych. To nie fruwanie pod sufitem, ale ciężka praca, której towarzyszą trudności, rozproszenia, zawiedzione nadzieje, niezrozumienie. Bywa bowiem, że traktujemy Boga jak złotą rybkę, tymczasem niewysłuchane modlitwy nie wynikają z tego, że byliśmy źli, ale z prostego faktu, że Bóg wybiera dla nas większe dobro.

   Na kartach książki Dominikanina czytelnik odkryje wiele starych-nowych prawd. Przypomni sobie lub dopiero uświadomi różnice między poddaństwem i przywiązaniem, dowie się od czego tak naprawdę powinna zacząć się dobra rozmowa z Panem, jak powinna przebiegać, czy lepsze są spontaniczne słowa czy sięganie do znanych treści. Przeczyta o tym, czym jest modlitwa nieustanna i czy jest ona osiągalna, jak bywa z obietnicami i naszymi prośbami. Autor rzuci nieco światła na modlitwę Pańską, która w swojej krótkiej formie, zawiera ogromnie wiele treści. Wypowie się również na temat rutyny w modlitwie oraz wyłuszczy błędy, które popełniamy. Poruszy temat ukręcania łebka wróbelkowi czy ascezy.

   Wszystko to w pisanych prostym językiem, niemal gawędziarskim stylem z domieszką lekkiego humoru, okraszonych przykładami nie tylko z życia, ale i z historii, opowieści ojców pustyni rozdziałach, które czyta się niemal jak felieton czy powieść. Jestem pod wielkim wrażeniem nie tylko wyczucia tematu, człowieka który otwarcie mówi, że nie czyta tego typu książek, ale i umiejętności prostego i pociągającego przekazywania treści dotyczących, jakby nie było trudnego zagadnienia. Ojciec Paweł Krupa udowadnia, że o modlitwie można mówić czy właściwie pisać tak, by czytelnik nie tylko chłonął treść z zainteresowaniem, ale zatrzymywał się i odnosił ją do swojego życia. Podczas lektury zazwyczaj zaznaczam fragmenty, które są dla mnie ważne. W przypadku tej książki było coś więcej. Nie tylko używałam karteczek indeksujących, rozmyślałam nad tematem, ale wynotowywałam zagadnienia, które muszę przeanalizować i przemyśleć. A jak pisze autor, modlitwa to właśnie wypowiadanie słów i zastanawianie się nad ich znaczeniem. Nie muszą to być wielogodzinne dumania, które mogą przerodzić się w dywagacje, ale proste, nawet krótkie pochylenie się nad treścią. Takie, które nie kończy się na wymówieniu kilku słów, ale obejmuje choćby chwilową refleksję nad tym, co wypowiadam, a co zbliży mnie do Boga i rozwinie duchowo. Modlitwa to nie duchowe fajerwerki, ale żywa relacja, która nie zawsze jest łatwa, ale na pewno owocna, choć czasem na owe owoce trzeba długo czekać, uświadamia Paweł Krupa.

   Wszystkim, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś nowego, uporządkować wiedzę i zadziwić się, gorąco polecam!!!

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.



Paweł Krupa OP, Jutro ma na imię Bóg. O modlitwie bardzo osobiście, wyd. WAM, Kraków 2015.