poniedziałek, 15 lipca 2019

Spacerowe rozkminy #15




Długo nie pisałam, choć paradoksalnie miałam urlop. Nie jestem jednak przystosowana do upałów, które naprawdę źle znoszę. Dlatego mimo wolnego czasu, czytałam mniej i praktycznie nie pisałam, ale teraz nadrabiam.

Mniej mnie w mediach społecznościowych. Na facebooku cisza, na Instagramie także. Pracy po urlopie było dużo, był Big Book festival, o którym Wam niedługo opowiem. Były pokaźne zadania, na które przeznaczyłam sporo mojego czasu, nawet wolnego, było przeziębienie, które mnie na tyle rozłożyło, że po prostu musiałam się porządnie wygrzać i wyspać. Ale miałam też czas pomyśleć o tym, co usłyszałam i co z tym dalej zrobić. 

Zacznę więc od tego, co sprawiło, że jest mnie mniej, co nie znaczy, że nic się nie dzieje. Owszem, dzieje się naprawdę dużo. Jamie Bartlett autor książki "Ludzie przeciw technologii. Jak Internet zabija demokrację (i jak możemy ją ocalić)" był gościem tegorocznej edycji Big Booka. Wstąpiłam na spotkanie dosłownie na chwilę, bo niestety brak powietrza i temperatura w sali nie pozwoliły mi zostać, ale to wystarczyło. Po pierwsze informacja o ludziach, którzy za zadanie mają jedynie dostosowywanie mediów społecznościowych do tego, by jak najbardziej przyciągały naszą uwagę, powodowały, że spędzamy w nich większość wolnego czasu, a przede wszystkim uzależniały, trochę mnie zelektryzowała. Ale to nie nowość. Wiem o tym, po prostu inaczej się odbiera fakt, gdy słyszy się go z ust drugiego człowieka. Wybrzmiewa wtedy mocniej, dużo mocniej. Tym, co mnie jednak najbardziej poruszyło było pytanie, czy uczestnicy spotkania nie czują, że ich zdolność skupiania się i koncentracji jest dużo mniejsza niż kiedyś. Prawie wszyscy odpowiedzieli, że tak. I faktycznie. Odrywamy się od lektury, by powiadomić świat o tym, co znaleźliśmy. Czujemy potrzebę sprawdzenia, czy ktoś nie wrzucił czegoś nowego, chcemy chwili przerwy, podczas której wchodzimy do wirtualnego świata. Nawet najbardziej angażujące zajęcie nie sprawia, że cały świat przestaje istnieć, najbardziej wciągająca fabuła rzadko powoduje, że wyłączamy się na długie godziny. Przyrastamy do telefonów, a nasz mózg nie jest już taki sprawny jak kiedyś. Jeśli chcecie posłuchać, o tym, co Jamie Bartlett mówił na spotkaniu, poniżej wklejam link do zapisu wykładu.




I choć nie mam jakiegoś większego problemu z tym, żeby nie scrollować facebooka czy odpuścić Instagrama, to faktycznie kiedyś działałam sprawniej, nie miałam problemów ze skupieniem się. Postanowiłam zatem poza przeczytaniem książki wspomnianego autora ograniczyć social media do minimum. Tyle, by prowadzić bloga i wywiązywać się z powierzonych mi obowiązków. Ciekawi mnie, czy dzięki temu i pewnym ćwiczeniom umysłu moja koncentracja się poprawi. Poza tym świat realny jest dużo fajniejszy :).



Postanowiłam zainwestować w siebie. Korzystać z prelekcji o literaturze czy nauce, które się odbywają. Częściej pojawiać się na spotkaniach autorskich. Trochę pomógł tu Big Book, bo udało mi się być na kilku naprawdę wspaniałych rozmowach. Ostatnio wybrałam się na premierę książki Anny Kamińskiej "Halina. Dziś już nie ma takich kobiet. Opowieść o himalaistce Halinie Krüger-Syrokomskiej". Pani Ania jak zwykle wspaniale opowiadała o kolejnej niezwykłej kobiecie, którą opisała na kartach biografii. W spotkaniu uczestniczyła również córka himalaistki, która opowiedziała nieco o mamie, pokazała ją z nieco innej, bardziej prywatnej strony. Początkiem lipca wybrałam się na spotkanie z Marią Paszyńską, które odbyło się dzień przed premierą ostatniego tomu tetralogii "Owoc granatu". Przyznam, że poruszył mnie temat dziedziczenia traumy. Tego jak wydarzenia, których nie byliśmy ani uczestnikami ani nawet świadkami mogą wpływać na nasze życie. Do myślenia dał mi również temat relacji przedstawiony w powieści. A także fragment, który wklejam poniżej.

"Teraz zrozumiał. Intelektualiści byli śmiertelnym zagrożeniem nie dlatego, że głosili płomienne mowy, pracowali z młodzieżą i jako nauczyciele mieli na nią ogromny wpływ, nie dlatego, że występowali w mediach, pisali artykuły, udzielali wywiadów, przygotowywali audycje radiowe, których słuchały miliony ludzi zgromadzonych przy odbiornikach. Muzycy, pisarze, naukowcy, akademicy byli śmiertelni groźni, ponieważ wzbudzali emocje, przyciągali uwagę, by następnie formułować pytania, z którymi każdy musiał się zmierzyć. Nie proponowali lekarstwa, zasiewali wątpliwość, której ziarno stanowiło wystarczające niebezpieczeństwo dla reżimu." - s. 61



To właśnie te słowa genialnie połączyły mi się z wypowiedzią, która pojawiła się w dyskusji "Nie ma czasu na czytanie" o rywalizacji o czas, jaką toczą książki z kulturą wirtualną. Wnioski okazały się całkiem ciekawe, bo to nie media społecznościowe, ale platformy typu Netflix czy HBO zabierają większość naszego wolnego czasu. Doskonale zrealizowane seriale są niczym najlepszy film, tylko wieloodcinkowy, a co tym idzie wielogodzinny. I nie sposób się z tym nie zgodzić. Bo to naprawdę w większości świetne, hipnotyzujące produkcje. A jednak coś ciągnie ludzi do literatury. Do dowiadywania się więcej o innych i sobie. Wgłębiania się w świat emocji, psychologii, odczuć, ludzkiej duszy. Człowiek zawsze był ciekawy drugiego człowieka, nie zmienia się to od lat. Coraz trudniej jednak wywalczyć czas na lekturę. Odłożyć wciągający serial, nie zaglądać do mediów społecznościowych, po prostu zanurzyć się w historii zapisanej na kartach książki. Wracając jednak do wniosków, o których chciałam napisać. Dwa z nich utkwiły mi najbardziej. Pierwszy to ten, że choć grupa badawcza na spotkaniu była w pewien sposób tendencyjna, bo nieczytający na festiwale literackie raczej nie chodzą, to ludzie czytający, czytają coraz więcej. I to ogromnie cieszy. A wniosek, który najbardziej zapadł mi w serce, to by czytać w trudnych momentach. Im więcej mamy problemów, tym więcej czytać, zanurzać się w coraz więcej lektur. Wcale nie jest to odłożeniem problemu czy wręcz uciekaniem od niego.


Po pierwsze literatura pozwala nabrać dystansu do tego, co nieraz nas przerasta. Daje czas, by uspokoić emocje, ochłonąć, oderwać się na chwilę od stresu. Po drugie w książkach znajduje się cały dorobek ludzkości. Ponoć wszystko już było. Przerabiamy te same problemy, zagadnienia, zmagamy się z trudnościami, które już kiedyś w mniej czy bardziej podobnej formie kogoś dotknęły. Uczymy się empatii, sposobów logicznego rozumowania, szukania rozwiązań, wybierania tych najlepszych. Książki podnoszą oczywiście poziom naszego rozeznania w świecie, usprawniają umysł, sprawiają, że w naszej głowie rodzą się różne pomysły. Dla mnie bywają również swego rodzaju katharsis. Dają szansę na to, by wypełniać się tym, co dobre. I tak, zgadzam się, by czytać jak najwięcej w ogóle. A gdy życie bywa trudniejsze, tym bardziej, choć zdaję sobie sprawę, że często nie ma się do tego głowy i serca. Jeszcze jeden aspekt mnie zastanowił, mianowicie opór przed wprowadzeniem lekcji filozofii do szkoły. Dlaczego? Czyżby chodziło o to, że dzieci będą przeciążone, kolejny przedmiot do zaliczenia, a do tego jakiś przedwojenny. No właśnie, przecież nasi dziadkowie w przedwojennej szkole uczyli się filozofii. I nagle jedna wypowiedź, jak nóż, kij wbity w mrowisko. Filozofia uczy myślenia, wyciągania wniosków, samodzielności umysłowej, resztę proszę dopowiedzieć sobie samemu. Tak, przyznaję otwarcie, jest we mnie nostalgia za dawnym systemem szkolnictwa. Prawdziwymi wymaganiami, nauką właśnie myślenia(!), rozbudzaniem ciekawości poznawczej. Nowy system ma zalety, ale nie uważam, że znajomość kanonu, który owszem jest obcy i nie ciekawi młodych, jest zła. Podstawy trzeba znać, być może wystarczy dobrać inne metody. Ale trzeba uczyć przede wszystkim myślenia, nie ślepego wbijania się w klucz, dopasowywania do schematu. 



Stąd zatem pewien zwrot u mnie, który pojawia się od początku tego roku. Mniej literatury obyczajowej, kobiecej. Więcej pozycji trudniejszych, bardziej klasycznych, poruszających ważne dylematy. Stąd poznawanie nowych autorów, zatrzymywanie się przy tych, którzy piszą przepiękną polszczyzną. Dlatego ucieczka od mediów społecznościowych, uczestnictwo w spotkaniach, zaznajamianie się z literaturą popularnonaukową, słuchanie wykładów TED, stąd przekopywanie się przez różne imprezy w stolicy i konferencje. By się rozwijać, kształcić i nie tym osławionym wychodzeniem ze sfery komfortu czy niemal newralgicznym dążeniem do nieludzkiej wręcz doskonałości. To, co mną kieruje to raczej praca nad sobą, wyrastająca z głodu poznawczego i pragnienia karmienia się dobrymi, ale też trudnymi rzeczami. Nie robię tego na zasadzie snobizmu, lekceważącego podejścia do literatury rozrywkowej i popkulturowej, ale z prostej przyczyny, mam swoje lata, mój gust jest w miarę ukształtowany i otwarty, ale idzie w konkretnym kierunku i z racji wykształcenia i upodobania. Po prostu. Każdy człowiek jest inny. Nie zamykam się na przyjemne, lekkie lektury, ale w większości skupiam na tym, czego mi teraz potrzeba.

Być może to się Wam spodoba. Może będziecie zaglądać tu od czasu do czasu, gdy znajdziecie coś dla siebie, a może zostaniecie ze mną i razem wyruszymy na spacer po świecie literatury i kultury. Nie wiem, ale chcę by to miejsce było najbardziej moje a jednocześnie przytulne dla Was.


niedziela, 7 lipca 2019

Gabe Habash "Nazywam się Stephen Florida"



"- Chodzi o to, żeby skierować resztę życia na właściwe tory za pomocą tego, co osiągnę, mając dwadzieścia dwa lata. Żeby następne pięćdziesiąt lat przebiegło pod tym znakiem. Potem mogę umrzeć, mając siedemdziesiąt dwa lata, pomarszczony jak żółw, sikający przez cewnik, i wszystko będzie w porządku. Bo uporządkowałem świat, nie mając zmarszczek i w pełni kontrolując swoje ciało: użyłem go jako narzędzia, żeby rozdeptać wszystkich matołów. Z drugiej strony może być tak, że w przyszłym roku zginę pod kołami autobusu. Powiedziałbyś: "Jaka szkoda!". Wcale nie! Zginałem, ale spójrz, co udało mi się osiągnąć! Moja śmierć nie ma żadnego znaczenia. Bo pokierowałem własnym życiem i nikt nie będzie mógł mi zarzucić, że nie byłem do czegoś zdolny." - s. 94-95

Co bylibyście w stanie zrobić, żeby osiągnąć sukces? Jak wiele wysiłku włożylibyście w realizację planu? Jak szczegółowo zaplanowalibyście każdy krok? Czy bylibyście gotowi coś poświęcić, a jeśli tak, to jak wiele? Jak wielu ludzi zadaję sobie pytanie, jak kreuję własne życie. Z planowaniem nie jestem za pan brat. Robienie listy rzeczy to jedno, realizacja to drugie. Właściwie to lubię powtarzalność, ale w kwestii realizacji planów osobistych zazwyczaj rządzi u mnie chaos. Tylko w pracy jest inaczej, metodycznie. Może to tak naprawdę pozwala zachować w życiu stabilność. Połączenie ładu z chaosem, porządku z roztrzepaniem, znalezienie równowagi między byciem poukładanym a zagmatwanym. 

Istnieje wiele dróg dojścia do celu. Jedni wybierają jak najmniejszy wysiłek własny, wykorzystując do realizacji planu innych, drudzy bez opamiętania oddają się pracy, nie zauważając niczego poza nią. Do tej ostatniej grupy zdecydowanie należy Stephen Florida. Jego życiowym celem jest wygrana w uczelnianych mistrzostwach zapaśniczych. To właśnie ona definiuje jego przyszłość, całe życie. Tej sprawie podporządkowuje wszystkie codzienne czynności. Przedmioty na wydziale Sztuk wyzwolonych wybiera tak, by je zaliczyć. Stara się, sumienność jest jego dominującą cechą, ale nie traci niepotrzebnie energii na to, by mieć jak najlepsze stopnie. Przykłada się bardziej, jeśli coś go zainteresuje. Stroni od ludzi i imprez. Jego życie towarzyskie w zasadzie nie istnieje, tyle by od czasu do czasu pokazać się z kimś. Odezwać do drugiego człowieka. Każda sekunda podporządkowana wygranej.

Wchodzę z nim na matę. Oddycham zakurzonym powietrzem o woni zmęczenia i potu. Niemal czuję skórzaną powierzchnię pod stopami, ciepło ciała drugiego zawodnika, narastającą adrenalinę. Wspólnie przechadzamy się uliczkami campusu, odrzucamy ludzi, nawet tych najbliższych, zamykamy się na świat. Wiem, że coś jest nie tak. To nie strach przed tym, że ktoś zrobi krzywdę Stephenowi. Wokół unosi się narastająca ze strony na stronę aura niepokoju. Niemal mnisze życie, w którym bohater ma zaledwie jednego przyjaciela i dziewczynę, zaczynającą znaczyć coś więcej, kurczy się. Ogranicza do pokoju, sali treningowej, sporadycznie do sal wykładowych. Narasta samotność i obłąkańcze skupienie się na jednej rzeczy. Rzeczywistość zlewa się ze snami, właściwiej byłoby powiedzieć z koszmarami. Wiem, że muszę uciekać od Stephena. Brak mi powietrza, oddechu od rutyny, nieludzkiego dążenia do spełnienia marzenia. Czy jest to jednak jeszcze marzenie?

"(...) szaleństwo polega na tym, iż nie ma w co przelać własnego postępowania. Szaleństwo przydarza się, gdy nasze postępowanie spada ze skalnej półki wprost do kanionu. Moje szaleństwo czemuś służy. Zwyciężam. Jak mogę tracić rozum, jeśli zwyciężam?" - s. 343

Robi się coraz ciemniej. Czytelnik balansuje z zapaśnikiem na granicy jawy i snu, normalności i obłędu. Z czasem trudno jest określić, co tak naprawdę w tej powieści jest prawdą, a co urojeniem przemęczonego umysłu tytułowego bohatera. Wydarzenia, które opisuje niepokoją. Wywołują dyskomfort i chęć potrząśnięcia Stephenem, który znalazł się już za granicą, którą można nazwać nawet wygórowaną ambicją. Dziwne, aspołeczne zachowania, zmienne nastroje, lęki i chaotyczne oraz niezrozumiałe wydarzenia, to wszystko miesza się z wycieńczającą pracą, podporządkowywaniem swojego ciała jednemu - zwycięstwu. 

Bohater irytuje, a jednocześnie przyciąga uwagę czytelnika. Im bardziej się go poznaje, tym mniej się o nim wie. Wszystkie sądy, które wyrabiam sobie na początku powieści, rozbijają się o fabułę. Można być pewnym tylko jednego - coś niedobrego dzieje się z zapaśnikiem. Staje się zakładnikiem i niewolnikiem swojego postanowienia. Ciężko jednak stwierdzić czy to szaleństwo, majaki wyczerpanego ciała i umysłu czy świadoma gra narratora-bohatera z czytelnikiem. Fakt, Stephen nie chce być poznany. Definiować ma go tylko jedno - zwycięstwo.  Pozostałe rzeczy to jego prywatna sprawa. Nie mogę też stwierdzić, by wzbudzał sympatię. Podziwia się go za upór maniaka w realizacji planu, ale i czuje nieprzyjemne dreszcze na myśl, że można by spotkać kogoś takiego. Zaskakują mnie momentami jego bardzo trafne obserwacje. Tylko one uchylają rąbka tajemnicy, odsłaniają inny oblicze tego człowieka. Bardziej ludzkie, spostrzegawcze, ciekawe. A jednak nikną w ogromnie kompulsywnych myśli i czynów związanych ze zdobyciem tytułu mistrzowskiego. Sam stosunek do drugiego człowieka w wydaniu Floridy nie tyle pozostawia wiele do życzenia, co wymaga gruntownej poprawy.  

"Mam ostatnią szansę, żeby osiągnąć to, co obiecałem. Od tak dawna nie mam już żadnego wyboru, że zapomniałem, co oznacza to słowo. " - s. 18


Czuję się niemal jak bohater powieści. Nie mam wyboru, a może inaczej, mam, ale nie chcę z niego skorzystać. Nie chcę odkładać książki, która początkowo mocno mnie wciągnęła, by potem wprawić w coraz większy dyskomfort, niechęć, momentami irytację. To rzecz, która chwilami odpycha, ale i sprawia, że chce się poznać końcówkę tej powieści. Dowiedzieć się, co dzieje się w głowie tego przedziwnego, targanego obsesją człowieka. Nie chcę wchodzić w świat urojeń Stephena, a jednak pragnę, by potwierdził, że to wszystko jego autokreacja. Że przedstawia tylko to, co chce i jak chce. Operuje prawdą i fałszem tak, by wzbudzić do siebie niechęć.

Pochłaniam kolejne strony, wiedząc już, że to zdecydowanie książka dla nielicznych. Przy całej mojej sympatii do wszelkich literackich eksperymentów, "Nazywam się Stephen Florida" Gabe Habash'a pozostaje dla mnie wielką zagadką i w pewnym sensie drgającą ciemną materią literatury. Czymś o czym warto wiedzieć, ale w co nie każdy chce się zagłębiać. Doceniam umiejętność autora w oddawaniu psychologii postaci, sprawny język, plastyczne odmalowywanie świata. Chcę jednak trochę od niej uciec, bo niepokoi. Pozostawia mnie z wieloma pytaniami, na które nie odnajdę odpowiedzi. Lekko zirytowaną, że coś niechybnie mi umknęło. Boję się do niej ponownie zaglądać, zbyt mocno oddziałuje na wyobraźnię. Zdaje się mówić, o tym, do czego może doprowadzić pragnienie osiągnięcia celu za każdą cenę, zwłaszcza, jeśli ceną stajemy się my sami. Być może potrzebuję dojrzeć do tej lektury, choć rozumiem poruszany problem. Mam się na baczności, by nie skręcić w tę ścieżkę, którą obrał Stephen. I z ulgą przyjmuję ten chaos we mnie, który sprawia, że nigdy nie potrafiłabym działać z tak nieludzko ustalonym planem. 

Po lekturze książki Habash'a rozumiem, dlaczego autorowi tak ciężko było wydać tę powieść. Nie każdy ją zrozumie, nie każdy doceni, ba, niektórzy zapewne zrezygnują po kilkunastu lub kilkudziesięciu stronach. To nie literatura, do której jesteśmy przyzwyczajeni. "Nazywam się Stephen Florida" to intrygująca i niepokojąca książka o tym, jak można zagubić się w czeluściach własnego umysłu i dążenia do celu. Ciężko nawet nazwać ją pozycją dla koneserów. To po prostu powieść, z którą zmierzą się nieliczni. Jeśli to jednak zrobią, gwarantuję, że pozostanie ona z nimi  na długo. Szkoda tylko, że informacji o autorze nie umieszczono na książce i trzeba jej szukać w internecie. Myślę, że w tym wypadku jest ona bardziej potrzebna niż w innych książkach już znanych autorów. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Poznańskiemu. 

Gabe Habash, Nazywam się Stephen Florida, przeł. Jędrzej Polak, wyd. Poznańskie, Poznań 2019.