niedziela, 12 lutego 2017

Złap się za Słowo - dzień trzydziesty siódmy - czterdziesty trzeci




Rozpoczął się nowy tydzień. Zaczynam zatem pracę ze Słowem. Jeszcze mam więcej wolnego, ale urlop już prawie na finiszu, więc korzystam, odpoczywam i czytam.

Dzień trzydziesty siódmy



Coraz więcej ludzi pojawia się w otoczeniu Mistrza. On zaś naucza, przekazuje prawdę, skłania do zmiany życia. Nie odrzuca nikogo. Spotkawszy Mateusza, który był celnikiem i pracował dla Rzymian okupujących Jerozolimę, powołał go. Nie miało znaczenia jego zajęcie, fakt, że był w oczach innych kimś obłudnym, złym, niewartym uwagi. To grzesznik, który zaprzedał się wrogom. A jednak słyszy słowa "Pójdź za mną" i bez wahania reaguje na nie. 

Bóg nigdy nie odrzuca swojego dziecka. Jezus wyraźnie podkreśla, że nie ma osoby, do której by nie podszedł. Odpychanie kogokolwiek nie jest w Jego stylu. Grzesznik, nierządnica, celnik - nie ma znaczenia. On przyszedł przede wszystkim do tych, którzy się pogubili. Piękne jest to, że każdy może liczyć na spotkanie z Chrystusem, najbardziej zaś ci, którzy mają poczucie, że są niegodni. Bóg niesie światło do życia tych, którzy pogrążeni są w mroku. Pochyla się z miłością, która nie jest dla wybranych, ona jest tym większa, im większa ludzka nędza. W tych, których odrzuca społeczeństwo dostrzega piękno i godność człowieka.

Moja koleżanka ma niezwykły dar dostrzegania najmniejszych przejawów dobra. Uwielbiam czytać wpisy, które zamieszcza na fb. Widzieć jak zbiera okruchy radości, dobra, przebłyski światła dnia codziennego. Jak niezwykle rozwinęła umiejętność dostrzegania Boga w szarzyźnie dnia. I po cichu trochę zazdroszczę, tak pozytywnie, jeśli mogę tak powiedzieć. Marzy mi się właśnie taka umiejętność. Zdobycie się na uśmiech, gdy jest mi ciężko, odpłacenie dobrem, nawet gdy ktoś nie jest dla mnie miły. Spotkanie w drugiej osobie Chrystusa, nawet, gdy jest on gdzieś głęboko skryty. Panie, naucz mnie podchodzić do bliźnich, jak podszedłeś do Mateusza.


Dzień trzydziesty ósmy



Dom Mateusza wypełnia gwar, rozmowy, radość. Jezus wnosi w progi celnika wiele pozytywnych emocji. Spotyka się z tymi, którzy są wzgardzeni przez uczonych w Piśmie. Nie patrzy na grzeszników z góry, nie odgradza się od nich. Siada przy stole, naucza, rozmawia, pociesza. Traktuje ich na równi z uczniami. Dzięki temu atmosfera jest taka dobra, a ludzie nabierają w serca nadziei.

Jedną z najgorszych rzeczy, jakie można uczynić człowiekowi, to wzgardzić nim. Odrzucić, bo nie podoba mi się jego wygląd, zachowanie, sposób mówienia czy cokolwiek innego. Poczucie wyższości krzywdzi. Nie jestem nikim lepszym ani gorszym od bliźniego. Czasem myślę, nie zrobiłam tego czy tego, ale historia każdego człowieka jest inna. Wartościowanie jedynie przez pryzmat małych informacji nie ma sensu. Jezus nie mówi, idźcie sobie, nie zasługujecie na przebywanie ze mną, bo jesteście grzeszni czy gorsi od innych. On podchodzi do człowieka i widzi go w prawdzie, z całym dobrem i złem. Z lękiem, nadzieją, ranami i obawami. Przystaje i nie wartościuje, tobie pomogę, a ty już się nie nadajesz do niczego.

To niesamowicie piękne, że jest ktoś, kto ma o mnie dobre zdanie, choć zna mnie na wskroś. Z grzechami, tajemnicami, z wszystkim. Nigdy nie wiadomo, jak potoczy się życie. Pamiętam do dziś, jak otworzyłam kiedyś jedną z książek ks. Malińskiego, który wiele mnie nauczył swoim pisaniem i przeczytałam pewne słowa. Parafrazując pisał, że będzie taki dzień, kiedy nie będę mogła na siebie patrzeć, gdy na sumieniu pojawi się dużo grzechów lub coś, czego przecież nigdy nie miałam zrobić. Jednym słowem zderzę się z prawdą o sobie samej, skonfrontuję swój obraz z rzeczywistością, która mi się nie spodoba. Nie pamiętam czy bardziej mnie to oburzyło czy przestraszyło, ale zapamiętałam ten moment. Czemu? Bo ktoś dosadnie powiedział mi, jesteś tylko człowiekiem, słabym i grzesznym i nie możesz uważać się za kogoś lepszego od innych,  bo nie wiesz, do czego ty jesteś zdolna. Te słowa nauczyły mnie pokory. Tak, nie mam powodu się wywyższać. Skoro jeden z kapłanów twierdzi, że prostytutki wejdą przed nim do raju, to znaczy że dostrzega w nich wiele dobra a w sobie grzeszność. Nic nie jest jednoznaczne, nie mam samych grzechów, ale też nie składam się jedynie z dobra i zalet. Nie odtrąca się człowieka, bo grzeszy, to nieludzkie. Dlatego tak lubię słuchać jak Jezus przychodzi do celnika, słabych bliźnich i traktuje ich z szacunkiem i godnością, po ludzku. Czytam krótkie zdanie pod fragmentem Ewangelii, słowo grzesznik jest przymiotnikiem a nie rzeczownikiem. Tak wiele to zmienia, to nie określenie istoty człowieka, ale jego cechy, zdolności do błądzenia, a nie bycia błędem. Jeśli ktoś Cię odrzuca, bo nie jesteś zbyt dobry, nie żałuj niezawiązanej znajomości. Jedynie mądry człowiek wie, że na ludzi trzeba patrzeć całościowo i pamiętać o jednym, każdy błądzi i nie ma lepszych i gorszych, są pogubieni i ci kroczący prosto, ale żaden z nich nie jest mniej wartościowy w oczach Boga. Takiej postawy warto się uczyć.


Dzień trzydziesty dziewiąty



Niektórym nie podoba się to, że Chrystus przebywa i je z grzesznikami i celnikami. Pytają, dlaczego tak się zachowuje, czemu daje zły w ich mniemaniu przykład. Jezus odpowiada spokojnie, że przyszedł, by powołać grzeszników, a jego misją jest leczenie chorych, gdyż to oni potrzebują lekarza. Z tymi słowami zostawia uczonych w Piśmie i wszystkich, którzy krytykują Jego zachowanie.

Dwie rzeczy rzucają mi się najbardziej w oczy w tym fragmencie. Po pierwsze to, że odnoszę wrażenie, że Pan nie czuje się źle w towarzystwie grzeszników. Skoro powołuje Mateusza na apostoła, a co za tym idzie swojego przyjaciela, to podobne podejście ma do innych ludzi. Jest sobą i odpowiada mu towarzystwo, w którym przebywa. Po drugie pozytywne podejście podkreśla sam fakt spożywania z nimi posiłku. Gotujemy dla tych, którzy są dla nas ważni, to wyraz naszej troski. Rzadko zdarza się także jeść w obecności osób, których nie darzymy sympatią, chyba że zmusza nas do tego sytuacja. Tymczasem Jezus dobrowolnie wybiera swoje towarzystwo, co więcej, myślę, że rozmawia z tymi ludźmi podczas posiłku, stwarza więź, nawiązuje relacje. Przez moment stwarza bezpieczny azyl.

Pytam siebie, kto jest sprawiedliwy? Jezus nie dzieli ludzi, ty jesteś dobry to rozmawiamy, ty zły, więc odejdź. To również nie tak, że przychodzi jedynie do grzeszników, bo inaczej święci byliby najbardziej samotnymi ludźmi. On upomina się o swoje zaginione owce, puka do serca tych, którzy pogubili się w życiu. Pokazuje, że Mu na nich zależy, że nie przekreślił ich i nie przekreśli. To ważne i potrzebne uświadamiać komuś, że jest ważny, że zawsze ma gdzie wrócić, ma miejsce w czyimś sercu. Życie bywa nad wyraz pokomplikowane, czasami motamy się na własne życzenie i są chwile, gdy tego czego najbardziej potrzeba, to dobre słowo i czyjaś obecność. Mistrz na pewno spotykał się z dobrymi ludźmi, rozmawiał z nimi, dyskutował, ale dużo przebywał i chodził, by nawracać. Wskazywał dobrą drogę, może przytulał, śmiał się. Stawiał jasne warunki, ale był ciepły, otwarty. Bóg zna wartość każdego, z nami bywa trudniej. Otwieram oczy i serce i chcę widzieć, nie oceniać, po prostu przyjmować.


Dzień czterdziesty 



Nadchodzi post, który staje się kolejnym punktem zapalnym między Jezusem i apostołami a faryzeuszami. Tym razem dołączają do nich również uczniowie Jana, który przecież przygotowywał grunt pod naukę Jezusa. Nie rozumieją oni, dlaczego apostołowie i ich nauczyciel nie zachowują nakazanego postu, nie chcą wypełniać religijnych powinności.

Księga Powtórzonego Prawa wskazuje, że post miał na celu przybliżenie się do Boga. Chronił również przed pokusami i był związany z żałobą. Jezus nie musi pościć, ponieważ jest Synem Bożym, który nieustannie jest w więzi z Ojcem, nie jest również skalany grzechem. Nie bagatelizuje religijnych nakazów, pości przed najważniejszymi wydarzeniami w Jego życiu. Wie jednak, że czas, który spędza jako człowiek jest bardzo ważny i nie jest to czas na smutek.

Radosne chwile to ważny czas, który także zbliża do Boga. Spokój, jaki dają dobre dni można wykorzystać na wiele sposobów. Post jest ważny, ale powinno się umieć dostrzegać Boga również w ferworze dnia codziennego, w zabieganiu, wykonywaniu tysięcy rzeczy ;), w pracy i odpoczynku. Widzieć Boga w każdym wydarzeniu i w drugim człowieku to wielka umiejętność. Pościć można albo z nakazu albo z własnej woli. Gdy jednak nadchodzi radosny czas, trzeba umieć również cieszyć się i ucztować.


Dzień czterdziesty pierwszy



Zbawiciel wyjaśnia, dlaczego On i Jego uczniowie nie poszczą. Przypomina, że goście weselni mają się radować przebywaniem z panem młodym. Post nastąpi dopiero, gdy on odejdzie, wówczas będzie chwila na zadumę.

Piękny obraz Jezusa jako pana młodego. Człowieka czekającego na swoją oblubienicę, na odnalezione szczęście, które chce dzielić z wszystkimi wokół. Pragnącego radować się, tańczyć, uczcić to dobrym posiłkiem i dobrym słowem. Bóg przychodzi do ludzi, jest to wielki czas radości, w którym nie trzeba poscić. Można zaznać Bożej obecności, szczęścia jakie daje i cieszyć się nim w pełni. Uważnie słuchać, uczyć się, czerpać z tego spotkania pełnymi garściami.

Całe życie uczę się łapać chwile Bożej bliskości, te bardzo mocno odczuwalne. Spokój, który wtedy czuję jest piękny, poczucie bycia kochaną przepiękne. Ale są również momenty trochę innej radości, gdy jestem w górach i czuję, że nie mieści mi się w głowie, jaki musi być Ten, który stworzył tyle cudowności. Gdy mam szansę udowodnić sobie, że mimo zmęczenia, fizycznych ograniczeń, innych trudności, daję radę wejść na szczyt. Bywają i takie dni, gdy Boża obecność przychodzi przez ból i cierpienie. To trudne lekcje, ale nieraz czuć, że nie jestem w tym sama. Są również noce ciemne i ciemne doliny, gdy emocjonalnie absolutnie nic nie odczuwam. Takie totalne zero stopni Celsjusza, pustka. Wtedy jak mantrę staram się sobie powtarzać, że Pan jest, choć tego nie widzę i nie czuję. Cenić chwile, gdy wiara staje się odczuwalna, gdy przybiera realniejsze, że się tak wyrażę, kształty, to cieszyć się właśnie tymi chwilami z panem młodym. Warto się skupić, by ich nie przegapić


Dzień czterdziesty drugi



Nie zawsze warto naprawiać stare. Jezus wyraźnie wskazuje na to, że starego ubrania nie łata się nowym suknem a młodego wina nie wolno wlewać do młodych bukłaków. Obydwie takie sytuacje prowadzą bowiem do nieuchronnej katastrofy. Ubranie drze się bardziej, a bukłaki pękają.

Nie miesza się starego z nowym, głosi dzisiejszy fragment. Odnośników znajdziemy wiele. Jezus przychodzi do ludzi z nową nauką, a właściwiej byłoby rzec z rozwinięciem i uzupełnieniem tego, co głosili prorocy. Wypełnia przymierze i naucza. Można mówić też o tym, że człowiek po spowiedzi jest nowy, czysty. Nie powinien wracać do tego, co było, stąd zawsze mocne postanowienie poprawy i praca nad sobą. Czasem też warto zostawić za sobą przeszłość, rozpocząć od nowa (jak Mateusz), nie wracać do błędów, nie rozpamiętywać ran (jak Piotr). Odrodzić się, to nie stać się kimś bez przeszłości, ale zacząć budować od nowa. Stawać się coraz piękniejszą i pełniejszą wersją siebie. Korzystać jedynie z tego, co pozwoli się rozwijać zarówno duchowo jak i fizycznie czy psychicznie.

Życie nie polega na tym, by zatrzymywać się w drodze, porzucać marzenia, tkwić w marazmie. Bóg codziennie daje nam czas, nie można go marnować. Nie stanę się naukowcem, nie odkryję leku na zło świata, nigdy nie zaśpiewam niczego tak, by komuś łzy stanęły w oczach ze wzruszenia. Szukam swojej drogi i staram się rozwijać w tym, co umiem robić. Piszę, bo to moja dziedzina. Czytam, gdyż pragnę się rozwijać, chodzę po górach, bo to daje mi radość. Staram się codziennie budować swoje życie, choć bywa, że wszystko składa się jak domek z kart. Ale ciągle chcę być nowa, coraz lepsza w tym, co robię. Pragnę odkrywać swoje talenty, bo może jest jeszcze coś, w czym będę dobra? A nade wszystko chcę poznawać własną duszę i Boga. Zadziwiać się od nowa, pozwalać się przemieniać. To cud, który każdy ma w swoim życiu.

Cud, niełatwy, wymagający, pełen wysiłku. A jednak, choć leń we mnie krzyczy o 5.30, nie wstawaj, ostatnio odkrywam spokój, jaki daje mi poranna modlitwa różańcowa. Potem wypita w miarę spokojnie ;) kawa. Zachwycam się audiobookami o. Szustaka, które wywracają mój świat do góry nogami i stawiają ważne pytania i wysokie poprzeczki. I wsłuchuję się w to wszystko, rozważam Słowo i choć odrobinę się boję powiedzieć to głośno, zmieniam się i to na lepsze. I otwiera się jakaś piękna przestrzeń, o której leciutko zaczynam się przekonywać, ale jeszcze nie potrafię uchwycić jej istoty. Staję się od nowa...


Dzień czterdziesty trzeci



Głodni uczniowie zrywają kłosy, by choć trochę się pożywić. Widząc to, oburzeni faryzeusze pytają Chrystusa, czemu łamią szabat, robiąc to, co zabronione.

Wolno, nie wolno - dwa słowa, które często pojawiają się w rozmowach z faryzeuszami. W zasadzie mogłabym narysować sobie tabelkę, w jednej kolumnie napisać Jezus w drugiej faryzeusze i wypisywać wiele przykładów na opozycję między Bogiem a tymi ludźmi, pewnie nawet pokuszę się kiedyś o to. Przykra jest jednak bariera, jaką ci ludzie stawiają między człowiekiem a Bogiem. Z ich nauk i zachowania wyłania się obraz Stwórcy, którym straszy się ludzi, Boga gniewnego, wymagającego bezwzględnego posłuszeństwa, niemal bezlitosnego. Co ciekawe, przecież tak pilnujący prawa faryzeusze sami naginali je i przekręcali jak było im wygodnie.

Bóg nie każe za to, że człowiek pragnie zaspokoić swój głód, przecież stworzył go właśnie takim i  to postępowanie jest naturalne. Nie ściga za marzenia, pragnienie odpoczynku, śmiania się  głupich rzeczy, ulegania nieszkodliwym głupstwom. Bóg jest Miłością i dobrem. Wymaga i to wiele, ale nie jest tyranem, który czeka z batem na człowieka, aż ten tylko złamie jakieś przykazanie. On pozwala nawet odstąpić od pewnych praktyk, jeśli to będzie dobre dla człowieka. Jaki jest sens zachowywania czegoś, co wyrządza krzywdę? Można być nieskazitelnym na zewnątrz i ciemnym jak noc w środku. Żyć na pokaz, paradować w swojej pozornej doskonałości. Bóg jednak widzi i nie pragnie teatru, ale prawdziwego człowieka. Można wyglądać gorzej zewnętrznie, podczas gdy dusza jest czysta. Ks. Jan Kaczkowski pisał, że warto przegrać zewnętrznie, by odnieść wewnętrzne zwycięstwo. Okazać moralność tam, gdzie można było zakombinować. Nie jest sztuką zachowywać pozory. Sztuką jest żyć w prawdzie i postępować roztropnie. Obyś Panie dopomógł tak żyć.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz