wtorek, 30 czerwca 2015

Podróż przez piekło – Gabriel Glinka „Bandyta”


„I już nie przestałem, gdy zacząłem nabierać anielskich mocy. Najpierw wytrzymałość na ból. Ćwiczyłem zawsze w samotności, tak jak na łączce za schronami. Biłem się pasem i kablem od żelazka. Nie zapomniałem o florecie i gumowym wężu… Waliłem pięściami już nie tylko w trawę, ale również w drzewa. Wkrótce spróbowałem ściany. (…) Gdy nikogo nie było w domu, rozsypywałem klocki, kanciaste zabawki i leżałem na nich do momentu, aż prawie powbijały się w ciało. Stałem pod zimnym prysznicem do utraty tchu. Zakręcałem wodę dopiero wtedy, gdy skostniały nie mogłem oddychać. Nacinałem ciało żyletką, wbijałem w nie igły – te zwykłe i te od strzykawek.    W końcu któregoś dnia wpadłem na pomysł zmierzenia się z ogniem. (…) Mało nie oszalałem, ale udało mi się utrzymać dłoń nad płomieniem zapalniczki do chwili, kiedy poprzez zwęgloną skórę dostrzegłem piekące się, białe mięso swojej ręki”. – s. 151-152


   
Ciągle zastanawiam się, jak zacząć. Książka, którą mogłam przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa WAM po prostu mnie poraziła, ponieważ to nie żadna fikcja, ale powieść autobiograficzna. Przywołała kaskadę emocji, zrodziła wiele pytań, nie tylko wciągnęła, ona po prostu wbiła mnie w fotel i jeszcze raz kazała utrwalić sobie w głowie prawdę starą jak świat, człowiek nie jest czarno-biały, nie jest przekreślony raz na zawsze, dopóki żyjesz masz czas, możesz coś zmienić, możesz zacząć od nowa. 

   Mruk był zwykłym radosnym chłopcem, który miał swoje marzenia. Chodził do szkoły, wiódł na pozór normalne życie, ale nie wszystko było w nim w porządku. Poza kochającą matką i młodszym bratem miał również ojca alkoholika, który wyładowywał na nim swoją agresję. Odtrącony przez kolegów po pewnym incydencie, przerażony przemocą, którą stosował wobec niego ojciec, postanowił nauczyć się bronić. Narastająca w nim frustracja, zagubienie, złość i nienawiść znajdują ujście w bijatykach. Bohater staje się częścią podwórkowej bandy. Jego doświadczenia z czasem zaś pchają go z małych osiedlowych kradzieży do działalności przestępczej. Zajmuje się coraz to mroczniejszymi procederami. Jest twardy, opanowany, nastawiony na to, by radzić sobie w życiu wszelkimi dostępnymi środkami. Pewnego dnia przychodzi zapłacić mu za swoją działalność. Trafia do więzienia, w którym wszystko staje na głowie. Mruk mając nadmiar wolnego czasu postanawia nie tylko nie stracić kontaktu z córką, ale zacząć nowe życie. Życie, na progu którego staje tajemniczo wkraczający w jego rzeczywistość Bóg. 

   Czytając „Bandytę” wstrząsnęła mną szczerość tej opowieści, tym większa, że narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. To właśnie bohater prowadzi czytelnika przez swoje życie, jako małe zalęknione dziecko, które nie rozumie pijackiej furii ojca i niekończącego się koszmaru przemocy. Potem jako nastolatek, stawiający pierwsze kroki w przestępczym świecie, w końcu zaś jako przestępca i więzień. Odkrywa on swoje uczucia, wątpliwości, targające nim sprzeczności, bo z jednej strony to groźny, agresywny bandzior, z drugiej zaś mężczyzna który ma w sobie pokłady człowieczeństwa, o które nikt by go nie podejrzewał. Jednak dla świata przybiera on zawsze odpowiednią maskę. Co zaskoczyło mnie najbardziej? Fakt, że to nie przestępca, który głownie opowiada o tym, jak wielkie niebezpieczeństwo stwarzał dla innych, ale osoba, która lubiła książki, muzykę, która zastanawiała się nad sobą i wyciągała prawidłowe wnioski, mimo mocno nadwyrężonego sumienia. 

   W książce Gabriela Glinki porwało mnie to, że nie brak tu pytań, które trzeba sobie stawiać. Nie brak ostrych słów, krytycznych ocen, wielkiej emocjonalności. Mruk potrafi zastraszać ludzi, bawić się ze swoją córeczką, kłócić z Bogiem, który powołał go na ten bezlitosny świat, grać gdy może z tego uzyskać korzyści, ale umie też obdarzać ludzi szacunkiem, przyznawać się do błędów, stanąć twarzą w twarz z prawdą o sobie. To pełen sprzeczności człowiek, który szuka swojej drogi, nie takiej usłanej różami, ale prawdziwej, niepozbawionej trudności. „Bandytę” czyta się z zapartym tchem. Wywołuje on skrajne emocje, przynajmniej tak było w moim wypadku, bo choć trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia postępowania bohatera, to jednak pokazuje jak może położyć się ono cieniem na dalszym życiu. Jednak o lepszą przyszłość zawsze warto walczyć, dopóki ma się czas. Najbardziej z kart książki uderza niezaspokojony głód miłości. Cokolwiek napiszę, nie oddam tego, co towarzyszyło mi podczas lektury. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać. I szczerze polecam ją wszystkim, bo przypomina jedną prostą prawdę, nie można przekreślać człowieka.



Za książkę jeszcze raz serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.



Gabriel Glinka, Bandyta, wyd. WAM, Kraków 2015.

4 komentarze:

  1. Przyznam, że Twoja opinia mnie zachęciła do książki, ale jednak mam pewne obawy, bo ja na ogół takich książek nie czytam. Więc - gdyby wpadła mi w ręce - chętnie, ale inaczej chyba nie będę jej szukać...

    Zapraszam do mnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, zaglądnę na pewno. Powiem szczerze, że ja rzadko czytam historie oparte na faktach, ale ta była po prostu niesamowita i warto ją przeczytać.

      Usuń
  2. Po przeczytaniu recenzji jestem na tak

    OdpowiedzUsuń