poniedziałek, 31 grudnia 2018

Podsumowanie roku 2018




Nie wiem, kiedy minął mi ten rok. Wszystko działo się dość szybko. Z czytaniem bywało różnie. Czasami trafiałam na naprawdę dobre lektury, innym razem miałam ochotę cisnąć czytaną książką albo byłam okropnie zawiedziona. Nie zapisywałam wszystkiego, co udało mi się przeczytać, bo to nie wyścigi. Na pewno skończyłam 52 książki, ale lektur mogło być więcej.

Co mnie jednak najbardziej cieszy to spotkania, które mogłam poprowadzić, te w których wzięłam udział i ludzie, których poznałam.

Spotkania :-)



Rok zaczęłam od rozmowy z Jakubem Małeckim. Przyznam, że to pisarz, który ogromnie mnie zaskoczył nie tylko wymową tekstów, ale ich ładunkiem emocjonalnym. Oniryczne, balansujące na granicy jawy i snu, rzeczywistości i przesądów lub wierzeń opowieści nie tylko sprawiają, że czytelnik zanurza się w nich głęboko i refleksyjnie, ale pisane są naprawdę piękną polszczyzną. Każda książka pisarza podwyższa poprzeczkę, zabiera czytelnika do całkiem nowej krainy, innych odmętów ludzkiej duszy, tęsknot, marzeń, nieraz także lęków. Autor z wirtuozerią gra na kolejnych strunach duszy, zaskakując coraz bardziej. Poważny, melancholijny ton powieści kontrastuje ze skromnym i wesołym twórcą, który jak sam przyznaje, nie wie jak to się dzieje, że jego książki są tak niepodobne do niego. 



W marcu miałam okazję spotkać się z Marią Paszyńską, wspaniałą pisarką, która swoimi książkami czaruje wielu czytelników. Spod jej pióra wypływają niezwykłe, plastyczne, piękne i przesycone emocjami powieści zakorzenione w prawdziwych, historycznych realiach. Maria Paszyńska przybliża wspaniałe światy, znakomicie wprowadzając je w pomysłowe fabuły. Potrafi zaczarować szczegółowością opisywanych miejsc, doznań, nawet tych najtrudniejszych. Z jej książek wypływa wiara w dobro drugiego człowieka, umiejętność dostrzegania tego, co piękne, ale i zaduma nad rzeczami, które nie powinny się wydarzać. To jedna z tych osób, dla których potrafię zarwać noc, byle tylko dokończyć lekturę. Podczas spotkania pytałam o drogę pisarską autorki, jej zamiłowania literackie, wydane powieści i plany na przyszłość. 



Gdyby ktoś powiedział mi kiedyś, że przeprowadzę rozmowę z Wojciechem Jagielskim, uznałabym, że żartuje. A jednak marzenia się spełniają. Tego znanego każdemu reportażysty nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Od dziecka słyszałam o jego podróżach, relacjach. To jedna z tych osób, które towarzyszyły mi od dziecka przez dorastanie aż po wiek dojrzały. Jeden z niedoścignionych wzorów, jeśli chodzi o reportaże, człowiek szalenie ciekawy. Zdumiała mnie niezwykła otwartość Wojciecha Jagielskiego, naturalność z jaką rozmawia z każdym, choć po przeprowadzeniu w życiu tylu rozmów nie powinno mnie to dziwić. Początki kariery, wgryzanie się w historie ludzi, wyprawy jako korespondent, to tylko niektóre z kwestii, jakie mogłam poruszyć podczas spotkania. 



W końcu niezwykła rozmowa z kolejnym reportażystą, tym razem Mariuszem Szczygłem. Są dwie rzeczy, których ogromnie chciałabym się nauczyć od autora "Nie ma" - warsztatu pisarskiego oraz umiejętności przyjmowania wszystkich ludzi bez oceniania ich. Nie wiem czy taką postawę można nazwać stoicką, dla mnie na pewno jest ogromnie ludzka. O tym, czy w życiu mamy więcej "jest" czy "nie ma", pisaniu tekstów, zainteresowaniu Czechami, które w szczególny sposób zostały przedstawione w "Gottland" i szukaniu prawdy, co zostało poruszone w "Projekcie prawda" i nie tylko mówiliśmy w grudniu. To rozmowa, przed którą się stresowałam, ale śmiem twierdzić, że nazwałabym ją jednym z najlepszych, jakie poprowadziłam. 




W tym roku uczestniczyłam również w kilku bardzo ciekawych wydarzeniach. Przede wszystkim były Targi Wydawców Katolickich ze wspaniałymi spotkaniami z Łobuzami, Siostrą Małgorzatą Chmielewską, Przemysławem Wilczyńskim i Marią Miduch. Następnie Warszawskie Targi Książki i bieganie pomiędzy stoiskami, stanie w kolejkach do autorów młodzieżowych, gdzie byłam chyba najstarszą czytelniczką ;) oraz wyszukiwanie perełek. W czerwcu pracowałam jako wolontariusz na Big Book Festivalu. Październik był związany z powrotem do rodzinnej miejscowości na debatę blogerów "Promotorzy czytania", którą wspominam bardzo dobrze i miło. Poznałam osobiście wspaniałe dziewczyny, pogadałam o tym, jak wygląda blogosfera, zastanawiałam się wraz ze współrozmówczyniami nad tym, jak powinna się rozwijać i jak zachęcać do czytania. Literacka Stolica zaowocowała przede wszystkim bardzo konkretnymi wnioskami dotyczącymi dalszej działalności na blogu. Utwierdziłam się mocno w tym, co od 1,5 roku delikatnie starałam się wprowadzać na tyle, że format Spaceru zmieni się dość mocno. Dużo sympatycznych, ambitnych i ciekawych blogerów, merytoryczne treści - wykłady Pauliny Małochleb i Rafała Hetmana oraz przemiłe książkowe prezenty, które poszerzą znacząco moje horyzonty literackie, czegóż chcieć więcej? Ostatnim wydarzeniem, które było dla mnie niezwykle ciekawe był wykład Mikołaja Golachowskiego, który odbył się w Bibliotece Publicznej w Dzielnicy Wilanów. Humor, piękne zdjęcia i masa ciekawych informacji sprawiły, że ten wieczór na długo pozostanie w mojej pamięci. 





Blogowo układało się różnie. Czasami bywało Was tu więcej, innym razem mniej. Zdarzały się momenty, gdy zastanawiałam się, co dalej. Nie zawsze miałam czas czytać i pisać. Pojawiałam się i znikałam. Przyjęłam pewne założenia, między innymi recenzowanie powieści po całym boomie wydawniczym, jeśli wydawnictwo na to pozwala. Takie działanie daje szansę dotarcia do osób, które unikały szumu związanego z danym tytułem. To też szansa na głębszą analizę treści i zainteresowanie tytułem. W tym roku Spacer objął swoim pierwszym patronatem powieść Marii Paszyńskiej "Córka gniewu", z czego jestem ogromnie dumna. Miałam również okazję zrecenzować na długo przed premierą tomik poezji Adriana Sinkowskiego "Atropina". Sama nie wiem jak znalazłam się także w podziękowaniach pewnej powieści, co było dla mnie zaskoczeniem totalnym. Podobnie jak to, że podczas jednego spotkania autorskiego korzystano z mojej recenzji. 



Jeśli chodzi o najlepsze książki to nie klasyfikuję ich jakoś szczególnie, podaję tak jak się pojawiały na blogu. Każda z nich coś mi dała. Wyróżniała się czymś innym, choć bywały zbieżności. Wiele rzeczy, które chciałam przeczytać pozostało niestety nietkniętych, ale zawsze jest czas w przyszłym roku. Nie pisałam o wszystkich przeczytanych książkach. Do niektórych muszę wrócić, jeszcze raz przeżyć, by opowiedzieć to, co czuję w najlepszy sposób. Poniżej jednak lista pozycji, które wyróżniły się w tym roku:

1. Monika Milewska "Latawiec z betonu" - ciekawa wizja nie tylko gdańskiego falowca, ale braku zrozumienia i refleksji nad życiem. Poddanie się propagandzie i odrobina realizmu magicznego z podróżami w czasie.

2. Maria Paszyńska "Owoc granatu. Kraina snów" - to, że Maria Paszyńska ma niezwykły dar do pisania było dla mnie jasne już po pierwszej powieści. Uwielbiam jej drobiazgowość w opisach, emocjonalność, ale znaleźć książkę, która stawia pytania chodzące po własnej głowie i snuje refleksje, z których mogę zbudować odpowiedzi, to już wyższa liga.

3. Jakub Małecki "Dygot" - nietuzinkowa powieść z pogranicza rzeczywistości i baśni. Głęboko emocjonalna, wymagająca przemyślenia, klimatyczna i smutna. A do tego piękna językowo i oryginalna. Nie zrecenzowałam jej, nadal dorastam do pisania o książkach Jakuba Małeckiego.

4. Mark Sullivan "Pod szkarłatnym niebem" - ta pozycja urzekła mnie przede wszystkim ogromnym człowieczeństwem głównego bohatera, który istniał naprawdę. Żył, pomagał innym, przeżywał swoje wzloty i upadki. Rzecz o tym, jak skomplikowane i trudne potrafi być życie. 

5. Bea Uusma "Ekspedycja" - to właściwie zapis życia i pogoni za marzeniem a nie książka. Historia zafascynowanej wyprawą polarną kobiety, która podporządkowała całe swoje życie rozwikłaniu pewnej zagadki. Pełna zdjęć, notatek, fragmentów z pamiętnika i wielu ciekawych  informacji publikacja.

6. Gabriel Tallent "Moja najdroższa" - przyznam, że to ogromnie dziwna historia. Z jednej strony przeraża i odpycha, z drugiej przyciąga z nie do końca zrozumiałą siłą. Nie oceniam samego pomysłu, ale językowo na pewno jest w porządku.

7. Adrian Sinkowski "Atropina" - czasami mam wrażenie, że coś mi umyka. Takie odczucia miałam podczas lektury wspomnianego tomiku. Jednocześnie dał mi on radość z poczucia tego, że nie ma jednej właściwej interpretacji. Ścieżek jest wiele, zależą od naszej inwencji, doświadczenia, zauważenia poszczególnych rzeczy. Odkryć na nowo interpretację to wspaniałe doświadczenie. 

8. Piotr Durak "Raport zza mgły" - czasami lubię poczytać smutne rzeczy, prozę która nie bije optymizmem ani nawet realizmem, ale pokazuje przygnębiającą refleksję o dzisiejszym świecie, w który zostaliśmy wrzuceni bez naszej zgody i pytania o cokolwiek. Tęsknota za utraconym światem, nieprzystawalność do współczesności, brak zrozumienia a może zgody na dzisiejsze mechanizmy. To wszystko zamknięte w poetycką prozę, która mocno wybija się na tle wierszy, również dobrych, ale jednak to ona zdobyła moje serce. 

9. Mariusz Szczygieł "Nie ma" - nie powiem, że jest to łatwa książka. Nie jest jednorodna. Cenię ją za refleksję, zagadnienia do przemyślenia których autor zmusza czytelnika, mierzenie się z własnym życiem, przemijalnością, emocjami, brakami i zauważanie tego, co towarzyszy nam w codzienności. 

Moje literackie zawody tego roku

1. Lidia Tkaczyńska "Kobieta z klasą. Poradnik" - to, co pojawiło się w recenzji mówi samo za siebie. Zbyt dużo niepozytywnych emocji wyrosło z mojej strony wokół tej pozycji. Oczekiwałam zupełnie czego innego, dostałam treść, z którą w wielu względach się nie zgadzam, w innych nie była ona dla mnie nowością, choć niespecjalnie interesuje się modą. 

2. Remigiusz Mróz "Nieodnaleziona" - zapowiadało się całkiem nieźle. Autora lubię, może dlatego nie napisałam recenzji po przeczytaniu tej książki. Dość powiedzieć, że czuję się trochę oszukana. To nie Mróz, którego znam i który potrafi znacznie lepiej budować fabułę. Historia jest trochę nierealna a to, ile jest w stanie wytrzymać bohaterka już zupełnie mija się z prawdą. Nawet superman by wymiękł, a ona niezmordowanie przed do przodu. Również zakończenie nie zachwyca, a wręcz jest niezrozumiałe. 

3. Laini Taylor "Marzyciel" - to zdecydowanie nie jest zła książka, jest dobra, naprawdę. Podziwiam autorkę za wyobraźnię, sposób budowania opisów, dokładność. Owszem wciągnęła mnie fabuła, język jest bardzo ładny, myślę, że w oryginale nawet może być lepszy, jednak gdy wszyscy mówili o tym jaka to oryginalna powieść, ja doszukałam się w niej podobieństw z "Buntowniczką z pustyni", samo zakończenie również nie było dla mnie zaskoczeniem, okazało się raczej przewidywalne pod pewnymi względami. Nie ukrywam jednak, że chętnie przeczytam "Muzę koszmarów". Po prostu liczyłam na więcej. 

To tyle jeśli chodzi o 2018 rok. Zamykam go całkiem pozytywnie. A jak było u Was?


poniedziałek, 24 grudnia 2018

Wesołych Świąt






„W wieczór Wigilijny zatrzyma się świat na chwilę. Ludzie wyciągną do siebie ręce, będą dzielić się chlebem, życząc sobie szczerze, ciesząc się oczekiwanym Gościem. Podniosą oczy w stronę nieba. Będą wypatrywać, skąd nadejdzie nam pomoc. Niebo połączy się z ziemią, Aniołowie pozazdroszczą pokoju ludziom dobrej woli. Kościół zaśpiewa radosną pieśń - kolędę. Uklękną wszyscy przed Bogiem - Dzieciną.”
Pełnych miłości, ciepła i radości świąt. Zatrzymania się i wspaniałego czasu z rodziną oraz cudownych prezentów.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Mariusz Szczygieł "Nie ma"




"Chyba każdy lubi być spacerowiczem po cudzej historii. Nie potykać się o nic, nie wpadać w dołki, gładko sobie sunąć po trawniku czyjegoś życia." s. - 165-166

Pomysł na napisanie książki o tym, czego nie ma pojawił się już w "Projekcie prawda". Temat jednak musiał się uleżeć, spełnić wymagania, które postawiono przed autorem. Być może potrzebował również rozwinąć się w swoim tempie, powoli, rzekłabym nawet niespiesznie, by wciągnąć w świat wielu bohaterów i historii. 

Mariusz Szczygieł zabiera czytelnika w podróż przez porywające, ale i całkiem zwyczajne historie. Wspomina o wierszu Violi Fisherovej, który zawładnął nim w metrze na tyle, że postanowił sprawdzić, kim była autorka. Kilka słów przeczytanych w środku komunikacji, w którym każdy patrzy w komórkę, skupia się na sobie, doprowadziło reportażystę nie tylko do fascynującej historii, ale przede wszystkim do pięknej znajomości. Czeska poetka okazała się bowiem postacią nietuzinkową i dowodem na to, że zawsze można zacząć tworzyć. Autor opowiada również oj kobiecie, która zamyka swoje życie w tabelce Excela, pozostawiając tym samym ślad po sobie. Swoista spuścizna, wydaje się być manifestem, zobaczcie miałam udane życie. Inny rozdział" dotyczy ogromnie charakterystycznej willi i jej mieszkańców. Czytelnik poznaje również mężczyznę, który uwierzył w koniec świata i uwolnił się od wszystkiego, co materialne. Wgryza się w historię Tomasza Gónickiego, ciekawego i oryginalnego twórcy, pracującego często w dość niestandardowy sposób. Poznaje siostry Woźnickie, dziś zapomniane już pisarki, których książki zubytkowano w bibliotekach. To zaledwie ułamek historii zawartych na kartach "Nie ma".

Ja pozostaję z pytaniem, czego jest więcej w tej książce. Tego, co "jest", czy właśnie tytułowego "nie ma". Odpowiedź dostaję od autora na spotkaniu. Odpowiedź godną reportażysty i człowieka, który zdobył już mądrość życiową. Pozwolę sobie zatem przytoczyć słowa Mariusza Szczygła, z którym miałam przyjemność rozmawiać. W zwrocie nie ma, "ma" to zaledwie 40%, ale w życiu jednak ważniejsza jest właśnie owa mniejszość, choć cały czas myślimy o pozostałych 60%. Być może tak jesteśmy ukształtowani, a może powołaniem człowieka jest nauczyć się cieszyć z tego, co posiada, nie roztkliwiając się nad brakami? Mówi się, że najbardziej doceniamy to, co straciliśmy. Na kartach książki autor zapisuje "Dorosły stajesz się dopiero, gdy stracisz to, co naprawdę kochasz (...)". (s. 195). Cały proces dojrzewania byłby zatem związany z nauką szacunku i rozumienia wartości szczęścia, które mamy. To kierunek rozważań filozoficznych, niełatwych, a może tego, czego uczyła mnie mama, czyli cieszenia się z małych rzeczy, które większość uznaje za pewnik. Bo, gdy przyjmuje się za nieoczywiste, że coś jest mi dane raz na zawsze, inaczej widzi się większość spraw.



"Nie ma" pozostaje opowieścią o ludzkim życiu, pełną zwykłych dni i uroczystych chwil. Wielu recenzentów podkreślało nierówność książki. Przeplatanie się bardzo dobrych tekstów z rozdziałami zwykłymi, przesyconymi szarymi historiami, nierzadko ckliwymi. Dla mnie jednak to przemyślany układ, oddający to, co dzieje się każdego dnia u większości ludzi, którzy wśród powtarzających się czynności, bliźniaczo podobnych do siebie dni, nagle zderzają się z czymś większym. Zatrzymują się nad niezwykłymi zdarzeniami. A może by tak kontemplować codzienność i wyławiać to oczywiste "jest"? Otworzyć szerzej oczy i przekonać się, że każdy dzień niesie ze sobą drobne, życiowe perełki? Książka Mariusza Szczygła to opowieść nie tylko o tym, czego brakuje w życiu czy co jest. To w równej mierze rzecz o nazywaniu wszystkiego po imieniu. Szukaniu nazw, by w pełni zrozumieć siebie i to, co się czuje. To pozwoli w pełni przeżyć życie świadomie. 

Autor odchodzi od formy klasycznego reportażu na rzecz opowiadania posiadającego jego elementy, czasami to wręcz eseje, które zabierają czytelnika do Czech, od lat fascynujących reportażystę. To jednak w równej mierze podróż geograficzna, co historyczna i filozoficzna. Tematyka jest bardzo szeroka i zróżnicowana, dzięki czemu lektura to prawdziwa uczta. Cięższe emocjonalnie rozdziały przeplatają się z lekkimi opowieściami, co daje również czas na refleksję i sprawia, że odbiór jest znacznie łatwiejszy. 

"Cyzelujemy język, nauczyciel nam tłumaczy, że jesteśmy teraz w stanie prowadzącym do frustracji. Niby wszystko już wiemy i nagle się okazuje, że niczego nie wiemy. Mamy porzucić prawidła gramatyczne, dobre dla początkujących. Mamy powtarzać po ludziach na ulicy." s. 91

Po lekturze "Nie ma" inaczej patrzę na świat. Oczarowuje mnie język książki, brak zbędnych słów, bardzo dobry styl, dzięki któremu płynie się przez książkę, doskonały warsztat. W głowie rodzą mi się pytania o codzienność, to co w życiu najważniejsze. Wnikam w historie bohaterów jednocześnie wchodząc w swoją własną rzeczywistość. Szukam swojej prawdy, określam to, czego nie ma i co właśnie jest, bo to stało się dla mnie esencją tej książki. Wydobywanie na światło dzienne rzeczy, które przemykają niezauważone w szarzyźnie i powtarzalności oraz głośne określanie własnych tęsknot. Jak poznać ludzi, skoro nie znamy samych siebie? Jak dawać szczęście, gdy sami nie jesteśmy zadowoleni? W końcu jak kochać, gdy samym nam brakuje do siebie miłości? Niepozorna książka o zwykłych i niezwykłych ludziach wywołuje lawinę przemyśleń, niemal filozoficznych. Zadamawia się we mnie i czeka, by wrastać coraz głębiej. Odzywa się cichym głosem w najmniej oczekiwanych chwilach. Nienachalnie, po prostu szepcząc patrz i żyj uważnie


Myślę, że każdy znajdzie w niej coś innego. Nie ma tu oczywistych prawd i wniosków. Szumnych deklaracji i wskazań. Jest refleksja nad człowiekiem i światem. Mariusz Szczygieł ma niezwykły dar do snucia opowieści bez oceniania. To rzadka postawa szacunku i przyjęcia człowieka bez wartościowania. Każdy ma swoją historię, lepszą lub gorszą. Mamy jednak czas, by pisać ją, zmieniać. To najbardziej urzekło mnie w "Nie ma". Możliwość odkrycia tego, czego jest więcej a czego mniej. Dostrzeżenia w rozdziałach mnogości rzeczy, bo każdy jest inny. To w pewien sposób trudna lektura. Taka, która zmusza do stanięcia z prawdą twarzą w twarz, ale ważna. Taka w sam raz na zimne, długie, ciche wieczory. 

Mariusz Szczygieł, Nie ma, wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018. 


niedziela, 16 grudnia 2018

Adwentownik - Maranatha #3


Za oknem śnieg. Wkrada się specyficzna cisza, choć świat przyspieszył. Szał przedświątecznych zakupów, z którym się wczoraj zetknęłam, zabieganie, nerwowość. Wszystko niby zrozumiałe i powtarzające się co roku, ale jakoś nie mogę się przyzwyczaić. Zwalniam, choć mój czas wcale nie jest nieskończony i nie rozciąga się, jakby był z gumy. Chodzę późno spać, często brak mi odpoczynku, po raz kolejny powtarzam sobie, za rok się uda. Przygotuje się do świąt lepiej. Koniec wymówek! Jest jeszcze czas. Zatrzymuję się, choć wiem, że nadchodzący tydzień będzie szalony i wszystko postawione na głowie. Ale muszę wygospodarować choćby godzinkę, by przygotować się do spowiedzi i zanurzyć w modlitwie. Nawet kosztem snu. 

Tym razem odsyłam do dwóch książek ojca Adama Szustaka. Możecie czytać je podrozdziałami lub po prostu posłuchać audiobooka podczas świątecznych przygotowań, ja często tak robię.



1. Adam Szustak, Zamknij oczy. Droga do spełnienia. Lekcje Samsona, wyd. RTCK, Nowy Sącz 2018.

Tym razem znany kaznodzieja zaprasza do refleksji nad swoimi lękami, pragnieniami i nałogami. Na przykładzie historii Samsona mówi o wszystkim, co utrudnia codzienne życie i oddychanie pełną piersią. Wyjaśnia, skąd w nas tendencja do zawierania toksycznych znajomości, upadania, popadania w różne uzależnienia. Pokazuje również strategię do wyjścia z ciemności i wyruszenia w drogę ku lepszej przyszłości. W książce znajdziecie bardzo przydatne ćwiczenia.



2. Adam Szustak, Targ zamknięty. Lekcje Hioba. Droga do zbawienia, wyd. RTCK, Nowy Sącz 2018.

Targ to chyba najlepsze określenie relacji z Bogiem. Ciągle tkwimy w przekonaniu, że musimy o wszystko zabiegać. Damy Bogu trochę czasu, kilka modlitw, dobry uczynek, jałmużnę a On jak złota rybka spełni nasze modlitwy. Nie tędy droga! Modlitwa to nie targ, na którym prowadzimy z Panem handel wymienny. To głęboka relacja, w której za darmo otrzymujemy łaskę. Tyle razy słyszymy, że nie jesteśmy w stanie zasłużyć sobie na błogosławieństwo, że wszystko to pochodzi z miłości, jednak nadal podążamy drogą przekupek. Tymczasem warto przystanąć i popatrzeć na Hioba, człowieka tak różnego od większości postaci w Biblii i nadal niezrozumiałego dla wielu. 

Pięknie ilustrowana przez Jacka Hajnosa najnowsza książka ojca Adama proponuje porzucenie starych przekonań i otwarcie się na całkiem nową relację ze Stwórcą, która zaskoczy niejednego.

Do zobaczenia za tydzień :)


niedziela, 9 grudnia 2018

Adwentownik - Maranatha #2


Pierwszy tydzień adwentu już za nami. Czas szybko biegnie, obowiązki się nie kurczą. Powoli zaczynamy myśleć o świętach, przygotowujemy ozdoby, szukamy choinki, kisimy buraki. Zajęcia piętrzą się z dnia na dzień. Trzeba jednak wygospodarować czas dla Boga, a właściwie ułożyć wszystko w odpowiedniej hierarchii. Dziś zatem kolejne dwie książki, z którymi zostawiam Was na następny tydzień. 

Dla bardziej zabieganych



Mirosław Maliński, Zatrzymaj się albo giń, wyd. Wam, Kraków 2017. 

Autor doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jakim pędzie żyjemy. Świetnie rozumie zabieganie a jednocześnie przypomina, że bez zatrzymania się, skupienia na tym, co najważniejsze, wszystko straci sens. Codzienność bez Boga prowadzi do zguby, staje się jałowa, niepełna. Proponuje zatem krótkie, maksymalnie 10 minutowe rozważania, które pomogą złapać oddech i Pana. Każdy rozdział składa się z fragmentu Pisma Świętego, wyjaśnienia oraz kilku pytań. Codzienna praca z tymi tekstami to dobry początek, by złapać kontakt z Bogiem, zacząć zmieniać życie małymi krokami. 


Dla mniej zabieganych, choć niekoniecznie ;)



Maria Miduch, Kobiety, które kochał Bóg, wyd. Wam, Kraków 2018.

Maria Miduch to autorka, którą polecam każdemu. Tym razem zachęcam do sięgnięcia po książkę o kobietach, od których nie tylko możemy, ale powinniśmy się uczyć. Na kartach odnajdziemy Ewę, Sarę, Annę, Esterę, Miriam, Rut, Judytę, Batszebę, Hagar, Tamar, Seforę, Rachab, Deborę, Jaelę, Elżbietę, Miriam. Dobrane w pary uosabiają konkretne cechy. Ich historia to opowieść właśnie o tym, czego i my po tysiącach lat nadal dotykamy w czasie swojego życia. Lekturę można czytać niekoniecznie całymi rozdziałami. Podział każdego na mniejsze części, pozwala spokojnie poznawać je na raty, ale ostrzegam, Maria Miduch pisze tak, że nie będziecie w stanie oderwać się od książki. Zerknijcie, poznajcie niezwykłe kobiety, pomyślcie o nich i uczcie się. 

Dobrego drugiego tygodnia adwentu i pamiętajcie o Koronce :)

niedziela, 2 grudnia 2018

Adwentownik - Maranatha #1




Zaczął się radosny czas oczekiwania na przyjście Chrystusa. Dni są coraz krótsze, mrok zapada znacznie szybciej. Zapalamy światło, w latarenkach lekko kołysze się płomień, świat biegnie dalej, choć powinien przystanąć. Zapatrzyć się w mały ognik, pomyśleć o nadchodzącym czasie, spróbować się do niego przygotować jak najlepiej. Rano, jeszcze gdy ciemność okrywa ziemię, mimo zimna i zaspania, wstajemy i udajemy się na roraty. To piękny zwyczaj, choć zdaje sobie sprawę z tego, że nie każdy weźmie w nim udział. Dlatego przychodzę z propozycją dla zabieganych, mających mało czasu, szukających jakiegoś sposobu, by dobrze przejść przez adwent. 

Zatem zapraszam do adwentownika dla zabieganych. 

Poza modlitwą (proponuję codzienną koronkę do Miłosierdzia Bożego - piękna i nie wymaga wielkich nakładów czasowych, więc się nie wykręcajcie) i czytaniem krótkiego fragmentu Pisma Świętego, zachęcam do lektury duchowej. Co tydzień znajdziecie tu dwie książki, które mają krótkie rozdziały, takie w sam raz do przeczytania przy kawie, albo do wygospodarowania 15 minut na lekturę i refleksję. 



1. James Martin "Jezuicki przewodnik po prawie wszystkim. Duchowość twojej codzienności", wyd. WAM, Kraków 2017.

Książka jest duża, to prawda, ale rozdziały spokojnie da się czytać na raty. James Martin wychodzi od wyjaśnienia czym jest duchowość ignacjańska i ćwiczenia duchowe, by następnie poprowadzić czytelnika drogami wiary (i niewiary), porozmawiać o życiu duchowym i pragnieniach, odnajdywaniu Boga, które działa w dwie strony, początkach głębokiej modlitwy, nawiązywaniu relacji ze Stwórcą, dostrzeganiu Jego działania w życiu i codzienności. Nie brak tu również tematów związanych z miłością także w sensie fizycznym, przyjaźnią, cierpieniem, akceptacją sytuacji, podejmowaniem decyzji (z tym akurat coraz częściej mamy problem), karierą czy po prostu codziennym życiem. 

Krótko, zwięźle, prosto, zrozumiale i na temat. Każdy rozdział podzielony jest na mniejsze podrozdziały, dzięki czemu książkę można czytać, kontemplować, zapisywać własne refleksje, nawet przy wymagającym trybie życia. A tematów do rozważań jest naprawdę wiele. 



2. Adam Szustak, Marcin Kowalewski (uwagi) "Straszna książka", wyd. Stacja7, Kraków 2018.

Któż nie słyszał o Apokalipsie. Na jednych nie robi wrażenia, inni jej nie rozumieją, jeszcze inni wręcz uciekają i omijają szerokim łukiem przerażające wizje końca czasów. Znany dominikanin bierze na warsztat (w perspektywie o. Adama to sformułowanie wybitnie mi pasuje) najtrudniejszą księgę Nowego Testamentu i w swoim niepowtarzalnym stylu wyjaśnia krok po kroku, z czym naprawdę mamy do czynienia. 

Książka to zapis "Strasznych rekolekcji" (dostępnych na YT) wzbogaconych o uwagi ks. Marcina Kowalskiego i przepięknie zilustrowanych i wydanych. Każdy rozdział zaczyna się fragmentem biblijnym, po którym następuje tekst Ojca Adama, następnie biblijny komentarz ks. Marcina i uwaga. Rozdziały są nieco dłuższe niż w przypadku książki wspomnianego wyżej Jezuity, ale zdecydowanie warto zapoznać się z tą pozycją. Pozwala lepiej poznać Apokalipsę, odczytać ją i zrozumieć.

To tyle, krótko, zwięźle, na temat. Dobrego pierwszego tygodnia adwentu :). Dajcie znać, jakie są Wasze duchowe lektury na ten czas.