niedziela, 17 maja 2020

Zośka Papużanka "Przez"



"Nie były udane i nie możesz ich mieć, nie można mieć czegoś, co jest nieudane, po co ci coś nieudanego. Ale ja chciałam pamiętać o dniu, dzień był całkiem udany, skoro sam mówisz, że zdjęcia są pamięcią. Nie, nie są, nie są pamięcią. Są prawdą. Jeśli nie ma na nich prawdy, trzeba je wyrzucić. Dlaczego w takim razie każesz mi usiąść na ławce i robisz zdjęcie dopiero, gdy siedzę, choć wcześniej nie siedziałam. Dlaczego każesz mi rozpuścić włosy, chociaż wcześniej były spięte, upiąć, chociaż były rozpuszczone, i dopiero wtedy robisz zdjęcie, czy to jest prawda? Tak, to jest prawda, prawdą jest, że mnie posłuchałaś i spięłaś włosy." - s. 103

Fotografie porozrzucane w pudełkach. Czas utrwalony na papierze. Zatrzymane chwile. Ulotne momenty zapisane w materialnym świecie. Zapamiętane uśmiechy, zalotne spojrzenia, zaduma. Przywołana przeszłość na wyciągnięcie ręki. Świadectwa dobrych i złych chwil, właściwych decyzji i pomyłek. 

Zamknięte osiedle a w nim piękne, niskie bloki. Przestrzeń idealnie stworzona dla młodych rodzin. Spokojna, oddalona od niepowołanych oczu. Jasne, przestrzenne mieszkania a w nich ukryte życie. W jednym z nich ona. W bloku naprzeciwko on. Stacjonujący w zwolnionym po studentkach lokum. Szukający śladów po ludziach, którzy byli tu przed nim. Ciekawy życia tej z naprzeciwka. Rozkłada statyw, montuje aparat, zamawia zakupy, bo przecież nie będzie opuszczać swojego punktu obserwacyjnego i zaczyna polowanie. Przyklejony do wizjera zdobywa kolejne trofea. Bada uważnie każdy jej krok. Wie kiedy wraca, o której wychodzi, co robi, jak się ubiera. Jest świadkiem smutku, niepewności, chaotyczności kobiety. Ma prawo do ingerowania w jej życie, wielkie moralne przyzwolenie, w końcu to jego żona. 

Pomiędzy kolejnymi ujęciami, otwarciem i zamknięciem migawki wraca do przeszłości. Pierwsze spotkanie, pewność, że to właśnie ona, przygotowany plan na następne co najmniej 10 lat. Wspólne życie, większe i mniejsze spięcia. Jej niedoskonałości i jego perfekcja. Chwile utrwalane na dziesiątkach fotografii, z których pozostają jedynie nieliczne obrazy. Perfekcjonizm, którym kieruje się w pracy przełożony również na życie osobiste. Urwane rozmowy, niemożliwość pogodzenia charakterów, mijanie się, rozstania i powroty. Taniec obojętności z pragnieniem bliskości. Świat analizowany jak w filmie przyrodniczym. Opisywany chłodno, racjonalnie, rzeczowo, czasami z ironią. Pytanie zawieszone w próżni - dlaczego nie wyszło? 



Pomiędzy wierszami poznaję historię związku. Władczego, przekonanego o swojej racji, chłodnego, racjonalnego i pozbawionego empatii mężczyznę. Człowieka, który bardziej potrzebuje kogoś do wykonywania rozkazów i podporządkowywania się jego zaleceniom niż partnera do związku. Ten portret napawa mnie złością, niechęcią, obrzydzeniem, niezrozumieniem kobiety, która daje się tak traktować. Zaskakujący jest powrót do normalności po krótkich wybuchach. Zastanawiam się czy to syndrom sztokholmski, brak pewności siebie, poczucia własnej wartości czy rezygnacja w przyjmowaniu życia takim, jakie jest. Wpatruje się usilnie w kolejne zdania. Szukam czegoś, co mogłoby potwierdzić, że ten związek ma sens, ma dobre momenty, czułość, ciepło, choćby jedną rzecz, dla której warto w nim tkwić. Wchodzę coraz głębiej i obserwuje specyficzną relację między tą dwójką ludzi. Poznaję roztrzepaną, chaotyczną kobietę, która szuka stabilności, oparcia, miłości. Początkowo nie wydaje się kimś, kto uzależnia się od drugiej osoby. Zna swoją wartość. Z czasem zaczynam coraz mniej rozumieć. Nic się nie zgadza. Przywiązanie wydaje się wypływać z rezygnacji, być wynikiem wygasłych uczuć, braku pomysłu na zmiany, choć do końca nie wiem, co ona czuje. Historia poznawana jedynie z perspektywy kogoś kompletnie pozbawionego empatii, kto musi bezwzględnie mieć nad wszystkim kontrolę, nie jest miarodajna. Coś mi umyka.

Związek rozłazi się w szwach. Skoro od początku wiem, że coś poszło nie tak, chcę wiedzieć, kto rozbił tę relację. Zakładam swój scenariusz i jestem zaskoczona końcem. Tym, co tak naprawdę się stało, wydarzeniami z ostatnich stron. Próbuję poskładać te puzzle w całość, ale niestety wymyka się to mojej percepcji. Historia jest ukazana bardziej z perspektywy rzeczy, które składały się na codzienność - wygniecionego miejsca w łóżku, zostawionego kubka z niedopitą kawą, niedomkniętej lodówki, zrobionych ukradkiem zdjęć, porozrzucanych rzeczy. Długo myślę o tym, co przeczytałam. O historii dwójki ludzi, którzy kompletnie do siebie nie pasowali. Nie! Powinnam napisać o człowieku, który nie potrafi żyć w społeczeństwie, nawiązywać relacji z innymi. Już dawno nie spotkałam tak antypatycznej postaci w literaturze. Chciałabym wymazać go z kart, zapomnieć. Szukam tytułowego "Przez" i nasuwają mi się najbardziej oczywiste skojarzenia. Wiem, że to byłoby zbyt proste, a jednak to przekonanie jest piekielnie silne. Jak jednak mówi autorka, wędruję tu przez czas, pamięć, spojrzenie na świat, winę.


Zośka Papużanka oddała w ręce czytelników książkę niebezpieczną i przebiegłą. W nieskomplikowanej historii  poznawanej z jednej perspektywy, układanej jak klocki kawałek po kawałku, przedstawiła związek dwójki ludzi. Uśpiła czujność czytelnika świetnym stylem i językiem oraz pozorną prostotą fabularną. Specyficznym bohaterem, którego nie chciałoby się spotkać, który bardziej przypomina tyrana i robota niż człowieka. Kazała czytać między wierszami, zwracać uwagę na szczegóły, każde słowo. "Przez" jest książką bardzo wymagającą, a jednocześnie taką, która czyta się szybko. Lekturą skłaniającą do refleksji nad własnym postępowaniem, nad tym, jak każdy z nas odnajduje się w relacjach z innymi. Budzi pragnienie przekonania się, że jesteśmy inni od bohatera Zośki Papużanki. Z jednej strony czuję jakby ta historia była w pewien sposób odrealniona, wyolbrzymiona na potrzeby literackich dywagacji, z drugiej strony wiem, że to bolesna rzeczywistość, która dzieje się gdzieś na spokojnych osiedlach, wielkich blokowiskach. Przykryta cichym poprawnym społecznie płaszczykiem. Obsesyjność bohatera, każde jego słowo, dziwne koncepcje spiralności czasu wywołują dreszcze. Uzmysławiają, w jakiej sytuacji tkwi jego żona. Przecież wszystko musi być tak, jak on zarządził, bo tylko taka wersja rzeczywistości jest prawdą, tylko jego wersja świata jest właściwa. To dziwna, budząca podskórny lęk, ostrożność wobec drugiej osoby lektura, która każe się skupić, uważnie analizować, czytać między wierszami i wyciągać właściwe wnioski. To lekcja tego przez co można przechodzić, przez kogo można być traktowanym jak rzecz, przez co człowiek staje się kimś takim, przez co rozpada się związek. Inna od tego, co czytałam, świeża, niezwykle dobra. Chcę więcej mimo, że się boję. 




Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Marginesy. 

Zośka Papużanka, Przez, wyd. Marginesy, Warszawa 2020.  

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza