sobota, 20 kwietnia 2019

Spacerowe rozkminy #14


 


Wielki Tydzień zawsze kojarzy mi się z ciszą. Gdy wychodzę rano z domu zawsze jest spokojnie i cicho. Nawet, gdy ludzie gnają w każdym kierunku, gdy w sklepach gra muzyka, klienci niecierpliwią się w kolejkach do kasy, powroty do domu to często przepychanie się i wysłuchiwanie kłótni, to jednak wewnętrznie jest spokój i cisza. I nawet ta przedświąteczna bieganina spowita jest jakąś aurą, której nazwać nie umiem. 

Doświadczam tych cichych poranków, jak tamten pamiętny, gdy kobiety wyszły do grobu Jezusa i spotkały Anioła. Mam wrażenie, że świat czeka na te dni, które dla mnie mimo swojego piękna i nadziei, jaką niosą, są trudne. Dopiero Wielka Sobota wprowadza ze sobą radość i pozwala odetchnąć. To nie jest łatwy czas, ale czy to, co najważniejsze kiedykolwiek było łatwe? Trudny czas ma swoją wartość i zawsze musi się pojawić. 



Spaceruję dziś tak normalnie, żeby przewietrzyć trochę głowę, odpocząć. Spaceruję też myślami. Jest ciepło, w końcu wiosna, która aż zaprasza do wyjścia z domu. Rzadko towarzyszy mi poczucie, że wszystko jest na miejscu, ale dziś tak właśnie jest. Cieszę się słońcem, ciepłem, ruchem. Wiem, że niedługo wrócę do tego co lubię robić zawodowo, że wrócę również do kogoś ważnego dla mnie. I doświadczam tego szczęścia, gdy człowiek wie, że ma wszystko, choć pewnie wielu powiedziałoby, że to minimalizm czy że obiektywnie rzecz biorąc wcale wiele nie mam. Ale patrzę z innej perspektywy. Mam wszystko, czego mi trzeba. Może nie w nadmiarze na każdej płaszczyźnie życia, ale najważniejsze jest. I cieszę się tym, podobnie jak małymi rzeczami, których przecenić nie można. 

I może to jest ten spokój wielkanocnego poranka? Miłość w sercu i świadomość, że są rzeczy ważne, ważniejsze i najważniejsze, a cieszyć się należy wszystkim, co piękne i dobre. I wierzę w to, co zawsze powtarzał mój Przyjaciel "Najpiękniejsze dopiero przed nami".



Czytam pewnie trochę mniej, bo i inne priorytety. Czasami mam kilka książek na koncie, ale jakoś nie zawsze jest ochota, by przysiąść do recenzji. Jestem tu rzadziej, ale na moich warunkach, w swoim tempie, bardziej ze swoimi lekturami. Pewnie niedługo opowiem Wam coś o miesięcznikach, które czytam, bo warto po nie sięgnąć. Opowiem o książkach, które mnie porwały i tych, które nie zdobyły mojej aprobaty. I będę pisać o życiu, takim prostym, czasem całkiem pokręconym, gdy w sercu wiosna. Spokojnego odpoczynku dla Was, wielu łask Pana i dobrych lektur. 

Ewelina :-)




wtorek, 16 kwietnia 2019

Marta Guzowska "Raj"



"Powoli zbliża się do ognia. Płomienie hipnotyzują, nie może oderwać od nich wzroku. Robi jeszcze kilka kroków do przodu, chociaż czuje, jak skóra na twarzy zaczyna go palić. A potem nagle cały świat staje się czarny". - s. 343

Gdy tylko poznałam nazwę miejsca wydarzeń nowej książki Marty Guzowskiej od razu przypomniał mi się Dante i jego wędrówka. Przejdźmy się zatem alejkami galerii handlowej o szumnej nazwie "Raj", która staje otworem przed żądnymi doznań i zakupów klientami. Zasmakujmy klimatu sobotniego lenistwa przed majowym weekendem. Tego idealnego czasu, by w poczuciu luzu nadchodzących wolnych dni wydać trochę gotówki i wzbogacić się o nowe ubrania, buty, kosmetyki, gadżety. W końcu nigdzie nie trzeba się spieszyć, a Raj przyciąga pięknym wnętrzem oraz luksusem i kusi towarami. Wkroczmy zatem do przybytku konsumpcji, zbytku, żądz i pragnień.

Rozglądnijmy się w zadumie nad biegającymi ze sklepu do sklepu ludźmi i poznajmy bohaterów powieści. Każdy z nich ma swój powód, by odwiedzić galerię. Jakub i Andriej pracują ciężej niż zwykle. Dory i Ce szaleją wśród alejek, wrzucając relacje do mediów społecznościowych. Rudy również ma robotę, ale ta musi zaczekać, w końcu misternie utkany plan, jest dopięty co do minuty. Teresa przybywa do sklepu gnana niepokojem o córkę. To właśnie tej szóstce przyjdzie spędzić w Raju noc. Ale lepiej byłoby powtórzyć za "Boską komedią" "Ty który tu wchodzisz, żegnaj się z nadzieją". Ten czas nie będzie miał nic wspólnego z rozkosznym bieganiem po pustej galerii. W alejkach czai się niebezpieczeństwo a pokrzyżowane plany niektórych bohaterów wywołają frustrację, która doprowadzi do nieprzewidzianych wydarzeń. Raj zmieni się w piekło.

Ciekawe założenia, obserwacje, skłanianie do refleksji, wnikanie w psychikę bohaterów. To wszystko obiecano mi znaleźć w na wskroś współczesnej fabule. Świecka świątynia przepełniona konsumentami pragnącymi stłamsić swoje niepowodzenia, żale, kompleksy za pomocą przedmiotów. Poprawianie sobie humoru nowym ciuchem, nagradzanie za trud codziennej pracy, odwracanie uwagi od tego, co trzeba zmienić lub zaspokajanie sztucznie wywoływanych przez marketing potrzeb. Znamy to doskonale, rozumiemy i wiemy, jak działają haczyki zastawiane przez właścicieli sklepów i sprzedawców. A jednak tak łatwo wpaść w pułapkę i dać porwać się zakupowemu szaleństwu, zrekompensować sobie przedmiotami wszystkie troski, pokazać w mediach społecznościowych jak wspaniale spędzamy czas. Wykreować siebie i swoje życie, tak jak się nam podoba, bo liczymy się tylko my. Ciągle głodni ludzkiej uwagi, niedocenieni, ginący w morzu zwyczajności. Nieumiejętność radzenia sobie z porażkami, problemami, własną niedoskonałością, samotność w tłumie, niedocenienie i powierzchowne relacje. To wszystko starała się ukazać autorka "Raju".

I faktycznie na kartach odnajdziemy Teresę, która pragnie poczuć się lepiej dzięki zakupom, choć stan jej konta błaga o litość. Dory i Ce, które są idealnymi dziećmi social mediów, szczególnie ta druga. Będą selfiki robione w najmniej oczekiwanych momentach, kręcenie filmików, które przyprawiają o dreszcze i pytanie, co z tobą człowieku nie tak. A jednak coś nie zagrało w tej powieści.

"Chce odepchnąć ręce "najlepszej przyjaciółki" i powiedzieć, żeby przestała się kleić, kiedy Dory sama ją puszcza i - wow, dla odmiany! - chwyta za rękę matkę. Która ma naprawdę przestraszoną minę. Jakby sama była małą dziewczynką. Ale Ce nie ma ochoty tego analizować." - s. 119

Zaczyna się już od samego blurba, w którym odnajduję nieścisłość. Podejrzewam, że gdyby było tak, jak napisano, fabuła wyglądałaby zgoła inaczej, może byłaby bardziej intrygująca. Mamy bowiem jedną, góra dwie sceny, które można podpiąć pod przedstawione założenie. A szkoda. Samo pytanie o to, co się stanie, gdy świat oparty jedynie na pragnieniu zdobycia kolejnych lajków, followersów, uwagi i bycia gwiazdką social mediów się zawali, pozostaje dla mnie bez odpowiedzi. Zabrakło mi konkretnych wniosków, refleksji bohaterów, czegoś, co wpłynęłoby na ich postępowanie. Niby brak odpowiedzi może być odpowiedzią, ale czuję jakby temat został rzucony w próżnię.

Pomysł podzielenia książki na trzy części i rozdziały opowiadające o poszczególnych bohaterach jest całkiem dobry. Autorka dostosowuje tekst językowo, tak, by się wyróżniał, odpowiadał konkretnej postaci. Wulgaryzmów, zapożyczeń z języka angielskiego i młodzieżowego slangu jest dość dużo i przyznam, że czasami mocno grało mi to na nerwach, szczególnie powtarzające się jak mantra "oł, em dżi". Sami bohaterowie pozostawiają wiele do życzenia. Wydają się jednowymiarowi i nierzeczywiści.  Ich zachowania są nieracjonalne i ogromnie przerysowane. Pani psycholog ma tyle lęków, kompulsywnych myśli i reakcji, że sama powinna wiedzieć, iż nie jest z nią dobrze i wizyta u specjalisty jest koniecznością. To najbardziej niepokojąca postać, zwłaszcza okazuje się to w toku akcji. Gwiazdka youtube'a, dla której nie istnieje kompletnie nic poza lajkami i followersami - Ce traktuje ludzi jako przydatnych do realizacji celów lub nie. Kompletnie nie potrafi ocenić sytuacji, żyjąc w wyimaginowanym, wirtualnym świecie. Jej naiwność i oderwanie od rzeczywistości są tak karykaturalne, że aż nieprawdziwe. Dorota, która ciągle narzeka, że jest gorsza od przyjaciółki i ma ksywkę po głupiej, filmowej rybce, zdaje się mieć nieco więcej oleju w głowie. By przypodobać się Celinie i wyrwać spod osaczającej nadopiekuńczości matki, wdaje się jednak w bardzo niebezpieczną grę. Andriej to bandzior bezustannie podkreślający jak to on nie lubi Polaczków, którzy nie potrafią się bawić. Pogardę do nich prezentuje na każdym kroku i szczerze powiem, irytowało mnie to ciągłe i zbędne podkreślanie beznadziejności mieszkańców naszego kraju. Rudy czyli złodziej z planem dopiętym na ostatni guzik i wielkim ambicjami był raczej neutralny, miał zrobić co jego i wrócić. Marzenia o byciu kimś więcej i rozważania o karmie, to w zasadzie jedyne, co wyróżniało tę postać. W końcu diler Jakub, współpracownik Andrieja, młody chłopak, który stara się unikać kłopotów i  jest przekonany o swojej nieomylności. Pozostaje jeszcze jedna postać, mianowicie cudotwórca Jonasz, spec od zdobywania kontraktów, który przynajmniej na mnie nie zrobił wrażenia.




W "Raju" nie znalazłam spektakularnych zwrotów akcji, wielkiego napięcia czy dramatyzmu. Rozterki, jeśli się pojawiały, nie zatrzymywały mnie na dłużej. Z bohaterami trudno się zżyć, ponieważ żaden z nich nie wzbudza sympatii, nie ma większych dylematów moralnych, a przemianę przechodzi tylko jedna osoba. Wnikanie w psychikę postaci pokazało tylko ich ubóstwo wewnętrzne i pustość. Wiele w tej książce powtórzeń, nie wiem czy z braku zaufania do czytelnika, czy z chęci podkreślania pewnych aspektów. Myślę, że jedno mocne zaakcentowanie cech czy spraw w zupełności by wystarczyło. Samo zakończenie pozostawia wiele do życzenia. Można by je określić klamrą kompozycyjną, ale wówczas rodzi się pytanie, jaki z tego morał? Mimo małego (jak dla mnie) druku książkę czyta się jednak naprawdę szybko. Pomysł był i to dobry, ale nowej powieści Marty Guzowskiej nie ratują ani przerysowani i nieciekawi bohaterowie, ani powtarzalność pewnych sformułowań czy fragmentów, ani akcja, która nie przyciąga (raczej ma się ochotę przekonać, czy najbardziej przewidywany scenariusz się sprawdzi). Lubię książki pani Marty, ale nie znajduję w "Raju" głębokiego pochylenia się nad problemem uzależnienia i życia w social mediach (jest za to teza, która wywołuje raczej zdumienie niż refleksję) czy pogłębionych portretów psychologicznych. Piszę to z przykrością, ale mnie ten thriller kompletnie nie przekonał. Był po prostu słaby i nie spełnił swoich obietnic. Jednym słowem "Raj" okazał się bardziej drogą przez czyściec, w którym nie bardzo chciałam się znaleźć.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

Marta Guzowska, Raj, wyd. Marginesy, Warszawa 2019.

wtorek, 2 kwietnia 2019

Magdalena Kiełbowicz "Huczy jak w ulu"




"Lubię czytać książki. To moja największa pasja. Dzięki książkom mogę być bardzo daleko, nawet jeśli nie wychodzę z domu. To prawie jak czary! Zaczynam czytać i po kilku zdaniach jestem na pustyni, w lesie, na statku pirackim, w jakimś nieznanym kraju albo na innej planecie. Poznaję nowe miejsca, nowych ludzi i ich przygody. Jasne, że w wyobraźni, ale to bez różnicy, bo śmieję się tak samo, jak śmieję się naprawdę, tak samo się denerwuję i smucę." - s. 45


W życiu czasami jest jak w ulu. Huczy, dzieje się, jest zamieszanie, choć każdy zna swoje miejsce i robi to, co do niego należy. Wszystko jest uporządkowane, ale gdybyśmy spojrzeli z zewnątrz, odnieślibyśmy wrażenie chaotyczności. Zachodzące interakcje nadają miejscu życia, swoistej magii. Szczególnie widać to, gdy jest się dzieckiem ciekawym całego świata. 

Książki, pokazujące uroki codzienności, w której wcale nie musi być nudno, mają dla mnie nieodparty urok. Starszym przypominają dobre czasy, a młodszych uczą, że wcale nie trzeba telewizji, Internetu czy najnowszych gadżetów, by było interesująco. Dzieci mają tę niezwykłą zdolność, że potrafią uczynić przygodę niemal z wszystkiego a to, co dla starszych znajome i często niezauważalne, dla nich jest ciekawe i pociągające. Nikt lepiej niż one nie czuje magii codzienności i nie potrafi ożywiać za pomocą wyobraźni nawet najbardziej banalnych przedmiotów.



W domu na ulicy Makowej na pewno nie jest nudno. Czytelnik wędruje prowadzony przez Ulę Hernik, narratorkę, która przedstawia swoją rodzinę i zadziwia zaskakującymi oraz bardzo trafnymi komentarzami. Ma głowę pełną pomysłów, wielkie plany na przyszłość i niezmordowany zapał, by uczynić każdy dzień wspaniałą przygodą. Dziewczynka zaprasza nas do świata mieszkańców kamienicy, ich zajęć, upodobań. Poznajemy miłego szewca Antoniego, Alfę i Omegę, Ksawerego, który zawsze wymyśli coś niesamowitego, Melanię Szulc, znaną aktorkę sprowadzającą ze sobą dziennikarzy i fotografów, dziadka i pradziadka dziewczynki, Słodkiego - jej przyrodniego brata i wielu innych bohaterów.

Ta wesoła gromadka zapewni wszystkim moc wrażeń i dużo uśmiechu. Ciekawość bohaterki, jej usposobienie, charakter oraz zdolność do bystrego obserwowania i inteligentnego komentowania rzeczywistości, są gwarantem dobrej lektury. Bo wcale nie trzeba wielkich i niezwykłych wydarzeń, by stwierdzić, że życie jest naprawdę pasjonujące. Ula, choć żyje we w naszych czasach nie jest przywiązana do telewizora, tabletu, Internetu. Doskonale obywa się bez nich i to jeden z najlepszych wątków tej książki. Autorka udowadnia, że nie musimy korzystać z technologii, by wspaniale spędzać czas. Podkreśla rolę rozmów z rówieśnikami i dorosłymi. Pokazuje jak za pomocą wyobraźni dziewczynka wyśmienicie się bawi, ucząc bycia w grupie, doceniania małych rzeczy, zwracania uwagi na drugiego człowieka. 

Co dzień to inna przygoda, tak mogłabym określić książkę Magdaleny Kiełbowicz. Pisarka w prosty, bardzo przystępny, ciekawy i pociągający dla dzieci sposób pokazuje, że to my decydujemy o tym, jak spędzamy czas. To nie w żadnych nowinkach technologicznych, ale w nas tkwi magia. Wystarczy książka, wyobraźnia i szczypta dobrego humoru, by wszystko było jak najlepiej. Każdy rozdział to nieco inna historia, która z pewnością zaciekawi młodych czytelników. Pozwoli im lepiej zrozumieć, jak działa świat, co można robić w wolnym czasie, jak ważne są relacje międzyludzkie. Nie brak w "Huczy jak w ulu" humoru, puszczania oka do czasów dzieciństwa rodziców czy choćby dużej mądrości bohaterki. Co ważne, Ula bardzo ciekawie opowiada o książkach i bibliotece, będących świetną alternatywą dla ekranów, co stanowi dodatkową zaletę publikacji. Książka jako brama do wielu światów, biblioteka jako miejsce ciekawych zajęć oraz bibliotekarka, potrafiąca odpowiednio dobrać lekturę, na pewno zachęcają do zagłębienia się w literacki świat, w którym podobnie jak w kamienicy na ul. Makowej czeka niejedno zaskakujące i wywołujące uśmiech na twarzy oraz moc emocji zdarzenie.


"Huczy jak w ulu" napełniło mnie sentymentem, przeniosło do lat dzieciństwa, oczarowało humorem, językiem, szczerością i prostotą. Było jak piękna wyprawa do czasów, za którymi się tęskni, a jednocześnie pokazywało, że przecież nic straconego. W końcu do mass mediów i nowinek technologicznych, można podchodzić z głową jak panna Hernik. Znaleźć złoty środek i cieszyć się wyobraźnią, książkami, drugim człowiekiem i pomysłowością - tak mogłabym podsumować książkę Magdaleny Kiełbowicz, którą powinni przeczytać wszyscy młodzi ludzie. Szczególnie poleciłabym ją tym, którzy twierdzą, że bez Internetu, telewizji, tabletu i telefonu nie ma zabawy. Jest i to wspaniała. Optymizmem i radością napełnia mnie fakt, że powstają dziś takie książki, obecnie chyba jeszcze bardziej potrzebne niż kiedyś. I przypominają, gdzie jest prawdziwe życie i szczęście. Do tego robią to w naprawdę dobrym stylu. Z mojej strony wielkie DZIĘKUJE dla autorki.  A na koniec jeszcze uśmiech za ilustracje :).

Fragment książki możecie przeczytać TUTAJ

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak Emotikon. 



Magdalena Kiełbowicz, Huczy jak w ulu, wyd. Znak emotikon, Kraków 2019.