poniedziałek, 30 października 2017

Nienasycony - Michał Larek "Furia"



"Zanim zrozumiał, że jest ścigany, poczuł najpierw potężne zdziwienie. Do tej pory przez myśl mu nie przeszło, że ktoś zajmuje się kobietami, które zabił. Było, minęło. Wkurwiły go, więc je zamknął. O co im chodzi? Nie mają ważniejszych rzeczy do roboty? To były tylko jakieś głupie dziwki.
(...)
- Zabójca trzech kobiet! - Usłyszał w głowie. - Zabójca trzech kobiet!
To był dla niego szok. Nigdy tak o sobie nie myślał. Zabójca? On? Zaczęło dochodzić do niego, że cały jego dotychczasowy świat właśnie wywraca się do góry nogami. Że już nie może wrócić do domu, do Ireny. Że znalazł się w pułapce! Że musi gdzieś uciec, skryć się i coś wykombinować." - s. 251-252

Emocje bywają bardzo silnymi bodźcami. Czasami wręcz przesłaniają człowiekowi jasność widzenia. Podobnie jest z popędem. Istnieje odłamek ludzi, który nie potrafi nad nim zapanować ani w żaden sposób go kontrolować. Problemy, stres, ciemna strona człowieka i może dojść do tragedii.  

Miłe spotkanie, czułe słówka, dobra rozmowa, zaspokojenie. Udana randka, która nie ma prawa zakończyć się tragicznie. Mimo tego pewnego dnia ktoś odkrywa zwłoki atrakcyjnej, wystrojonej kobiety. Co zaszło między nią a zabójcą? Policjanci z Wojewódzkiej komendy policji w Poznaniu rozpoczynają śledztwo. Wkrótce pojawia się kolejna ofiara. Sytuacja się zaognia. Pewne tropy się powtarzają, śniady, przystojny mężczyzna, niebieski żuk. Kto i dlaczego morduje kobiety? 

Michał Larek zabiera tym razem czytelników do świata, który podporządkowany jest żądzom i chaosowi. Jeden nieostrożny ruch i kochanek zmienia się w psychopatę i mordercę. Uwaga na temat jego postępowania, sprawności, lekka ironia i pojawiają się demony. Wszystko może wywołać katastrofalną reakcję. A przecież on jest taki pociągający, wspaniały, choć daleko mu do kochanka idealnego. Mimo wielu zalet i silnie pociągającej aparycji oraz ciągłego apetytu na seks, ma swoje wady. Umie czarować, ale do pewnego momentu. Gdy tylko pojawią się negatywne emocje, lepiej być daleko. Poznań, lata 90-te XX wieku. Komenda z dobrymi i złymi policjantami, taśmy magnetofonowe z zagraniczną muzyką, ogromne zafascynowanie amerykańską kulturą, pragnienie bycia twardym gliniarzem no i pączki, taki świat kreśli autor. Zacznijmy od komisarza Harrego, który od razu nasuwa skojarzenia z brudnym Harrym i tak, jest to strzał w dziesiątkę, ponieważ bohater posługuje się przemocą, by wydobywać z zatrzymanych zeznania i znany jest ze stosowania niekonwencjonalnych metod działania. Cała komenda przymyka jednak na to oczy, nawet poważa kolegę. Za cichym przyzwoleniem przełożonych, sprzątających po skutecznym policjancie, bohater ma szerokie pole manewru w nakłanianiu podejrzanych do mówienia. Harry nie tylko umie wydobywać informacje i skutecznie prowadzić śledztwa. Ma duży apetyt na seks, wydaje się dobrym kolegą w pracy i człowiekiem skłonnym do refleksji. Nie można jednak o nim zbyt wiele powiedzieć, ponieważ pojawia się do pewnego momentu powieści, a szkoda, gdyż wydaje się interesującą postacią, która wzbudza sympatię. Jego miejsce zajmuje Katia, nowy nabytek poznańskiego komisariatu. Kobieta zdecydowana, odważna, twarda. Nie chce forów, nie daje sobie dmuchać w kaszę, jest w pewien sposób specyficzna, ale na pewno skuteczna. Kolejną postacią jest Ostrowski zakochany w Ameryce mężczyzna, policjant z aspiracjami, któremu coraz bardziej zaczyna się podobać nowa koleżanka. W zasadzie te postaci wybijają się w książce i przyciągają uwagę czytelnika oczywiście poza sprawcą całego zamieszania.

"Furia" to opowieść o nienasyceniu, zwierzęcej żądzy zbliżenia i zaspokojenia. To nie książka o seksie, nie wiem nawet czy słuszne byłoby powiedzieć, że o seksoholiku, gdyż Grzegorz choć jest spętany własnym popędem, sprawia wrażenie nieracjonalnego. Historia przeraża. Wyłania się z niej ktoś podobny do głodnego zwierzęcia, które łapczywie chce się nasycić i zrobi wszystko, by mu się udało. Ktoś, kogo łatwo rozjuszyć, doprowadzając do ataku i niepohamowanej agresji. Bohater to całkiem nieobliczalny typ. Niby kulturalny, potrafiący zagadać, a z drugiej strony myślący całkiem innymi kategoriami. Brak mu umiejętności panowania nad własnym ciałem i jego zachciankami, bardziej jednak brak mu opanowania i refleksji nad sobą. Błyskawicznie ulega on emocjom w tak silny sposób, że zdaje się wręcz pozbywać wszelkich barier, zatraca się we własnym gniewie, a właściwiej byłoby powiedzieć w furii, która nim rządzi. Nie jest żadnym inteligentnym i przebiegłym seryjnym mordercą. To prosty, wręcz prostacki typ, który nie widzi absolutnie problemu w tym, co robi. Kobiety to dla niego jedynie miłe narzędzie do odczuwania przyjemności. Co najbardziej zdumiewa w książce? Z jednej strony podejście bohatera. Z drugiej zaś to, że powieść naprawdę mocno wciąga. Czyta się ją z ciekawością, mimo, że to trochę dziwne, śledzić z zapartym tchem losy takiego człowieka, chcieć dociec, co siedzi mu w głowie.

Autor kreśli w powieści bardzo ponury obraz świata, który podporządkowany jest pierwotnym instynktom. Nikt nie jest od nich wolny, nieważne czy jest przestępcą czy przedstawicielem prawa. Rożnica polega na tym, jak ulega się tym siłom. Michał Larek zdaje się mówić, o tym, kim jesteś, świadczy to, jak radzisz sobie z tym, co w tobie, a szczególnie z najsilniejszymi namiętnościami i żądzami. Bo możesz być człowiekiem, a możesz zatrzymać się na etapie zwierzęcego zaspokajania popędów. Autor świetnie przyciąga uwagę czytelnika i utrzymuje ją od pierwszych stron do końca. Prowadzi go między światem Grzegorza a rzeczywistością poznańskich policjantów, bo trzeba wyraźnie zaznaczyć, to dwa odrębne byty. Kontrastuje ze sobą Grzegorza i Harrego. Ci dwaj mężczyźni mają silne libido, ale każdy z nich zachowuje się inaczej. Policjant zdaje sobie sprawę z tego, że czasami ciało panuje nad nim, ale do pewnego momentu. Nie krzywdzi on nikogo, jest zdolny do wartościowania i oceny swojego postępowania. Tymczasem Kremer potrafi zaspokoić się wymuszając stosunki, zadaje ból i nie widzi nic złego w tym, że morduje. Co więcej, jest zdziwiony tym, że ktoś może interesować się zabitymi kobietami. Przecież one nie są warte uwagi. Zaskakuje sposób myślenia i wypaczenia tego człowieka. Choć chciałoby się powiedzieć, nie, czegoś brakuje, autor skrył coś przed czytelnikiem, bo nikt nie może być tak płaski, bezrefleksyjny, prostacki. Może tego mi właśnie zabrakło w "Furii" głębszego wnikania w motywacje i psychikę bohaterów.

Jeśli lubicie dobrą akcję, silne kobiety, klimat lat 90-tych i policyjne śledztwa to pozycja dla was. Absorbująca, wywołująca emocje, ukazująca ciemne strony człowieka, pełna cielesnego głodu i napięcia. Autor wciąga czytelnika w grę z bohaterami, umiejętnie rozplanowując akcję tak, by nie można było oderwać się od czytania. Pomimo ciężkiego tematu, "Furię" czyta się naprawdę dobrze, w każdych warunkach (sprawdzone nawet w komunikacji miejskiej ;) przy dużym hałasie). Ja niecierpliwie czekam na kolejny tom.



Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona

Michał Larek, Furia, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.

środa, 11 października 2017

Trudna spuścizna - Wiktor Krajewski "Pocztówki z powstania"



"Że choć od dramatycznych wydarzeń minęły już siedemdziesiąt trzy lata, przeżywają je nie tylko uczestnicy, ale także potomkowie. Trauma wojny jest niczym choroba genetyczna, która przechodzi z pokolenia na pokolenie. I ja jestem nią obciążony, choć bardzo bym nie chciał. Wiem natomiast, że nie jestem z tym wszystkim sam." - s. 17-18

Nie jestem historykiem, nie do mnie należy oceniać, czy wybuch Powstania Warszawskiego był właściwą decyzją. Potrafię zrozumieć, że ludzie, którzy żyli w wolnym kraju, którzy nagle zostali pozbawieni praw, musieli patrzeć na bestialstwo zabijania, wywożenia, torturowania bliźnich, nie mogli już wytrzymać i musieli coś zrobić. Pokolenie Kolumbów, jak wielu twierdzi, było od początku stracone. Nie jestem, co do tego przekonana, ponieważ liczni udowodnili, że mimo traumy wojennej, mimo ogromu zła, jakiego doświadczyli, wyrośli na naprawdę wspaniałych ludzi. 

Marek Krajewski przedstawia wojenne opowieści ośmiu osób, ludzi znanych, którzy osiągnęli sukces mimo koszmarnych doświadczeń. To również rzecz o tym, jakie było życie wojenne, jak zło przeplatało się z dobrem. Szybkie dorastanie, stykanie się ze śmiercią niemal na co dzień. Dbałość o najważniejsze wartości. Czytając ma się wrażenie, że nie doceniamy tego, co dziś mamy bez problemu. Odchodzi w zapomnienie wartość wolności, prawa do nauki. Skarżymy się, zapominamy, często bagatelizujemy historię nie tylko kraju, ale poświęcenia drugiego człowieka. Autor w krótkiej książce zawarł naprawdę fascynujące historie, jak choćby opowieść o mamie Cezarego Harasimowicza, która kilka razy cudem uniknęła śmierci a dzięki miłości pewnego odważnego człowieka wydostała się z piekła. Hanna Rechowicz wspomina, że ludzie byli naprawdę źli na powstańców. Obwiniali ich o swój los, rozwścieczenie Niemców, działania odwetowe. Sami Powstańcy nie byli w stanie często przekazywać wiadomości poszczególnym oddziałom, łączność była naprawdę ogromnie utrudniona. Tadeusz Rolke opowiada o absurdach pewnych rozkazów, które mogły narażać na niebezpieczeństwo naprawdę wiele osób. Polecenie pobicia niemieckich chłopców wydało mu się pozbawione sensu i wręcz niebezpieczne. Nie tylko nie miało wpływu na dalsze losy wojny, nie zmieniało ówczesnego stanu rzeczy, ale mogło powodować dotkliwe represje dla polskiej ludności. Uczestniczył on jednak w wielu zadaniach, które jego zdaniem miały rację bytu. Leszek Fidusiewicz mówi o piętnie życia bez ojca, pragnieniu poznania go, posiadania choćby kilku zdjęć. Nie może zrozumieć, jak bohaterowie wojenni działający podczas wojny w AK mogli być torturowani i niszczeni przez władzę Polski Ludowej. Przytacza nawet sposoby na krzywdzenie dzielnych mężczyzn, którzy nie ugięli się przed wrogiem. Wojna to także wywózki na wschód, której doświadczył Longin Bielak. Katorżnicza praca w kołchozach, codzienna walka o przetrwanie, zmaganie się z głodem, zimnem, nieludzkimi warunkami. W końcu wyjazd jako wojskowy, który miał być przepustką do Polski i możliwością służenia ojczyźnie. Rosjanie i Ukraińcy wyłaniający się z kart książki napawają lękiem. Pijani, gwałcący kobiety, nieobliczalni, ale często na szczęście też leniwi, co niejednokrotnie sprzyjało przeżyciu Polaków. 

"Mimo poczucia bezpieczeństwa, wojenne obrazy wracały czasem w koszmarnych snach. Niektóre sceny do dziś mam przed oczami. W dniu, kiedy zaczynało się Powstanie, byłam rozpieszczonym nieznośnym dzieckiem. Z Powstania wyszłam jako dojrzała, ukształtowana oraz potrafiąca rozróżnić, czym jest zło, a czym dobro osoba." - s. 209

Bohaterowie wyznają, że wojna nie była czasem, w którym wszystko było czarno-białe. Zdarzali się miłosierni Niemcy i Rosjanie, którzy przymykali oczy na pewne sytuacje lub po prostu darowywali Polakom życie. I w drugą stronę, byli Polacy, którzy wydawali innych Niemcom lub pragnąc ocalić skórę mówili, że są folksdojczami. Bohaterska walka przeplata się tu z obrazami nędzy ludzkiej, śmiałe czyny ze skrajnym wyczerpaniem, dzieciństwo z błyskawicznym wkraczaniem w dorosłość. To nie pozycja o chwale i bohaterach pisana z patosem, ale szczere opowieści, które pokazywały często cienie tamtego czasu, brak organizacji, działanie pod wpływem chwili, trudne decyzje. Co mnie najbardziej poruszyło to stwierdzenie, że dramat, który się rozegrał nie zakończył się z chwilą upadku powstania czy ustania działań wojennych. Nie zamknął się nawet w obrębie życia ludzi, którzy doświadczyli okrucieństwa wojny. On trwa nadal, przekazywany z pokolenia na pokolenie, jakby faktycznie podskórnie, w genach przekazywano niepokój i traumę tamtych dni, jakby nieodwracalnie zapisało się to w historii ludzkości i nieprzerwanie trwało od tylu lat. Zostaliśmy czegoś pozbawieni i naznaczeni czymś, z czym nie potrafimy się do końca uporać. To nas stwarza, kształtuje, rzutuje na nasze życie. Tylko od nas zależy, jak pokierujemy spadkiem, który dostaliśmy od przodków. Jak wykorzystamy doświadczenie, które na nas spadło.



"Pocztówki z powstania" to ciekawa lektura, nieprzesłodzona, niepatetyczna. Szczera w swoim ukazywaniu tego, czym naprawdę był wojenny czas. Pisana naprawdę przystępnym językiem. Można by rzec, krótko, zwięźle i na temat, choć nie wszystkim może przypaść do gustu właśnie przez stawianie sprawy otwarcie, bez budowania legendy, choć powstało już wiele książek, które nie ukazują patetycznego obrazu, ale szukają prawdy z blaskami i cieniami działań przeciw najeźdźcom. Całości dopełniają ciekawe fotografie, które sprawiają, że lepiej można wczuć się w tamte czasy. Jak dla mnie to książka warta przemyślenia, którą dobrze było przeczytać.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Edipresse. 

Wiktor Krajewski, Pocztówki z powstania, wyd. Edipresse, Warszawa 2017.

piątek, 6 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień siódmy




Wisława Szymborska napisała bardzo mądre słowa o przemijalności, niepowtarzalności i niezwykłości czasu oraz życia ludzkiego. 

Nic dwa razy się nie zdarza 
i nie zdarzy. Z tej przyczyny 
zrodziliśmy się bez wprawy 
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli 
najtępszymi w szkole świata, 
nie będziemy repetować 
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy, 
nie ma dwóch podobnych nocy, 
dwóch tych samych pocałunków, 
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Przychodzimy na świat i uczymy się wszystkiego. Możemy powtarzać pewne czynności, nawet błędy, ale nigdy nic nie będzie tak samo. Zawsze towarzyszą nam inne okoliczności, my też się zmieniamy. Nie ma prób. Życie jest jedno. Staram się pamiętać, że czas jest dany do wykorzystania tylko raz. Nie cofnę go, nie poszerzę. Warto dobrze przeżyć swoje życie, czynić dobro i postępować tak, by być szczęśliwym i dumnym z siebie. Fakt, nie unikniemy rozczarowań, trudności, wpadek, ale ważne, by umieć doceniać dobro, łaski, by starać się przeżyć dzień najlepiej jak się potrafi. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)


Dziękuję dziś za moją pracę, którą bardzo lubię. Za to, że jest ciekawa, pozwala mi na kontakt z naprawdę świetnymi ludźmi. Za masę książek, która mnie otacza, interesujące wydarzenia kulturalne. Maluchy ciekawe świata, które zachwycają się pięknymi obrazkami, za wymiany zdań, miłe uśmiechy, życzliwe słowa. Dziękuję za dobro, które mnie spotyka, za to wielkie i małe, które nie tylko daje mi szczęście, ale też wiele mnie uczy. 

W moim życiu było wiele zmian, ale ostatnio czuję, że mogę sobie pozwolić na rozwinięcie skrzydeł, że coraz śmielej myślę o marzeniach, które leżały gdzieś zakopane, zakurzone, opatrzone tabliczką, nie teraz. Myślę o nich coraz częściej i pozwalam sobie snuć plany na przyszłość, co więcej powoli zaczynam je realizować. Krok po kroku, wyłania się coś dobrego :). Wielkie miasto to wielki pośpiech. Mało czasu. Kiedyś wszystko było bardziej poukładane, można było spokojnie wszystko załatwić, każda rzecz miała swój czas i miejsce. Teraz miewam wrażenie, że żyję w innej czasoprzestrzeni i ciężko mi tak uporządkować swój dzień, jak bywało kiedyś. Trudno mi wygospodarować dłuższą chwilę na pewne rzeczy, które chciałam wprowadzić i wiem, że muszę przewartościować swoje spędzanie wolnego czasu, by wykorzystywać go w mądry i wartościowy sposób.

Dziękuję Ci Panie, za moje marzenia. Za pragnienia, które rodzą się w moim sercu i za odwagę do stawiania pierwszych kroków, ku ich realizacji. Proszę o łaskę wytrwałości oraz o mądrość, bym umiała swój czas wykorzystywać owocnie, bym nie traciła go na głupoty i nie dała się porwać zwariowanej pogodni za codziennością. Wskaż mi drogę, którą mam podążać i bądź przy mnie.

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;

radość, tam gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

środa, 4 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień szósty




Mówi się, że ludzie w Afryce mają czas, a my mamy zegarki. Niestety w tym stwierdzeniu kryje się prawda. Gonimy ciągle za czymś, a nawet jak jest chwila, by zatrzymać się, to potem mnoży się cała masa spraw. Mam być wielozadaniowa, ale czy coś takiego naprawdę istnieje? Ok, rozumiem że chodzi o to, by być w stanie wykonywać różne zadania, ale jednocześnie? Da się, ale nigdy nie będzie to praca, w którą wkłada się serce, którą wykonuje się najlepiej jak to możliwe. Poza tym, że ostatnio chronicznie brakuje mi czasu (nie wiem, czy to syndrom życia w wielkim mieście czy po prostu na nieswoim ciężej się ogarnąć), mam tendencję do życia poza chwilą obecną. Pocieszam się, że występuje ona nie tylko u mnie, bo to ludzkie myśleć o tym, co było. Wracać do dobrych wspomnień, wyobrażać sobie jutro, planować kolejne rzeczy. Czasem jednak to wykracza poza granice zdrowego rozsądku. Gryzę się tym, że mogłam coś zrobić inaczej, owszem mogłam, ale co mi da przerabianie tego na sto sposobów, skoro nie można zmienić przeszłości. Warto wyciągać wnioski, ale nie tkwić w tym, co jest już zamkniętym etapem, wyrzucać sobie, że jakiś pomysł przeszedł za późno. Myślenie o przyszłości też może być zgubne. Odziera mnie trochę z ufności do Boga. To nie chodzi o to, by stwierdzić, jasne, nie będę się przygotowywać, niech wszystko mi spadnie z nieba, ale wymyślanie 100 planów też nie jest dobrym pomysłem. Czasami nie wiem, kiedy minął mi dzień. Droga do i z pracy, obowiązki, zakupy, wszystkie te codzienne czynności, rozmyślanie o tym, co zrobiłam i co zrobię i jakoś teraźniejszość ucieka. Owszem mam zdolność do zachwytów nam perełkami codzienności, ale miewam często wrażenie, że chwila obecna przecieka mi przez palce, niby jestem obecna, ale tylko ciałem, a przecież chcę żyć. Nie jest łatwo być tu i teraz. Ciągle uczę się tego od nowa.


"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Dziś dziękuję za taką prostą przyjemność, jaką jest dobra kawa, która zdecydowanie pozwala na lepszy start w nowy dzień. Daje energię do tego, by odgonić resztki snu i nieprzytomności ;). Może Bóg też lubi kawę? ;) Jestem wdzięczna również za rozmowy, które prowadziłam. Za to, że uczą mnie nowych rzeczy, dają szerszy kontekst, sprawiają, że się rozwijam. Są bodźcem do refleksji na wiele tematów, tych bardzo ważnych, ale i prostszych. A w końcu są kontaktem z drugim człowiekiem, płaszczyzną porozumienia, nauką bycia z bliźnim, dostrzegania jego punktu widzenia. To dobre chwile, gdy wychodzimy poza samych siebie. 

Mając kilka rzeczy do zrobienia, ciężko skupić całą swoją uwagę na czymś konkretnym. Staram się być obecną, ale często uciekało mi dzisiaj 100% bycie tu i teraz. Robiłam jedną rzecz, odrywałam się od niej, szłam do drugiej, albo robiłam kilka jednocześnie ( da się rozmawiać, popijając kawę, przeglądając internet i wcinając ciastko). Niby nic, ale jakoś myślami byłam momentami gdzie indziej, a nie powinno tak być. Może wówczas rozmowa byłaby głębsza? Trzeba ustalić priorytety i skupić się na najważniejszym. 

Panie, naucz mnie być całkiem oddana temu, co robię. Wykonywać to z sercem i czerpać z tego radość, naukę, poczucie bycia właśnie w tym miejscu i czasie. Nie chcę uciekać myślami do przeszłości, której nie jestem w stanie zmienić ani błądzić nieustannie po przyszłości, która dopiero nadejdzie, a którą powinnam powierzyć Tobie. Proszę, by moje działanie było skierowane ku dobru bliźnich, by widzieli w mojej pracy Twoją obecność. I przede wszystkim, naucz mnie skupiać się na Tobie w modlitwie, nie ulegać rozproszeniom. Po prostu spędzać z Tobą czas. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;

radość, tam gdzie panuje smutek.

Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

wtorek, 3 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień piąty




Czasem ciężko jest zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w naszym wnętrzu. Niby wiem, czego mi brakuje, co chciałabym zmienić, ale prawda jest taka, że wiele kwestii pozostaje ukrytych, nieuświadomionych lub zwyczajnie pomijanych. Nie zawsze mam ochotę dopuszczać do siebie pewne rzeczy. Czasami wręcz boję się otwierać pewne rewiry, bo nie są związane z łatwymi sprawami. Trzeba jednak stanąć w prawdzie wobec siebie i przepracować to, co pozostaje trudne i domaga się podjęcia pewnych kroków. Psychika ma swoje bariery, stwarza mury, odgradza od tego, co niewygodne. Stara się chronić człowieka, ale trzeba stanąć oko w oko z tym, co spychamy na samo dno.

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Dziękuję Ci Boże za niedzielną Eucharystię. Za słowa, które pozostają do przemyślenia. Do człowieka dochodzi się różnymi drogami, czasem wręcz poprzez własną słabość i bezsilność. Jestem wdzięczna za wszystkie uczucia, które mi towarzyszyły, za ciekawość, radość, otwieranie się na Ciebie. Panie dziękuję Ci za piękny dzień, w który mogłam odpocząć. Za dłuższy sen, przyjemny spacer w słońcu, za brak pośpiechu w wiecznie pędzącym gdzieś mieście. Także za umiejętność cieszenia się tym wyjątkowym dniem, w który i Ty odpoczywałeś. 

Każdy dzień życia to kolejne wybory. Czasami dokonuje się ich dobrze, innym razem delikatnie rzecz ujmując, nie są one trafione. Ostatnio dochodzi do mnie świadomość, że ominęły mnie niektóre rzeczy. Nie żebym o tym, nie wiedziała, ale wiąże się z tym jakiś rodzaj smutku, może nostalgia za tym, co było i co mogło być. Nie żałuję drogi, którą obrałam. Ważnych rzeczy, które ukierunkowały moje życie. Mam jednak wrażenie, że mogłam bardziej się postarać, ułożyć wszytko ściślej, poszukać czasu między zajęciami, rozegrać pewne sprawy inaczej. Czasem jestem zła na samą siebie za niewykorzystane szansy. Czasem pytam Boga, dlaczego akurat tak musiało być. Nie znam odpowiedzi. 

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że życie szykuje nieraz więcej trudności, niż by się mi kiedykolwiek wydawało. Czasami widzę ogromną rozbieżność między tym, czego bym chciała, a tym, co faktycznie się dzieje i nie zawsze potrafię się na to zgodzić. Czasem wydaje mi się, że czas biegnie zbyt szybko, a ja stoję w miejscu, że tyle rzeczy pragnę zrobić, ale się nie da. Mam swój plan i choć wiem, że Bóg chce dla mnie lepiej, bywa, że ogromnie trudno zgodzić się na to, że muszę weryfikować swoje marzenia. Często dobro, które wypłynęło z sytuacji zauważam dopiero długo po fakcie. Niby wiem, że moje modlitwy są wysłuchane w sposób, który jest najlepszy, ale ciężko odpuścić swoją wizję. Zgodzić się z tym, że coś się nie udało. Nie tyle zrozumieć, co przyjąć to, że Bóg dał mi coś piękniejszego niż o to prosiłam, bo w momencie rozczarowania jest złość, poczucie klęski, czasem bunt, niekiedy rozgoryczenie. Wówczas ta świadomość pozostaje jedynie słowami, a nie żywym przekonaniem. Ale jestem tylko człowiekiem z emocjami. Staram się nad sobą pracować, ale gorzkie doświadczenia trudno przełknąć. 

Panie, przyznaję, że często nie rozumiem Twojego postępowania. Nieraz mam wrażenie, że jesteś daleko, jakbyś o mnie zapomniał. To trudne chwile, bo choć wiem, że jest inaczej, moje serce robi swoje. Jest w nim lęk, że pewne rzeczy nigdy nie nadejdą. Jest smutek, bo to naturalna reakcja, gdy czegoś brakuje. Czasem złość, bo inni mają, a mnie różnie się układa. Nie jestem aniołem. Wiele razy sama komplikuje sobie życie, sama rzucam sobie kłody pod nogi, ale bywam zła, że nie przychodzisz. A to wszystko z powodu kilku uczuć, które rządzą sercem człowieka. "Nie jest dobrze, by człowiek był sam". Tak, potrzebuje Ciebie, Twojej łaski, bliskości i potrzebuję drugiego człowieka, który rozświetli mrok. Potrzebuję wielu rzeczy. 

Starasz się nauczyć mnie ufności, przekonania, że zadbasz o mnie na każdej płaszczyźnie, ale jestem trochę jak uparty osioł. Opieram się, uciekam, staję okoniem. A potem pytam, dlaczego tak? Mimo wszelkich przeciwności, będę się starała pamiętać, że jestem dużo ważniejsza niż wiele wróbli. Że mnie kochasz i zatroszczysz się o mnie we wszystkich sprawach hojniej, niż mogłabym przypuszczać. Błogosław, bym codziennie wzrastała w ufności do Ciebie, Panie. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

poniedziałek, 2 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień czwarty




Relacje są niezwykle ważne. Mamy ludzi, którzy odgrywają w naszym życiu szczególną rolę. Są jak słońce w pochmurny dzień, światło w ciemności, woda na pustyni. Sprawiają, że nasze serce przepełnia się miłością i radością. Wystarczy uśmiech bliskiej osoby, by dzień od razu stał się lepszy. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Boże dziękuję Ci za piękno przyrody, które skłania mnie do zachwytu. Za to, że potrafi rozproszyć smutek i trudności dnia codziennego. A gdy wpatruję się w świat dookoła, widzę Twoje nieskończone dobro, wszechmoc, miłość. Dziękuję za to, że im bliżej natury, tym łatwiej mi myśleć o Tobie, o tym, jaki Jesteś niesamowity. Dziękuję za to, że dzielisz się z ludźmi pięknem, które jest w Tobie. "Bóg jest radością, dlatego przed swój dom wystawił słońce", mawiał św. Franciszek z Asyżu. Ale sam świat jest po prostu cudowny i trzeba go doceniać. Ilekroć znajdę skrawek przyrody czuję się szczęśliwa, wolna i napawam się jej pięknem. A teraz pojawiają się kolorowe liście, słońce cudownie ogrzewa w chłodne dni, wiatr cicho szumi, gdzieś obok czerwieni się jarzębina, jest wspaniale. Dziękuję za dzień spędzony u Dominikanów. Za ciekawe zajęcia i niezwykłe przeżycie bliskości i świadomości, że to moje miejsce, w którym dobrze się czuję i chcę przebywać jak najczęściej. Poczułam, że to mój dom, w którym jestem mile widziana i wolna i jestem za to głęboko wdzięczna. 

Dziś myślę o mojej mamie. Przypominam sobie jej cudowny uśmiech. Dobro, ciepło i mądrość, jakimi emanowała. Wspominam, że zawsze, gdy miałam kłopot, mogłam do niej przyjść, porozmawiać, poradzić się. Była osobą niezwykłą, silną, wspaniałą i bardzo mi jej brak. Czasami zastanawiam się, co by powiedziała teraz, gdy jestem dorosłą osobą i sama dokonuję wyborów. Czy byłaby ze mnie dumna, jakie dałaby mi rady. A przede wszystkim czuję ogromną miłość, która przecież stale trwa i tęsknotę.

Moja mama nauczyła mnie pięknej miłości. Tę miłość noszę w sobie. Staram się nią obdarowywać innych. Chcę zbudować dom, w którym będzie ona kwitnąć. Pragnę być czyimś szczęściem i odnaleźć swoje szczęście w kimś przeznaczonym dla mnie. Naucz mnie Boże otwierać serce przed drugim człowiekiem, bo do tego nas stworzyłeś, do miłości szczerej, wielkiej i prawdziwej. Wiem, jednak że jeszcze wiele nauki przede mną. Kochać nie zawsze jest łatwo. Jesteśmy tylko ludźmi, mamy wady i zalety. Musimy się docierać, wykazywać się zrozumieniem, cierpliwością, pokorą. Miłość rozwija nas, ale też ogromnie wiele uczy. Jest wymagająca i cudowna. Naucz mnie Panie kochać najpiękniej. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;

wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;

jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

niedziela, 1 października 2017

Sam na sam z Bogiem - dzień trzeci




Dzień kończę refleksją dotyczącą łaski. Ignacy Loyola uważał, że potrzebna jest świadomość tego, jakiego daru od Boga pragnę. Co jest mi potrzebne, by lepiej żyć, myśleć i działać w sposób dobry.

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Jestem wdzięczna za pomoc, którą otrzymałam od wielu ludzi. Za to, że mogłam na nich liczyć w lepszych i gorszych chwilach. Za wielkie serce, które mi okazali, dobroć, ciepło. Za to, że niejednokrotnie byli, gdy ich potrzebowałam, że wiele się od nich nauczyłam. Cieszę się, że potrafię mówić im, jak ważni są dla mnie, jak wiele im zawdzięczam. 

Wielkie miasto to zawirowania. Pozostaje kilka rzeczy do ułożenia i stoję przed pewnymi wyborami. Brak mi ufności. Chcę wszystko zrobić sama, choć nie jestem przekonana, które wyjście jest najlepsze. Niby ufam, ale co chwila staram się wykombinować kolejne zabezpieczenia, szukam, drążę. Nie pozwalam sobie na "Boże, Ty się tym zajmij", choć bardzo bym chciała. To zdanie pozostaje puste, bo choć tak mówię, to robię maksymalnie wszystko, by załatwić sprawę. Jezus mówił:

Nie troszczcie się więc zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się naprzód o królestwo <Boga> i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane. Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy. ( całość - Mt 6, 25-34)

Ja jednak boję się, ciągle rozpatruje pewne sprawy, myślę o nich, przerabiam je na tysiące sposobów, mimo, że przecież jestem ważniejsza niż wiele wróbli. Zajmują mnie codzienne zmartwienia, a przecież nieraz było tak, że coś zaczynało się układać, że nim wypowiedziałam prośbę Bóg już zareagował i zesłał mi rozwiązanie. A jednak każdego dnia  muszę uczyć się zawierzenia od nowa. 

Naucz mnie Panie ufności. Pozwól mi odczuć, że jestem ważniejsza niż wróble, że nie muszę się bać. Pragnę głęboko wierzyć, że zatroszczysz się o mnie, nawet jeśli to, co się dzieje mówi mi co innego. Bo nie zawsze rozumiem Twoją odpowiedź na moje modlitwy. A przecież odpowiadasz. Niekoniecznie tak, jakbym chciała, ale najlepiej dla mnie. Naucz mnie zatem ufności w to, że wybierasz dla mnie najpiękniejszy scenariusz z możliwych. Że nie muszę się lękać, bo jestem w Twoich rękach, ważniejsza niż ptaki, lilie, kochana. 


O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. 
 Amen.