sobota, 10 sierpnia 2019

Maria Paszyńska "Owoc granatu. Powroty"



"Widzieli zapadający nad światem zmierzch, wyczuwali czające się już zupełnie blisko zło, a mimo to na przekór wszystkim i wszystkiemu chcieli wierzyć, że miłość ich ocali, że uda im się zachować samych siebie oraz to uczucie, które ich połączyło. Jak bardzo byli naiwni! Jak łatwowierni, sądząc, że przejdą przez otchłanie piekielne nieskalani, że nic nie zdoła złamać im ducha." - s. 174

Są książki, które wyjaśniają świat i człowieka. Pozwalają lepiej zrozumieć siebie. Wchodzą w głąb serca. Dają odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie wypowiedziało się głośno z różnych powodów. Pokazują, że inni snują podobne, jeśli nie takie same refleksje jak my. Całkowicie zagarniają człowieka, przenoszą go do innego świata i nie wypuszczają, aż wybrzmi ostatnie zdanie. Nie czuje się przy nich, że to literatura. Są dialogiem w najczystszej postaci, nie wiem tylko czy z mentorem, siłą wyższą czy w końcu ze sobą, poszukującym prawdy o świecie.  

Lot samolotem. Zmęczenie, opadające emocje. Trzymane na wodzach nerwy w końcu puszczają. Pozostaje ulga i potworne zmęczenie. A potem lądowanie. Tłumaczenie, co się dzieje, wszak Anna nie rozumie zaistniałej sytuacji. Potem już tylko telefon, który kosztuje wszystkie siły. Spotkanie z siostrą i budowanie życia od nowa. Nie ma już pięknych mozaik, owoców granatu, pysznych ciasteczek, pieszczącego skórę słońca. Chłód Paryża jest przejmujący, a zasnute chmurami niebo tylko wzmaga tęsknotę za ciepłym i pełnym kolorów Iranem. Świat nie jest już jednak taki jak był. Radość i spokój odchodzą. Rzeczywistość znów rzuca siostry w życie pełne wyzwań. 

Nie jest łatwo po raz kolejny zmierzyć się z przeciwnościami losu. Tłumaczyć córce, dlaczego nie może wrócić do domu, cierpliwie odpowiadać na pytania o ojca. Elżbieta stara się jak może, choć sama jest zagubiona. W tym trudnym czasie pomaga jej siostra. Stefania zdaje się znajdywać wspólny język z Anną, która nie może przywyknąć do Europy. Oczekiwanie na wieści o Mehrdadzie Elżbieta próbuje zagłuszyć pracą. Piękna stolica Paryża i otwierające się przed kobietą możliwości nie dają jej jednak poczucia bycia w domu. Co rusz powraca tęsknota za słonecznym Iranem, który po piekle, z którego przybyła zaoferował jej wszystko. Coraz częściej pojawiają się myśli o Polsce, z której brutalnie wyrwano siostry. Czy jednak sielskie, dziecięce wspomnienia, mają cokolwiek wspólnego z krajem, w którym panuje ustrój wprowadzony przez następców ludzi, którzy zniszczyli im życie? Czy choćby cień tego, co zostało z dawnych lat jest możliwy do odnalezienia? 



Biorąc do ręki ostatni tom serii "Owoc granatu" miałam nadzieję na dobrą lekturę i satysfakcjonujące zakończenie historii sióstr Łukowskich. Chciałam znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, przekonać się, czy miałam rację w swoich podejrzeniach. Wiedziałam, że Maria Paszyńska mnie nie zawiedzie. Nie miałam jednak pojęcia, że to co dostanę, przerośnie moje najśmielsze oczekiwania. Przede wszystkim jest to opowieść o traumie, która towarzyszy sybirakom całe życie. Dotyczy jednak nie tylko ich. Dotyka całe środowisko, najbliższych. Jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, jakby do organizmu dostało się coś, co zmodyfikowało zapis genetyczny człowieka już na zawsze. Słyszałam już o tym, że spuścizna obozów koncentracyjnych przechodzi na kolejne pokolenia. Że ten swoisty niepokój o swoje bezpieczeństwo, ciągłe napięcie, podskórna obawa i charakterystyczny smutek towarzyszą nie tylko dzieciom, ale i wnukom ocalonych. Pomimo wiedzy psychologicznej, pomocy terapeutów, zrozumienia, że po piekle, które przeszli po prostu nie da się wrócić do tego, co było przedtem, nadal zdumiewa zasięg następstw zła drugiej wojny światowej. Tadeusz Różewicz w wierszu "Ocalony" pisał: 

"Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności".
 Tego zdają się szukać również bohaterki powieści Marii Paszyńskiej. Walczą o codzienność, zmagając się z demonami przeszłości, które nie odeszły. Co więcej, które wracają w najmniej spodziewanych momentach i są boleśnie realne mimo upływu lat. Trauma nie zamiera, jest świeża, bliska jak w czasie pobytu na Syberii. Dokładają się do niej rodzące się w głowie pytania, codzienne problemy, próba życia w społeczeństwie, wśród ludzi, którzy nigdy nie doświadczyli tego, co kresowe dziewczęta. Nie są one jednak jedynymi, które dotyka przeszłość. Jędrzej również zmaga się z ciemnością i wyborami, których dokonał i dokonuje każdego dnia. Przeszłość ma także wpływ na życie męża i córki Elżbiety, w większym stopniu niż bohaterka mogłaby przypuszczać. 

Łatwo oceniać z perspektywy czytelnika, na czym łapałam się podczas lektury. Zastanawiać się, dlaczego nie wybrzmiewają pewne słowa, czemu nie wraca się do konkretnych kwestii, nie szuka ulgi i pocieszenia w wyrzuceniu z siebie tego, co niszczy duszę. Łatwo mówić, gdy nie zna się smaku paraliżującego strachu, wstydu, ciemności, walki o przetrwanie za wszelką cenę, próby znalezienia jakiejkolwiek ulgi bez wystawiania na światło dzienne tego, co na zawsze powinno zostać ukryte. I nie jest to związane z brakiem zaufania do drugiego człowieka. Czasem słowa wydają się zbyt bolesne, niemożliwe do przejścia przez gardło. To zdaje się mówić autorka. Nie oceniaj pochopnie postaci, które stworzyłam. Postaraj się spojrzeć na wszystko szerzej, spróbuj znaleźć jak najlepszą perspektywę, która nie pozwoli ci rzucać pochopnych wyroków. Da za to szansę na zrozumienie, a jeśli nie, to uszanowanie tego, co jest w człowieku, jego wyborów, niedoskonałości, bólu. I bywało mi głupio, gdy okazywało się, że uparcie czułam niechęć do pewnych zachowań. Brakowało mi empatii, wyrozumiałości. 

To właśnie obnaża w czytelnikach pisarka. Pokazuje, szczególnie na przykładzie Stefanii, jak łatwo szafować wyrokami, dać się ponieść niechęci. Psychologia postaci i lekcja człowieczeństwa jest najmocniejszą stroną książki. Autorka odwraca nieco role. Pokazuje, że człowiek nie jest tylko jednowymiarowy, że zawsze nosi w sobie cierpienie, pustkę, niepewność, które niezaleczone zmieniają całe życie. A jednak da się mimo wszelkich braków stanąć na wyżynach swojego człowieczeństwa. Znaleźć siłę, której wydawało się nie mieć. Można poświęcić się dla dobra drugiego człowieka, odkupić swoje winy. Wypowiedzieć słowa prawdy, które powinny wybrzmieć dawno temu. Da się znaleźć w sobie światło, bo każdy poza wadami, ma także zalety.



"Owoc granatu. Powroty" to w równej mierze powieść o straconych szansach. Życiu obok siebie, skrywaniu się za własnymi bólami, problemami. Szukaniu ulgi w obowiązkach. Powierzchownej egzystencji, dającej złudne poczucie bezpieczeństwa. To historia o zdawkowych rozmowach, milczącej wspólnocie. Nieodżałowanych wyznaniach, których nigdy nie poczyniono. Trudno powstrzymać łzy podczas lektury, bo Maria Paszyńska przeprowadza operację na otwartym sercu czytelnika. Wyciąga na światło dzienne wszelkie lęki, które zdają się towarzyszyć człowiekowi, bez względu na to, czy przeżył traumę czy nie. Obnaża słabości, przywary, egoizm. Pokazuje naturę ludzką w najczystszej postaci, bez upiększania, gładkich słówek. Dogłębnie, boleśnie. Drąży mocno, ale nie poprzestaje na tym. Człowiek to bowiem nie tylko istota niedoskonała. To również, ktoś kto potrafi wyjść poza swoje ograniczenia. Dawać dobro, miłość, ciepło, zapomnieć o sobie, by pomóc drugiemu. Trzeba tylko dobrej woli, by dostrzec to, że w każdym tli się i światło i zalega cień. I to właśnie pokazuje autorka w pięknie literacki sposób. 

Zatrzymywałam się kilka razy w czasie lektury. Odkładałam książkę ze zdławionym gardłem, które mam i teraz, pisząc te słowa. Musiałam zastanowić się, przemyśleć pewne kwestie, bo przecież to, że mamy do czynienia z fikcyjną historią, nie oznacza, że nie opisuje ona prawdziwych kwestii. Bo nagle coś mocno i boleśnie dotyka cię swoim wydźwiękiem. Nagle zaczynasz inaczej patrzeć na pewne sytuacje z przeszłości. I rodzą się pytania, a jednocześnie otwiera się gdzieś w środku rana i stajesz przed pytaniem, co z tym zrobię. Czy postaram się uporać z tajoną i schowaną głęboko zadrą, niezrozumieniem, cierpieniem? Czy po prostu zapomnę o tym za kilka dni? Przerażająca jest siła literatury, prawda? Zastanawiam się, czy wolno mi wysunąć daleko idący wniosek, że wszyscy jesteśmy naznaczeni wydarzeniami II wojny światowej. Bardziej czy mniej musimy zmagać się z konsekwencjami tego, co uczyniono bliskim czy nieznanym nam ludziom. Wydaje mi się jednak, że tkwi w nas jakaś obawa, niepokój, smutek. I musimy się z nim uporać. Być może odzywa się jedynie w trudnych chwilach, może towarzyszy nam na co dzień. Każdy jest inny, przeżywa to i doświadcza na swój sposób. Trzeba nam jednak siły, empatii, wyrozumiałości i umiejętności cieszenia się małymi rzeczami. Ot, taka dygresja ode mnie.




Wracając jednak do powieści. Jeśli "Kraina snów" była dla mnie książką, która zdawała mi się dialogiem z nurtującymi mnie zagadnieniami, to z perspektywy czasu okazała się jedynie preludium do tego, co mnie czekało. "Powroty" kolokwialnie rzecz ujmując, rozłożyły mnie na łopatki. Gigantyczna wręcz dawka emocji, głębokie i piękne przemyślenia, cudowna polszczyzna, świetnie nakreślona akcja, żywe, rozbudowane psychologicznie postacie i ogromna odwaga autorki w poruszaniu tematów najtrudniejszych. Dzięki temu mogę śmiało powiedzieć, że jest to nie tylko godne i doskonałe zakończenie serii, ale najlepsza książka, którą do tej pory napisała Maria Paszyńska. Pewne rzeczy pozostały tu osnute mgłą tajemnicy, bo pisarka nie kładzie wszelkich rozwiązań łopatologicznie. Ufa wrażliwości, intuicji i inteligencji czytelnia. Daje mu swobodę interpretacyjną, choć czasem chciałoby się zapytać, ale jak to było. Mówi tyle, ile trzeba. Dobra literatura bowiem to nie tylko spektakularne plot twisty, suspensy, ale i te wolniejsze historie skupione na najważniejszych zagadnieniach. "Powroty" to literatura wyższa, która sprawia, że rozumiemy siebie i drugiego człowieka. Po której zostaje pytanie, co teraz zrobię.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Książnica. 

Maria Paszyńska, Owoc granatu. Powroty, wyd. Książnica, Poznań 2019.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz