wtorek, 8 stycznia 2019

Jakub Małecki "Nikt nie idzie"




"Nie wiedziała, jakim cudem - inni nie zauważali. Podchodził wtedy i opierał jej twarz na tym miękkim, wrażliwym kawałku ciała pomiędzy szyją a mostkiem. Ręce trzymał przy bokach. Miała wtedy ochotę płakać do końca świata. Opierał się o nią jak kłoda, nie człowiek - jak jeden z tych zwyczajnych przedmiotów, które tak lubił." - s. 116

Wszystko zaczęło się od pewnego chłopca-mężczyzny podróżującego komunikacją miejską z balonami. To on nie dał autorowi spokoju. Zadomowił się na dobre w jego umyśle, by pozostać zapamiętanym jako bohater książki. Czy kiedykolwiek dowie się o tym, że był swoistym natchnieniem? Tego nie wiem, być może nie. 

To wokół niego jednak skupia się akcja powieści, choć w zasadzie sam siebie nie charakteryzuje. Jest go wiele, a jednocześnie boleśnie mało. Klemensa obserwujemy oczami innych - rodziców, którzy muszą poradzić sobie z niepełnosprawnością syna czy niespodziewanie wkraczającej w jego życie Olgi. On sam pozostaje jakby na uboczu, świadomy tego, co rozgrywa się dookoła, milczący. 

Najnowsza powieść Jakuba Małeckiego traktuje o kilku ważnych rzeczach. Wartościach, brakach i pragnieniach przeplatających się między sobą, tworzących mozaikę codziennego życia. Tym razem bowiem autor odszedł od realizmu magicznego, przesądów, niesamowitości na rzecz najzwyklejszej prozy życia, z którą styka się każdy z nas. Jestem pod wrażeniem tego, jak udało mu się stworzyć historię, która zaciekawia i wciąga, mimo że nie ma w niej nic nadzwyczajnego. Jest za to dużo życiowej prawdy i emocji, tak doskonale znanych każdemu. 

Samotność ta przeżywana, gdy ktoś niespodziewanie odchodzi i zostaje się samemu z całym trudnym światem, dzieckiem, koniecznością utrzymania się, tysiącem problemów. Ta, która zagląda przez okno, gdy zmęczona Marzena nie wie, co zrobić ze swoim życiem, gdy alienuje się od innych, bo przecież tak dziwnie patrzą na jej syna, a on jest po prostu nieco odmienny. Inna, kiedy nagle potrzeba rozmowy z drugim człowiekiem, kontaktu cielesnego i duchowego, przybiera namacalne wymiary i gdy pragnienie współdzielenia z bliźnim radości i smutków po prostu wypływa z człowieka. Ta, gdy traci się kogoś, nie do końca wiedząc dlaczego. Gdy ścieżki życia przecinają się wielokrotnie, by następnie rozejść się w swoje strony. Kolejna mająca twarz pustki, która czai się za dobrymi związkami z niewłaściwymi ludźmi i niezdecydowaniem, znana Oldze i Igorowi W końcu to wgryzające się w człowieka uczucie, towarzyszące mu podczas wędrówek ulicami szarej i wiecznie zagonionej Warszawy. 



Jakub Małecki pokazuje jak trudno budować relacje i doceniać kogoś, kto jest obok. Przyzwyczajenie, niezdecydowanie, niewiedza, czego tak naprawdę chcemy w życiu, to wszystko przeplata się na kartach powieści. Jeden błąd może rzucić się cieniem na całe życie. Nigdy jednak nie jest za późno, by zacząć od nowa. Spojrzeć na świat inaczej, stanąć przed sobą w prawdzie, zanurzyć się we własny wewnętrzny świat i przekonać, co tak naprawdę daje mi szczęście, kto sprawia, że świat jest lepszym miejscem, a dzień wydaje się piękniejszy. W równej mierze to historia o codziennych, zwykłych relacjach, które czasami męczą, nieraz są dobre, choć nie ma w nich fajerwerków. To apoteoza szarej codzienności, uczącej doceniać zwykły uśmiech, kubek herbaty, obecność, pomoc. Tych chwil, które niezauważenie przemijają każdego dnia, choć mamy ich tysiące. Pięknych, choć umykających w ferworze dnia.

"Od młodości słuchał aranżacji wirtuozów i tropił w nich drobne potknięcia, ledwie słyszalne odchylenia od tempa. Z upływem lat granie na głos coraz bardziej wydawało mu się graniem ułomnym, a on nie znosił ułomnego grania. Podejmując tamtą niezrozumiałą dla innych decyzję, nie wyobrażał sobie innej możliwości. Chciał być najlepszy, a jedyna droga do doskonałości wiodła właśnie tędy." - s. 194

To również rzecz o porzuconych i zagubionych marzeniach. Pragnieniu doskonałości tak wielkim, że obezwładniającym. I do dziś zastanawiam się, czy mogłabym także zaryzykować stwierdzenie, że odbierającym radość z pasji. Bo rodzą się we mnie pytania, czy chęć osiągnięcia mistrzostwa w jakiejś dziedzinie, tak wielka, że prowadząca do absurdalnych wniosków, może pozostawić zadowolenie, wiązać się z dalszym zamiłowaniem. Nie mówimy bowiem o chęci wybicia się ponad własne ograniczenia, ale zamknięciu się we własnym świecie, dążeniu w dość rygorystyczną i niezrozumiałą dla mnie stronę. 

W końcu powieść ta nieodmiennie łączy się z lataniem. Tym dosłownym, gdy człowiek odrywa się od ziemi i czuje się wolny i tym metaforycznym, które dla każdego wiąże się z czymś innym. Zbudowaniem życia od nowa, realizacją marzeń, spełnieniem artystycznym, znalezieniem swojego miejsca. Bohaterowie Małeckiego są nieco jak liście na wietrze, unoszące się i targane porywami wiatru, którym bywa los, a czasami ich własne decyzje. 




Gdy myślę o "Nikt nie idzie" kotłuje się we mnie wręcz cała gama emocji. Jestem urzeczona, spokojna, to znów szybko chcę zasiąść do ponownej lektury, by zanurzyć się w smutku tej powieści. Jest w niej coś uzależniającego. Przyznam się, że bardziej podobała mi się "Rdza", a jednak mam ochotę wrócić do najnowszego tekstu autora "Dygotu". Chcę rozsiąść się w znajomych zagadnieniach, bo któż nie zna trudu życia i samotności. Chwil we własnym świecie, z którego wyrywamy się do rzeczywistości, a może tak naprawdę ona wkracza w nasze wnętrze. Tego roztargnionego przemierzania ulic wielkich miast, szarych, zabieganych, nieraz męczących i stanowiących jedynie tło w codzienności. Wędrówek znanymi trasami w towarzystwie smutku, rozczarowania, strachu, bezpieczeństwa, spokoju, podekscytowania, radości. Dobrych i złych wyborów, schodzenia się i rozchodzenia z ludźmi. Szukania tego właściwego człowieka. Choć zakończenie wydaje mi się bardziej urwane niż otwarte i słabsze od poprzednich w innych książkach, to śmiało mogę napisać, że Jakub Małecki porwał mnie niezwykłą zwyczajnością dnia. Gdybym miała opisać "Nikt nie idzie" w jednym zdaniu, powiedziałabym, że jest to dobrze napisana powieść o poezji i prozie codziennego życia zwykłego człowieka. Nic dodać, nic ująć. 

Jakub Małecki, Nikt nie idzie, wyd. SQN, Kraków 2018. 

4 komentarze:

  1. Piękna recenzja. Widać, że rzeczywiście mocno cenisz tego autora. Muszę czym prędzej przestać sobie to obiecywać i zabierać się za jego powieści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :-). Jakuba Małeckiego zdecydowanie warto czytać ze względu na dopracowany język, magię, którą wprowadza do książek, klimat jego powieści i fakt, że nie ma tam błahych tematów i zbędnych słów. Wszystko jest dopracowane i czaruje zarówno formą jak i treścią. To nie jest łatwa literatura, choć czyta się szybko. Pozostawia zawsze tematy do rozważań i to uczucie, gdy wiesz, że trafiłaś na właściwą lekturę. Nie jest to może rzecz dla wszystkich, ale jeśli ktoś lubi książki nieco trudniejsze, bardziej klasyczne, to powinien poznać twórczość autora. Daj znać, co myślisz po lekturze. Jestem ciekawa, czy zadziała i na Ciebie. Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Wspaniały tekst i co tu dużo mówić - ogromnie zachęcający do lektury. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło mi to słyszeć :), dziękuję. Jakuba Małeckiego polecam zawsze, choć "Nikt nie idzie" nie jest dla mnie najmocniejszą pozycją autora. Pozdrawiam :)

      Usuń