środa, 16 sierpnia 2017

Spacerowe rozkminy #4




Jestem po pracy totalnie nieprzyzwyczajona do tego, że o godzinie 19 (prawie) mam już zrobione zakupy, ugotowany skromny obiad, zmyte gary ;) i mam czas na to by sobie poszperać w internecie, za chwilę siądę z książką, potem zabiorę się za pracę duchową i jak będę miała ochotę oglądnę coś. Moje życie jest teraz inne, zupełnie inne niż to, które zostawiłam w moim domu. Zastanawiam się, czy można powiedzieć, że któreś jest lepsze? Chyba nie. 

Każda chwila, każde miejsce, wszystko co robimy ma jakiś cel. Mam teraz znacznie lepsze zajęcie. Związane z moimi zainteresowaniami i wykształceniem. A jednocześnie tęsknię za domem, gdzie wszystko było znajome, gdzie moje ręce wielokrotnie dotykały konkretnych sprzętów, gdzie w zasadzie mogłam spokojnie poruszać się myśląc o niebieskich migdałach, bo wiedziałam, gdzie czego szukać. Życie jednak jest dane po to, by się rozwijać, odkrywać nowe talenty, poszerzać wiedzę, nabywać nowe umiejętności. Czasem zasiedzenie się w jednym miejscu jest szkodliwe. A nieraz po prostu trzeba wyjechać, by docenić co się miało. Prawda jest jednak taka, że każda szansa powinna być przyjmowana z radością i wykorzystywana. Każdy dzień czegoś nas uczy.

Nie wiem dokąd zaprowadzi mnie moja droga. Nie mam pojęcia. Uczę się ufności, doceniania dnia codziennego, bez wiecznej obawy o to, co będzie jutro, jak dam radę, a co jeśli... Nie, staram się tego nie robić, choć czasami to karkołomne zadanie. Długi weekend, który spędziłam w domu, dał mi do myślenia. Był wypełniony swojskością, radością, spokojem i pewną nostalgią. Ale dobrze wiedzieć, że wróciłam do nowych rzeczy. 



W domu czytałam "Skandal miłosierdzia" bp Grzegorza Rysia. Piękna książka, jedna z tych, które powinni przeczytać wszyscy, myślę że niejeden raz. Inaczej ukazała mi znane przypowieści, poczułam się jakby nagle ktoś powiedział mi coś po raz pierwszy, coś o czym przecież wiedziałam. Tym razem jednak wybrzmiało to z całą mocą. Nagle skojarzyłam fakty, zrozumiałam troszkę. To piękne doświadczenie. Miłosierdzie jest trudne, to chyba najlepsze stwierdzenie. Z jednej strony chcemy go, ale stosunku do bliźnich jakoś naturalnie człowiek najpierw odnosi się do sprawiedliwości, bo jak to tak? Tymczasem Bóg jest inny, On przebacza, rozumie, nie odpycha. 

Myślę o życiu, takim prostym w sensie franciszkańskim. Braku przywiązania do rzeczy materialnych, radości z tego, co się ma. Staram się nie zwariować w rzeczywistości, która z każdej strony bombarduje mnie coraz to nowymi gadżetami, kosmetykami, ciuchami i innymi rzeczami. Przypominam sobie o bohaterze "Całego życia", o którym Wam niedługo opowiem, choć zapewne większość z Was już czytała tę książkę. I tak sobie myślę, że Egger jest wart naśladowania w tej swojej radości i prostocie. Zadowalał się tym, na co zapracował. Nie nosił w sobie chęci posiadania, nie gonił za pieniędzmi i dobrami. Doceniał proste słowa, gesty, proste życie, w którym posiadał tyle, ile potrzebował. Żadnego zbytku. Podchodził spokojnie do wszystkiego, nosząc w sobie jakieś wrodzone, naturalne przekonanie, że to co się dzieje, jest potrzebne, właściwe. Czy da się czegoś takiego nauczyć? Nie wiem, ale pracuję nad tym, by mieć to, co niezbędne, wracam do franciszkanizmu, który zawsze mi się marzył. Takiego prostego, pięknego. Nie chodzi o to, by wyzbyć się wszystkiego, ale by żyć tak, że gdy czegoś zabraknie, nie będę z tego powodu nieszczęśliwa. 

Jakoś samoistnie nasuwa mi się fragment wiersza "Przedśpiew" Leopolda Staffa: 

I uczę miłowania, radości w uśmiechu,W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu,I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu,Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu.


Odnaleźć radość w ferworze dnia, czasem nawet w uśmiechu, radość prawdziwą, a nie śmiech. Docenić to, że czasem płacze się z tego powodu, że mamy uczucia, że serce człowieka jest tkliwe. Zrozumieć, że zło rodzi się z krzywdy i cierpienia i ten, kto rani nie zawsze jest zły. Nie zgadzać się oczywiście na to zło, ale nie przekreślać człowieka. W końcu wstać z uśmiechem i podziękować za każdy dzień. Starać się, by był naprawdę cudowny :).





poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Łańcuch kłamstw - Delia Ephron "Siracusa"






"To tak jakbyśmy byli pisklętami: wydziobujemy sobie drogę ze skorupki na zewnątrz, wyrastamy na wielkie ptaki o pięknym upierzeniu, a potem kawałek po kawałku zaczynamy składać skorupkę jaja i na powrót się w niej zamykać, pozostawiając może maleńki otwór do podglądania - minimalny kontakt ze światem. Wydziobawszy sobie drogę na zewnątrz, by żyć, wracamy do środka, by przeżyć. Oczywiście to tylko złudzenie. Skorupki jajek łatwo się tłuką." - s. 108


Nigdy nie jesteśmy w stanie do końca poznać człowieka. Część informacji zdobędziemy słuchając, część obserwując, ale zawsze pozostanie coś, do czego nigdy nie dotrzemy. Ludzie ubierają różne maski, uśmiechają się, robią dobrą minę do złej gry. Im bardziej są zamknięci, tym trudniej ocenić, z kim mamy do czynienia. Prawda jest jednak taka, że nawet myśląc, że kogoś znamy, możemy się całkiem zadziwić.

Urlop w europejskich miastach, zwiedzanie cudownych wiekowych zabytków, upojenie atmosferą starożytności, cudownie grzejącym w ramiona słońcem, zapachami i smakiem pysznego jedzenia, niezwykle melodyjnym językiem włoskim, pięknymi, ponętnymi kobietami i uwodzicielskimi mężczyznami. Słowem idealne miejsce na spędzenie wakacji. Dwa małżeństwa wybierają się w podróż, podczas której dochodzi do pewnego zdarzenia. Świetny wypad psuje się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, aż w końcu nadchodzi katastrofa. Co doprowadziło do tragedii, której nikt się nie spodziewał?

Taylor i Finn nie stanowią dobranego małżeństwa. Ona bogata, zmanierowana, cechująca się wyższością i udawaną grzecznością, nie widzi świata poza córką Snow. To już nawet nie nadopiekuńczość nad przesadnie nieśmiałą dziewczynką, ale chorobliwa i toksyczna relacja. On zbywa milczeniem większość wybryków żony, nie jest żadnym autorytetem ani partnerem w tym związku, co więcej zostaje zepchnięty na plan dalszy. Finn przerzuca więc całą swoją energię na restaurację, którą prowadzi i trudno mu się dziwić, wszak wszystko co robi jest przecież krytykowane przez jego żonę. Snow zaś to swoista mimoza, która nie zrobi nic, na co nie ma ochoty. Wydawałaby się antypatyczna i rozpuszczona jak dziadowski bicz, gdyby nie fakt, że prawie się nie odzywa i pozostaje bardzo bierna. Gdy coś mówi, zazwyczaj czyni to szeptem, innym razem jedyną jej reakcją jest charakterystyczne cmokanie. Osobliwe zachowania dziecka, matka określa syndromem skrajnej nieśmiałości i chroni ją przed całym światem, zamykając przed wszystkimi i wszystkim. To ona decyduje, co córka będzie robić, w co się ubierać, gdzie chodzić. Dodatkowo sytuację komplikuje wygląd Snow, delikatność i powab, które ogromnie zwracają uwagę ludzi. Dziewczynka jest szalenie inteligentna i wydaje się, że doskonale potrafi dyrygować rodzicami. Lizzie to dziennikarka, która stale poszukuje tematów na nowe artykuły. Jako rasowy pismak zapisuje każdy szczegół, z którego może narodzić się tekst. Jest szaleńczo zakochana i zafascynowana swoim mężem Michaelem, który stał się sławny dzięki wydanej w młodości powieści. Śmiało można przyznać, że żona żyje w jego cieniu, choć sama się do tego przyczyniła. Michael jest zadufany w sobie, przesadnie przekonany o własnej wartości, choć stwarza wrażenie człowieka bardzo zdystansowanego. To urodzony gawędziarz, snujący kolejne zmyślone wydarzenia i pragnący sławy człowiek.



Od początku powieści, która przedstawia wydarzenia z Siracusy z późniejszej perspektywy każdego z dorosłych bohaterów widać, że obydwa małżeństwa są fikcją, istnieją na papierze, realnie zaś każdy z partnerów żyje własnym życiem, zajmuje się swoimi sprawami. Michael jest niewierny, Finn sytuuje się gdzieś poza zainteresowaniem Taylor, która bałwochwalczo adoruje córkę, Lizzie marzy o tym, by ożywić swój związek. Oliwy do ognia dolewa fakt, że Finn był kiedyś z Lizzie. Wspólny wyjazd nie wydaje się dobrym pomysłem, a jednak do niego dochodzi. Od początku czytelnik obserwuje grę bohaterów, którzy na zewnątrz są uprzejmi, grzeczni, ułożeni, jednak każdy z nich skrywa to, co naprawdę myśli o pozostałych. Nie wydarzenia w powieści są najważniejsze, w sumie jest ich naprawdę mało. Siłą tej książki jest gra postaci, wnikanie w ich myśli, punkt widzenia. Składanie akcji, a przede wszystkim obrazu relacji na podstawie poszczególnych rozdziałów. Różniące się od siebie spojrzenia, otwarte stwierdzenia, mamy tu wgląd w myśli i emocje, których Finn, Taylor, Michael i Lizzie nie ujawniają względem siebie. Jesteśmy uczestnikami podwójnej gry, tej pierwszej fasadowej, życia na pokaz, tworzenia idealnego obrazu dla innych i drugiej polegającej na odzieraniu mistyfikacji, wnikaniu w prawdę, byciu sobą. Szczerość zdumiewa, pokazuje, co tak naprawdę dzieje się między bohaterami. Im głębiej zanurzamy się w świat nieudanych związków, tym bardziej napięcie rośnie. I to właśnie fascynuje w "Siracusie". Nie czytałam jej, by dowiedzieć się, na czym polegała zapowiedziana tragedia, pochłaniałam kolejne strony zaciekawiona tym, co mówią bohaterowie, ich nieraz grubiańskim, nienawistnym, czasem kpiarskim czy wzgardliwym podejściem. Imponowała mi inteligencja postaci, które jednak zachowywały wszelkie uwagi dla siebie i grały w prowadzoną grę. Spodobał mi się zwięzły język autorki, pozbawiony rozwlekłych dywagacji, metrowych opisów i jej zdolność do zaciekawienia czytelnika poprzez stworzenie naprawdę interesujących postaci. Osób, które konkretnie nazywają rzeczy, trafnie określają sytuację, nie doszukują się usprawiedliwień, ale prosto i krótko, mówią jak jest. Delia Ephron napisała jedną z bardziej intrygujących książek, jakie przeczytałam. Jest ona nieco specyficzna, ale zdecydowanie warta przeczytania. 


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Delia Ephron, Siracusa, przeł. Agnieszka Walulik, wyd. W.A.B., Warszawa 2017.