sobota, 31 sierpnia 2019

Spacerowe rozkminy #17




Zbliża się ten czas, który lubię najbardziej. Gdy poranki są orzeźwiająco chłodne, ale słoneczne. Gdy na spacer można założyć cienką sukienkę i długi sweter. Kiedy świat przybiera tak cudowne kolory, że nie mogę oderwać od niego wzroku. Znów będę pakować do torby wodę z cytryną, książkę i wyruszę na poznawanie warszawskich parków. Będę długo spacerować, robić tuziny zdjęć, a potem czytać i nie będę się nigdzie spieszyć. Już nie mogę doczekać się tych niespiesznych jesiennych sobót, kiedy odetchnę, zatrzymam się i będę kontemplować piękno przyrody oraz literaturę, tę smutną, poważną, idealną na wrześniowe i październikowe wieczory.



Potrzebuję oddechu. Tego jesiennego zwolnienia obrotów. Lekkiej nostalgii, którą smakuje się niczym dobre lody. Nie mogę doczekać się dłuższych wieczorów, przy kawie i lekturze oraz długich popołudniowych i weekendowych wędrówek. Po lekturze wakacyjnego numeru "Znaku" mam ogromną ochotę na mikrowyprawy. Poznawanie bliższego i dalszego otoczenia. Przewietrzenia głowy, bo wiele się ostatnio zmieniło i u mnie i we mnie. I chcę się tym spokojnie i długo cieszyć i zastanawiać się nad wszystkim.



Wraz z łagodniejszym słońcem przychodzi refleksja, że nadal zbyt łatwo jest formułować sądy. Wszystko wygląda prosto w teorii, ale życie bardzo często weryfikuje nasze poglądy. Jeśli nie przerobiliśmy na własnej skórze pewnych sytuacji nie jest trudno o ostracyzm. Czasami wydaje się, że wiemy coś najlepiej, a potem dzień za dniem weryfikuje, że wcale nie jesteśmy tacy nieomylni, jak się wydawało. Życie uczy pokory i to jest piękne. Zaskakuje czasami bardzo pozytywnie, innym razem mniej, ale warto być otwartym i nie zamykać się w stereotypach, o których ostatnio dużo mówi się w mediach społecznościowych.



Czytam niespiesznie różną literaturę. Czeską, polską, amerykańską, angielską. Ciągnie mnie coraz bardziej do lektur, które nie są na pierwszych miejscach list bestsellerów, które wnikną w moje wnętrze i będą je kształtować. Po których będę musiała zastanawiać się, co dalej, jakie zdanie powinnam mieć na dany temat. Ostatnie tchnienia lata, sprawiają, że mam ochotę sięgnąć po coś z filozofii. Zmierzyć się z trudniejszymi tekstami. Wieczorami zatapiam się w pięknie przyrody. Odrywam od lektury i kontempluję niebo. Powoli przesuwające się po nim chmury, majestatycznie rozciągające się barwy. Kolory delikatnie przechodzące z jednego w drugi. Czuję się spokojna. Nie muszę się spieszyć. Jest inaczej niż w ciągu dnia, gdy ciągle jakieś zajęcia, czytana w komunikacji miejskiej lektura, niezmienny wyścig z nieubłaganie biegnącymi minutami. Stres i wszechobecna bieganina.



Warszawa ma swój rytm. Często chaotyczny, pospieszny i bardzo szybki. Nie pasuję do niego, choć często zdarza mi się nawet nieświadomie wejść w ten niekończący się wyścig. Ale wieczory są inne. Nieco bajkowe, gdy wtulona w bliską osobę, mogę czasami zapomnieć o całym świecie i poczuć się na miejscu, szczęśliwą. Nie zawsze tak jest, dlatego tym bardziej cenię sobie te szczególne momenty. Czas, gdy mogę usiąść przy kawie, porozmawiać, uśmiechnąć się, pobyć ze świadomością, że mam godzinę, czasami trochę więcej, by po prostu cieszyć się życiem. Bo nie chodzi o to, by było idealnie. Nigdy nie będzie. Najważniejsze to chyba nawet w czasie największej zawieruchy życiowej mieć swój bezpieczny port. Nie stracić z oczu tego, co najważniejsze, co pozwoli przetrwać w każdych trudnościach.



Są we mnie puste miejsca, jak w każdym. Pisała o tym Katarzyna Olubińska. Odnajduję je powoli. Czasami to one dają o sobie znać. Przyglądam się im uważnie. Nie przerażają mnie tak jak kiedyś. Zaczynam rozumieć, że wbrew wszystkim ludziom mającym idealne recepty na moje życie, próbującym sprzedać mi najlepsze treningi i inne warsztaty, to ja decyduję o tym, co najważniejsze i o kształcie mojej drogi. Wbrew temu, co mówi się coraz częściej, nie muszę w tempie ekspresowym uczyć się nowych rzeczy, każdy ma swój czas na rozwój. Wkładanie wszystkich w ten sam schemat to nic dobrego. Nie muszę umieć wszystkiego. Zawsze będą rzeczy, w których będę lepsza i te, w których będę gorsza. Nie czyni mnie to mniej wartościowych człowiekiem. Nie ma przymusu, bym nauczyła się robić coś w miesiąc i zamartwiała się, że potrzebuję dłużej ćwiczyć. Grunt to wiedzieć, że chcę się rozwijać, że pewne rzeczy krystalizują się wolniej, czasami bardzo długo. Nie ma pośpiechu, prawda? Świat zwariował, ale ja nie muszę. Chcę być sobą, bo jak słusznie ktoś zauważył, kopii innych nie trzeba.



Zatrzymuję się i zastanawiam nad tym, czego tak naprawdę pragnę. Jak mogę ulepszyć to, co już jest. I robię to po kawałku. Wieczorami, porankami, pomiędzy życiową bieganiną, której nie uniknę, ale której nie dam zawładnąć całego mojego życia. Przystaję, pewnie w charakterystyczny dla siebie sposób i tego chcę i Wam życzyć. Waszego tempa, Waszych planów i marzeń i spokoju w odkrywaniu własnych zalet i niedociągnięć. Patrzenia na siebie z wyrozumiałością i miłością. Bo od tego chyba trzeba zacząć, prawda? Budować na czymś dobrym. Nie uciekajcie od pustych miejsc czy własnych braków. One mówią o tym, kim jesteście, a nie o tym, czego się Wam nie udało dokonać. Nie przekreślają niczego. Może czasem warto popatrzeć na siebie przez pryzmat tego, co jest słabsze? Czy nie jest wówczas łatwiej dostrzec piękno i siłę, które też w nas drzemią?




Gdy kończę ten wpis jest Dzień blogów. Mija 5 lat odkąd zaczęłam spacerować z Wami tutaj. Raz pojawiam się częściej, innym razem nie ma mnie przez jakiś czas. Zdarzało mi się robić sobie z tego powodu wyrzuty, że nie wrzucam wpisów jak w zegarku. Że czasami potrzebuję po prostu odpocząć, jestem zapracowana, przeprowadzam się, zajmuję sprawami osobistymi, czy po prostu wyjeżdżam na urlop. Ale gdy tak myślę o tym, że im jestem starsza, tym więcej spraw jest do załatwienia, że czasami trzeba coś dokończyć, czy wraca się później, to jakoś irytacja i zdenerwowanie odchodzi. Jestem tu tak często jak mogę. Czasami czytam dużo a potem piszę kilka recenzji. Innym razem po lekturze nie czekam z tekstem. Najbardziej mnie jednak cieszy, że jestem tu prawdziwa. Niczego nie udaję. Że potrafię odpuścić, a innym razem zebrać wszystkie siły i mimo zmęczenia przelać na wirtualny papier słowa, które w sobie noszę. Dziś moje i nie tylko moje święto. Blogowanie, choć wygląda nieco inaczej niż 5 lat temu, daje mi radość, uczy wielu rzeczy i nie zamierzam z niego rezygnować. Może raz będę częściej, innym razem rzadziej, ale będę. Spacerowała spokojnie, niespiesznie, otwarta na kontakt z Wami i nowe literackie doznania. 



sobota, 17 sierpnia 2019

O mikrowyprawach słów kilka "Znak" nr 770-771




"Bezinteresowna działalność, jaką bez wątpienia jest wędrowanie, włóczenie się czy - po prostu - chodzenie, zostaje od razu umiejscowiona po stronie elitarnych fanaberii dostępnych tym, którym się powodzi i którzy mają dużo wolnego czasu. Albo tym, co odmawiają radzenia sobie w trybach gospodarki rynkowej." - s. 9

W czasach, gdy każda minuta zdaje się na wagę złota. Gdy nasze życie jest już zaplanowane od najmłodszych lat a harmonogram napina się do granic możliwości, wolność zdaje się luksusem jedynie dla wybranych. Nie błądzimy bez celu. Nie słyszy się często o ludziach pokroju Edwarda Stachury, którzy wybrali tułaczy tryb życia. Nie wędrujemy dla samych siebie w romantycznym stylu, często bez określonego celu. Zawsze musimy mieć obrany kierunek i czas przeznaczony na wędrówkę. Chodzimy z mapami, aplikacjami, skrupulatnie liczymy kroki i kalorie. Stajemy się nieraz niewolnikami poszczególnych trendów, mód, tendencji.

Staramy się trwać w ruchu niczym bohaterowie książki Olgi Tokarczuk "Bieguni". Tkwi w nas jakiś podskórny lęk, że zatrzymanie się na chwilę wyrzuci nas z obiegu życia. Próbujemy dogonić innych, świat, otoczenie, ludzi na których opinii nam zależy. Latamy na drugi koniec świata, planujemy pieczołowicie wycieczki, starannie układając grafik zwiedzania. Biegamy na określone dystanse, chodzimy na spacery krajoznawcze czy historyczne. I choć ruch jest zbawienny dla zdrowia a sama idea spacerów i wędrowania ulega przeobrażeniom od wieków, to brak nam coraz bardziej luzu. Cierpimy na niedobór spontaniczności. Coraz rzadziej ruszamy po prostu przed siebie, ot tak bez określonego celu. Wymyka się to bowiem naszej wizji świata, filozofii życia, trybowi, w którego ramy sami siebie wkładamy.



Wraz z rozwojem cywilizacji słodkie włóczęgi, które wielu z nas pamięta z dzieciństwa, wypady do lasu, by po prostu pobyć na łonie natury, przestają pasować do poukładanego stylu życia i harmonogramu dnia codziennego. Jak to bez planu, miejsca destynacji? I warto byłoby powiedzieć sobie - tak. Po prostu wstać pewnej soboty i wyruszyć na wędrówkę. Zapakować do plecaka kanapki, wodę, zabrać ze sobą dobry humor. Zostawić wszystkie gadżety. Znów jak za czasów dzieciństwa wyruszyć na przygodę całkowicie naturalnie. 

Wakacyjny numer miesięcznika "Znak" oferuje bardzo ciekawe artykuły o tym jak zmieniały się poglądy na wędrówkę. Krótki przegląd idei wycieczek od starożytności aż po czasy współczesne, pozwala zapoznać się z tym, jak ewoluowała filozofia i podejście do wielu spraw. Bohaterowie tekstów wspominają, jak ważny był i nadal jest dla nich kontakt z naturą. Możliwość opuszczenia murów miasta i pooddychania świeżym powietrzem, wolnością. Obcowanie z przyrodą uczy pokory, ale daje również szansę na odpoczynek, którego nie zaznamy w mieście. Ruch, dotlenienie się, napawanie pięknem, odcięcie się od wszechobecnej techniki. To wszystko zyskuje całkiem nowy smak.



Kolejnym zagadnieniem jest rosnąca w siłę idea mikropodróży czyli wypraw, które można zorganizować w wolnym dniu, w weekend czy choćby w piątkowe popołudnie po pracy. Wycieczka do lasu, spacer po najbliższej okolicy, poznawanie otoczenia za miastem, korzystanie z parków oraz rezerwatów. Wykorzystywanie tego, co ma się pod nosem. Zwolennicy mikrowypraw często podkreślają, że mieszkamy w jednym miejscu przez wiele lat, tak naprawdę go nie znając. Zachęcają do rozglądnięcia się wokoło. Zauważenia architektury, osobliwości sąsiedztwa, roślinności. To początek do tego, by wyruszyć dalej. Nie oznacza to jednak wielodniowych wypraw. Wystarczy kilka godzin, by znaleźć się w zupełnie innym świecie, który urzeka, zachwyca, zniewala. Nieważne, gdzie się jest, w wielkiej metropolii, miasteczku czy małej wiosce, piękno i miejsca godne uwagi kryją się wszędzie. Warto je odkrywać.





"Znak" porusza również temat turystyki zaangażowanej, która rozwija się w Tybecie. Mechanizmy marketingowe połączone z poruszaniem emocji oraz dawką wykładów z zakresu historii i polityki, sprawiają, że ludzie nie wracają z Tybetu obojętni. Kupują gadżety, promujące walkę o niepodległość odwiedzanego miejsca, angażują się w działalność na rzecz obrony praw Tybetańczyków, zakładają koła na uczelniach, starają się dotrzeć z przekazem, który poznali jak najdalej. Czy można mówić o połączeniu metod perswazyjno-manipulacyjnych z świetnie zaplanowaną akcją marketingową? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ważne, że wszystkie przedsięwzięcia są niezwykle skuteczne. 

Poza mniejszymi i większymi zagadnieniami turystycznymi miesięcznik porusza niezmiennie tematy kulturalne. Mnie najbardziej ujęła rozmowa z filozofem Leszkiem Kołakowskim, która pokazała go jako człowieka niezwykle ciekawego i ambitnego. Młodzieńcze zainteresowania, doskonałą znajomość łaciny, kształtowanie się młodego umysłu podczas historycznej zawieruchy, to wszystko znajdziecie na stronach nowego "Znaku".



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Redakcji Miesięcznika "Znak".


sobota, 10 sierpnia 2019

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Powroty"



"Widzieli zapadający nad światem zmierzch, wyczuwali czające się już zupełnie blisko zło, a mimo to na przekór wszystkim i wszystkiemu chcieli wierzyć, że miłość ich ocali, że uda im się zachować samych siebie oraz to uczucie, które ich połączyło. Jak bardzo byli naiwni! Jak łatwowierni, sądząc, że przejdą przez otchłanie piekielne nieskalani, że nic nie zdoła złamać im ducha." - s. 174

Są książki, które wyjaśniają świat i człowieka. Pozwalają lepiej zrozumieć siebie. Wchodzą w głąb serca. Dają odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie wypowiedziało się głośno z różnych powodów. Pokazują, że inni snują podobne, jeśli nie takie same refleksje jak my. Całkowicie zagarniają człowieka, przenoszą go do innego świata i nie wypuszczają, aż wybrzmi ostatnie zdanie. Nie czuje się przy nich, że to literatura. Są dialogiem w najczystszej postaci, nie wiem tylko czy z mentorem, siłą wyższą czy w końcu ze sobą, poszukującym prawdy o świecie.  

Lot samolotem. Zmęczenie, opadające emocje. Trzymane na wodzach nerwy w końcu puszczają. Pozostaje ulga i potworne zmęczenie. A potem lądowanie. Tłumaczenie, co się dzieje, wszak Anna nie rozumie zaistniałej sytuacji. Potem już tylko telefon, który kosztuje wszystkie siły. Spotkanie z siostrą i budowanie życia od nowa. Nie ma już pięknych mozaik, owoców granatu, pysznych ciasteczek, pieszczącego skórę słońca. Chłód Paryża jest przejmujący, a zasnute chmurami niebo tylko wzmaga tęsknotę za ciepłym i pełnym kolorów Iranem. Świat nie jest już jednak taki jak był. Radość i spokój odchodzą. Rzeczywistość znów rzuca siostry w życie pełne wyzwań. 

Nie jest łatwo po raz kolejny zmierzyć się z przeciwnościami losu. Tłumaczyć córce, dlaczego nie może wrócić do domu, cierpliwie odpowiadać na pytania o ojca. Elżbieta stara się jak może, choć sama jest zagubiona. W tym trudnym czasie pomaga jej siostra. Stefania zdaje się znajdywać wspólny język z Anną, która nie może przywyknąć do Europy. Oczekiwanie na wieści o Mehrdadzie Elżbieta próbuje zagłuszyć pracą. Piękna stolica Paryża i otwierające się przed kobietą możliwości nie dają jej jednak poczucia bycia w domu. Co rusz powraca tęsknota za słonecznym Iranem, który po piekle, z którego przybyła zaoferował jej wszystko. Coraz częściej pojawiają się myśli o Polsce, z której brutalnie wyrwano siostry. Czy jednak sielskie, dziecięce wspomnienia, mają cokolwiek wspólnego z krajem, w którym panuje ustrój wprowadzony przez następców ludzi, którzy zniszczyli im życie? Czy choćby cień tego, co zostało z dawnych lat jest możliwy do odnalezienia? 



Biorąc do ręki ostatni tom serii "Owoc granatu" miałam nadzieję na dobrą lekturę i satysfakcjonujące zakończenie historii sióstr Łukowskich. Chciałam znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, przekonać się, czy miałam rację w swoich podejrzeniach. Wiedziałam, że Maria Paszyńska mnie nie zawiedzie. Nie miałam jednak pojęcia, że to co dostanę, przerośnie moje najśmielsze oczekiwania. Przede wszystkim jest to opowieść o traumie, która towarzyszy sybirakom całe życie. Dotyczy jednak nie tylko ich. Dotyka całe środowisko, najbliższych. Jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, jakby do organizmu dostało się coś, co zmodyfikowało zapis genetyczny człowieka już na zawsze. Słyszałam już o tym, że spuścizna obozów koncentracyjnych przechodzi na kolejne pokolenia. Że ten swoisty niepokój o swoje bezpieczeństwo, ciągłe napięcie, podskórna obawa i charakterystyczny smutek towarzyszą nie tylko dzieciom, ale i wnukom ocalonych. Pomimo wiedzy psychologicznej, pomocy terapeutów, zrozumienia, że po piekle, które przeszli po prostu nie da się wrócić do tego, co było przedtem, nadal zdumiewa zasięg następstw zła drugiej wojny światowej. Tadeusz Różewicz w wierszu "Ocalony" pisał: 

"Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności".
 Tego zdają się szukać również bohaterki powieści Marii Paszyńskiej. Walczą o codzienność, zmagając się z demonami przeszłości, które nie odeszły. Co więcej, które wracają w najmniej spodziewanych momentach i są boleśnie realne mimo upływu lat. Trauma nie zamiera, jest świeża, bliska jak w czasie pobytu na Syberii. Dokładają się do niej rodzące się w głowie pytania, codzienne problemy, próba życia w społeczeństwie, wśród ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli tego, co kresowe dziewczęta. Nie są one jednak jedynymi, które dotyka przeszłość. Jędrzej również zmaga się z ciemnością i wyborami, których dokonał i dokonuje każdego dnia. Przeszłość ma także wpływ na życie męża i córki Elżbiety, w większym stopniu niż bohaterka mogłaby przypuszczać. 

Łatwo oceniać z perspektywy czytelnika, na czym łapałam się podczas lektury. Zastanawiać się, dlaczego nie wybrzmiewają pewne słowa, czemu nie wraca się do konkretnych kwestii, nie szuka ulgi i pocieszenia w wyrzuceniu z siebie tego, co niszczy duszę. Łatwo mówić, gdy nie zna się smaku paraliżującego strachu, wstydu, ciemności, walki o przetrwanie za wszelką cenę, próby znalezienia jakiejkolwiek ulgi bez wystawiania na światło dzienne tego, co na zawsze powinno zostać ukryte. I nie jest to związane z brakiem zaufania do drugiego człowieka. Czasem słowa wydają się zbyt bolesne, niemożliwe do przejścia przez gardło. To zdaje się mówić autorka. Nie oceniaj pochopnie postaci, które stworzyłam. Postaraj się spojrzeć na wszystko szerzej, spróbuj znaleźć jak najlepszą perspektywę, która nie pozwoli ci rzucać pochopnych wyroków. Da za to szansę na zrozumienie, a jeśli nie, to uszanowanie tego, co jest w człowieku, jego wyborów, niedoskonałości, bólu. I bywało mi głupio, gdy okazywało się, że uparcie czułam niechęć do pewnych zachowań. Brakowało mi empatii, wyrozumiałości. 

To właśnie obnaża w czytelnikach pisarka. Pokazuje, szczególnie na przykładzie Stefanii, jak łatwo szafować wyrokami, dać się ponieść niechęci. Psychologia postaci i lekcja człowieczeństwa jest najmocniejszą stroną książki. Autorka odwraca nieco role. Pokazuje, że człowiek nie jest tylko jednowymiarowy, że zawsze nosi w sobie cierpienie, pustkę, niepewność, które niezaleczone zmieniają całe życie. A jednak da się mimo wszelkich braków stanąć na wyżynach swojego człowieczeństwa. Znaleźć siłę, której wydawało się nie mieć. Można poświęcić się dla dobra drugiego człowieka, odkupić swoje winy. Wypowiedzieć słowa prawdy, które powinny wybrzmieć dawno temu. Da się znaleźć w sobie światło, bo każdy poza wadami, ma także zalety.



"Owoc granatu. Powroty" to w równej mierze powieść o straconych szansach. Życiu obok siebie, skrywaniu się za własnymi bólami, problemami. Szukaniu ulgi w obowiązkach. Powierzchownej egzystencji, dającej złudne poczucie bezpieczeństwa. To historia o zdawkowych rozmowach, milczącej wspólnocie. Nieodżałowanych wyznaniach, których nigdy nie poczyniono. Trudno powstrzymać łzy podczas lektury, bo Maria Paszyńska przeprowadza operację na otwartym sercu czytelnika. Wyciąga na światło dzienne wszelkie lęki, które zdają się towarzyszyć człowiekowi, bez względu na to, czy przeżył traumę czy nie. Obnaża słabości, przywary, egoizm. Pokazuje naturę ludzką w najczystszej postaci, bez upiększania, gładkich słówek. Dogłębnie, boleśnie. Drąży mocno, ale nie poprzestaje na tym. Człowiek to bowiem nie tylko istota niedoskonała. To również, ktoś kto potrafi wyjść poza swoje ograniczenia. Dawać dobro, miłość, ciepło, zapomnieć o sobie, by pomóc drugiemu. Trzeba tylko dobrej woli, by dostrzec to, że w każdym tli się i światło i zalega cień. I to właśnie pokazuje autorka w pięknie literacki sposób. 

Zatrzymywałam się kilka razy w czasie lektury. Odkładałam książkę ze zdławionym gardłem, które mam i teraz, pisząc te słowa. Musiałam zastanowić się, przemyśleć pewne kwestie, bo przecież to, że mamy do czynienia z fikcyjną historią, nie oznacza, że nie opisuje ona prawdziwych kwestii. Bo nagle coś mocno i boleśnie dotyka cię swoim wydźwiękiem. Nagle zaczynasz inaczej patrzeć na pewne sytuacje z przeszłości. I rodzą się pytania, a jednocześnie otwiera się gdzieś w środku rana i stajesz przed pytaniem, co z tym zrobię. Czy postaram się uporać z tajoną i schowaną głęboko zadrą, niezrozumieniem, cierpieniem? Czy po prostu zapomnę o tym za kilka dni? Przerażająca jest siła literatury, prawda? Zastanawiam się, czy wolno mi wysunąć daleko idący wniosek, że wszyscy jesteśmy naznaczeni wydarzeniami II wojny światowej. Bardziej czy mniej musimy zmagać się z konsekwencjami tego, co uczyniono bliskim czy nieznanym nam ludziom. Wydaje mi się jednak, że tkwi w nas jakaś obawa, niepokój, smutek. I musimy się z nim uporać. Być może odzywa się jedynie w trudnych chwilach, może towarzyszy nam na co dzień. Każdy jest inny, przeżywa to i doświadcza na swój sposób. Trzeba nam jednak siły, empatii, wyrozumiałości i umiejętności cieszenia się małymi rzeczami. Ot, taka dygresja ode mnie.




Wracając jednak do powieści. Jeśli "Kraina snów" była dla mnie książką, która zdawała mi się dialogiem z nurtującymi mnie zagadnieniami, to z perspektywy czasu okazała się jedynie preludium do tego, co mnie czekało. "Powroty" kolokwialnie rzecz ujmując, rozłożyły mnie na łopatki. Gigantyczna wręcz dawka emocji, głębokie i piękne przemyślenia, cudowna polszczyzna, świetnie nakreślona akcja, żywe, rozbudowane psychologicznie postacie i ogromna odwaga autorki w poruszaniu tematów najtrudniejszych. Dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że jest to nie tylko godne i doskonałe zakończenie serii, ale najlepsza książka, którą do tej pory napisała Maria Paszyńska. Pewne rzeczy pozostały tu osnute mgłą tajemnicy, bo pisarka nie kładzie wszelkich rozwiązań łopatologicznie. Ufa wrażliwości, intuicji i inteligencji czytelnia. Daje mu swobodę interpretacyjną, choć czasem chciałoby się zapytać, ale jak to było. Mówi tyle, ile trzeba. Dobra literatura bowiem to nie tylko spektakularne plot twisty, suspensy, ale i te wolniejsze historie skupione na najważniejszych zagadnieniach. "Powroty" to literatura wyższa, która sprawia, że rozumiemy siebie i drugiego człowieka. Po której zostaje pytanie, co teraz zrobię.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Książnica. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu. Powroty, wyd. Książnica, Poznań 2019.