wtorek, 26 maja 2015

Z serca - Tadeusz Różewicz "Matka odchodzi"

z dedykacją dla mojej Przyjaciółki Jolanty


"Przez wiele lat obiecywałem Mamie trzy rzeczy, że zaproszę ją do Krakowa, że pokażę Zakopane i góry, że pojadę z Mamą nad morze. Mama nie zobaczyła nigdy w życiu Krakowa. Nie widziała ani Krakowa ani gór (z Morskim Okiem w środku) ani morza. Nie dotrzymałem obietnic... Minęło od śmierci Mamy prawie pół wieku... (zresztą, przestaję się interesować kalendarzem i zegarem). Czemu Jej nie zawiozłem do Krakowa i nie pokazałem Sukiennic, kościoła Mariackiego, Wawelu... Wisły."  - s. 8

   Jest w tej książce coś, co sprawiło, że ogromnie chciałam ją mieć. Nie powiedziałam o tym Przyjaciółce, od której miałam ją pożyczoną, ale chyba mnie wyczuła i gdy chciałam oddać jej własność, książka została u mnie jako prezent. Nie wiem do dzisiaj, czy moja Przyjaciółka zdaje sobie sprawę z tego, jak bliska jest mi ta pozycja i jak w jakiś sposób wówczas była dla mnie czymś, co czuło, że jestem zrozumiana. 

   Krótkie wspomnienia, fragmenty dziennika przeplatane z wierszami. Wszystko przeniknięte nostalgią, smutkiem, tęsknotą, żalem. Nad "Matka odchodzi"  unosi się klimat trudnych przeżyć i powracania do świata dzieciństwa, które było może nie baśniowe, ale spokojne, łatwiejsze, jaśniejsze niż obecne życie autora. To rzeczywistość znana z opowiadania matki, o lasach i wsi oraz z własnych doświadczeń. Nawet sama bohaterka opowiada o biedzie i zwyczajach panujących w miejscu jej dzieciństwa. To także małe, piękne wspomnienia ważne dla poety, dla czytelnika będące bardziej udokumentowaniem dziecięcych lat Różewicza, pozwalające zgłębić jego osobę. 

   Najbardziej jednak urzekły mnie fragmenty opisujące jego relację z matką. Owszem w tych wszystkich rozważaniach za dużo dla mnie treści literackich, bo jak tu pisać o literaturze, gdy w pokoju obok umiera matka, gdy zdaje się, że cały świat się rozpada. Może to ucieczka od bólu, może próba poradzenia sobie z cierpieniem i bezradnością przez odwracanie uwagi. Człowiek w tak trudnych sytuacjach reaguje różnie. Mimo tego z wyznań autora przebija miłość i pragnienie bycia przy rodzicielce, choć to dla niego niezwykle trudne. Młodzieniec, któremu przyszło zmagać się z koszmarem II wojny światowej i który nie potrafił powiedzieć rodzicom, że człowiek rzuca się człowiekowi do gardła (z wiersza "Powrót"), który czuł się wyobcowany, na powrót musiał przystosować się do rzeczywistości powojennej. Nie wiem, czy stawił czoła wszystkiemu, czego się obawiał. Wiem jednak, że umiał kochać, nawet jeśli było to bardzo trudne. 

   Portret Stefani Rożewicz, jaki wyłania się z tej malutkiej książki jest przejmujący. To piękna, silna, umiejąca radzić sobie w życiu kobieta. Pełna mądrości, ciepła i miłości. Żona, wspaniała matka, która zawsze potrafiła zaradzić kłopotom i wprowadzała synów w świat. Była oparciem dla bliskich i charakteryzowała się cichym zrozumieniem. Wiedziała, jak to mama, więcej niż się mówiło, bo serce matki wie. To również schorowana staruszka, pogodzona ze śmiercią, przygotowana do spotkania z mężem, rodzicami, synem, który zginął. Ciężko mi pisać o tej książce, ponieważ wzbudza ona ogrom emocji, bardziej niż czyta, przeżywa się ją sercem. To obraz miłości syna, który z żarliwością wyznaje:

"ja bezbożny
chciałem dla niej wypłakać łąkę
kiedy konając
odpychała zdyszana
puste i straszne zaświaty

wróciła na mgnienie oka
do siebie na wieś
chciałem dla niej wyżebrać
w ostatniej godzinie
drzewo
chmurę ptaka" - s. 64-65
                                (z wiesza "***Krzyknąłem na Nią")

   W"Matka odchodzi" każdy znajdzie coś innego. Nie ważne czy będzie to portret autora otwierającego serce przed czytelnikiem czy garść wspomnień. Ważne jest to, że z kart książki emanuje miłość i refleksja nad tym, że czas ucieka, że warto zawsze mówić o miłości najbliższym, dotrzymywać słowa, wpuszczać ukochanych do swego świata i pokazywać im to, czego nie znają. Boli żal Różewicza nad niedotrzymanym słowem, jakimś małym gestem miłości, którego zabrakło, bo czas i obowiązki nie pozwoliły. Może dlatego ten wpis w Dzień Matki, by powtórzyć jeszcze raz słowa ks. Jana Twardowskiego "Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą". Spieszmy się im mówić o tej miłości bez lęku i bez przekonania, że raz wystarczy. W końcu spieszmy się okazywać tę miłość, póki jesteśmy razem, bo warto. Bo to najlepsze, co możemy zrobić. Kochać i pokazywać naszą miłość. 


Tadeusz Różewicz, Matka odchodzi, wyd. Dolnośląskie, Wrocław 1999. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz