niedziela, 26 lutego 2017

Złap się za Słowo - dzień pięćdziesiąty pierwszy - pięćdziesiąty siódmy




Tydzień zaczyna się dobrze :). Poopowiadałam w telewizji trochę o książkach o miłości (jeśli chcecie zobaczyć kliknijcie tu). Udało mi się dziś wygrać książkę o. Adama Szustaka "Garnek strachu. Droga do dojrzałości", znów nauczyłam się czegoś nowego, a teraz wieczorem zaczynam kolejny tydzień ze Słowem i cudownie pachnącą cynamonowo-śliwkową herbatą <3. Do tego uzmysłowiłam sobie, że czasami naprawdę trudno mi znaleźć jakiś punkt zaczepienia, ożywienia tego, co mówi Słowo. To nie jest łatwa rzecz, tym bardziej szanuję kaznodziejów i powala mnie o. Szustak. 


dzień pięćdziesiąty pierwszy




Jezus ustanawia pewne zwyczaje w swojej działalności. Zleca uczniom przygotowanie łodzi, która ma czekać w pogotowiu. To też zabezpieczenie przed ogromnym tłumem, który przybywa i pragnie Go dotknąć, by zostać uzdrowionym. 

Czy Jezus tak po ludzku bał się trochę tego tłumu? Ludzie, którzy czegoś pragną potrafią być bardzo skuteczni. Jak pomyślę o otwarciach nowych sklepów i szalonej kolejce, która nie zważa na bezpieczeństwo drugiej osoby, to mam wrażenie, że nawet Chrystus musiał zachować jakieś środki ostrożności. Gdy w grę wchodzi uzdrowienie, wielu okazuje się niecierpliwych. Chcą dotknąć, znaleźć się przy Panu jak najszybciej. Łódka kojarzyła mi się dotąd raczej ze środkiem transportu, który ułatwiał Mistrzowi głoszenie, pozwalał złapać nieco przestrzeni. Tymczasem była ona też zabezpieczeniem. Tak wielu chorych a tak mało czasu.

Choroba to nie jest kara boska. To jedno z tych stwierdzeń, z którymi trzeba walczyć całą mocą i skutecznością. Najgorzej, że takie przeświadczenie tkwi w bardzo wielu osobach. Niepowodzenia, choroby, złe dni odbieramy jako karę za grzechy. Tak, nie jestem wyjątkiem, to też przechodzi mi wiele razy przez myśl. A przecież Bóg to dobry Ojciec. Jego słońce wschodzi nad złymi i dobrymi (Mt 5,45) i nie zsyła na nikogo choroby za grzechy. Bóg jest tym, który leczy rany, jeśli tylko Mu na to pozwolę. Muszę zatem przyjąć prawdę o tym, co we mnie chore, poprosić o uzdrowienie i być cierpliwą, bo wszystko ma swój czas. Szatan to ojciec kłamstwa i tą metodą się posługuje. Jak łatwo uwierzyć w fałsz, w to że Bóg robi mi krzywdę. A jednak w jakiś sposób to reakcja większości. Bóg karze mnie za to, co złego zrobiłam. Czasami nawet ciężko mi wskazać konkretną rzecz, ale jeśli coś psuje się w moim życiu, to zdecydowanie konsekwencja moich czynów. Stop! Bóg nie znęca się nad nikim! On nie segregował ludzi, nie stawiał w rządku i mówił, ci do uzdrowienia tu, reszta idzie do domu, nie zasługujecie na łaskę. Przecież był jedynym, który nie tylko nie rzucił kamienia w Marię Magdalenę, ale uświadomił pozostałym, że oni sami nie są bez grzechu. Nie wierzyć kłamstwom i umieć sobie z nimi poradzić, to jedno z ważniejszych zadań, jakie stoi przed każdym.


dzień pięćdziesiąty drugi




Jezus zabrania duchom nieczystym ujawniać, Kim jest. A jednak krzyczą "Synu Boży".

Reakcja złych duchów dobitnie świadczy o prawdziwej naturze Chrystusa. Nie tylko padają przed Nim, ale wyznają, że jest Mesjaszem. Świadczą o Jego relacji z Ojcem. O. Paweł Krupa pisze o tym, że wszystkie przymiotniki, którymi określamy Boga, nie oddają Jego istoty. Nakreślają cechy, których jednak nie da się objąć. To On wyznacza czym jest dobro, miłość, radość - bo nimi jest.

Przedziwna jest istota Pana. Niepojęta i tak bliska człowiekowi. Roman Brandstaetter w dramacie "Powrót syna marnotrawnego" opisuje krzyż, który codziennie widzi bohater. Twarz wiszącego na nim Chrystusa jest twarzą zwykłego człowieka. Mijanych na ulicy ludzi, Marii Magdaleny - słowem słabego i grzesznego człowieka. Zatrzymuję się przy tym fragmencie i zastanawiam się, czy więcej tu Boga w człowieku czy człowieka w Bogu. Pan tchnie Swego ducha w stworzenie. Człowieka czyni najbardziej podobnym do siebie. A on odkrywa ten boski pierwiastek, podobieństwo do Stwórcy, przez co zbliża się do Niego. Brat Albert w ubogich widział twarz umęczonego Chrystusa. Wymowny obraz, który powinien zapaść w pamięć. Dojrzeć Boga w bliźnim i w sobie samym. Zachwycić się nad tym, co we mnie niesamowitego i nad tym, że noszę w sobie piękno Stwórcy.


dzień pięćdziesiąty trzeci




Jezus powołuje swoich uczniów. Czyni to po wejściu na górę.

Najważniejsze rzeczy w historii zbawienia miały miejsce na górze - ustanowienie 10 przykazań, kazanie na górze, powołanie apostołów, śmierć Pana Jezusa. Góra staje się zatem symbolem wywyższenia, wzmocnienia, podkreśla ważność wydarzeń. Daje również nieco prywatności, ponieważ tłumy wśród których przebywał Chrystus, nie mogły wejść na szczyt. Głoszenie jest dla wybranych, pozostałym zostają łąki i równiny. To nie jest dyskryminacja, każdy przecież powołany jest do czego innego.

Góra, oj tak, wiecie doskonale, że trafił swój na swoje ;). Po pierwsze droga - czasami prosta i nie taka bardzo męcząca, nieraz trudna i wymagająca. Zawsze jednak ciekawa, nawet jeśli idzie się lasem przez długi czas. Pamiętam jak w liceum na katechezie wypisywaliśmy góry i wydarzenia na nich. Dziś poza oczywistymi faktami, myślę o pewnej intymności, jaka zachodzi między Bogiem a człowiekiem na wysokości. Stamtąd bliżej do nieba, tak wiem, to już utarty frazes, ale przecież łatwiej otworzyć się wyżej. Coś jest w górach, jakaś magia, która przemienia człowieka. Wchodząc na nią i powierzając apostołom misję, wybierając ich na swoich uczniów, Pan wywyższył ich, ale też nauczył pokory. Świat, który oglądam ze szczytu jest zatarty w szczegółach, bo są one malutkie, widzę jednak więcej, szerzej. To sprawia, że inaczej podchodzi się do życia. To, że wysokie drzewo, po wejściu na szczyt staje się niewielkie, nie oznacza, że zmalało. Patrzę na nie z innej perspektywy, ono pozostaje takie samo. Gdy Bóg powierza mi misję, przemienia mnie i muszę pamiętać o tym, by nie ulec pysze, nie wywyższać się. Jestem takim samym człowiekiem jak każdy, mam inne cechy, talenty, zadania. W oczach Boga znaczę jednak tyle samo, co mój bliźni. Nie pozwól mi o tym zapomnieć Boże.

dzień pięćdziesiąty czwarty




Dwunastu mężczyzn dostaje szansę stałego towarzyszenia Nauczycielowi. Pan nie tylko ich naucza, wysyła także apostołów, by głosili Ewangelię i wypędzali złe duchy.

Różnili się od siebie. Celnik, rybacy, młodsi i starsi. Wszystkich połączyło powołanie i misja, która została im przekazana. To byli prości ludzie i nagle zostali przeznaczeni do wielkich dzieł. Musieli być zdziwieni, gdy okazało się, że mają nie tylko słuchać i się uczyć, ale także nauczać. Dana im została moc wypędzania złych duchów. Jezus mógł to robić jako Syn Boga, ale niewykształceni ludzie z nizin społecznych? Po prostu ludzie. Na pewno był w nich strach, jak to będzie, czy im się uda. Zadanie przed jakim zostali postawieni nie należało do łatwych. Bóg jednak nie opuszcza nikogo, zawsze towarzyszy swoim dzieciom w drodze.

O. Tomasz Nowak pisze, że Pan darzy swoje dzieci miłością i wierzy w nie. "Bóg jest największym fanem mojego talentu", głosi plakat sprzedawany w RTCK. Jest On także tym, kto wierzy w niego najbardziej. Trzeba pracować nad sobą. Stawiać sobie cele, podwyższać poprzeczkę. Nie poddawać się przy porażkach. Skoro Pan daje możliwości, da też siłę i pomoc. Trzeba tylko uwierzyć, pracować i umieć tracić czas z Bogiem. Siedzieć i gadać z Nim przed Tabernakulum, jak wspomina s. Małgorzata Chmielewska. Opowiadać o tym, co dzieje się w moim życiu i słuchać tego, co On ma mi do powiedzenia. Dzięki temu, zawsze łatwiej znaleźć drogę, rozwiązanie, wzrastać, nie tylko duchowo. Panie, naucz mnie wiary w to, czym mnie obradowałeś.


dzień pięćdziesiąty piąty




Ewangelista wymienia z imienia najbliższe grono uczniów Chrystusa. Wspomina przydomki a także fakt, iż Jezus zmienia imię Piotra.

Czy wy też macie problem z podaniem imion wszystkich apostołów? Część z nich umyka szybko  z pamięci. Pismo Święte wspomina najczęściej o Janie, Jakubie i Piotrze. Mateusza pamiętamy dlatego, że był celnikiem. Pozostali są trochę cichymi świadkami historii zbawienia, a przecież jakże ważnymi. Imię - istota człowieka, wszystkie jego cechy, predyspozycje, charakter. Nazwać kogoś, to określić kim jest, nadać mu kształt. Bóg niejednokrotnie zmieniał imiona tych, których powoływał. Wraz z misją dostawali oni także nową tożsamość - Abram stał się Abrahamem, Saraj Sarą, Jakub Izraelem a Szymon Piotrem. Jakub i Jan otrzymali przydomek synowie gromu, to również wiele o nich mówiło. W księdze życia jest zapisane prawdziwe imię każdego z nas. Poznamy je po śmierci, wtedy w pełni odkryjemy, kim jesteśmy.

Bóg daje człowiekowi talent, misję, potrzebne cechy. Życie jest wędrówką podczas której muszę odkryć swoją tożsamość. Przekonać się kim jestem, odnaleźć jedyne właściwe mi imię. Czasami udaje się to za życie. Myślę, że św. Franciszek z Asyżu w niebie nadal jest św. Franciszkiem, choć przecież nazywał się Giovanni, Helena Kowalska Faustyną. Ci święci odnaleźli swoje powołanie i nie zdziwiłabym się, gdyby swoje prawdziwe Boże imiona poznali już tu na ziemi. Ja nadal szukam. Cieszy mnie fakt, że moje ziemskie imię oznacza światło i radość. Zawsze to dobry start w poszukiwaniu mojego najgłębszego ja.


dzień pięćdziesiąty szósty



Za Jezusem stale podąża tłum. Ludzie nie dają mu wytchnienia i chwili na posiłek. Jego zachowanie wywołuje wśród rodziny niepokój. Bliscy udają się zatem na spotkanie, by powstrzymać swojego krewniaka, o którym mówi się, że odszedł od zmysłów.

Wykroczenia przeciw przepisom prawa, odpuszczanie grzechów, przebywanie i jedzenie z grzesznikami i celnikami wzbudza nie tylko niechęć uczonych w Piśmie, ale również niesmak wśród ludzi. Rodzina Jezusa boi się o Niego. Mimo wielkiego tłumu, który podążą za Panem, nie brak głosów krytyki. Sytuacja jest napięta i nie wiadomo, do czego doprowadzi. W trosce o Chrystusa bliscy postanawiają interweniować.

Odstępstwo od normy rzuca się w oczy. Nieraz nie godzę się na nie, choć nie rozumiem. Zdarza mi się oceniać bez kompletu informacji. A Bóg przecież widzi i myśli inaczej. Droga z Nim to przechodzenie przez porażki, ale i doznawanie sukcesów. Dzięki nim jest się bliżej Boga. To nie usłany różami szlak, ani też nie ścieżka z tarniny. Raz idzie się piękną łąką, innym razem ciemną doliną. Wielu jednak może nie rozumieć, tego co robię. Widzieć wszystko całkiem na opak. Warto wsłuchać się w to, co robią inni, nim wydamy wyrok. To, co nie mieści mi się w głowie, może być pięknem zaplanowanym przez Pana.

dzień pięćdziesiąty siódmy




Uczeni w Piśmie uważają, że zdolności Jezusa to sprawka złego ducha.

Wielu ludzi nie było w stanie uwierzyć w to, co się działo. Przeraża ich moc, jaką dysponuje Chrystus. Uzdrawianie, wypędzanie złych duchów, człowiek nie ma takiej władzy. To przekracza możliwości jego istoty. Jedynie Bóg może czynić cuda. Działanie nadprzyrodzonej siły, może budzić niepokój, szczególnie gdy podejrzewa się, że jest ono związane ze złym duchem.

Bóg działa w człowieku. Jest stale obecny w jego duszy. Nigdy nie zostawia nikogo samego. Z Bogiem ludzie są zdolni do naprawdę pięknych i wielkich rzeczy. To, co wywołuje jednak zdumienie, może też budzić lęk. Mimo licznych charyzmatów pewne rzeczy nadal przepełniają nas strachem. Wielka łaska udzielona przez Pana zobowiązuje, ale i może budzić dystans wobec pewnych ludzi. To, co jest niezwykłe dla człowieka, co nie jest jego naturą, zawsze stwarza pewne obawy. Mimo zapewnień Jezusa, że gdybym posiadała wiarę jak ziarnko gorczycy, mogłabym góry przenosić, jestem człowiekiem małej wiary. Pewien lęk budzi we mnie człowiek, który może to, co Bóg. Tak też zapewne było z uczonymi w Piśmie i innymi ludźmi. Widzieli tylko po ludzku, nie otwierając serca.


piątek, 24 lutego 2017

Literatura miłosna - tak czy nie?




Ten typ książek, który sprawia, że mężczyznom szybciej bije serce, podnosi się ciśnienie, pot występuje na czole, trybiki w mózgu zaczynają pracować na najwyższych obrotach, organizm dostarcza dzikiej dawki adrenaliny, mięśnie są gotowe do ucieczki ;). Tak drogie Panie coś w tym jest ;). Literatura miłosna buduje w naszych umysłach wyobrażenia, którym często naprawdę ciężko sprostać. Ale już poważniej. 

Każdy marzy o miłości. Uczuciu, które zmieni jego życie, sprawi, że nawet zza największych chmur wyjdzie słońce. Czy tego chcemy czy nie, jesteśmy stworzeni do miłości i w każdym z nas jest pragnienie bycia wyjątkowym dla drugiej osoby, budowania związku i prawdziwego szczęścia. Szeroko pojęta kultura tworzy obrazy, którymi karmimy się od dziecka. Wzruszające filmy, piękne książki, urzekająca muzyka, wspaniałe obrazy. Miłość jest niewyczerpanym źródłem inspiracji, a i tak śmiało można powiedzieć, że jest jednym z bytów, których chyba nigdy nie da się uchwycić do końca. Wymyka się ona naszemu pojmowaniu, stale czymś zaskakuje. 

Romanse przez wieki wytworzyły obraz idealnego mężczyzny, silnego, pięknego rycerza na białym koniu, bogatego, niemal czytającego w myślach swojej ukochanej, porzucającego wszystko, gdy tylko ona potrzebuje, choćby chusteczki. I tu pojawia się problem. Nie ma ludzi doskonałych. Życie jest całkiem inne niż wymyślone historie, choć czasami muszę przyznać, pisze jeszcze bardziej zaskakujące scenariusze niż ktokolwiek byłby w stanie wymyślić. Jednak przez wydumane, owszem piękne powieści można stracić naprawdę wiele. Pozwolić przejść obok komuś, kto może jest naszą drugą połówką.

Wymagania wymaganiami, trzeba realnie patrzeć na świat i nie oczekiwać cudów. Co do okrutnej miłości, bo o takiej także się mówi. Wychodzę z założenia, że jeśli ktoś krzywdzi drugą osobę, nieważne przez co, to w takim człowieku nie ma miłości. Jeśli jesteśmy w stanie umyślnie kogoś ranić tak naprawdę nie kochamy tej osoby. Są sytuacje graniczne, choroby, różne cechy charakteru, ale gdy zmuszamy kogoś do czegoś, czego nie chce, zadajemy ból, nie ma mowy o miłości. Widząc, że ktoś cierpi przez drugą osobę, ciężko nie dojść do wniosku, że coś nie tak z uczuciem. Albo go nie ma, albo mylimy coś innego z miłością. 

Nie dziwię się mężczyznom, że podchodzą do wszelkiej maści wytworów kulturalnych o miłości jak pies do jeża. Wizerunek, który z nich się wyłania nie jest osiągalny dla zwykłego zjadacza chleba. Bądźmy szczerzy na bycie milionerem szansę ma jakiś promil ludzi. Nie każdy wygląda też jak jakiś przyprawiający o palpitację serca model. Nie da się wszystkiego mieć i to jest normalne. Są sytuacje, w których można a nawet trzeba wszystko rzucić, ale przecież każdy ma pracę i tak sobie z niej nie wyjdzie, taka prawda. Białych koni też nie ma na pęczki, zresztą mało kto jechałby na koniu przez miasto, szkoda konia. A czytanie w myślach i przewidywanie przyszłości... hmmm... jeśli ktoś umie, niech da znać, potrzebuję numerów do zwycięskiego kuponu w totka :). Nie dziwi mnie zatem frustracja panów, którzy spotykają czasami dziewczyny z poprzeczką postawioną mniej więcej na wysokości Mount Everest. Nerwicy się można nabawić, bo człowiek choćby nie wiem jak się starał i tak nie sprosta wymaganiom. 



Czy jestem zatem przeciw literaturze miłosnej? Absolutnie nie. Lubię ją, czytam, ale odróżniam fikcję od rzeczywistości. Owszem z tych książek można się czegoś dowiedzieć o kobietach, o marzeniach, które mają skryte głęboko w sercu (nie wszystkie oczywiście, każdy jest inny), o tym co ważne. Miłość to dla mnie jednak nie wzdychanie i bajkowa sielanka. To praca z drugim człowiekiem, kompromisy. Owszem jest połączeniem szaleństwa, namiętności, zrozumienia, czułości, troski, fascynacji ale i ścieraniem się charakterów, ustępowaniem. To zarówno wspólne wyjazdy, bajkowe chwile, jak i proza życia codziennego, kłótnie, godzenie się. Myślę, że książki, o których piszę powinny nauczyć jednego, oderwania się od komputera, smartfona, tabletu i poświęcenia większej uwagi drugiemu człowiekowi. Bo miłość to czas dla ukochanej osoby, uśmiech, czasem jakiś kwiatek, wspólne wyjście, komplement, takie małe codzienne okruchy czułości i radości. To suma złych i dobrych chwil i cieszy mnie ogromnie, że coraz więcej jest książek właśnie o takim realnym niewydumanym uczuciu, w których bohaterowie są normalnymi żywymi ludźmi z problemami, dylematami. Powieści obrazujących zwykłą rzeczywistość przeciętnego człowieka, która pięknieje od miłości takiej, jaką może poczuć każdy.

A książki? Niech będą czasem uzupełnieniem naszych marzeń, odszukiwaniem tego, co realne i co można wprowadzić do związku, oderwaniem się od szarzyzny dnia codziennego, ale wszystko z umiarem, by prawdziwego życia nie starać się przerobić na niemożliwą do realizacji fikcję, która nie da nikomu szczęścia. Miłość wszak to akceptacja człowieka, a nie czynienie go na modłę naszych wyobrażeń.

Tutaj możecie zobaczyć, co mówiłam o książkach o miłości  

A Wy co sądzicie o literaturze miłosnej? Piszcie :)


niedziela, 19 lutego 2017

Złap się za Słowo - dzień czterdziesty czwarty - pięćdziesiąty




Robi się coraz cieplej i mam nadzieję, że to już oznaki zbliżającej się wiosny. Tęskni mi się za słońcem, zielenią, śpiewem ptaków i wolnymi godzinami, które można spędzać na spacerach lub czytając na plantach. 

dzień czterdziesty czwarty



Na zarzuty faryzeuszów Jezus odpowiada zdecydowanie. Wspomina o Dawidzie, który wraz z towarzyszami zaspokoił głód chlebami pokładnymi, przeznaczonymi do spożycia jedynie dla kapłanów. Tym samym zaznacza, że oni również złamali prawo, a jednak nie popełnili grzechu, nie wystąpili przeciw Bogu. 

Wydarzenia ze Starego Testamentu wyraźnie podkreślają, że ludzie nieraz występowali przeciw Panu i nie zawsze spotykało się to z Jego gniewem. Skoro król Izraela mógł spożyć pokarm przeznaczony jedynie dla kapłanów, dlaczego uczniowie Jezusa nie mogą zrywać kłosów zboża, by się posilić? Bóg nie czyha na człowieka, nie trzyma się sztywno przykazań.Widzi znacznie szerzej. Nie zostawia również swoich dzieci samych. Nie karze za to, że ktoś pragnie ukoić jedną z podstawowych potrzeb ludzkich. 

Jezus jest Panem szabatu. Może on znacznie więcej niż Dawid. Wie, że przyzwalając apostołom na zrywanie zboża nie czyni nic złego. Kieruje się troską o swoich przyjaciół, która jest ważniejsza niż przepisy prawa. Miłość ma być na pierwszym miejscu. Warto zwrócić uwagę na sytuację, kontekst. Pomyśleć, co wywoła większą krzywdę. Mogę sztywno trzymać się wszystkich reguł, ale w życiu zdarzają się sytuacje, gdy trzeba ustąpić, inaczej spojrzeć na wydarzenia. Jeśli kieruję się sumieniem i miłością, Bóg zawsze poprowadzi mnie właściwą drogą. Nawet, gdyby otoczenie mówiło coś całkiem innego.


dzień czterdziesty piąty




Jedna z ważniejszych prawd, jaka pada w rozmowie z faryzeuszami. Szabat został ustanowiony dla człowieka a nie odwrotnie. To prawo służy ludziom a nie oni prawu. A nad tym wszystkim panuje Syn Człowieczy.

Na początku był człowiek, dopiero potem pojawiły się przepisy prawa. Bóg dał przykazania, by ludzie nie zbłądzili. To drogowskazy pomagające dobrze przeżyć życie i trafić do nieba. Poza nimi pojawiły się rozliczne nakazy, prawa, które porządkowały życie religijne i moralne człowieka. Czasami narzekamy na mnogość wszelkiego rodzaju powinności czy zakazów, ale jak już pisałam wystarczy spojrzeć na to od innej strony, uśmiechnąć się i przeczytać, do czego nas to wszystko zachęca. Jeśli jednak ktoś uważa, że jest tego wszystkiego za dużo to może zaglądnąć do dwóch nadrzędnych przykazań, które mieszczą w sobie wszelkie powinności. Mianowicie do przykazania miłości Boga i bliźniego. W nich zamyka się wszystko. 

Św. Augustyn pisał "Kochaj i rób, co chcesz". Jeśli kochamy z głową, nie musimy się obawiać. Wszystko będzie na swoim miejscu i faktycznie wolność, jaką odczujemy stanie się ogromna. Dziś walentynki, tak sobie patrzę na ten fragment tekstu i myślę, że jakoś mi się wpasowuje w to święto. Nie żeby mi się z nim kojarzyli faryzeusze czy przepisy prawa ;), ale skoro prawo zostało ustanowione dla mnie to również cały świat. I nawet, jeśli ktoś dzisiejszy wieczór spędza samotnie, nawet jeśli tęskni za uczuciem i bliskością drugiego człowieka, nie jest sam. Popatrz na świat dookoła, jest piękny i został stworzony dla Ciebie. To wszystko powstało z miłości, podobnie jak Ty. Ktoś kocha Cię nieskończenie mocno i nie zapomina o Tobie. Przygotował coś pięknego. Nie wiem, czy jutro spotkasz tę osobę, która jest Twoim dopełnieniem. Może stanie się to za tydzień, miesiąc, rok? Ale wiem jedno, Bóg ogromnie Cię kocha i nic tego nie zmieni.


dzień czterdziesty szósty




Synagoga, Jezus spotyka tam człowieka z uschniętą ręką. Wchodzi i pierwsze, co rzuca Mu się w oczy, to cierpienie bliźniego, nieszczęście, które go spotkało. Wokół czuwają jednak ludzie, czyhają by sprawdzić, czy uzdrowi tego chorego mimo szabatu.

Wkurzają Was uczeni w Piśmie i uczynni szpiedzy, którzy chodzą krok w krok za Jezusem i czekają tylko na Jego potknięcie? To trochę jak w kreskówkach, takie podążające za tobą cienie, o istnieniu których doskonale zdajesz sobie sprawę, bo sztuką byłoby ich nie zauważyć. Ja wiem, że to przerysowany obraz, ale jakoś oddaje ducha sytuacji. Jest nauczyciel, który głosi Boga, wzywa do nawrócenia, pomaga chorym i opętanym a jakaś grupa bierze sobie za cel zniszczenie Go. Rozumiem, że działanie i słowa Chrystusa często wywoływały szok, budziły lęki. To dla mnie zrozumiałe, bo jakby nie było, boimy się tego, czego nie rozumiemy i co nas przewyższa. Nie lubimy, gdy ktoś wyrzuca nam grzechy, obłudę, fałsz. Ale przecież prawda jest jedna i trzeba schować uprzedzenia i dumę do kieszeni i powiedzieć sobie, jak jest. Jest jednak małe "ale", lepiej usunąć niewygodnego człowieka, niż zmienić siebie, prawda? Zaczaić się, zdyskwalifikować, a wtedy będę wybielony. 

Czasem zderzam się z prawdą jak ze ścianą i to boli. Nie mam monopolu na nieomylność, ba, nie wiem czy kiedykolwiek mi się ona zdarzyła ;) choćby w jednej sprawie ;). Księga Wyjścia zaznacza, że kto znieważa szabat będzie ukarany śmiercią. Tego zdają się chcieć ludzie pragnący potknięcia Pana. Trochę mnie te słowa przerażają, bo jak dobry Bóg mógłby karać za pomaganie komuś, czy nawet zwykłe ludzkie odruchy. Jezus przychodzi z miłosierdziem, odmienia obraz Boga, który kojarzy się ze strachem. Bp. Grzegorz Ryś pisze, że miłosierdzie do skandal. Czemu tak jest? Bo często dotyczy ludzi, którzy są wykluczeni. Ciężko przełknąć, że ktoś, kto po ludzku spaprał wszystko, przegrał wiele lat, nagle dostaje szansę równą wygranej w totka. Pan pochyla się nad nim, uzdrawia, pomaga często nawet w sprawach czysto ludzkich, finansowych. I nagle jakiś wredny głosik odzywa się we mnie, ale jak to tak? To ja się tutaj staram, modlę, a ten nic się nie przejmuje i ma lepiej. 

Każdy chyba choć raz w życiu słyszał ten głos. A ja uczę się odpowiadać, ale zaraz, co ja wiem o tym człowieku? O jego drodze, przeszłości, bólu? Może ma on więcej skruchy i żalu niż ja. Albo to ostatnia szansa i Bóg rzuca się za nim na głęboką wodę, a ten w końcu dostrzega wyciągniętą dłoń. Łatwo zazdrościć i oceniać. Tak, miłosierdzie jest skandalem, bo dosięga tych, najbardziej potrzebujących, odszczepieńców, niegodnych. Bóg widzi inaczej i dobrze, bo miałabym przechlapane. Nie jest mi łatwo zrozumieć wielu rzeczy, a jednak usiłuję. I jakoś staram się nie być tym cieniem, który z oburzeniem patrzy na miłość, będącą życiem. Co tak naprawdę może być karane śmiercią? Chyba brak współczucia i miłosierdzia, bo jeśli mam serce z kamienia, to już dawno nie żyję. 


dzień czterdziesty siódmy




Proste pytanie, co wolno czynić w szabat. Czy można czynić dobro czy zło, zabijać czy ocalić życie? Tymi słowami Jezus zamyka usta tym, którzy chcieli Jego klęski. 

Nigdy nie jest tak, że za dobro spotka nas kara. W szabat można było złamać przepisy, jeśli to miało na celu uratować czyjeś życie, bo jest ono ważniejsze niż prawa. Bóg miłuje człowieka i nie stawia ponad nim nakazów. Każde Jego dziecko jest ważne. Polemika do której prowokuje Chrystus oznacza Jego wygraną. Nikt nie śmie powiedzieć, że Stwórca zakazuje czynić dobrze, gdyż On jest dobrem najwyższym. Jednocześnie Mistrz uświadamia tym ludziom, w jakiej obłudzie żyją, widząc przepisy, a nie dostrzegając człowieka. 

Jezus od początku wiedział, Kim jest. My musimy się odnajdywać, poznawać, pozwalać się kształtować. Jeśli nie wiem, kim tak naprawdę jestem, ciężko będzie mi podejmować decyzje. Swój los oddam w ręce tych, którzy manipulują lub będą chcieli mi narzucić coś, co nie jest moją drogą życiową. O. Tomasz Nowak pisze, że trzeba stawiać sobie poprzeczkę wysoko. Niepewność, niskie poczucie własnej wartości, lęk, kłamstwa, w które się uwierzyło, sprawiają, że nie stanę się orłem. Podetnę sobie skrzydła i nigdy nie osiągnę tego, co zaplanował dla mnie Bóg, wielkiego szczęścia. Nie można uciekać, chować się. Wiem doskonale, że budowanie od nowa, walka z kompleksami, leczenie ran jest trudne. Nieraz trzeba naprawdę wiele czasu, by stanąć na nogi, ale nie jest się w tej drodze samemu. Bóg zawsze towarzyszy człowiekowi. Jest gotów uzdrowić, nawet jeśli nie jestem ideałem, mam uschniętą rękę, grzechy i nie wiem, kim tak naprawdę jestem. Wystarczy zaufać, otworzyć się, dać poprowadzić. Nie być orłem w kurniku, ale rozwinąć skrzydła i zobaczyć jak może być wspaniale. Poczuć wiatr i wznieść się na wyżyny, przecież "Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia" (Flp 4,13). Odwagi Kochani, nie jesteśmy sami :).


dzień czterdziesty ósmy




Milczenie i upór ludzi wywołują gniew i smutek Jezusa. Serca jego przeciwników są zatwardziałe, a oni wyraźnie nie dostrzegają, że w szabat należy czynić dobrze. Chrystus w tej ciężkiej ciszy nakazuje choremu wyciągnąć rękę i uzdrawia go.

Staram się zachowywać przykazania, unikać grzechu. Czy sprawia to, że jestem dobrym człowiekiem? Miłość i czynienie dobra to najważniejsze wyznaczniki chrześcijaństwa. Wiara nie może być martwa. Domaga się czynów, miłowania bliźniego. Boli zatwardziałość przeciwników Jezusa. Ich uporczywe milczenie wobec nieszczęścia człowieka. Jest wiele zła na świecie, czy reaguję na nie? Czy potrafię przeciwstawić się większości, gdy wymaga tego sytuacja? Umiem powiedzieć, że nie zgadzam się, że należy postąpić inaczej?

Ks, Jan Kaczkowski zwraca uwagę na to, o czym mówił Jan Paweł II. Każe wymagać od siebie. Nie szukać usprawiedliwienia, nie zwalać na okoliczności, problemy, trudności. Weź się w garść! Zacznij działać. Przyjmij odpowiedzialność za siebie i swoje czyny. Nie przechodź obojętnie wobec tego, co się dzieje. Nie pozwalaj na zło. Oglądałam wczoraj dobranockę o. Adama Szustaka. Historia, którą opowiedział dała mi do myślenia. Nic nie jest jednoznaczne, nie znam Bożych zamiarów. Czasem jest tak, że to, co wydaje mi się nieszczęściem, wcale nim nie jest. Podobnie coś, co pojmuję jako szczęście, może okazać się czymś innym. Trzeba wielkiego wysiłku i mądrości, by umieć odróżnić jedno od drugiego.




Film wklejam z kanału Langusta na palmie


dzień czterdziesty dziewiąty




Faryzeusze i zwolennicy Heroda naradzają się. Chcą zabić Jezusa. Problem w tym, że nie wiedzą jeszcze kiedy i jak.

Szczerze? Nie lubię tych ludzi. Wredni faryzeusze i zwolennicy Heroda. Panowie świata, którzy zawsze wszystko wiedzą lepiej. Ci, którym sprzeciwiać się nie wolno. Wywyższone jednostki, sytuujące się nad wszystkimi. Co siedzi w tych mężczyznach? Jak wielka jest ich pycha, zatwardziałość, ciemność. Spotykają się niemal na co dzień z człowiekiem, który opowiada o Bogu i swoim postępowaniem świadczy o dobroci Stwórcy. Przepowiada Miłość i obdarowuje nią innych. Leczy, pociesza, wysłuchuje. A oni zazdrośni, wzburzeni, ślepi, widzą tylko obrazę i bluźnierstwo. Dwa różne światy, które się nie spotkają.

Zastanawiam się, czy to tak było, że oni od pierwszego spotkania zapałali nienawiścią do Chrystusa. Czy sytuacja pogłębiała się w miarę upływu czasu? Nie rozumiem postępowania faryzeuszy, ale nierzadko wcale nie jestem od nich lepsza. Czy grzesząc, odcinając się od Boga, nie przypominam tych, którzy tak działają mi na nerwy? Pan jednak nie odrzuca nikogo. Mimo zła, śmierci, którą na siebie ciągle ściągam, uporu, zawsze przebacza. Ciężko zrozumieć taką miłość, bo wymyka się z jakichkolwiek ram logicznych. Jest ona jednak tym, co najlepsze w życiu. Nie można jej nie doceniać. Staram się myśleć o tym, że grzesząc, ranię przyjaciela. Wredne, prawda? Zasmucam kogoś, kto mnie kocha i chce mojego dobra. Czasem ciężko ująć nam Boga w takim ludzkim znaczeniu - przyjaciel, to najwłaściwsze słowo.

Nie ocenia, nie odtrąca. Zawsze czeka z otwartym sercem. Byle tylko nie stać się faryzeuszem, nie pozwolić, by własne słabości zasłoniły to, co najważniejsze i Tego, Kto najważniejszy.


dzień pięćdziesiąty



Wielki tłum podąża za Nauczycielem. Byli to ludzie z Judei, Jerozolimy, Idumei, Zajordania, okolic Sydonu i Tyru. Szli za Nim ujęci czynami.

Postanowiłam sprawdzić jak to wszystko wyglądało. Miejsca, o których pisze Ewangelista to nie ulice naszych miast. Nie sąsiadujące ze sobą domy. Ci ludzie szli kawał drogi, by spotkać się z Chrystusem. Niektórzy pewnie wędrowali dzień lub kilka. Dystans był spory, ale najważniejsze było, by dotrzeć. Co nieśli ze sobą w serach? Pragnęli uzdrowienia? Chcieli zobaczyć lub doświadczyć cudu? Przyciągały ich słowa Jezusa? A może jego postępowanie tak inne od tego, co czynili faryzeusze. Bez względu na powód gromadzili się i słuchali słów Ewangelii.

Lubię myśleć, że Jezus patrzył z uśmiechem na tych ludzi, że odczuwał radość z ich przybycia. Na pewno większość przychodziła albo z konkretną prośbą albo z czystej ciekawości, ale to nie znaczy, że spotkanie nie mogło ich odmienić. Przecież nawet sama droga jest ważna, świadczy o tym, że człowiek podjął wysiłek z konkretnego powodu. Może było z nimi tak jak ze mną, gdy chodzę po górach. Odczuli tę wolność, radość, nagle coś do nich wróciło. Konkretne słowa, którym pozwolili się przemieniać. Każdej nauce musi towarzyszyć droga. Ona jest istotnym elementem przemiany. Daje szansę, by uwolnić się od dręczących myśli, kompleksów. Czasami idąc na szczyt, wzdycham do Boga. Mam nadzieję, że kocha wariatów, bo zdecydowanie nie każdy szczyt to dobry pomysł ;). Nie, nie wybieram czegoś ponad moje możliwości, ale gdy jestem zmęczona, mam dość, a przede mną jeszcze wiele godzin wędrowania, właśnie tak rozmawiam z Bogiem. Uśmiecham się i nie boję, że coś się stanie. Wiem, że jestem w dobrych rękach, że warto iść dalej, bo coś się we mnie otworzy. Tak jak warto wstać wcześniej, by dłużej się pomodlić, pobyć z Bogiem, poświęcić Mu te 5 minut więcej niż zwykle.

Ludzie przychodzili do Boga z daleka. Nie tylko On wychodził do nich, oni też pokonywali drogę. Doszło do spotkania przyjaciół. Obym z każdego takiego wędrowania powracała przepełniona Duchem Bożym i radością.


czwartek, 16 lutego 2017

Idź za głosem serca – Arkadiusz "Arkadio" Zbozień "Rób to, co kochasz. 5 kroków - jak wejść na drogę życia z pasją"




„Masz wszystko, czego ci trzeba!” 
Do tej publikacji podchodziłam dwa razy. Za pierwszym usiadłam sobie wygodnie na łóżku i zaczęłam wsłuchiwać się w treść. Stop! Nie, tak nie będzie. Zdałam sobie sprawę, że trzeba inaczej. Kilka dni później, gdy miałam wolne przygotowałam kartki, długopisy i gotowa do akcji włączyłam audiobooka. Postanowiłam wynotowywać sobie najważniejsze wnioski. Podczas słuchania byłam bardzo skupiona i cóż… wyszło mi 82 punkty ;)

Arkadiusz Zbozień kieruje swój audiobook, który powstał na podstawie książki przede wszystkim do młodych ludzi, szukających swojej drogi życiowej. Opowiada o tym, że nawet zła przeszłość nie zamyka drogi do szczęścia. Trzeba po prostu wstać, uporządkować swoje życie i zacząć budować od nowa, opierając wszystko na Bogu i pracy. Zaprasza do refleksji dotyczącej przeszłości, zastanowienia się, z czego wynikały porażki, których słuchacze doświadczyli. Jednocześnie przypomina, że nie można zrażać się niepowodzeniami. Błędy istnieją po to, by się na nich uczyć i dotyczy to nie tylko naszych potknięć, ale również pomyłek innych. Ważne, by nie poddawać się i nie powtarzać tego, co poprzednio zrobiliśmy źle. Zachęca do zadawania pytań, gdyż jest to jeden z najważniejszych sposobów na naukę i rozwijanie się.

Proponuje przewartościowanie dzisiejszego przekonania o tym, kim jest człowiek sukcesu a czym sam sukces. Nie jest nim bowiem tylko wygrana, ale sam fakt podjęcia działania, postawienia pierwszego kroku, który przecież bywa najtrudniejszy. To również doskonalenie się w tym co robimy, znajdowanie nowych pasji. Kluczem do sukcesu jest robienie tego, co się kocha. Znalezienie swojego talentu i poświęcenie mu maksymalnej ilości czasu i energii. Rozwijanie pasji, która pozwala nam być szczęśliwym. Autor zachęca do znalezienia pobocznych zainteresowań, związanych z tym, co daje nam radość, tak by móc pracować na kilku płaszczyznach, gdy okaże się, że jedna działalność nie wystarcza. Podkreśla również konieczność nauczenia się życia dniem dzisiejszym. Nie chodzi tu o porzucenie planowania, absolutnie nie. Ono jest niezmiernie ważne w osiąganiu celu, ale nie można zbytnio skupiać się na wybieganiu w przyszłość czy powrotach do przeszłości.



Rób to, co kochasz” to swoisty przewodnik po tym, w jakim kierunku może zmierzać nasze życie, jeśli tylko będziemy mądrze postępować. Poza powyżej wspomnianymi treściami odnajdziemy tu także kilka słów o inspirowaniu się oraz metodę 5 kroków do realizacji marzenia. Całość obfituje w przykłady, wypowiedzi różnych osób i świetną muzykę J. Bardzo przystępnie przekazaną treść, która zdecydowanie jest możliwa do zanotowania w punktach, do których warto wracać, słucha się naprawdę przyjemnie. Niemałe znaczenie ma tu również głos autora, spokojny, wyważony, szczery. „Rób to, co kochasz” zaintrygowało mnie samym tytułem i był to zdecydowanie dobry wybór, zwłaszcza, że nie ma tu taniej psychologii. Jest prawda, czasem może i niewygodna, jest zachęta do podjęcia wysiłku i zaproszenie do pracy, bo narzędzia są, trzeba tylko wszystko dookreślić, zaplanować i zrealizować. Mamy zatem wędkę, na którą łatwiej będzie złapać rybę, a to mnie cieszy, bo gotowe rozwiązania, nie są najlepszymi.  

Arkadiusz „Arkadio” Zbozień, Rób to, co kochasz. 5 kroków – jak wejść na drogę życia z pasją, wyd. RTCK, Nowy Sącz 2016.

środa, 15 lutego 2017

Piękna i bestia – Madeline Sheehan „Niepiękna”




„Ale wszystko, co dotyczyło mnie i Rippera, zawsze było impulsywne, nieuporządkowane, wprawiające w zakłopotanie i nadawało nowych znaczeń naszemu burzliwemu romansowi.


Postępowaliśmy pochopnie, porywczo, niczym błyskawice i tornada, poddawaliśmy się gwałtownemu podnieceniu i wzburzeniu, podejmowaliśmy raptowne i szalone decyzje, bez zastanowienia poddawaliśmy się uczuciom, wyłącznie uczuciom, nie dbając o co, czy kogoś ranimy”. – s. 307

Danny ma dwadzieścia dwa lata i całkiem pokaźny bagaż życiowy za sobą. Ze słodkiej, ubierającej się na różowo nastolatki, która miała nieco zwariowane dzieciństwo ze względu na to, że jej ojciec jest szefem Hell’s Horsemen, motocyklowego klubu, wyrasta na naznaczoną doświadczeniami młodą kobietę. Z dzieciństwem żegna się w wieku osiemnastu lat. Symboliczną granicą przejścia staje się bal maturalny, z którego odbiera ją Ripper, sierżant w klubie jej ojca. Dziewczyna tańczy z nim, w zasadzie na jego życzenie, by miała jakiekolwiek wspomnienia ze szkolnej imprezy, a następnie prosi, by zabrał ją w jakieś miejsce i uczynił tę noc wyjątkową. Erik postanawia spełnić jej życzenie i jedzie z nastolatką nad jezioro. Tam dochodzi do osobliwego zdarzenia. Nigdy niezainteresowana nim Danny pozwala ponieść się namiętności i upojeniu alkoholowemu, co kończy się nieskrępowanym i dzikim aktem. To jednak dopiero początek skomplikowanej i niebezpiecznej relacji bohaterów, która przyniesie ze sobą wiele bólu, problemów, niedomówień, lęku. Spragnieni siebie Danny i Ripper zaryzykują. Ich osobliwa więź, której tak naprawdę nie potrafią wytłumaczyć, przerodzi się w uczucie na drodze, któremu stanie wiele przeszkód. Czy oszpecony mężczyzna, z brutalną i mroczną przeszłością to dobry partner do związku? Czy Danny będzie gotowa zawalczyć o uczucie, które jest niezbyt miło widziane w klubowym świecie? A może wybierze innego zakochanego w niej członka Hell’s Horsemen?

Przyznam, że do „Niepięknej” podeszłam dość sceptycznie, zwłaszcza że lektura poprzedniej części nie powaliła mnie, nawet nie wzbudziła większych uczuć. Podejrzewałam zatem, że i tym razem będzie podobnie, ale zaskoczyłam się całkiem miło. Drugi tom serii to odrębna historia, którą można czytać osobno, co moim zdaniem jest plusem. Dodatkowo czytelnik otrzymuje uzupełnienie losów Evy i Deuce’a, wycinek tego, co działo się po śmierci Frankie’go. To smaczek dla tych, którzy czytali pierwszą część i dość ciekawe tło do toczącego się głównego wątku fabularnego. Sama historia Danny i Rippera jest swoistą huśtawką uczuciową. Ona zakochuje się w nim nagle i nie dostrzega oszpeconych przez tortury ciała i twarzy mężczyzny. Widzi pięknego człowieka, który co prawda ma mroczną historię, ale staje się dla niej kimś wyjątkowym. On zaś stara się nie złamać klubowego regulaminu i nie stracić szacunku człowieka, który stał się jego rodziną. Oboje bohaterów rwie się ku sobie, ale robi dosłownie wszystko, by tego nie pokazywać. W ich głowach panują mętlik i typowe dla zakochanych wątpliwości. Nie spodziewajcie się jednak westchnień, romantyzmu czy patrzenia sobie w oczy. Nic z tych rzeczy. Jest za to ogromna dawka seksu, przyciągania się, nienasycenia, nie do końca określona więź niezwykłego porozumienia, gdy to bohaterowie przekazują sobie informację jedynie za pomocą samych spojrzeń. Z jednej strony to prawdopodobne, spotkać kogoś, w kim nagle odkrywamy bratnią duszę, z drugiej to niemal natychmiastowe przekonanie, że ten oto człowiek jest mi pisany, może wydawać się nieco naiwne. Odnajdziecie tu również wielkie błędy popełniane z powodu braku komunikacji i fałszywego przekonania o tym, że lepiej odejść, nim zrobi się komuś krzywdę.

Sami bohaterowie są dużo lepiej nakreśleni niż w „Niepokornej”. Autorka pisze o przeszłości Erika, stracie, jaką przeżył, pozyskaniu nowej rodziny, nakreślona zostaje nawet sytuacja, w której został okaleczony. Czytelnik ma możliwość zagłębić się w jego emocje związane z uczuciem, jakie rodzi się w nim a byciem lojalnym wobec szefa. Na kartach książki poznaje się go od różnych stron, jako twardego motocyklistę i człowieka zdolnego do odreagowywania zarówno przez przemoc jak i kontakty seksualne a także jako zranionego psychicznie mężczyznę, któremu ktoś zniszczył życie. To ścigany lękiem, ciemnością i niechęcią do siebie człowiek, który nagle na swojej drodze spotyka kogoś, kto widzi go zupełnie inaczej niż on sam. Danny jest nieco mniej rozwiniętą postacią, ale jej opowieść rzuca światło na przemianę, jaką przeszła z zafascynowanej Ripperem, beztroskiej nastolatki do kobiety, która przeżyła wielką traumę i w zasadzie zgodziła się na zapychanie własnego bólu i pustki drugim człowiekiem. Madeline Sheehan pozwoliła również lepiej poznać Deuce’a. Nie jest on już papierowym bohaterem, ale ściganym demonami przeszłości człowiekiem, który musi ujarzmić swój gniew i na nowo odbudować życie z ukochaną. Poradzić sobie z dręczącymi go koszmarami, niszczącymi szczęście, jakiego mógłby doświadczyć.



Niepiękna” to brutalna, przepełniona seksem historia o ludziach, którzy ranią się przez niedomówienia, strach, swoje demony, nieprzemyślane decyzje. To nie sielankowa opowieść o zakazanym uczuciu, ale cierpka, momentami bolesna rzecz o mocnych charakterach, które gubią się po drodze i błędach, których można było uniknąć. Pisana momentami dość wulgarnym językiem z nieodłącznymi „sukami” i innymi niekoniecznie dla wszystkich miłymi zwrotami powieść jest jednak dużo lepsza niż jej poprzedniczka. Fabuła wciąga, opowiada o trudnych decyzjach, złych wyborach, sytuacjach pozornie bez wyjścia, o pięknie i brzydocie, które są w nas i "na nas". Piękna i bestia na opak, chciałoby się rzec, bo okazuje się, że bestia może przemienić się w piękną i na odwrót. Mrok i zło czai się w zakamarkach duszy każdego, a to co odpycha to niekoniecznie blizny i deformacje, ale rozrywające duszę błędy.  Postaci wywołują emocje, są zdecydowanie lepiej nakreślone, żywe, a klimat dużo ciekawszy. Mimo specyficznego żargonu, który nie przypadł mi do gustu, brutalności, decyzji bohaterów, których kompletnie nie popieram, pojawia się tu jednak nieco refleksji nad zaistniałymi sytuacjami, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Przedstawione zostają konsekwencje określonych czynów, które choć nie są absolutnie w żaden sposób wartościowane moralnie, to ukazują skutki konkretnych kroków. Podsumowując „Niepiękna” jest mocną, dosadną, ale dającą niekiedy do myślenia powieścią erotyczną, w której zdecydowanie nie brakuje scen uniesienia. To jednak nie tylko prosta historia o zmysłowej miłości, ale coś więcej. Jeśli zatem lubicie erotyki, myślę, książka Madeline Sheehan przypadnie Wam do gustu, zwłaszcza, że to osobna historia, która nie wymaga przeczytania pierwszej części, choć jej znajomość nie zaszkodzi, zwłaszcza w przypadku pobocznego wątku związanego z ojcem i macochą głównej bohaterki.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona


Madeline Sheehan, Niepiękna, przeł. Jan Stecki, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.

niedziela, 12 lutego 2017

Złap się za Słowo - dzień trzydziesty siódmy - czterdziesty trzeci




Rozpoczął się nowy tydzień. Zaczynam zatem pracę ze Słowem. Jeszcze mam więcej wolnego, ale urlop już prawie na finiszu, więc korzystam, odpoczywam i czytam.

Dzień trzydziesty siódmy



Coraz więcej ludzi pojawia się w otoczeniu Mistrza. On zaś naucza, przekazuje prawdę, skłania do zmiany życia. Nie odrzuca nikogo. Spotkawszy Mateusza, który był celnikiem i pracował dla Rzymian okupujących Jerozolimę, powołał go. Nie miało znaczenia jego zajęcie, fakt, że był w oczach innych kimś obłudnym, złym, niewartym uwagi. To grzesznik, który zaprzedał się wrogom. A jednak słyszy słowa "Pójdź za mną" i bez wahania reaguje na nie. 

Bóg nigdy nie odrzuca swojego dziecka. Jezus wyraźnie podkreśla, że nie ma osoby, do której by nie podszedł. Odpychanie kogokolwiek nie jest w Jego stylu. Grzesznik, nierządnica, celnik - nie ma znaczenia. On przyszedł przede wszystkim do tych, którzy się pogubili. Piękne jest to, że każdy może liczyć na spotkanie z Chrystusem, najbardziej zaś ci, którzy mają poczucie, że są niegodni. Bóg niesie światło do życia tych, którzy pogrążeni są w mroku. Pochyla się z miłością, która nie jest dla wybranych, ona jest tym większa, im większa ludzka nędza. W tych, których odrzuca społeczeństwo dostrzega piękno i godność człowieka.

Moja koleżanka ma niezwykły dar dostrzegania najmniejszych przejawów dobra. Uwielbiam czytać wpisy, które zamieszcza na fb. Widzieć jak zbiera okruchy radości, dobra, przebłyski światła dnia codziennego. Jak niezwykle rozwinęła umiejętność dostrzegania Boga w szarzyźnie dnia. I po cichu trochę zazdroszczę, tak pozytywnie, jeśli mogę tak powiedzieć. Marzy mi się właśnie taka umiejętność. Zdobycie się na uśmiech, gdy jest mi ciężko, odpłacenie dobrem, nawet gdy ktoś nie jest dla mnie miły. Spotkanie w drugiej osobie Chrystusa, nawet, gdy jest on gdzieś głęboko skryty. Panie, naucz mnie podchodzić do bliźnich, jak podszedłeś do Mateusza.


Dzień trzydziesty ósmy



Dom Mateusza wypełnia gwar, rozmowy, radość. Jezus wnosi w progi celnika wiele pozytywnych emocji. Spotyka się z tymi, którzy są wzgardzeni przez uczonych w Piśmie. Nie patrzy na grzeszników z góry, nie odgradza się od nich. Siada przy stole, naucza, rozmawia, pociesza. Traktuje ich na równi z uczniami. Dzięki temu atmosfera jest taka dobra, a ludzie nabierają w serca nadziei.

Jedną z najgorszych rzeczy, jakie można uczynić człowiekowi, to wzgardzić nim. Odrzucić, bo nie podoba mi się jego wygląd, zachowanie, sposób mówienia czy cokolwiek innego. Poczucie wyższości krzywdzi. Nie jestem nikim lepszym ani gorszym od bliźniego. Czasem myślę, nie zrobiłam tego czy tego, ale historia każdego człowieka jest inna. Wartościowanie jedynie przez pryzmat małych informacji nie ma sensu. Jezus nie mówi, idźcie sobie, nie zasługujecie na przebywanie ze mną, bo jesteście grzeszni czy gorsi od innych. On podchodzi do człowieka i widzi go w prawdzie, z całym dobrem i złem. Z lękiem, nadzieją, ranami i obawami. Przystaje i nie wartościuje, tobie pomogę, a ty już się nie nadajesz do niczego.

To niesamowicie piękne, że jest ktoś, kto ma o mnie dobre zdanie, choć zna mnie na wskroś. Z grzechami, tajemnicami, z wszystkim. Nigdy nie wiadomo, jak potoczy się życie. Pamiętam do dziś, jak otworzyłam kiedyś jedną z książek ks. Malińskiego, który wiele mnie nauczył swoim pisaniem i przeczytałam pewne słowa. Parafrazując pisał, że będzie taki dzień, kiedy nie będę mogła na siebie patrzeć, gdy na sumieniu pojawi się dużo grzechów lub coś, czego przecież nigdy nie miałam zrobić. Jednym słowem zderzę się z prawdą o sobie samej, skonfrontuję swój obraz z rzeczywistością, która mi się nie spodoba. Nie pamiętam czy bardziej mnie to oburzyło czy przestraszyło, ale zapamiętałam ten moment. Czemu? Bo ktoś dosadnie powiedział mi, jesteś tylko człowiekiem, słabym i grzesznym i nie możesz uważać się za kogoś lepszego od innych,  bo nie wiesz, do czego ty jesteś zdolna. Te słowa nauczyły mnie pokory. Tak, nie mam powodu się wywyższać. Skoro jeden z kapłanów twierdzi, że prostytutki wejdą przed nim do raju, to znaczy że dostrzega w nich wiele dobra a w sobie grzeszność. Nic nie jest jednoznaczne, nie mam samych grzechów, ale też nie składam się jedynie z dobra i zalet. Nie odtrąca się człowieka, bo grzeszy, to nieludzkie. Dlatego tak lubię słuchać jak Jezus przychodzi do celnika, słabych bliźnich i traktuje ich z szacunkiem i godnością, po ludzku. Czytam krótkie zdanie pod fragmentem Ewangelii, słowo grzesznik jest przymiotnikiem a nie rzeczownikiem. Tak wiele to zmienia, to nie określenie istoty człowieka, ale jego cechy, zdolności do błądzenia, a nie bycia błędem. Jeśli ktoś Cię odrzuca, bo nie jesteś zbyt dobry, nie żałuj niezawiązanej znajomości. Jedynie mądry człowiek wie, że na ludzi trzeba patrzeć całościowo i pamiętać o jednym, każdy błądzi i nie ma lepszych i gorszych, są pogubieni i ci kroczący prosto, ale żaden z nich nie jest mniej wartościowy w oczach Boga. Takiej postawy warto się uczyć.


Dzień trzydziesty dziewiąty



Niektórym nie podoba się to, że Chrystus przebywa i je z grzesznikami i celnikami. Pytają, dlaczego tak się zachowuje, czemu daje zły w ich mniemaniu przykład. Jezus odpowiada spokojnie, że przyszedł, by powołać grzeszników, a jego misją jest leczenie chorych, gdyż to oni potrzebują lekarza. Z tymi słowami zostawia uczonych w Piśmie i wszystkich, którzy krytykują Jego zachowanie.

Dwie rzeczy rzucają mi się najbardziej w oczy w tym fragmencie. Po pierwsze to, że odnoszę wrażenie, że Pan nie czuje się źle w towarzystwie grzeszników. Skoro powołuje Mateusza na apostoła, a co za tym idzie swojego przyjaciela, to podobne podejście ma do innych ludzi. Jest sobą i odpowiada mu towarzystwo, w którym przebywa. Po drugie pozytywne podejście podkreśla sam fakt spożywania z nimi posiłku. Gotujemy dla tych, którzy są dla nas ważni, to wyraz naszej troski. Rzadko zdarza się także jeść w obecności osób, których nie darzymy sympatią, chyba że zmusza nas do tego sytuacja. Tymczasem Jezus dobrowolnie wybiera swoje towarzystwo, co więcej, myślę, że rozmawia z tymi ludźmi podczas posiłku, stwarza więź, nawiązuje relacje. Przez moment stwarza bezpieczny azyl.

Pytam siebie, kto jest sprawiedliwy? Jezus nie dzieli ludzi, ty jesteś dobry to rozmawiamy, ty zły, więc odejdź. To również nie tak, że przychodzi jedynie do grzeszników, bo inaczej święci byliby najbardziej samotnymi ludźmi. On upomina się o swoje zaginione owce, puka do serca tych, którzy pogubili się w życiu. Pokazuje, że Mu na nich zależy, że nie przekreślił ich i nie przekreśli. To ważne i potrzebne uświadamiać komuś, że jest ważny, że zawsze ma gdzie wrócić, ma miejsce w czyimś sercu. Życie bywa nad wyraz pokomplikowane, czasami motamy się na własne życzenie i są chwile, gdy tego czego najbardziej potrzeba, to dobre słowo i czyjaś obecność. Mistrz na pewno spotykał się z dobrymi ludźmi, rozmawiał z nimi, dyskutował, ale dużo przebywał i chodził, by nawracać. Wskazywał dobrą drogę, może przytulał, śmiał się. Stawiał jasne warunki, ale był ciepły, otwarty. Bóg zna wartość każdego, z nami bywa trudniej. Otwieram oczy i serce i chcę widzieć, nie oceniać, po prostu przyjmować.


Dzień czterdziesty 



Nadchodzi post, który staje się kolejnym punktem zapalnym między Jezusem i apostołami a faryzeuszami. Tym razem dołączają do nich również uczniowie Jana, który przecież przygotowywał grunt pod naukę Jezusa. Nie rozumieją oni, dlaczego apostołowie i ich nauczyciel nie zachowują nakazanego postu, nie chcą wypełniać religijnych powinności.

Księga Powtórzonego Prawa wskazuje, że post miał na celu przybliżenie się do Boga. Chronił również przed pokusami i był związany z żałobą. Jezus nie musi pościć, ponieważ jest Synem Bożym, który nieustannie jest w więzi z Ojcem, nie jest również skalany grzechem. Nie bagatelizuje religijnych nakazów, pości przed najważniejszymi wydarzeniami w Jego życiu. Wie jednak, że czas, który spędza jako człowiek jest bardzo ważny i nie jest to czas na smutek.

Radosne chwile to ważny czas, który także zbliża do Boga. Spokój, jaki dają dobre dni można wykorzystać na wiele sposobów. Post jest ważny, ale powinno się umieć dostrzegać Boga również w ferworze dnia codziennego, w zabieganiu, wykonywaniu tysięcy rzeczy ;), w pracy i odpoczynku. Widzieć Boga w każdym wydarzeniu i w drugim człowieku to wielka umiejętność. Pościć można albo z nakazu albo z własnej woli. Gdy jednak nadchodzi radosny czas, trzeba umieć również cieszyć się i ucztować.


Dzień czterdziesty pierwszy



Zbawiciel wyjaśnia, dlaczego On i Jego uczniowie nie poszczą. Przypomina, że goście weselni mają się radować przebywaniem z panem młodym. Post nastąpi dopiero, gdy on odejdzie, wówczas będzie chwila na zadumę.

Piękny obraz Jezusa jako pana młodego. Człowieka czekającego na swoją oblubienicę, na odnalezione szczęście, które chce dzielić z wszystkimi wokół. Pragnącego radować się, tańczyć, uczcić to dobrym posiłkiem i dobrym słowem. Bóg przychodzi do ludzi, jest to wielki czas radości, w którym nie trzeba poscić. Można zaznać Bożej obecności, szczęścia jakie daje i cieszyć się nim w pełni. Uważnie słuchać, uczyć się, czerpać z tego spotkania pełnymi garściami.

Całe życie uczę się łapać chwile Bożej bliskości, te bardzo mocno odczuwalne. Spokój, który wtedy czuję jest piękny, poczucie bycia kochaną przepiękne. Ale są również momenty trochę innej radości, gdy jestem w górach i czuję, że nie mieści mi się w głowie, jaki musi być Ten, który stworzył tyle cudowności. Gdy mam szansę udowodnić sobie, że mimo zmęczenia, fizycznych ograniczeń, innych trudności, daję radę wejść na szczyt. Bywają i takie dni, gdy Boża obecność przychodzi przez ból i cierpienie. To trudne lekcje, ale nieraz czuć, że nie jestem w tym sama. Są również noce ciemne i ciemne doliny, gdy emocjonalnie absolutnie nic nie odczuwam. Takie totalne zero stopni Celsjusza, pustka. Wtedy jak mantrę staram się sobie powtarzać, że Pan jest, choć tego nie widzę i nie czuję. Cenić chwile, gdy wiara staje się odczuwalna, gdy przybiera realniejsze, że się tak wyrażę, kształty, to cieszyć się właśnie tymi chwilami z panem młodym. Warto się skupić, by ich nie przegapić


Dzień czterdziesty drugi



Nie zawsze warto naprawiać stare. Jezus wyraźnie wskazuje na to, że starego ubrania nie łata się nowym suknem a młodego wina nie wolno wlewać do młodych bukłaków. Obydwie takie sytuacje prowadzą bowiem do nieuchronnej katastrofy. Ubranie drze się bardziej, a bukłaki pękają.

Nie miesza się starego z nowym, głosi dzisiejszy fragment. Odnośników znajdziemy wiele. Jezus przychodzi do ludzi z nową nauką, a właściwiej byłoby rzec z rozwinięciem i uzupełnieniem tego, co głosili prorocy. Wypełnia przymierze i naucza. Można mówić też o tym, że człowiek po spowiedzi jest nowy, czysty. Nie powinien wracać do tego, co było, stąd zawsze mocne postanowienie poprawy i praca nad sobą. Czasem też warto zostawić za sobą przeszłość, rozpocząć od nowa (jak Mateusz), nie wracać do błędów, nie rozpamiętywać ran (jak Piotr). Odrodzić się, to nie stać się kimś bez przeszłości, ale zacząć budować od nowa. Stawać się coraz piękniejszą i pełniejszą wersją siebie. Korzystać jedynie z tego, co pozwoli się rozwijać zarówno duchowo jak i fizycznie czy psychicznie.

Życie nie polega na tym, by zatrzymywać się w drodze, porzucać marzenia, tkwić w marazmie. Bóg codziennie daje nam czas, nie można go marnować. Nie stanę się naukowcem, nie odkryję leku na zło świata, nigdy nie zaśpiewam niczego tak, by komuś łzy stanęły w oczach ze wzruszenia. Szukam swojej drogi i staram się rozwijać w tym, co umiem robić. Piszę, bo to moja dziedzina. Czytam, gdyż pragnę się rozwijać, chodzę po górach, bo to daje mi radość. Staram się codziennie budować swoje życie, choć bywa, że wszystko składa się jak domek z kart. Ale ciągle chcę być nowa, coraz lepsza w tym, co robię. Pragnę odkrywać swoje talenty, bo może jest jeszcze coś, w czym będę dobra? A nade wszystko chcę poznawać własną duszę i Boga. Zadziwiać się od nowa, pozwalać się przemieniać. To cud, który każdy ma w swoim życiu.

Cud, niełatwy, wymagający, pełen wysiłku. A jednak, choć leń we mnie krzyczy o 5.30, nie wstawaj, ostatnio odkrywam spokój, jaki daje mi poranna modlitwa różańcowa. Potem wypita w miarę spokojnie ;) kawa. Zachwycam się audiobookami o. Szustaka, które wywracają mój świat do góry nogami i stawiają ważne pytania i wysokie poprzeczki. I wsłuchuję się w to wszystko, rozważam Słowo i choć odrobinę się boję powiedzieć to głośno, zmieniam się i to na lepsze. I otwiera się jakaś piękna przestrzeń, o której leciutko zaczynam się przekonywać, ale jeszcze nie potrafię uchwycić jej istoty. Staję się od nowa...


Dzień czterdziesty trzeci



Głodni uczniowie zrywają kłosy, by choć trochę się pożywić. Widząc to, oburzeni faryzeusze pytają Chrystusa, czemu łamią szabat, robiąc to, co zabronione.

Wolno, nie wolno - dwa słowa, które często pojawiają się w rozmowach z faryzeuszami. W zasadzie mogłabym narysować sobie tabelkę, w jednej kolumnie napisać Jezus w drugiej faryzeusze i wypisywać wiele przykładów na opozycję między Bogiem a tymi ludźmi, pewnie nawet pokuszę się kiedyś o to. Przykra jest jednak bariera, jaką ci ludzie stawiają między człowiekiem a Bogiem. Z ich nauk i zachowania wyłania się obraz Stwórcy, którym straszy się ludzi, Boga gniewnego, wymagającego bezwzględnego posłuszeństwa, niemal bezlitosnego. Co ciekawe, przecież tak pilnujący prawa faryzeusze sami naginali je i przekręcali jak było im wygodnie.

Bóg nie każe za to, że człowiek pragnie zaspokoić swój głód, przecież stworzył go właśnie takim i  to postępowanie jest naturalne. Nie ściga za marzenia, pragnienie odpoczynku, śmiania się  głupich rzeczy, ulegania nieszkodliwym głupstwom. Bóg jest Miłością i dobrem. Wymaga i to wiele, ale nie jest tyranem, który czeka z batem na człowieka, aż ten tylko złamie jakieś przykazanie. On pozwala nawet odstąpić od pewnych praktyk, jeśli to będzie dobre dla człowieka. Jaki jest sens zachowywania czegoś, co wyrządza krzywdę? Można być nieskazitelnym na zewnątrz i ciemnym jak noc w środku. Żyć na pokaz, paradować w swojej pozornej doskonałości. Bóg jednak widzi i nie pragnie teatru, ale prawdziwego człowieka. Można wyglądać gorzej zewnętrznie, podczas gdy dusza jest czysta. Ks. Jan Kaczkowski pisał, że warto przegrać zewnętrznie, by odnieść wewnętrzne zwycięstwo. Okazać moralność tam, gdzie można było zakombinować. Nie jest sztuką zachowywać pozory. Sztuką jest żyć w prawdzie i postępować roztropnie. Obyś Panie dopomógł tak żyć.



wtorek, 7 lutego 2017

Wielki człowiek - ks. Jan Kaczkowski, Joanna Podsadecka „Dasz radę. Ostatnia rozmowa”

z cyklu książki z duszą



„Mistyki należy szukać w prozie dnia codziennego. Pan Bóg jest bardzo delikatny, trzeba Go czytać uważnie”. – s. 10

Księdza Jana widziałam na Targach w Krakowie dwa lata temu. Była długa kolejka, wielu ludzi, ja zaaferowana pierwszym pobytem na tej imprezie biegałam gdzie się dało. Pomyślałam, że nie będę zawracać głowy i zaglądnę na następnych, żeby porozmawiać. Wydawało mi się, że skoro ks. Kaczkowski żyje na pełnej petardzie, to choroba faktycznie odpuściła, na tyle, że będzie czas. Nigdy nie przeżałuję tego, że nie podeszłam. Spotkanie z tak niezwykłym człowiekiem do końca życia zapadłoby mi w serce. To wydarzenie nauczyło mnie, że do takich ludzi warto czekać kilka godzin, żeby choć się uśmiechnąć i powiedzieć „Cudownie, że jesteś”, by potem nie żałować zmarnowanej szansy. Dziś kiedy czytam książki ks. Jana, gdy układam sobie wszystko w głowie, również się uśmiecham i dziękuję, za niego, za to wszystko, co zrobił i ufam, że ten uśmiech dotrze do adresata.

Tym razem dzięki uprzejmości Wydawnictwa WAM miałam okazję sięgnąć po ostatnią rozmowę z ks. Janem, którą przeprowadziła Joanna Podsadecka. Książka ogniskuje się wokół kilku tematów: człowieka, sumienia, budowania relacji oraz miłości, które są rozwijane w bardziej szczegółowych zagadnieniach. W obrębie wspomnianych rozdziałów pojawiają się rozmowy o grzechu, przebaczeniu i inności. Ks. Jan mówi o związkach, małżeństwie, narzeczeństwie, seksualności. Odpowiada na pytania dotyczące modlitwy, śmierci, piękna, po prostu życia. To nie tylko rozmowa z dziennikarką, ale dialog z czytelnikami, którzy otwierali się, pisali o życiowych trudnościach, często dramatycznych sytuacjach, prosili o wskazówki. Z wrodzoną delikatnością i mądrością ks. Jan cierpliwie porusza liczne zagadnienia. Zwraca uwagę na potrzebę czułości wobec innych, szczególnie chorych. Podkreśla zwykłą troskę, jaka powinna występować między ludźmi. Mówi o sumieniu, które może czasami uznawać coś za dobre, mimo iż nauka Kościoła jest inna. O gimnastykowaniu go, rozciąganiu do granic, podczas gdy powinno się dbać o jego stan. Kapłan wskazuje na piękno, które pojawia nawet w najtrudniejszych chwilach ludzkiego życia. Wyraźnie zaznacza, że nie powinno podejmować się decyzji, jeśli mamy wątpliwości. Wtedy zawsze warto przemyśleć rzecz od nowa, skonsultować się z kimś, wsłuchać w siebie. Na kartach pojawiają się dylematy, które towarzyszą niejednemu spowiednikowi, powtarzające się pytania, wątpliwości moralne związane z życiem seksualnym i wiarą oraz przebaczeniem. Wszystko to zostaje krótko i dosadnie podsumowane. Każde kolejne kwestie poruszane w „Dasz radę” porządkują posiadaną wiedzę i dostarczają nowych informacji. Uczą jak postępować, co zgłębiać, gdzie szukać.

„Możesz mieć wady, być lękliwy i czasem poirytowany, ale nie zapominaj, że Twoje życie jest największym przedsiębiorstwem świata. Tylko Ty możesz zapobiec jego fiasku. Wielu Cię ceni, podziwia Cię i Cię kocha. Chciałbym, żebyś pamiętał, że być szczęśliwym, to nie znaczy mieć niebo bez burzy, drogę bez wypadków drogowych, pracę bez wysiłku, relacje bez rozczarowań. Być szczęśliwym to znaleźć siłę w przebaczeniu, nadzieję w walkach, bezpieczeństwo na scenie strachu, miłość w niezgodzie”. – s. 50

Ciężko rozpisywać się o treści w tego typu książkach, gdyż po prostu trzeba je przeczytać. Ważne jest, że zagadnienia poruszane są z wielkim szacunkiem, delikatnością, zrozumieniem. Autorzy nie zbywają nikogo, pochylają się nad problemami, często naprawdę dramatycznymi. Ks. Jan nie zawsze dopowiada wszystko. Pozostawia niektóre dylematy do przedyskutowania ze spowiednikiem, przepracowania w sobie. Wskazuje rozwiązania, ale niczego nie narzuca, wręcz samemu zachęca do szukania, bo nikt nie może zrobić niczego za drugą osobę. Nie ma tu uciekania od niewygodnych tematów zwłaszcza, że sami pytający są osobami zaangażowanymi religijnie, przeżywającymi rozterki, poszukującymi. Urzeka miłość ks. Jana, jego dojrzałość i odwaga. Mówienie trudnych rzeczy prostym, zrozumiałym, pełnym godności językiem. Nawet, jeśli chodzi o zagadnienia sporne, jak podejście do homoseksualizmu, imigrantów czy kontrowersje wokół Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Zadziwia otwartość, z jaką przepytywany podchodzi do każdego i gotowość do niesienia pomocy, spotkań, które zapewne się nie odbyły. Czytając, miałam wrażenie, że dotykam czegoś niesamowicie ważnego, buduję od nowa, porządkuję samą siebie. Towarzyszył mi niezwykły kapłan, który zarówno słowami, jak i swoim przykładem głosił to, czego szukam – prawdę. Książkę pochłonęłam w jedno popołudnie pozostając z wielkim niedosytem. Nieodpartym przekonaniem, że to coś wyjątkowego, ogromnie ważnego, wymagającego przemyślenia i wielokrotnego czytania. Ogarnął mnie smutek, że tak niezwykły człowiek już odszedł i żal, że pozostało tak mało jego wypowiedzi. A jednocześnie jestem głęboko wdzięczna za wszystko, co zapisano, nagrano, zanotowano. Jeśli ktokolwiek szuka odpowiedzi na podstawowe pytania, pragnie rozwinąć się duchowo, poczytać coś niezwykłego, na pewno się nie zawiedzie. Ksiądz Jan był wyjątkową osobą, od której zdecydowanie warto się uczyć.



A na koniec mała prośba, jeśli macie możliwość, wesprzyjcie proszę dzieło, które zapoczątkował ks. Jan. Nawet mała suma jest istotna. Możecie również przekazać 1% waszego podatku, to nic nie kosztuje, a pomoże innym. O funkcjonowaniu hospicjów nieco wiem, dlatego to, które założył ks. Kaczkowski jest dla mnie niezwykle cenne.

Puckie Hospicjum pw. św. Ojca Pio
84-100 Puck, ul. Dziedzictwa Jana Pawła II 12
Bank Spółdzielczy w Krokowej
30 8349 0002 0004 6633 2000 0010
Bank Spółdzielczy w Pucku
38 8348 0003 0000 0017 2404 0001
Bank Spółdzielczy w Krokowej - konto walutowe EUR
PL 17 8349 0002 0004 6633 2000 0050 GBWCPLPP

Aby przekazać 1% podatku dochodowego należy w formularzu PIT wypełnić zamieszczony w nim "Wniosek o przekazanie 1% podatku należnego na rzecz organizacji pożytku publicznego (OPP)". W rubryce "Numer KRS" należy wpisać 0000231110, a w rubryce "Wnioskowana kwota" należy podać kwotę stanowiącą 1% podatku i zaokrągloną do pełnych dziesiątek w dół.
1% podatku mogą przekazać podatnicy rozliczający się na formularzach PIT-36, PIT-36L, PIT-37, PIT-28, PIT-38, PIT-39.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuje Wydawnictwu WAM.


Ks. Jan Kaczkowski, Joanna Podsadecka, Dasz radę. Ostatnia rozmowa, wyd. WAM, Kraków 2016.

niedziela, 5 lutego 2017

Złap się za Słowo - dzień trzydziesty drugi - trzydziesty szósty




No to jedziemy w nowym miesiącu z rozważaniami. Zmienia się trochę forma publikowania wpisów na blogu. Jak informowałam na fb, post będzie pojawiał się w niedziele i obejmował tygodniowe łapanie się na Słowo :). 

dzień trzydziesty drugi



Wielu chorych czekało u drzwi Jezusa. Pewnie mijały godziny nim ktoś z końca mógł podejść blisko Chrystusa. Ludzie jednak czekali cierpliwie. Część z nich może obawiała się, że nie zdąży? Myśleli, że Pan odejdzie nauczać w innych miejscach? Możliwe, że tak. Kilku mężczyzn postanowiło zrobić coś niezwykłego. Rozebrali oni dach, spuścili przez otwór paralityka, który był ich przyjacielem i pozwolili, by Chrystus uczynił cud. Działanie niecodzienne, ale skuteczne i wywołujące aprobatę Mistrza, który odpuścił grzechy temu człowiekowi. Po raz kolejny wypowiedział mocne słowa. 

Szukam punktu zaczepienia w tym fragmencie. Słyszałam już wiele razy o tym, jak dobrzy byli przyjaciele paralityka i tak, potwierdzam, że tacy byli. Tym razem jednak skupiam się nie na wysiłku, jaki włożyli w przyniesienie tego człowieka, rozebranie dachu, powolne opuszczenie łoża do środka. Moją uwagę zwraca to, że nie czekali biernie, postanowili zadziałać i to nie krzycząc przed domem 'Panie, nasz przyjaciel cierpi, pomóż mu'. Zrobili coś niekonwencjonalnego. Zaczęli myśleć nieszablonowo i to poskutkowało. 

Czasem nawet w dobrym życiu duchowym panuje stagnacja. Modlimy się tymi samymi słowami, słuchamy fragmentów Pisma, któryś kolejny raz w życiu, nie starając się wsłuchać i zmienić perspektywy. Słyszymy, ale nie słuchamy, patrzymy, ale nie widzimy. Oj, znam to skądś. Stąd mój zachwyt innym podejściem do 10 przykazań, o którym pisałam, stąd modlitwa swoimi słowami, szukanie konferencji, czytanie książek, oglądanie filmów, wyławianie inspirujących osób. To wszystko jest naprawdę potrzebne! Warto być jak ludzie z tego fragmentu Ewangelii, pokombinować trochę, podejść inaczej, nieszablonowo, może odrobinę szaleńczo. W końcu św. Franciszek był nazywany Szaleńcem Bożym. Jeśli coś idzie nie tak, warto rozebrać dach, odejść od bezpiecznych schematów. Wiara ma być żywa, ma inspirować. Tak, tego i ja codziennie będę się uczyła, ale zapraszam do tej nauki i Was :).

dzień trzydziesty trzeci



Uczeni w Piśmie oskarżają Chrystusa o bluźnierstwo. Nie pojmują jak człowiek może mówić o odpuszczeniu grzechów. Jedynie Bóg może to zrobić. Nie dostrzegają w prostym cieśli z Nazaretu obiecywanego i zapowiedzianego Mesjasza, który ma moc rozgrzeszania. Są oburzeni zachowaniem, którego nie rozumieją, słowami, które nie powinny paść.

Bóg przebacza łatwiej niż człowiek. Rozgrzesza, otwiera ramiona i pozwala się w nich schować. Nie odtrąca, nie wypomina. A przecież człowiekowi zdarza się w chwilach gniewu wywlekać dawne spory, niby przebaczone przewinienia, urazy. Pochylam się nad łaską przebaczenia. Łaską piękną, ale niezmiernie trudną. Bo to nie puszczenie wszystkiego w niepamięć. To świadomość, że kocham kogoś, mimo tego, co mi zrobił. Rany na sercu goją się bardzo powoli. Pamięć bywa doskonała, jeśli chodzi o złe rzeczy. Wraca do paskudnych wspomnień i miesza w głowie. A Bóg nie wyciąga przeszłości. "Idź i nie grzesz więcej". Nie będziemy do tego wracać. Zacznij od nowa. Tak po prostu bez zbędnych komentarzy.

Siostra Jolanta Glapka wspomina, że grzech to także rana. Ból zadany samemu sobie lub innym. Trzeba długiego procesu uzdrowienia, by się zasklepiła. Zaufania Panu i zgody na jego uzdrawiające miłosierdzie. Wiary w to, że On przebacza. Przebaczenia także sobie i innym. A gdy się nie da, gdy za trudno warto modlić się o to, by nadszedł czas, gdy przyjdzie łaska i to wybaczenie, o które tak trudno stanie się rzeczywistością. Powierz się Panu, On sam będzie działał.

dzień trzydziesty czwarty



Jezus przenika myśli uczonych. Robi coś, czego nie może uczynić nikt z ludzi. To nie żadne czytanie z twarzy czy gestów, to umiejętność przenikania całego człowieka. Coś, co dostępne jest tylko dla Boga, który stworzył i zna swoje dzieci. Te słowa musiały wywołać wielkie zdumienie. Jak to możliwe, że ktoś wie o czym inni myślą. Niedowierzanie mieszało się zapewne ze strachem.

Mówi się, że wszystko ma dwie strony medalu i tak jest. Są dni, kiedy jestem pełna piękna i mocno czuję wtedy w sobie obecność Bożą. Zachwycam się tym, co najmniejsze, przesyca mnie spokój, radość, wdzięczność. To dobry czas i lubię wtedy rozmawiać z Bogiem. Jak u każdego zdarzają się jednak gorsze chwile. Zastanawiam się nad tym, czemu coś mnie dotyka, dlaczego mimo usilnych próśb rozwiązanie nie przychodzi. Po ludzku zdarza mi się być zdenerwowaną, wkurzoną, złą. Wolałabym żeby wtedy Bóg niekoniecznie zaglądał w moje myśli i serce.

Perspektywa tego, że ktoś wie o mnie wszystko może przerażać. Każdy ma jakieś sekrety, coś co chce zachować tylko dla siebie. Błędem jest to, że wstydzimy się reakcji, na które nie mamy wpływu, myśli pojawiających się bezwolnie. Mamy kompleksy, niektórymi rządzi brak pewności siebie. Istnieją chowające się w kącie szare myszki, a Bóg patrzy na każdego z miłością i wie, że jego dzieci są wyjątkowe. On nie chce, by ktoś uciekał przed Nim jak Adam i Ewa. Zna nas, wie co nosimy w sobie pięknego, a co jest do poprawienia. Ale tak, są chwile, że wolałabym, by Pan popatrzył w nieco inną stronę. Nie z wszystkiego w życiu można być dumnym. Popełniam błędy, jestem tylko człowiekiem i pragnę pamiętać, że pomimo wszystkiego Bóg mnie kocha <3. Z całym bagażem dobrych i złych doświadczeń, sukcesów i porażek, błędów, potknięć. Kocha prawdziwie, wiedząc o wszystkim.

dzień trzydziesty piąty



Słowa to za mało. By pokazać prawdę o sobie Jezus nie tylko odpuszcza grzechy paralitykowi, ale nakazuje mu wstać, wziąć łoże i wrócić do domu. Zostawia tłum z pytaniem, co łatwiej uczynić, oczyścić duszę czy uleczyć ciało? Uzdrowienie, którego dokonuje, podkreśla moc, jaką dał Mu Ojciec. Cud dokonuje się na świadectwo dla tych, którzy nie wierzą.

Co jest łatwiejsze? Przyjąć wybaczenie, które daje Bóg czy uwierzyć, że można powstać? Zacząć od nowa, uporządkować to, co było nie tak. Wejść na inną drogę i wiedzieć, że nie zostanie się samemu. Trzeba zbudować wszystko od podstaw na solidnym fundamencie. Pochylić się nad swoim życiem, zastanowić, wykreślić to, co złe. Spróbować wyobrazić sobie dokąd prowadzi obrana droga. A potem wyznaczyć cele, znaleźć odpowiedniego towarzysza, który w czasie burzy podtrzyma, poniesie.

Z Bogiem wędrówka stanie się właściwa. Ciągle zastanawiam się, czy napisać łatwiejsza, bo wiara nie usunie przed nikim przeszkód, zwłaszcza, że one umacniają. Ona pozwoli je lepiej zrozumieć, pokonać, wykorzystać na własną korzyść. Może jednak najtrudniej wstać, odnaleźć światło w ciemnej dolinie, pozwolić się poprowadzić? Uwierzyć, że przebaczenie jest drogą, która zaprowadzi nas do szczęścia i podjąć wysiłek, by nią podążyć.

dzień trzydziesty szósty



Paralityk wstaje, zabiera łoże i wychodzi. Tak po prostu. Ewangelia nie wspomina, by cokolwiek powiedział. Czy to dlatego, że odczuł, że Jezus wie o wszystkim, co w nim jest i mimo tego, obdarowuje go miłością, przebaczeniem i uzdrawia? Komentarz po tym, co wydarzyło się w Kafarnaum wydaje się zbędny. Przypomina mi to nieco scenę teatralną, gdy uwaga widza zostaje skierowana na dwóch bohaterów. Wszystko się wycisza i ogniskuje na nich. Cały plan okrywa mrok, światło pada zaś na kluczowe postaci. Może tym razem właśnie tak było. Odbył się dialog na innej płaszczyźnie, przeznaczony tylko dla zainteresowanych. Nowy, zdrowy człowiek udaje się do domu a ludzie zaczynają chwalić Boga. Nie reagują jak uczeni, nie widzą bluźnierstwa, ale dobro, które stało się przez ręce Chrystusa.

Szafowanie wyrokami jest banalnie proste. Upraszczanie sytuacji, odgrywanie wszechwiedzącego, wytykanie błędów. Nietrudno o pogubienie się, gdy jest się przekonanym, że prawda stoi po mojej stronie. Ale świat nie jest czarno-biały. Można stać się jednym z uczonych, oburzonym usłyszanymi słowami, zaskoczonym świadkiem cudu lub być gdzieś pośrodku, zastanawiając się, kim jest ten niezwykły człowiek. Trzeba być uważnym, bo zło działa również pod pozorem dobra. Jeśli jednak ufa się Bogu, pozwala Mu się prowadzić, nie ma się czego obawiać.

Bp Grzegorz Ryś mówi o nawróceniu, które nie jest nagrodą czy czymś, na co można zasłużyć. To łaska, której udziela Pan. Cud życia, tam gdzie grzech zniszczył życie wewnętrzne. Wyraz miłości i światełko w ciemności. Ono jest dane i zadane. Trzeba dbać o duszę, ale zbawienie zawsze pozostanie największym darem udzielonym nam przez Boga z miłości. To wymagający prezent, ale nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie go prawdziwie docenić. Umieram i odradzam się. Przybliżam do Boga i oddalam. Pociąga mnie Jego miłość i stale uczę się wyzbywać fałszywych przekonań. Ale nie jestem samowystarczalna. Niezmiennie potrzebuję pomocy, tego zdania "Odpuszczają ci się twoje grzechy" a potem wyciągniętej w moją stronę dłoni, patrzących na mnie z łagodnością oczu i słowa "wstań". I wiem, że nie zrozumiem ogromu Miłości, która oddaje życie za mnie.

Zapraszam Was do dzielenia się spostrzeżeniami i refleksjami z tego tygodnia łapania się za Słowo w komentarzach. Jeśli macie jakieś pytania czy sugestie jestem otwarta na dialog :) Błogosławionego czasu <3