sobota, 30 września 2017

Spacerowe rozkminy #5



Wielkie miasto, jak pisała Katarzyna Olubińska ciągle gdzieś gna. Ma to do siebie, że człowiek mimo, że otaczają do ludzie, pozostaje anonimowy. Czasem mimo ogromu miejsca, trudno znaleźć coś swojego. Podczas pierwszych dni pobytu w stolicy wybrałam się na Mszę do Dominikanów na Służew i poczułam, że jakoś mi tam lepiej. Znalazłam przyjazny kąt, choćby nie wiem, co się działo. 



Zaczęłam dziś zajęcia na Studium Dominicanum. Pobudka po piątej, żeby wszystko ogarnąć i dojechać. Ale dzień piękny, mimo że ranek nieco mnie zmroził. Słońce przedzierało się przez żółtawe już liście drzew. Dzień zapowiadał się emocjonująco. Zaczęło się od królowej nauk. Dłuuugi wykład z filozofii, ale bardzo ciekawy, okraszony humorem. Znów poczułam się jak studentka. Zrozumiałam jak bardzo brakowało mi chodzenia na zajęcia, uczenia się w takim systemie. Słuchałam, notowałam, przetrawiałam wszystko. I po raz kolejny przyszła refleksja nad tym, że nie doceniamy możliwości kształcenia się, a w Afryce edukacja to skarb. U nas jest narzekanie, że trzeba do szkoły. 



Na długiej przerwie pogrzałam się w słońcu, czytając "Głód Boga". Jestem głodna. Nie tylko Boga, brakowało mi kilku rzeczy. I chyba podskórnie czułam, że te zajęcia miały trochę zaspokoić te braki. Usłyszałam skrzypce, bo akurat był ślub, popatrzyłam jak kursanci siedzieli na trawie i jedli obiad, grzali się, czytali, odpoczywali. Chodzili sobie alejkami i wszystko było ok. Nikt nie mówił, nie rób tego, tak nie wolno. Pomyślałam, że jest trochę jak w domu. Jest się mile widzianym, swobodnym. I ta myśl przeszła w piękne poczucie, tu jest mój dom, gdzie Bóg-Miłość. Przypomniał mi się fragment z 1 Listu do Koryntian "Przeto czy jecie czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie." (1 Kor 10,31). Poczułam się wolna, na właściwym miejscu. W przestrzeni, w której nikt nigdzie nie gonił. Gdzie po zamknięciu oczu czuło się na twarzy słońce, lekki wiatr, gdzie szumiały drzewa, grały skrzypce. A wokół przyroda. Nie chciałam wracać, choć już czułam, że Bóg jest obok. 

Wykład z teologii był absorbujący. A mnie nadal nie opuszczało poczucie, że to miejsce stało się w jakiś sposób moje, że chcę tu być często, że to azyl w wielkim mieście. Tak czysto po ludzku, trzeba mieć miejsce, w którym jest człowiekowi dobrze. Gdzie schroni się, gdy wszystko idzie nie tak, gdzie będzie mógł odpocząć, uporządkować myśli. Gdzie po prostu będzie mu dobrze. Ale trzeba powiedzieć, że to nie budynek tworzy nasz dom, tylko atmosfera, ludzie, wszystko co co sprawia, że czujemy się szczęśliwi, choć dobra przestrzeń jest niezwykle ważna. 



Dziś mimo zmęczenia doświadczyłam wielkiego dobra. Piękna przyrody, jesiennego dnia pełnego zachwytów, dobra, ciepła, mądrości, refleksji i Boga, Który zaprasza do Swojego domu i Który jest z przy nas cały czas :) 

środa, 27 września 2017

Moje sam na sam z Bogiem - dzień drugi




Wolność to trudne pojęcie, a jednocześnie podstawa wiary, bo przecież mam wolną wolę. Sama wybieram to jak postępuje, czy idę dobrą ścieżką czy złą. Mark E. Thibodeaux uważa brak równowagi duchowej i uleganie pokusom za objawy duchowego zniewolenia. Gdy się tak głębiej nad tym zastanowić to prawda. Wszystko, co bierze nade mną górę, w pewien sposób wyklucza moją wolność, ogranicza mnie. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Dziękuję za umiejętność cieszenia się małymi rzeczami. Doświadczanie radości z powodu całkiem prozaicznych i nieistotnych dla wielu rzeczy. Drobiazgów, które jedynie na pozór nie mają znaczenia, a są wspaniałe, piękne, wartościowe. Malowniczy wschód słońca, uśmiech drugiego człowieka, dobre słowo, piękno kwiatu, ciepły jesienny dzień. Te wszystkie rzeczy są za darmo, a tak mało się je docenia. Dziękuję za to, że moja mama nauczyła mnie cieszyć się małymi rzeczami. 

Wolność łatwo stracić. Stale uczę się ufać, ale często przychodzi mi to z trudem. Zamartwiam się o wiele rzeczy. Są sprawy, które muszę załatwić i ułożyć. Chciałabym powiedzieć "Panie, Ty się tym zajmij", ale często nie potrafię pozwolić Bogu na działanie. Pod tym względem, bywam Zosią Samosią, a przecież "Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy"(Mt 6,34). Skoro jestem ważniejsza niż wiele wróbli, nie powinnam się zamartwiać. Bóg zatroszczy się o mnie.

Kiedy tak naprawdę jestem wolna? Gdy otwieram się przed drugim człowiekiem. Mówię mu szczerze, że jest ważny, gdy bez ogródek opowiadam, o tym co ważne, co gra mi w duszy. Wolność to także robienie czegoś z sercem. Wkładając całą siebie w pracę, wiem, że wszystko jest tak jak powinno być. Wolna czuję się, gdy dzielę się przemyśleniami na różne tematy czy to pisząc na blogu czy rozmawiając. 

Naucz mnie większej ufności, o to proszę. Bym każdy następny dzień rozpoczynała ze spokojem i przekonaniem, że nie muszę się lękać, że postępując właściwie wszystko będzie dobrze, a Ty w swojej hojności Panie, obdarujesz mnie tym, czego mi trzeba. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.  

wtorek, 26 września 2017

Moje sam na sam z Bogiem - dzień pierwszy




Chyba dawno nie miałam tak dobrego dnia. A jeszcze kilka dni temu wydawało mi się, że jakoś wszystko idzie na opak. Niby dobrze, ale jak po grudzie. A tu od niedzieli jakoś tak zaczęło się układać. Czasem wystarczy zmienić punkt widzenia, wziąć sobie do serca jakieś słowa. A wtedy życie zaczyna nabierać wiatru w żagle. 

"Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami" (Iz 55,8)

Za wiele rzeczy pragnę dziękować, ale dziś skupiam się głównie na jednym skarbie, jakim są przyjaciele. Myślę o tym, że radość i sukcesy dzielone z innymi, stają się większe, lepiej smakują, rozrastają się. Tak jakby dzieląc się nimi z innymi nagle z całą mocą docierało do nas to jak są wielkie, jak ważne, wspaniałe. Smutek czy porażka przegadana z przyjacielem nie jest taka dotkliwa. Jakoś łatwiej znieść to, co nie wyszło, odbić się od dna, przetrwać ciężki czas. Dziękuję za to, że będąc z ludźmi uczę się otwierać swoje serce, że niezmiennie zachwyca mnie to, że czasami przekazując komuś proste słowa, dzieje się coś pięknego. Stwarza się płaszczyzna, na której buduje się głębszą relację, wpuszcza się kogoś do swojego świata. 

Nie jestem ideałem i nigdy nie będę. Nie rozumiem tak wielu rzeczy, ale to nie ma znaczenia. Sama z siebie nie mogę niczego, "wszystko mogę w Tym, Który mnie umacnia". Chcę jeszcze raz przejść przez dzisiejszy dzień. "Przyjdź Duchu Święty, ja pragnę. Oto dziś błagam Cię. Przyjdź w swojej mocy i sile". 

Tak łatwo jest oceniać. Wystarczy jedno spojrzenie i już wszystko wiem, prawda? Ludzka zdolność do wyrabiania sobie opinii jest wprost zdumiewająca. Bez trudu można ulec pierwszemu wrażeniu, rzucić na kogoś okiem i stwierdzić, jaką jest osobą. Chyba wszyscy tego doświadczają. A tymczasem po jednej wrednej myśli na temat spódniczki mini mini, przypomniało mi się coś, co wyczytałam u ks. Twardowskiego. Opowiadał jak to panie chciały przegonić prostytutkę, która weszła do Kościoła. Ks. Jan wziął ją w obronę, zaprowadził do zakrystii. A ona szczerze wyznała, że chciała się wyspowiadać. Zobaczyła śnieg i przypomniała się jej sukienka, którą miała na Pierwszej Komunii. Drogi do serca bywają różne, tak łatwo kogoś skreślić, źle ocenić. Sama nie chcę, by ktoś mnie traktował protekcjonalnie, by wyrabiał sobie fałszywe przekonanie o mojej osobie, na podstawie jednej rzeczy lub złudnego wrażenia, bo to, że nie zawsze się uśmiecham, nie znaczy że jestem gburem, to że mam gorszy dzień, nie czyni ze mnie kogoś słabego. Naucz mnie Panie roztropności w podejściu do bliźniego. 

Jutro będzie nowy dzień, zacznę wszystko od początku. Zacznę od uśmiechu i wyrozumiałości dla drugiego człowieka, ale do tego potrzebuje łaski, siły i mądrości. Jestem tylko człowiekiem, bez Ciebie nie dam rady. W ciszy i w rozgardiaszu jutra chcę wsłuchiwać się w Twój głos. 

O Panie, uczyń z nas narzędzia Twego pokoju,
abyśmy siali miłość tam, gdzie panuje nienawiść;
wybaczenie, tam gdzie panuje krzywda;
jedność, tam gdzie panuje zwątpienie;
nadzieję, tam gdzie panuje rozpacz;
światło, tam gdzie panuje mrok;
radość, tam gdzie panuje smutek.
Spraw abyśmy mogli
nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać;
nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć;
nie tyle szukać miłości, co kochać;
albowiem dając ‑ otrzymujemy;
wybaczając ‑ zyskujemy przebaczenie;
a umierając, rodzimy się do wiecznego życia,
przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego.
          Amen.

poniedziałek, 25 września 2017

Być bliżej - Mark E. Thibodeaux SJ "Bóg i Ty. 34 drogi do lepszego życia"

z cyklu książki z duszą 



W lewo, prosto, dobrze. Uda się! Nie, znów ślepa uliczka. Ale spokojnie, będzie dobrze, dotrę. Pamiętaj zawsze, żeby wrócić do punktu wyjścia. Nie poddawaj się. Przecież to dla mojego dobra. Uff, udało się. Pora ruszyć dalej. Tak, teraz w prawo, jeszcze raz w prawo i znów..., nie, nie, tylko nie ślepa uliczka! To męczące... Odpocznę, przecież nie mogę tak bez sensu biegać. Trzeba znaleźć jakieś wskazówki, przecież zawsze jakieś są... "Nie ma na ziemi sytuacji bez wyjścia", ks. Twardowski na pewno się nie mylił.

Życie przypomina czasami jeden wielki labirynt. Idziemy, przekonani o tym, że obrana droga jest dobra, a tu nagle ślepy zaułek. Szumne plany upadają jak niezdobyty mur z "Gry o tron", a człowiek zastanawia się, co dalej i czemu tak się stało. Jak już kiedyś pisałam, jest powiedzenie "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach". Nie chodzi o to, że Pan nie przejmuje się naszymi marzeniami. On je przecież stwarza w nas. Ale czasami jesteśmy uparci jak osły i zamiast większego dobra, wolimy iść sobie, przycupnąć przy jakimś małym ciepłym miejscu i żyć minimalizmem. A Bóg jest hojny. Więc, co robić? Przede wszystkim wsłuchiwać się w Boga, który mówi. Przez Pismo Święte, kapłanów, sytuacje życiowe. Ignacy Loyola proponował codzienny rachunek sumienia, by być bliżej Boga, bo im jesteśmy bliżej, tym łatwiej nam słyszeć Jego głos. 

Rachunek sumienia, już widzę jak niektórym cierpnie skóra, bo przecież raz na miesiąc to wystarczy, ciężko. Nikt nie lubi uświadamiać sobie swoich błędów, niedociągnięć, słabości. Nie chodzi tu jednak o wytykanie sobie nieudolności, ale pracę nad sobą i doskonalenie się. To sposób na zbliżenie się do Boga. Jak zatem odprawiać rachunek sumienia? Można go praktykować dwa razy dziennie, podczas przerwy obiadowej oraz wieczorem. Ja wybrałam opcję wieczorną, ponieważ w ciągu dnia jestem w pracy. Ignacy Loyola drogę doskonalenia duchowego poprzez rachunek sumienia podzielił na 5 kroków. 

Pierwszy: dziękczynienie za rzeczy wielkie, ale i za te małe, codzienne drobnostki, które uczą wdzięczności. 

Drugi: prośba o Ducha, podobnie jak do modlitwy tak i do wykonania owocnego rachunku sumienia potrzebna jest łaska Ducha Świętego, potrzebna jest w ogóle do życia, dlatego ten krok jest tak ważny. 

Trzeci: przegląd i uznanie win, czyli rzecz najtrudniejsza, bo przyglądam się temu, co nie wyszło. To ma mnie nauczyć niepopełniania tego samego błędu.

Czwarty: prośba o przebaczenie i uzdrowienie. Bez przebaczenia nie ma życia, za to, co było nie tak trzeba przeprosić i znów iść właściwą ścieżką. Naprawić zło, które się wyrządziło. Prosić Boga o pomoc, by zacząć od nowa i umiejętnie radzić sobie na przyszłość. Być trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza, uczyć się na błędach.

Piąty: modlitwa na następny dzień. To prośba o to, by jutro było lepsze. Wyobrażenie sobie, przyszłych wydarzeń i zaproszenie Boga do wejścia w ten nadchodzący czas, by był jak najlepszy. 

Autor nie każe trzymać się sztywno podanych rachunków sumienia. Zaznacza, że często pewne rzeczy nie będą się nas tyczyły akurat w danym momencie. Lepiej skupić się na czymś, co faktycznie pomoże, niż męczyć się robiąc wszystko od deski do deski. Nic na siłę. Nie ma tu żelaznych reguł, ponieważ ta praktyka ma zbliżać do Boga, a nie odstraszać. Mark E. Thibodeaux zaznacza również, że całość ćwiczenia ma trwać nie dłużej niż 15 minut dziennie. Proponuje zapisanie słowa, zdanie, akapitu po rachunku sumienia, gdyż pozwala to ograniczyć rozproszenia i wziąć sobie do serca, to nad czym trzeba popracować. Nie można zapomnieć, że rachunek sumienia ma być przede wszystkim modlitwą. To nie grzech, ale Bóg ma być w centrum zainteresowania i z jego perspektywy powinno być wszystko rozpatrywane. To ogromnie ważne, by o tym nie zapomnieć, nie zagubić się w tym, co ma być jedynie punktem wyjścia do głębszej relacji z Panem. Autor pisze, że najlepiej wypracować rytuał rozpoczęcia i zakończenia rachunku sumienia, by można było wejść modlitewną rzeczywistość. A potem jest już coraz lepiej. Człowiek uświadamia sobie, że nie chodzi o to, by miał świadomość jaki mały i ograniczony jest, ale ile dobra może zrobić, jak hojny jest Stwórca, jak przebaczający i dobry. Z perspektywy czasu, rachunek sumienia staje się modlitwą pełną wdzięczności, zachwytów, ale i realnego podejścia do tego, że każdego dnia czeka na człowieka ogrom pracy nad sobą, że jeśli się skupić, można uniknąć wielu potknięć. To początkowo jest trudne, ale daje owoce. 

W ten sposób zaczynam pracę nad swoją bliskością z Bogiem. I Was zapraszam do niej :) 

piątek, 22 września 2017

Nieprzerwana wędrówka - Anna Kamińska "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz"



"Wanda nie była nigdy ani zalotna, ani wesoła, ani trzpiotowata jak inne dziewczyny, a tym bardziej nigdy niczego nie manifestowała. Była zamknięta w sobie, sztywniejsza niż inne koleżanki i nawet zwracała uwagę wewnętrzną odrębnością, samostanowieniem i dystansem. W Anglii mówi się na to notting english, czyli żeby być bardziej roztropnym, to się robi przerwy hm... hm... hm... i to daje wyraz dystansu do tego, co się mówi. U Wandy też był lekki dystans, mimo że nie było notting english. Była taka zwarta,  spokojna i poukładana, dlatego zdziwiły mnie wtedy te jej pończochy, które były spójne ze zmianą polityczną". - s. 78

Nie muszę chyba pisać, że kocham góry, uwielbiam o nich czytać, że kręcą mnie wszelkie książki o himalaizmie, alpinizmie. Ogromnym szacunkiem darzę wspinaczy, ich odwagę, siłę, hart ducha, marzenia i niezłomność. Tacy ludzie dają do myślenia, sprawiają, że człowiek ma nadzieję, że dociera do niego, ile można zrobić w każdej materii, bo bariery i ograniczenia są po to, by je przełamywać. 

Wandy Rutkiewicz chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Kobieta legenda. Pierwsza Polka i Europejka, która weszła na Mont Everest, pierwsza kobieta na K2, człowiek gór. Osoba, która mimo ciężkiego dzieciństwa, niezbyt komfortowej sytuacji w domu, nigdy się nie poddała. Przeżyła śmierć brata, opiekowała się młodszym rodzeństwem, patrzyła na rozpad małżeństwa rodziców, radziła sobie z brakiem pieniędzy oraz życiem w domu, który bezzwłocznie wymagał remontu. Te wszystkie przeciwności nie załamały jej, wręcz przeciwnie. Wanda zahartowała się, była prymuską, świetnie sprawdzała się w sporcie. Lubiła być pierwszą i to pozostało jej do końca życia. Wydaje się, że nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Kolejne wyzwania pokonywała z większym lub mniejszym wysiłkiem. W górach zakochała się podczas studiów. To było jak uderzenie pioruna. Nagle znalazła coś, co zawładnęło nią bezpowrotnie. 

Bohaterka książki Anny Kamińskiej była niezwykłą osobą. Miała nieodparty urok, dzięki któremu potrafiła zdobyć naprawdę wszystko, nawet od obcych osób. Nie kokietowała, nie używała sztuczek. Jej uśmiech był jednak kluczem do życzliwości drugiego człowieka. Zdumiewała swoją nieugiętością, siłą, niezłomnością. Nie dla niej było rezygnowanie ze zdobycia szczytu. Jeśli wycofywała się to tylko w ostateczności. Chciała być najlepszą, pierwszą, zapisać się w historii. Z mężczyznami nie rywalizowała, gdyż twierdziła, że to niemożliwe. Głosiła ideę kobiecego alpinizmu, choć często mówiono, że w kobiecych grupach to ona musiała być pierwsza. Niektórzy twierdzili, że nie była dobrym liderem wypraw, choć nie można jej zarzucić braku przygotowania i przemyślanych działań. Cechowała się introwertyzmem i stale goniła za swoimi marzeniami. Jej apetyt rósł w miarę jedzenia. Im więcej szczytów miała na swoim koncie, tym więcej pragnęła. Często mówiła, że jedzie na ostatnią wyprawę, po czym okazywało się, że góry wezwały ją po raz kolejny. Prawdą wydaje się, że na wysokości czuła się jak u siebie. Tam skupiała się na tym, by wejść na górę, pokonać swoje ograniczenia. To było najważniejsze. 

Na nizinach była człowiekiem o dość skomplikowanym charakterze. Nosiła w sobie wiele ciepła i życzliwości, nie obgadywała, nie zajmowała się plotkami. Być może z powodu ciężkiego dzieciństwa nie potrafiła stworzyć rodziny. Jej związki i małżeństwa były nieudane. Zakochiwała się często i nie bardzo wiedziała, co z tym zrobić. Nie umiała kokietować, ale nie było jej to potrzebne. Wymarzony partner miał być wysoki, sprawny, i bardzo dobrze się wspinać. A ponieważ w środowisku alpinistów i himalaistów kochało się w niej większość mężczyzn, nie zabiegała o niczyje uczucie. Jej emocjonalność pozostaje zagadką. Nie była wylewna. Większość rzeczy przeżywała w sobie, nie afiszowała się z niczym. Inteligentna, poukładana, zawsze gdzieś na uboczu. Wanda żyła samotnie nawet wśród ludzi. Wydawało się, że nie potrzebuje kontaktu z innymi, nie szukała rozmów, a jednak potrzebowała przyjaciół. Miała trudny charakter, była twarda, uparta, miała swoje zdanie i umiała je głośno wypowiedzieć. Jej odwaga często zdawała się graniczyć z brawurą. Niektórzy twierdzili, że podczas wypraw najbardziej liczył się dla niej szczyt. 

"(...) Wanda siedziała najczęściej sama w pokoju - opowiada Hudowski - a kiedy przebywała przez chwilę z nami, cały czas mówiła, że ma do zrobienia Koronę. Nie śmiała się z dowcipów, nie było w niej radości ze wspólnego bycia razem, była taka poprawna i z nikim nie trzymała się blisko. Widziałem w niej wtedy smutek. W górach, gdzie jest męcząca biel, nie ma kolorów, brakuje zieleni, na której można zrelaksować wzrok, wszyscy chodzą poirytowani, rozdrażnieni i mają wahania nastroju, jest ważne, by przynajmniej być blisko. Ludzie, ich opowieści i rozmowy, dzielenie się historiami jest w takimi miejscu potrzebne. Z relacji kolegów wiem, że Wanda nie miała takiej potrzeby, była zamknięta w sobie. Czasem ma się potrzebę pokłócić, otworzyć, Wanda dusiła coś w środku i to się wielu ludziom nie podobało. Jeśli chodzi o organizację wyprawy, wydawało się, że w postępowaniu Wandy dominuje chaos. Była chwiejna, nie czuła się pewnie, zmieniała decyzje. Na pierwszy rzut oka miało się wrażenie, że jest chaotyczna, ale to było złudzenie bo kiedy zaczynała przedstawiać plan, wszystko miała przemyślane." - s. 394-395

O Wandzie każdy ma nieco inne zdanie. Jedni zapamiętali ją jako wspaniałą osobę, inni jako człowieka wyjątkowo trudnego. Nikt jednak nie odmawia jej wytrwałości w dążeniu do celu, ogromnej wręcz ambicji, niezrażania się przeciwnościami. Potrafiła wybrać się na wyprawę idąc o kulach, czym zdobyła nawet uznanie szerpów. Alpinistka miała ogromne plany. Im starsza, tym bardziej starała się zaskakiwać. Idea "Karawany marzeń" była niezwykle wymagająca nawet dla himalaistów w sile wieku. Tymczasem bohaterka miała już swoje lata. Jej siły nie były niewyczerpane, a mimo tego jechała z jednego szczytu na drugi. Pragnęła korzystając ze zdobytej aklimatyzacji zdobyć Koronę Himalajów. Wielu miało ten pomysł za szaleństwo, które nie może się dobrze skończyć. Co było głównym motywem do rozpoczęcia tak szeroko zakrojonej serii wypraw? Czy himalaistkę poniosła ambicja? Czy było to związane ze śmiercią Jerzego Kukuczki, którą ogromnie przeżyła? A może istniał jakiś inny powód? Tego się nie dowiemy. Ciała Wandy nigdy nie odnaleziono. Oficjalnie uznano, że zmarła 13 maja 1992 roku niedaleko szczytu Kanczendzongi. Jej matka twierdziła, że córka nie zginęła, ale przebywa w klasztorze w Tybecie, chyba nigdy nie uwierzyła w tragiczne zakończenie wyprawy. 



Życie tej niezwykłej kobiety naznaczone było tragizmem, śmiercią brata i ojca, samotnością. Wanda wydawała się szukać swojego miejsca na ziemi, rodziny, której właściwie nie miała. Chciała się realizować, być najlepszą. Twardy charakter, wielka siła, ogromny głód sukcesów w górach, dawania z siebie coraz więcej, wchodzenia coraz wyżej, przeplatał się w niej z ciepłem, otwartością na ludzi, dobrem i kobiecością. Lubiła i potrafiła się dobrze ubrać. Zawsze dbała o strój, potrafiła wziąć w góry koronkową bieliznę, a nawet perfumy. Szanowała przyrodę i zwracała uwagę na konieczność sprzątania w Himalajach. Była nietuzinkowa. Wyprzedzała swoje czasy, zapisała się w historii.

Anna Kamińska z wielkim zainteresowaniem i taktem pisze o ikonie himalaizmu. Doszukuje się prawdy, przedstawia różne opinie, nie tylko pozytywne, ale i te surowo traktujące alpinistkę. Z kart książki wyłania się osoba, która niezmordowanie parła do przodu, szła coraz wyżej, zdobywała coraz więcej. Pisana świetnym językiem "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz" otwiera przed czytelnikiem nie świat wchodzenia na największe szczyty ziemi, ale życie niezapomnianej himalaistki, jej smutki, radości, problemy, sukcesy. Autorka oddaje głos znajomym Wandy, przywołuje wspomnienia, a całość dopełnia fotografiami. Co mnie ujęło, to sposób pisania Anny Kamińskiej, jej obiektywizm, pasja i ogrom wysiłku, jaki włożyła w przygotowanie publikacji. Dla wszystkich miłośników gór pozycja obowiązkowa, a dla wszystkich innych naprawdę wspaniała lektura :). 

Anna Kamińska, Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiwicz, wyd. Literackie, Kraków 2017. 

Świetnie "Wandę" zrecenzowała Diana z Bardziej lubię książki niż ludzi :) zapraszam do niej :) link tutaj

wtorek, 12 września 2017

Po pierwsze kochaj - Bp Grzegorz Ryś "Skandal miłosierdzia"



"Miłosierdzie jest miłością bez wzajemności, która realizuje się nie tam, gdzie trwa pokój, ale tam, gdzie toczy się wojna, nie między przyjaciółmi, ale pomiędzy śmiertelnymi wrogami. Chrystus kocha nas jako swoich wrogów. Nie przez to, ale pomimo tego, że uporczywie brniemy w śmierć, padając ofiarami naszych osobistych zabójców. Jezus wkroczył w świat nie przez nasz grzech, ale dla nas - nie ze względu na grzech, lecz pomimo niego." - s. 36

Przeczytałam tę książkę w dwa dni. Nie mogłam się oderwać. Pochłonęła mnie bez reszty, została we mnie. Jest, działa, skłania do refleksji. I tylko pytam siebie, dlaczego tak późno po nią sięgnęłam a jednocześnie wiem, że to był dobry czas, gdy wiele w moim życiu uległo zmianie, gdy szukałam odpowiedzi i bliskości Boga. 

Miłosierdzie jest dla mnie niepojęte, nie będę udawać, że rozumiem jak można kochać pomimo wszystkiego, jak można wybaczać już nawet nie siedemdziesiąt siedem razy, ale siedemset siedemdziesiąt siedem. Jak można oddać życie za ludzi, którzy cię odtrącili. To niezwykłe, niezrozumiałe. Jest to jednak coś, czego potrzebujemy bardziej niż wody, powietrza, czegokolwiek. Człowiek bez miłosierdzia byłby skazany na piekło. Czym tak naprawdę jest ten przymiot Boga wyjaśnia bp Grzegorz Ryś i czyni to w naprawdę jasny, zrozumiały i ciekawy sposób. 

Kapłan odwołuje się do znanych przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, Synu marnotrawnym. Wspomina o ofierze Abrahama, o Kainie i przy okazji tych przykładów podaje informacje, z którymi dotychczas się nie spotkałam. Wyraźnie akcentuje nienawiść jaka panowała między Żydami i Samarytanami, wyjaśniając że Jezus mówi o ludziach, którzy udawali się do świątyni i minęli potrzebującego człowieka i o wrogu narodu wybranego, który tą świątynią jest, bo mieszka w nim Bóg. Pisze o hesed - miłości, która opiera się o przymierze z Bogiem i rahamim - czyli matczynym uczuciu. Te dwie wspaniałe miłości łączy w sobie ojciec przygarniający zagubionego syna. W tym kontekście innego znaczenia nabiera również obraz Rembrandta. Izaaka ukazuje nie jako małego chłopca, ale dorosłego, silnego mężczyznę, który przecież nie miałby problemu z ucieczką, ale sam zgadza się być ofiarą. Do czego te wszystkie przypowieści prowadzą? Do wolności, gdyż tylko w niej możliwa jest miłość, a idąc dalej miłosierdzie. Dostrzeżenie drugiego człowieka, bliźniego w potrzebie, tym bardziej, gdy jest on kimś mi niemiłym, to właśnie miłosierdzie. 



Miłosierdzie nie dzieli ludzi na dobrych i złych, wierzących i pogan. Jonasz przymuszony przez Boga idzie ratować lud, którego klęski pragnął. Bóg jednak widzi inaczej. Broni Kaina, bo jego miłość jest większa niż sprawiedliwość, a może warto powiedzieć inaczej, z miłości dopiero rodzi się sprawiedliwość. Najmocniejsze wrażenie jednak wywołały na mnie słowa, że w ranach Jezusa zapisane jest imię każdego człowieka, zapisane krwią przy użyciu gwoździ i nic tego nie zmaże. 

"Ludziom z łatwością bowiem przychodzą dobre intencje, ale z trudem podążają za nimi dobre uczynki. Sami nie dorastamy do siebie. Pękamy. Bo jest w nas pycha, chciwość, zawiść, bo w każdym z nas jest nieczystość. Te głębokie rany, jakie w efekcie mamy, w języku religijnym nazywane są zarzewiem grzechu. To żar, który się w nas tli, a który wystarczy podsycić lekkim podmuchem, by wybuchł ogień. Lekceważymy pokorę i dmuchamy w pychę - rana się otwiera, pęknięcie pogłębia." - s. 30

Człowiek jest podatny na grzech, ale właśnie w miłosierdziu powinien upatrywać swojej siły, w Bogu mieć nadzieję i oparcie mówi autor. "Skandal miłosierdzia" zabiera czytelnika na duchową wędrówkę. Ukazuje całkiem inne spojrzenie. Tłumaczy to, co niejasne, wciąga, fascynuje. Nie jest to łatwa książka w tym sensie, że miejscami boli. Boleśnie uświadamia, jaka jest natura ludzka, jakie są konsekwencje grzechu, jednocześnie również ukazuje niezmierzoną miłość Boga, który stale przychodzi do człowieka, pochyla się nad nim i jest tym miłosiernym Samarytaninem, który opatruje swojego wroga, bo widzi w nim bliźniego, kogoś kogo trzeba kochać. "Skandal miłosierdzia" nie pozwala oderwać się od lektury. Skłania do refleksji, każe przemyśleć swoje postępowanie. Daje nadzieję i siłę do czynienia dobra. To nie jest lektura którą odkłada się po przeczytaniu. To książka, która zapada w czytelnika, domaga się powrotów, stałej pracy, która towarzyszy w duchowym wzrastaniu. Świetna dla wszystkich poszukujących, zagubionych i tych bardziej wtajemniczonych. 

Mnie całkowicie porwała i na pewno wrócę do niej przy okazji następnej wizyty w domu. 

Bp Grzegorz Ryś, Skandal miłosierdzia, wyd. II, wyd. WAM, Kraków 2016. 

niedziela, 3 września 2017

Piękno codzienności - Robert Seethaler "Całe życie"




"Jego życie nieustannie dyndało na włosku między niebem a ziemią, a w ciągu ostatnich lat jako przewodnik dowiedział się o ludziach więcej, niż był w stanie pojąć. Wedle jego rozeznania nie ciążyła na nim  żadna poważna wina i nigdy nie uległ pokusom tego świata, pijaństwu, rozpuście ni obżarstwu. Zbudował dom, spał w niezliczonych łóżkach, w oborach, na rampach ładunkowych, a kilka nocy nawet w rosyjskiej drewnianej skrzyni. Kochał. I zaznał przedsmaku tego, dokąd ta miłość mogła zaprowadzić. Widział, jak kilku mężczyzn spacerowało po Księżycu. Nigdy nie zwątpił w Boga i nie bał się śmierci. Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i jednym wielkim zdumieniem." - s. 150

Każdy człowiek chce przeżyć życie jak najlepiej. Każdy także inaczej to "najlepiej" rozumie. Jedyni pragną zrobić karierę, inni zarobić jak najwięcej pieniędzy, jeszcze inni szukają przede wszystkim miłości, spełnienia, przygód a może po prostu spokoju. Myślę jednak, że czegokolwiek by człowiek nie pragnął, chce być po prostu szczęśliwy, powiedzieć, że miał dobre życie, że nie żałuje swoich decyzji.

Człowiek, który nie miał łatwego dzieciństwa, okaleczony, ale niezwykle silny jak na swój młodzieńczy wiek. Pewnego dnia Andreas Egger nie wytrzymuje i przeciwstawia się przemocy w domu. Nigdy więcej bicia. To ostatni dzień jaki spędza w miejscu, które stanowiło cały jego świat. Zahartowany w pracy fizycznej w końcu kupuje malutki kawałek ziemi i buduje na nim domek. Poznaje kobietę, zakochuje się. Zatrudnia się w firmie Bitterman i synowie, pracuje przy najróżniejszych fuchach. Mężczyzna zakłada rodzinę. Wszystko idzie nad wyraz dobrze. Życie to jednak nie tylko pasmo sukcesów, nawet tych najmniejszych, niedostrzegalnych. Nadchodzi ciężka próba.

Do dziś, mimo że minął już miesiąc od przeczytania "Całego życia" podchodzę do tej lektury z wielką pokorą. Poza walorem literackim, bo trzeba przyznać, że powieść napisana jest naprawdę świetnym językiem i doskonałym stylem, jest tak niesamowicie skondensowana, że mogę jedynie chylić czoła przed autorem. Odnoszę wrażenie, że nie pada tu ani jedno zbędne słowo. Cała fabuła jest gruntownie przemyślana, głęboka a zarazem bardzo prosta, taka jak główny bohater. Co jeszcze zachwyca w książce Roberta Seethaler'a to fakt, że nosi w sobie jakiś stoicki spokój. Egger przyjmuje wszystko z wielką pokorą. Gdy dzieje się coś dobrego, cieszy się tym, ale nie czyni tego w jakiś przesadny sposób. Czuje, że jest tak jak powinno być i delektuje się tą chwilą. Wie, że jest dobrze i to rodzi w nim wdzięczność. Gdy coś się psuje, gdy zbierają się nad nim ciemne chmury, podnosi się i idzie dalej. Nie rozpamiętuje, nie pyta dlaczego, nie wygraża Bogu czy światu. Jakby wiedział, że tak po prostu miało się stać. Nie oznacza to, że nie ma w nim uczuć. Andreas jest na wskroś prostym człowiekiem, nie ma nałogów, nie szuka podniet, nowości, żyje skromnie, prosto, naturalnie. Wychowany w sercu Alp dziwi się nad nowinkami, ale nie uważa ich ani za coś złego, ani za coś, co musi posiadać.



"Całe życie" jest swego rodzaju esencją istnienia. Opowieścią nieskomplikowaną, wręcz uderzająco prostą. Opisem życia sprzed ery komputerów, technologii. To afirmacja egzystencji w najprostszej postaci, w zgodzie z naturą, poprzez ciężką pracę fizyczną, brak narzekania, zmaganie się z trudnościami. Egger mało mówi, ale jest swego rodzaju myślicielem. Zamyka w sobie wiele emocji, przemyśleń. Nie buntuje się przeciwko niczemu, co jest poza nim. Wie, na co ma wpływ a co jest niezależne od niego. W tym zdumionym i pokornym człowieku, żyjącym nieco na uboczu, w pewnej odległości od innych ludzi objawia się swego rodzaju mądrość. "Całe życie" budzi w czytelniku tęsknotę za czasem, gdy bytowanie było łatwiejsze, gdy kontakt z przyrodą i ciężka praca były na porządku dziennym, a człowiek hartował się od dziecka. To opowieść o czasach, kiedy nie brakowało rzeczy do poznania, doświadczenia, odkrycia, gdy czuło się wagę informacji a ludzie byli prości i bardziej zdecydowani. Z kart wyłania się pewna nostalgia za minionymi latami. Światem jeszcze nie skomercjalizowanym, nieroszczącym sobie prawa do wszystkiego. To nadal rzeczywistość, w której górę zdobywa się wysiłkiem fizycznym, a nie wagonikiem, gdy młodzieńcy są dojrzalsi i podejmują decyzję świadomie i odpowiedzialnie. W końcu jest w tej lekturze coś uspokajającego, urzekającego. Nosi w sobie jakąś dawkę magii nie tylko słownej. Autor gra na strunach duszy czytelnika. Przedstawia życie pełne trudu i wysiłku, ale tak, że podświadomie tęskni się za nim. Pokazuje coś całkiem odmiennego od znanego dzisiaj świata i mówi "spójrz, to piękne".

Zagadką pozostaje dla mnie to, jak można opisać wszystko tak zwięźle, w tak niewielu słowach, a jednocześnie na tyle obszernie, by zmieściła się historia całego życia człowieka. Jak można przekazać tyle emocji za sprawą bohatera, który mało mówi, ukrywa wiele myśli, jest skryty. Z głębokim szacunkiem podchodzę do "Całego życia", które stało się dla mnie książką, do której warto wrócić, szczególnie, gdy rodzi się w człowieku pragnienie posiadania "więcej", narzekania, niezadowolenia. Proste życie to najpiękniejsze życie, zdaje się mówić autor. Czyń tak, byś nie musiał wstydzić się swoich czynów, byś nie krzywdził innych. Szczęście jest na wyciągnięcie ręki. 

Robert Seethaler, Całe życie, tłum. Ewa Kochanowska, wyd. Otwarte, Kraków 2017.