niedziela, 25 listopada 2018

Gill Paul "Sekret Tatiany"




"Złapała list i przycisnęła go mocno do piersi, zanosząc się od płaczu jak dziecko. Gdzieś w głębi jej serca było bolące miejsce i miała nadzieję, że ten napad płaczu je usunie, ale gdy chwiejnym krokiem szła do domku i kładła się spać w ubraniu, ono nadal tam było". - s. 233

Zasada ograniczonego zaufania obowiązuje nie tylko na drodze. Pewnie dlatego zawsze jestem sceptyczna, jeśli chodzi o polecajki na okładkach książek. Łatwiej nie dowierzać i być mile zaskoczonym niż sromotnie się rozczarować. Tym razem jednak mogę w zupełności zgodzić się ze słowami Soni Bohosiewicz. 

Życie uczuciowe to najbardziej nośny temat, jaki może sobie wyobrazić literatura. Nieważne czy mamy do czynienia z miłością zakończoną happy endem czy nieszczęśliwą, która pozostawia ranę w sercu. Kibicujemy jednym parom, nie znosimy innych, łączymy bohaterów w przeróżne konfiguracje, przeżywamy z nimi emocje, oceniamy podjęte decyzje, niewykorzystane szanse. O ile pisanie o miłości nie wydaje się wcale takie łatwe, o tyle sam wybór tego, jak przedstawimy uczucie jest bardzo często poddany schematom. "Sekret Tatiany" wymyka się jednak pewnym szablonom, nie jest taki jednoznaczny jak mogłoby się na początku wydawać. Żołnierz carskiej armii pochodzący z bogatej i zasłużonej dla kraju rodziny zostaje ranny podczas walki. Trafia do szpitala, w którym opiekuje się nim córka cara Tatiana. Młodzi przypadają sobie do gustu i tu zaczyna się cała historia. Uczucie rozkwita, ale księżniczka nie jest partią dla każdego. Pojawiają się pierwsze znaki zapytania, obawy, nadzieje. Do tego zaczyna się historyczna zawierucha. Prawie 100 lat później Kitty ucieka od problemów do odziedziczonego po pradziadku domu. Musi odetchnąć, uspokoić emocje, ułożyć w głowie myśli i dowiedzieć się czegoś więcej o swoim przodku.

Dwie linie czasowe, dwie przeplatające się ze sobą historie. Gill Paul zabiera czytelników do carskiej Rosji. Niepokojów XX wieku, narastających - biedy i niezadowolenia społeczeństwa, zmęczenia wojną, anty-monarchicznych nastrojów. Na zasadzie opozycji przedstawia dom carskiej rodziny i świat zewnętrzny. Nieświadomość, jaka towarzyszy wielkim księżnym, zapatrzenie w pewne bliskie im osoby, duma, upór kontrastują z opinią społeczną, szerzącą się niechęcią i coraz głośniejszym sprzeciwem wobec porządków władcy. Domowy, ciepły świat Romanowów ściera się z realiami frontowymi oraz frustracją znacznej części Rosjan. Trudne decyzje, zmieniające się szybko realia,  krótkowzroczność rządzącego, gonitwa z czasem i niewłaściwe wybory to wszystko miesza się na kartach książki.

"Szumiało mu w uszach, nogi miał jak z waty, jego umysł płonął: była to najwspanialsza chwila w jego życiu, a mimo to był prawie nieprzytomny. Pragnął, żeby czas zwolnił i umożliwił mu rozkoszowanie się każdą sekundą, analizowanie każdego słowa (...), przeżycie tego momentu w pełni." - s. 90

Miłość, to właśnie ona jest głównym tematem "Sekretu Tatiany". To niemal hołd oddany uczuciu, które zniewala, zagarnia całego człowieka, staje się jego tlenem, wodą, wszystkim. Nieco sielankowemu, oddającemu realia XX wieku, a jednak silnemu i mającemu posmak romantycznego zauroczenia, które popycha do działania. Gill Paul opisuje jednak wiele rodzajów miłości. Tę, która przychodzi niespodziewanie i rodzi się z fascynacji człowiekiem, jego zaskakującą osobowością i niezwykłością. Ekscentryczne i burzowe porywy serca, przysłowiowe pioruny rażące człowieka. Inną złożoną z przyjaźni, ciepła, poczucia bezpieczeństwa i pociągu fizycznego. Taką, która trwa wiele lat, choć nie oddalibyśmy za nią wszystkiego. Swoisty magnetyzm między ludźmi, który pozwala odetchnąć, być w pełni sobą. To w końcu relacja wzajemnego uzupełniania się, podziwu, odczytywania swoich myśli, snucia wspólnych planów, stopniowej stabilizacji i zwykłego szarego życia. Każda z nich porusza różne struny duszy, zapewnia inne doznania. Autorka nie wygłasza jednak sądów, nie mówi, to uczucie jest prawdziwe, tamte to jedynie iluzja. Wręcz przeciwnie. Pokazuje piękną prawdę - człowieka można kochać na przeróżne sposoby i żaden z nich nie jest lepszy czy gorszy. Nie ma dwóch takich samych osób, nie ma identycznych relacji. W każdym człowieku urzeka nas co innego. Można zakochać się od pierwszego wejrzenia, a można po latach, znajdując przy kimś bezpieczną przystań i radość. O każdy związek jednak trzeba dbać, to kolejny wniosek, jaki wypływa z powieści.

Powieść Gill Paul to również historia o pisaniu i odkrywaniu przeszłości. Motyw książki w książce i samego aktu twórczego jest jednym z moich ulubionych a tu czytelnik powoli poznaje losy bohaterów. Nie jest pewny kolejnych wydarzeń. Przeskakując z XX wieku do współczesności, w której Kitty zagłębia się w rodzinną tajemnicę, musi czekać na poznanie wszystkich odpowiedzi, ale zdecydowanie nie jest to irytujące. Przyznam się, że podczas lektury sięgałam po telefon, sprawdzałam pewne informacje w internecie, a rzadko czuję się zmotywowana do tego, by weryfikować prawdziwość wątków czy chcieć, jak w tym przypadku, zobaczyć jak wygląda postać historyczna.



Jak już wspominałam książka podzielona jest na przeplatające się ze sobą rozdziały, które opowiadają historię z czasów panowania Romanowów i przedstawiają losy współczesnej kobiety. Język jest prosty, ale sugestywny i przesycony emocjami. Autorka kreśli klimatyczne obrazy, dzięki którym przenosiłam się w czasie i obserwowałam uczucie rodzące się między Tatianą a Dymitrem, by następnie znaleźć się w położonym nad jeziorem domku, pełniącym rodzaj azylu dla Kitty. Z jednej strony historia przedstawiona przez Gill Paul jest prosta, z drugiej chwyta za serce i każe zastanowić się nad tym, co jest najważniejsze w życiu, jak tworzyć więzi z drugim człowiekiem. To nie cukierkowa książka o wielkiej miłości, ale słodko-gorzka historia, w której nie brak cierpienia, problemów, odchodzenia od zmysłów a sama dawka goryczy jest ogromna. Pisarka snuje opowieść o ludziach, którzy zawsze coś poświęcają dla innych. Jedni wpadają w ciemność, inni są światłem i porażają wielkością serca i ogromem zrozumienia dla bliźnich. Uzupełniają się wzajemnie, choć wydaje mi się, że zawsze któraś strona jest stratna, daje więcej, otrzymując dużo mniej. Bohaterowie są żywi, targani namiętnościami, bliscy czytelnikowi, właśnie przez rozterki, które przeżywają. Jest w tej książce coś jeszcze, co sprawia, że wciąga bardziej niż wiele jej podobnych. Jakaś łatwość we wchodzeniu w tę historię, odnajdywaniu w niej siebie, odczuwaniu bliskości z pewnymi postaciami. Dobrych powieści jest naprawdę dużo, ale tych, które zapadają w pamięci już zdecydowanie mniej. Z "Sekretem Tatiany" jest tak, że mimo nieskomplikowanej fabuły zakrada się do serca swoim ciepłem, mnogością uczuć, rosyjską duszą i zostaje w czytelniku. Ciekawym pomysłem, o którym warto wspomnieć na koniec jest również podwójna wersja okładkowa. Jedna stylizowana właśnie na XX wiek, druga, całkiem współczesna, słoneczna, nieco nostalgiczna.

Jeśli nie lubicie książek związanych z historią, nie musicie się obawiać. Tu jest ona tylko tłem,  wartością dodaną, pretekstem do opowiedzenia o pewnej historii miłosnej i losach człowieka, który poznaje, co naprawdę znaczy kochać.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Mando.

Fragment książki znajdziecie TU.

Gill Paul, Sekret Tatiany, przeł. Anna Gralak, Wyd. Mando, Kraków 2018.


niedziela, 18 listopada 2018

Spacerowe rozkminy #11





Macie czasem tak, że długo o czymś myślicie i nagle jedno zdarzenie sprawia, że to nad czym tak dumaliście wydaje się już nawet nie proste, ale wręcz konieczne? Mnie zdarzyło się to kilka razy. Ciekawe doświadczenie.



Wczorajszy dzień to spotkanie blogerów i vlogerów na Literackiej Stolicy. Dwa wykłady. Ciekawe i skłaniające do refleksji, dla mnie naprawdę głębokiej. Pierwszy, który prowadziła Paulina Małochleb z Książek na ostro dotyczył słabych miejsc w tekście, ale tak naprawdę zagadnienia wykraczały poza to sformułowanie. Ja odczułam go trochę jakbym dostała obuchem w głowę, w pewnych kwestiach. Postawiłam sobie któryś kolejny raz pytania, kołaczące mi się po głowie od kilku miesięcy, co teraz, jak się rozwijać, w którą stronę iść. Notatki zrobione, problemy do pochylenia się nad nimi sformułowane, powoli w głowie rodzi mi się plan działania. Może trochę rewolucyjny, może nie, zależy jak na to wszystko popatrzeć. Ważne jednak, że chcę spróbować. Dla mnie słuchanie o tym, jak pisać jest ogromnie ważne, dlatego cenię zarówno same wnioski i rady jak i polecenia tego, kogo warto czytać, by rozwijać swój warsztat. 



Następna prelekcja tym razem Rafała HetmanaCzytamRecenzuję.pl i Vloga o książkach prowadzonego wspólnie z Aleksandą PasekParapetu literackiego to rzecz o tym, jak działać w świecie, w którym fb i inne platformy tną zasięgi. Jak odnaleźć się w tej rzeczywistości. Dobre rady, nieco inne spojrzenie na sprawę, na pewno warte zastosowania :). A poza tym przemiłe rozmowy, dyskusja o blogosferze, projektach kulturalnych, bibliotekach, przyjmowaniu przez nie darów, kupowaniu nowości, działalność tych placówek. Zatrzymam się na chwilę przy tym temacie. Dosłownie parę słów. Po pierwsze dziś biblioteka to nie tylko miejsce wypożyczania książek, ale i audiobooków, gier planszowych, muzyki, filmów, korzystania z Internetu, wielu kursów, warsztatów o szerokiej gamie tematycznej. To również przestrzeń do spotkań zarówno tych autorskich, jak i społeczności lokalnej. Nawiązywania więzi, realizacji przeróżnych pomysłów tak kulturalnych jak i prospołecznych. Niezmiennie to miejsce, do którego przychodzimy po informacje i książki. I tych tam nie brakuje, i nowości i starszych pozycji. Warto zaglądać, korzystać, czytać, zachęcać do wizyt w bibliotekach, bo to świetne miejsca i dają książki za darmo :). Podczas literackiej stolicy nie zabrakło oczywiście książek <3, bo jak inaczej. Dziękuję organizatorom za wspaniały dzień i wszystkim, z którymi udało mi się porozmawiać za mile spędzony czas :) oraz wydawnictwom i miastu za miłe podarunki :).




Piętrzą się, wymagają uwagi, przyciągają, kuszą. Każda z nich chce być pierwsza. Obiecuje niezapomniane wrażenia, wspaniałe światy, dobre wieczory, ważne problemy, które trzeba przemyśleć. Uwodzą językiem, subtelnym, poetyckim, delikatnym lub wręcz odwrotnie dosadnym, momentami brutalnym i wulgarnym. Są jak oliwa na ranę, miód na serce albo przeciwnie burzą krew, ponoszą ciśnienie. Doceniam je, lubię, szanuję. Spieram się z nimi, czasami mam ochotę wyrzucić  je przez okno, krzyczeć, wyżyć się tekstowo. Zagarniają człowieka w swój świat. Wciągają pod koc z kubkiem gorącej herbaty i przenoszą w całkiem inną rzeczywistość. Zalegają na półkach, parapecie, podłodze. Czasem mam wrażenie, że wyskakują z szafy, lodówki, internetu, każdego miejsca, w którym jestem. Nie mogę i nie chcę bez nich żyć, ale muszę się zatrzymać. Wszystko ułożyć. Sprawić, by spacer znów był spacerem a nie biegiem przez płotki czy biegiem na czas z przeszkodami. Chcę znów zanurzać się w lekturze powoli. Smakować najlepsze fragmenty, wracać do nich, snuć teksty nie o całej książce, ale o jej fragmentach, literaturze lub życiu. Chcę tych magicznych chwil, które zostają w pamięci, odcięte od zasięgów, przypomnień, że nie istnieję, bo nie mam kontaktu z czytelnikami. Tak, pamiętam, lubię, szanuję ich, dlatego zwalniam. Chcę pisać dobrze, lepiej. Bez pośpiechu, przerzucania kolejnych stron, ścigania się, czy zdążę przed premierą kosztem snu czy nie. Chcę zarywać noce, bo nie mogę oderwać się od lektury, a nie dlatego, że muszę dotrzymać terminu, który czasami koliduje z moimi obowiązkami i życiem prywatnym. Spacerowanie ma to siebie to, że jest przyjemne. Pozwala zatrzymać się i podziwiać wiele rzeczy. Relaksuje i daje szansę napawania się pięknem. I tak ma być tutaj. 

Od nowego roku będzie trochę inaczej. Jak? To się okaże, ale decyzja podjęta, pomysły są, więc mam nadzieję, że zostaniecie, przystaniecie ze mną i pospacerujemy razem po świecie słowa. Niespiesznie, refleksyjnie, czasem pewnie nieco poetycko. Co o tym sądzicie? Dajcie znać. Buziaki w zimną i śniegowo-deszczową niedzielę :*. 

niedziela, 11 listopada 2018

Przemysław Wilczyński "Jan Kaczkowski. Życie pod prąd"


"To właśnie ten styl i ta wizja człowieka odróżniają najwyraźniej Jana Kaczkowskiego od innych księży, również tych, których ma wówczas dookoła siebie. Włącznie, a może nawet na czele z księdzem Mazurem, z którym skądinąd się lubi, nie szczędząc mu wszelako - i vice versa - licznych złośliwości. Wieczorna koncelebra, mszy przewodniczy inny wikary, na wezwanie "Przekażcie sobie znak pokoju" Mazur mówi do kolegi: "Pokój z tobą, ślepcze!", by po chwili - ku uciesze słyszących ministrantów, lektorów i proboszcza - usłyszeć: "I z tobą, grubasie!". - s. 176

Rozmawiając z Przemysławem Wilczyńskim na Targach Katolickich Wydawców byłam jeszcze przed lekturą jego książki. Mówiliśmy wówczas, że ks. Kaczkowski już za życia stał się legendą. Na przekór wszystkiemu, co lansują media i współczesny świat. W dobie idealnych figur, operacji plastycznych, prostego, przyjemnego i gęsto lukrowanego obrazu codzienności, pięknych zdjęć z Instagrama, hygge i unikania trudnych tematów zainteresowanie księdzem, który zajmował się osobami terminalnie chorymi i sam nie wpisywał się w kanony współczesnych trendów, było co najmniej zaskakujące. Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko dbaniu o siebie, hygge, czy pięknym kompozycjom zdjęciowym. Nie rozumiem po prostu pomijania milczeniem problematycznych kwestii w przestrzeni publicznej oraz prawdy, że na świecie istnieje również cierpienie, choroby i ludzie, którym należy się pomoc i pamięć. 

I tu nagle popularność zdobywa człowiek, który akcentuje to wszystko. Sam z problemami zdrowotnymi, ograniczeniami fizycznymi, potem chorobą nowotworową pokazuje, że mimo wszystko można żyć na pełnej petardzie, cieszyć się każdym dniem. Daje zupełnie inny od znanego wielu obraz człowieka i kapłana. Nie boi się rozmów, telewizji, internetu. Często w dość mocnych słowach mówi o tym, co dzieje się w Kościele. Broni Jurka Owsiaka, stwierdzając, że chętnie posiedzi z nim w piekle, piętnuje szkodliwe zjawiska, apeluje o potrzebę mądrzejszego prowadzenia życia duchowego i bycia otwartym w stosunku do kapłanów i kandydatów na księży. Jest inny, wymyka się schematom, nie jest wobec siebie pobłażliwy, nie roztkliwia się nad trudnościami. Jeśli zaczyna jakiś projekt poświęca mu się bez reszty. Często, co będzie ukazywał w książce autor, idzie drogą niemal od końca, pomysł, realizacja, a potem zgody. Działa z wielkim rozmachem, ale i namysłem.



Jego droga życiowa jest szalenie fascynująca, choć niełatwa. Wyrasta w inteligenckim domu. Odbiera bardzo dobre wykształcenie, jest ambitny i nauczony, że pokazywanie swoich niedociągnięć nie ma sensu, można za to wykazać się lepiej w innych dziedzinach. Mądra pedagogika matki, czyni go osobą, która nie tylko nie boi się wyzwań intelektualnych i realizowania kolejnych przedsięwzięć, ale absolutnie nie chce żadnej taryfy ulgowej. Jego charakter sprawia, że potrafi poradzić sobie z przeciwnikami. Przyciąga ludzi nawet tych, którzy początkowo nie są mu przychylni. Problem napotyka dopiero w seminarium. To inny świat, który rządzi się swoimi prawami, głęboką instytucjonalnością i brakiem otwartości na świeże i niekonwencjonalne spojrzenie czy pomysły. Jan otwarcie mówi o tym, że powołanie swoją drogą a władze seminarium swoją. Mimo iż sam zostaje kapłanem zdaje sobie sprawę, że przed wieloma osobami mimo szczerej chęci głoszenia Ewangelii drzwi pozostają zamknięte.

"Jezus musiał być załamany wiedzą o swoim losie jeszcze bardziej niż ja, dowiedziawszy się o chorobie. (...) Powiem to panu wprost: sam nie uniósłbym informacji, że umrę za kilka miesięcy. Myślę, że Chrystus - mówiąc obrazowo - płakał, denerwował się, cierpiał. Bóg jest Bogiem kochającym, wchodzącym w nasze nieszczęście". - s. 369

Nie jest doskonały jak spiżowy pomnik, którym mam wrażenie, chcielibyśmy go uczynić. Pomaga chłopcom ze szkoły, w której uczy. Staje się dla nich w pewien sposób ojcem, ale ma też swoje uczucia i nie zawsze potrafi pogodzić się z ich dorastaniem. W swoich wielkich ambicjach wydaje się kilka razy zbytnio zapędzać w słowach i czynach. Różni się mocno od Kaszubów, bardziej powściągliwych, zamkniętych w sobie, nieufnych wobec obcych. A jednak z biegiem czasu staje się ważną częścią społeczności Pucka, do którego trafił po święceniach, z którymi też był problem. Następne lata to czas wzmożonej i ogromnie intensywnej pracy w szpitalu, szkole, w końcu w hospicjum, najpierw tym domowym, potem stacjonarnym. Wyjazdy, wywiady, spotkania, książki, posługa duszpasterska. Czytelnik odnosi wrażenie, że aktywnościami ks. Kaczkowskiego można by  spokojnie obdzielić kilka osób a przecież to wszystko robi jeden mężczyzna z ogromną wadą wzroku i chorobą nowotworową.



Przemysław Wilczyński wykonał naprawdę wielką pracę pisząc biografię ks. Jana. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem zgromadzonego materiału, odbytych rozmów, licznych maili, prób skontaktowania się z kurią, docierania do tych mniej znanych faktów, zapoznania się z jego tekstami. Przede wszystkim jednak najbardziej ujęła mnie rzetelność dziennikarska autora. "Jan Kaczkowski. Życie pod prąd" nie jest bowiem laurką na cześć tego niezwykłego kapłana, ale tekstem pokazującym wiele aspektów życia i charakteru bohatera. To nie żaden ideał bez wad, ale człowiek z krwi i kości. W poszukiwaniu prawdy o onkocelebrycie, jak określał siebie ks. Kaczkowski, dziennikarz odziera bohatera z kolejnych warstw legendy, jaka narosła wokół jego osoby. Odbrązawia kapłana, który walczył ze swoimi słabościami, bywał zbyt ambitny, nieraz podchodził do spraw nazbyt emocjonalnie. Pokazuje wytrwałość, siłę, ale też ludzki obraz księdza. Jego czułość, wrażliwość, cięty język, dosadny i inteligentny humor. Wspomina o tym, że ksiądz nie unikał trudnych tematów, potrafił o każdej porze dnia i nocy być dla innych, choć gdy trzeba było bez problemu umiał tupnąć nogą i głośno wyrazić swoje zdanie. Czasem bywał zbyt wymagający wobec innych, może nie do końca potrafił zrozumieć ludzi, którzy się poddali, których przerosło życie, choroba, doznane krzywdy. Zawsze jednak starał się być dobrym kapłanem, oddanym Bogu, mającym wielki szacunek do Eucharystii i co najważniejsze, mądrze trwającym przy odchodzących. Zdaje sobie sprawę z tego, że mimo świetnego języka, ciekawie przedstawionego materiału, rzetelności i innych zalet, nie wszystko w tej książce spodoba się tym, którzy cenią ks. Kaczkowskiego. Że pewne rzeczy będzie im trudno przyjąć, sama miałam z tym problem podczas lektury. Ale to jedna z tych książek, które uczą pokory i pokazują, że każdy ma wady, dlatego świętość jest ludzka, osiągalna, jest dla każdego. Bohater książki Przemysława Wilczyńskiego to człowiek godny naśladowania z wielu względów. Szczególnie warto jednak o nim pamiętać, gdy jest ciężko, gdyż ograniczenia da się pokonywać, a życie na pełnej petardzie powinno być celem każdego.

Fragment książki znajdziecie TU.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Przemysław Wilczyński, Jan Kaczkowski. Życie pod prąd, wyd. WAM, Kraków 2018.