poniedziałek, 31 lipca 2017

Nostalgicznie o muzyce - Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj "Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości"



"Czerwone Gitary były zespołem, który od początku miał mnóstwo fanek. Do sopockiej Estrady, której podlegali, przychodziły tysiące listów. Jurek Kossela zaproponował Estradzie stworzenie sekretariatu, który mógłby na nie odpowiadać i przesyłać zdjęcia z autografami. Ale się nie zgodzili, bo to oznaczało dodatkowe wydatki, więc zespół wziął to na siebie. Chłopcy się zrzucili, a odpisywaniem zajęłyśmy się my, ich dziewczyny - Jana i Helena Kras oraz ja. Odpisywałam jako Krzysztof Klenczon albo Seweryn Krajewski, bo on wtedy nie miał dziewczyny. Pamiętam taki list, chyba do Seweryna: "zabrałeś serce, to weź i duszę" z dołączoną... duszą od żelazka." - s. 100



Piosenki Czerwonych Gitar poznałam dzięki mojemu przyjacielowi z dzieciństwa. To był czas, gdy istniały jeszcze kasety magnetofonowe, które się przegrywało a potem słuchało aż do zdarcia. Miał oryginalne wydania, których słuchaliśmy. Kiedy przyniosłam taśmę do domu rodzice się ożywili. To w końcu była muzyka ich młodości. Słuchałam tych przebojów często. Wpadały w ucho i zapadały w pamięć. Potem w zależności od humoru wyszukiwałam ich w internecie. Mimo, że minęło tyle lat, ja dorosłam, od czasu ich powstania upłynęło naprawdę sporo wody w Wiśle, muzyka Czerwonych Gitar i Krzysztofa Klenczona się nie zestarzała. Jest nadal piękna i aktualna. 

Legendarny polski muzyk, nazywany polskim Lennonem nie miał łatwego życia. Początki kariery były trudne, żona wspomina nawet, że z przyjacielem jedli cukier i przesypiali dni, by jakoś przetrwać. Muzyka jednak była najważniejsza, a z nią pragnienie zapisania się w historii. Najpierw był zespół Niebiesko-Czarni, potem Czerwone Gitary, które osiągnęły naprawdę wielki sukces. Liczne koncerty, trasy, rzesze fanów, całkiem niezłe zarobki, popularność. To wszystko wyglądało pięknie, jednak za spektakularnym powodzeniem kryło się wiele niesnasek. Rywalizacja z Sewerynem Krajewskim, umowy z ZAIKS-em, tekściarzami, zmiany menadżerów, w końcu schematyzm, który pozwalał żyć dostatnio, ale nie satysfakcjonował ambitnego muzyka. Te wszystkie czynniki doprowadziły ostatecznie do tego, że mężczyzna odszedł z zespołu. Chciał zabrać ze sobą przyjaciół, jednak nie zgodzili się na zmianę. Po wypełnieniu wszelkich zobowiązań Krzysztof Klenczon założył nową grupę. Tym razem postawił na młodych ludzi, chciał mocniejszego brzmienia, nowości, eksperymentów. Trzy Korony zyskały grono sympatyków i stały się rozpoznawalne, miały swoje szlagiery, które pokochali fani Czerwonych Gitar. Młodzi jednak nie poradzili sobie ze sławą. To nie było to, czego pragnął założyciel.



Po trudnym doświadczeniu tworzenia zespołu z nowymi, młodymi ludźmi, muzyk wyjechał z żoną do Stanów Zjednoczonych i tu po raz kolejny Alicja Klenczon opowiada o występach, zmaganiach, kreowaniu swojej wizji muzycznej, pierwszej płycie, której zabrakło szczęścia i funduszy na promocję. Poza muzycznymi wspominkami żona Krzysztofa przytacza również skomplikowaną historię rodzinną zarówno swoją, jak i męża. Opisuje życie w PRL-u, gdzie wszystko załatwiało się przez znajomości, w którym opuszczenie kraju było naprawdę ciężkie a emigrantów lub uciekinierów nie czekało nic dobrego. Mówi o rozłące z rodzicami, którzy opuścili kraj, ale pozostawili w nim córkę, rodzaj zastawu dla państwa. Pisze o trudnych relacjach męża z rodzicami, ich braku porozumienia, przerzucaniu się winą i goryczy, jaką w większości wylewali na syna, obarczając go odpowiedzialnością za ich los. Rysuje obraz muzyka jako troskliwego ojca, który jednak pierworodną Karolinę wychowywał nieco po chłopięcemu, gdyż bardzo marzył o synu, a na koncertach śpiewał z nią piosenki. 

Jednocześnie z kart książki wyłania się obraz człowieka odpowiedzialnego. Świadomego swojej wartości. Mężczyzny, który imał się przeróżnych zajęć, ale serce poświęcił muzyce. Wykonawcy szukającego swojego stylu, zafascynowanego przebojami Elvisa Presleya, ale niekopiującego bezrefleksyjnie niczego. To człowiek, który cenił ludzi, miał wielu przyjaciół, wymagał od siebie. Lubił imprezować, ale wykazywał się również dojrzałością, zwłaszcza w sprawach dotrzymywania obietnic. Podobnie jawi się Bibi, która nigdy nie narzekała na różne zajęcia, nie czuła się kimś gorszym sprzątając, ani lepszym pracując jako informatyk. Życie na walizkach, podróże, przeprowadzki, szukanie zawodu, książka aż kipi od wydarzeń, które kończą się śmiercią głównego bohatera. Epilogiem zaś są losy Alicji, jej kolejnych małżeństw oraz historia dzieci muzyka. 



Książkę Alicji Klenczon i Tomasza Potkaja czytałam dość długo. Lekka, pisana gawędziarskim stylem, pięknie wydana, z licznymi fotografiami, świetną wyklejką, zawiera jednak szereg informacji, które trzeba przyswajać stopniowo. To zarówno historia Krzysztofa i jego żony, ich rodziny, ale także swego rodzaju dokument o życiu artystów w szarych czasach PRL-u, które jednak były całkiem ciekawe :). Wyczerpująca, bez zbędnego patosu, przegadywania, rzeczowa, interesująca i bardzo konkretna. Niektóre sprawy rozmówczyni Tomasza Potkaja pomija, ale trudno się jej dziwić. Przedstawia jednak męża jako zwykłego człowieka, który nie kreował się na gwiazdę. Wręcz przeciwnie był pokorny, zdystansowany i stanowczy. "Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości" jest jak piosenki Czerwonych Gitar, nostalgiczna, klimatyczna, wciągająca. A przy lekturze w głowie rozbrzmiewają kolejne szlagiery znanej grupy, jak i późniejsze utwory muzyka. Do przeczytania i przesłuchania jednocześnie lub osobno, jak lubicie :). 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM

Alicja Klenczon, Tomasz potkaj, Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości, wyd. WAM, Kraków 2017.

piątek, 28 lipca 2017

Spacerowe rozkminy #3




Nie było mnie tutaj dość długo. Ponieważ wszystko zamknięte, mogę spokojnie powiedzieć, skąd moje milczenie i dziwna ilość kilometrów, jaką przejechałam od ostatniego tygodnia czerwca. 

Jakiś czas temu stwierdziłam, że pora coś zmienić. Chciałam spełnienia marzeń, o których opowiadałam w wywiadach, pragnęłam rozwoju, czegoś nowego, co będę mogła kochać. Starań było trochę. Czas jednak mijał i nic się nie zmieniało, mimo moich wysiłków. Mój przyjaciel, gdy dopadała mnie chwila zwątpienia, mówił mi, że idzie do mnie wielkie szczęście, a że jest takie duże, to człapie powoli. Czekałam więc, marząc o lepszej przyszłości. Czytałam książki, pisałam Wam o nich i czasami wydawało mi się, że tak, wierzę w to, co jest napisane, ale miewałam poczucie, jakby to dotyczyło faktycznie innych, ale nie mnie. 



Najpierw był audiobook "Rób to, co kochasz". Chciałabym..., wzdychałam sobie. Wiedziałam już do czego mam dryg, co sprawia mi najwięcej przyjemności, co mnie kręci. Wiadomo, zawsze trzeba mieć plan B, ale główne zajęcie marzyło mi się związane z książkami. Potem czytałam wywiad z Markiem Kamińskim "Idź własną drogą" i znów rodziły się we mnie marzenia i smutek, że to jedynie sfera pragnień. Ale nie poddawałam się, choć bywało różnie. Na pewną rzecz cichutko liczyłam, bo wydaje mi się, że zaprezentowałam się dość fajnie. I znów mijał czas. Wpatrywałam się w obrazek, który niedawno kupiłam. Przestań chcieć, wstań i walcz. Tylko jak? Robiłam, co mogłam (choć zawsze pozostaje pojawienie się w wymarzonym miejscu i poproszenie choćby o 5 minut rozmowy, a nie wysyłanie papierów przez internet) i myślałam sobie, kończy mi się czas, który sobie dałam na zmiany. Nie wiem, co będzie dalej. Nie chciałam trwać w jednym miejscu, istnieć jedynie. Pragnęłam czegoś więcej, bo do tego więcej każdy jest stworzony. 

Aż nagle stało się coś, czego naprawdę się nie spodziewałam. Ktoś spełnił moje marzenie, a do tego przewrócił moje życie do góry nogami. Tak, to była szybka odpowiedź, nim pojawią się jakiekolwiek wątpliwości. Nie co do tego, czy to słuszny wybór. Jestem głęboko przekonana, że to jeden z najlepszych, jakich dokonałam. Ale człowiek zastanawia się, czy da radę. Cóż nie mam doświadczenia rzucania się na głęboką wodę, a opuszczanie znanych kątów, jest takim właśnie przeżyciem. Zaczęła się zatem bieganina, załatwianie papierów, szukanie lokum, pakowanie, zakupy, a przy tym normalna praca, którą przecież wykonywałam. Dni wolne spędzałam na jeżdżeniu i chodzeniu, gdzie się da ;), a reszta czasu szła na obowiązki. Książek przeczytałam bardzo mało. Głównie w autobusie, jakby nie było 6 godzin w jednym miejscu to sporo, choć często też zdarzało mi się przysypiać z tego wszystkiego. Powoli jednak wszystko się normuje, choć czy ja wiem?



Gubię się na nieznanych mi ulicach ;). Cieszę jazdą metrem, do którego muszę zacząć zabierać książki, dużo osób tak robi :). Zaznajamiam się z miastem, które odwiedzałam raz do roku. Będę uczyła się nowych rzeczy, czytała i spełniała swoje marzenia. Będę mogła do woli gadać o książkach i cieszyć się rozmową z każdym, kto czyta. Pewnie wszystko będzie szybciej, niż w moim rodzinnym mieście, na pewno będzie inaczej. Ale wierzę, że będzie pięknie. Jedno marzenie się spełniło. Od dziś będę bibliotekarką <3 w wielkim mieście ;). I powiem jedno. Warto marzyć, nawet gdy wszystko dookoła zdaje się mówić, że się nie uda. Uda się, czasami w tym momencie, którego zupełnie byście się nie spodziewali. Trzymajcie za mnie kciuki :*


sobota, 15 lipca 2017

Strach się bać - Remigiusz Mróz "Czarna Madonna"

PRZEDPREMIEROWO



"Przypuszczam, że zdecydowana większość ludzi na świecie wspomina następne dni jak przez mgłę. Nawet abstynenci zdawali się sięgać po mocne alkohole, entuzjaści marihuany niemal zadusili się dymem w swoich mieszkaniach, a ci, którzy przyjmowali środki najbardziej wytrącające z rzeczywistości, byli blisko złotego strzału. Niektórzy nie spali - i tyle wystarczało, by wszystko stało się dla nich abstrakcyjne. Ja należałem do takich osób. Bałem się zapadnięcia w sen i nawet jeśli nachodził mnie w najmniej oczekiwanym momencie i już przymykałem oczy, coś we mnie budziło się i nie pozwalało zasnąć." - s. 278

Remigiusz Mróz przyzwyczaił mnie do tego, że można spodziewać się po nim absolutnie wszystkiego. Akcji, za którą się nie nadąża, zwariowanych twistów fabularnych, historii, której nieraz nie da się ogarnąć, bohaterów zyskujący sympatię lub wręcz odrzucających, ciągle rosnącego napięcia i co najważniejsze, zerowej szansy na zaszufladkowanie. Gatunków, po które sięgnął jest całkiem sporo. Tego się jednak nie spodziewałam. Przyznam, że gdy na targach zobaczyłam okładkę jego nowej powieści, zastanawiałam się, jak to wszystko się skończy. Tajemnica wywoływała sporo kontrowersji i nie wiadomo było, czego tak naprawdę się spodziewać. Akcja promocyjna, podsycała ciekawość i była naprawdę dobrze zaplanowana. Każdy chciał już przekonać się, o czym jest ta powieść.

To miała być podróż przedślubna, która nie udała się z wielu powodów. Filip nazywany przez wszystkich Bergiem, musiał zostać w domu. Kłopoty finansowe byłego duchownego były poważne, a w sytuacji, gdy nie można było poszczycić się doświadczeniem w CV, każda praca była na wagę złota. Ostatecznie do Ziemi Świętej udała się jedynie Aneta, jego narzeczona. Dzwoniący w nocy telefon był początkiem wydarzeń, których nie tylko mężczyzna, ale nikt nie chciałby doświadczyć. Nagłe zniknięcie samolotu początkowo kojarzono z katastrofą lub atakiem terrorystów. Wszystko by na to wskazywało, gdyby nie jeden mały szczegół. Filipowi w końcu udaje się połączyć z narzeczoną. Po drugiej stronie słyszy jednak swój głos wypowiadający niezrozumiałe dla niego słowa. Godziny mijają a spekulacji jest coraz więcej. Od czasu do czasu pojawia się sygnał z transpondera samolotu, co dziwniejsze odległości są zbyt duże, by je przebyć w tak krótkim czasie i nieprzypadkowe. Berg próbuje ustalić, co tak naprawdę się dzieje i co za tajemniczy komunikat usłyszał. Na świecie zaczynają się dziać dziwne rzeczy, a wszystko to zadaje się stanowić jedynie przedsmak prawdziwej katastrofy. Zło czai się wokół i zaczyna działać coraz prężniej, a sam bohater ma coraz poważniejsze kłopoty. Jaki los spotkał pasażerów Air Hibernia? Czym w istocie są niewytłumaczalne zdarzenia i jaką rolę odegra tytułowa Czarna Madonna?



Nie od dziś wiadomo, że Remigiusz Mróz czyta Kinga i wydaje mi się, że można pokusić się o stwierdzenie, że jest on dla niego inspiracją. Śmiem twierdzić, że tak właśnie było w przypadku "Czarnej Madonny". Autor miał straszyć, przerażać, ale jednocześnie nie wypuszczać czytelnika z rąk. Czy faktycznie tak jest? Trzeba przyznać, że książka wciąga, jak to u Mroza. Zaczyna się złowieszczym wstępem, który nie wróży nic dobrego a potem jest już tylko gorzej. Już od pierwszych stron wiadomo, że zło będzie czaić się wszędzie i rosnąć w siłę. Zagadka zniknięcia samolotu, który przepadł i nagle daje o sobie znać, by zamilknąć na dalsze godziny, to jedynie preludium to całej historii. Berg po kolei zbiera wskazówki, by dojść do złowieszczych wniosków. W śledztwie pomaga mu Kinga, siostra jego zaginionej narzeczonej. Te dwie postaci ciekawie się uzupełniają, choć niewiele o nich wiadomo. Racjonalny, ale i wierzący, choć jego wiara wydaje się letnia Filip, jest zawiedziony życiem.  Tkwi nieco w przeszłości, a jednocześnie próbuje ułożyć sobie wszystko na nowo. Przez większość czasu spokojnie podchodzi do wydarzeń, choć emocje zdają się w nim buzować. Dla mnie stanowił interesujące połączenie wielu sprzeczności, nadziei i rezygnacji, spokoju i wybuchowości, wiary i racjonalizmu. Kinga jest nieco żywszą postacią, emocjonalna, troskliwa, wydaje się słaba, choć to tylko pozory. Trwa przy niedoszłym szwagrze, choć nie zawsze rozumie jego postępowanie i zdaje się mieć inne od niego zdanie. Sam pomysł na fabułę jest całkiem ciekawy, choć przywodzi mi na myśl kilka wytworów kultury. Początkowo skojarzył mi się z "Lost", "Pozostawionymi" (chodzi mi o film) i przede wszystkim z cyklem książek Tim'a LaHaye'a i Jerry'ego B. Jenkins'a. Jednak im więcej stron za mną, tym bardziej skojarzenia były jednoznaczne. 

Groza, czające się wielkie zło, narastający i paraliżujący strach, ciemność, to wszystko osacza czytelnika i wgryza się w niego. Autor gra na pierwotnych lękach człowieka, który boi się tego, co nieznane, co przewyższa jego siły, pochodzi spoza tego świata. Umiejętnie odwołuje się do doskonale znanych tekstów biblijnych, łącząc je z objawieniami i relacjami kapłanów. Wybiera motyw, który inspiruje od wieków. Nadaje swojej fabule kształt realności, czegoś, co częściowo kiedyś się wydarzy, co nie jest jedynie wymysłem pisarza, ale ma prawo przybrać realne kształty. Książka trzyma w napięciu, momentami sprawia, że chce się ją zamknąć, ale gdzieś w środku jest nadzieja, że wszystko skończy się dobrze. Zaskakujących zwrotów akcji może nie ma tak wiele, ale przyznam, że całkiem zdumiały mnie dwie rzeczy i to naprawdę poważnie. "Czarna Madonna" jest bardziej dopracowana niż niektóre z już wydanych powieści autora,  zarówno pod względem językowym, jak i fabularnym, choć wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi, a wyjaśnienie pewnej tajemnicy nie było dla mnie przekonujące. Bardziej przypominało coś, co mogłoby spokojnie znaleźć się w "Chórze zapomnianych głosów". Może faktycznie było to takie Kingowe zagranie, ale ja odebrałam je jako pewnego rodzaju królika wyciągniętego z kapelusza, coś co pojawiło się w nieuzasadniony i nieprzekonujący mnie sposób i kłóciło mi się z tym, do czego odnosi się autor. Szkoda również, że samego nawiązania do tytułu nie ma zbyt dużo. Podziwiam i jednocześnie współczuję gromadzenia i zaznajamiania się z materiałem do napisania "Czarnej Madonny", ja bym się nie odważyła. 



Gdybym wiedziała, o czym jest ta książka, w życiu bym po nią nie sięgnęła. Ba, pewnie bym próbowała ją odesłać. To literatura, której nie czytam, a wręcz omijam szerokim łukiem. Stało się jednak tak, że wylądowałam z nową powieścią Remigiusza Mroza na 12 godzin w autokarze. Nie czytałam przez cały czas, jednak podczas lektury wierciłam się niemiłosiernie. Wcale nie chodzi o moje przekonania, po prostu nie lubię tej tematyki, nie lubię się bać w tym sensie. Remigiusz Mróz sięgnął po temat, który wielu przeraża właśnie tym, że nie jest wytworem wyobraźni, ale realną rzeczywistością. Lektura wywoływała we mnie przeróżne uczucia, od strachu przez dyskomfort, po zdenerwowanie. I tu przytoczę słowa samego autora "Nigdy więcej!". Jeśli napisze jeszcze coś, o tej samej tematyce, proszę szanownego autora, by dał mi znać, bo nie chce skończyć przedwcześnie żywota, padając na zawał! Jeśli jednak lubicie grozę, powieści przepełnione ciemnością i złem, które staje twarzą w twarz z czytelnikiem, to "Czarna Madonna" jest zdecydowanie dla was. Ściskająca za gardło, napawająca strachem, wciągająca, dobrze zbudowana, momentami zaskakująca. Może to nie krwisty horror, ale na pewno powieść z solidną dawką grozy i strachu. Taka, która pozostawia czytelnika bezradnym, skołowanym, przestraszonym. Wsiadajcie zatem na pokład Air Hibernia, zapnijcie pasy i nie mówcie, że was nie ostrzegałam. Czy przetrwacie lot? Co znajdziecie po tamtej stronie? Przekonajcie się sami. Ja powiem jedno, to dobra powieść, ale nie na moje nerwy ;).




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona. 

Remigiusz Mróz, Czarna Madonna, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.