niedziela, 27 marca 2016

O sednie człowieczeństwa - Ks. Jan Kaczkowski "Grunt pod nogami".


z cyklu książki z duszą

„Bóg nie jest paskudnym dziadem siedzącym na chmurze, który nas nie lubi, więc rozdaje cierpienia i rozmaite przeciwności. On nas kocha w chwili naszego powodzenia, ale szczególnie blisko jest w momencie nieszczęścia. Nie opuszcza swoich dzieci. Fakt – czasem trudno zrozumieć tę bliskość”. – s. 25





Określa siebie jako ekskluzywnego żebraka, ponieważ żebrze nie przed kościołem a w nim. Do człowieka podchodzi z empatią, zrozumieniem i otwartością. Nie boi się rozdawać swojego numeru telefonu ani wypowiadać niepopularnych opinii. Nie miał łatwo. Słaby wzrok, który mógł wykluczyć go ze święceń, odwaga w przedstawianiu prawdy i wygłaszaniu swoich poglądów, w końcu nowotwór sprawiły, że jego kapłańska droga nie jest usiana różami. Mimo wszelkich przeciwności nie poddaje się i prze do przodu jak rakieta, żyjąc na pełnej petradzie. Niezwykły i szczery przedstawiciel organizacji „RCC, czyli Roman Catholic Church (mającej globalny zasięg, oddział w każdej wiosce i dwa tysiące lat tradycji)” (s. 100) tym razem przychodzi z nieco poważniejszą książką. 

Moja współpraca z Wydawnictwem WAM zaczęła się od „Życia na pełnej petardzie” już wówczas ks. Kaczkowski podbił moje serce. Przede wszystkim podejściem do swoich podopiecznych w hospicjum, o którym tym razem mogłam przeczytać więcej a także stosunkiem do życia. „Grunt pod nogami” to pozycja nieco inna, ale niepozbawiona humoru. Książka to zapis kazań, rekolekcji, drogi krzyżowej oraz wykładu o spowiedzi, ale nade wszystko to po prostu przekaz wiedzy i mądrości tego niezwykłego człowieka. Z kart wyłania się bowiem mały poradnik tego, jak żyć, postępować, być nie tylko dobrym katolikiem, ale po prostu dobrym człowiekiem. Treści skupiają się głównie wokół spraw sumienia, dbania o jego kondycję, stawania wobec prawdy. Ks. Kaczkowski zwraca dużą uwagę na relacje międzyludzkie, szczególnie w rodzinach, na potrzebę czułości, przytulania, okazywania sobie uczuć, ponieważ na ostatniej prostej życia często bywa za późno na naprawianie zaniedbanych czy złych stosunków. Porusza tematykę związaną ze zdrową pobożnością (piszę zdrową, gdyż jak sam autor wskazuje przez błędne pojmowanie angażowania się w działanie wspólnot czy zagadnień wiary, można wiele zepsuć) i trudnymi sytuacjami, jak choroba czy niewysłuchanie próśb. W myśl słów „Myśli moje nie są myślami waszymi” (Iz 55,8) przypomina, że Bóg inaczej widzi pewne rzeczy, czego przykładem jest choćby choroba ks. Jana. 

Z delikatnością i stanowczością autor pochyla się nad postaciami biblijnymi, odnosi ich postępowanie do życia ludzi współczesnych. Rozpatruje poruszane sprawy i wyciąga wnioski. Szanując inteligencję słuchaczy, nie dopowiada wszystkiego. Stawia pytania, na które czytelnik sam musi znaleźć odpowiedzi. Wskazuje, że nie wszystko jest czarno-białe, gdyż istnieje wiele czynników, wpływających na sytuację. Jednocześnie podkreśla, że Bóg nie jest jakimś złośliwym starcem, ale Kimś czułym i opiekuńczym, nikogo nie odrzuca, czeka, nawet na tych którym wydawać by się mogło, że wszystko już stracone. Z zapałem zachęca do dbania o swoje duchowe życie, rozpoczynania od nowa, póki jeszcze czas. Nie poprzestaje na minimalizmie, bo to za mało. Swoim przykładem inspiruje do dawania z siebie więcej, bo tacy właśnie powinniśmy być, hojni i otwarci. Czerpie ze swojego hospicyjnego doświadczenia i dzieli się przemyśleniami, by rodziny chorych zrozumiały, jak należy postępować.



Tym, co najbardziej mnie urzeka w postawie ks. Jana (bo nie ukrywam, każda książka jest dla mnie po prostu zapisem tego, co nosi w sercu) jest jego ogromnie i niesamowicie wręcz rozwinięte człowieczeństwo. Umiejętność stawania w prawdzie, nawet jeśli to bardzo trudne. Ks. Kaczkowski potrafi przyznawać się do błędów. Zaczyna i wymaga przede wszystkim od siebie, by potem móc wymagać od innych. Prostymi, zrozumiałymi słowami, niezwykle przejrzystym i pociągającym stylem opowiada o zagadnieniach wiary i bycia człowiekiem. Nie skreśla nikogo, mam wrażenie, że ma w sobie więcej cierpliwości i wyrozumiałości niż niejedna osoba. Żyje tym, co głosi, może dlatego jego przekaz jest tak czytelny i fascynujący. Krótkie rozdziały omawiające poszczególne zagadnienia, każą zatrzymać się w zabieganej codzienności i pochylić nad naszym życiem. Można czytać je pojedynczo wieczorem i poświęcać kilka minut na refleksję dotyczącą własnego życia, jestem pewna, że taka praca nie pozostanie bezowocna. 

Ciężko pisać o książce, która jest jednymi wielkimi rekolekcjami z relacji Bóg-człowiek, człowiek-bliźni. Która porusza do głębi i otwiera na nowe spostrzeżenia. Myślę, że nie można pozostać obojętnym wobec przedstawianych tu treści, gdyż po pierwsze są wyłożone tak, że nie sposób ich nie zrozumieć, po drugie dlatego, że autor rozdziela zło czynów od potępiania grzesznika, w końcu po trzecie z tego powodu, że nakreślone tu pytania naprawdę trafiają w sedno. W „Gruncie pod nogami” nie ma wodolejstwa czy kreowania się. Każde słowo jest tu przemyślane, przykłady odpowiednio dobrane, a lekki styl, miejscami okraszony stwierdzeniami wywołującymi uśmiech i dystansem do siebie, zjednują czytelnika. W tym wszystkim tkwi siła tej książki. W mówieniu o rzeczach najważniejszych krótko, treściwie, prawdziwie i pięknie. Jedynym w swoim rodzaju sposobem ks. Jana, który mimo, że go nie znam, stał mi się ogromnie bliski. Czytając tę książkę autor spogląda z jej stron i mówi „zależy mi na Tobie, dbaj o swoje życie”. 

Grunt pod nogami” gorąco polecam wszystkim, nie tylko wierzącym, bo naprawdę można się z niego nauczyć, jak żyć jako dobry człowiek.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM



Ks. Jan Kaczkowski, Grunt pod nogami, nieco poważniej niż zwykle, wyd. WAM, Kraków 2016.



Na koniec mała prośba. Tym razem ja stanę się żebrakiem (niestety nie ekskluzywnym, bo nie mam takiej możliwości, ale w tym wypadku blogowym). Czytałam o działalności hospicyjnej ks. Kaczkowskiego, a wiem jak może wyglądać hospicjum. Tym bardziej jestem pod wrażeniem tego, jak chorzy są tam traktowani. Mam więc wielką prośbę, jeśli macie możliwość, wspomóżcie to dzieło, będę Wam bardzo wdzięczna. Poniżej zamieszczam link do strony hospicjum i dane do przelewu. Pamiętajcie, dobro do nas wraca :). Dziękuję :).






Puckie Hospicjum pw. św. Ojca Pio

84-100 Puck, ul. Dziedzictwa Jana Pawła II 12



Bank Spółdzielczy w Krokowej

30 8349 0002 0004 6633 2000 0010



Bank Spółdzielczy w Pucku

38 8348 0003 0000 0017 2404 0001







poniedziałek, 21 marca 2016

Kolorowe sny młodości- Maria Paszyńska "Warszawski niebotyk"



„Życie jest niesprawiedliwe. Jedni dostają wszystko, inni nie dostają nic. Ci, którzy pragną, nie otrzymują, a ci którzy otrzymują, nie pragną. Głupcy święcą triumfy, a ci, którzy dążą ku mądrości, ponoszą tak straszne klęski. Kochający brzydotę są panami tego świata, podczas gdy ci, co miłują piękno, są ledwie dostrzegalni w oceanie motłochu. Czuł, że przestaje cokolwiek rozumieć. Miał mętlik w głowie, a jego duszę zasnuwały coraz gęstsze ciemności”. – s. 407-408.



Odwykłam od książek, w których akcja toczy się naturalnym, niespiesznym tempem. Gdzie wydarzenia nie gnają na łeb, na szyję. Pewnie czytam za dużo kryminałów albo pozycji przesiąkniętych na wskroś różnymi emocjami. Ta książka jednak jest całkiem inna od lektur, z którymi miałam ostatnio do czynienia. Wgryzałam się w nią długo, nie rozumiejąc własnych odczuć, bardziej patrząc na nią okiem polonisty, którym jestem niż zwykłego czytelnika, a szczerze mówiąc nie pamiętam, kiedy coś takiego mi się ostatnio zdarzyło. Ale po kolei…

Wszystko zaczyna się od warszawskiego wieżowca Prudential, powstającego właśnie budynku, okrzykniętego warszawskim niebotykiem. To właśnie ten cud architektury staje się pretekstem do snucia opowieści o wydarzeniach trzech warszawskich rodzin, a właściwie ich przedstawicieli wchodzących do świata dorosłości. Przeszłość miesza się tu z teraźniejszością, wspomnienia starszych z planami na przyszłość młodych. Inteligencka rodzina Zasławskich przeżywa liczne emocje związane z dorastaniem synów. Najstarszy Jan, zawsze poukładany i obowiązkowy, całkowicie oddany studiom prawniczym i marzący o pomaganiu innym i chronieniu ich przed niesprawiedliwością, nagle traci zainteresowanie aplikanturą i pracą u najlepszego prawnika w mieście. Zakochany po uszy odrzuca wszelkie głosy rozsądku i rzuca się w wir romansu ze zjawiskową Marią. Młodszy Andrzej szykuje się do ożenku z Joanną. Wraz ze swoim przyjacielem Wojciechem, pragnącym poślubić jej siostrę Klarę, musi pokonać jedną małą i niezwykle zakorzenioną w przesądach przeszkodę, by rozpocząć nowe życie u boku ukochanej. Tadeusz zaś, wieczne dziecko, który oczekuje jedynie opieki, podziwu, sławy, marzy o światowej karierze piłkarskiej. Lekkoduch i bawidamek w końcu zgodnie z przysłowiem, trafiła kosa na kamień, spotyka pewną piękną Żydówkę, która porusza jego serce. Berek Stein przyjaciel Jana, mężczyzna opanowany, przedsiębiorczy i  dziwnie wyciszony emocjonalnie niczym dobry duch zjawia się, gdy Zasławski go potrzebuje. Sekret, który skrywa w sobie ten cichy człowiek będzie tym, co zbliży go do przyjaciela. Wojciech Starczewski, syn znanego i poważanego w Warszawie cukiernika, musi pokonać długą drogę, by stanąć przed ołtarzem z anielską Klarą. Życie udowodni mu, że zastałe poglądy mogą boleśnie ranić i stać na drodze do szczęścia.

Autorka ma niewątpliwie ogromny talent do tworzenia opowieści, przepełnionych detalami i rozmyślaniami. Tworzy świat, w którym czytelnik czuje się jak w domu. Bliski, ciepły, zachwycający, ale nie jest to rzeczywistość przedstawiona tylko z pozytywnej strony. Ukazana oczami bohaterów pełnych optymizmu, nie stanowi mimo tego sielanki, ale prawdziwy obraz skomplikowanego świata. W powieści nie brak kłopotów, cierpienia, niezrozumienia dla pewnych spraw. Akcja tętni życiem, choć toczy się powoli, swoim ustalonym torem. Czytelnik z czasem odkrywa tajemnice postaci i przywiązuje się do nich, choć ja sama nie polubiłam wszystkich. Wielkim plusem jest tu różnorodność charakterów  zarówno męskich jak i żeńskich. Choć dziejący się dość dawno, „Warszawski niebotyk” porusza uniwersalne kwestie, ważne dla każdego, a szczególnie dla młodych. To literacki opis weryfikacji marzeń, jaką każdemu daje życie.



Maria Paszyńska napisała książkę odwołującą się swoim klimatem, stylem i formą do chlubnych przykładów klasyki literatury. Czytając szczegółowe opisy cukierni „U Hanki” na myśl przychodziła mi „Lalka” Bolesława Prusa czy „Wszystko dla pań” Emila Zoli. Piękny język, styl odpowiedni do lat trzydziestych XX wieku, przekrój społeczny przedstawiony w powieści, żywi i charakterystyczni bohaterowie przeżywający dylematy młodości i wkraczający do świata dorosłości to wielkie zalety książki. Losy Jana, Andrzeja, Tadeusza, Wojtka, Berka, Marii, Joanny, Klary i Estery oraz ich rodziców są także pretekstem do snucia refleksji na tematy polityczne i społeczne. Autorka z wielkim kunsztem porusza wiele ważnych kwestii, zachowując jednak przejrzystość i lekkość w powieści. Przyznam, że już dawno nie czytałam książki na tak wysokim poziomie, którą spokojnie można byłoby omawiać na zajęciach z literatury współczesnej, odwołując się właśnie do nawiązań do wspomnianych przeze mnie wcześniej przykładów literackich. Myślałam, że dzisiaj takich dzieł już się nie pisze, że odeszły w przeszłość, ustępując miejsca literaturze nowoczesnej. Tym bardziej zaskoczył mnie „Warszawski niebotyk”, bo nawet język jest tutaj idealnie oddany. Ten pyszniący się niebotyk, młodzieńcza naiwność bohaterów, konwenanse, poglądy ówczesnego społeczeństwa, sam sposób relacjonowania zdarzeń i opisywania rzeczywistości. Czuje się jakby historię opowiadał ktoś całkiem inny, jakby to nie była młoda kobieta, która musiała włożyć wiele trudu w ustylizowanie języka, a ktoś żyjący w tamtych czasach. Choć odwykłam od tego typu powieści i potrzebowałam trochę czasu na to, by zżyć się z bohaterami (no może poza Tadzikiem, bo jakoś chłopak działał mi na nerwy), to od początku byłam pełna podziwu i uznania dla Marii Paszyńskiej. Chylę czoła i niecierpliwie czekam na kolejną książkę, gdyż ta pozycja którą dostałam, jest godna miana klasyka!!!

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.


Maria Paszyńska, Warszawski niebotyk, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2015.

wtorek, 15 marca 2016

Utracone życie - Chelsea Cain "Unik"


PRZEDPREMIEROWO

„Po chwili Kit przyzwyczaiła się do ciemności. Znajdowała się w swoim własnym świecie. Miała śpiwór, koszulę nocną, szczotkę do włosów i wiadro, gdzie mogła się załatwiać. Poznała to pomieszczenie, obmacując ściany – szorstkie drewno, łebki gwoździ, miękką wyściółkę. Mężczyzna, który nazywał ją „Beth”, pojawiał się codziennie. Każdego dnia zabierał wiadro i każdego dnia, gdy je przynosił z powrotem, pachniało gumą balonową. Kiedy przychodził, Kit zachowywała się cicho jak myszka. Czasami przynosił jedzenie. Kanapki z masłem orzechowym. Ciastka Oreo”. – s. 107


Kick Lannigan jest niewątpliwie kobietą niezależną, umiejącą się obronić, zdeterminowaną, by już nigdy więcej nie czuć strachu. Jej posiniaczone i naznaczone szramami ciało przypomina, że zrobi wszystko, by poczuć się bezpiecznie. Sztuki walki, rzucanie nożami i gwiazdkami, strzelanie, to jedynie niektóre z jej umiejętności. Do tego ma szeroką wiedzę psychologiczną i doskonale wytrenowaną spostrzegawczość. Rzec by można nadaje się na idealnego żołnierza. Prawda jest jednak całkiem inna. Aktywności, o których mowa to sposób radzenia sobie z traumą z dzieciństwa, którego dziewczyna nie miała. Jako dziecko została bowiem porwana. Przetrzymywana w ciemności, a następnie zmuszana do rzeczy, o których lepiej nie myśleć i całkiem podporządkowana Melowi, osobie odpowiedzialnej za całą tę tragedię, po kilku latach została uratowana. Czas spędzony z porywaczem zostawił jednak ogromne piętno na jej życiu. Wyprana psychika, okrutne wspomnienia i brak jakiejkolwiek anonimowości sprawiły, że bohaterka jest osobą nie tyle ostrożną, co stroniącą od ludzi.


Czytając, miałam wrażenie, że przeszła wszelkie możliwe terapie i nawet nie ukojenie, ale sposób na złapanie oddechu znalazła właśnie w wysiłku fizycznym i ćwiczeniach w samoobronie i atakowaniu. Nie zdziwi to czytelnika, który powoli będzie odkrywał mroczną przeszłość Kathleen. Dziewczyna ma jeszcze jedną specyficzną obsesję, monitoruje doniesienia o uprowadzonych dzieciach. Do tego nosi ze sobą cały arsenał broni. Pewnego dnia pojawia się u niej dziwny człowiek, który proponuje jej udział w próbie odnalezienia porwanego niedawno chłopca i dziewczynki. Choć Kick nie ufa Johnowi Bishopowi, gdyż po tylu przejściach ciężko zaufać komukolwiek, a co dopiero nieznanemu mężczyźnie, godzi się, by pomóc dzieciom. By jednak to zrobić stanie przed wyzwaniem, które okaże się naprawdę bolesne i wplącze się w ciąg niebezpiecznych zdarzeń.

Unik” jest doskonałym i elektryzującym thrillerem, który nie pozwoli wam zmrużyć oka i odłożyć książki przed zakończeniem. Jeśli więc nie macie ochoty zarwać nocy (choć czytanie o tej porze wzmaga emocje), to odłóżcie lekturę na jakiś wolny dzień. Chelsea Cain doskonale buduje klimat napięcia oraz niepokoju i traumy bohaterki. Gdy trzeba robi się gorąco, atmosfera osaczenia wzmaga się a przeszłość wraca niczym bumerang. Pościg za groźnym i pozbawionym ludzkich odruchów człowiekiem, tajemnicza organizacja szefa Bishopa i wiążące się ze sobą historie to zaledwie ułamek tego, co serwuje czytelnikom autorka. Świetnie nakreślone, bardzo charakterystyczne i silne postaci, to wielka zaleta książki. Kick to naznaczona przeszłością dziewczyna, która potrafi jak nikt walczyć o swoje, a jednocześnie umie podporządkowywać się sytuacji i wykonywać polecenia. Jej zachowanie ewidentnie świadczy o tym, że nigdy nie otrząsnęła się z wyrządzonej jej krzywdy, ale potrafi być kochająca i opiekuńcza wobec brata Jamesa, który wydaje się być w gorszej sytuacji niż ona oraz Monstera starego psa, przez którego stała się łupem porywacza. Jeśli bohaterka o czymś marzy to niewątpliwie jest to normalne życie, ale ciężko mi uwierzyć, że nawet po dziesiątkach terapii można zapomnieć o czymś, co wyrządził jej Mel. Mimo tego nie ucieka, ma swój cel i konsekwentnie go realizuje. Podczas toku akcji zastanawiałam się nad jej relacją z porywaczem i szczerze powiem, że nie mam pojęcia, czemu jest właśnie taka a nie inna. Być może zbyt słabo jeszcze poznałam Kit. James, brat bohaterki, stereotypowy komputerowiec, który nie lubi wychylać się zza ekranu i wychodzić z domu. Ma problemy z emocjami i dziwne blizny na nadgarstkach, ale doskonale rozumie się z Kathleen. To geniusz i kolejny bohater przytłoczony cierpieniem. W końcu John Bishop – mężczyzna, który pojawia się znikąd. Nie wiadomo, dlaczego tak bardzo zależy mu na odnalezieniu uprowadzonych dzieci. Nie lubi broni, ale jest doskonale wyszkolony. Ma dostęp do wszelkich informacji, bogate zaplecze środków a do tego nic o nim nie wiadomo. Razem z Kit tworzy naprawdę ciekawy duet, który aż iskrzy na wielu różnych płaszczyznach. Jest to o tyle ciekawe, że mężczyzna jest przez większość czasu niesamowicie opanowany i bywa ironiczny. 

Genialnie opowiedziana historia, wartka akcja która rozpędza się z minuty na minutę, tajemnica przeszłości bohaterów (gdyż każdy z nich coś skrywa), pogoń za ludźmi odpowiedzialnymi za porwania dzieci, radzenie sobie z demonami przeszłości, świetnie sportretowani bohaterowie, których nie sposób zapomnieć, przeplatanie się przeszłości z teraźniejszością, elektryzujący styl i niecodzienne relacje bohaterów czynią z „Uniku” jedną z lepszych książek które czytałam. Chelsea Cain zasługuje na prawdziwe uznanie, gdyż zatrzymuje uwagę czytelnika i prowadzi go przez mroczną historię bezustannie podsycając ciekawość i pozostawiając wiele do powiedzenia. Pierwszy tom opowieści o Kick stawia pytania, na które mam nadzieję poznać odpowiedź w kolejnych częściach. Bezapelacyjnie to książka, która nie pozwoli wam o sobie zapomnieć nim nie poznacie wszystkich odpowiedzi. Ze swojej strony serdecznie polecam nawet najbardziej wymagającym czytelnikom.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Chelsea Cain, Unik, przeł. Agnieszka Kalus, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2016.


Sztuka trwania - Beata Kanik "Czuwałam przy uchylonym oknie"



„Znowu prosiłam Boga, aby nie zabrał go do siebie, kiedy mnie przy nim nie będzie. Te powroty do domu były dla mnie niesamowitą męczarnią. Bardzo się bałam, bo w ciągu nocy wiele mogło się wydarzyć. Dopiero kiedy byłam sama, w swoim pokoju, mogłam pozwolić sobie na płacz i rozpacz, mogłam wyrzucić z siebie wszystkie negatywne uczucia, bo tam nikt mnie nie widział”. – s. 52
 
Gdy ktoś ci bliski choruje, zaczynasz inaczej patrzeć na świat. Nagle to, co wydawało się ważne, ulega całkowitemu przewartościowaniu. Namacalnie odczuwasz w sobie zmianę. Inaczej myślisz, inaczej czujesz, inaczej żyjesz. Czas płynie całkiem irracjonalnie. Liczą się rzeczy, które wcześniej uciekały gdzieś na bok, bo przecież trzeba było zarobić na lepszy samochód, nowsze i modniejsze ciuchy, zrobić karierę. Wychodzisz ze szpitala i nie rozumiesz świata. Wszystko dla ciebie zwalnia. Ze ściśniętym sercem patrzysz na przechodniów zdziwionym wzrokiem, gdzie ci ludzie się spieszą? Po co? Przecież twój świat się zatrzymał. Został w szpitalnym lub hospicyjnym pokoju. W jasnych ścianach, wypełnionych ciszą i oddechami chorych. Tam wśród aparatury medycznej jest część twojego serca, a może ono całe. Jest ktoś kogo kochasz, kto zmaga się z chorobą i tylko to się liczy. Czy nikt nie widzi tego cierpienia? Wyczerpany wracasz do świata. Bierzesz głęboki oddech i idziesz prowadzony miłością.

Niełatwo trwać przy umierającej osobie. Trudniej jeszcze o tym pisać. Ująć w słowa cały wachlarz emocji, które towarzyszą człowiekowi każdego dnia, nazwać po imieniu wszystkie lęki, bóle, obawy. Beata Kanik przeżyła śmierć męża i dziecka. Na początku przyszło zmagać się jej z chorobą nowotworową dopiero wkraczającego w dorosłe życie syna. Marcin był zdrowym, zaradnym, inteligentnym, młodym mężczyzną. Pewnego dnia usłyszał jednak diagnozę, której nikt nie chciałby znać. Nowotwór złośliwy. Od tego czasu zaczęła się długa i męcząca walka o powrót do zdrowia, a potem o jeszcze kilka chwil na tym świecie. Napisać że nie było łatwo, to nie napisać nic. Rak zbierał żniwo, a matczyne serce pękało z bólu. To jednak nie był koniec bolesnej drogi Beaty. Gdy wydawało się już, że po tragedii, jaką jest dla matki strata dziecka, można jeszcze żyć, że można złapać ulotną jak motyl lepszą chwilę, życie znów boleśnie zraniło autorkę odbierając jej męża, który również zmarł na raka, choć w całkiem inny sposób niż syn.

Czuwałam przy uchylonym oknie” to dla mnie bardziej wyznanie i tak traktowałam tę książkę, choć nie mogę powiedzieć, jest napisana bardzo zgrabnie. To wgląd w świat uczuć i reakcji osoby, która opiekowała się dwojgiem śmiertelnie chorych ludzi i to było dla mnie najważniejsze. Nie ma tu dywagacji filozoficznych, kreowania siebie niczym bohatera. Jest szczere wyznanie kobiety, która była zmęczona psychicznie i fizycznie do granic możliwości, mimo ogromu miłości do syna i męża. Jest wielka samotność i zmaganie się z wszechogarniającym strachem. Beata Kanik jest świadoma wartości każdego dnia, który przeżywa z dzieckiem i ukochanym. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ma mało czasu, dlatego tak często powtarza pewne rzeczy, tak gorąco zapewnia o swojej miłości. Pragnie zdążyć nim nadejdzie śmierć. W końcu to paraliżujący wyścig z czasem, bo nigdy nie wiadomo, co zdarzy się za chwilę. Autorka pokonuje samą siebie, by być przy tych, których kocha, choć opieka i trwanie kosztują ją naprawdę wiele. Uczy się zakładać maskę pogodnej mamy i żony, mimo że jej serce pęka. Stale dopinguje syna, by walczył z chorobą. Z trudem przyjmuje, że kiedyś trzeba pozwolić odejść drugiemu człowiekowi, że czasami to dla niego lepsze, bo ból ustaje, cierpienie psychiczne już nie dolega, a zmęczone do granic możliwości ciało, może w końcu odpocząć. Ale świat się nie kończy, trzeba trwać dalej, zająć się żyjącymi, domem, bieżącymi sprawami.

Książka tej niezwykłej kobiety to opowieść o sile, jaka ukryta jest w każdym człowieku. To rzecz o zapominaniu o sobie, bo bliscy liczą się bardziej. To historia miłości w wydaniu mąż-żona, matka-dziecko. Autorka roztacza wzruszającą i doprowadzającą do łez opowieść, w której słychać również cichą prośbę, by pamiętać o tych, którzy opiekują się chorymi, gdyż im też potrzebne jest „wrażliwe słowo, czuły dotyk”, maleńki luksus odsapnięcia choćby przez chwilę, posiadania jakiegoś oparcia. Kochając kogoś, kto odchodzi zakładasz maskę, stwierdza. Pokazujesz siłę, dajesz nadzieję. Jesteś ostoją i miłością, choć ból jest ogromny i przytłaczający. Nie wiem, na ile osoby chore wiedzą co dzieje się we wnętrzu najbliższych, ale na pewno zdają sobie sprawę z tego, że nie jest im łatwo. Beata Kanik nie kryje kotłujących się w niej emocji, choć jest osobą bardzo wyważoną i spokojną. W piękny sposób przedstawia historię od drugiej strony. Portretuje nie tylko cierpienie chorego, który jest najważniejszy, ale i towarzyszących mu ludzi. Najbliższych, trwających cały czas przy łóżku. Moim zdaniem to ważne, by mówić też o osobach współcierpiących i tym co przeżywają, bo to wcale niełatwe przeżyć kolejny dzień. Być, bać się, walczyć o siłę, uśmiech, nadzieję, gdy brak energii, by wstać, gdy coraz bardziej widać, że trzeba pozwolić komuś odejść. Ta książka to głos samotnego człowieka, który potrzebuje przystani, choć sam jest nią dla bliskiej osoby, a który zdaje się mówić, nie zostawiajcie mnie samego.




Czuwałam przy uchylonym oknie” nie jest lekturą łatwą ani lekką. To głęboka opowieść o bólu, stracie, cierpieniu, ale i znajdowaniu siły w Bogu i miłości do bliskich i nie poddawaniu się. To apel do tych, którzy mają w swoim otoczeniu podobną sytuację, by dali z siebie coś tym, którzy są przy chorych. By otworzyli swoje serce, bo uśmiech na twarzy i pełne czułości spojrzenie może czasem ukrywać ogromny ból, samotność, strach, pustkę i wielkie pokłady łez. Jeśli zatem nie boisz się trudnych historii, sięgnij po tę książkę, obudź swoje serce, otwórz się, bo naprawdę warto. Nawet najmniejsze gesty w trudnych chwilach zapadają w pamięć, stają się promieniem słońca, który może rozświetlić duszę.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.



Beata Kanik, Czuwałam przy uchylonym oknie, Wydawnictwo WAM, Kraków 2016.

środa, 9 marca 2016

Podróż po prawdziwe życie – Amie Kaufman, Meagan Spooner „W ramionach gwiazd”



„Słyszę jego głos za plecami, całkiem blisko. Czy nie widziałam go przed chwilą w oddali, schylonego nad pętlą z drutu? Zdziwienie ściska mnie za gardło, ale gdy się odwracam, widzę przed sobą tylko pustą płaszczyznę. Mrużę oczy i spoglądam przez ramię. Tarver prostuje się właśnie nad pułapką i jest zdecydowanie zbyt daleko, bym mogła dosłyszeć jego głos.
Włoski jeżą mi się na karku. Omiatam wzrokiem teren za moimi plecami. Nikogo tam nie ma, a jednak, gdy tak stoję z walącym sercem i wytężam słuch, dochodzi do mnie kolejny stłumiony dźwięk. Wiem już, że to nie głos Tarvera – nie dorównuje mu głębią. Jest naładowany emocjami, których nie potrafię określić, nie potrafię też zrozumieć ani jednego słowa”. – s. 160-161


 Dzieliło ich niemal wszystko. On – młody, odważny, lubiący spokój bohater wojenny, który stał się obiektem polowań paparazzi. Syn nauczyciela i poetki, sam lubiący pisać wiersze. Twardy a jednak emocjonalny, wrażliwy, dobry. Prosty chłopak, który nie lubi przepychu i wyższych sfer z całą otoczką kreowania życia. Ona – dziewczyna, która miała wszystko, córka magnata, z którego fortuną nikt nie może się równać. Piękna, inteligentna, pewna siebie, skrywająca mroczną tajemnicę i zniewolona przez konwenanse i świat, w którym przyszło jej egzystować. Spotykają się na pokładzie Ikara, dumy kosmicznych podróży. Ich krótka rozmowa nie zapowiada przyszłych wydarzeń, jest pełna flirtu, zafascynowania sobą i napięcia, które niewyjaśnione opada na tę dwójkę.

Tarver nie może sobie przypomnieć, skąd zna tajemniczą i wysoko urodzoną dziewczynę. Postanawia mimo różnic klasowych spotkać się z nią i rozwinąć znajomość. Lilac jednak traktuje go z góry, chłodno przypominając chłopakowi o jego miejscu i upokorzonego zostawia samemu sobie. Nie jest zadowolona z tego, co zrobiła, wie jednak, że inaczej być nie mogło. Gdy dochodzi do awarii i pasażerowie w popłochu starają się dotrzeć do kapsuł ratunkowych, to właśnie major Merendsen będzie tym, kto udzieli jej pomocy. W wyniku całkowitej paniki, jaka wybucha na Ikarze dziedziczka fortuny i prosty żołnierz chronią się w kapsule dla mechaników, która pozwala im przetrwać kosmiczną katastrofę. Dzięki kompletnie niepasującym do damy z towarzystwa umiejętnościom Lilac udaje się uruchomić pojazd, który ściągnięty przez grawitację, rozbija się na nieznanej planecie. Nietknięta, wybujała roślinność, brak jakichkolwiek oznak ludzkiej bytności i sam fakt, że choć zdziczałe to rośliny świadczą o terraformacji planety, budzą w majorze zaciekawienie i ostrożność.

By przeżyć bohaterowie muszą zdobyć pożywienie i znaleźć sposób, by wysłać sygnał ratunkowy. Ruszają więc na podbój planety, która kryje w sobie wiele tajemnic. Wędrowanie z najbogatszą dziewczyną w kosmosie, w dodatku zarozumiałą i ubraną w zieloną suknię i szpilki to nie jedyne zmartwienie Tarvera. Jego myśli ciągle krążą wokół tego, co dzieje się w sercu, wokół odpowiedzialności za osobę, która go zraniła a przede wszystkim skupiają się na tej dziwnej opuszczonej planecie. Lilac również nie jest łatwo. Przyzwyczajona do wygód, nauczona nie okazywać słabości, kompletnie nieprzygotowana do spartańskich warunków musi stawić czoła nie tylko ciężkiej wędrówce w najmniej odpowiednim do tego stroju, ale i targającym nią emocjom. Skomplikowana relacja to nie jedyny problem tej pary, dołączają do niej bowiem dziwne wizje, które zaczyna mieć dziewczyna. Czas ucieka, sprawy gmatwają się a planeta odkrywa przed rozbitkami swoje tajemnice. Co tak naprawdę stało się w tym miejscu? Jakie sekrety kryją się w kosmosie? Czy widzenia, które ma Lilac są objawem choroby a może ktoś próbuje przekazać ocalałym jakąś wiadomość?

Amie Kaufman i Meagan Spooner opowiedziały wciągającą i napisaną dobrym stylem historię. Gdy sięgałam po „W ramionach gwiazd” wiedziałam, że to zachwalana przez wielu książka, ale jak to mam w zwyczaju, nie wgłębiam się i nie czytam recenzji, bym sama mogła wyrobić sobie zdanie o tej pozycji. Liczyłam, że dostanę do ręki dobrą literaturę, która nie będzie zwykłą historią miłosną o związku, który nie może zaistnieć i nie zawiodłam się. Książka bowiem nie powiela schematów, nie ukazuje historii kopciuszka, w tym wydaniu męskiego ;-), ale sięga głębiej. Pokazuje skomplikowaną relację, bohaterów spragnionych uczucia, które nie wynika z tego, że są jedynymi ludźmi na dziwnej planecie, ale rodzi się ponieważ choć na chwilę zostają wyzwoleni z kajdan konwenansów, pozycji społecznych, różnic klasowych. Ta dwójka nie jest beztroską parą, która wykorzystuje sytuację. Tarver to dojrzały, odpowiedzialny, wiedzący czego chce mężczyzna. Nie lubi panny LaRoux, wyniosłej, chłodnej, obrzydliwie bogatej damy, która może rozmawiać tylko z odpowiednim towarzystwem. Uczuciem pała do Lilac, zwykłej rudowłosej piękności, która zadziwia go znajomością fizyki, bezpośredniością, uporem, dobrem i tym, że ma swoje zdanie. Ona przede wszystkim ceni to, że nie obchodzą go jej pieniądze, że jest człowiekiem honoru, szczerym i pomocnym. Że widzi w niej dziewczynę a nie księżniczkę. Oboje mają swoją przeszłość, trudną i naznaczoną cierpieniem, niedomknięte sprawy, co tylko zdaje się ich zbliżać.

Najbardziej podobało mi się to jak na siebie reagują. Ciągłe przytyki, złośliwości, niedopowiedzenia, budują ciekawą atmosferę, ponieważ czytelnik wie, co im w duszy gra. Przedstawienie historii z dwóch punktów widzenia, czyli przeplatanie rozdziałów, w których albo Tarver albo Lilac są narratorami i zaczynanie ich od fragmentów przesłuchań wzmagało napięcie i pozwalało poznać wydarzenia z różnych stron. Podczas, gdy panna LaRoux skupia się bardziej na stronie emocjonalnej, major Merendsen daje szerszy ogląd sytuacji, a szczególnie planety. Dzięki temu obraz jest pełny a tocząca się akcja, która nabiera szybszego tempa i wciąga coraz bardziej, staje się dużo ciekawsza. Relacje doskonale się uzupełniają, nie pozbawiając jednak czytelnika przyjemności snucia domysłów, co do całej sytuacji. Autorki nie dopowiadają wszystkiego, pozostawiają miejsce na własną interpretację, zadawanie pytań, kuszą mniejszymi i większymi aluzjami czy niedomówieniami, w końcu historia tej dwójki dopiero się zaczyna.




Samo wyjaśnienie tajemnicy i zakończenie zaskoczyło mnie i zaintrygowało, nie przypuszczałam i nie wpadłabym na coś takiego, choć pewną rzecz udało mi się odgadnąć, także mam też swoje małe zwycięstwo. Jeśli chodzi o postaci, są żywe, mocno ze sobą kontrastują, choć nie brak im cech wspólnych. Lilac ma równie żywy charakter, co włosy i mimo wszystko jest kimś więcej, niż może wydawać się na początku powieści. Spodobała mi się jej przemiana, choć nie do końca rozumiałam przez dłuższy czas, czemu tak bardzo demonizuje swoje obawy, co do bezpieczeństwa osób, które się do niej zbliżą. Tymczasem Tarver to doskonałe połączenie dobrze wyszkolonego żołnierza i marzyciela-poety. Człowieka, który potrafi zachować zimną krew, ale sercem wraca do małego rodzinnego domku wyjętego niczym z jakiejś baśni. Autorki przekonały mnie nie tylko stroną językową, dopracowaną i niepozwalającą się oderwać historią z nutką tajemnicy, ale świetnymi bohaterami i urzekającą relacją, jaka między nimi zachodzi. Historia Lilac i Tarvera choć osadzona w przyszłości i póki co fantastycznych warunkach ma w sobie dużą dozę realizmu i nie jest bajeczką o zakochanych. To relacja, która zmienia się, rozwija, dojrzewa, nie jest cukierkowa, ale pełna kompromisów, nieraz ostrożności, rozważania za i przeciw, bycia odpowiedzialnym za drugą osobę, a nie tylko wpatrywania się jej w oczy. Słowem życiowa.

Myślę, że po tym, co napisałam nie muszę nikogo zapraszać w podróż w kosmos, do bohaterów, których dzieli tyle samo gwiazd, ile ich łączy. Do sekretów utajonych na pewnej planecie, do przygody, która sprawi, że zarwiecie noc lub dwie i niesamowitych wydarzeń, których nawet nie przeczuwacie. Rozsiądźcie się zatem wygodnie i zanurzcie w historii, w bezkresie kosmosu, w którym rodzi się miłość a dwoje ludzi nie tylko odnajduje uczucie, ale i samych siebie, bo „W ramionach gwiazd” to także powieść o odnajdywaniu siebie, dojrzewaniu i poszukiwaniu swego miejsca we wszechświecie. Z mojej strony serdecznie polecam J i nie mogę doczekać się kontynuacji.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję całemu Wydawnictwu Otwarte i Pani Magdalenie J.



Amie Kaufman, Meagan Spooner, W ramionach gwiazd, t. 1 cyklu Starbound, seria Moondrive, tłum. Martyna Tomczak, wyd. Otwarte, Kraków 2016.

czwartek, 3 marca 2016

Zdążyć ze wszystkim – red. Jocelyn K. Glei „Zarządzanie codziennością”


„Inspiracja jest dla amatorów, pozostali z nas po prostu muszą przychodzić do pracy” (Chuck Close). – s. 231

Gdyby dobra miała choć kilka godzin więcej, można byłoby się wyspać, lepiej zorganizować, czasu starczyłoby na wykonanie wszystkich obowiązków, może znalazłaby się chwila, by usiąść i poczytać, oglądnąć jakiś serial, wybrać się na spacer. W codziennym zabieganiu ciągle są jakieś niedokończone sprawy, odłożone projekty. Żyjemy w zaklętym kręgu marzeń i działań odłożonych „na potem”, „kiedyś”, „w najbliższym wolnym czasie”, „jak w końcu będę miał wolne”. Tymczasem znani ze swojej organizacji czasu właściciele firm, osoby pracujące kreatywnie podpowiadają, jak żyć tak, by żadna chwila nie okazała się stracona, a sukces się do nas przybliżył.

Co uderzyło mnie w książce pod redakcją Jocelyn K. Glei to fakt, że wiele wskazówek, które się w niej znalazły niby istniały gdzieś w mojej świadomości, ale nie na tyle mocno, bym potrafiła poważnie wdrożyć je do mojej codzienności. Poza wspomnianymi wiadomymi znalazłam także ogrom cennych informacji, które całkiem inaczej pozwoliły mi patrzeć na proces twórczy oraz dysponowanie swoim czasem. Treść mogę podzielić na kilka bloków, pozwalających lepiej się zorganizować, rozprawić z mitami i przekonaniami blokującymi działania lub po prostu zniechęcającymi do dalszej pracy oraz pomagających zrozumieć, czym tak naprawdę jest kreatywność.

Zatem po pierwsze organizacja pracy, która pozwala realnie podejść do tego, co można i powinno się zrobić, w jakim czasie oraz w jaki sposób. Autorzy zwracają uwagę na dobre rozplanowanie dnia, które daje owocne rezultaty, minimalizuje poczucie zniechęcenia, eliminuje chwytanie kilku srok za ogon, tworzenie złudnych przekonań, że pracuję, gdy tak naprawdę ważne rzeczy stoją w miejscu. Przekonują, że zorganizowanie miejsca pracy i wypracowanie konkretnych nawyków pozwoli na lepsze funkcjonowanie. Proste, niby oczywiste rady, a jednak potwierdzające jak przez rutynę, zwykłą lekkomyślność bądź też złe przyzwyczajenia czas przecieka nam przez palce. Planuj solidnie, pamiętając o biologicznym zegarze, gdyż nikt nie ma niespożytej energii (a przynajmniej większość jej nie ma ;-) ) i uważaj na rozpraszacze, których nie brakuje.

Po drugie przypomnienie o higienie pracy i odpoczynku, który pozwala się zregenerować i dzięki temu zyskać lepsze efekty w tworzeniu. Sam proces tworzenia podzielony jest również na to, czym się zajmujemy zawodowo i jak można wykorzystać swoje pasje i wolne chwile nie tylko dla przyjemności, ale również ku ogólnemu pożytkowi, tego czym się zajmujemy. Szczególnie ważna kwestia w dzisiejszym zabieganym świecie, w którym rzadko kiedy pamiętamy czym jest prawdziwy odpoczynek i jak powinien przebiegać. 

„Twój umysł odpowie na większość pytań, jeśli nauczysz się odprężać i czekać na odpowiedź”. (William S. Burrougs) – s.191

Po trzecie rozprawienie się z mitem kreatywności i spełnienia zawodowego. Największe kłamstwo świata to przekonanie, że kreatywność jest wrodzona. Albo znajdziesz się w gronie szczęśliwców, którzy niczym ze studni bez dna czerpią genialne pomysły albo będziesz skazany na nudne obowiązki w pracy i jałowe istnienie. Przeświadczenie jakoby nie dało się wykształcić w sobie kreatywnego myślenia jest po prostu fałszem. Owszem jedni bez problemu wpadają na pewne rozwiązania, inni zaś muszą poświęcić temu trochę czasu, jednak nie jest to jakaś magiczna, wrodzona umiejętność. Da się wypracować umiejętność kreatywnego myślenia, ale trzeba nad tym ciężko pracować, jak nad wszystkim w życiu. By realizować wspaniałe pomysły konieczne jest dbanie o to, co mamy w głowie ;-). Mózg jak każdy organ powinien być ćwiczony, a pozycji dotyczących kreatywnego myślenia na rynku nie brakuje.

„Jesteśmy tym, co często robimy. Doskonałość nie jest więc działaniem, lecz nawykiem”. (Arystoteles) – s. 37

Zarządzanie codziennością. Zaplanuj dzień, skoncentruj się i wyostrz swój twórczy umysł” to naprawdę świetna pozycja, która pomaga w codziennym życiu. Sprawiła, że stałam się bardziej zorganizowana, metodyczna. Skończyłam z przekonaniem, że nawyki to jednak coś złego. Wdrożyłam pewne ulepszenia do planu dnia, zaczęłam też ćwiczyć kreatywne myślenie. Uważniej podchodzę do wykonywanych przeze mnie czynności, staram się nie rozpraszać podczas najważniejszych zajęć i umiejętnie umieszczać je w kluczowych godzinach dnia. Poza tym pracuję nad tym, by pewne kuszące rzeczy nie odciągały mnie od pracy i bym nie ulegała złudnym zachciankom „tylko na minutkę”.

Ujęta w bardzo przystępnej formie, pisana świetnym językiem, interesująca i ogromnie użyteczna – to chyba najlepsze podsumowanie tej pozycji. Książka pod redakcją Jocelyn K. Glei to krótkie, bardzo rzeczowe i inspirujące kompendium wiedzy na temat tego, jak rozplanować czas, czego unikać i jak inspirować się każdego dnia. Ogromną zaletą „Zarządzania codziennością” są również wypunktowane, „kluczowe informacje na wynos”, czyli podane w pigułce najważniejsze treści rozdziałów. Dzięki tej klarownej formie szybko można odnaleźć interesujące nas zagadnienie i wrócić do niego. Taki mały kompas w codziennym planowaniu. Kolejnym plusem było dla mnie wyszczególnienie inspirujących cytatów, które ogromnie lubię w książkach. Przyznam szczerze, że byłam bardzo ciekawa tej pozycji, gdyż słyszałam o niej wiele dobrego, jednak to co dostałam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy nie przypuszczałam, że o zarządzaniu codziennością można pisać w taki porywający sposób. Słowem, jestem zauroczona tą pozycją i szczerze polecam każdemu!!!



Zarządzanie codziennością. Zaplanuj dzień, skoncentruj się i wyostrz swój twórczy umysł, pod red. Jocelyn K. Glei, wyd. Helion, Gliwice 2015.