środa, 29 sierpnia 2018

Elena Favilli, Francesca Cavallo "Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet"




"Jej najpopularniejszym projektem była klasyczna sukienka zwana małą czarną. Dzięki Coco barwa kojarzona dotychczas z pogrzebem zyskała wieczorowy i elegancki charakter. Fasony wielu współczesnych ubrań wzorowane są na pomysłach Coco Chanel, projektantki, która zaczynała od szycia lalkom ubranek ze skrawków czarno-białych habitów" - s. 36

Po raz kolejny w moje ręce trafiła książka o kobietach, ale nie tylko dla kobiet. Zachwyciła mnie już samym tytułem na poły przekornym, na poły poważnym, skłaniającym do snucia planów i marzeń. Takim skłaniającym do działania, choć nie zawsze jest łatwo. Historia tej publikacji jest tym ciekawsza, że została ona wydana właśnie dzięki czytelnikom, ludziom pragnącym, by świat usłyszał o tym, co autorki zawarły na kartach. Jak same przyznają jest to najhojniej sfinansowana książka w historii crowdfundingu i przyznam się, że nie dziwi mnie to, że znaleźli się zapaleńcy, którzy chcieli, by te historie ujrzały światło dzienne. 

Elena Favilli i Francesca Cavallo przybliżają sylwetki 100 kobiet, które odegrały ważną rolę w historii. Autorki przedstawiają szeroki przekrój niezwykłych kobiet od sportsmenek, przez artystki, aktywistki, działaczki polityczne na genialnych umysłach kończąc. Na kartach odnajdziemy historię o Adzie Lovelace, która wymarzyła sobie komputer na długo nim pojawił się w planach jego konstruktora, Alfonsie Strada kolarce która brała udział w Giro d'Italia, Alici Alonso niewidomej założycelce Ballet Nacional de Cuba, której powolna utrata wzroku nie przeszkodziła w tańczeniu i rozpowszechnieniu baletu na Kubie. Autorki przypominają sylwetkę rozbrykanej Astrid Lingren, tak podobnej w dziecięcym wieku do rudowłosej Pippi, bohaterki jednej ze swoich książek, zapoznają czytelników z Aung San Suu Kyi działaczką polityczną, która walczyła w Birmie o pokojowe rozwiązanie konfliktu, a po 21 latach pobytu w areszcie domowym zdobyła tam władzę. Wskazuje na dobroć Fadumo Davib założycielki licznych szpitali w Somalii i pierwszej kandydatki na prezydenta w tym kraju. Piszą o Irenie Sendlerowej, która z narażeniem własnego życia ratowała żydowskie dzieci podczas II wojny światowej, Malali Yousafzai, która nie ugięła się pod rządami Talibów i głośno mówiła o potrzebie edukacji i roli kobiet w społeczeństwie, za co została najmłodszą laureatką Pokojowej Nagrody Nobla. Wspominają siłę Rosy Parks, która jedną decyzją nieustąpienia miejsca w autobusie rozpoczęła zmiany społeczne, zakończone zniesieniem segregacji rasowej. Zapoznają czytelników z Mae C. Jemison wyjątkowo inteligentną kobietą, niezdecydowaną, co chciałaby robić w życiu, dlatego działającą na wielu polach, pracującą dla NASA i będącą pierwszą afroamerykanką w kosmosie, ostatecznie zaś prowadzącą własną firmę i działającą na rzecz polepszenia służby zdrowia w Afryce. Wśród niezwykłych kobiet odnajdziemy także Amnę Al Haddas muzułmańską sztangistkę, Melbę Liston znakomitą puzonistkę czy Nellie Bly niezwykłą reporterkę, która przemierzyła świat szybciej niż bohater powieści Juliusza Verne'a. To oczywiście nie wszystkie postaci, o których mowa w "Opowieściach na dobranoc dla młodych buntowniczek".



Pięknie wydana, rzeczowa, ciekawa, zawierająca szereg inspirujących postaci i treści książka Eleny Favilli i Francescy Cavallo przypadła mi go gustu. 100 niezwykłych kobiet opisanych tak krótko, że spokojnie można przeczytać o jednej na dobranoc i jeszcze spokojnie zdążyć o niej porozmawiać, zapada w pamięć. Wykonane w różnym stylu, urzekające ilustracje oraz cytat z konkretnej bohaterki tworzą świetną całość. Uświadamiają czytelnikom, że kobiety są nie tylko silne, inteligentne, pomysłowe, wytrwałe, ale że mogą być, kim tylko zechcą. Mogą zdobywać szczyty, wygrywać zawody, działać społecznie i politycznie, angażować się na polu naukowym, być artystkami niezależnie od tego, gdzie się urodziły. To zachęta o to, by walczyć o własne marzenia, przekonania, ale także uczyć się od innych. W większości nieznane mi postaci przedstawione w publikacji skłaniają do refleksji, udowadniają, że włożony w realizację pragnień wysiłek procentuje, nawet jeśli trzeba się naprawdę długo starać. "Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet" to fascynująca książka, na podstawie której można uczyć dzieci wytrwałości, rozmawiać o ważnych wartościach, budować przekonanie, że wiele zależy od nas, a marzenia warto wcielać w życie mimo przeciwności losu. Wszak bohaterki udowadniają, że łatwy start nie istnieje, a to co zdobywamy z trudem, doceniamy najbardziej. 

Elena Favilli, Francesca Cavallo, Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek. 100 historii niezwykłych kobiet, przeł. Ewa Borówka, wyd. Debit, Katowice 2017.  

niedziela, 19 sierpnia 2018

Mark Sullivan "Pod szkarłatnym niebem"




"Może to było wino, a może za długo myślałem o jego historii, ale w tamtej chwili Pino wydał mi się niczym portal do dawnego świata, gdzie duchy wojny i odwagi, demony nienawiści i bestialstwa oraz arie wiary i miłości nadal grały w dobrej i porządnej duszy, która ocalała, aby opowiedzieć tę historię. Siedząc tam z Pinem, wspominając jego życie, czułem dreszcze i znów pomyślałem, jaki przywilej mnie spotkał, że przekazano mi tę opowieść." - s. 555

Z książkami, które pisane są na podstawie prawdziwych historii jest nieco trudniej. Staje się wobec nich z pokorą. Inaczej podchodzi się do tego, co opowiadają. Człowiek wie, że to nie wyobraźnia autora, ale fakty z życia konkretnego człowieka. Czasami może podkolorowane, innych razem przeplecione z odrobiną fikcji, ale główna oś zawsze pozostaje realna. 

Druga wojna światowa. Włochy targane są nie tylko przez panoszących się wszędzie nazistów, nawet wewnątrz kraju nie jest spokojnie. Społeczeństwo podzielone jest na partyzantów, faszystów, kolaborantów oraz tych, którzy po prostu starają się przeżyć. To czas młodości Pina Lelli, chłopaka, który nie akceptuje i nie rozumie mechanizmów nienawiści oraz praw rządzących wojną. Pragnie kochać, śmiać się, słuchać muzyki, żyć i dobrze się bawić, szczególnie, że pewna kobieta imieniem Anna zdobywa jego serce. Nie jest lekkoduchem, chce po prostu pięknego i pełnego przeżywania swojej młodości. Po nalotach na Mediolan trafia do Casa Alpina, szkoły prowadzonej przez zakonnika, w której ojciec Re przygotował dla niego specjalne zadanie. To właśnie w Alpach Pino zmierzy się z pierwszymi poważnymi, dorosłymi decyzjami, uzewnętrzni siłę swojego charakteru, ukaże, jaką jest osobą Stanie na wyżynach człowieczeństwa, udowadniając, że nawet podczas zawieruchy wojennej, gdy wszystko wydaje się ciemne, zawsze jest jakieś światełko nadziei. Po wypełnionym wysiłkiem, odważnymi czynami oraz emocjami pobycie w górach chłopak wraca do Mediolanu, gdzie zostaje zmuszony przez rodziców do wstąpienia do organizacji OT. Zasilenie szeregu nazistowskiej armii to cios dla chłopaka, który całym sobą jest przeciw wszystkiemu, co robią Niemcy. Pewnym zbiegiem okoliczności bohater zostaje nie szeregowym żołnierzem, ale prywatnym kierowcą generała Hansa Leyersa, jednego z najbliższych współpracowników Adolfa Hitlera, osoby odpowiedzialnej za broń i funkcjonowanie niemieckiej armii we Włoszech. Spotyka ponownie Annę, która przestaje być tylko marzeniem. Pino zaczyna odgrywać podwójną rolę, kierowcy i szpiega aliantów, żyjąc przy tym miłością do wspaniałej kobiety i marząc, by wojna dobiegła końca.



Mark Sullivan trafił na historię Pina Lelli przypadkiem. Stało się to w jednym z najtrudniejszych momentów jego życia. Problemy osobiste, finansowe, brak pomysłu, co dalej i chęci do czegokolwiek. Właśnie w tym czasie do autora trafiła opowieść o włoskim chłopaku, który robił niesamowite rzeczy podczas II wojny światowej. Pisarz przekuł tę historię w powieść, która wciąga, porusza, daje do myślenia. Nie do końca mogę pisać o Pinie jako o bohaterze literackim, bo przecież jest człowiekiem z krwi i kości. Urzekła mnie jego historia oraz fakt, że przez tyle lat pozostawała ona owiana milczeniem. Opowieść o człowieku, który przepełniony radością i miłością starał się czynić dobrze w najtrudniejszym momencie dziejowym, nawet za cenę własnego życia, nie mogła zostać zapomniana. Nie mogło przepaść świadectwo Pina, który nie pojmował nienawiści i zła, jakie go otaczało. Pragnął pozostać sobą, mimo, że dotykały go różne życiowe doświadczenia. Spokojny, wyważony, całkiem inny od porywczego i pochopnie wyciągającego wnioski brata Mimma, zyskał moją ogromną sympatię. Zachwyciła mnie również postać ojca Re, który wykazywał się daleko idącą roztropnością oraz głębokim wglądem w przeżycia swoich podopiecznych. Zaintrygował nawet generał Leyers, który pozostał jedną wielką tajemnicą. Choć od lektury upłynęło trochę czasu, nadal zastanawiam się, jaki był ten człowiek. Czy dusił w sobie wszelkie odruchy człowieczeństwa, ubezpieczał się na przyszłość, czy po prostu poddał się machinie nienawiści, starając się czynić jak najmniej zła swoimi rękami. 



"Pod szkarłatnym niebem" jest wielowątkową książką. To oczywiście historia o życiu Pina Lelli, jego wojennych losach, ale także rzecz o tym jak II wojna światowa wyglądała we Włoszech. Opowiada o ratowaniu Żydów przed nazistami, działalności partyzantów i ludzi, którzy podawali się za nich, choć tak naprawdę dbali jedynie o własną skórę. Nie brak tu jednak marzeń i to tych najpiękniejszych, radosnych chwil, wzniosłych pragnień. Patos miesza się ze zwykłą codziennością, mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że wielkie czyny wydają się naturalne wśród wysokich szczytów, w opozycji do panoszącego się zła. Na kartach odnajdziemy opis słodkiej, młodzieńczej miłości, fascynacji kobietą, pierwszych doznań, ale także wielkiego cierpienia, strachu, rezygnacji, buntu. To istny kalejdoskop wrażeń i uczuć, które zmieniają się w trakcie akcji. Powieść ukazuje wielkie pole bitwy, nie tylko tej dosłownej, dziejącej się na froncie i włoskich ulicach, ale tej bardziej metaforycznej - walce dobra ze złem, bierności z aktywnością, miłości z nienawiścią. Świat Pina nie jest czarno-biały, chyba właśnie on najlepiej zdaje sobie sprawę z tego, że człowiekiem targają skrajne emocje, które nie zawsze potrafi zrozumieć. Niektóre trzeba zwalczyć, przeczekać, inne pielęgnować. Zwykłe życie przeplata się tu z bestialstwem nazistów, które i tak owiane jest tajemnicą. Informacje, dochodzące do bohaterów, silny wstrząs, jaki w Pinie wywołują pewne sytuacje, świadczy o tym, że Włosi nie wiedzieli jak okrutni byli naziści i co robili z ludźmi.

Książka Marka Sullivana wywarła na mnie bardzo mocne wrażenie. Rozsiadła się w moim życiu na kilka ładnych dni i pozwoliła przeżywać z bohaterem wszystkie etapy jego życiowej podróży. Może dzięki temu, że to prawdziwa historia łatwiej mi było cieszyć się razem z Pinem, denerwować, gdy robił kolejną niebezpieczną rzecz, doceniać jego wielkie i zasługujące na pochwałę człowieczeństwo i mądrość mimo tak młodego wieku, w końcu wspólnie przeżywać smutki i cierpienie. A może była to też kwestia stylu i języka autora, prostego, ale oddającego dosadnie wszelkie grające w duszy uczucia. Dość powiedzieć, że zdumiało mnie zakończenie. Po raz kolejny zderzyłam się z prawdą, że pewne rzeczy są wyjątkowe, nie da się ich powtórzyć, zastąpić. W życiu trzeba dbać o każdą chwilę. Doceniać, wykorzystywać, szanować to, co mamy. Szczęście jest bowiem kruche, ulotne, ale obecne, nawet w najciemniejszym czasie. "Pod szkarłatnym niebem" to powieść, którą warto spokojnie przeczytać, zatrzymać się z nią na dłuższy czas, przeżyć wszystkie emocje, docenić jej piękno i niezwykłość tej historii, która wydarzyła się przecież naprawdę. Zostać z pytaniami, do których trzeba w życiu powracać.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Edipresse.

Mark Sullivan, Pod szkarłatnym niebem, tłum. Anna Klingofer-Szostakowska, wyd. Edipresse, WArszawa 2018.

wtorek, 14 sierpnia 2018

Piotr Kasiński, Robert Trojanowski "Zrób sobie komiks"





"Za pierwszy polski komiks uznaje się "Przygody szalonego Grzesia", które zaczęły ukazywać się w lutym 1919 roku w tygodniku we Lwowie." - s. 30

Każdy ma w sobie coś z dziecka i to dobrze. Czasy, gdy komiks był uważany za publikację jedynie przeznaczoną dla najmłodszych już minęły. Obecnie istnieje naprawdę wiele ciekawych tytułów, które mają nie tylko za zadanie bawić, ale ukazują różne problemy, czasami w humorystycznym wydaniu, innym razem całkiem poważnie. Rynek komiksu zdaje się mieć całkiem dobrze. Poza znanymi tytułami japońskich mang, czy rodzimymi historiami lub popularnymi opowieściami Marvela, pojawiają się także inne publikacje, jak choćby "Phenian", z którym miałam okazję zaznajomić się w ubiegłym roku. Nie każdy sięga po książki. Statystyki czytelnicze mówią o tym bardzo dobitnie. Dlatego korzystanie z formy komiksu jest naprawdę dobrym pomysłem. 

Kiedy dostałam propozycję zrecenzowania "Zrób sobie komiks" nie zastanawiałam się długo. Ogarnęła mnie ciekawość, co też znajdę w środku. Publikacja zaczyna się od przedstawienia autorów i przybliżenia, co zdecydowało o tym, że zajmują się właśnie komiksem. Następnie dostajemy garść informacji o historii tego gatunku. Uwidacznia ona zamiłowanie ludzi do przedstawiania rzeczywistości w formie obrazkowej począwszy od czasów prehistorycznych po dzień dzisiejszy. Szybki spacer przez najważniejsze wydarzenia, które wpłynęły na naszą współczesność, przedstawienie najbardziej znznych postaci związanych z komiksem i już czytelnik może wskoczyć do rozdziału o języku komiksu. Tam dowie się, czym są plansza, kadry, jak ważną rolę pełnią onomatopeje, ruch i jakimi środkami go oddać. Następnie podana jest garść informacji o osobach, które zajmują się poszczególnymi etapami związanymi z powstawaniem historii. Inker, liternik, kolorysta przestają być tajemniczymi nazwami zawodów. Pozostała część "Zrób sobie komiks" to praktyczne ćwiczenia na oddawanie emocji, projektowanie bohaterów, rysowanie pomieszczeń, tworzenie nowych postaci z gotowych elementów, układanie fabuły, dopisywanie tekstu do gotowych kadrów czy w końcu samodzielne projektowanie swojego komiksu od a do z.



Wielkim plusem jest stopniowanie trudności zadań, jakie stają przed czytelnikiem, tak by nie zniechęcić go niepowodzeniami. Co więcej, autorzy zachęcają do zachowania nawet nieudanych prac, które można z czasem wykorzystać, ulepszając je. Krok po kroku, poprzez zabawę odbiorca uczy się tworzyć historie, korzystać z gotowych kalek oraz co najważniejsze używać swojej wyobraźni, a to dopiero początek zabawy.


"Zrób sobie komiks" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników tego gatunku oraz każdego, kto lubi prace plastyczne. To również świetny materiał na zajęcia z dziećmi, zorganizowanie ciekawej lekcji, zaplanowanie wolnego popołudnia, po prostu dobrą, kreatywną i rozwijającą zabawę. Ciekawa forma, prosty język, dobra grafika i moc pomysłów do wykorzystania. Czegóż chcieć więcej? Piotr Kasiński i Robert Trojanowski zaproponowali nie tylko książkę przybliżającą zagadnienie komiksu, zajmująco i klarownie przedstawili proces jego powstawania, ale przede wszystkim zachęcili do twórczej zabawy, rozwijania swoich umiejętności i wyobraźni. 



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak.

Piotr Kasiński, Robert Trojanowski, Zrób sobie komiks, wyd. Znak, Kraków 2018.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Spacerowe rozkminy #8





Sporo czasu minęło od ostatniego rozkminowego wpisu, ale też dużo się działo i czasami wolałam odpocząć niż pisać. Gromadziłam zatem moje przemyślenia i dziś, choć jest już nieprzyzwoicie późno do ogranięcia wszystkiego, co mam zrobić, piszę. 



Zrobiło się u mnie bardzo literacko. Nawet bardziej niż kiedykolwiek, nie tylko za sprawą wykonywanego zawodu, ale głównie tego, że mam możliwość uczestniczenia w większej liczbie przedsięwzięć, niż jeszcze jakiś czas temu. Przeprowadzka i zmiana pracy trochę wywróciły moje życie do góry nogami. Dały mi na pewno satysfakcję z tego, co robię zawodowo, możliwość łączenia pasji z pracą, ale i dużą szansę rozwoju. Choć lubię małe miasta, jak to z którego pochodzę, widzę w Warszawie wiele możliwości, przedsięwzięć, w których naprawdę warto wziąć udział. W ciągu zaledwie roku chodziłam na zajęcia z teologii, wzięłam udział w Targach książki, zarówno tych katolickich, na które nie miałam wcześniej okazji się wybrać, jak i Warszawskich Targach Książki (tym razem spokojniej, bo nie musiałam biec na autobus do domu), co miesiąc korzystałam z bardzo ciekawych spotkań Środa dla bloga, nie tylko uczestniczyłam w spotkaniach z autorami, ale miałam możliwość niektóre poprowadzić, zrobiłam sesję zdjęciową książek dla pewnej Autorki :). I to właśnie jest dla mnie ogromny plus Warszawy. Możliwość korzystania z wielu spotkań praktycznie w 100% za darmo, uczenia się nowych rzeczy, zdobywania doświadczeń. Mniejsze miejscowości niestety nie dają takich możliwości, a szkoda. 



Jak pewnie niektórzy wiedzą, po raz pierwszy zetknęłam się z Big Book Festival na żywo i od razu z pozycji wolontariusza. Zobaczyłam, jak taka impreza wygląda od kuchni. Miałam styczność z wieloma ciekawymi osobami i na pewno znów tam wrócę, ale chyba jako uczestnik, bo szkoda mi było, że nie mogłam być na wielu wspaniałych prelekcjach. Zebrałam jednak dobre doświadczenia i obserwacje i nawet udało mi się być na spotkaniu z Beą Uusmą i Annie Proulx. No i miałam swój udział w tworzeniu kodeksu dla Bloggerów :).

W końcu spotkałam się z kilkoma osobami, które znam jedynie z sieci. Miałam wielką ochotę porozmawiać z nimi na żywo i w końcu się udało, bo gdzie książki, tam i my :). 



W ostatnich tygodniach wywiązały się dwie poważne dyskusje. Jedna dotyczyła tworzenia treści na bloga za wynagrodzenie. Pisała o tym Diana z Bardziej Lubię Książki niż Ludzi. Link do jej tekstu znajdziecie TU. Jakie jest moje zdanie w tej sprawie? Otóż nie uważam, że nawiązywanie płatnej współpracy z wydawnictwami jest złe. Dziennikarze recenzują książki i dostają za to wynagrodzenie, więc dlaczego nie miałoby tak być w przypadku blogera? Czy umowa oznacza, że muszę napisać pozytywną recenzję? Oczywiście, że nie. Każdy ma swoje zdanie, swój punkt widzenia, własne kryteria estetyczne. Nie można kupić dobrej recenzji, jeśli ktoś jest rzetelny. Można za to ustalić warunki współpracy, reklamę (mam tu na myśli zdjęcia, pokazywanie książki na fb i w innych mediach społecznościowych, w końcu odesłanie do teksu). Bądźmy szczerzy, czasami jesteśmy też ciekawi tego, co nie spodobało się komuś innemu. Chcemy wiedzieć dlaczego, sprawdzić czy nam również nie przypadnie do gustu konkretna pozycja. Moim zdaniem szanujący się bloger i wydawnictwo spokojnie mogą dojść do porozumienia, zgodzić się na swobodę twórczą. Jasne, że nie wzięłabym do recenzji czegoś, o czym z góry wiem, że nie będzie mi się podobało, że to nie moje klimaty. Ale czasami jest tak, że tytuł wydaje się interesujący, a niestety kuleje pod wieloma względami. Czy wówczas nie mogę napisać tego, co myślę? Oczywiście, że mogę. Więc podsumowując zgadzam się z tym, co pisała Diana. Można płacić blogerowi za jego pracę, przyspieszenie pojawienia się tekstu i jego rzetelną opinię. Bo fakt wynagrodzenia nie zmienia tego, że piszemy prawdę. 



W końcu sprawa, która od ostatnich dni nurtuje społeczność książkową. Pewna pani, do której filmu nie będę Wam podawać linku, bo moim zdaniem szkoda jej nabijać odsłon po prostu podzieliła ludzi. Tak, ludzi, nie czytelników. Uznała się za lepszą, bo czyta klasykę oraz podręczniki akademickie, zna i rozumie definicję np. słowa eklektyczny. No cóż... Jeśli mam problem z jakimś słowem po prostu sprawdzam je w słowniku, dziś jest to o tyle prostsze, że są one dostępne w internecie, więc nawet nie musicie iść do biblioteki czy buszować po domu. Kiedyś słyszałam, że tylko inteligentni ludzie potrafią przyznać się, że czegoś nie wiedzą. Więc tak, zdarza mi się, że nie znam pewnych słów, bo najzwyczajniej w świecie nie trafiłam na nie nigdy. Przyznaję się bez bicia i nie jest to dla mnie żadna ujma. Nikt nie wie wszystkiego (a jakby wiedział, współczuję, to musiałoby być straszne). Po drugie nie rozumiem, uważania się za kogoś lepszego, bo czyta się klasykę. Nie jest to dla mnie wyróżnikiem wartości człowieka. O tym świadczy fakt, jak ktoś postępuje. Czytam różne rzeczy poezję, młodzieżówki, dramaty, klasykę, zdarza mi się sięgać po reportaże, książki dla dzieci, publikacje popularnonaukowe oraz literaturę popularną. I co z tego? Jedyny wniosek, jaki można z tego wysnuć, to że lubię różnorodność, że najzwyczajniej w świecie czasami mam ochotę na coś trudniejszego, innym razem chcę odpocząć. Mój wykładowca twierdził, że człowiek powinien w życiu przeczytać nawet Harlequina. Dowiedzieć się, jak coś jest pisane, jeśli to go interesuje. Tak, zetknięcie się z źle napisaną książką też czegoś uczy, jak nie budować fabuły, nie nakreślać bohaterów czy tworzyć świata. To także wartościowa lekcja. A czasami najzwyczajniej w świecie można się pośmiać z niestworzonych historii, którym ciężko dać wiarę. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam złego zdania ani o czytelnikach ani o autorach takich książek. Po prostu każdy szuka czegoś innego, wyciąga inne wnioski. Dla jednych Grey będzie emocjonującym erotykiem, dla innych przykładem, że pomysł był, ale z wykonaniem coś poszło nie tak. I dobrze! Niech jedni i drudzy istnieją i mają się dobrze, bo tego trzeba, różnorodności. Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, padlibyśmy z nudów ;). Można się spierać o literaturę, ale wszystko w granicach kultury i z zachowaniem szacunku. 



Co do kształtowania czytelniczych gustów. Uważam, że po pierwsze, nie można ludzi odstraszać od czytania, co moim zdaniem ta pani zrobiła dość skutecznie, nawet lepiej niż kanon szkolnych lektur. Do pewnych treści trzeba dojrzeć, przeżyć swoje, czasami wręcz wracać. Ale przecież chodzi o rozwój i ewolucję czytelnika, zainteresowań. Przecież każdy z nas zaczyna od książeczek dla dzieci, potem coraz bardziej rozbudowanych, szuka przygód, z upływem czasu chce poznawać świat, więc sięga po inny rodzaj literatury, chce odpocząć zatem kieruje się ku powieściom literatury popularnej, a gdy pragnie zbudować wyższe kulturowe kompetencje - sięga po klasykę. Żaden wybór nie jest zły. Ważne, by sięgać tytuły, które będą nas rozwijać. I niekoniecznie muszą należeć do listy 100 lektur, które trzeba przeczytać. Nie odstraszać Kafką czy Dostojewskim od razu, ale powoli pokazywać, że ciekawe mogą być różne książki. To zadanie nauczycieli, rodziców, rodzeństwa, znajomych. Nic jednak na siłę. Ważne by czytać. Myślę, że każdy znajdzie swoją drogę do tego, by być coraz bardziej rozczytany. Nie dajcie sobie zatem wmówić, że nie jesteście wartościowi, bo czytacie fantastykę czy młodzieżówki, albo jesteście super, bo skończyliście "W poszukiwaniu straconego czasu". O was świadczy to, jak traktujecie drugiego człowieka. A lektury? To dobry i ciekawy temat na rozmowę i próbowanie czegoś nowego. 



Na koniec kilka słów nim udam się na wyczekiwany urlop. Troszkę się dzieje w moim Spacerowym świecie. Blog zyskał logo, a ja nieco chciałabym zmienić to miejsce. Może po tej całej dziwnej dyskusji nie jest to zbyt fortunny czas, ale część tych zmian zapowiadałam początkiem roku. Zatem chciałabym, żeby pojawiło się tu trochę klasyki, ale nie żeby Wam cokolwiek narzucać. Po prostu jej potrzebuję, chciałabym uzupełnić wiedzę ze studiów i zmierzyć się z powieściami, które są nieco trudniejsze i na które nie miałam dotąd ochoty. Pojawi się również poezja, bo bardzo mało jej w blogosferze, a dla mnie jest ona jak chłodny wiatr w duszny dzień, więc chciałabym nieco poopowiadać o wierszach. Mam pewien pomysł na cykl, który pewnie nie do wszystkich trafi, ale jest dla mnie ważny. Nie zdradzę jeszcze co to, ale czuwajcie ;). W końcu będę publikować teksty okołoksiążkowe. Gadżetów nie mam za wiele, choć ogromnie je lubię, ale może uda mi się pokazać Wam pewne całościowe ujęcie niektórych tematów. Oczywiście będą rozkminy, recenzje, zdjęcia, relacje z Targów i innych wydarzeń. To tyle, jeśli chcielibyście o czymś poczytać lub chcecie napisać, jak odbieracie, to co się tu pojawiło, czekam na Wasze komentarze. Dobrej niedzieli dla Was. 


wtorek, 7 sierpnia 2018

Remigiusz Mróz "Hashtag"




"- Chodzi właściwie o ucieczkę, zresztą to oznacza fuga po łacinie - dodał. - Umysł stara się znaleźć drogę ratunku przed traumatycznymi zdarzeniami. Nie radzi sobie z rzeczywistością, z otaczającym światem i...- Znam to z autopsji.- No tak - potwierdził niechętnie. - Fuga dysocjacyjna objawia się tym, że chory zapomina, kim jest. Tworzy nową tożsamość.- Staje się zupełnie inną osobą?(...)- Połączone jest to z amnezją wsteczną - dodał. - Taka osoba nie pamięta niczego, co stało się wcześniej. Traci swoje prawdziwe wspomnienia, zastępuje je innymi, fikcyjnymi." - s. 235

Tesa nigdy nie przypuszczała, że jeden sms całkowicie odmieni jej życie. To był zwykły dzień. Zmaganie się z własnymi słabościami, niechęć do wychodzenia na zewnątrz, zły sen, stanowczo za dużo jedzenia. A jednak niespodziewana paczka, której przecież nie zamawiała, a już na pewno nie do paczkomatu postawiła jej życie do góry nogami. Tajemnicza czaszka oraz hasztag "apsyda" były jedynie początkiem zdarzeń, które spadły na kobietę. Internet a w nim kolejne osoby, które przecież nie mogły nagle pojawić się w mediach społecznościowych, gdyż zaginęły, tylko potęgowały rosnący niepokój. Zdezorientowana bohaterka będzie się starała wyjaśnić, co znaczą tajemnicze wpisy. Nić łącząca wszystkie wskazówki zaprowadzi ją do byłego wykładowcy a stamtąd już tylko o krok do coraz potworniejszych odkryć..

O tym, jaki oddźwięk i siłę mają media społecznościowe nie muszę chyba nikogo przekonywać. W swojej najnowszej książce Remigiusz Mróz postanowił posłużyć się właśnie Internetem jako medium, w którym bohaterowie szukają i dostają wskazówki. To za ekranem komputera, komórki czai się tajemniczy człowiek, w którego plan została wplątana Tesa. Złowieszczy hasztag, lakoniczne informacje, zdjęcia to jedyne poszlaki, które mają doprowadzić bohaterkę i jej przyjaciela do sedna sprawy. Anonimowość, jaką zapewnia sieć to dobra przestrzeń, by osadzić w niej część działań, spotęgować napięcie, że oto tam za szybką znajduje się ktoś, kto wie o każdym twoim kroku. Gęstniejąca atmosfera, poczucie osaczenia i nie do końca jasne wskazówki tworzą zgrabną całość w "Hashtagu". Niejednoznaczność tropów, jakie podrzuca bohaterom złowrogi Architekt (tu przyznam szczerze, że nazwa czarnego charakteru książki wyjątkowo mi nie leżała, choć jest ona uzasadniona, ale to tylko moje subiektywne odczucie) również działa na plus. Tesa i Strach muszą bowiem brać pod uwagę wiele opcji, szukać konotacji między zaginionymi, domyślać się znaczeń niemal każdego słowa. 

Jak nieraz Remigiusz Mróz odwołuje się do wiedzy z zakresu wielu dziedzin. Tym razem padło na ekonomię, architekturę, technologię, socjologię i psychologię. Nie jest to jakimś wielkim utrudnieniem, ale mnie nużyły dialogi związane z wynurzeniami dotyczącymi rynku, podane w formie wykładu, w zasadzie odbywającego się między bohaterami. Nie brak w książce charakterystycznych dla autora twistów fabularnych, które sprowadzają czytelnika na manowce i mieszają mu szyki w odkryciu głównego sprawcy intrygi. Bohaterowie są nieco zaskakujący, choć do Tesy mam stosunek ambiwalentny. Z jednej strony to inteligentna i zdająca sobie sprawę z tego, czego chce w życiu kobieta. Z drugiej osoba niesamowicie zahukana, zamknięta w sobie i przepełniona negatywnymi emocjami. Najbardziej raził mnie jej stosunek do samej siebie. Słowa, których używała mówiąc o swojej wadze były znacznie gorsze niż bezwolność wobec zmiany. Wiem, że tacy ludzie istnieją, że nie każdy jest zadowolony z własnego ciała, że czasami brakuje siły na zmiany i że stan psychiczny też rzutuje na życie, ale Tesa po prostu momentami sprawia, że czytelnik nie tyle się nad nią lituje, co jest zdegustowany tym, jak człowiek może podchodzić do samego siebie. Mimo wszystko wzbudziła we mnie jakiś cień sympatii, choć miałam ochotę potrząsnąć nią i to nieraz. Bardziej spodobała mi się postać Strachowskiego, nazywanego przez wszystkich Strachem. To właśnie on intryguje podczas lektury. Łączy w sobie wiele twarzy, potrafi być stonowany i opiekuńczy, ale też porywczy i agresywny. Nosi w sobie jakąś tajemnicę, choć nazywanie go Strachem jest wielkim uproszczeniem w kontekście akcji, która rozgrywa się w "Hashtagu".



Historia, którą przedstawia Remigiusz Mróz jest dobra. Czytelnik zostaje wrzucony w akcję już od pierwszej strony, z każdą chwilą rośnie napięcie, pojawiają się kolejne wątki. Akcja opisywana z perspektywy Tesy przeplata się z rozdziałami, w których to trzecioosobowy narrator opowiada o wydarzeniach. Do tego oczywiście zagadka i zwodzenie czytelnika, by za szybko nie domyślił się, co tak naprawdę się dzieje, kim jest tajemniczy Architekt i dlaczego właśnie Tesie każde brać udział w swoim planie. A jednak czegoś mi zabrakło. Czytając "Hashtag" nie było tak, jak pisała mi koleżanka, że nie będę mogła oderwać się od książki. Mogłam i zrobiłam to kilka razy. Lekturę dokończyłam w autobusie. Myślę, że gdyby nie to, czytałabym ją znacznie dłużej. Owszem, byłam ciekawa rozwiązania sytuacji, otrzymania odpowiedzi, na postawione przede mną pytania. W trakcie czytania miałam wrażenie, że wiele rzeczy brzmi znajomo. Fabuła momentami kojarzyła mi się z "Czarną Madonną", "Nieodnalezioną" i "Behawiorystą". Wiedziałam, że zakończenie jak na Remigiusza Mroza przystało będzie czymś, czego się raczej nie domyślę. Ale też nie starałam się tego za mocno robić, bo treść nie wciągnęła mnie aż tak bardzo. Po lekturze po prostu stwierdziłam, aha. Nie dlatego, że była zła, ale po przeczytaniu sporej ilości książek autora, już wiedziałam, czego się spodziewać. Element zaskoczenia nie zadziałał tak, jak u osób, które nie zetknęły się z twórczością Mroza. Spodobała mi się jednak atmosfera coraz większego osaczenia, fakt, że w "Hasztagu" nie wiadomo co jest prawdą a co fikcją. Pisarz balansuje na granicy prawdy, kłamstwa, urojeń, niepewności, niemalże obłędu. Im bliżej końca, tym mniej wiadomo, kto tak naprawdę prowadzi akcję, czy historia opisywana przez Tesę jest wiarygodna, czy to wszystko nie jest jednym wielkim koszmarem sennym. Czytelnik jest zdezorientowany, nie do końca potrafi odróżnić prawdę od fikcji. Świat przedstawiony w "Hashtagu" jest płynny, ma miękkie brzegi, że się tak wyrażę. I to mi się podobało, choć nie wzbudziło większych emocji. Zaskoczyło mnie jednak odwołanie do marek pewnych produktów, czego nie przyjęłam zbyt dobrze, kojarzy się to bardziej z przerwą na reklamę w książce i szczerze mówiąc jest nieco irytujące. Na koniec sam fakt problemów Tesy. Rozumiem je, ale zostały one przedstawione pobieżnie, bez jakieś analizy, wniknięcia w sedno sprawy. Po prostu są, niestety niewykorzystane i spłycone. Podobnie jak w "Nieodnalezionej" autor nie udźwignął tematu, wykorzystał pewne elementy do celów fabularnych, a można było zrobić coś znacznie ciekawszego. Tu chyba tkwi największy problem, od czasu "Nieodnalezionej", mam wrażenie, że pisarz inaczej podchodzi do czytelnika i samego procesu twórczego. Z jednej strony tłumaczy, z drugiej pomija to, co naprawdę mogłoby być siłą publikacji. Pomysł i twisty fabularne są w porządku, ale trzeba czegoś więcej. Myślę, że gdybym nie znała twórczości Remigiusza Mroza "Hasztag" mógłby bardziej do mnie przemówić. Tak, był po prostu dobrą lekturą na dwa popołudnia, której towarzyszyło przekonanie, że jest nieco podobieństw do innych publikacji autora. Taki trochę coniedzielny kotlet, dobry, ale szału nie ma. A autora stać na więcej, zarówno pod względem fabularnym jak i stylistycznym. I na to czekam, na książkę, która wstrząśnie mną jak "Kasacja", w której będzie kolejny charakterny Forst, gdzie niczym w "Chórze zapomnianych głosów" będzie się czaić tajemnica i która będzie porażać jak "Behawiorysta". I takiej publikacji Autorowi życzę.




Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.


Remigiusz Mróz, Hashtag, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2018.