czwartek, 25 czerwca 2015

W pogoni za mordercą - Remigiusz Mróz „Wieża milczenia”



„Nie kierował się regułami, które mogłyby uchodzić za żelazne. Reagował na własne impulsy działaniem, sądząc że są wynikiem swoistej metafizycznej weny. Zasady postępowania były płynne, dostosowywał je do sytuacji. Z jednym wyjątkiem – wszystko, co robił, robił perfekcyjnie.
   Cały proces zaś miał dla niego charakter osobisty. Ludzie, którym odbierał życie, nie byli anonimowi. Lubił nawiązywać z nimi kontakt przed śmiercią, zobaczyć skrawek ich życia, które miał zakończyć. Teraz nie mógł odmówić sobie przyjemności spotkania się z dziewczyną, która dzisiejszej nocy stanie się jego ofiarą. Odczekał chwilę, po czym odszedł powolnym krokiem w kierunku miejsca, gdzie zaparkował samochód”. – s. 10.

   Nie lubię amerykańskiego stylu pisania. Tego utartego schematu, że bohaterowie mieszkają w małym miasteczku, które jest większą bądź mniejszą dziurą, z której pragną się wyrwać, a życie jednym daje tę szansę, innym nie. Zawsze są jakieś piękne domy z werandą i białymi płotkami, zawsze ktoś informuje mnie przy jakiej drodze leży to miejsce. Czytając kolejną książkę już wiem, czego się mogę spodziewać, choć historie iście bywają różne. Przyznam zatem, że kiedy zobaczyłam, że „Wieża milczenia”, która trafiła na tapetę w moim czytelniczym świecie jest pisana w amerykańskim stylu, trochę się obawiałam…

   W Lansing, które wydaje się być spokojnym i sennym miejscem, nagle pojawia się seryjny morderca. Wszystko zaczyna się od zabójstwa Heather Willeford, dziewczyny pracującej na stacji benzynowej, która niedawno przybyła do miasta. Wraz z upływem czasu pojawiają się kolejne ofiary. Na pozór nie łączy je absolutnie nic poza faktem, że żadna z nich po śmierci nie dotyka ziemi, a sposób pozbawienia ich życia sugeruje działanie profesjonalisty. Śledztwo w sprawie tajemniczych zgonów prowadzą detektyw Evelyn Thomsen i Oscar Vilardo. Dołącza do nich również Scott Winton, partner zabitej dziewczyny. Razem próbują doszukać się nie tylko sensu postępowania mordercy, ale klucza wobec którego działa. Tymczasem dochodzi do zamachu w Kendallville, który komplikuje sytuację. Czy Scottowi i Evelyn, uda się rozszyfrować, z jakiego powodu mężczyzna pozbawia życia kolejnych ludzi? Kto będzie następny i jak skończy się prywatne śledztwo jednego z ciekawszych literackich duetów?

   Nie chcę mówić za wiele, bo zepsuję komuś przyjemność czytania. Wiem, że o „Wieży milczenia” pisano różnie. Sam motyw zabójcy wywoływał różne odczucia, ale powiem szczerze, że mnie zaciekawił. Nie brakuje na świecie szaleńców, więc jestem w stanie uwierzyć, że ktoś mógł mieć takie powody i szczerze wierzyć w swoją misję, więc tę część książki uznaję za plus. Chętnie dowiedziałabym się również więcej o sprawcy zamieszania i jego przeszłości. Sama akcja rozwija się prężnie, zaciekawia, przyciąga, a potem przykuwa do fotela. Intryga się zagęszcza, czytelnik ma ochotę rozwikłać, o co w tym wszystkim chodzi, a tymczasem Autor wprowadza kolejne zwroty akcji. Nawet w momencie, w którym wydaje się, że wszystko się wyjaśni, sprawa dobiegnie końca, BUM!, nagle bohaterka zostaje rzucona w wir kolejnych zdarzeń. Nie, Remigiusz Mróz nie daje chwili na złapanie oddechu. Biegnie się za Nim zaciekawionym i z szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, bo nie wiadomo, co jeszcze przydarzy się sympatycznemu duetowi z „Wieży milczenia”. Zresztą ta cecha jest wspólna dla wszystkich książek Autora.

   No właśnie, bohaterowie czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Evelyn (hehe i może się dziecko cieszyć, że ktoś w literaturze ma podobne imię do mojego :D) jest inteligentna, ironiczna, silna i potrafi postawić na swoim. Jej hasła po prostu mnie rozbrajają a do tego to pilne strzeżenie swojego samochodu, po prostu nie sposób jej nie lubić. Jej doskonałym uzupełnieniem jest Scott, który ma w sobie coś, co po prostu uwielbiam w bohaterach literackich i co podbija moje serce. Człowiek ten powala intelektem i czasami przypomina mi chodzący komputer, który gdyby go wrzucić do jakiejś organizacji, mógłby skutecznie działać na rzecz wyłapywania przestępców. Początkowo podobnie jak Evelyn zastanawiałam się, co z Wintonem jest nie tak, że nie reagował na wieść o śmierci Heather, nie ujawniał żadnych uczuć. Z czasem polubiłam jednak jego powściągliwy styl bycia, specyficzny humor, dużą pewność siebie, wyciąganie kolejnych asów z rękawa i nawet to swoiste manipulowanie innymi. Ten bohater po prostu szedł w obranym kierunku w sposób niezwykle inteligentny, czasem przebiegły, ale nie było to dochodzenie po trupach do celu. I te jego cięte riposty i niewyparzony język <3. Wraz z rozwojem akcji ujawniał swoje emocje, pozostając nadal sobą, postacią tajemniczą, zagadkową, trochę nieprzeniknioną. Ogromnie polubiłam również człowieka instytucję Eldena Lindalla i szczerze żałuję, że nie mogłam poznać go lepiej, gdyż wiele pozostało ukryte odnośnie tego bohatera.

   „Wieża milczenia” oczarowała mnie tempem akcji, intrygą, zagadką oraz bohaterami. Klimat, którego się obawiałam okazał się ciekawy i całkiem sympatyczny. Pisana lekkim, choć rzeczowym językiem, zawierająca rodzinne knowanie, polityczny motyw, okraszona świetnym humorem, który zdążyłam już poznać z książek Autora oraz podająca taką ilość informacji na różny temat (Zaczynam się bać Remigiusza Mroza. Nie wiem, czy pytanie o to, czy jest coś co Go nie interesuje ma sens, skoro przekrój wiedzy rozciąga się od starożytnych religii, przez zapasy, historię, po wiadomości z techniki i astronomii. Czy aby Scott nie ma w sobie czegoś z Autora?), sprawiła że opadła mi szczęka. Jeśli tak ma wyglądać debiut, to ja się boję, co będzie dalej…, bo poprzeczka jest postawiona wysoko, a z tego, co zdążyłam przeczytać wiem, że z każdą kolejną książką jest tylko lepiej. Jakby każdy tak pisał musiałabym zacząć jeść przeczytane już książki…

   A teraz mała dygresja. Tak wiem, cukruje i to strasznie, ale jakkolwiek nie miałam zbytnio serca do rodzimej literatury z powodu niefortunnych doświadczeń, tak teraz przeżywam fascynację młodymi autorami, która jest całkiem uzasadniona. Po prostu ich książki są dobre i warte pochwały. Czytając debiut Remigiusza Mroza ciągle miałam wrażenie, że Evelyn i Scott to trochę prototypy Chyłki i Zordona. Owszem temat jest inny, same postaci również, ale sam fakt połączenia dwóch tak różnych osób, choć przyznam że duet z „Wieży milczenia” jest trochę twardszy, bo Zordon mimo całej mojej sympatii do niego wydaje mi się delikatniejszy, brzmi znajomo. I ten humor!!! 

I niech mnie Mössmer zeżre jak się nie dorwę do kolejnych książek Autora!!! I dziękuję za cierpliwość, wiem, że recenzja miała się pojawić wcześniej, mam nadzieję, że warto było czekać J


Remigiusz Mróz, Wieża milczenia, wyd. Damidos, Katowice 2013.

2 komentarze:

  1. Czytałam ją już jakiś czas temu, po Kasacji, i muszę przyznać że Wieża Milczenia jak na debiut autora to bardzo dobra pozycja. Połknęłam ją bardzo szybko. Teraz muszę się zabrać za Parabellum.
    Dziękuję za recenzję, miałam podobne wrażenia po lekturze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, jeśli tak jest z debiutem, to potem może być tylko lepiej, a na szczęście wiadomo, że z każdą kolejną książką Remigiusz Mróz mile nas zaskakuje. Dziękuję za ciepłe słowa :-) Pozdrawiam.

      Usuń