poniedziałek, 31 grudnia 2018

Podsumowanie roku 2018




Nie wiem, kiedy minął mi ten rok. Wszystko działo się dość szybko. Z czytaniem bywało różnie. Czasami trafiałam na naprawdę dobre lektury, innym razem miałam ochotę cisnąć czytaną książką albo byłam okropnie zawiedziona. Nie zapisywałam wszystkiego, co udało mi się przeczytać, bo to nie wyścigi. Na pewno skończyłam 52 książki, ale lektur mogło być więcej.

Co mnie jednak najbardziej cieszy to spotkania, które mogłam poprowadzić, te w których wzięłam udział i ludzie, których poznałam.

Spotkania :-)



Rok zaczęłam od rozmowy z Jakubem Małeckim. Przyznam, że to pisarz, który ogromnie mnie zaskoczył nie tylko wymową tekstów, ale ich ładunkiem emocjonalnym. Oniryczne, balansujące na granicy jawy i snu, rzeczywistości i przesądów lub wierzeń opowieści nie tylko sprawiają, że czytelnik zanurza się w nich głęboko i refleksyjnie, ale pisane są naprawdę piękną polszczyzną. Każda książka pisarza podwyższa poprzeczkę, zabiera czytelnika do całkiem nowej krainy, innych odmętów ludzkiej duszy, tęsknot, marzeń, nieraz także lęków. Autor z wirtuozerią gra na kolejnych strunach duszy, zaskakując coraz bardziej. Poważny, melancholijny ton powieści kontrastuje ze skromnym i wesołym twórcą, który jak sam przyznaje, nie wie jak to się dzieje, że jego książki są tak niepodobne do niego. 



W marcu miałam okazję spotkać się z Marią Paszyńską, wspaniałą pisarką, która swoimi książkami czaruje wielu czytelników. Spod jej pióra wypływają niezwykłe, plastyczne, piękne i przesycone emocjami powieści zakorzenione w prawdziwych, historycznych realiach. Maria Paszyńska przybliża wspaniałe światy, znakomicie wprowadzając je w pomysłowe fabuły. Potrafi zaczarować szczegółowością opisywanych miejsc, doznań, nawet tych najtrudniejszych. Z jej książek wypływa wiara w dobro drugiego człowieka, umiejętność dostrzegania tego, co piękne, ale i zaduma nad rzeczami, które nie powinny się wydarzać. To jedna z tych osób, dla których potrafię zarwać noc, byle tylko dokończyć lekturę. Podczas spotkania pytałam o drogę pisarską autorki, jej zamiłowania literackie, wydane powieści i plany na przyszłość. 



Gdyby ktoś powiedział mi kiedyś, że przeprowadzę rozmowę z Wojciechem Jagielskim, uznałabym, że żartuje. A jednak marzenia się spełniają. Tego znanego każdemu reportażysty nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Od dziecka słyszałam o jego podróżach, relacjach. To jedna z tych osób, które towarzyszyły mi od dziecka przez dorastanie aż po wiek dojrzały. Jeden z niedoścignionych wzorów, jeśli chodzi o reportaże, człowiek szalenie ciekawy. Zdumiała mnie niezwykła otwartość Wojciecha Jagielskiego, naturalność z jaką rozmawia z każdym, choć po przeprowadzeniu w życiu tylu rozmów nie powinno mnie to dziwić. Początki kariery, wgryzanie się w historie ludzi, wyprawy jako korespondent, to tylko niektóre z kwestii, jakie mogłam poruszyć podczas spotkania. 



W końcu niezwykła rozmowa z kolejnym reportażystą, tym razem Mariuszem Szczygłem. Są dwie rzeczy, których ogromnie chciałabym się nauczyć od autora "Nie ma" - warsztatu pisarskiego oraz umiejętności przyjmowania wszystkich ludzi bez oceniania ich. Nie wiem czy taką postawę można nazwać stoicką, dla mnie na pewno jest ogromnie ludzka. O tym, czy w życiu mamy więcej "jest" czy "nie ma", pisaniu tekstów, zainteresowaniu Czechami, które w szczególny sposób zostały przedstawione w "Gottland" i szukaniu prawdy, co zostało poruszone w "Projekcie prawda" i nie tylko mówiliśmy w grudniu. To rozmowa, przed którą się stresowałam, ale śmiem twierdzić, że nazwałabym ją jednym z najlepszych, jakie poprowadziłam. 




W tym roku uczestniczyłam również w kilku bardzo ciekawych wydarzeniach. Przede wszystkim były Targi Wydawców Katolickich ze wspaniałymi spotkaniami z Łobuzami, Siostrą Małgorzatą Chmielewską, Przemysławem Wilczyńskim i Marią Miduch. Następnie Warszawskie Targi Książki i bieganie pomiędzy stoiskami, stanie w kolejkach do autorów młodzieżowych, gdzie byłam chyba najstarszą czytelniczką ;) oraz wyszukiwanie perełek. W czerwcu pracowałam jako wolontariusz na Big Book Festivalu. Październik był związany z powrotem do rodzinnej miejscowości na debatę blogerów "Promotorzy czytania", którą wspominam bardzo dobrze i miło. Poznałam osobiście wspaniałe dziewczyny, pogadałam o tym, jak wygląda blogosfera, zastanawiałam się wraz ze współrozmówczyniami nad tym, jak powinna się rozwijać i jak zachęcać do czytania. Literacka Stolica zaowocowała przede wszystkim bardzo konkretnymi wnioskami dotyczącymi dalszej działalności na blogu. Utwierdziłam się mocno w tym, co od 1,5 roku delikatnie starałam się wprowadzać na tyle, że format Spaceru zmieni się dość mocno. Dużo sympatycznych, ambitnych i ciekawych blogerów, merytoryczne treści - wykłady Pauliny Małochleb i Rafała Hetmana oraz przemiłe książkowe prezenty, które poszerzą znacząco moje horyzonty literackie, czegóż chcieć więcej? Ostatnim wydarzeniem, które było dla mnie niezwykle ciekawe był wykład Mikołaja Golachowskiego, który odbył się w Bibliotece Publicznej w Dzielnicy Wilanów. Humor, piękne zdjęcia i masa ciekawych informacji sprawiły, że ten wieczór na długo pozostanie w mojej pamięci. 





Blogowo układało się różnie. Czasami bywało Was tu więcej, innym razem mniej. Zdarzały się momenty, gdy zastanawiałam się, co dalej. Nie zawsze miałam czas czytać i pisać. Pojawiałam się i znikałam. Przyjęłam pewne założenia, między innymi recenzowanie powieści po całym boomie wydawniczym, jeśli wydawnictwo na to pozwala. Takie działanie daje szansę dotarcia do osób, które unikały szumu związanego z danym tytułem. To też szansa na głębszą analizę treści i zainteresowanie tytułem. W tym roku Spacer objął swoim pierwszym patronatem powieść Marii Paszyńskiej "Córka gniewu", z czego jestem ogromnie dumna. Miałam również okazję zrecenzować na długo przed premierą tomik poezji Adriana Sinkowskiego "Atropina". Sama nie wiem jak znalazłam się także w podziękowaniach pewnej powieści, co było dla mnie zaskoczeniem totalnym. Podobnie jak to, że podczas jednego spotkania autorskiego korzystano z mojej recenzji. 



Jeśli chodzi o najlepsze książki to nie klasyfikuję ich jakoś szczególnie, podaję tak jak się pojawiały na blogu. Każda z nich coś mi dała. Wyróżniała się czymś innym, choć bywały zbieżności. Wiele rzeczy, które chciałam przeczytać pozostało niestety nietkniętych, ale zawsze jest czas w przyszłym roku. Nie pisałam o wszystkich przeczytanych książkach. Do niektórych muszę wrócić, jeszcze raz przeżyć, by opowiedzieć to, co czuję w najlepszy sposób. Poniżej jednak lista pozycji, które wyróżniły się w tym roku:

1. Monika Milewska "Latawiec z betonu" - ciekawa wizja nie tylko gdańskiego falowca, ale braku zrozumienia i refleksji nad życiem. Poddanie się propagandzie i odrobina realizmu magicznego z podróżami w czasie.

2. Maria Paszyńska "Owoc granatu. Kraina snów" - to, że Maria Paszyńska ma niezwykły dar do pisania było dla mnie jasne już po pierwszej powieści. Uwielbiam jej drobiazgowość w opisach, emocjonalność, ale znaleźć książkę, która stawia pytania chodzące po własnej głowie i snuje refleksje, z których mogę zbudować odpowiedzi, to już wyższa liga.

3. Jakub Małecki "Dygot" - nietuzinkowa powieść z pogranicza rzeczywistości i baśni. Głęboko emocjonalna, wymagająca przemyślenia, klimatyczna i smutna. A do tego piękna językowo i oryginalna. Nie zrecenzowałam jej, nadal dorastam do pisania o książkach Jakuba Małeckiego.

4. Mark Sullivan "Pod szkarłatnym niebem" - ta pozycja urzekła mnie przede wszystkim ogromnym człowieczeństwem głównego bohatera, który istniał naprawdę. Żył, pomagał innym, przeżywał swoje wzloty i upadki. Rzecz o tym, jak skomplikowane i trudne potrafi być życie. 

5. Bea Uusma "Ekspedycja" - to właściwie zapis życia i pogoni za marzeniem a nie książka. Historia zafascynowanej wyprawą polarną kobiety, która podporządkowała całe swoje życie rozwikłaniu pewnej zagadki. Pełna zdjęć, notatek, fragmentów z pamiętnika i wielu ciekawych  informacji publikacja.

6. Gabriel Tallent "Moja najdroższa" - przyznam, że to ogromnie dziwna historia. Z jednej strony przeraża i odpycha, z drugiej przyciąga z nie do końca zrozumiałą siłą. Nie oceniam samego pomysłu, ale językowo na pewno jest w porządku.

7. Adrian Sinkowski "Atropina" - czasami mam wrażenie, że coś mi umyka. Takie odczucia miałam podczas lektury wspomnianego tomiku. Jednocześnie dał mi on radość z poczucia tego, że nie ma jednej właściwej interpretacji. Ścieżek jest wiele, zależą od naszej inwencji, doświadczenia, zauważenia poszczególnych rzeczy. Odkryć na nowo interpretację to wspaniałe doświadczenie. 

8. Piotr Durak "Raport zza mgły" - czasami lubię poczytać smutne rzeczy, prozę która nie bije optymizmem ani nawet realizmem, ale pokazuje przygnębiającą refleksję o dzisiejszym świecie, w który zostaliśmy wrzuceni bez naszej zgody i pytania o cokolwiek. Tęsknota za utraconym światem, nieprzystawalność do współczesności, brak zrozumienia a może zgody na dzisiejsze mechanizmy. To wszystko zamknięte w poetycką prozę, która mocno wybija się na tle wierszy, również dobrych, ale jednak to ona zdobyła moje serce. 

9. Mariusz Szczygieł "Nie ma" - nie powiem, że jest to łatwa książka. Nie jest jednorodna. Cenię ją za refleksję, zagadnienia do przemyślenia których autor zmusza czytelnika, mierzenie się z własnym życiem, przemijalnością, emocjami, brakami i zauważanie tego, co towarzyszy nam w codzienności. 

Moje literackie zawody tego roku

1. Lidia Tkaczyńska "Kobieta z klasą. Poradnik" - to, co pojawiło się w recenzji mówi samo za siebie. Zbyt dużo niepozytywnych emocji wyrosło z mojej strony wokół tej pozycji. Oczekiwałam zupełnie czego innego, dostałam treść, z którą w wielu względach się nie zgadzam, w innych nie była ona dla mnie nowością, choć niespecjalnie interesuje się modą. 

2. Remigiusz Mróz "Nieodnaleziona" - zapowiadało się całkiem nieźle. Autora lubię, może dlatego nie napisałam recenzji po przeczytaniu tej książki. Dość powiedzieć, że czuję się trochę oszukana. To nie Mróz, którego znam i który potrafi znacznie lepiej budować fabułę. Historia jest trochę nierealna a to, ile jest w stanie wytrzymać bohaterka już zupełnie mija się z prawdą. Nawet superman by wymiękł, a ona niezmordowanie przed do przodu. Również zakończenie nie zachwyca, a wręcz jest niezrozumiałe. 

3. Laini Taylor "Marzyciel" - to zdecydowanie nie jest zła książka, jest dobra, naprawdę. Podziwiam autorkę za wyobraźnię, sposób budowania opisów, dokładność. Owszem wciągnęła mnie fabuła, język jest bardzo ładny, myślę, że w oryginale nawet może być lepszy, jednak gdy wszyscy mówili o tym jaka to oryginalna powieść, ja doszukałam się w niej podobieństw z "Buntowniczką z pustyni", samo zakończenie również nie było dla mnie zaskoczeniem, okazało się raczej przewidywalne pod pewnymi względami. Nie ukrywam jednak, że chętnie przeczytam "Muzę koszmarów". Po prostu liczyłam na więcej. 

To tyle jeśli chodzi o 2018 rok. Zamykam go całkiem pozytywnie. A jak było u Was?


poniedziałek, 24 grudnia 2018

Wesołych Świąt






„W wieczór Wigilijny zatrzyma się świat na chwilę. Ludzie wyciągną do siebie ręce, będą dzielić się chlebem, życząc sobie szczerze, ciesząc się oczekiwanym Gościem. Podniosą oczy w stronę nieba. Będą wypatrywać, skąd nadejdzie nam pomoc. Niebo połączy się z ziemią, Aniołowie pozazdroszczą pokoju ludziom dobrej woli. Kościół zaśpiewa radosną pieśń - kolędę. Uklękną wszyscy przed Bogiem - Dzieciną.”
Pełnych miłości, ciepła i radości świąt. Zatrzymania się i wspaniałego czasu z rodziną oraz cudownych prezentów.

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Mariusz Szczygieł "Nie ma"




"Chyba każdy lubi być spacerowiczem po cudzej historii. Nie potykać się o nic, nie wpadać w dołki, gładko sobie sunąć po trawniku czyjegoś życia." s. - 165-166

Pomysł na napisanie książki o tym, czego nie ma pojawił się już w "Projekcie prawda". Temat jednak musiał się uleżeć, spełnić wymagania, które postawiono przed autorem. Być może potrzebował również rozwinąć się w swoim tempie, powoli, rzekłabym nawet niespiesznie, by wciągnąć w świat wielu bohaterów i historii. 

Mariusz Szczygieł zabiera czytelnika w podróż przez porywające, ale i całkiem zwyczajne historie. Wspomina o wierszu Violi Fisherovej, który zawładnął nim w metrze na tyle, że postanowił sprawdzić, kim była autorka. Kilka słów przeczytanych w środku komunikacji, w którym każdy patrzy w komórkę, skupia się na sobie, doprowadziło reportażystę nie tylko do fascynującej historii, ale przede wszystkim do pięknej znajomości. Czeska poetka okazała się bowiem postacią nietuzinkową i dowodem na to, że zawsze można zacząć tworzyć. Autor opowiada również oj kobiecie, która zamyka swoje życie w tabelce Excela, pozostawiając tym samym ślad po sobie. Swoista spuścizna, wydaje się być manifestem, zobaczcie miałam udane życie. Inny rozdział" dotyczy ogromnie charakterystycznej willi i jej mieszkańców. Czytelnik poznaje również mężczyznę, który uwierzył w koniec świata i uwolnił się od wszystkiego, co materialne. Wgryza się w historię Tomasza Gónickiego, ciekawego i oryginalnego twórcy, pracującego często w dość niestandardowy sposób. Poznaje siostry Woźnickie, dziś zapomniane już pisarki, których książki zubytkowano w bibliotekach. To zaledwie ułamek historii zawartych na kartach "Nie ma".

Ja pozostaję z pytaniem, czego jest więcej w tej książce. Tego, co "jest", czy właśnie tytułowego "nie ma". Odpowiedź dostaję od autora na spotkaniu. Odpowiedź godną reportażysty i człowieka, który zdobył już mądrość życiową. Pozwolę sobie zatem przytoczyć słowa Mariusza Szczygła, z którym miałam przyjemność rozmawiać. W zwrocie nie ma, "ma" to zaledwie 40%, ale w życiu jednak ważniejsza jest właśnie owa mniejszość, choć cały czas myślimy o pozostałych 60%. Być może tak jesteśmy ukształtowani, a może powołaniem człowieka jest nauczyć się cieszyć z tego, co posiada, nie roztkliwiając się nad brakami? Mówi się, że najbardziej doceniamy to, co straciliśmy. Na kartach książki autor zapisuje "Dorosły stajesz się dopiero, gdy stracisz to, co naprawdę kochasz (...)". (s. 195). Cały proces dojrzewania byłby zatem związany z nauką szacunku i rozumienia wartości szczęścia, które mamy. To kierunek rozważań filozoficznych, niełatwych, a może tego, czego uczyła mnie mama, czyli cieszenia się z małych rzeczy, które większość uznaje za pewnik. Bo, gdy przyjmuje się za nieoczywiste, że coś jest mi dane raz na zawsze, inaczej widzi się większość spraw.



"Nie ma" pozostaje opowieścią o ludzkim życiu, pełną zwykłych dni i uroczystych chwil. Wielu recenzentów podkreślało nierówność książki. Przeplatanie się bardzo dobrych tekstów z rozdziałami zwykłymi, przesyconymi szarymi historiami, nierzadko ckliwymi. Dla mnie jednak to przemyślany układ, oddający to, co dzieje się każdego dnia u większości ludzi, którzy wśród powtarzających się czynności, bliźniaczo podobnych do siebie dni, nagle zderzają się z czymś większym. Zatrzymują się nad niezwykłymi zdarzeniami. A może by tak kontemplować codzienność i wyławiać to oczywiste "jest"? Otworzyć szerzej oczy i przekonać się, że każdy dzień niesie ze sobą drobne, życiowe perełki? Książka Mariusza Szczygła to opowieść nie tylko o tym, czego brakuje w życiu czy co jest. To w równej mierze rzecz o nazywaniu wszystkiego po imieniu. Szukaniu nazw, by w pełni zrozumieć siebie i to, co się czuje. To pozwoli w pełni przeżyć życie świadomie. 

Autor odchodzi od formy klasycznego reportażu na rzecz opowiadania posiadającego jego elementy, czasami to wręcz eseje, które zabierają czytelnika do Czech, od lat fascynujących reportażystę. To jednak w równej mierze podróż geograficzna, co historyczna i filozoficzna. Tematyka jest bardzo szeroka i zróżnicowana, dzięki czemu lektura to prawdziwa uczta. Cięższe emocjonalnie rozdziały przeplatają się z lekkimi opowieściami, co daje również czas na refleksję i sprawia, że odbiór jest znacznie łatwiejszy. 

"Cyzelujemy język, nauczyciel nam tłumaczy, że jesteśmy teraz w stanie prowadzącym do frustracji. Niby wszystko już wiemy i nagle się okazuje, że niczego nie wiemy. Mamy porzucić prawidła gramatyczne, dobre dla początkujących. Mamy powtarzać po ludziach na ulicy." s. 91

Po lekturze "Nie ma" inaczej patrzę na świat. Oczarowuje mnie język książki, brak zbędnych słów, bardzo dobry styl, dzięki któremu płynie się przez książkę, doskonały warsztat. W głowie rodzą mi się pytania o codzienność, to co w życiu najważniejsze. Wnikam w historie bohaterów jednocześnie wchodząc w swoją własną rzeczywistość. Szukam swojej prawdy, określam to, czego nie ma i co właśnie jest, bo to stało się dla mnie esencją tej książki. Wydobywanie na światło dzienne rzeczy, które przemykają niezauważone w szarzyźnie i powtarzalności oraz głośne określanie własnych tęsknot. Jak poznać ludzi, skoro nie znamy samych siebie? Jak dawać szczęście, gdy sami nie jesteśmy zadowoleni? W końcu jak kochać, gdy samym nam brakuje do siebie miłości? Niepozorna książka o zwykłych i niezwykłych ludziach wywołuje lawinę przemyśleń, niemal filozoficznych. Zadamawia się we mnie i czeka, by wrastać coraz głębiej. Odzywa się cichym głosem w najmniej oczekiwanych chwilach. Nienachalnie, po prostu szepcząc patrz i żyj uważnie


Myślę, że każdy znajdzie w niej coś innego. Nie ma tu oczywistych prawd i wniosków. Szumnych deklaracji i wskazań. Jest refleksja nad człowiekiem i światem. Mariusz Szczygieł ma niezwykły dar do snucia opowieści bez oceniania. To rzadka postawa szacunku i przyjęcia człowieka bez wartościowania. Każdy ma swoją historię, lepszą lub gorszą. Mamy jednak czas, by pisać ją, zmieniać. To najbardziej urzekło mnie w "Nie ma". Możliwość odkrycia tego, czego jest więcej a czego mniej. Dostrzeżenia w rozdziałach mnogości rzeczy, bo każdy jest inny. To w pewien sposób trudna lektura. Taka, która zmusza do stanięcia z prawdą twarzą w twarz, ale ważna. Taka w sam raz na zimne, długie, ciche wieczory. 

Mariusz Szczygieł, Nie ma, wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2018. 


niedziela, 16 grudnia 2018

Adwentownik - Maranatha #3


Za oknem śnieg. Wkrada się specyficzna cisza, choć świat przyspieszył. Szał przedświątecznych zakupów, z którym się wczoraj zetknęłam, zabieganie, nerwowość. Wszystko niby zrozumiałe i powtarzające się co roku, ale jakoś nie mogę się przyzwyczaić. Zwalniam, choć mój czas wcale nie jest nieskończony i nie rozciąga się, jakby był z gumy. Chodzę późno spać, często brak mi odpoczynku, po raz kolejny powtarzam sobie, za rok się uda. Przygotuje się do świąt lepiej. Koniec wymówek! Jest jeszcze czas. Zatrzymuję się, choć wiem, że nadchodzący tydzień będzie szalony i wszystko postawione na głowie. Ale muszę wygospodarować choćby godzinkę, by przygotować się do spowiedzi i zanurzyć w modlitwie. Nawet kosztem snu. 

Tym razem odsyłam do dwóch książek ojca Adama Szustaka. Możecie czytać je podrozdziałami lub po prostu posłuchać audiobooka podczas świątecznych przygotowań, ja często tak robię.



1. Adam Szustak, Zamknij oczy. Droga do spełnienia. Lekcje Samsona, wyd. RTCK, Nowy Sącz 2018.

Tym razem znany kaznodzieja zaprasza do refleksji nad swoimi lękami, pragnieniami i nałogami. Na przykładzie historii Samsona mówi o wszystkim, co utrudnia codzienne życie i oddychanie pełną piersią. Wyjaśnia, skąd w nas tendencja do zawierania toksycznych znajomości, upadania, popadania w różne uzależnienia. Pokazuje również strategię do wyjścia z ciemności i wyruszenia w drogę ku lepszej przyszłości. W książce znajdziecie bardzo przydatne ćwiczenia.



2. Adam Szustak, Targ zamknięty. Lekcje Hioba. Droga do zbawienia, wyd. RTCK, Nowy Sącz 2018.

Targ to chyba najlepsze określenie relacji z Bogiem. Ciągle tkwimy w przekonaniu, że musimy o wszystko zabiegać. Damy Bogu trochę czasu, kilka modlitw, dobry uczynek, jałmużnę a On jak złota rybka spełni nasze modlitwy. Nie tędy droga! Modlitwa to nie targ, na którym prowadzimy z Panem handel wymienny. To głęboka relacja, w której za darmo otrzymujemy łaskę. Tyle razy słyszymy, że nie jesteśmy w stanie zasłużyć sobie na błogosławieństwo, że wszystko to pochodzi z miłości, jednak nadal podążamy drogą przekupek. Tymczasem warto przystanąć i popatrzeć na Hioba, człowieka tak różnego od większości postaci w Biblii i nadal niezrozumiałego dla wielu. 

Pięknie ilustrowana przez Jacka Hajnosa najnowsza książka ojca Adama proponuje porzucenie starych przekonań i otwarcie się na całkiem nową relację ze Stwórcą, która zaskoczy niejednego.

Do zobaczenia za tydzień :)


niedziela, 9 grudnia 2018

Adwentownik - Maranatha #2


Pierwszy tydzień adwentu już za nami. Czas szybko biegnie, obowiązki się nie kurczą. Powoli zaczynamy myśleć o świętach, przygotowujemy ozdoby, szukamy choinki, kisimy buraki. Zajęcia piętrzą się z dnia na dzień. Trzeba jednak wygospodarować czas dla Boga, a właściwie ułożyć wszystko w odpowiedniej hierarchii. Dziś zatem kolejne dwie książki, z którymi zostawiam Was na następny tydzień. 

Dla bardziej zabieganych



Mirosław Maliński, Zatrzymaj się albo giń, wyd. Wam, Kraków 2017. 

Autor doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jakim pędzie żyjemy. Świetnie rozumie zabieganie a jednocześnie przypomina, że bez zatrzymania się, skupienia na tym, co najważniejsze, wszystko straci sens. Codzienność bez Boga prowadzi do zguby, staje się jałowa, niepełna. Proponuje zatem krótkie, maksymalnie 10 minutowe rozważania, które pomogą złapać oddech i Pana. Każdy rozdział składa się z fragmentu Pisma Świętego, wyjaśnienia oraz kilku pytań. Codzienna praca z tymi tekstami to dobry początek, by złapać kontakt z Bogiem, zacząć zmieniać życie małymi krokami. 


Dla mniej zabieganych, choć niekoniecznie ;)



Maria Miduch, Kobiety, które kochał Bóg, wyd. Wam, Kraków 2018.

Maria Miduch to autorka, którą polecam każdemu. Tym razem zachęcam do sięgnięcia po książkę o kobietach, od których nie tylko możemy, ale powinniśmy się uczyć. Na kartach odnajdziemy Ewę, Sarę, Annę, Esterę, Miriam, Rut, Judytę, Batszebę, Hagar, Tamar, Seforę, Rachab, Deborę, Jaelę, Elżbietę, Miriam. Dobrane w pary uosabiają konkretne cechy. Ich historia to opowieść właśnie o tym, czego i my po tysiącach lat nadal dotykamy w czasie swojego życia. Lekturę można czytać niekoniecznie całymi rozdziałami. Podział każdego na mniejsze części, pozwala spokojnie poznawać je na raty, ale ostrzegam, Maria Miduch pisze tak, że nie będziecie w stanie oderwać się od książki. Zerknijcie, poznajcie niezwykłe kobiety, pomyślcie o nich i uczcie się. 

Dobrego drugiego tygodnia adwentu i pamiętajcie o Koronce :)

niedziela, 2 grudnia 2018

Adwentownik - Maranatha #1




Zaczął się radosny czas oczekiwania na przyjście Chrystusa. Dni są coraz krótsze, mrok zapada znacznie szybciej. Zapalamy światło, w latarenkach lekko kołysze się płomień, świat biegnie dalej, choć powinien przystanąć. Zapatrzyć się w mały ognik, pomyśleć o nadchodzącym czasie, spróbować się do niego przygotować jak najlepiej. Rano, jeszcze gdy ciemność okrywa ziemię, mimo zimna i zaspania, wstajemy i udajemy się na roraty. To piękny zwyczaj, choć zdaje sobie sprawę z tego, że nie każdy weźmie w nim udział. Dlatego przychodzę z propozycją dla zabieganych, mających mało czasu, szukających jakiegoś sposobu, by dobrze przejść przez adwent. 

Zatem zapraszam do adwentownika dla zabieganych. 

Poza modlitwą (proponuję codzienną koronkę do Miłosierdzia Bożego - piękna i nie wymaga wielkich nakładów czasowych, więc się nie wykręcajcie) i czytaniem krótkiego fragmentu Pisma Świętego, zachęcam do lektury duchowej. Co tydzień znajdziecie tu dwie książki, które mają krótkie rozdziały, takie w sam raz do przeczytania przy kawie, albo do wygospodarowania 15 minut na lekturę i refleksję. 



1. James Martin "Jezuicki przewodnik po prawie wszystkim. Duchowość twojej codzienności", wyd. WAM, Kraków 2017.

Książka jest duża, to prawda, ale rozdziały spokojnie da się czytać na raty. James Martin wychodzi od wyjaśnienia czym jest duchowość ignacjańska i ćwiczenia duchowe, by następnie poprowadzić czytelnika drogami wiary (i niewiary), porozmawiać o życiu duchowym i pragnieniach, odnajdywaniu Boga, które działa w dwie strony, początkach głębokiej modlitwy, nawiązywaniu relacji ze Stwórcą, dostrzeganiu Jego działania w życiu i codzienności. Nie brak tu również tematów związanych z miłością także w sensie fizycznym, przyjaźnią, cierpieniem, akceptacją sytuacji, podejmowaniem decyzji (z tym akurat coraz częściej mamy problem), karierą czy po prostu codziennym życiem. 

Krótko, zwięźle, prosto, zrozumiale i na temat. Każdy rozdział podzielony jest na mniejsze podrozdziały, dzięki czemu książkę można czytać, kontemplować, zapisywać własne refleksje, nawet przy wymagającym trybie życia. A tematów do rozważań jest naprawdę wiele. 



2. Adam Szustak, Marcin Kowalewski (uwagi) "Straszna książka", wyd. Stacja7, Kraków 2018.

Któż nie słyszał o Apokalipsie. Na jednych nie robi wrażenia, inni jej nie rozumieją, jeszcze inni wręcz uciekają i omijają szerokim łukiem przerażające wizje końca czasów. Znany dominikanin bierze na warsztat (w perspektywie o. Adama to sformułowanie wybitnie mi pasuje) najtrudniejszą księgę Nowego Testamentu i w swoim niepowtarzalnym stylu wyjaśnia krok po kroku, z czym naprawdę mamy do czynienia. 

Książka to zapis "Strasznych rekolekcji" (dostępnych na YT) wzbogaconych o uwagi ks. Marcina Kowalskiego i przepięknie zilustrowanych i wydanych. Każdy rozdział zaczyna się fragmentem biblijnym, po którym następuje tekst Ojca Adama, następnie biblijny komentarz ks. Marcina i uwaga. Rozdziały są nieco dłuższe niż w przypadku książki wspomnianego wyżej Jezuity, ale zdecydowanie warto zapoznać się z tą pozycją. Pozwala lepiej poznać Apokalipsę, odczytać ją i zrozumieć.

To tyle, krótko, zwięźle, na temat. Dobrego pierwszego tygodnia adwentu :). Dajcie znać, jakie są Wasze duchowe lektury na ten czas. 

niedziela, 25 listopada 2018

Gill Paul "Sekret Tatiany"




"Złapała list i przycisnęła go mocno do piersi, zanosząc się od płaczu jak dziecko. Gdzieś w głębi jej serca było bolące miejsce i miała nadzieję, że ten napad płaczu je usunie, ale gdy chwiejnym krokiem szła do domku i kładła się spać w ubraniu, ono nadal tam było". - s. 233

Zasada ograniczonego zaufania obowiązuje nie tylko na drodze. Pewnie dlatego zawsze jestem sceptyczna, jeśli chodzi o polecajki na okładkach książek. Łatwiej nie dowierzać i być mile zaskoczonym niż sromotnie się rozczarować. Tym razem jednak mogę w zupełności zgodzić się ze słowami Soni Bohosiewicz. 

Życie uczuciowe to najbardziej nośny temat, jaki może sobie wyobrazić literatura. Nieważne czy mamy do czynienia z miłością zakończoną happy endem czy nieszczęśliwą, która pozostawia ranę w sercu. Kibicujemy jednym parom, nie znosimy innych, łączymy bohaterów w przeróżne konfiguracje, przeżywamy z nimi emocje, oceniamy podjęte decyzje, niewykorzystane szanse. O ile pisanie o miłości nie wydaje się wcale takie łatwe, o tyle sam wybór tego, jak przedstawimy uczucie jest bardzo często poddany schematom. "Sekret Tatiany" wymyka się jednak pewnym szablonom, nie jest taki jednoznaczny jak mogłoby się na początku wydawać. Żołnierz carskiej armii pochodzący z bogatej i zasłużonej dla kraju rodziny zostaje ranny podczas walki. Trafia do szpitala, w którym opiekuje się nim córka cara Tatiana. Młodzi przypadają sobie do gustu i tu zaczyna się cała historia. Uczucie rozkwita, ale księżniczka nie jest partią dla każdego. Pojawiają się pierwsze znaki zapytania, obawy, nadzieje. Do tego zaczyna się historyczna zawierucha. Prawie 100 lat później Kitty ucieka od problemów do odziedziczonego po pradziadku domu. Musi odetchnąć, uspokoić emocje, ułożyć w głowie myśli i dowiedzieć się czegoś więcej o swoim przodku.

Dwie linie czasowe, dwie przeplatające się ze sobą historie. Gill Paul zabiera czytelników do carskiej Rosji. Niepokojów XX wieku, narastających - biedy i niezadowolenia społeczeństwa, zmęczenia wojną, anty-monarchicznych nastrojów. Na zasadzie opozycji przedstawia dom carskiej rodziny i świat zewnętrzny. Nieświadomość, jaka towarzyszy wielkim księżnym, zapatrzenie w pewne bliskie im osoby, duma, upór kontrastują z opinią społeczną, szerzącą się niechęcią i coraz głośniejszym sprzeciwem wobec porządków władcy. Domowy, ciepły świat Romanowów ściera się z realiami frontowymi oraz frustracją znacznej części Rosjan. Trudne decyzje, zmieniające się szybko realia,  krótkowzroczność rządzącego, gonitwa z czasem i niewłaściwe wybory to wszystko miesza się na kartach książki.

"Szumiało mu w uszach, nogi miał jak z waty, jego umysł płonął: była to najwspanialsza chwila w jego życiu, a mimo to był prawie nieprzytomny. Pragnął, żeby czas zwolnił i umożliwił mu rozkoszowanie się każdą sekundą, analizowanie każdego słowa (...), przeżycie tego momentu w pełni." - s. 90

Miłość, to właśnie ona jest głównym tematem "Sekretu Tatiany". To niemal hołd oddany uczuciu, które zniewala, zagarnia całego człowieka, staje się jego tlenem, wodą, wszystkim. Nieco sielankowemu, oddającemu realia XX wieku, a jednak silnemu i mającemu posmak romantycznego zauroczenia, które popycha do działania. Gill Paul opisuje jednak wiele rodzajów miłości. Tę, która przychodzi niespodziewanie i rodzi się z fascynacji człowiekiem, jego zaskakującą osobowością i niezwykłością. Ekscentryczne i burzowe porywy serca, przysłowiowe pioruny rażące człowieka. Inną złożoną z przyjaźni, ciepła, poczucia bezpieczeństwa i pociągu fizycznego. Taką, która trwa wiele lat, choć nie oddalibyśmy za nią wszystkiego. Swoisty magnetyzm między ludźmi, który pozwala odetchnąć, być w pełni sobą. To w końcu relacja wzajemnego uzupełniania się, podziwu, odczytywania swoich myśli, snucia wspólnych planów, stopniowej stabilizacji i zwykłego szarego życia. Każda z nich porusza różne struny duszy, zapewnia inne doznania. Autorka nie wygłasza jednak sądów, nie mówi, to uczucie jest prawdziwe, tamte to jedynie iluzja. Wręcz przeciwnie. Pokazuje piękną prawdę - człowieka można kochać na przeróżne sposoby i żaden z nich nie jest lepszy czy gorszy. Nie ma dwóch takich samych osób, nie ma identycznych relacji. W każdym człowieku urzeka nas co innego. Można zakochać się od pierwszego wejrzenia, a można po latach, znajdując przy kimś bezpieczną przystań i radość. O każdy związek jednak trzeba dbać, to kolejny wniosek, jaki wypływa z powieści.

Powieść Gill Paul to również historia o pisaniu i odkrywaniu przeszłości. Motyw książki w książce i samego aktu twórczego jest jednym z moich ulubionych a tu czytelnik powoli poznaje losy bohaterów. Nie jest pewny kolejnych wydarzeń. Przeskakując z XX wieku do współczesności, w której Kitty zagłębia się w rodzinną tajemnicę, musi czekać na poznanie wszystkich odpowiedzi, ale zdecydowanie nie jest to irytujące. Przyznam się, że podczas lektury sięgałam po telefon, sprawdzałam pewne informacje w internecie, a rzadko czuję się zmotywowana do tego, by weryfikować prawdziwość wątków czy chcieć, jak w tym przypadku, zobaczyć jak wygląda postać historyczna.



Jak już wspominałam książka podzielona jest na przeplatające się ze sobą rozdziały, które opowiadają historię z czasów panowania Romanowów i przedstawiają losy współczesnej kobiety. Język jest prosty, ale sugestywny i przesycony emocjami. Autorka kreśli klimatyczne obrazy, dzięki którym przenosiłam się w czasie i obserwowałam uczucie rodzące się między Tatianą a Dymitrem, by następnie znaleźć się w położonym nad jeziorem domku, pełniącym rodzaj azylu dla Kitty. Z jednej strony historia przedstawiona przez Gill Paul jest prosta, z drugiej chwyta za serce i każe zastanowić się nad tym, co jest najważniejsze w życiu, jak tworzyć więzi z drugim człowiekiem. To nie cukierkowa książka o wielkiej miłości, ale słodko-gorzka historia, w której nie brak cierpienia, problemów, odchodzenia od zmysłów a sama dawka goryczy jest ogromna. Pisarka snuje opowieść o ludziach, którzy zawsze coś poświęcają dla innych. Jedni wpadają w ciemność, inni są światłem i porażają wielkością serca i ogromem zrozumienia dla bliźnich. Uzupełniają się wzajemnie, choć wydaje mi się, że zawsze któraś strona jest stratna, daje więcej, otrzymując dużo mniej. Bohaterowie są żywi, targani namiętnościami, bliscy czytelnikowi, właśnie przez rozterki, które przeżywają. Jest w tej książce coś jeszcze, co sprawia, że wciąga bardziej niż wiele jej podobnych. Jakaś łatwość we wchodzeniu w tę historię, odnajdywaniu w niej siebie, odczuwaniu bliskości z pewnymi postaciami. Dobrych powieści jest naprawdę dużo, ale tych, które zapadają w pamięci już zdecydowanie mniej. Z "Sekretem Tatiany" jest tak, że mimo nieskomplikowanej fabuły zakrada się do serca swoim ciepłem, mnogością uczuć, rosyjską duszą i zostaje w czytelniku. Ciekawym pomysłem, o którym warto wspomnieć na koniec jest również podwójna wersja okładkowa. Jedna stylizowana właśnie na XX wiek, druga, całkiem współczesna, słoneczna, nieco nostalgiczna.

Jeśli nie lubicie książek związanych z historią, nie musicie się obawiać. Tu jest ona tylko tłem,  wartością dodaną, pretekstem do opowiedzenia o pewnej historii miłosnej i losach człowieka, który poznaje, co naprawdę znaczy kochać.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Mando.

Fragment książki znajdziecie TU.

Gill Paul, Sekret Tatiany, przeł. Anna Gralak, Wyd. Mando, Kraków 2018.


niedziela, 18 listopada 2018

Spacerowe rozkminy #11





Macie czasem tak, że długo o czymś myślicie i nagle jedno zdarzenie sprawia, że to nad czym tak dumaliście wydaje się już nawet nie proste, ale wręcz konieczne? Mnie zdarzyło się to kilka razy. Ciekawe doświadczenie.



Wczorajszy dzień to spotkanie blogerów i vlogerów na Literackiej Stolicy. Dwa wykłady. Ciekawe i skłaniające do refleksji, dla mnie naprawdę głębokiej. Pierwszy, który prowadziła Paulina Małochleb z Książek na ostro dotyczył słabych miejsc w tekście, ale tak naprawdę zagadnienia wykraczały poza to sformułowanie. Ja odczułam go trochę jakbym dostała obuchem w głowę, w pewnych kwestiach. Postawiłam sobie któryś kolejny raz pytania, kołaczące mi się po głowie od kilku miesięcy, co teraz, jak się rozwijać, w którą stronę iść. Notatki zrobione, problemy do pochylenia się nad nimi sformułowane, powoli w głowie rodzi mi się plan działania. Może trochę rewolucyjny, może nie, zależy jak na to wszystko popatrzeć. Ważne jednak, że chcę spróbować. Dla mnie słuchanie o tym, jak pisać jest ogromnie ważne, dlatego cenię zarówno same wnioski i rady jak i polecenia tego, kogo warto czytać, by rozwijać swój warsztat. 



Następna prelekcja tym razem Rafała HetmanaCzytamRecenzuję.pl i Vloga o książkach prowadzonego wspólnie z Aleksandą PasekParapetu literackiego to rzecz o tym, jak działać w świecie, w którym fb i inne platformy tną zasięgi. Jak odnaleźć się w tej rzeczywistości. Dobre rady, nieco inne spojrzenie na sprawę, na pewno warte zastosowania :). A poza tym przemiłe rozmowy, dyskusja o blogosferze, projektach kulturalnych, bibliotekach, przyjmowaniu przez nie darów, kupowaniu nowości, działalność tych placówek. Zatrzymam się na chwilę przy tym temacie. Dosłownie parę słów. Po pierwsze dziś biblioteka to nie tylko miejsce wypożyczania książek, ale i audiobooków, gier planszowych, muzyki, filmów, korzystania z Internetu, wielu kursów, warsztatów o szerokiej gamie tematycznej. To również przestrzeń do spotkań zarówno tych autorskich, jak i społeczności lokalnej. Nawiązywania więzi, realizacji przeróżnych pomysłów tak kulturalnych jak i prospołecznych. Niezmiennie to miejsce, do którego przychodzimy po informacje i książki. I tych tam nie brakuje, i nowości i starszych pozycji. Warto zaglądać, korzystać, czytać, zachęcać do wizyt w bibliotekach, bo to świetne miejsca i dają książki za darmo :). Podczas literackiej stolicy nie zabrakło oczywiście książek <3, bo jak inaczej. Dziękuję organizatorom za wspaniały dzień i wszystkim, z którymi udało mi się porozmawiać za mile spędzony czas :) oraz wydawnictwom i miastu za miłe podarunki :).




Piętrzą się, wymagają uwagi, przyciągają, kuszą. Każda z nich chce być pierwsza. Obiecuje niezapomniane wrażenia, wspaniałe światy, dobre wieczory, ważne problemy, które trzeba przemyśleć. Uwodzą językiem, subtelnym, poetyckim, delikatnym lub wręcz odwrotnie dosadnym, momentami brutalnym i wulgarnym. Są jak oliwa na ranę, miód na serce albo przeciwnie burzą krew, ponoszą ciśnienie. Doceniam je, lubię, szanuję. Spieram się z nimi, czasami mam ochotę wyrzucić  je przez okno, krzyczeć, wyżyć się tekstowo. Zagarniają człowieka w swój świat. Wciągają pod koc z kubkiem gorącej herbaty i przenoszą w całkiem inną rzeczywistość. Zalegają na półkach, parapecie, podłodze. Czasem mam wrażenie, że wyskakują z szafy, lodówki, internetu, każdego miejsca, w którym jestem. Nie mogę i nie chcę bez nich żyć, ale muszę się zatrzymać. Wszystko ułożyć. Sprawić, by spacer znów był spacerem a nie biegiem przez płotki czy biegiem na czas z przeszkodami. Chcę znów zanurzać się w lekturze powoli. Smakować najlepsze fragmenty, wracać do nich, snuć teksty nie o całej książce, ale o jej fragmentach, literaturze lub życiu. Chcę tych magicznych chwil, które zostają w pamięci, odcięte od zasięgów, przypomnień, że nie istnieję, bo nie mam kontaktu z czytelnikami. Tak, pamiętam, lubię, szanuję ich, dlatego zwalniam. Chcę pisać dobrze, lepiej. Bez pośpiechu, przerzucania kolejnych stron, ścigania się, czy zdążę przed premierą kosztem snu czy nie. Chcę zarywać noce, bo nie mogę oderwać się od lektury, a nie dlatego, że muszę dotrzymać terminu, który czasami koliduje z moimi obowiązkami i życiem prywatnym. Spacerowanie ma to siebie to, że jest przyjemne. Pozwala zatrzymać się i podziwiać wiele rzeczy. Relaksuje i daje szansę napawania się pięknem. I tak ma być tutaj. 

Od nowego roku będzie trochę inaczej. Jak? To się okaże, ale decyzja podjęta, pomysły są, więc mam nadzieję, że zostaniecie, przystaniecie ze mną i pospacerujemy razem po świecie słowa. Niespiesznie, refleksyjnie, czasem pewnie nieco poetycko. Co o tym sądzicie? Dajcie znać. Buziaki w zimną i śniegowo-deszczową niedzielę :*. 

niedziela, 11 listopada 2018

Przemysław Wilczyński "Jan Kaczkowski. Życie pod prąd"


"To właśnie ten styl i ta wizja człowieka odróżniają najwyraźniej Jana Kaczkowskiego od innych księży, również tych, których ma wówczas dookoła siebie. Włącznie, a może nawet na czele z księdzem Mazurem, z którym skądinąd się lubi, nie szczędząc mu wszelako - i vice versa - licznych złośliwości. Wieczorna koncelebra, mszy przewodniczy inny wikary, na wezwanie "Przekażcie sobie znak pokoju" Mazur mówi do kolegi: "Pokój z tobą, ślepcze!", by po chwili - ku uciesze słyszących ministrantów, lektorów i proboszcza - usłyszeć: "I z tobą, grubasie!". - s. 176

Rozmawiając z Przemysławem Wilczyńskim na Targach Katolickich Wydawców byłam jeszcze przed lekturą jego książki. Mówiliśmy wówczas, że ks. Kaczkowski już za życia stał się legendą. Na przekór wszystkiemu, co lansują media i współczesny świat. W dobie idealnych figur, operacji plastycznych, prostego, przyjemnego i gęsto lukrowanego obrazu codzienności, pięknych zdjęć z Instagrama, hygge i unikania trudnych tematów zainteresowanie księdzem, który zajmował się osobami terminalnie chorymi i sam nie wpisywał się w kanony współczesnych trendów, było co najmniej zaskakujące. Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko dbaniu o siebie, hygge, czy pięknym kompozycjom zdjęciowym. Nie rozumiem po prostu pomijania milczeniem problematycznych kwestii w przestrzeni publicznej oraz prawdy, że na świecie istnieje również cierpienie, choroby i ludzie, którym należy się pomoc i pamięć. 

I tu nagle popularność zdobywa człowiek, który akcentuje to wszystko. Sam z problemami zdrowotnymi, ograniczeniami fizycznymi, potem chorobą nowotworową pokazuje, że mimo wszystko można żyć na pełnej petardzie, cieszyć się każdym dniem. Daje zupełnie inny od znanego wielu obraz człowieka i kapłana. Nie boi się rozmów, telewizji, internetu. Często w dość mocnych słowach mówi o tym, co dzieje się w Kościele. Broni Jurka Owsiaka, stwierdzając, że chętnie posiedzi z nim w piekle, piętnuje szkodliwe zjawiska, apeluje o potrzebę mądrzejszego prowadzenia życia duchowego i bycia otwartym w stosunku do kapłanów i kandydatów na księży. Jest inny, wymyka się schematom, nie jest wobec siebie pobłażliwy, nie roztkliwia się nad trudnościami. Jeśli zaczyna jakiś projekt poświęca mu się bez reszty. Często, co będzie ukazywał w książce autor, idzie drogą niemal od końca, pomysł, realizacja, a potem zgody. Działa z wielkim rozmachem, ale i namysłem.



Jego droga życiowa jest szalenie fascynująca, choć niełatwa. Wyrasta w inteligenckim domu. Odbiera bardzo dobre wykształcenie, jest ambitny i nauczony, że pokazywanie swoich niedociągnięć nie ma sensu, można za to wykazać się lepiej w innych dziedzinach. Mądra pedagogika matki, czyni go osobą, która nie tylko nie boi się wyzwań intelektualnych i realizowania kolejnych przedsięwzięć, ale absolutnie nie chce żadnej taryfy ulgowej. Jego charakter sprawia, że potrafi poradzić sobie z przeciwnikami. Przyciąga ludzi nawet tych, którzy początkowo nie są mu przychylni. Problem napotyka dopiero w seminarium. To inny świat, który rządzi się swoimi prawami, głęboką instytucjonalnością i brakiem otwartości na świeże i niekonwencjonalne spojrzenie czy pomysły. Jan otwarcie mówi o tym, że powołanie swoją drogą a władze seminarium swoją. Mimo iż sam zostaje kapłanem zdaje sobie sprawę, że przed wieloma osobami mimo szczerej chęci głoszenia Ewangelii drzwi pozostają zamknięte.

"Jezus musiał być załamany wiedzą o swoim losie jeszcze bardziej niż ja, dowiedziawszy się o chorobie. (...) Powiem to panu wprost: sam nie uniósłbym informacji, że umrę za kilka miesięcy. Myślę, że Chrystus - mówiąc obrazowo - płakał, denerwował się, cierpiał. Bóg jest Bogiem kochającym, wchodzącym w nasze nieszczęście". - s. 369

Nie jest doskonały jak spiżowy pomnik, którym mam wrażenie, chcielibyśmy go uczynić. Pomaga chłopcom ze szkoły, w której uczy. Staje się dla nich w pewien sposób ojcem, ale ma też swoje uczucia i nie zawsze potrafi pogodzić się z ich dorastaniem. W swoich wielkich ambicjach wydaje się kilka razy zbytnio zapędzać w słowach i czynach. Różni się mocno od Kaszubów, bardziej powściągliwych, zamkniętych w sobie, nieufnych wobec obcych. A jednak z biegiem czasu staje się ważną częścią społeczności Pucka, do którego trafił po święceniach, z którymi też był problem. Następne lata to czas wzmożonej i ogromnie intensywnej pracy w szpitalu, szkole, w końcu w hospicjum, najpierw tym domowym, potem stacjonarnym. Wyjazdy, wywiady, spotkania, książki, posługa duszpasterska. Czytelnik odnosi wrażenie, że aktywnościami ks. Kaczkowskiego można by  spokojnie obdzielić kilka osób a przecież to wszystko robi jeden mężczyzna z ogromną wadą wzroku i chorobą nowotworową.



Przemysław Wilczyński wykonał naprawdę wielką pracę pisząc biografię ks. Jana. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem zgromadzonego materiału, odbytych rozmów, licznych maili, prób skontaktowania się z kurią, docierania do tych mniej znanych faktów, zapoznania się z jego tekstami. Przede wszystkim jednak najbardziej ujęła mnie rzetelność dziennikarska autora. "Jan Kaczkowski. Życie pod prąd" nie jest bowiem laurką na cześć tego niezwykłego kapłana, ale tekstem pokazującym wiele aspektów życia i charakteru bohatera. To nie żaden ideał bez wad, ale człowiek z krwi i kości. W poszukiwaniu prawdy o onkocelebrycie, jak określał siebie ks. Kaczkowski, dziennikarz odziera bohatera z kolejnych warstw legendy, jaka narosła wokół jego osoby. Odbrązawia kapłana, który walczył ze swoimi słabościami, bywał zbyt ambitny, nieraz podchodził do spraw nazbyt emocjonalnie. Pokazuje wytrwałość, siłę, ale też ludzki obraz księdza. Jego czułość, wrażliwość, cięty język, dosadny i inteligentny humor. Wspomina o tym, że ksiądz nie unikał trudnych tematów, potrafił o każdej porze dnia i nocy być dla innych, choć gdy trzeba było bez problemu umiał tupnąć nogą i głośno wyrazić swoje zdanie. Czasem bywał zbyt wymagający wobec innych, może nie do końca potrafił zrozumieć ludzi, którzy się poddali, których przerosło życie, choroba, doznane krzywdy. Zawsze jednak starał się być dobrym kapłanem, oddanym Bogu, mającym wielki szacunek do Eucharystii i co najważniejsze, mądrze trwającym przy odchodzących. Zdaje sobie sprawę z tego, że mimo świetnego języka, ciekawie przedstawionego materiału, rzetelności i innych zalet, nie wszystko w tej książce spodoba się tym, którzy cenią ks. Kaczkowskiego. Że pewne rzeczy będzie im trudno przyjąć, sama miałam z tym problem podczas lektury. Ale to jedna z tych książek, które uczą pokory i pokazują, że każdy ma wady, dlatego świętość jest ludzka, osiągalna, jest dla każdego. Bohater książki Przemysława Wilczyńskiego to człowiek godny naśladowania z wielu względów. Szczególnie warto jednak o nim pamiętać, gdy jest ciężko, gdyż ograniczenia da się pokonywać, a życie na pełnej petardzie powinno być celem każdego.

Fragment książki znajdziecie TU.


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu WAM.

Przemysław Wilczyński, Jan Kaczkowski. Życie pod prąd, wyd. WAM, Kraków 2018.


poniedziałek, 29 października 2018

Spacerowe rozkminy #10




Październik prawie się kończy. Minęły ciepłe, bajeczne, wypełnione słońcem dni, w które można było grzać się w parku z książką. Spacerować, podziwiać cudownie kolorowe drzewa. Dziś za oknem deszcz, mocny wiatr, zimno i jakoś tak melancholijnie. Na biurku leży zaczęty "Sekret Tatiany", "Ucho igielne" i "Nikt nie idzie". Jesień to dla mnie czas refleksyjnych, trudnych i smutnych książek, o czym już wspominałam. To dobry okres na klasykę, coś co wypełni człowieka smutkiem, ale jednocześnie wleje nadzieję, skłoni do zadumy, każe pomyśleć. Specyficzna pora i konkretne lektury.



Tym razem październik przyniósł mi moc wrażeń w sensie literackim. Dziś śmiało mogę powiedzieć, to był owocny miesiąc. 10 października wraz BajkochłonkąKsiążkojadamiLiterackimi skarbami świata całego oraz Literacką Kavką wzięłam udział w debacie "Promotorzy czytania" zorganizowanej przez Wojewódzką i Miejską Bibliotekę Publiczną w Rzeszowie. Moderatorką naszej dyskusji była Anna Dziewit-Meller, która świetnie poprowadziła całą rozmowę od a do z. Mówiłyśmy najpierw o sobie, kim jesteśmy, skąd wziął się pomysł na nasze blogi, co się na nich znajduje. Padło wiele słów o projektach, które wyróżniają każdą z nas, naszych literackich sympatiach. Rozmowa dotyczyła wielu tematów. Poruszyłyśmy kwestię recenzji zarówno tych pozytywnych jak i negatywnych, sprawę warsztatu, naszego stylu, chęci pisania dla szerszego grona, ale już w nieco innym wydaniu. Zastanawiałyśmy się, jaką rolę pełnią dziś blogerzy, jak wpływają na czytelników. Nie zabrakło oczywiście pytań dotyczących etyki blogerskiej, spraw związanych z tym, czy możemy otrzymywać wynagrodzenie za recenzję. Poruszyłyśmy również temat zasięgów, które nieraz spędzają sen z powiek.



Przede wszystkim jestem pod ogromnym wrażeniem doboru zaproszonych osób. Każda z nas jest inna, ma swoje własne literacko-blogowe "poletko", dzięki czemu rozmowa była ciekawa, żywiołowa i przyniosła konkretne wnioski. Rzetelność, prawdziwość, zaangażowanie, pasja i pozostawanie sobą. To przede wszystkim powinno cechować blogera. Ważne jest również doskonalenie siebie i swojego warsztatu. W dobie kultury obrazkowej, w której nie mamy za wiele czasu, blogi zdają się odchodzić do lamusa, choć to co dzieje się na naszych stronach zaprzecza temu. Piszemy z pasji, chęci dzielenia się swoimi przemyśleniami, otwartości na rozmowę i ukłon w stronę Instargama, który staje się coraz popularniejszy, tego nie zmieni. Kocham pisać i nie potrafiłabym się ograniczyć do kilku zdań i zdjęcia. Zachęcać do czytania, propagować dobre książki, ale pozostawiając czytelnikowi wolność. Nie wprowadzać absolutnie żadnych podziałów, gdyż one czynią szkodę, a nie uświadamiają, że istnieje proces dojrzewania czytelnika. To zadanie, które sobie stawiam a jednocześnie dobre podsumowanie naszej debaty, zachęcać do czytania w wolności wyboru.

Jeśli chcecie posłuchać nieco o tym, co miałyśmy do powiedzenia, zapraszam do relacji w Radio Rzeszów - Relacja z debaty oraz do krótkiej informacji z TVP3 Oglądajcie od 22 minuty 40 sekundy.

Październik był też miesiącem nowości, które starałam się jak najszybciej recenzować i po raz kolejny naszła mnie refleksja, że muszę bardzo uważnie dobierać lektury. Bo taki naprawdę intensywny maraton recenzencki jest fajny, ale raz na jakiś czas. Cieszy mnie fakt, że pisałam o naprawdę dobrych książkach, ale wszystko w swoim czasie i przekładane lekturami spoza nowości. Wróciłam jednak do pisania o poezji i mam zamiar robić to częściej, bo jak głosi hasło kampanii "kultura leczy" - "Poezja leczy prozę życia". Ja co prawda uważam, że codzienność jest piękna, ale poezja znacznie ją wzbogaca <3





Idąc tym tropem chciałam wspomnieć o premierze tomiku "Atropina" Adriana Sinkowskiego, w której uczestniczyłam. O samym tomiku już pisałam, ale szalenie ciekawie było powrócić do niemalże akademickiego świata miłośników literatury, którzy wgryzają się w poezję, by wyciągnąć z niej mnogość emocji i sensów. Wielowątkowość tomiku, różnorodność interpretacji gości była świetnym świadectwem tego, że nie istnieje jeden właściwy sposób odczytywania utworu. Poezja tętni życiem, czaruje, ukazuje coraz to nowe obrazy, poddaje się doświadczeniu i wiedzy czytającego i to jest jej siłą. Tego wieczoru pojawiły się pytania o to, co kryje się poza dosłownym znaczeniem słów. Znam to, miałam podobnie. Pozostawałam jakoś bezradna, ze świadomością tego, że coś mi ucieka, drga na brzegu świadomości i podświadomości, nieznanego i znajomego, wymyka się, pozostając nieuchwytne, choć praktycznie jest w zasięgu ręki. Czy brakowało nam cierpliwości, wiedzy? Myślę, że w każdym czytelniku drzemie pokusa, by skonfrontować swoje przekonania z zamysłami autora, dowiedzieć się więcej, przekonać czy dobrze odgadło się tropy, odczytało sensy. To pokłosie szkolnej interpretacji tak innej od tego, co usłyszałam i co dało mi autentyczną radość. Jednak przekonać się, że zrozumiało się poetę tak jak on widzi teksty, to dobre doświadczenie. Wielką przyjemność sprawiło mi słuchanie dociekań, zamysłów interpretatorów i samego autora, który mówił o tym, co chciał przekazać, pozostawiając jednak niedopowiedzenia, by czytelnik mógł sam odkryć "Atropinę".



Poezja nadal jest niedoceniana. Wydaje się trudna, odstrasza skutecznie po latach szkoły. Brakuje nam do niej serca. Brakuje pokory i wolności wyciągania wniosków. Niby istnieje hermeneutyka (rozumiana jako otwarcie się na dialog), ale jakoś mało jej w szkole. Czy tak bardzo przeraża nas, że ktoś widzi w tekstach coś, czego my nie dostrzegamy? Czym innym jest całkowite odejście od tekstu, a czym innym strach przed wyjściem poza klucz. Drugim tomikiem, całkiem innym od "Atropiny" był "Raport zza mgły" Piotra Duraka, typowo jesienna lektura. Smutna, wgryzająca się w duszę, z pesymistyczną refleksją, zapisem rozczarowań podmiotu lirycznego, upadkiem ideałów, przeniesieniem zainteresowań człowieka z ludzi na maszyny. Jednocześnie w tym ponurym świecie ogromną wartość zyskuje wyszukiwanie piękna i prostych radości. Manifestowanie wolności i szukanie człowieka wśród tłumu, w którym jest się dogłębnie samotnym. To bolesna literatura, ale skłaniająca do przemyśleń i pisana pięknym językiem proza poetycka.



Jesień to również drugi tom "Owocu granatu", który czytałam aż do rana, czując, że ta książka powstała dla mnie. To zapis pytań i szukania na nie odpowiedzi, z którym zmagałam się na różnych etapach życia. To nie sielankowa powieść o miłości, ale historia dogłębnie życiowa, taka która każe zatrzymać się i zastanowić, jakim cudem odnajduję siebie na kartach książki, jak powieść o zabarwieniu historycznym może być jednocześnie traktatem o człowieku i jego odwiecznych problemach. Jeśli nie czytaliście, nie traćcie czasu. Wypożyczajcie, kupujcie, zamawiajcie, bo takiej literatury się nie zapomina, nie omija, nie pozwala się przejść obok niej obojętnie.



Jeśli jesteśmy przy Marii Paszyńskiej to październik to również czas, w którym pojawił się pierwszy spacerowy patronat <3 czyli "Córka gniewu", trzeci tom trylogii sułtańskiej. O mojej bezgranicznej miłości do książek tej pisarki nie muszę chyba nikomu mówić. Jestem ogromnie szczęśliwa, dumna i zaszczycona, że mogłam objąć patronatem tę powieść, bo jak sami wiecie, dobrej literatury nigdy dość!

Skończył się czas zbierania kolorowych liści, zaczął przeziębień, herbaty z imbirem i miodem oraz spokojnych wieczorów spędzanych z książką przy lampce. I choć żal mi ogromnie Krakowskich Targów Książki, na których nie byłam, to listopad zapowiada się naprawdę ciekawie literacko i spotkaniowo, ale o tym następnym razem. Ubierajcie się ciepło, nie zapominajcie o czapce, herbacie i dobrej lekturze. 

P.S. Po kliknięciu w pogrubione tytuły książek, przeniesiecie się do ich recenzji :). Miłej lektury.