piątek, 26 sierpnia 2016

Wyprawa po szczęście - Piotr Durak "Dzienniki rowerowe"


 „Więc można żyć u podnóża góry, nigdy na górę nie wchodząc; więc można marzyć, nigdy nie realizując marzeń; pragnąć czegoś dla samego pragnienia, które jest piękne dlatego, że nie może się spełnić, a nie może się spełnić dlatego, że jest piękne, tak piękne, że wydaje się poza zasięgiem, a przecież… (…) Rozumiem pęd życia, który jest silny, który więzi, porywa, ale nigdy nie zrozumiem rezygnacji z marzeń, nie zrozumiem niedosięgniętego nigdy z własnej woli snu na jawie, który zakończy dopiero najdłuższy i najrealniejszy ze snów – śmierć. Przecież człowiek musi nauczyć się oswajać ze swymi marzeniami, nazywać je po imieniu, urzeczywistniać.” – s. 40-41




Za tę książkę powinnam się zabrać już dawno temu. A jednak leżała na półce z przemiłą dedykacją, wspomnieniami, które nadal trwają w pamięci i tajemnicą, która miała zostać w końcu odkryta. Można powiedzieć, że to wszystko przez życie, ta wyprawa, zapiski, wybór miejsca, sposób w jaki lektura do mnie przywędrowała, czas, w którym ją czytam. Teorii jest co niemiara.

Gdyby tak rzucić wszystko, obrać trasę, ruszyć przed siebie z obmyślonym planem, skromnym budżetem, ufnym w swoje siły i umiejętności a przede wszystkim z nadzieją w sercu, że coś się zmieni, że u końca drogi pojawi się dawno poszukiwane światło. Wybór pada na Rugię, a dokładniej na klify, które Caspar David Friedrich przedstawił na swoim obrazie „Skały kredowe Rugii”. Ale fizycznie trudna podróż czy chęć przeżycia przygody podczas wędrówki trasą Rzeszów-Mielec-Kielce-Łodź-Włocławek-Toruń-Bydgoszcz-Szczecin-Świnoujście-Rugia to tylko cześć opowieści zawartej w tej książce. Polska widziana oczami rowerzysty, noclegi w schroniskach, ośrodkach wczasowych, nawet w noclegowni dla bezdomnych. Ludzie poznawani na drodze, z całkiem zwyczajnymi problemami, tacy normalni przedstawiciele kraju, który mimo wszystko pozostaje jakoś szary i niedostosowany. Niebezpieczna i wijąca się w nieskończoność droga, zmaganie się z pogodą, niebezpieczeństwami, własnymi myślami.

Dzienniki rowerowe” mówią nie tyle o samej Polsce i jej wyglądzie, co ludziach i bohaterze-narratorze. Piotr wyrywa się wręcz z ciemności małego pokoju, odzwierciedlającego idealnie jego stan psychiczny. Pomieszczenia ciasnego, dusznego, z zasłoniętymi przed światłem oknami, w którym myśli wędrują w złym kierunku a wspomnienia mieszają się z bólem. W takim oto stanie rodzi się pomysł a może warto rzec przymus, by uciec, odnaleźć siebie, radość życia, spokój, ciszę. By ukoić nerwy, zaleczyć zranioną duszę. Odejść od mrocznych diagnoz lekarki, która wieszczy nadejście złego i wyolbrzymia alienację młodego chłopaka zawiedzionego życiem. Wysiłek przejechania całej Polski staje się zatem lekiem na całe zło, cudownym środkiem kojącym cierpienie. Czy tak rzeczywiście jest? Przemierzając kraj czytelnik wgłębia się w psychikę narratora. Poznaje ból straty przyjaciela, utraconą wiarę, zawody miłosne, rozczarowanie studiami i kształtem współczesnej rzeczywistości. A jednak coś skłania go i przyciąga, by książki nie odkładać i dalej towarzyszyć Piotrowi, mimo że wiele w nim gniewu, żalu, braku zgody na świat.

Bohater to idealista, ten najczystszy przypadek marzyciela-idealisty o romantycznych zapędach. Człowiek wrażliwy, którego łatwo zranić, który wierzy w miłość idealną, mającą trwać zawsze, która zdolna jest przezwyciężyć wszystko. Tymczasem życie okazuje się bardziej brutalne. Dobrzy ludzie mogą zginąć, jak wspomniany przyjaciel, kobieta bawić się uczuciami, a świat być miejscem nieprzyjaznym. Trudno orzec, czy to lektury czy wrodzony idealizm i wrażliwość sprawiają, że w głowie bohatera powstaje obraz świata, który jest równie piękny, co nierealny. Wychowany na tekstach Edwarda Stachury przypomina trochę tego niedzisiejszego człowieka, szukającego ludzi w ludziach i piękna na ziemi. Widać to nawet w sposobie pisania autora, ten zachwyt prostymi rzeczami, język zbliżony do opowiadań Steda, jego zauroczenie najmniejszym. Kontrastuje to mocno z goryczą słów wywołanych zawodem ludźmi i światem. Gniew, złość, brzydota mieszają się tutaj z pięknem, spokojem, harmonią. Ucieczką od miasta, które choćby nie wiem, jak było urzekające, jest natura. Od pełnych niezrozumienia i złej woli ludzi samotność i jednostki podobnie „inne” i wyobcowane, co bohater. Wystarczy wspomnieć młodego poetę, którego narrator spotyka w pobliżu domu Stachury. Indywidualizm i ponadprzeciętność to alienacja. Wybijanie się z ustalonego szablonu staje się powodem kłopotów i niezrozumienia, zdaje się mówić bohater, ale mimo wszystko nie porzuca samego siebie. Nie stara się dopasować do reszty, przekonany, że myli się większość, nie on. Mimo czarnych myśli, potrafi docenić dobrych ludzi i łaski losu. Nie boi się realizować swoich marzeń. Jest silny, a jednak zbyt łatwo go zranić. Nie wierzy już w czystą i silną miłość, a jednak wbrew temu, co mówi, pożąda jej. Szuka spokojnej przystani, pełnej troski, ciepła, zrozumienia i akceptacji. Przypomina trochę rozbitka, nie w tych czasach, co trzeba.



Czytelnik im dalej wędruje, tym bardziej zastanawia się, ile tu kreacji literackiej, ile prawdziwego autora. W głowie kłębią się pytania, narasta ciekawość, do czego doprowadzi czasem lekkomyślne zachowanie bohatera, bo i z tirami na drodze niebezpiecznie i z igraniem z własnym zdrowiem nieroztropnie. A jednak wciągniętym do tego specyficznego świata, podróżuje się dalej, myśląc, czy u końca drogi jest remedium na wszystkie bóle.

Dzienniki rowerowe” to bardzo charakterystyczna książka. Do bólu szczera, odsłaniająca rozczarowania i ból, nawet jeśli będące jedynie kreacją, to w pełni przekonującą. To opowieść o mocnej indywidualności i odrębności. O byciu innym wśród swoich. A taka inność rodzi samotność. To rzecz o zbytniej wrażliwości na czasy, w których trzeba rozpychać się łokciami i za dużym idealizmie, gdy ważniejsze zdaje się mieć a nie być. To wyraz buntu wobec traconych złudzeń i kształtu świata. A jednocześnie tli się na kartach jakaś nadzieja, na to, że są miejsca jak dom przyjaciółki bohatera, gdzie wszystko jest jak być powinno, oazy wyrwane niemal z rzeczywistości, nierealne aż do bólu a jednocześnie dotkliwie wręcz prawdziwe. Są odłamki światła i dobroci, które każą dostrzegać, że nie wszystko jest czarno-białe, bo przecież to co piękne nie jest głośne. Są w końcu ludzie bliscy, ratujący z najgłębszych ciemności, jak Anioł. Z książki Piotra Duraka wyłania się świat dualistyczny, zróżnicowany. Zawierający w sobie i dobro i zło. Przepełniony tym, czego nie chce przyjąć narrator i tym, czego poszukuje. To rzeczywistość, w której jest miejsce dla wszystkich i na wszystko, choć nieraz ogromnie ciężko to dostrzec i zrozumieć. Choć nieraz tak ciężko żyć…

Dla mnie podróż na Rugię to przygoda, ale będąca jedynie pretekstem do oceny świata i ważniejszej wewnętrznej podróży, którą kiedyś każdy musi odbyć. To zapis odkrywania i budowania siebie. Trochę tu żermoszczyzny, trochę Tuwima, odniesień literackich, tych książkowych „zboczeń”, których nie sposób przecież uniknąć poloniście ;) (o czym sama aż za dobrze wiem). To refleksyjno-gawędziarska opowieść, która urzeka i wciąga. Z jednej strony przesycona duchem Edwarda Stachury, z drugiej pełna odniesień do historii i spraw bieżących, ale też wypełniona szarzyzną i łaciną podwórkową. A mimo to czyta się ją zaskakująco dobrze, komuś kto rower lubi, ale nie szaleje za nim, kto nie pożera powieści drogi i niespecjalnie lubi czytać przekleństwa. Kto widzi więcej dobra niż zła, choć wydaje się mieć pod pewnymi względami więcej realizmu w sobie niż bohater. A jednak książkowy Piotr staje się bliski, wywołuje wiele emocji i mimo wszystko darzy się go sympatią.

Piotr Durak stawia przed czytelnikami ciężkie zadanie, gdyż trudno powiedzieć, do kogo kierowana jest ta książka. Do miłośników przygód, rowerów, literatury pięknej, opowieści o idealistach, zderzeniu marzeń z rzeczywistością, tych lubiących literackie smaczki i dobrą powieść? Myślę, że do każdego po trochu. Wystarczy usiąść i przeczytać, dać się ponieść, pozwolić wybrzmieć ostatnim słowom i wtedy orzec, czy to powieść, która zostanie we mnie na dłużej. We mnie tak, choć wywołała zadziwiające uczucia i przemyślenia…


Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję Autorowi, za zdjęcie też :)


Piotr Durak, Dzienniki rowerowe, wyd. NDL, Kraków 2011.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz